Fragment mojej recenzji został umieszczony na okładce powieści "Skazaniec. Z bestią w sercu" Krzysztofa Spadło


Moja recenzja została zamieszczona na okładce powieści "Wojownicy. Odwet Wysokiej Gwiazdy" Erin Hunter

Fragment mojej recenzji „Korony śniegu i krwi” został umieszczony na okładce powieści Elżbiety Cherezińskiej – "Niewidzialna korona"

poniedziałek, 23 grudnia 2019

Wesołych Świąt

Słowo Ciałem się stało i zamieszkało pośród nas. Niech zamieszka również w Waszych domach i Waszych sercach. Niech mały Jezusek obdarzy Was wszelkimi błogosławieństwami, a Święty Mikołaj, Gwiazdor, Dzieciątko, Aniołek czy ktokolwiek przynosi Wam prezenty pod choinkę obdaruje wymarzoną książką (a jeszcze lepiej wieloma takimi książkami).
Wesołych Świąt i przyjemnego czytania!



 

piątek, 20 grudnia 2019

O Bożym Narodzeniu

Za kilka dni długo przez nas oczekiwana Wigilia, a zaraz po niej Boże Narodzenie. To już właściwie ostatnia chwila na uzupełnienie braków w tematycznym księgozbiorze. Może zatem dzisiaj mniej słów, a więcej obrazów. Kilka z naszych lubionych pozycji bożonarodzeniowych poniżej. Oczywiście, to tylko niewielka część, ale te mogę z czystym sercem gorąco polecić. Recenzje większości z nich również znajdziecie na Dune Fairytales. Zapraszam do zapoznania się z tymi opowieściami.















czwartek, 19 grudnia 2019

Krivoklat – Jacek Dehnel

Wydawnictwo: ZNAK Litera Nova
Kraków 2016
Oprawa: twarda
Liczba stron: 240
ISBN: 978-83-240-3628-8





Z twórczością Jacka Dehnela spotkałam się właściwie (pomijając pierwszy tom serii, którą pisze wraz z Piotrem Tarczyńskim oraz jedno opowiadanie) po raz pierwszy. Tak się złożyło, że... wcześniej się nie składało. I cóż mogę napisać? Nie było łatwo. Dlaczego? Czytajcie dalej.
"Krivokata" czyta się po prostu trudno. Nie ma rozdziałów, nie ma przerw. To ponad dwieście stron potoku myśli.  Monologu zwariowanego człowieka, który chcąc ocalić sztukę i arcydzieła... oblewa je kwasem (sic!). Najdłuższe zdanie ma cztery stron! Możecie więc sobie chyba wyobrazić, że jest to pewne wyzwanie. Na dodatek mnóstwo wtrąceń, przypomnień, powtórzeń. Trzeba przyznać, że Dehnel musiał się z tym również nieźle namęczyć. Doskonale poznał, jak działa ludzki mózg i ludzka myśl. Z przeczytaniem tego jednak można mieć sporo problemów. Czyta się dobrze pod warunkiem, że czyta się ciurkiem. Najlepiej wygospodarować sobie kilka godzin i przeczytać od razu całość, albo chociaż połowę. Ale któż z nas może sobie na to pozwolić? Ja nie mogłam i, niestety, takie czytanie po kilkanaście stron bywało prawdziwą udręką.
A jednak brnęłam dalej. Dlaczego? Bo wciąż mnie ciekawiło, co będzie dalej. Nie dlatego, że mamy w tej powieści jakąś porywającą akcję. Nie liczcie na to. Jak dla mnie akcji jest tam tyle, co kot napłakał. Ciągnie się to w nieskończoność, a jednak... choć czyta się ciężko, jeszcze ciężej byłoby odłożyć i nie dokończyć. 
Sama koncepcja jest genialna. Wykonanie bardzo ciekawe. Wiele różnych ważnych spostrzeżeń dotyczących sztuki i tego, jak ją współcześni ludzie, a także społeczeństwo jako ogół, rozumieją. Czym właściwie sztuka jest? Czym różni się dzieło od arcydzieła? A kicz? Czy fakt, że za niewielkie pieniądze każdy z nas może dzisiaj kupić sobie pocztówkę w ulubionym obrazem, breloczek z kopią rzeźby, porcelitową filiżankę z nadrukiem dzieła sztuki sprawia, że przestaliśmy być wrażliwi na prawdziwe piękno i oduczyliśmy się z nim obcować? Jak w końcu podchodzić do dzieła – z głową "przewietrzoną", czy może jednak z pewnym teoretycznym przygotowaniem?
Dodatkowo cała litania przywar społecznych, celnych uwag dotyczących zmian, jakie zaszły w ludziach w ostatnich dekadach. Mocno przerysowany (a może nie?) obraz mieszczańskiego życia, ze wszelkimi jego przywarami i niewieloma zaletami. Wszystko to widziane oczami wariata, który czasem zdaje się być bardziej normalny od otaczających go ludzi. W końcu, czymże właściwie jest szaleństwo? I dlaczego jednych wariatów Krivoklat uważa za zwykłych wariatów, a innych za artystów (jak Zeyetmayer)?
Czego mi w tej książce brakowało? Emocji. Nie wiem, nie czułam ich. Nawet, kiedy czytałam o zakradaniu się do obrazu w jakimś dużym, znanym, dobrze strzeżonym muzeum, w celu jego oblania roztworem kwasu, nie czułam tego, co przy lekturze innych książek. Żadnego łomotania w sercu. Żadnych biegnących pędem myśli. Żadnego podniesionego ciśnienia. Ani u mnie, ani u Krivoklata. Miałam wrażenie, że całe jego, naprawdę długie, wypowiedzi są wyzute z emocji. I to moim zdaniem największy minus tej powieści.
Cieszę się jednak, że tę książkę przeczytałam. I że zrobiłam to dopiero teraz, długo po mojej wizycie (pierwszej i raczej ostatniej) w Zachęcie. Kto wie, jakie kryminalne myśli (historia mojej wizyty tamże nie jest do opowiedzenia tutaj, ale była naprawdę osobliwa) by mnie nachodziły wówczas, gdybym znała historię Krivoklata... Historię opisaną na podstawie prawdziwego życiorysu człowieka z krwi i kości, który właśnie w ten sam sposób chciał pokazać ludziom, że wielkie dzieła sztuki to coś znacznie więcej niż tylko ich "rynkowa" cena, wyliczona przez jakichś ekspertów. I chyba to główny morał całej powieści. 
Czy polecam? Szczerze – nie potrafię powiedzieć. Warto spróbować, ale uprzedzam, że nie będzie łatwo.




Książkę przeczytałam w ramach Dyskusyjnego Klubu Książki

czwartek, 12 grudnia 2019

Nad oceanem czasu – George Mackay Brown

Wydawnictwo: Wiatr od morza
Gdańsk 2019
Oprawa: miękka
Liczba stron: 274
Tytuł oryginału: Beside the Ocean of Time
Przekład (z j. angielskiego): Michał Alenowicz
ISBN: 978-83-943523-8-7






To już moje drugie, po "Winlandii", spotkanie z prozą George'a Mackaya Browna i muszę przyznać, że coraz bardziej cenię i lubię tego autora. Nie dziwię się więc wcale, że "Nad oceanem czasu" jest powieścią nominowaną swego czasu do Bookera. Jak to, niestety, często bywa, powieścią już wcale nie nową, bo mającą ćwierć wieku, a w Polsce zupełnie nieznaną. Na szczęście teraz mamy okazję się z nią zapoznać i mam nadzieję, że przypadnie Wam ona do gustu równie mocno jak mnie.
Warto w tym miejscu napisać słów kilka o samym autorze. Urodzony w roku 1921 w miasteczku Stromness na Orkadach to właśnie z Orkadami związał całe swe życie, które zakończyło się w 1996 roku. Chorowity od dziecka, pochodzący z biednej rodziny, zaczynał swą literacką przygodę od poezji (czego echa można znaleźć również w jego bardzo poetyckiej prozie). Pierwszy tomik wierszy wydał w 1954 roku. W latach 60. XX wieku został ochrzczony w Kościele Katolickim, co w dużej mierze od tej pory miało wpływ na jego twórczość. Na początku kolejnej dekady napisał swą pierwszą powieść, a już po roku kolejną – tym razem o świętym Magnusie, nota bene jarlu Orkadów. Choć na kolejne lata życia przypadała ciężka walka z depresją, a Brown nie stronił również od kieliszka, wciąż tworzył i to u kresu swego życia napisał dwie najbardziej uznawane powieści, a więc wspomnianą już "Winlandię" oraz "Nad oceanem czasu".
Wracając zatem do recenzowanej książki – właściwie na początku można sobie zadać pytanie czy jest to rzeczywiście powieść, czy może jednak zbiór opowiadań, których łącznikiem jest główny bohater, Thorfinn Ragnarson. Osobiście przychylam się do opinii, że książkę należy zaklasyfikować jako powieść, choć początkowo miałam co do tego spore wątpliwości, ponieważ granice pomiędzy powieścią a swoistą kolekcją różnych opowiadań są tu zatarte poprzez postać młodego Thorfinna. 
Thorfinn jest marzycielem, którego wszyscy mają za "niewydarzonego lenia". Zresztą już w pierwszym zdaniu powieści pada to właśnie określenie. I będzie się ono za Thorfinnem ciągnęło przez wiele długich lat. Jego marzenia, jego myśli, jego przeżycia we śnie pozwalają Brownowi odkrywać przed czytelnikiem bogatą historię Szkocji oraz Orkadów. Historię sentymentalnie opowiedzianą, uchwycającą piękno i życie szkockich rolników w niemalże nietkniętym przez postęp świecie wyspiarskim. Oglądamy więc ich codzienną pracę, słuchamy ich niewybrednego języka, podpatrujemy niezbyt dla nas ciekawe rozrywki. Jednocześnie w pewnym momencie ta swoista kombinacja sielskości i naprawdę ciężkiej orki na ugorze zostaje postawiona w opozycji wobec wiecznie biegnącego świata. Nagle, zupełnie niespodziewanie, nawet nie z dnia na dzień, ale raczej z godziny na godzinę zmienia się wszystko, kiedy widmo nadciągającej II wojny światowej postanowi wkroczyć również na Norday, wyspę, z której pochodzi Thorfinn. A czytelnik widzi dewastację całej właściwie kultury, dewastację, którą można chyba porównywać do tego, co w tym okresie stało się z wieloma europejskimi grupami etnicznymi, które niemalże zupełnie "zmiotło" z powierzchni ziemi. Jest to również dewastacja zwykłego prostego człowieka, który żył z codzienną świadomością tego, że skoro jego przodkowie od wieków gospodarzyli na tej ziemi, to nic się nie mieni przez kolejne pokolenia. 
Jednocześnie poznajemy realne życie Thorfinna i życie bohaterów, o których śni, snuje marzenia. Bohaterów, o których nie wiemy, czy istnieli rzeczywiście, czy są jedynie wytworem wyobraźni dorastającego chłopca. Jego fantazje płyną w oceanie czasu, rozbijając się co jakiś czas o brzeg. A zakończenie... Nie, musicie przeczytać sami. Dla mnie bardzo mocne, uderzające obuchem, choć od strony narracyjnej wciąż refleksyjne i piękne.
Od pierwszej strony była to lektura wciągająca, zarówno pod względem fabuły, jak i języka. Pięknego, spokojnego przeplatania się historii, w których choć nie wchodzimy z autorem do głów bohaterów, choć nie poznajemy do końca ich motywów czy myśli, to w końcu i tak wiemy, dlaczego akcja rozgrywa się właśnie w taki, a nie inny sposób, bo mówią nam o tym same ich działania.
Od szczegółu do ogółu i od ogółu do szczegółu, można rzec, Brown przedstawia nam nie tylko historię Thorfinna, ale historię kultury całej wyspy. Zaś czas... czas jest płynny niczym ocean. Życie przychodzi wraz z przypływem i odchodzi wraz z odpływem. Czy złapiemy falę, czy pozwolimy się jej ponieść, czy też może pod nią utoniemy zależy w dużej mierze od nas, ale nie tylko...
Stawiając mnóstwo uniwersalnych pytań (szczególnie w odniesieniu do losów Norday w czasie wojny i tuż po niej), Autor daje nam poetycką opowieść, która w piękny sposób nawiązuje do starych nordyckich sag. Wartą każdej wydrukowanej litery. W moim odczuciu genialną! Będę ją polecała każdemu, bo to literatura z naprawdę najwyższej półki.







Za egzemplarz recenzencki dziękuję Wydawnictwu Wiatr od Morza
 
 

czwartek, 5 grudnia 2019

Pierwsza Gwiazdka nad Świerkową Polaną – Aniela Cholewińska-Szkolik

Wydawnictwo: Wilga
Warszawa 2019
Oprawa: twarda
Liczba stron: 96
Ilustracje: Magdalena Babińska
ISBN: 978-83-280-6516-1
 
 
 
 
 
 
Nastał grudzień, a wraz z nim zmiana scenerii. Prawda, śniegu za oknem brakuje, ale dziecięce półki na książki wyglądają już zupełnie inaczej. Królują na nich teraz książki związane z zimą i Bożym Narodzeniem. W tym roku nie może na nich zabraknąć "Pierwszej Gwiazdki nad Świerkową Polaną" Anieli Cholewińskiej-Szkolik. Książki, w której zakochałyśmy się od razu, i do której miłość nie ustępuje z biegiem, kolejnego już, czytania.
W Leśnym Przedszkolu rozpoczynają się przygotowania do Gwiazdki. Nauczycielka, Pani Borsukowa proponuje dzieciakom przeróżne formy zabaw, które mają je wprowadzić w świąteczny nastrój, a jednocześnie doprowadzić do spełnienia dobrych uczynków. Na początek rozdaje role do jasełek. W Święta zostanie odegrane przedstawienie. I to nie w przedszkolu, ale na Świerkowej Polanie, na prawdziwej scenie, przed wszystkimi mieszkańcami lasu! Dzieci są bardzo podekscytowane i z wielkim przejęciem uczą się swoich kwestii, by wypaść jak najlepiej. Niestety okazuje się, że obsadzony w roli diabełka dzik Rysio nie bardzo radzi sobie z wymaganiami, jakie stawia przed nim bohater, którego ma odegrać. Tymczasem jego najlepszy przyjaciel, mały jeż Funio, który sam bardzo o tej roli marzy, postanawia mu pomóc. Dochodzą wspólnie do nieoczekiwanych wniosków, które zadziwią nawet ich nauczycielkę. Na szczęście wszystko zakończy się dobrze, a na ostatnich stronach książki przedstawienie zostanie w końcu odegrane i otrzyma moc braw i wiwatów.
Zanim jednak dojdzie do długo wyczekiwanych i pieczołowicie przygotowywanych Świąt, grudzień będzie obfitował w inne przygody. I tak wiewiórka Tusia zaprzyjaźni się z małą śniegową chmurką, która pomoże przedszkolakom dostarczyć listy do Świętego Mikołaja. Sarenka Iskierka zrobi piękny lampion, który ostatecznie podaruje swojemu wujkowi, choć będzie to oznaczało, że jako jedyna nie przyniesie swego dzieła do przedszkola i nie zawiesi go na olbrzymiej choince. Mały lisek Migdałek pozna siłę prawdziwej przyjaźni i bliskości, zgodnie z porzekadłem, że prawdziwych przyjaciół poznaje się w biedzie (w tym przypadku w chorobie). Królik Fiołek natomiast przekona swą rodzinę, że nie pieczenie pierników i dekorowanie domu jest najważniejsze, ale bycie razem i cieszenie się wspólnie spędzonym czasem. 
Te i wiele innych, ciepłych historii znajdziecie na kartach tej wspaniale napisanej i pięknie zilustrowanej książki. Będzie coś o podjadaniu, o oszukiwaniu i przyznawaniu się do błędów, o samotności i poszukiwaniu przyjaźni, w końcu o pustym miejscu przy wigilijnym stole i tym, że nie zawsze okazuje się ono jedynie symboliczne. Wszystko to w dziesięciu kolejnych rozdziałach, które są idealne na niezbyt długie czytanie. My na ogół czytałyśmy po dwa rozdziały "za jednym zamachem", bo przygoda za szybko się dla nas kończyła.
Od razu pokochałyśmy wszystkich bohaterów tej książeczki (przedstawionych na wewnętrznej wyklejce okładki), choć mam wrażenie, że Dziewczynki najbardziej lubią wiewiórkę Tusię. Może to dlatego, że i u nas w ogródku mieszka wiewiórka. Nota bene od tygodnia ma już imię... Tusia.
Przeczytałyśmy książkę bardzo szybko, bo niezmiernie nam się podobała. Do tego stopnia, że ledwie powiedziałam słowo "koniec", Dziewczynki poprosiły, bym zaczęła od początku. I tak oto trwa nasza przygoda, przy czym warto zaznaczyć, że kiedy nie czytam, Ariunia i Rebeczka chętnie same po tę książkę sięgają, oglądają obrazki i na ich postawie opowiadają historie, które już poznały.
Książka wydana jest bardzo ładnie, w twardej oprawie, na kredowym papierze. Z przecudnymi ilustracjami Magdaleny Babińskiej, które sprawiają, że oglądanie każdej strony jest czystą przyjemnością i może trwać naprawdę długo. Jeden błąd, który znalazłam nie jest w stanie popsuć wielkiej przyjemności z lektury. Oby więcej takich pięknych i mądrych książek trafiało do naszych małych czytelników.
 
 
 
 
 
Książkę przeczytałam dzięki życzliwości Wydawnictwa Wilga