Fragment mojej recenzji został umieszczony na okładce powieści "Skazaniec. Z bestią w sercu" Krzysztofa Spadło


Moja recenzja została zamieszczona na okładce powieści "Wojownicy. Odwet Wysokiej Gwiazdy" Erin Hunter

Fragment mojej recenzji „Korony śniegu i krwi” został umieszczony na okładce powieści Elżbiety Cherezińskiej – "Niewidzialna korona"

Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Bruno Wioska. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Bruno Wioska. Pokaż wszystkie posty

piątek, 13 lutego 2015

"Menorah" Brunona Wioski już dostępna

Kochani, obiecałam, że dam znać, kiedy "Menorah" ukaże się drukiem. 
Śpieszę więc powiadomić Was, że dzisiaj dotarła do mnie świeżutka i pachną książka. 
Oto dane:
Druk: SOWA Sp. z o.o.
Oprawa: miękka
Liczba stron: 197
ISBN: 978-83937756-2-0

poniedziałek, 24 listopada 2014

Menorah – Bruno Wioska

Danych, które zazwyczaj tutaj podaję BRAK. Otrzymałam bowiem od Autora maszynopis. Powieść zostanie dopiero wydana. W obecnej chwili mam przed sobą 212 stron A4. 






Jeśli ktoś z Was miał okazję spotkać się z prozą Brunona Wioski, albo czytał moje wcześniejsze recenzje – wie, że Autor ma swoje ulubione miejsca. Doliny, rzeki, miasta i miasteczka, zamki nad Loarą... Lokalizacje, o których pisze często i namiętnie. Z opisów których tak łatwo wyczytać jego wielką miłość do tych konkretnych miejsc. Tym razem jest podobnie, choć wydarzenia mniej więcej jednej czwartej powieści dzieją się tym razem w Niemczech, w dolinie Ahru, która również kryje w sobie tajemnice sprzed wieków, a którą Autor doskonale zna.
Mocne wejście – wszystko zaczyna się bowiem od trzęsienia ziemi i pewnego dziennikarza imieniem Gero, który ląduje... w starym żydowskim grobie. Rozsypujący się pergamin znaleziony w kościstych szczątkach nieboszczyka rozpoczyna pełną przygód wyprawę w poszukiwaniu prawdy, która zawiedzie kilku głównych bohaterów do Wenecji, Watykanu, zamków nad Loarą, a także do Krakowa.
Pomysł powieści jest bardzo ciekawy i uważam, że ma olbrzymi potencjał, choć potrzebuje jeszcze redakcji. Z tym, że – jak wspominałam – jest to maszynopis, książka nie wydana, więc tym razem nie wypowiadam się na temat ewentualnych literówek i innych błędów, licząc na to, że po wydaniu powieści, po prostu znikną.
Co jest wielkim plusem wszystkich historii tworzonych przez Brunona Wioskę to przemycana w nich wiedza. Ciekawostki dotyczące historii, architektury, sztuki, mniej i bardziej znanych władców oraz dworskich intryg łączy On zawsze z wartką fabułą. Przy lekturze "Menory" z pewnością nie będziecie się nudzić. Ja nie mogłam się od książki oderwać, choć czasami gdzieś tam zauważałam pewne nieścisłości, czy nagłe przeskoki pomiędzy scenami. Nic, z czym dobry redaktor by sobie nie poradził.
Akcja jest wartka, jak już zauważyłam wcześniej. Trup może nie ściele się gęsto, ale poza nieboszczykiem spoczywającym w grobie od pół millenium, będzie jeszcze zaginięcie, porwanie, zabójstwo, kradzież, próba przekupstwa... Czytanie starych manuskryptów, zwiedzanie historycznych zamków, podróże gondolą i wizyta w Watykanie. Dowiedzie się, co w swych obrazach ukrywał Tycjan, a także jakie tajemnice skrywają góry w dolinie Ahru.
Przyznaję, że miałam trochę problemów, by nadążyć za bohaterami. W pewnym momencie pojawiło się ich całkiem sporo i czasami można było ich pomylić, szczególnie, kiedy prowadzili długie rozmowy (a wszyscy na dodatek są mężczyznami – pojawia się tylko jedna kobieta i to jedynie w kilku scenach).
Bardzo ciekawe jest takie połączenie zupełnie fikcyjnych bohaterów z postaciami historycznymi, mieszanie zdarzeń rzeczywistych z wymyślonymi. Lubię literaturę z historią w tle. Wtedy aż chce się doczytać coś więcej, próbując zrozumieć, jak było rzeczywiście, a co jest twórczym wymysłem autora. 
Jeśli i Wy jesteście zainteresowani, co łączy żydowski cmentarz, dwa zabójstwa na przestrzeni sześciu wieków, Kallimacha (nauczyciela synów Kazimierza Jagiellończyka) z Leonardem da Vinci, skarbem jerozolimskim i tytułową menorą – z pewnością się nie zawiedziecie. Trzymajcie więc kciuki za to, by książka jak najszybciej ujrzała światło dzienne i dostała się w ręce redaktora, który podkreśli wszystkie jej walory, a ukryje mankamenty. 







Książka przeczytana w ramach Wyzwania:



Książkę otrzymałam od Autora

środa, 16 lipca 2014

Wir Leonarda da Vinci – Bruno Wioska

Wydawnictwo: Sowa
Warszawa 2013
Okładka: miękka
Liczba stron: 154
ISBN: 978-83-64033-96-4





Wir wciąga, jak to z wirami bywa. Leonardo da Vinci zaś... Cóż, jak można nie być pod jego wielkim wrażeniem? Nie można. Każde miejsce, które jest z nim związane, fascynuje i inspiruje. Zainspiruje również Patryka. Zanim jednak chłopak trafi do Francji, czeka go jeszcze kilka mrożących krew w żyłach przygód w Polsce. Dopiero uciekając przed groźnymi bandytami, którzy czyhają na życie jego i jego nowopoznanego kolegi... Zaraz, zaraz, zapędziłam się co nieco. Zupełnie, jakby mnie ten tytułowy wir wciągnął.
"Wir..." to powieść sensacyjna ze sztuką w tle. Nie zabraknie też polityki, odrobiny melodramatu i ciekawych postaci.
Choć miałam już okazję czytać inne tytuły Autora (i je recenzować – poszukajcie pod etykietą "Bruno Wioska"), to "Wir..." jest jego debiutem literackim. Debiutem, moim zdaniem, bardzo udanym, choć już w kolejnych tekstach widać, że warsztat Autora rozwija się cały czas. Sięgając po tę powieść miałam trochę obaw, bo tak czasem jest, kiedy sięga się do starszych pozycji. Po dopracowanych i świetnych książkach trafia się na debiut i... Kiszka. Na szczęście tak się nie stało. Zresztą "Wir Leonarda da Vinci" dość znacznie różni się od "3. powrotu" czy "Relatywnych spotkań" (ostateczny tytuł brzmi: "Tajemnica Komnaty Sybilli"). Tym bardziej nie ma wiele wspólnego z książką "Rowerem na koniec świata". 
Bruno Wioska potrafi wspaniale połączyć historię, architekturę i sztukę z akcją, której nie powstydziliby się najlepsi hollywoodzcy filmowcy. Nie mogłam się oderwać od lektury, czytałam do białego rana, aż oczy puchły, ale po prostu musiałam się dowiedzieć, co będzie dalej.
Przyznaję, że trochę denerwował mnie nieco naiwny optymizm Damiana, że wszystko się jakoś ułoży. Szczególnie po tym, co chłopak przeżył, czego był świadkiem. Chociaż właściwie... w jego wieku też byłam jeszcze taka naiwna i nie zdająca sobie sprawy, że świat potrafi być podły. Trochę przewidywalna była rola pani Molois, chociaż to może dlatego, że ja naprawdę dużo czytam i ciężko mnie czymś zaskoczyć. Ale to chyba jedyne "minusy" tej powieści. Poza tym Autor zaskakiwał mnie co i rusz. Choćby tym, jak ładnie to się wszystko razem komponowało. Olbrzymi plus za stworzenie naprawdę rewelacyjnych bohaterów – Zalewskiego i Bolka.
Kiedy do fantastycznej powieści, która wciąga niczym tytułowy wir dodać jeszcze ładne wydanie z ciekawą okładką (autorstwa Brunona Wioski) – otrzymujemy książkę, którą naprawdę warto posiadać i przeczytać. Bo czyż może być na wakacje coś lepszego niż słoneczna Francja, tajemnica sprzed lat, pościg policji i bandytów za dwoma młodymi chłopcami, wielkie pieniądze i Leonardo da Vinci? Gorąco polecam!





Książka przeczytana w ramach Wyzwania


Książkę przeczytałam dzięki życzliwości Wydawnictwa SOWA
 http://www.sowadruk.pl/

sobota, 7 czerwca 2014

3. powrót – Bruno Wioska

Liczba stron: 438




Tomiszcze nie będzie cienkie. 438 to już pokaźna powieść. Z pewnością będzie się ładnie prezentować na Waszych półkach, szczególnie gdy wziąć pod uwagę, że Autor jest artystą-plastykiem i zadba także o oprawę graficzną. Projekt okładki, który widzicie obok nie jest końcowy. Ostateczna okładka "3. powrotu" powstanie z połączenia tego zdjęcia ze zdjęciem pani Margot Bakenda i z pewnością będzie przepiękna (widziałam jej prace).
Jednak nie okładka jest w książce najważniejsza, a jej zawartość. Treść tej powieści to prawdziwa uczta dla każdego, kto lubi historię, dobry kryminał, filozofię i ciekawych bohaterów.
Bruno Wioska potrafi przenieść czytelnika do świata, który opisuje. Ani się nie obejrzałam, a już w nim utonęłam i to całkowicie. Zapomniałam o tym, co mnie otacza, o problemach, zadaniach, ogólnie – o wszystkim – i dałam się porwać niesamowitemu wirowi historii Antoina... Czy jednak rzeczywiście Antoina?
Gdy w czasie swej wycieczki do Włoch wspomniany bohater spotkał tajemniczych Gero i Laslo, jego świat wywrócił się do góry nogami. Niemalże dosłownie. Z właściwie nieznanego malarza stał się nagle rozchwytywanym artystą, którego prace chciał mieć niemal każdy. Problem polegał na tym, że w czasie transportu na wystawę miał miejsce wypadek i prace zostały bezpowrotnie utracone. Koniec świata? Niezupełnie. Prawdziwa historią Antoina ma się dopiero zacząć, a zaprowadzi go w miejsca, o których nawet nie śnił i do ludzi, którzy dawno już odeszli z tego świata...
Powieść można podzielić na trzy części, choć oficjalnie podzielono ją na dwie. Nie ma się jednak czemu dziwić, co zrozumiecie w czasie lektury. Trzy narracje: jedna dotyczy Antoina, druga Veneziano, trzecia Brauna zwanego Brunettim. Wszystkie są fascynujące, a każda inna. Choć przecież dotyczą wciąż... Nie, tego nie zdradzę, choć z pewnością szybko się domyślicie, kiedy utoniecie w słowach spisanych przez Autora książki.
Razem z bohaterami przeniesiemy się najpierw do Europy i na Bliski Wschód przełomu VIII i IX wieku. Przyjdzie nam nawet poznać... Karola Wielkiego. I choćby dlatego na zawsze będę miała do "3. powrotu" wielki sentyment. Karol jest jedną z pięciu moich ulubionych postaci historycznych płci męskiej! Te ponad dwieście stron było dla mnie cudowną podróżą, która pozwoliła mi tę postać poznać jeszcze lepiej, bliżej, niemal z nią zaprzyjaźnić. Zresztą samego Veneziano również darzę olbrzymią sympatią i cały czas dopingowałam mu w poszukiwaniu rozwiązania sekretu pewnych zwojów zapisanych w tajemniczym kodzie atbash. I bardzo zdziwiłam się zakończeniem tej historii, a – jak być może już wiecie – niełatwo mnie zdziwić fabułą. 
Podróż przez Harran, Mosul, Bagdad, Como, Akwizgran i Wenecję pokazuje przepiękny obraz ówczesnego świata – tajemniczego, pełnego współistniejącej magii i wiary w zmartwychwstałego Jezusa, koegzystencji wielu kultur i rozwoju nauki. To świat, do którego chciałabym się na chwilę przenieść (choć z pewnością nie chciałabym tam zostać na dobre). Bruno Wioska dał mi tę możliwość, za co serdecznie mu dziękuję.
W drugiej części przenosimy się na chwilę do... Krakowa. Poznajemy kilku tamtejszych żaków, z których dwóch udaje się na dalszą naukę do Florencji, gdzie rozwija się filozofia i nowe prądy, które być może zawędrują kiedyś nawet do Polski. Nowe możliwości, jakie daje wynaleziony niedawno druk, rozkwit nauk i znów... tajemnicze zwoje, które gdzieś zaginęły, a mogą odmienić oblicze świata. Kto się ich obawia i dlaczego tylu ludzi musiało za nie oddać życie? Macie ochotę na spotkanie z samym Leonardo da Vincim i innymi wielkimi twórcami epoki? Nie może się Wam nie spodobać!
Rozwiązanie zagadki nie jest proste i nie udało mi się go domyślić w czasie lektury. Na szczęście poznałam je na ostatnich stronach. Muszę przyznać, że rozstanie, szczególnie z Veneziano, było ciężkie. Dawno już wydawało mi się, że przestałam przywiązywać się do postaci książkowych. okazało się, że do niego się przywiązałam. 
Powieść nie została jeszcze wydana, nie przeszła jeszcze przez korektę i redakcję, w związku z czym nie wypowiadam się na ten temat. Myślę jednak, że dobry redaktor bez większych problemów poradzi sobie z tym nieoszlifowanym diamentem, a wówczas dostaniecie prawdziwy, lśniący i mieniący się kolorami tęczy brylant! I to w pakiecie z podróżą w czasie. Czy może być coś lepszego?

poniedziałek, 24 lutego 2014

Relatywne spotkania – Bruno Wioska

Danych, które zazwyczaj tutaj podaję BRAK. Otrzymałam bowiem od Autora maszynopis. Powieść natomiast zostanie dopiero wydana. Nie wiem również, jak będzie wyglądać okładka, ani ile stron będzie książka liczyć po wydaniu (w obecnej chwili mam przed sobą 103 strony A4). Kiedy tylko otrzymam informacje o tym, dopiszę je dla Was w komentarzu.


Kordian, główny bohater tej powieści, opowiada nam o swoich wakacjach w Rzymie. Wakacjach niezwykłych, które niejednego człowieka doprowadziłyby z pewnością do utraty zmysłów. Pobyt w Wiecznym Mieście to nie tylko zabytki i powiew starożytnego świata. To, co spotyka Kordiana jest doprawdy wyjątkowe. Wszystko zaś za sprawą pewnej uroczej, pięknej i kuszącej kobiety o imieniu Lukrecja, która po raz pierwszy spotyka podczas zwiedzania Komnaty Sybilli.
Mamy środek lata, Rzym płonie. Nie, nie tak, jak za czasów Nerona. Upał leje się z nieba, niczym gorący prysznic, a na domiar złego, w cały mieście właściwie (z kilkoma wyjątkami) siada kompletnie klimatyzacja. Oszołomieni turyści pragną ochłody, której ni jak nie mogą znaleźć, bo żar i duchota doskwierają nawet przyzwyczajonym do upałów mieszkańcom miasta. Nie dziwi więc, że można mieć zwidy. Czy jednak rzeczywiście to, co spotkało Kordiana to jedynie... zwidy? "Gdy rzeczywistość staje się iluzją, a iluzja rzeczywistością" – te słowa są mottem powieści pod tytułem "Relatywne spotkania". Czy my w ogóle mamy pojęcie, czym jest rzeczywistość? Może jednak oszukujemy się całe życie, wmawiając sobie, że prawdziwe jest to, co jest łatwiejsze do zaakceptowania i zrozumienia?
Bruno Wioska napisał porywającą powieść, której akcja galopuje w niebywałym tempie. A główny bohater? Zastanówmy się dobrze, czy jest nim na pewno polski student Akademii Sztuk Pięknych, Kordian? Nie? No właśnie. Ja też sądzę, że prawdziwym głównym bohaterem jest Wieczne Miasto. Bo choć w Rzymie dotąd nie byłam (mam nadzieję, że to się zmieni, gdyż jest to jedno z moich marzeń) to czuję się jakbym g trochę musnęła. Znacznie lepiej, niż w czasie lektury jakiejkolwiek innej powieści, której akcja rozgrywała się w tym mieście.
Autor zastosował niespotykany dotąd chwyt – połączył historie z różnych pok w jedną całość. I choć w pierwszej chwili może się to wydawać zagmatwane i bezsensowne, to... jest po prostu genialne. Dzięki temu zabiegowi poznajemy Rzym z różnych okresów, spotykając historyczne postaci, oglądając zmiany, jakie zachodziły przez setki lat zarówno w zabudowie, jak i ludzkim podejściu do życia. Szybko się do tego przyzwyczajamy i zaczynamy naprawdę zadawać sobie pytanie: "co jest rzeczywistością, a co jedynie iluzją?".
Powieść napisana jest bardzo ładnym językiem. Dokładne opisy architektury, widoków, ubioru postaci – wszystko to sprawia, że szybko stajemy się współuczestnikami tej wielkiej przygody. przygody, która ma jakiś, nieznany nam i Kordianowi, cel. W pogoni za prawdą przyjdzie nam wysłuchać rozmów z takimi osobistościami dawnych czasów, jak choćby papież Aleksander VI Borgia, czy Leonardo da Vinci. Natomiast miejsce uroczej Lukrecji B. zajmie na pewien czas inna, bardziej współczesna... Lukrecja. Każda, nawet najbardziej dziwna przygoda, wizja, objawienie, senna mara, czy jakkolwiek je nazwiecie – ma głębszy sens. A wszystkiemu temu towarzyszy zapach Rzymu. Piękne!
Wartka akcja, sporo dialogów, tajemnica, wielcy ludzie, starożytne miasto widziane z wielu różnych perspektyw... Ciekawi głowni bohaterowie (mam na myśli Kordiana i Lukrecję). Przemyślany pomysł doprowadzony niemal do perfekcji. Nie wypowiadam się na temat różnych literówek i tym podobnych błędów, gdyż – jak wyraźnie zapowiedziałam – jest to manuskrypt, którego jeszcze nie tknęło fachowe oko korektora. Poza tym jednak – powieść jest doprawdy rewelacyjna i przerosła wszelkie moje oczekiwania. Gorąco polecam zakupić, kiedy tylko pojawi się na rynku wydawniczym (o czym Was poinformuję w odpowiednim czasie).


Za książkę dziękuję Autorowi


Bruno Wioska na Dune Fairytales:
Książka przeczytana w ramach Wyzwania

piątek, 31 stycznia 2014

Rowerem na koniec świata – Bruno Wioska

Wydawnictwo: Sowa
Warszawa 2013
Okładka: miękka
Liczba stron: 126
ISBN: 978-83-64033-73-5


Ta niewielka książeczka, którą spokojnie można przeczytać w jedno popołudnie (i jeszcze mieć czas na coś innego wieczorem) jest naprawdę magiczna. Wprowadza nas do świata którego na co dzień nie dostrzegamy. My, ludzie XXI wieku, ciągle gdzieś gnający, spieszący się, nie mający czasu na chwilę odpoczynku, wytchnienia, na kilka minut przemyśleń w ciągu dnia. Takich oderwanych od rachunków, problemów w firmie, cen paliwa, czy męża zdradzającego sąsiadkę. Dla nas taka wycieczka na rowerze to coś nadzwyczajnego i... dla wielu niemożliwego. Nie, nie chodzi o to, że nie mamy sił.Na szczęście jeszcze aż tak się nie zasiedzieliśmy i nawet niezbyt długi trening dałby nam może siły. Ale czy naprawdę tego chcemy? Czy nie wygodniej pojechać samochodem? Albo polecieć samolotem? Szybciej, chyba bezpieczniej, można zabrać ze sobą niemalże wszystko, co chcemy. Aparat, laptopy, książki, ciuchów jak na dwa wyjazdy, sprzęt grający i Bóg jeden wie, co jeszcze. Czy rzeczywiście odważylibyście się wsiąść na rower, spakować do torby, powiedzmy dwa podkoszulki, bieliznę na zmianę, jakiś prowiant, na szyi zawiesić aparat fotograficzny i... dalej w drogę? Do innego kraju, setki kilometrów w ciągu zaledwie kilku dni? Przyznajcie się, ja wiem, że moja odpowiedź, niestety, brzmi na dzień dzisiejszy "nie". A Bruno Wioska to zrobił, choć był wówczas starszy ode mnie. I zabrał ze sobą kolegę (choć właściwie to który zabrał którego może być tu rzeczą sporną), emerytowanego żołnierza. A więc przynajmniej mężczyznę koło pięćdziesiątki. Jak im się udało i jak ze sobą wytrzymali?
Bruno wioska już na początku informuje nas, że od lat mieszka w Niemczech. Trudno stwierdzić, czy czuje się bardziej Polakiem, czy Niemcem.Myślę, przynajmniej czytając między liniami, że nie ma to dla niego aż takiego znaczenia. jest Europejczykiem. Przede wszystkim zaś artystą, który jeszcze na studiach na Akademii Sztuk Pięknych miał marzenie. Zaprzepaścił wówczas swą szanse i po latach postanawia je spełnić. Tak właśnie zaczyna się przygoda, dzięki której przejedzie na rowerze niemal półtora tysiąca kilometrów. Nie jest to jednak tylko jazda na rowerze. To spotkanie z historią. Spotkanie, które zaczyna się w czasach niemal współczesnych a kończy w epoce megalitu. To czas na docenienie przeszłych pokoleń i ich wkładu w Europę, jaką znamy dziś. To chwile pełne spokojnego obserwowania natury, poznawania innej kultury i rozmyślań o świecie. To podróż prawdziwie magiczna...
I nie tylko sama podróż. Książkę czyta się rewelacyjnie. Widać, że napisana jest z rozmysłem, a przy okazji Autorowi nie brakuje talentu. Nie wiem, jak się sprawdza jako malarz i grafik, ale jako pisarz – pierwszorzędnie. Mam prawdziwa ochotę zajrzeć do jego poprzednich publikacji i trzymać rękę na pulsie, by wiedzieć o następnych.
Razem z Panami przeniosłam się na chwil kilka do innego świata. I znów zachciało mi się odwiedzić Francję. Tym razem może już nie Paryż (choć tak bardzo go kocham i chce do niego znowu...), ale właśnie zamki nad Loarą. Poczuć ten podmuch wiatru we włosach... Wiatru, który przecież zna tyle pięknych i tyle straszliwych opowieści o tych murach, parkach i ludziach, którzy dawno już odeszli w zaświaty. Posłuchać tych opowieści, oddychać, choćby przez chwilę, tym samym powietrzem. Nawet, jeśli nie na rowerze, ale jednak...
Bardzo podoba mi się narracja tej książki. Przy okazji oglądania różnych zabytków, Bruno Wioska opowiada nam przeróżne historie. Ciekawostki o tych miejscach i ludziach, którzy w nich żyli. Bardzo często odnajduje w nich również polskie ślady. Zaczynając od opowiastki o zamku, przechodzi przez historie ich właścicieli, a następnie od jakieś wydarzenia z ich życia, nagle do zupełnie innej osoby i dalej o niej, by ładnie i zgrabnie powrócić do zamku, który właśnie odwiedza. Po prostu nie sposób się oderwać...
Były takie momenty, kiedy brakowało mi zdjęć. Zdarzało się to wówczas, kiedy czytałam, że Autor właśnie coś fotografuje i zdjęcie wyszło bardzo udane. Z drugiej jednak strony, mogłam sobie wszystko wyobrazić, a to tylko rozbudzało mój apetyt na podróż. Zdjęcia są najpiękniejsze, kiedy wiążą się z własnymi wspomnieniami. 
Jeśli chodzi o samo wydanie. Jest trochę literówek, choć niespecjalnie dużo. Dziwnie dużo przecinków. Nie wiem, czy kłaść tona karb faktu, że Autor od lat mieszka w Niemczech. Trudno stwierdzić. Nie mam pojęcia, jak często używa na co dzień, szczególnie w piśmie, rodzimego języka. Znalazłam dwa błędy merytoryczne. Jeden wynikał z liczenia. Autor w pewnej chwili podaje, z jaką jadą szybkością i ile zostało im kilometrów do hotelu. Dojeżdżają zaś do niego w czasie, który wskazuje, że podróżowali przynajmniej dwa razy wolniej. Następnie w podsumowaniu podaje największa prędkość, którą osiągnęli i jest ona niższa, niż ta podawana wcześniej. Mniejsze z tym. Drugi jest poważniejszy, ponieważ może zmylić poważnie kogoś, kto jednak w historii niespecjalnie się orientuje. Podaje bowiem datę powstania wandejskiego z czasów rewolucji francuskiej i datuje je na rok... 1894. Czyli o sto lat za późno. Być może to literówka (cyfrówka?), ale jednak dość poważny błąd. Poza tym są błędy w przypisach. Powinno ich być 7, jest 5, a ten opatrzony piątym numerem odnosi się do tekstu siódmego właśnie.
Pomijając te zastrzeżenia, "Rowerem na koniec świata" to wspaniała opowieść, a także rewelacyjny przewodnik dla każdego, kto zamierza wybrać się na wycieczkę do Francji. Znajdziecie tu nie tylko informacje o tym, co zwiedzić, ale i gdzie się zatrzymać, co i gdzie zjeść, które wina są najlepsze i dlaczego nazwa "Szampan" jest zastrzeżona. Właściwie wszystko, co najważniejsze dla podróżnika. Polecam gorąco.





Książka przeczytana w ramach Wyzwania


Książkę przeczytałam dzięki życzliwości Wydawnictwa SOWA
 http://www.sowadruk.pl/