Fragment mojej recenzji został umieszczony na okładce powieści "Skazaniec. Z bestią w sercu" Krzysztofa Spadło


Moja recenzja została zamieszczona na okładce powieści "Wojownicy. Odwet Wysokiej Gwiazdy" Erin Hunter

Fragment mojej recenzji „Korony śniegu i krwi” został umieszczony na okładce powieści Elżbiety Cherezińskiej – "Niewidzialna korona"

Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Wyd. Literackie. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Wyd. Literackie. Pokaż wszystkie posty

piątek, 14 stycznia 2022

Czy można o początkach Zagłady inaczej?

 


„Stramer” Mikołaja Łoziśnkiego to coś znacznie więcej niż opowieść o początkach Zagłady. Ta jawi się nam przede wszystkim w naszej własnej, osobistej i zbiorowej, świadomości, gdyż wiemy, jak się „to wszystko” skończyło. Wiemy, jak straszliwy los spotkał Żydów. Bohaterowie powieści nie zdają sobie z tego sprawy. Ba, zdają się wręcz nie zauważać, że Żydom żyje się coraz trudniej. Wypierają te informacje, jakby podświadomie obawiali się, że myśląc o tym, mogą sprowadzić na siebie jakieś nieszczęście.

Czy jednak „Stramer” to rzeczywiście opowieść o Żydach? Czy może o czymś innym? O stanie społeczeństwa. O rodzinie. O przyjaźni. O szukaniu siebie samego. O rozwijającym się ruchu komunistycznym. Och, można by tak bez końca. Jednak w tym przypadku wszystkie te stwierdzenia zdają się być jakieś takie mdłe, wyświechtane, ogólnikowe. Ciągle brakuje czegoś jeszcze, co pomogłoby krótko scharakteryzować tę niezwykłą powieść.

Czy „Stramer” jest wybitny? To już nie mnie orzekać. Przyznać jednak muszę, że czyta się go z wielką satysfakcją. Choć pierwsze strony mnie jakoś specjalnie nie pochłonęły i musiałam książkę na kilka dni odłożyć. Kiedy jednak do lektury powróciłam, trudno się było od niej oderwać.

Zacznijmy jednak od początku. Okładka jest tak prosta, że niczego nie podpowiada. Nie ma obwoluty, żadnej ilustracji. Tytuł, nazwisko, cztery kreski. Pomarańczowa. Wbrew pozorom rzuca się jednak w oczy. Od razu przywołuje pytanie, o cym może być. I dobrze. Już na poziomie okładki i intryguje i udowadnia, że prostota czasem mówi więcej niż reprodukcje dzieł wielkich artystów. Mnie zachęciła, choć przypomina trochę takie starocie z lat głębokiego PRLu (no dobrze, kto mnie zna, wie, że mam wielką słabość do sztuki socrealistycznej).

Dlaczego początek był niełatwy? Natłok imion? Częściowo tak. Historię rodziny Stramerów poznajemy bowiem z wielu perspektyw. Mamy więc głowę rodu, czyli Nathana i jego żonę Rywkę. Mamy dzieci: Rudka, Salka, Hesia, Nuska, Renę i Welę. Pojawiają się ich miłości, potem i dzieci. Są postaci historyczne, jak choćby Władysław Szpilman, czy Wanda Wasilewska. Jakoś nie mogłam sobie poukładać w głowie, który z chłopców jest którym, który co lubi, który czym się zajmuje. Dopiero, gdy nieco podrośli i ich drogi zaczęły się rozchodzić, a każdy miał swój pogląd na rzeczywistość – jednym słowem, gdy naprawdę zaczęli się od siebie różnić – problem ten zniknął. Był to chyba jedyny minus lektury.

Podobało mi się ukazanie Nathana i Rywki na tle ich miasta i uwarunkowań. Wspomnienie o ich przodkach, o ich historiach. Od razu widać, że nie wzięli się znikąd, mają swoją przeszłość, są zakorzenieni w swych życiach. To bardzo mi ich przybliżyło. Później, gdy kolejne pokolenie zaczyna budować swoje życiorysy, ma to także niemałe znaczenie. Choć Łoziński nie rozpisuje się za wiele o postaciach pobocznych, to sporo wiemy o tych drugo- i trzecioplanowych bohaterach, a czasem nawet o tych, które zdawałoby się, mają niewielki wpływ na charakter czy postępowanie Stramerów. Wszystko jednak, jak się okazuje, ma większy, głębszy sens. Szerszy kontekst sprawia, że kolejni Stramerowie stają się nam bliscy, widzimy w nich prawdziwych ludzi, z ich wadami i zaletami, mamy wręcz ochotę usiąść z nimi przy jednym stole i podyskutować. Nie są li tylko kolejnymi literami na białych stronach książki, ale ludźmi z krwi i kości.

Tłem historii jest głównie Tarnów, choć przechadzamy się również ulicami Krakowa, znajdujemy się w okopach pierwszej wojny światowej, a nawet zawędrujemy na hiszpańską wojnę domową. Można jednak śmiało powiedzieć, co także Autor potwierdza w wywiadach, że jest to powieść o rodzinie Stramerów i o Tarnowie. A to już bohater iście nietuzinkowy i monumentalny można by rzec. Od razu muszę wspomnieć o pewnej ciekawostce, na którą natknęłam się już po lekturze i do zapoznania z którą gorąco zachęcam (koniecznie dopiero po zakończeniu czytania). Otóż każdy z nas może przejść się na spacer śladami Stramerów. Zobaczyć miejsca, które były im bliskie – dworzec kolejowy, rynek, Park Strzelecki i oczywiście ulicę Goldhammera, na której mieszkali.

Czy „Stramer” to opowieść o początkach Zagłady, pytałam we wstępie. Raczej nie, to opowieść o ludziach, którzy nie dostrzegali czarnych chmur gromadzących się na horyzoncie historii. Którzy żyli tu i teraz, tym, co ich w danej chwili zajmowało. Nawet, gdy była to polityka (bądź co bądź bardzo ważna w tej powieści), zdawali się patrzyć w przeciwną stronę. Historia jednak o nich nie zapomniała. A oni? Oni dalej robili swoje. Bo życie trzeba łapać za nogi, nikt go za nas nie przeżyje.

Brak tu właściwie dat (choć mowa o około czterdziestu latach, a więc całkiem sporej perspektywie czasowej), historia niejako snuje się, choć w subtelny sposób Autor wskazuje nieraz, w którym czasie „się znajdujemy”. Ot, choćby informując nas o temacie artykułu, który czyta któryś z bohaterów, czy poprzez datowanie korespondencji.

O, korespondencja w tej powieści ma niezwykle istotne znacznie, choć nie jest jej wiele. Przez kilkadziesiąt lat Nathan pisze do swego brata w Stanach Zjednoczonych, opisując mu, co się u niego dzieje. Zresztą wspomniano o tym już na samym początku książki. Otrzymuje również korespondencję zwrotną. W niej w natomiast niewiele słów. Tyle że Nathan na te słowa wcale nie czeka, nie tak, jak można by sądzić, kiedy wciąż wspomina Bena. Czeka natomiast na dolary, włożone w fioletową bibułkę. Dolary, które płyną z miłości i chęci pomocy bratankom i bratanicom, a które Nathan co i rusz wykorzystuje w swych nowych, wyjątkowych biznesach, z których każdy jednak upada. Czy zda sobie sprawę, że nie tak winien wyglądać kontakt z ukochanym bratem?

Kunszt Łozińskiego objawia się przede wszystkim w tworzeniu portretów psychologicznych postaci, o czym już wspominałam. Choć wszyscy pochodzą z tego samego domu, każdy z nich jest osobną jednostką, każdego ukształtowało inne wydarzenie, każdy dokonał swojego wyboru. I przyznać trzeba, że wybory te są rewelacyjnie przez Autora uzasadnione. Nic nie bierze się tu z próżni. Każde wydarzenie, każda rozmowa może zmienić bieg dziejów danego człowieka. Jak w prawdziwym życiu. Nikt nie jest płaski, jednowymiarowy, zdecydowanie dobry czy zdecydowanie zły. Nawet najbardziej kryształowy charakter ma wady, nawet największy leser może kierować się w swych działaniach (czy też ich braku; tu: katar żołądka – zrozumiecie, gdy przeczytacie książkę) chęcią poprawy życia swej rodziny.

Przeszłość, teraźniejszość, przyszłość… Czy nie tym żyje każdy z nas? Ta samo było ze Stramerami. Nathana wciąż nawiedzały wspomnienia życia w Nowym Jorku, Rywka ciągle marzyła o wyjeździe nad morze, który obiecał jej mąż, dla Reny najważniejsze zdawało się życie u boku ukochanego mężczyzny. Ta codzienność, wielopokoleniowość rodziny, i niespodziewany, gdy wziąć pod uwagę wszystkie uwarunkowania, spokój ducha bohaterów sprawiają, że z powieści tchnie tęsknotą za tamtymi czasami. W połączeniu z pięknym językiem, subtelnością przekazywania pewnych informacji, nostalgią za tym, co nieodwracalnie minione Łoziński stworzył niemalże poemat. Tak, to chyba najodpowiedniejsze określenie „Stamera”. Żeby jednak oddać sprawiedliwość i nie ukazać Wam tej książki jako jakiegoś łamacza serc, wyciskacza łez i rodzinnej dramy, dodam na marginesie, że Autor subtelnie i w wyszukany sposób przemyca co i rusz naprawdę elegancki humor, który nie czyni historii śmieszną, ale dodaje jej jeszcze lekkości.

Z ciekawostek dodam jeszcze tylko, że w Teatrze Collegium Nobilium w Warszawie można było (być może nadal można) obejrzeć spektakl w reżyserii Marcina Hycnara na podstawie powieści Łozińskiego, w którym w role Stramerów i pozostałych ok. 50 bohaterów wcieliło się 24 młodych artystów. Niestety nie było mi dane tego przedstawienia oglądać, nie mogę więc napisać nic więcej.

Czy „Stramer” to powieść o początkach Zagłady? Absolutnie nie, nie jest to opowieść o Holokauście, ale o życiu ludzi, których już wśród nas nie ma i z wielu względów już nigdy takich nie będzie.

Zakończenie otrzymujemy jakby w zawieszeniu, choć możemy się domyślać, co mogło spotkać naszych bohaterów. Jedynie Rywka doczekała się konkretu. Historia pozostałych trwa nadal, tyle tylko, że nie będzie nam dane jej poznać. Czy to dobrze? Oceńcie sami.

 

 

”Stramer”

Mikołaj Łoziński

Wydawnictwo: Wydawnictwo Literackie

Kraków 2019

Oprawa: twarda

Liczba stron: 325

ISBN: 978-83-08-07115-1

 

 

 

Książkę przeczytałam w ramach Dyskusyjnego Klubu Książki


 

poniedziałek, 2 listopada 2015

Na srebrnym globie – Jerzy Żuławski

Wydawnictwo: Wydawnictwo Literackie
Kraków 1956
Cykl: Trylogia księżycowa, tom 1 
Oprawa: miękka
Liczba stron: 341
Ilustracje: Stefan Żechowski
ISBN: brak (książka wydana przed rokiem 1966)





Na początku warto zauważyć, że choć książka wydana została w roku 1956 to w rzeczywistości jest znacznie starsza. Żuławski, jak sam podaje, pisał ją w zimie 1901/1902 roku i już wówczas doczekała się na pierwszego – gazetowego – wydania. Dziś więc trafia do nas powieść z gatunku fantastyki stworzona przeszło 11 dekad temu. Co może zaoferować współczesnemu czytelnikowi? Wbrew pozorom – bardzo dużo.
Młodopolski pisarz stworzył dzieło wybitne i porywające. Pod przykrywką (doskonale napisaną, o czym za chwilę) podróży na Księżyc, ukazał nam de facto podróż do wnętrza człowieka. Niesamowity, głęboki obraz homo sapiens samotnego, tęskniącego, oszalałego w końcu, który przecież zaczynał od marzeń i snów o wielkich odkryciach. Czy Autor próbował nam przez to powiedzieć, że nie zawsze dobrze lokujemy swe marzenia, a ich spełnienie może nam przynieść więcej szkody niż dobrego? Być może. Myślę jednak, że Żuławskiemu chodziło o znacznie, znacznie więcej.
Sto kilkanaście lat po śmierci Juliusz Verne'a, czyli mniej więcej w dniu dzisiejszym (umarł on w 1905 roku) został zrealizowany jeden z jego fantastycznych pomysłów – wysłano ludzi na Księżyc. Niestety misja nie powiodła się, na Ziemię nie dotarły żadne informacje o stanie statku, ani tym bardziej o tym, co stało się z jego załogą. Podobny los spotkał kolejną ekipę. Po latach zupełnie o nich zapomniano. Do dnia, gdy pewien naukowiec obwieścił, że odnalazł rękopis wysłany z Księżyca. Na Ziemi minęło 50 lat, na Lunie – 707 dni księżycowych. 
Powieść można czytać według kilku kluczy, choć z pewnością ten psychologiczno-socjologiczny jest dzisiaj najbardziej aktualny. Zauważa to już Stanisław Lem, w napisanej w 1956 roku przedmowie do książki. To, co dla Żuławskiego i jemu współczesnych było fantastyczną przyszłością dzisiaj zdaje się trochę skostniałe. Wiele kwestii jest źle rozwiązanych. Księżyc znamy znacznie lepiej niż nasi dziadowie, zdajemy sobie doskonale sprawę z tego, że nie ma na nim atmosfery – ani na półkuli widocznej z Ziemi, ani na tej drugiej. Kondycja człowieka, jak można sobie uświadomić w czasie lektury, niewiele się jednak zmieniła.
"Na srebrnym globie" podzielono na trzy części. Pierwsza opowiada o podróży na Księżyc i po jej widocznej półkuli. Jest ona bardzo dokładna, przedstawia nazwy miejsc, w których znajdują się bohaterowie, czas potrzebny do przebycia kolejnych etapów podróży. Pomocna jest również mapa Księżyca, którą można znaleźć na początku książki. W drugiej części Żuławski opisuje los kosmicznych rozbitków w nowym świecie. Próby zbudowania sobie przyszłości, pogodzenia się z losem, znalezienia nowego celu. W części trzeciej dowiadujemy się, jak wygląda społeczeństwo księżycowe na przestrzeni kolejnych czterdziestu ziemskich lat. Czy się Wam spodoba? Musicie sprawdzić sami.
Jak już napisałam – wielka podróż na Księżyc jest również wielką podróżą wgłąb człowieczej duszy. To powieść o  marzeniach, tęsknocie, walce z samotnością. O szale, w jaki potrafi wpaść człowiek pozbawiony drugiego człowieka. O procesach tworzenia się nowych społeczeństw, dostosowywaniu się do otoczenia, o tym, jak powstaje religia. O moralnych dylematach i próbie zdefiniowania człowieka. W końcu o tym, że póki ma się ochotę i siłę walczyć, można przetrwać wszystko.
Powieść pisana jest w formie pamiętnika, a więc w pierwszoosobowej narracji. Autorem tego lunarnego dzieła jest Polak, Jan Korecki. To jego oczami widzimy całą podróż i wszystkie wydarzenia. Poznajemy jego myśli, jego uczucia. On w końcu przedstawia nam swoich kompanów. Robi to pięknie i wzruszająco, choć młodopolska maniera jest czasem w tekście wyczuwalna. Czy przeszkadza? Ja nie miałam nic przeciwko niej. Przyznam, że nadawała opowieści swoistego, magicznego klimatu.
Wspaniałym dopełnieniem tego wydania "Na srebrnym globie" są ilustracje Stefana Żechowskiego. Ma się wrażenie, że razem z Koreckim i jego załogą był na Księżycu, a może... to on jest Koreckim. Wykonał kawał naprawdę wyśmienitej roboty.
Jeśli chodzi o korektę i redakcję, jest mi niezmiernie ciężko oceniać. Co prawda jakichś rzucających się w oczy błędów ne znalazłam, jednak... Powieść napisano w okresie Młodej Polski. Potem wydawano kilka razy, zanim doczekaliśmy się wydania Wydawnictwa Literackiego. Minęło ponad pół wieku pomiędzy pierwszym wydaniem a tym, które czytałam. Język uległ wielu zmianom. Teraz upłynęło kolejne niemal sześć dekad. Język polski wciąż ewoluuje, rozwija się, zmienia. Dodatkowo wydawca korzystał z kilku wcześniejszych wydań, próbując przy tym tekst ujedolicić i unowocześnić. Część słów zmieniło formy, niektóre więc zostały pozmieniane, inne pozostawione. Czuję z tego powodu pewien niedosyt. Nie otrzymałam powieści jednolitej językowo, nie wiem, jak wyglądał tekst napisany rzeczywiście przez Żuławskiego. I to moje jedyne zastrzeżenie do "Na srebrnym globie"
Myślę, że w niedalekiej przyszłości zapoznam się z kolejnymi tomami trylogii księżycowej.


Książka przeczytana w ramach Wyzwania:



Książka przeczytana w ramach Wyzwania:

wtorek, 7 kwietnia 2015

Jak zostałam wiedźmą. Opowieść autobiograficzna dla dorosłych i dzieci – Dorota Masłowska

Wydawnictwo: Wydawnictwo Literackie
Kraków 2014
Oprawa: twarda
Liczba stron: 167
Ilustracje: Marianna Sztyma
ISBN: 978-83-08-05362-1








Długo zabierałam się do napisania tej recenzji, możecie mi wierzyć. Co już miałam siadać i pisać, to powracała, niczym bumerang, myśl, że może jednak powinnam sobie odpuścić i po prostu pozostawić tę książkę ukrytą gdzieś głęboko w mojej duszy. Na tyle głęboko, by nigdy się stamtąd nie wydostała i nie męczyła innych. Doszłam jednak do wniosku, że zgodnie z zasadą "czytam i recenzuję", skrobnę słów kilka także o książce, która nie tyle mi do gustu nie przypadła, ile wywoływała we mnie same najgorsze uczucia, zniesmaczyła mnie mocno i na dodatek miała o całe 167 stron za wiele. Plusy tej lektury? Jeden – książkę pożyczyłam, a to znaczy, że nie musiałam wydać na nią ani grosza. Dobrze, bo bym do dzisiaj płakała po straconych pieniądzach.
Dorota Masłowska jest jeszcze młodą kobietą (o ile się nie mylę, moją rówieśniczką), ale już od pewnego czasu wywołuje niemałe zamieszanie, a jej teksty budzą skrajne emocje. Już 9 lat temu otrzymała prestiżową nagrodę Nike. Dlaczego więc jej "opowieść autobiograficzna" tak odrzuca, że chciałoby się ją wrzucić do niszczarki (swoją drogą – szkoda sprzętu, bo okładka twarda...)?
O czym zatem ta bajka dla dorosłych i dzieci (Panie, broń dzieci przed tym koszmarkiem!)? Chyba w założeniu miała być krytyką konsumpcjonizmu i coraz słabszych relacji między rodzicami i dziećmi. Owszem, gdy się bardzo skupić, gdy mocno chcieć, to tę krytykę znajdujemy, ale jest ona tak głęboko ukryta w jakiejś dziwacznej warstwie tekstu, który jest nie do przełknięcia, że po prostu ginie. Czytelnik więcej energii poświęca na przetrwanie lektury, na niewkurzanie się na ciągłe zmiany rytmu tekstu, na straszny język i te wywrzeszczane (pisane DUŻYMI LITERAMI) wypowiedzi...
Być może jestem tradycjonalistką. Nie, nie być może. Jestem tradycjonalistką. Lubię, kiedy ktoś, kto chce, by mówić o nim Pisarz, umiał pisać. By używał słów, zwrotów, zdań zrozumiałych. By pisał po polsku, by pisał ładnie i składnie. By w końcu – zdecydował się, czy pisze wierszem, czy też może preferuje prozę. Masłowska próbuje poezji, wychodzi jej to nieudolnie, już, już łapie rytm, coś zaczyna się wykluwać, a tu nagle bach! trach! i znowu jakiś koszmarek, znowu brak rymu, znowu zdanie na dwa wiersze. 
Na każdej stronie właściwie spotykamy taki bajzel na kółkach, który potęguje jeszcze nagromadzenie przeróżnych bazgrołów. Wiem, dzisiaj na ostro, ale inaczej się nie dało, bo ilustracje do tej książki to kolejne mniejsze i większe koszmarki. W życiu bym tej książki dziecku nie pokazała, gdyż nie chcę brać na siebie odpowiedzialności za traumę jakiegokolwiek malucha. Sama muszę się uporać ze swoją. Jakże bowiem dziecku dać do rączek książkę, w której obrzydliwie brzydka wiedźma poluje na dzieci korzystając z pomocy "bachorołapu"?
Dziwi mnie, że Wydawnictwo Literackie podjęło się wydania tej pozycji. To było z pewnością spore ryzyko, nawet z takim nazwiskiem na okładce. Być może kiedyś sięgnę po jakąś inną książkę Autorki, jednak nie stanie się to prędko i z pewnością będę bardzo ostrożna.






Książka przeczytana w ramach Wyzwania:

sobota, 18 stycznia 2014

Uczta Lodu i Ognia – Chelsea Monroe-Cassel i Sarrian Lehrer

Wydawnictwo: Wydawnictwo Literackie
Kraków 2013
Oprawa: twarda
Liczba stron: 236
Przekład (z angielskiego): Łukasz Małecki
Tytuł oryginału: A Feast of Ice and Fire
Fotografie: Kristin Teig, Chelsea Monroe-Cassel, Sarrian Lehrer
ISBN: 978-83-08-05229-7





Mój Mąż zawsze wie, jak sprawić mi przyjemność. Moje zamiłowanie do książek i do kuchni połączył tym razem z jednym z naszych ulubionych seriali, czyli "Grą o tron". Przyznaję bez bicia, że serii Martina jeszcze nie czytałam (choć właśnie Michał na Święta dostał pierwszy tom, więc lektura nieunikniona), za to produkcja HBO robi na nas olbrzymie, pozytywne oczywiście, wrażenie. Stąd właśnie z okazji urodzin dostałam tę oto książkę... "Ucztę Lodu i Ognia". Bez owijania w bawełnę mogę stwierdzić, że czytanie jej to prawdziwa uczta dla zmysłów. Zdążyłam też wypróbować jeden z przepisów – pisząc tę recenzję zajadam ciasteczka cytrynowe, czyli ulubiony smakołyk Sansy. Tak, jak tej postaci szczerze w serialu nie znoszę, tak muszę przyznać, że ma doprawdy dobry gust w kwestii słodyczy, a autorki książki... wiedzą, jak upiec przepyszne ciasteczka.
Zaczynając od początku... wstęp do książki napisał sam George R.R. Martin, który przyznaje, że niejednokrotnie proponowano mu wydanie książki kucharskiej. Niestety, autor Sagi nie potrafi gotować, stąd było to niewykonalne. Kiedy więc dwie młode dziewczyny prowadzące bloga kulinarnego, zafascynowane opisami pyszności wszelakich, które Martin podobno bardzo często na stronicach swych grubych powieści serwuje, dały znak, że chętnie podejmą się tego projektu, Martin dał im zielone światło. Sam zdążył już parę razy wypróbować ich zdolności kulinarne i był nimi zachwycony. Dziewczyny więc wzięły się do pracy i stworzyły dzieło niebagatelne – pełne ciekawych smaków, które łechcą podniebienie i pobudzają wyobraźnię. Wykonały swą prace naprawdę wzorowo. Nie tylko bowiem stworzyły od podstaw niemalże kuchnię Siedmiu Królestw. Uczyniły coś znacznie więcej. Przybliżyły czytelnikom stare, zapomniane od wieków przepisy, sięgając aż do średniowiecznych zapisków (a kilka razy nawet do starożytnych), by jak najlepiej oddać klimat kuchni, którą raczyli się Starkowie czy Lannisterowie. 
Cała książka podzielona jest na krainy – wszystko zgodnie ze światem stworzonym przez Martina. Jest to bardzo dobry pomysł i to nie tylko dla fanów serii. Dzięki niemu możemy lepiej dobrać posiłki gatunkowo i sami w domowych pieleszach przygotować niebagatelną ucztę w konkretnym klimacie. Inaczej przecież jedli członkowie Nocnej Straży (zimno, śnieżnie, lodowo, para z ust, jednym słowem koszmar), a inaczej w Królewskiej Przystani (gdzie można znaleźć najznamienitsze smakołyki z całego świata).
Dziewczyny poszły jednak o krok dalej. Zanim zabrały się do opisywania pyszności ze świata Pieśni Lodu i Ognia, opowiedziały nam trochę o kuchni... średniowiecznej. O wykorzystywanych wówczas przyprawach, o podstawowych daniach, bez których żaden kucharz by sobie nie poradził, o specyfice różnych składników i możliwości ich zastępowania tym, co jest dostępne w dzisiejszych sklepach.
Wachlarz przepisów jest szeroki. Od tak niesamowitych dań, jak choćby pieczony wąż, czy szarańcza w miodzie, albo pieczeń z żubra (zwierzę u nas chronione, więc nie radzę poszukiwać tego mięsiwa, próżne to poszukiwania) aż po tak proste przepisy, jak zupa z porów, czy grzane wino. Dzięki temu możecie stworzyć własne menu, posiłkując się podpowiedziami autorek przed każdym przepisem podają, z czym najlepiej podać daną potrawę), nie męcząc się za bardzo – łączycie po prostu przepis skomplikowany z przepisem łatwy, a i tak wychodzi coś nieprawdopodobnie egzotycznego i ciekawego, co na pewno Wasi goście zapamiętają na dłuższy czas.
Każdy niemalże przepis ma dwie wersje – stara (najczęściej średniowieczną) oraz unowocześnioną. Sami możecie wybrać, która odpowiada Wam najbardziej, albo też skorzystać z obu, coś pozmieniać, poeksperymentować. Jako i ja uczyniłam, piekąc ciasteczka Sansy. Zresztą autorki często zachęcają do modyfikowania przepisów. Osobiście przyznaję, że przestudiowałam je wszystkie dość dokładnie i bardziej odpowiadają mi te starsze wersje. Być może dlatego, że nowsze są dla mnie zbyt amerykańskie, nie ma się jednak co za bardzo temu dziwić. 
Całość wydana jest po prostu przepięknie. Gruba oprawa, kredowy papier. Świetnie dobrana kolorystyka, rustykalne zdobnictwo i do tego fotografie, na widok których po prostu dostaję ślinotoku. Autorki bowiem nie tylko świetnie radzą sobie przy przysłowiowych garach, ale potrafię też rewelacyjnie zaaranżować podawane przez siebie smakołyki. Dlatego nie podają ich na saskiej porcelanie, ale na drewnianych tacach, w mosiężnych dzbankach, albo glinianych miskach. 
Uczta dla każdego, kto lubi eksperymenty kuchenne i chce zaskoczyć znajomych czymś nowym na swoim stole. Polecam gorąco i... idę spałaszować jeszcze jedno ciasteczko.


Książka przeczytana w ramach Wyzwania