Fragment mojej recenzji został umieszczony na okładce powieści "Skazaniec. Z bestią w sercu" Krzysztofa Spadło


Moja recenzja została zamieszczona na okładce powieści "Wojownicy. Odwet Wysokiej Gwiazdy" Erin Hunter

Fragment mojej recenzji „Korony śniegu i krwi” został umieszczony na okładce powieści Elżbiety Cherezińskiej – "Niewidzialna korona"

środa, 28 stycznia 2015

Stulecie Winnych. Ci, którzy walczyli – Ałbena Grabowska

Wydawnictwo: Zwierciadło
Warszawa 2015
Cykl: Stulecie Winnych
Tom II
Oprawa: miękka ze skrzydełkami
Liczba stron: 296
ISBN: 978-83-64776-31-1








Cóż można napisać godzinę po zakończeniu lektury drugiego tomu sagi o rodzinie Winnych? Że jest powalająca? Że wbija w fotel? Że przez dwa dni nie myślałam o niczym, jak tylko o losach głównych bohaterów? Że... zdecydowanie trzyma poziom pierwszego tomu, co nie tak często się zdarza?
Antoni nie żyje, Paweł znika gdzieś, a po Brwinowie, jak po całej Polsce, panoszą się hitlerowcy. Coraz bardziej zbliża się też zima, a wraz z nią strach o to, czy starczy jedzenia, czy rodzina przeżyje i jak? Bronia przestaje mówić, a Mania rodzi... bliźniaczki. Czy Kasia i Basia poznają kiedyś swojego ojca, który, choć cudem ocalony przed niemieckim pociskiem, zaginął gdzieś bez słowa?
Losy Winnych będą smutne i wstrząsające, a w nie wpisane losy wszystkich Polaków. Biednych, bogatych, znanych i sławnych oraz tych zwyczajnych, szarych. Aryjczyków i Żydów. Miłość, zdrada, tęsknota, pamięć, poświęcenie. Czy Winnych prześladuje jakieś fatum, czy też Bóg nad nimi czuwa?
W drugim tomie pojawia się mnóstwo nowych postaci. Ania i Mania są dorosłe. Powoli dorastają też dziewczynki. Wojna dobiega końca, a wraz z nim na mapach Europy pojawia się PRL. Nowe rządy, nowy ustrój, nowe zasady. Jak się w nim odnajdą Winni?
Tym razem Autorka nie skupiła się jedynie na losach członków rodziny, ale opowiedziała także wiele innych poruszających historii, jak choćby pokazała losy Oli, byłej więźniarki z Ravensbruck. Łzy same leciały z oczu, szczególnie, że czytałam ten fragment właśnie wczoraj, w 70. rocznicę wyzwolenia obozu w Oświęcimiu.
Ałbena Grabowska znów prowadzi nas po zawikłanych ścieżkach Polaków żyjących w XX wieku. Przez okupowaną Polskę, walczącą Francję, powojenne Stany Zjednoczone, komunistyczną PRL. Choć nadal większość akcji dzieje się w podwarszawskim Brwinowie, tym razem przemierzymy z Winnymi pół świata. Kto z nich powróci do domu, a kto padnie pod kulami nieprzyjaciela? Czyj bezimienny grób pozostanie zagranicą, a komu Ignacy będzie urządzał symboliczny pogrzeb? W końcu, kogo rodzina, jak kiedyś Antoniego, pochowa więcej niż jeden raz?
Znów główne skrzypce grają tu kobiety – Ania, Mania, Kasia, Basia, Ewa i, rzecz jasna, Bronia. To jednak chłopiec będzie prawdziwym skrzypkowym wirtuozem i przyjdzie mu zagrać na niejednym pogrzebie i weselu, choć również i na wielu scenach.
Wplecione w dzieje Polski, losy Winnych poznajemy znów na przestrzeni trzydziestu lat. Tom zaczyna się od wybuchu drugiej wojny, kończy na marcu 1968 roku. Czytając powieść, czułam się niekiedy, jakbym znów oglądała serial "Dom", który uwielbiam. Mam nawet wrażenie, że w pewnym momencie Autorka do niego nawiązała, pewności jednak mieć nie mogę. Niezależnie od tego – książkę czyta się właśnie tak, jakby się oglądało film, czy serial. Jest barwna, pełna życia, napisana przystępnym, a jednocześnie bardzo ładnym językiem.
Czyje losy wzruszały mnie najbardziej? Trudno powiedzieć o jednej osobie. Płakałam jak bóbr nad Olą, choć właściwie pojawiła się tylko na moment. Bardzo przywiązałam się do Broni i Ani, ale to chyba nic dziwnego. Najbardziej żal mi jest Ignasia. Łucji nadal nie cierpię, chyba nawet jeszcze bardziej.
Czy coś mi się nie spodobało? To, że w pewnym momencie akcja straszliwie przyspieszyła i pojawiły się duże przeskoki czasowe. Jakby Autorkę ktoś poganiał, by jak najszybciej doszła do końca i przypadkiem nie napisała za wiele stron. Czuję mały niedosyt, bo można było więcej. Tak to już bywa z dobrymi książkami.
Miałam też czasami wrażenie, że Autorka zapomniała w pewnym momencie, iż jej bohaterowie są już naprawdę dorosłymi ludźmi. Kiedy w czasie wojny do któregoś z kuzynów Ani i Mani mówią "chłopczyku", brzmi to dziwnie, gdy człowiek uświadamia sobie, że ten facet ma już ponad trzydziestkę na karku.
Jeśli chodzi o wydanie. Znalazłam dwie literówki i kilka podwójnych spacji (to naprawdę rzuca się w oczy), a także jeden błąd wynikający z pomylenia imion dwóch synowych Broni. Całkiem nieźle, nawet dobrze, choć nie jest to cud. Wydanie nadrabia jednak rewelacyjną okładką i szyciem (nie klejeniem).
Na zakończenie dodam jeszcze, że na blogu Dla każdego coś dobrego pojawi się w przyszłym tygodniu wywiad z Ałbeną Grabowską. Już dzisiaj serdecznie zapraszam.







Książka przeczytana w ramach Wyzwania:
Książka przeczytana w ramach Wyzwania:

poniedziałek, 26 stycznia 2015

Malowany człowiek. Niech Cię mrok pochłonie... – Peter V. Brett

Wydawnictwo: Fabryka słów
Lublin 2008
Cykl Demoniczny, tom I
Malowany człowiek, Księga I
Oprawa: miękka ze skrzydełkami
Liczba stron:500
Tytuł oryginału: The Painted Man
Przekład (z angielskiego):  Marcin Mortka
Ilustracje: Dominik Broniek
 ISBN: 978-83-7574-057-8




Nie wiem, od czego zacząć, a na ogół zdarza mi się to wówczas, gdy książka jest naprawdę dobra i mam całe mnóstwo przemyśleń. Tak też jest i tym razem, choć określenie, że pierwsza księga "Malowanego człowieka" jest dobra to zdecydowanie za mało. Powieść jest znakomita, wbijająca w kanapę (fotel, czy na czym tam siedzicie, czy leżycie) i po prostu – fantastyczna w każdym tego słowa znaczeniu. Zaczynając od okładki, która jest graficznie idealna, kończąc na przepięknie zaprojektowanym spisie treści – wszystko w niej jest perfekcyjne. Choć, jak to ja, znalazłam jeden maluśki minus i nie chodzi mi wcale o to, że powieść kończy się po 500 stronach i trzeba sięgać po kolejną książkę. To akurat jest duży plus, ale o wszystkim po kolei (ostrzegam rzetelnie – to nie będzie krótki tekst).
Świat wykreowany przez Bretta jest niesamowity i bardzo złożony. Aż trudno uwierzyć, że został stworzony na potrzeby powieści. Gdzieś tam z tyłu głowy tłucze się myśl, że może to świat alternatywny do naszego, albo jakaś daleka przyszłość, w której nikt nie pamięta o Starej Ziemi, a zamiast rozwoju mamy swego rodzaju uwstecznienie się społeczeństw. Nie ma tu miejsca na żadne przypadki, czy na deus ex machina (przynajmniej w pierwszym tomie). Widać od razu, że wszystko zostało doskonale przemyślane i zaplanowane z dużą dokładnością, można wręcz rzec, że Autor jest perfekcjonistą i ta cecha zdominowała jego pracę nad światem przedstawionym. Światem ponurym i przerażającym, w którym – jak się początkowo zdaje – dla ludzi nie ma nadziei na lepsze jutro. Każdy zmierzch oznacza przerażenie i grozę, każdy ranek witany jest z oddechem pełnym ulgi, że się przeżyło, a czasem, nawet często, ze łzami, że kolejni bliscy odeszli. Nie, właściwie nie odeszli. Zostali zamordowani, z wielkim okrucieństwem, przez różnorakie otchłańce. 
Otchłańców poznajemy kilka rodzajów i każdy z nich ma jakieś specyficzne cechy. Wszystkie jednak charakteryzują się tym, że wychodzą na powierzchnię ziemi po zapadnięciu zmroku i znikają o świcie. W tym czasie sieją śród ludzi i zwierząt prawdziwe spustoszenie. Najgorsze jest to, że wysłańców z Otchłani nie można zabić, można jedynie chronić się przed nimi dzięki stawianiu runów.
Już w tym krótkim opisie świata pojawiają się charakterystyczne dla całej powieści określenia – otchłańce i runy. To na nich Brett buduje fabułę i ludzką społeczność. 
W świecie "Malowanego człowieka" ludzie żyją w niewielkich siołach, albo w Wolnych Miastach. Wszystkie one są od siebie oddalone, na ogół o przynajmniej kilka dni drogi, a wiadomo, że przebycie takiego dystansu oznacza konieczność spotkania się z otchłańcami. Niewielu więc podróżuje, a ci, którzy się na to decydują i z tego żyją, zwani są Posłańcami. Brett ukazuje nam społeczeństwo, w którym, poza książętami, najważniejsze społeczne role pełnią Patroni Runów, Posłańcy i Opiekunowie Świętych Domów, a także – i tu wielki ukłon za olbrzymią rolę, jaką Autor przypisuje kobietom – Zielarki. 
Co się stało, że świat wygląda tak właśnie? Nie wiemy. Coś, gdzieś... Jakaś Plaga, jakiś Wybawiciel, jakaś Przepowiednia. Jednak Czas Nauki minął już dawno, zakończył się straszliwą rzezią, pozostało po nim niewiele. Księgi są na wagę złota... Nie, złoto nie ma takiej wartości, jak księgi, w których kryje się "tajemna" wiedza. Czy jednak coś pomogą, skoro zachłanni książęta pilnują, by nikt nie miał do nich dostępu?
Kim są główni bohaterowie tej niesamowitej opowieści? O dziwo (ja się bardzo zdziwiłam), są to dzieci. przynajmniej na początku. Jedenastoletni Arlen, trzynastoletnia Leesha i trzyletni Rojer. Każde z nich pochodzi z innego miejsca, każde jest charakterystyczne i przywiązujecie się do nich niemalże od pierwszej sceny, w której dzieciaki się pojawiają. Chociaż ciężko myśleć o nich jako o dzieciakach, no może z wyjątkiem małego Rojera. Historie tej trójki opowiadane są osobno. Kiedy się spotkają? Nie wiem, na pewno nie w pierwszej księdze. Uwielbiam Arlena, któremu dotychczas Autor poświęcił najwięcej miejsca. Leesha jest wspaniała i idealna. Rojera mi straszliwie żal. Denerwuje mnie stara Zielarka Bruna, a jednak żywię w stosunku do niej ogromny szacunek. Rozczulają mnie Posłaniec Ragen i jego żona Elissa. Nie cierpię Elony, matki Leeshy. Każde z nich budzi całą gamę uczuć i emocji, nie są li tylko papierowymi postaciami z książki, ale pełnowymiarowymi bohaterami, z którymi zżyłam się po tych 500 stronach. Ciekawe, co się stanie, kiedy zakończę Cykl Demoniczny... 
Odwaga, miłość, przyjaźń, przywiązanie, zdrada, ból. Rodzina. Nauka. Chęć poznania Prawdy. Drobiazgowo wykreowany świat, pełnokrwiści bohaterowie. Czegóż chcieć więcej?
"Malowany człowiek" opowiada również o dojrzewaniu głównych bohaterów. Na początku są dziećmi, ewentualnie nastolatkami, później czas przyspiesza i widzimy ich już jako właściwie dorosłych ludzi. Przez całą księgę obserwujemy, jak się rozwijają, jak zbliżają do swego przeznaczenia, do obranego celu, do marzeń. Jak zmienia się ich ogląd świata. Bardzo podoba mi się takie ujęcie ich losów.
Teraz malutki minus, o którym wspominałam na początku, po czym wracamy do kolejnych plusów. Co by nie przesłodzić – mam uwagę co do datowania. Niby jest pomocne, a jednak coś mi się w nim nie zgadza. Choćby część pierwsza dzieje się w 318-319 Roku Plagi, po czym poszczególne jej rozdziały datowane są wszystkie na 319 RP. Część druga wskazuje, że opowiada o latach 320-325, gdy tak naprawdę kończy się na 328 RP. Nie mogłam się w tym połapać.
Język powieści jest również na bardzo wysokim poziomie. Nie czytałam "Malowanego człowieka" w oryginale (choć nie wykluczam, że kiedyś, z czystej ciekawości, to zrobię), więc mam świadomość, że duża w tym zasługa tłumacza. I tutaj mała dygresja. Miałam okazję osobiście poznać Marcina Mortkę. Słuchałam jego wypowiedzi na temat napisanej przez niego książki dla dzieci, a także uczestniczyłam w panelu dyskusyjnym dotyczącym tłumaczeń. Muszę przyznać, że wcześniej nie czytałam niczego w jego przekładzie, teraz jednak mogę stwierdzić, że wie, o czym mówi. "Malowanego człowieka" czyta się doskonale między innymi dlatego, że został rewelacyjnie przełożony, a warstwa językowa tworzy dodatkowy, olbrzymi atut dla czytelnika, który potrafi docenić piękno rodzimej mowy. 
Kolejnym dużym plusem, jak to bywa w książkach wydawanych przez Fabrykę słów, jest szata graficzna. Rysunki Dominika Brońka są fascynujące i przerażające zarazem. W większości przedstawiają straszliwe otchłańce. Idealnie wpasowują się w klimat powieści. Możemy byc dumni z takiego wydania. 
Być może powinnam o tym napisać na początku, jednak uznałam, że dotyczy to nie samej książki, a jedynie polskiego wydania, jest więc uzasadnione, że wspominam dopiero teraz. W wydaniu oryginalnym "Malowany człowiek" jest pierwszym tomem "Cyklu Demonicznego". To jeden tom z trzech, które dotychczas zostały wydane. Fabryka słów podzieliła jednak te tomy, tworząc, jak dotąd, sześć osobnych ksiąg. Stąd też taka numeracja – cykl, tom, księga. Ja nie narzekam – księgi są dość grube, a jak sobie pomyślę, że byłyby jeszcze bardziej opasłe...
Redakcja i korekta spisały się na medal, ale tu akurat nie spodziewałam się niczego innego.
Jednym słowem, od powieści nie można się oderwać. Ja jeszcze w tym tygodniu sięgam po drugą księgę.





Książka przeczytana w ramach Wyzwania:

wtorek, 20 stycznia 2015

Stulecie Winnych. Ci, którzy przeżyli – Ałbena Grabowska

Wydawnictwo: Zwierciadło
Warszawa 2014
Cykl: Stulecie Winnych
Tom I
Oprawa: miękka ze skrzydełkami
Liczba stron: 356
ISBN: 978-83-64776-03-8





Zakochałam się w tej okładce od pierwszego wejrzenia. Później przeczytałam tytuł, który mnie zaintrygował i informację, że to pierwszy tom sagi. Znacie mnie – w tym momencie byłam już ugotowana, na miękko, nóżki się uginały, serduszko biło w rytmie cza-cza i wiedziałam, że tę książkę mieć i przeczytać po prostu muszę.
Nigdy dotąd nie miałam do czynienia z żadnym tekstem, który by wyszedł spod pióra Ałbeny Grabowskiej, ale wiem już, że to się zmieni. Jeśli pozostałe jej powieści są choćby w połowie tak dobre, jak "Stulecie Winnych" to z pewnością warto się z nimi bliżej zapoznać. Po przeczytaniu pierwszego tomu nowej sagi, stwierdzam, że Autorka jest polskim Follettem w spódnicy, a to naprawdę duży komplement.
Pierwszy tom sagi obejmuje niemalże równo ćwierćwiecze. Rozpoczyna się bowiem 26 czerwca 1914 roku, kończy zaś 1 września 1939. I choć echa światowych wydarzeń docierają do bohaterów powieści, to jednak są jedynie pewnymi echami. Mają mniejszy, bądź większy wpływ na ich życie i trudno się temu dziwić – wszak nie sposób zamknąć się w swoim własnym świecie i nie zauważyć ogólnoświatowej wojny, czy innych zmian zachodzących w całym społeczeństwie. Jednak, choć istotne, wydarzenia wielkiej polityki i świata nie są w powieści Grabowskiej najważniejsze. Bardziej subtelnie Autorka podeszła do tematu historii przez duże H, kładąc raczej nacisk na lokalnych działaczy i artystów oraz patriotyzm mniejszych społeczności. Kultura i historia II RP to przecież nie tylko Cud nad Wisłą i przewrót majowy, to także tworzenie się polskiego szkolnictwa, Tuwim, Przyboś, Kossak, w końcu Iwaszkiewicz, Korczak i Grzegorzewska, którzy są również bohaterami powieści. To rozpowszechnienie radia i kina, to radosne polskie piosenki i atmosfera bohemy. To zdecydowanie więcej, niż na ogół przedstawiają autorzy piszący historie rozgrywające się w tamtych latach. Jak wyszło to Grabowskiej? Moim zdaniem, wyśmienicie.
W przededniu zamachu na arcyksięcia Ferdynanda w podwarszawskim Brwinowie rodzą się dwie dziewczynki. Poród jest ciężki, znacznie bardziej skomplikowany, niż można się tego było spodziewać. Zamiast jednej córeczki na świat przychodzą dwie. Jedna silna i zdrowa, druga – urodzona ostatkiem sił – słaba i nierokująca przeżycia dłużej niż do zmierzchu. Stanisław Winny, siedzący w pokoju obok, nie wiedząc, że na świat przychodzi właśnie druga córka, ofiaruje Bogu dwa konfesjonały dla brwinowskiego kościoła – dwa konfesjonały za dwa życia. Czy kiedykolwiek będzie żałował, że nie obiecał trzech? Tego Wam nie zdradzę.
Dziewczynki dorastają. Obie czerwonowłose, a jednak tak różne. Jednocześnie na tyle podobne, by znalazł się mężczyzna, który stanie przed trudnym wyborem. Do tego jednak dnia upłynie w Wiśle wiele wody, a rodzina Winnych nie raz wyleje potoki łez. Ania i Mania są najmłodszymi wnuczkami Bronisławy i Antoniego (choć, jak się później okazuje, wersja oficjalna nie jest do końca zgodna z prawdą), jednak ich rodzina jest bardzo liczna, dzięki czemu poznamy mnóstwo różnych historii. Niektóre będą wzruszające, jedne smutne, inne radosne. Wszystkie przepełnione uniesieniem, namiętnościami, całą gamą przeróżnych emocji. Na stronach powieści znajdziecie miłość, przyjaźń, strach, zdradę, wstyd, odwagę, okrucieństwo... Samo życie.
Czyja historia najbardziej zapadła mi w pamięć? Nie wiem. Wciąż myślę o biednej Władzi, której życie potoczyło się tak smutnym torem i zakończyło tak nieoczekiwanie. O Stanisławie, który miał szczęście w miłości, ale tylko na krótko. O Ani i Pawle, którzy, choć bardzo się kochali, nie potrafili ze sobą być. I o dzielnym Antonim, który dla rodziny był gotów właściwie na każde poświęcenie. I tylko jakoś Łucji nie polubiłam, choć tłumaczyłam sobie jej zachowanie dziecięcą traumą. Kto wie, może w drugim tomie okaże się sympatyczniejsza i zmienię zdanie.
Wyśmienicie wręcz Grabowska wplątała w losy fikcyjnych członków rodziny Winnych postaci tak ważne dla polskiej historii i kultury, jak Stanisław Lilpop, Jarosław Iwaszkiewicz, Tadeusz Wierusz-Kowalski, czy Jadwiga Reutt i Janusz Korczak. Dla mnie szczególnie ważne było to, że akcja powiesci dzieje się w okolicy, w której mieszkam od niedawna i którą wciąż staram się poznać. Dodawało więc to lekturze dużego uroku, szczególnie, że postaci Korczaka i Grzegorzewskiej są mi bardzo bliskie, a o Iwaszkiewiczach całkiem niedawno przecież czytałam w autobiografii Wiesława Kępińskiego. W Stawisku rozgrywa się wiele ważnych scen, a i część przedstawicieli rodziny Winnych tam właśnie pracuje. Wprowadzenie tych postaci i  osadzenie akcji głównie w Brwinowie i Podkowie Leśnej okazało się strzałem w dziesiątkę (a nawet setkę).
Powieść napisana jest przystępnym językiem, który bardzo przypadł mi do gustu. Jest współczesny, choć nie przeszkadza to w odbiorze teksu którego akcja rozgrywa się dawno temu, jak to się czasami zdarza. 
Dodatkowym atutem książki mogło by być drzewo genealogiczne Winnych (którego jednak nie ma). Szczególnie, że Autorka myliła czasem powiązania rodzinne (najczęściej w stosunku do Bronisławy), co spowodowało dwa, czy trzy razy, że poczułam się lekko zagubiona. Miałam też wrażenie, że gdzieś w dwóch momentach pogubiła się w latach i coś mi matematycznie nie pasowało, ale to rzeczywiście jedyne uwagi krytyczne, jakie mam wobec tego utworu. Nie mogę się już doczekać drugiego tomu, który na rynku ukaże się właściwie lada dzień.




Książka przeczytana w ramach Wyzwania:
Książka przeczytana w ramach Wyzwania:




Tajemnice tumskiej góry – Jacek Ostrowski

Wydawnictwo: Stowarzyszenie Przyjaciół Muzeum
 Mazowieckiego w Płocku 
i Towarzystwo Przyjaciół Płocka 
  Płock 2014
Oprawa: miękka
Liczba stron: 173
Ilustracje: Jacek Ostrowski
ISBN: 978-83-934894-3-5




Istnieją książki, których nie sposób zapomnieć. Które są inteligentnie napisane, a jednak czegoś im brakuje. I to "coś" łatwo nawet określić. Tak jest i w tym przypadku. Niestety... Powieść o bardzo dużym potencjale, napisaną z pasją i lokalnym patriotyzmem, opierającą się na ciekawych historycznych przekazach, trzymającą w napięciu od pierwszej do ostatniej strony spotkało właśnie to "coś", które nazywa się... brak korekty i redakcji. Literówki przestałam liczyć gdzieś w okolicy piątej strony, ponieważ doprowadzały mnie do palpitacji serca. Sposób, w jaki zapisano dialogi również pozostawia wiele do życzenia. Wydanie jest fatalne, a szkoda, ponieważ treściowo powieść jest wyśmienita, a smaczku dodają jej również bardzo interesujące ilustracji, które wykonał Autor.
Andrzej Kulicki jest architektem i mężem. Od pewnego czasu mieszka w Płocku, z którego pochodzi jego żona. Żyją sobie z Teresą szczęśliwie i spokojnie. Aż do dnia, w którym Andrzej spotka na swej drodze poranionego kalekę z... pustymi oczodołami. Ślepiec przysporzy mu niemałych problemów, sprowadzając na dom Kulickich policję i podejrzenia o branie udziału w jakimś spisku, który dla mundurowych kończy się śmiercią w prawdziwych męczarniach.
Kim jest Ślepiec i jakie tajemnice kryje tumska góra w Płocku? Co znajdzie Andrzej i zebrana przez niego rodzinna ekipa w podziemiach starego klasztoru i co z tym wszystkim ma wspólnego książę Zbigniew? 
W pewnym momencie okaże się, że stary piastowski gród, który niegdyś był bardzo ważnym ośrodkiem – m.in. siedzibą dwóch władców – ma nie tylko swoje legendy, ale i przepowiednię, która dotyczy całego kraju, a może i całej Europy. Zainteresowani?
Trup ściele się całkiem gęsto, tajemnica goni tajemnicę. Bohaterowie wędrują po podziemnych korytarzach, wpadają w pułapki, znajdują sarkofagi sprzed sześciu stuleci i szczątki żołnierza Wermachtu. We wszystko wmieszani są zakonnicy, a na dodatek... nie wiadomo, komu ufać, bo nawet rodzina nie może zapewnić bezpieczeństwa.  
Wartka akcja, dużo ciekawostek historycznych, ciekawe gdybania, co mogli zostawić po sobie Piastowie, sekret "zagubionych" klejnotów koronnych, a wszystko to doprawione szczyptą magii (?). Czego chcieć więcej (poza dobrym wydaniem!)?
Powieść Ostrowskiego ma olbrzymi potencjał, szczególnie edukacyjny. Bo choć Autor na początku zastrzega, że żadne z wydarzeń nie miało miejsca, a i postaci są fikcyjne... Płock jawi się w tej książce jako miasto pełne nieodkrytych i sekretnych miejsc, które można jeszcze badać całymi latami. Przygody Andrzeja i jego współtowarzyszy zachęcają więc do bliższego poznania tego niesamowitego miasta, o którym raczej niewiele się w Polsce mówi, a w którym rezydowali przecież Władysław Herman i Bolesław Krzywousty. Ja sama postanowiłam, że czas najwyższy przypomnieć sobie poczet królów i książąt polskich, bo już się trochę z historii zapomniało. A później... później już pozostaje uzupełniać wiedzę o ciekawostki, takie choćby, jak te, na które naprowadza w "Tajemnicach tumskiej góry" Ostrowski.
Polecam gorąco czytelnikom, a Autorowi życzę, by znalazł się wydawca, który popracuje nad tekstem w taki sposób, by powieść stała się dziełem, na miano którego zasługuje. 





Za możliwość przeczytania książki dziękuję Autorowi

English matters #50/2015

Wydawnictwo: Colorful media
Poznań 2015
ISSN: 1896-4184




Najnowszy, jubileuszowy numer "English matters" pełen jest fantastycznych tekstów i niemalże pęka w szwach od ciekawego słownictwa.
Na początek temat okładkowy, czyli the Cambridges. Książę William, następca brytyjskiego tronu i jego urodziwa małżonka, księżna Kate. Z nimi malutki George. Kim są, jak wygląda ich życie i dlaczego mają sporą na szczęśliwy związek "dopóki śmierć ich nie rozłączy"? Jaki wpływ na ich małżeństwo ma nieudane życie księcia Karola i Lady Di? Przeczytajcie, warto.
Nie tylko dla studentów w czasie sesji, czy maturzystów uczących się do egzaminów – ale dla każdego, kto się uczy (a wierzcie, przysłowie mówi prawdę – człowiek uczy się całe życie) – bardzo interesujący artykuł dotyczący pomocy naukowych na miarę XXI wieku. Kolorowe karteczki znane są od kilku dekad, ale czy słyszeliście wcześniej o urządzeniu nazywającym się Live Scribe pen? Ja nie, a uważam, że to jest coś naprawdę niesamowicie przydatnego i chyba zacznę odkładać pieniążki.
Kto z Was czytał trylogię E. L. James o Christianie Greyu i Anastasii Steel? Ja czytałam i, choć przyznaję, że językowo daleko tym pozycjom do ideału, to dwa pierwsze tomy (a szczególnie pierwszy) zrobiły na mnie wielkie wrażenie. Czy wybieram się na film? Jeszcze nie wiem, chyba nie. Nie przeszkadza mi to jednak śledzić jego losów. Przeczytajcie koniecznie artykuł Urszuli Gruszeckiej – poznacie kulisy pisania trylogii o "50 twarzach Greya"  oraz kilka informacji o filmie, który już wkrótce trafi na ekrany kin.
Na "rozkładówce" tym razem phrasal verbs. Polecam zapoznanie się z tym materiałem. Muszę, niestety, przyznać, że forma przekazu jakoś do mnie nie trafiła. Może mam zbyt humanistyczny umysł – nigdy nie ogarniałam map myśli i tym podobnych wykresowych wynalazków. Niemniej jednak wiedza zawarta na tych dwóch stronach jest bardzo przydatna.
Znów o nauce, ale tym razem z innej perspektywy. Znacie najlepsze uczelnie Szkocji, Walii i Irlandii? Wiecie, dlaczego zaliczają się do tego grona i co czyni je tak wyjątkowymi miejscami, do których alumni często i chętnie wracają, nie tylko pamięcią? "English matters" przedstawia m.in. Uniwersytet w Edynburgu, Cardiff oraz Trinity College. Aż żal serce ściska, że nie dane mi było poznać dotąd żadnego z nich...
O różnych powiedzonkach, w których przywołuje się imiona, ich pochodzeniu i znaczeniu przeczytacie w tekście pod tytułem "What's in a Name?". Choć część z nich na pewno jest znana nam Polakom, to niektóre z nich są typowo anglojęzyczne i nie mają nawet polskich odpowiedników. Tym ciekawszy zdaje się artykuł. Zresztą słownictwo w nim zawarte jest bardzo bogate i z pewnością poznacie kilka ciekawych słów i wyrażeń, które mogą się przydać, szczególnie w rozmowach z osobami na co dzień porozumiewającymi się po angielsku.
W dziale "Travel" tym razem o Amsterdamie – mieście Coffee shopów, serów i czerwonych latarni na jednej z najpopularniejszych ulic świata. Czego jeszcze nie wiedzieliście o tym pływającym mieście pachnącym marihuaną i czekoladą? Sprawdźcie, nie wątpię, że się jeszcze zaskoczycie.
Konwersacje tym razem też o podróżach, a przynajmniej gdzieś w tym zakresie, ponieważ Redakcja proponuje nam zamówienie nart oraz wizytę w SPA. Jak znalazł na zimowe miesiące, szczególnie dla szusujących. 
Na zakończenie jeszcze artykuł traktujący o zwyczaju corocznego (i nie tylko) świętowania różnych uroczystości. Mnóstwo ciekawostek o okazjach, które ludzie chcą i lubią pamiętać, a także niesamowite bogactwo słownikowe. 
Ponadto w numerze jubileuszowym (pismo jest na rynku od 2006 roku) przynajmniej dwa ciekawe konkursy. Warto zajrzeć.
Znalazłam kilka błędów w "Grammar Alert!", bądźcie więc czujni. Ponadto nie mogę się do niczego przyczepić. Bardzo udany numer.






Magazyny przeczytałam dzięki życzliwości Wydawnictwa Colorful Media




Książka przeczytana w ramach Wyzwania:


poniedziałek, 19 stycznia 2015

Konkurs zakończony!

Jako, że piszę z telefonu, to tym razem będzie wyjątkowo krótko. 
Konkurs zakończony. Trzydzieści tysięcy odwiedzin za nami. Dziękuję wszystkim, którzy czytają moje recenzje.
Trochę małe było tym razem zainteresowanie, nie wiem, dlaczego...
Zwycięzcą konkursu jest 
Bruno Wioska. Skontaktuję się z nim bezpośrednio i wyjaśnię, co zrobić, by otrzymać nagrodę.
Dziękuję tym, którzy przesyłali informację o konkursie. Przede wszystkim zaś wydawnictwu RW2010, które było sponsorem i zapewniło wspaniałą nagrodę.
Zapraszam do kolejnych konkursów :)

wtorek, 13 stycznia 2015

Józef Piłsudski. Marzyciel i strateg – Bohdan Urbankowski

Wydawnictwo: Zysk i S-ka
  Poznań 2014
Oprawa:twarda z obwolutą
Liczba stron:1024
ISBN: 978-83-7785-480-8
 
 
 
 
 
 
 "(...) czuję często tak szaloną żądzę nie powiem sławy ale w ogóle nie być w rzędzie zwykłych śmiertelników."

W pewnym momencie życia Piłsudski z pewnością mógł być już pewien, że zostanie zapamiętany przez kolejne pokolenia Polaków. Zanim jednak ta chwila nadeszła był mniej bądź bardziej (zdecydowanie mniej) zwyczajnym człowiekiem. Nadstawiał karku, ryzykował życie, walczył u boku podkomendnych. Przeżył więzienia, przetrwał zesłanie na Sybir. Ponosił klęski, odnosił zwycięstwa. I cały czas zdawała mu się przyświecać maksyma, którą tak pięknie ubrał w słowa: "Kto nie umie z godnością znieść klęski ten nie jest godzien zwycięstwa".
Książka, którą gorąco Wam polecam, jest dziełem z pewnością nietuzinkowym. To nie tylko biografia, jakiej, być może, spodziewają się niektórzy czytelnicy. To nie chronologiczny zapis życia niezwykłego człowieka, który z "panicza z Zułowa" przekształcił się w Naczelnika Państwa. "Józef Piłsudski. Marzyciel i strateg" Bohdana Urbankowskiego to coś znacznie więcej.
Książka podzielona jest na trzy części. Pierwsza z nich skupia się przede wszystkim na takim właśnie w miarę chronologicznym zapisie życia Piłsudskiego. Choć i tu można się zdziwić, gdy np. w rozdziałach poświęconym Legionom, Autor cofa się aż do konfederacji barskiej i zarysowuje szkic legionowej tradycji na tle ponad stulecia zaborów. Często też, w ramach krótszych i dłuższych dygresji, Autor opowiada wydarzenia, w których Piłsudski nie brał udziału, a nawet takie, na które de facto nie miał żadnego wpływu. Zdają się one jednak ważne w danym momencie lektury, tworząc obraz otaczającego świata, ukazując społeczeństwo jako takie. Zabieg ten w pierwszej chwili mnie zadziwił, w końcu jednak doszłam do wniosku, że jest bardzo udany i pozwala lepiej zrozumieć działania przyszłego Marszałka. Poza tym część ta obfituje w liczne cytaty – zarówno pochodzące od samego Piłsudskiego, jak i osób mu znanych. Czytelnik ma okazję towarzyszyć Piłsudskiemu w jego zmaganiach – razem z nim słucha wierszy czytanych przez matkę, razem z nim podburza dorożkarzy ojca. Przeżywa z nim pierwsze miłości i fascynacje oraz problemy w szkole, wynikające z antyrosyjskiego nastawienia. Razem z nim też bierze udział w zamachu na cara, "zwiedza" kolejne twierdze, w których przyszły Marszałek był więziony, poznaje straszliwe warunki Sybiraków. Walczy o Polskę, tworzy Legiony i tak dalej, i tak dalej. To jest właśnie niesamowite, że cały czas miałam wrażenie, jakbym oglądała świetnie nakręcony film. Albo i lepiej – jakbym przez jakąś czarną dziurę obserwowała przeszłość (jak w "Świetle minionych dni" Clarke’a). Urbankowski bardzo barwnie odmalowuje nie tylko postać, ale i całe jego otoczenie – ludzi, miejsca, nastroje społeczne. To olbrzymi plus tej pozycji.
W drugiej części Autor postanowił sprawdzić, w jakim stopniu na działania Piłsudskiego wpływały romantyczne idee i cele, którymi nasiąkł jako chłopiec i których nigdy nie porzucił, a jakie znaczenie miały pozytywistyczne środki, z których korzystał w swej pracy – zarówno politycznej, jak i... terrorystycznej. Bo pamiętać należy, o czym podręczniki szkolne często milczą, że działania Piłsudskiego w dużej mierze odbywały się w konspiracji i nie stroniły od aktów przemocy, w tym aktów, które dzisiaj bez wątpienia nazwalibyśmy terrorystycznymi. Nie chodzi tu jedynie o zamach na cara. 
Trzecia i najkrótsza część dzieła Urbankowskiego to próba określenia światopoglądu Marszałka na przestrzeni całego jego życia, a więc można powiedzieć – jego dojrzewania i ewolucji światopoglądowej. Jak sam Autor zaznacza w pierwszych zdaniach tej części – dzieło takie dotąd nie powstało, gdyż Piłsudski niewiele zostawił po sobie pism, z których jasno można by określić jego światopogląd. Tym trudniejsze zdaje się więc to zadanie, gdy rozwiązania zagadki należy szukać w czynach, nie zaś słowach. Czy Autorowi się udało? Sprawdźcie sami.
Książka bogata jest w liczne cytaty, a także całkiem sporą liczbę fotografii. Jest to niezmiernie ważny element biografii, który pozwala zbliżyć się do opisywanych postaci, poznać ich twarze, otaczający je świat, nastroje całego społeczeństwa i jednostek. Uważam, że biografia takich osób, jak Piłsudski, która nie prezentowałaby zbioru fotografii, byłaby po prostu niepełna i w czasie lektury byłoby to odczuwalne.
Liczne są także przypisy, jak na dobrą pracę naukową przystało. Dla chętnych, by lepiej poznać postać Marszałka jest więc spora podpowiedź, gdzie szukać dalej. 
Książka wydana jest bardzo ładnie. Nie znalazłam większej ilości błędów, widać, że wszystkie osoby biorące udział w procesie wydawniczym wywiązały się ze swych obowiązków.
Minusy? Jeden. Ciężar fizyczny książki jest... Cóż, kolega powiedział mi, że ta książka to strawa dla umysłu i ciała. Moje ciało odmawiało posłuszeństwa. Książka jest bardzo ciężka, niewygodnie się czyta, nawet trzymając w dwóch rękach i opierając na podkulonych nogach. Po dniu wytężonej pracy, po prostu nie miałam siły, chociaż samo czytanie przebiegało dość szybko. Książka doczekała się wcześniej wydania dwutomowego i muszę przyznać, że był to chyba lepszy pomysł. Owszem, ta księga ślicznie będzie się prezentowała na półce w bibliotece, ale do czytania zdecydowanie preferuję lżejsze tomiszcza.




Książkę przeczytałam dzięki życzliwości portalu Sztukater



Książka przeczytana w ramach Wyzwania:
http://dzosefinn.blogspot.com/2014/12/2-przeczytam-tyle-ile-mam-wzrostu.html
 
 
 
Książka przeczytana w ramach Wyzwania: 
  

środa, 7 stycznia 2015

Księga kobiet – kobiety Księgi – Bella Szwarcman-Czarnota

Wydawnictwo: Wydawnictwo M
Kraków 2014
Oprawa: miękka
Liczba stron: 245
ISBN:978-83-7595-865-2





Znakomita i nietuzinkowa, napisana inteligentnie i błyskotliwie. Tyle by mogło wystarczyć, ale oczywiście nie wystarcza, ponieważ książka Belli Szwarcman-Czarnoty to coś znacznie więcej.
Od lat interesuję się Pismem Świętym i zaglądam do różnych opracowań. Biorę nawet udział w Kursie biblijnym. Przyznać jednak muszę, że jak dotąd nie spotkałam się z tak dogłębną analizą zapisów ksiąg Starego Testamentu. Może właśnie tego potrzebowałam – spojrzenia na nie okiem Żyda, a właściwie Żydówki. Bo spojrzenie kobiety zawsze jest trochę inne od spojrzenia mężczyzny. I punkt widzenia Żyda zawsze będzie trochę inny niż punkt widzenia chrześcijanina. 
Co ciekawe, książka ta powstała w wyniku... zebrania komentarzy na blogu Autorki. Przez okrągły rok Bella Szwarcman-Czarnota publikowała wpisy dotyczące czytań przypadającym na dany tydzień żydowskiego roku. W ten oto sposób otrzymujemy żywe i bieżące komentarze do Tory. Na deser zaś umieszczono niektóre z głosów, które ukazały się na blogu pod poszczególnymi wpisami Autorki. 
Torę przez tysiąclecia czytali i komentowali mężczyźni. Było to zarówno ich prawem, jak i obowiązkiem. Przez większość istnienia judaizmu, kobiety nie mogły jednak studiować Pięcioksięgu. I nie, nie zmieniło się to nagle we wspaniałym XX wieku. Ani w okrutnym XX wieku. W ogóle nie w XX wieku. Już wcześniej pojawiały się wybitne kobiety, które nie tylko Torę znały, ale... ośmielały się ją komentować. Dzisiaj takich kobiet jest więcej i nie muszą się już z tym kryć. Ich komentarze są czytane i szanowane, a niektóre z pewnością, jak te Autorki książki, również wybitne. 
Dogłębna analiza tekstu, sięganie do źródeł (po hebrajsku) i tłumaczenie znaczenia słów użytych w pismach spisanych w starożytności są wielkim plusem te publikacji. Do tego dochodzi jeszcze bardzo przystępny język. Przyznam, że zszokował mnie wiek Autorki, która w tym roku będzie obchodzić siedemdziesiąte urodziny. Byłam niemalże przekonana, że jest to kobieta niewiele starsza ode mnie. Zupełnie nie odczuwałam różnicy wieku w czasie tej lektury. Jak natomiast podsumował to mój Małżonek – każdy może pisać dobrego bloga.
W książce Autorka zawarła 49 czytań przypadających na rok. Trzy z nich zostały połączone (prawidłowo powinny być 52 czytania), co było wynikiem jakichś "zawirowań kalendarza" – nie do końca to zrozumiałam, ale z pewnością chodziło o różnice między kalendarzem żydowskim, a "ogólnoświatowym". 
W swoich komentarzach do czytań Bella Szwarcman-Czarnota skupia się wszak w dużej mierze na miejscu i znaczeniu kobiet w Torze, nie można jednak powiedzieć, że tylko na tym. Analizuje całe czytanie, choć oczywiście zwraca szczególną uwagę na występujące w nim kobiety, a nawet na te, które w nich nie występują. Próbuje przy tym wyjaśnić, jakie znaczenie miał (i ma dzisiaj) taki, a nie inny zapis w Księgach.
Odwołując się do dawnych zwyczajów, wskazuje czytelnikowi, skąd wzięły się określone sytuacje, nakazy i zakazy. Swoje rozważania podpiera licznymi midraszami znanych i cenionych komentatorów. Co ciekawe, w części, w której umieszczono komentarze zawarte na jej blogu, często głos zabierają chrześcijanie. Posługują się zapisami Biblii (Warszawskiej, Warszawsko-Praskiej, Tysiąclecia i innymi wydaniami), próbując porównać je z zapisami w Torze i midraszami.
Dzięki książce poznacie ciekawe spojrzenie na wiele historii biblijnych. Zaczynając bowiem od opowieści o powstaniu człowieka i grzechu pierworodnym (widzianym zupełnie inaczej, niż na co dzień to przyjmujemy), Autorka przeprowadzi nas kolejno przez historie Noego, Abrahama, Izaaka, Jakuba, Józefa, Mojżesza, Aarona... I klasycznie, zaczęłam wymieniać mężczyzn, patriarchów, a przecież mieliśmy mówić o kobietach. O Ewie, o Sarze i Hagar, o żonie Noego i żonie Lota, o Rebece, o Racheli, o Miriam... Bo to ich losy przede wszystkim śledzi czytelnik, którego lektura całkowicie pochłonie. Co do tego nie mam bowiem wątpliwości. Mogłabym tak usiąść w fotelu z gorącą herbatą i czytać od świtu do zmierzchu. Szkoda, że praca i codzienność wymagają robienia sobie przerw. 
Nie mam absolutnie żadnych negatywnych uwag co do tej publikacji. Książka została wydana bardzo starannie, na grubym, lekko pożółkłym papierze, dzięki czemu dobrze się ją czyta przy sztucznym świetle (wiadomo, zimą niedługi dzień). Błędów nie znalazłam, okładka bardzo mi się spodobała. Po prostu kawał dobrej wydawniczej roboty. I dobrze – bo szkoda byłoby zepsuć tak wyśmienite i ważne dzieło jakimiś bublami. Polecam.

 
Książkę przeczytałam dzięki życzliwości portalu Sztukater



Książka przeczytana w ramach Wyzwania:
http://dzosefinn.blogspot.com/2014/12/2-przeczytam-tyle-ile-mam-wzrostu.html

poniedziałek, 5 stycznia 2015

Zatrzymać iskry – Grażyna Kamyszek

Wydawnictwo: Wydawnictwo Literackie Białe Pióro
Warszawa 2014
Oprawa: miękka
Liczba stron: 206
ISBN: 978-83-64426-16-2





"Zatrzymać iskry" to dalszy ciąg opowieści o życiu Renaty Sadzik-Parker. Tym razem jednak będzie nieco inaczej niż w powieści "Zobaczyć iskry" i to nie tylko dlatego, że zabraknie – z oczywistych względów – Martina. A i życie Renaty, można powiedzieć, wywróciło się do góry nogami, chociaż jak najbardziej w pozytywnym kierunku.
Tematyka drugiego tomu historii Renki jest zupełnie inna, niż wcześniej nam znanej opowieści. Niewiele tym razem Autorka poświęca przemyśleń emigracji zarobkowej – jest ona poniekąd którymś tam z kolei tłem. Wspomina się o niej od czasu do czasu, wszak gdyby nie ten społeczny problem, Renata nigdy pewnie nie znalazłaby się w Gelsenkirchen. 
W "Zatrzymać iskry" Renata jest już nie opiekunką seniorów, ale młodą żoną i matką bliźniaków, Ani i Martina. Między nią a Thomasem wszystko zdaje się układać. Uprawomocnia się orzeczenie o nabyciu spadku po Martinie, dzięki czemu Renata otrzymuje pewien "mająteczek". Zbyt różowo? Jak to w życiu bywa, wata cukrowa zostaje posolona litrami łez, a radosne krzyki nowonarodzonych bliźniaków przerywane są szlochem dorosłych i krzykiem pełnym żalu. Co się stanie? Nie napiszę, ale mogę Wam zdradzić, że będzie się działo całkiem sporo.
Tym razem większe znaczenie dla wydarzeń będzie miała babcia, seniorka rodu Sadzików, uparta starowinka, która od młodości ma pewne marzenia, z którymi dotąd się nie ujawniła. A jej koleżanki, "staruszeczki, moherowe panieneczki" dadzą nie raz popalić i Sadzikom i Parkerom. Niezmiernie ważną postacią powieści jest pani Edel, koleżanka Anny z domu seniora. Jej historia z pewnością Was wzruszy i zapadnie w pamięci jako pewien symbol tysięcy niemieckich i polskich kobiet, które przeżyły "wyzwolenie". Jej przyjaźń z babcią Sadzikową też okaże się w pewnym stopniu symboliczna. 
Co z pozostałymi bohaterami? Jednym wiedzie się lepiej, innym gorzej. Jedni przychodzą, inni odchodzą. Nad niektórymi uronicie łzy, innymi zupełnie się nie przejmiecie. Czy Renata znajdzie przyjaciół na niemieckiej ziemi? Czy może namówi męża do przeprowadzki do Polski? Jak zareaguje rodzina na pojawienie się w niej dwóch maluchów o ciemnej skórze? 
Mam wrażenie, że dalszy ciąg opowieści o Rence jest znacznie smutniejszy od pierwszego. Choć nadal pojawiają się tu radosne chwile, choć raz po raz któryś z bohaterów sypnie żarcikiem, jakoś tak nie było mi do śmiechu. Jedynie chyba w sytuacjach, gdy główne skrzypce grała babcia Sadzikowa. Ona rzeczywiście rozładowywała atmosferę, która co i rusz gęstniała.
Nad głowami Renki i Thomasa pojawiają się ciemne chmury. Czy znowu zabłysną na ich niebie promienie słońca? Czy ich dzieci będa się wychowywać pod niebem polskim, czy niemieckim, czy może...?
Ogólnie powieść bardzo mi się podobała i uważam, że trzyma poziom pierwszej części. Może właśnie dlatego, że Autorka nie powielała tematów, ale wskazała na zupełnie inne sprawy. Tak, jak to bywa w życiu – człowiek zakłada rodzinę, rodzą się dzieci – zmieniają się cele, priorytety, marzenia. Grażyna Kamyszek pokazała to idealnie.
Co mi się nie podobało? Te stany "podkurzenia" Renaty. Co to, u diabła, znaczy "podkurzenie"? Albo jest zdenerwowana, albo wkurzona, albo ma wybuch i wówczas już "podkurzenie" nie ma z tym wiele wspólnego. Niezgrabne jakieś to określenie po prostu, ale właściwie skoro pojawiało się w pierwszej części, to należało się trzymać nomenklatury. Jakoś denerwowało mnie nazywanie dzieci "czekoladkami". Rozumiem, że miało to być na żarty i z miłością, a jednak nie mogę sobie wyobrazić, by jakaś matka tak mówiła o własnych pociechach. Ale to już może moje czepianie się, bo powieść ciekawa i mądra, korekta całkiem dobra, więc czegoś uczepić się było trzeba...
Tak więc polecam wszystkim, którzy czytali "Zobaczyć iskry". Tym zaś, którzy jeszcze nie zapoznali się z pierwszą częścią przygód Renki – proponuję od razu zaopatrzyć się w oba tomy.




Książkę przeczytałam dzięki życzliwości Wydawnictwa Literackiego Białe Pióro



Książka przeczytana w ramach Wyzwania:
http://dzosefinn.blogspot.com/2014/12/2-przeczytam-tyle-ile-mam-wzrostu.html



Książka przeczytana w ramach Wyzwania: