Fragment mojej recenzji został umieszczony na okładce powieści "Skazaniec. Z bestią w sercu" Krzysztofa Spadło


Moja recenzja została zamieszczona na okładce powieści "Wojownicy. Odwet Wysokiej Gwiazdy" Erin Hunter

Fragment mojej recenzji „Korony śniegu i krwi” został umieszczony na okładce powieści Elżbiety Cherezińskiej – "Niewidzialna korona"

Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Sztukater. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Sztukater. Pokaż wszystkie posty

wtorek, 13 stycznia 2015

Józef Piłsudski. Marzyciel i strateg – Bohdan Urbankowski

Wydawnictwo: Zysk i S-ka
  Poznań 2014
Oprawa:twarda z obwolutą
Liczba stron:1024
ISBN: 978-83-7785-480-8
 
 
 
 
 
 
 "(...) czuję często tak szaloną żądzę nie powiem sławy ale w ogóle nie być w rzędzie zwykłych śmiertelników."

W pewnym momencie życia Piłsudski z pewnością mógł być już pewien, że zostanie zapamiętany przez kolejne pokolenia Polaków. Zanim jednak ta chwila nadeszła był mniej bądź bardziej (zdecydowanie mniej) zwyczajnym człowiekiem. Nadstawiał karku, ryzykował życie, walczył u boku podkomendnych. Przeżył więzienia, przetrwał zesłanie na Sybir. Ponosił klęski, odnosił zwycięstwa. I cały czas zdawała mu się przyświecać maksyma, którą tak pięknie ubrał w słowa: "Kto nie umie z godnością znieść klęski ten nie jest godzien zwycięstwa".
Książka, którą gorąco Wam polecam, jest dziełem z pewnością nietuzinkowym. To nie tylko biografia, jakiej, być może, spodziewają się niektórzy czytelnicy. To nie chronologiczny zapis życia niezwykłego człowieka, który z "panicza z Zułowa" przekształcił się w Naczelnika Państwa. "Józef Piłsudski. Marzyciel i strateg" Bohdana Urbankowskiego to coś znacznie więcej.
Książka podzielona jest na trzy części. Pierwsza z nich skupia się przede wszystkim na takim właśnie w miarę chronologicznym zapisie życia Piłsudskiego. Choć i tu można się zdziwić, gdy np. w rozdziałach poświęconym Legionom, Autor cofa się aż do konfederacji barskiej i zarysowuje szkic legionowej tradycji na tle ponad stulecia zaborów. Często też, w ramach krótszych i dłuższych dygresji, Autor opowiada wydarzenia, w których Piłsudski nie brał udziału, a nawet takie, na które de facto nie miał żadnego wpływu. Zdają się one jednak ważne w danym momencie lektury, tworząc obraz otaczającego świata, ukazując społeczeństwo jako takie. Zabieg ten w pierwszej chwili mnie zadziwił, w końcu jednak doszłam do wniosku, że jest bardzo udany i pozwala lepiej zrozumieć działania przyszłego Marszałka. Poza tym część ta obfituje w liczne cytaty – zarówno pochodzące od samego Piłsudskiego, jak i osób mu znanych. Czytelnik ma okazję towarzyszyć Piłsudskiemu w jego zmaganiach – razem z nim słucha wierszy czytanych przez matkę, razem z nim podburza dorożkarzy ojca. Przeżywa z nim pierwsze miłości i fascynacje oraz problemy w szkole, wynikające z antyrosyjskiego nastawienia. Razem z nim też bierze udział w zamachu na cara, "zwiedza" kolejne twierdze, w których przyszły Marszałek był więziony, poznaje straszliwe warunki Sybiraków. Walczy o Polskę, tworzy Legiony i tak dalej, i tak dalej. To jest właśnie niesamowite, że cały czas miałam wrażenie, jakbym oglądała świetnie nakręcony film. Albo i lepiej – jakbym przez jakąś czarną dziurę obserwowała przeszłość (jak w "Świetle minionych dni" Clarke’a). Urbankowski bardzo barwnie odmalowuje nie tylko postać, ale i całe jego otoczenie – ludzi, miejsca, nastroje społeczne. To olbrzymi plus tej pozycji.
W drugiej części Autor postanowił sprawdzić, w jakim stopniu na działania Piłsudskiego wpływały romantyczne idee i cele, którymi nasiąkł jako chłopiec i których nigdy nie porzucił, a jakie znaczenie miały pozytywistyczne środki, z których korzystał w swej pracy – zarówno politycznej, jak i... terrorystycznej. Bo pamiętać należy, o czym podręczniki szkolne często milczą, że działania Piłsudskiego w dużej mierze odbywały się w konspiracji i nie stroniły od aktów przemocy, w tym aktów, które dzisiaj bez wątpienia nazwalibyśmy terrorystycznymi. Nie chodzi tu jedynie o zamach na cara. 
Trzecia i najkrótsza część dzieła Urbankowskiego to próba określenia światopoglądu Marszałka na przestrzeni całego jego życia, a więc można powiedzieć – jego dojrzewania i ewolucji światopoglądowej. Jak sam Autor zaznacza w pierwszych zdaniach tej części – dzieło takie dotąd nie powstało, gdyż Piłsudski niewiele zostawił po sobie pism, z których jasno można by określić jego światopogląd. Tym trudniejsze zdaje się więc to zadanie, gdy rozwiązania zagadki należy szukać w czynach, nie zaś słowach. Czy Autorowi się udało? Sprawdźcie sami.
Książka bogata jest w liczne cytaty, a także całkiem sporą liczbę fotografii. Jest to niezmiernie ważny element biografii, który pozwala zbliżyć się do opisywanych postaci, poznać ich twarze, otaczający je świat, nastroje całego społeczeństwa i jednostek. Uważam, że biografia takich osób, jak Piłsudski, która nie prezentowałaby zbioru fotografii, byłaby po prostu niepełna i w czasie lektury byłoby to odczuwalne.
Liczne są także przypisy, jak na dobrą pracę naukową przystało. Dla chętnych, by lepiej poznać postać Marszałka jest więc spora podpowiedź, gdzie szukać dalej. 
Książka wydana jest bardzo ładnie. Nie znalazłam większej ilości błędów, widać, że wszystkie osoby biorące udział w procesie wydawniczym wywiązały się ze swych obowiązków.
Minusy? Jeden. Ciężar fizyczny książki jest... Cóż, kolega powiedział mi, że ta książka to strawa dla umysłu i ciała. Moje ciało odmawiało posłuszeństwa. Książka jest bardzo ciężka, niewygodnie się czyta, nawet trzymając w dwóch rękach i opierając na podkulonych nogach. Po dniu wytężonej pracy, po prostu nie miałam siły, chociaż samo czytanie przebiegało dość szybko. Książka doczekała się wcześniej wydania dwutomowego i muszę przyznać, że był to chyba lepszy pomysł. Owszem, ta księga ślicznie będzie się prezentowała na półce w bibliotece, ale do czytania zdecydowanie preferuję lżejsze tomiszcza.




Książkę przeczytałam dzięki życzliwości portalu Sztukater



Książka przeczytana w ramach Wyzwania:
http://dzosefinn.blogspot.com/2014/12/2-przeczytam-tyle-ile-mam-wzrostu.html
 
 
 
Książka przeczytana w ramach Wyzwania: 
  

środa, 7 stycznia 2015

Księga kobiet – kobiety Księgi – Bella Szwarcman-Czarnota

Wydawnictwo: Wydawnictwo M
Kraków 2014
Oprawa: miękka
Liczba stron: 245
ISBN:978-83-7595-865-2





Znakomita i nietuzinkowa, napisana inteligentnie i błyskotliwie. Tyle by mogło wystarczyć, ale oczywiście nie wystarcza, ponieważ książka Belli Szwarcman-Czarnoty to coś znacznie więcej.
Od lat interesuję się Pismem Świętym i zaglądam do różnych opracowań. Biorę nawet udział w Kursie biblijnym. Przyznać jednak muszę, że jak dotąd nie spotkałam się z tak dogłębną analizą zapisów ksiąg Starego Testamentu. Może właśnie tego potrzebowałam – spojrzenia na nie okiem Żyda, a właściwie Żydówki. Bo spojrzenie kobiety zawsze jest trochę inne od spojrzenia mężczyzny. I punkt widzenia Żyda zawsze będzie trochę inny niż punkt widzenia chrześcijanina. 
Co ciekawe, książka ta powstała w wyniku... zebrania komentarzy na blogu Autorki. Przez okrągły rok Bella Szwarcman-Czarnota publikowała wpisy dotyczące czytań przypadającym na dany tydzień żydowskiego roku. W ten oto sposób otrzymujemy żywe i bieżące komentarze do Tory. Na deser zaś umieszczono niektóre z głosów, które ukazały się na blogu pod poszczególnymi wpisami Autorki. 
Torę przez tysiąclecia czytali i komentowali mężczyźni. Było to zarówno ich prawem, jak i obowiązkiem. Przez większość istnienia judaizmu, kobiety nie mogły jednak studiować Pięcioksięgu. I nie, nie zmieniło się to nagle we wspaniałym XX wieku. Ani w okrutnym XX wieku. W ogóle nie w XX wieku. Już wcześniej pojawiały się wybitne kobiety, które nie tylko Torę znały, ale... ośmielały się ją komentować. Dzisiaj takich kobiet jest więcej i nie muszą się już z tym kryć. Ich komentarze są czytane i szanowane, a niektóre z pewnością, jak te Autorki książki, również wybitne. 
Dogłębna analiza tekstu, sięganie do źródeł (po hebrajsku) i tłumaczenie znaczenia słów użytych w pismach spisanych w starożytności są wielkim plusem te publikacji. Do tego dochodzi jeszcze bardzo przystępny język. Przyznam, że zszokował mnie wiek Autorki, która w tym roku będzie obchodzić siedemdziesiąte urodziny. Byłam niemalże przekonana, że jest to kobieta niewiele starsza ode mnie. Zupełnie nie odczuwałam różnicy wieku w czasie tej lektury. Jak natomiast podsumował to mój Małżonek – każdy może pisać dobrego bloga.
W książce Autorka zawarła 49 czytań przypadających na rok. Trzy z nich zostały połączone (prawidłowo powinny być 52 czytania), co było wynikiem jakichś "zawirowań kalendarza" – nie do końca to zrozumiałam, ale z pewnością chodziło o różnice między kalendarzem żydowskim, a "ogólnoświatowym". 
W swoich komentarzach do czytań Bella Szwarcman-Czarnota skupia się wszak w dużej mierze na miejscu i znaczeniu kobiet w Torze, nie można jednak powiedzieć, że tylko na tym. Analizuje całe czytanie, choć oczywiście zwraca szczególną uwagę na występujące w nim kobiety, a nawet na te, które w nich nie występują. Próbuje przy tym wyjaśnić, jakie znaczenie miał (i ma dzisiaj) taki, a nie inny zapis w Księgach.
Odwołując się do dawnych zwyczajów, wskazuje czytelnikowi, skąd wzięły się określone sytuacje, nakazy i zakazy. Swoje rozważania podpiera licznymi midraszami znanych i cenionych komentatorów. Co ciekawe, w części, w której umieszczono komentarze zawarte na jej blogu, często głos zabierają chrześcijanie. Posługują się zapisami Biblii (Warszawskiej, Warszawsko-Praskiej, Tysiąclecia i innymi wydaniami), próbując porównać je z zapisami w Torze i midraszami.
Dzięki książce poznacie ciekawe spojrzenie na wiele historii biblijnych. Zaczynając bowiem od opowieści o powstaniu człowieka i grzechu pierworodnym (widzianym zupełnie inaczej, niż na co dzień to przyjmujemy), Autorka przeprowadzi nas kolejno przez historie Noego, Abrahama, Izaaka, Jakuba, Józefa, Mojżesza, Aarona... I klasycznie, zaczęłam wymieniać mężczyzn, patriarchów, a przecież mieliśmy mówić o kobietach. O Ewie, o Sarze i Hagar, o żonie Noego i żonie Lota, o Rebece, o Racheli, o Miriam... Bo to ich losy przede wszystkim śledzi czytelnik, którego lektura całkowicie pochłonie. Co do tego nie mam bowiem wątpliwości. Mogłabym tak usiąść w fotelu z gorącą herbatą i czytać od świtu do zmierzchu. Szkoda, że praca i codzienność wymagają robienia sobie przerw. 
Nie mam absolutnie żadnych negatywnych uwag co do tej publikacji. Książka została wydana bardzo starannie, na grubym, lekko pożółkłym papierze, dzięki czemu dobrze się ją czyta przy sztucznym świetle (wiadomo, zimą niedługi dzień). Błędów nie znalazłam, okładka bardzo mi się spodobała. Po prostu kawał dobrej wydawniczej roboty. I dobrze – bo szkoda byłoby zepsuć tak wyśmienite i ważne dzieło jakimiś bublami. Polecam.

 
Książkę przeczytałam dzięki życzliwości portalu Sztukater



Książka przeczytana w ramach Wyzwania:
http://dzosefinn.blogspot.com/2014/12/2-przeczytam-tyle-ile-mam-wzrostu.html

sobota, 3 stycznia 2015

Gdańsk 1930-1945. Koniec pewnego Wolnego Miasta – Dieter Schenk

Wydawnictwo: Oskar
Gdańsk 2014
Oprawa: twarda
Liczba stron: 287
Tytuł oryginału: Danzig 1930-1945: Das Ende einer Freien Stadt
Przekład (z niemieckiego): Jerzy Warzyniec Sawicki
ISBN:978-83-63709-72-3








Dieter Schenk jest postacią co najmniej interesującą. Przez lata pracował w niemieckim wymiarze sprawiedliwości, następnie działał przy Amnesty International. Porzucił pracę w Federalnej Policji Kryminalnej Niemiec, ponieważ nie potrafił pogodzić się z jej podejściem do praw człowieka. Od dwudziestu lat prowadzi badania nad działaniami narodowych socjalistów w Polsce, w szczególności zaś w Gdańsku, którego jest honorowym obywatelem. Wydał już kilka książek na ten temat, a najnowsza z nich – jak sam zaznacza we wstępie – ma być ilustrowanym przewodnikiem po Gdańsku w czasach, gdy powiewały nad nim flagi ze swastyką. Cokolwiek by o książce nie powiedzieć, trzeba przyznać, że jako taki "ilustrowany przewodnik" sprawdza  się znakomicie i jest naprawdę godna tego, by się z nią dobrze zapoznać.
Dlaczego taka cezura czasowa? Ponieważ, jak wskazuje Autor, w owym czasie właśnie narodowi socjaliści odgrywali na terenie Wolnego Miasta Gdańska znaczącą rolę. Nie od roku 1933, nie od roku 1939, ale już wcześniej. Dlaczego tylko do 1945? Co do tego nie potrafię odnaleźć przekonującego wyjaśnienia, szczególnie, że książka obejmuje (w skrócie, ale jednak) również późniejsze lata i kończy się na roku 2013 (wówczas została wydana w oryginale).
Gdańsk, miasto nad Motławą, kojarzące się z portem i wybuchem II wojny światowej (choć dziś już wiadomo, że pierwszy niemiecki atak miał miejsce w Wieluniu). Obrona Westerplatte i Poczty Polskiej. Strajki na Wybrzeżu i powstanie "Solidarności". Tak właśnie widziałam dotąd Gdańsk. Gdzieś tam jeszcze pojawiało się mgliste wspomnienie Żurawia i fontanny z Neptunem. Polskie miasto, które otrzymało pierwsze hitlerowskie ciosy. Polskie morze. I niby gdzieś tam w świadomości zawsze było to Wolne Miasto Gdańsk i powstająca wówczas Gdynia. Wolne Miasto Gdańsk, które Hitler postanowił odebrać Polsce. Cóż, ignorancja ludzka nie zna granic. Bo jakież ono było wówczas polskie? I wcale nie chcę w tej chwili wchodzić w dywagacje na temat tego, komu się bardziej należało. Chodzi mi jedynie o zwrócenie uwagi na to, na co wskazuje Schenk – zdecydowana większość gdańszczan była Niemcami i zdecydowana ich większość chciała przyłączenia Gdańska do Rzeszy, a nie do Polski.
W taki sposób właśnie książka ta zmienia perspektywę. Możecie teraz powiedzieć, że jestem niedouczona. Cóż, historia zawsze była moją wielką pasją i miłością i pilnie się jej uczyłam, jednak nikt nigdy nie zwrócił mojej uwagi na fakt, że Wolne Miasto Gdańsk było w rzeczywistości zdecydowanie bardziej niemieckie niż polskie. A mając świadomość, jak było, zupełnie inaczej spojrzałam na wiele spraw i z innym podejściem czytałam dalej książkę Schenka. 
"Gdańsk 1930-1945..." podzielił Autor na pięć części plus suplement. W pierwszej opisuje obszernie sytuację panującą w latach 30. XX wieku, poprzedzając ją oczywiście skrótowo wydarzeniami z lat 1914-1930, kiedy to, na mocy traktatu wersalskiego, powstało w ogóle Wolne Miasto Gdańsk. Następnie przechodzi do września 1939 i walk o Westerplatte i Pocztę Polską. Wspomina tu również o tak mało dzisiaj znanym wydarzeniu, jak "krwawa niedziela" w Bydgoszczy, które miało usprawiedliwiać mordy na cywilnej ludności polskiej jeszcze przez długie lata. 
W trzeciej części Autor skupia się na sytuacji w Reichsgau Danzig-Westpreussen, czyli w Okręgu Rzeszy Gdańsk-Prusy Wschodnie. Duży nacisk kładzie na postać gauleitera Alberta Forstera, który jest poniekąd jednym z "głównych bohaterów" (czy też antybohaterów) tej książki od samego jej początku, czyli od roku 1930 (kiedy to przybył do Gdańska).
Kończąc opowieść o Gdańsku, nad którym powiewały flagi ze swastyką, Schenk opowiada o zdobyciu miasta przez wojska alianckie, w zdecydowanej większości sowieckie. Dalej, w ostatniej części, omawia kwestie wypędzenia Niemców, procesów Forstera i Greisera, by pokrótce streścić dalsze losy – polskiego już – Gdańska. Końcówka zdaje się zbyteczna, choć, gdy wziąć pod uwagę, że książka została napisana chyba raczej dla czytelnika niemieckiego, może okazać się bardzo przydatna.
W suplemencie możecie znaleźć mnóstwo przypisów i dość wyczerpującą, zdaje się, bibliografię. Do tego oczywiście źródła ilustracji. O tych ostatnich warto jeszcze dokładniej napisać. "Gdańsk 1930-1945..." można właściwie nazwać albumem o Wolnym Mieście Gdańsku. W niektórych momentach zastanawiałam się, czy fotografie są ilustracją do tekstu, czy może jest odwrotnie. Szata graficzna polskiego wydania wzorowana jest co prawda na wydaniu oryginalnym, poszerzona została jednak o liczne zdjęcia pochodzące ze zbiorów polskiego wydawcy.
Czy książkę tę można i należy traktować jako pozycję naukową? Myślę, że spokojnie tak. Choć nie z rozumieniu nudnych wywodów i zasypania czytelnika datami i nazwiskami. Naukowość naukowością, książka Schenka pozostaje jednak przede wszystkim barwną (choć biało-czarną) ilustracją Gdańska w latach 30. i 40. XX wieku.
Dużym plusem są również częste przypisy tłumacza, który wskazuje nam nazwy ulic i placów, o których mowa – dzięki temu czytelnik może dokładnie zapoznać się z topografią miasta i wydarzeń, trzymając w ręku współczesną mapę, czy nawet, podróżując po Gdańsku (jeśli ktoś chciałby jako przewodnik nieść tę ciężką księgę w twardej oprawie).
Znalazłam w całej książce jedynie dwa błędy, uważam więc, że korekta spisała się bardzo dobrze.
Książka w polskim wydaniu ukazała się pod patronatem honorowym Prezydenta Miasta Gdańska Pawła Adamowicza, Poczty Polskiej oraz Konsulatu Generalnego Republiki Federalnej Niemiec w Gdańsku.





Książkę przeczytałam dzięki życzliwości portalu Sztukater





Książka przeczytana w ramach Wyzwania:

wtorek, 30 grudnia 2014

Kazania na niedziele i święta w roku liturgicznym B – Wolfgang Raible

Wydawnictwo: Jedność HERDER
Kielce 2014
Oprawa: twarda
Liczba stron: 279
Tytuł oryginału: Predigten Fur die Sonn- 
und Feiertage im Lesejahr B
Przekład (z niemieckiego): Tomasz Tobolski
i Ryszard Zajączkowski
ISBN: 978-83-7660-995-9




Autor tej książki jest doktorem teologii, proboszczem i muzykiem kościelnym, a od 2005 roku – również duszpasterzem chorych w Stuttgarcie. Współpracuje z różnymi katolickimi czasopismami, a także jest autorem kilku książek z dziedziny homiletyki (czyli z działu teologii zajmującego się głoszeniem kazań).
Książkę podzielono na cztery części. Pierwsza z nich dotyczy Adwentu i okresu Narodzenia Pańskiego, druga – Wielkiego Postu i okresu Wielkiejnocy, trzecia zawiera kazania niedzielne w okresie zwykłym, a czwarta – na uroczystości: Trójcy Przenajświętszej i Najświętszego Ciała i Krwi Chrystusa (z polskiego na nasze – Boże Ciało), a także na święto Wszystkich Świętych. Łącznie znajdziemy tu aż 66 homilii.
Już od pierwszej strony wiedziałam, że będzie ciekawie. Ksiądz Raible jest bardzo przywiązany do baśni, bajek i powiastek i wykorzystuje je niemal przy każdej okazji. Potrafi odnaleźć odpowiednią anegdotę do każdego chyba czytania, a nawet Psalmu (Choć dopiero co wczoraj słyszałam, że nie głosi się kazań do Psalmów... Muszę to zbadać, bo temat wydaje się ciekawy.). Kazania, które proponuje w roku liturgicznym B (wydano również "Kazania..." na lata A i C) są jednocześnie zabawne, interesujące, zapadające w pamięć i mądre. Głęboko przemyślane i pięknie opowiedziane. Z pewnością niemała tu też zasługa tłumaczy, którzy przy okazji w wielu przypadkach tłumaczą zawiłości języka niemieckiego i zabawy słowem, jakie stosuje w swych homiliach Autor książki. Bardzo to pomaga w dokładnym zrozumieniu czytanych tekstów, które wówczas uzyskują dodatkową głębię.
Homilie proponowane przez księdza Raiblego są pełne życia. Takie, jak dzisiejszy świat – dynamiczne, dotykające bieżących spraw i problemów codziennego życia. Przyciągają niczym magnes, inspirują do głębszego poznania Pisma Świętego i tradycji Kościoła. Są swoistą zajawką, takim teaserem, który ma zachęcić do zajrzenia do Biblii, do wsłuchania się w Słowo Boże. W ciekawy i mądry sposób Autor pokazuje nam, że Święte Księgi Starego i Nowego Testamentu nadal są aktualne.
Niektóre z homilii intrygują, inne wzruszają. Z pewnością część z nich na dłużej zapadnie w pamięć, a do niektórych będę wracała. Ciągle w głowie siedzi mi np. historia o... wilku u żłobka, czy o wieszaniu na choince... namiotów. Głębokie teologiczne prawdy opowiedziane w piękny, baśniowy sposób sprawiają bowiem, że chętniej się do nich wraca i zdecydowanie lepiej rozumie. Szczególnie, gdy język jest przystępny i dynamiczny. Można wręcz powiedzieć, że kazania księdza Raiblego czyta się jak dobrą powieść.
Czy to książka jedynie dla kapłanów? Chyba jestem najlepszym przykładem na to, że odpowiedź jest przecząca. Myślę, że każdy, kto zabierze się za lekturę "Kazań...", zostanie przez tę książkę wchłonięty i nie będzie żałował ani chwili poświęconej na jej czytanie. W pewnych momentach miałam właściwie wrażenie, że ta pozycja jest dla takich świeckich, jak ja bardziej, niż dla kapłanów. Dlaczego? Ponieważ kazania proponowane przez księdza Raiblego są krótkie. Za krótkie chyba jak na niedzielną (czy tym bardziej, świąteczną) Mszę. Wydaje mi się również, że są bardziej dla młodych, niż starszych (choć tu mogę się bardzo mylić), a to ze względu na nowoczesny styl i sposób dopasowania się do dzisiejszego tempa życia. Tak, czy owak – warto się z "Kazaniami..." zapoznać.
Co do wydania nie mam właściwie zastrzeżeń. Twarda oprawa, grube kartki, materiałowa zakładka – same plusy. Z pewnością będę chciała się zaopatrzyć również w dwa pozostałe "zestawy" przygotowane na rok liturgiczny A i C.



Książkę przeczytałam dzięki życzliwości portalu Sztukater



Książka przeczytana w ramach Wyzwania:
 

piątek, 12 grudnia 2014

Amor fati – Kazimierz Brakowiecki

Wydawnictwo: FORMA
Szczecin 2014
Oprawa: miękka ze skrzydełkami
Liczba stron: 79
ISBN: 978-83-63316-75-4






Na początek kilka słów o Autorze. Tekst pochodzi z tylnej okładki:
"(ur. w 1952 r.) – olsztyński poeta, pisarz, tłumacz poezji francuskojęzycznej, animator kultury, kurator wystaw sztuki polskiej XX wieku, współzałożyciel i jeden z liderów pisma, stowarzyszenia oraz fundacji Wspólnota Kulturowa ,,Borussia”. Absolwent Uniwersytetu Warszawskiego. Debiut w 1975 roku. Od 1995 r. kieruje samorządowym Centrum Polsko-Francuskim w Olsztynie. Otrzymał m.in. nagrodę im. Stanisława Piętaka (1991), paryskiej „Kultury” (1996), Ministra Kultury (2002), Laur UNESCO (2007), Literacki Wawrzyn Warmii i Mazur (2008). Jest autorem trzydziestu książek poetyckich oraz eseistyczno-autobiograficznych. Ostatnio opublikował: tom prozy Historie bliskoznaczne (2008), książkę eseistyczno-podróżniczą W Bretanii (2009), zbiór esejów Dziennik berliński (FORMA 2011) oraz tomy wierszy: Ciałość (2004), Europa minor (2007), Glosolalie (2008), Obroty nieba (FORMA 2010), Chiazma (2012), Terra nullius (2014) i Amor fati (FORMA 2014)."
Przyznam, że robi wrażenie. Chyba się ze mną zgodzicie. Otwieram więc tę niegrubą książeczkę z ciekawą okładką. A może nie. Na początek o okładce, bo to ciekawy projekt. Książka wyszła w ramach serii "Tablice" i wszystkie okładki w tejże serii przedstawiają właśnie różne tablice – domów, ruchu drogowego, czy sklepów. Uważam, że to interesujący projekt, który z jednej strony jest bardzo zwyczajny i prozaiczny, a z drugiej poetycko ujmuje codzienność. I to jest chyba właśnie sedno sprawy, przynajmniej w przypadku tego tomiku – to przemieszanie prozy z poezją, codzienności z magią, delikatności z brutalnością.
Otwieramy więc książkę o niestandardowym formacie i zaglądamy do spisu treści. Dwie strony, a przecież zalewie 79 stron. Już wiemy, że teksty będą niedługie, by nie rzec, że wręcz krótkie. Czy to dobrze? Okaże się w trakcie lektury.
"Amor fati" to zbiór 52 wierszy. Czy rzeczywiście wierszy? Trudno nazwać te teksty, ciężko je sklasyfikować, gdyż są zupełnie inne od wszystkiego, co dotychczas czytałam. Choć przyznaję, że od skończenia szkoły niewiele czytuję poezji, a współcześni poeci są mi właściwie nieznani. Będę więc je nazywać tekstami, bo jako takie właśnie żyją w moim umyśle. 
Są różne... Niektóre romantyczne, niektóre drastyczne. Część naprawdę wbiła mnie w fotel, inne nie zrobiły żadnego wrażenia. Kilka sprawiło, że w oczach pojawiły się łzy, dwa mnie zniesmaczyły. Nie wszystkie potrafiłam zrozumieć. W niektórych przypadkach zupełnie nie pojmowałam tytułu. No tak, tytuły są w tym zbiorze specyficzne, wszystkie utwory stanowią bowiem swego rodzaju monologi skierowane do konkretnej osoby... albo rzeczy, albo miejsca. Tak, ponieważ Brakoniecki kieruje słowa nie tylko do ludzi. Znajdziecie więc tutaj utwory zatytułowane "Do krowy", "Do niziny", "Do jabłka miłości", czy choćby "Do siebie samego leżącego na podłodze w galerii sztuki pod obrazem Leszka Korolkiewicza »Autoportret«". Niektóre tytuły same w sobie budzą mnóstwo emocji, nawet jeśli dopiero po przeczytaniu całego tekstu nabierają znaczenia. 
W utworach Brakonieckiego bez wątpienia można znaleźć amor fati, czyli miłość do losu, do życia, do świata, w którym każdy z nas spotyka zarówno dobro, jak i zło. Życiowe prawdy, obserwacje świata, uczucia – wszystko to przeplatane jest biografią rodziny Autora. Tu babka, tam kuzyn, tu ojciec, a tu on jako mały chłopiec. Nie w kolejności, nie tak, jak popularnie przedstawia się rodzinne biografie, ale tak, jak woła serce. Jak wyrywa się do konkretnych wspomnień, chwil przeżytych, przez innych już zapomnianych. Tak, jak działa ludzki umysł, nie jak pisze się sagi. Poetycki opis obrazami. Ciekawa jestem, jakby takie obrazy wyglądały, gdyby jakiś malarz postanowił wykonać 52 prace do utworów Brakonieckiego...
Trudno mówić o redakcji utworów, które nie do końca są prozą. Bo jakże ocenić, czy przecinki dobrze wstawione, czy justowanie odpowiednie, czy słowa właściwe? Kiedy poezja rządzi się przecież nieco innymi prawami. Nie oceniam więc tym razem, zaznaczę jedynie, że znalazłam tylko jedną literówkę, więc korekta poradziła sobie dobrze.







Książkę przeczytałam dzięki życzliwości portalu Sztukater




Książka przeczytana w ramach Wyzwania: