Fragment mojej recenzji został umieszczony na okładce powieści "Skazaniec. Z bestią w sercu" Krzysztofa Spadło


Moja recenzja została zamieszczona na okładce powieści "Wojownicy. Odwet Wysokiej Gwiazdy" Erin Hunter

Fragment mojej recenzji „Korony śniegu i krwi” został umieszczony na okładce powieści Elżbiety Cherezińskiej – "Niewidzialna korona"

czwartek, 22 października 2020

Boot. Wielka przygoda małego robota – Shane Hegarty

 

Wydawnictwo: Wilga
Warszawa 2020
Tytuł oryginału: Boot. Small Robot, Big Adventure
Przekład (z j. angielskiego): Maria Lalik
Oprawa: miękka
Liczba stron: 240
Ilustracje: Ben Mantle
ISBN: 978-83-280-7580-1
 





 

Książka, o której chcę Wam dzisiaj opowiedzieć to nie tylko wyśmienita przygodówka dla dzieci, ale również pierwszy tom serii, czeka nas zatem więcej spotkań z małym i zabawnym robotem imieniem Boot.
Taki właśnie jest główny bohater. To niewielki robot-zabawka. Został zakupiony, kiedyś, nie wiadomo kiedy, jako prezent dla dziewczynki. Sprawił jej wielką radość i bardzo go kochała. Jednak... coś się wydarzyło. Coś, co doprowadziło go na złomowisko. W straszne miejsce, gdzie paskudny Flint rozmontowuje sprzęty i zgniata je na miazgę, bądź przerabia na części do innych urządzeń. Taki los czeka też Zabawnego (nazwa serii robotów). Jednak... budzi się on nagle i wcale nie podoba mu się pomysł zostania kupką metalu.
Pierwsze słowo, jakie wpada mu "do głowy" to Boot, stwierdza zatem, że to jego imię. Ma też fragmentaryczne wspomnienia. Dokładnie dwa i pół wspomnienia. Z nich wie, że kiedyś należał do Beti. Trzeba zatem dziewczynkę odnaleźć, szczególnie, że w bocznej szufladce znajduje jej naszyjnik. Czuje się zobowiązany go wrócić.
Zaczyna się przygoda i to bez trzymanki. W świecie, w którym rozgrywa się akcja, roboty są codziennością ludzi. Wykonują za nie przeróżne prace i mają przeróżne kształty. Istnieje jednak bardzo ważna zasada – robot musi mieć właściciela. Jeśli robot właściciela nie posiada, zawsze może zostać złapany przez złomiarza i jego roboty-ciachacze. Boot dowiaduje się tego w bardzo bezporedni i nieprzyjemny sposób.
Szukanie Beti jest bardo trudne, bo jak znaleźć dziewczynkę w wielkim mieście, nie mając niemalże wskazówek? Boot jest jednak naprawdę zdesperowany. Na swej drodze spotyka mnóstwo innych robotów, z których wiele również ostało w taki czy inny sposób odrzuconych przez społeczeństwo. Robotów, które uznano za niesprawne, a które przejawiają iście ludzkie uczucia.
Droga do właścicielki będzie długa i kręta. Boot i jego nowi przyjaciele napotkają mnóstwo trudności. Wciąż będą też ścigani przez rozwścieczonego Flinta, który nie może znieść myśli, że taki mały Boot jest pierwszym robotem, który zdołał mu uciec. Przyjaciele (a jest to niesamowita galeria przeróżnych, fizycznie i charakterologicznie, robotów) będą mieli wzloty i upadki. Będą żyć nadzieją i popadać w depresję. Czuć samotność, złość, miłość, tęsknotę, zniechęcenie...
Całą historię poznajemy z perspektywy Boota, który jest pierwszoosobowym narratorem. A opowiada naprawdę pięknie. Wyśmienicie pokazuje nam swoje czucia, których dotąd nie znał, których nie rozumie, których dopiero się uczy. Z całą świadomością, że nie powinien ich, jako robot, mieć. Wczuwamy się w jego sytuację, odczuwamy jego rozterki.
"Boot. Wielka przygoda małego robota" to historia o przyjaźni, poszukiwaniu własnej osobowości, odpowiedzialności za innych, panowaniu nad uczuciami i emocjami. Jednym słowem to wzruszająca opowieść o tym, co naprawdę najważniejsze w życiu.
Książka jest przepięknie zilustrowana przez Bena Mantle'a. Na średnio co trzeciej stronie możemy podziwiać klimatyczne, śliczne ilustracje w odcieniach szarości, które idealnie odwzorowują bohaterów poznawanych w książce. Widać, że ilustrator bardzo przyłożył się do tego, by oddać wspaniały klimat tej opowieści. 
Książka wydrukowana jest w niewielkim formacie, dlatego ma tak wiele stron Dodatkowo duża czcionka i liczne ilustracje zwiększają jej objętość. Nie zrażajcie się zatem grubością, ponieważ czyta się bardzo szybko i jak ktoś ma czas i siłę to "połknie" powieść w dwie godziny. Myślę również, że świetnie poradzą sobie sami  młodzi czytelnicy, ponieważ duża czcionka jest idealna na etapie wczesnej nauki czytania.
Nie mogę już doczekać się dalszej części.

 





Książkę przeczytałam dzięki życzliwości Wydawnictwa Wilga

piątek, 16 października 2020

Nie bój się, dziadku! – Paweł Pawlak

 

Wydawnictwo: Wilga
Warszawa 2020
Oprawa: twarda
Liczba stron: 48
Ilustracje: Paweł Pawlak
ISBN: 978-83-280-8037-9







 
W nasze ręce trafiła kolejna książka dotykająca problemu radzenia sobie z uczuciami i emocjami. Tym razem głównymi bohaterami są króliczka Stefcia i jej dziadkowie, a szczególnie tytułowy dziadek.
Mama Stefci musi jechać w delegację, w związku z czym zawozi córeczkę do dziadków, gdzie ta ma spędzić trzy dni. To da niej nic nadzwyczajnego, ponieważ praca mamy wymaga dość częstych wyjazdów. I choć nie jest to główny, ani nawet specjalnie istotny, wątek tej opowieści już w tym miejscu widać, że książka dotyczy ważnych spraw, o których z dziećmi trzeba rozmawiać. Nie ma się co oszukiwać, że takie delegacje są rzadkością, szczególnie kiedy rodzice mają do wyboru wyjazdy albo utratę pracy. Niestety nie dowiadujemy się, gdzie jest tata Stefci, choć taka informacja mogłaby być przydatna. Z drugiej strony dzieci same mogą dopowiedzieć sobie część historii i zastanowić się nad różnymi jej wariantami. Pierwsza strona książki i już całkiem sporo przyczyn do ważnych rozmów z maluchami.
Stefcia cieszy się z tego, że znów będzie miała ładny widok z babcinego pokoju. Będzie mogła oglądać najpiękniejsze w okolicy kwiaty. Wiemy już jednak, że coś niepokoi Stefcię w dziadku, nie wiemy jednak co. Króliczki docierają w końcu do domu dziadków i tu Stefcię czeka niemiła niespodzianka. Pokój babci jest obecnie niedostępny, w związku z czym najbliższe trzy noce będzie spała w myśliwskim pokoju dziadka. Skrzypiące schody i myśliwskie trofea na ścianach nie napawają jej optymizmem, ale Stefcia nie chce nikomu sprawiać kłopotu. Cieszy się, że zabrała ze sobą książkę o dziewczynce, która niczego nie chciała się bać.
Niestety czytanie dziewczynce nie wychodzi, a ponury pokój wywołuje u niej nieprzyjemne uczucia. Ma problemy ze spaniem. Sytuacji nie polepsza wiadomość o złodzieju kwiatów, który grasuje po okolicy. Mówią o tym wszyscy napotkani na ulicy sąsiedzi, kiedy razem z babcią Stefcia idzie na spacer.
Teraz dowiadujemy się, choć w nieco zakamuflowany sposób, ddaczego Stefcia może nie przepadać za swoim dziadkiem. Dziadek uważa bowiem, że miejsce dziewczynek jest w kuchni. Na szcęście ulega wnuczce i pozwala jej przyjść do warsztatu i pomagać sobie w budowaniu pułapki na złodzieja. Znowu temat poboczny, ale jakże ważny, któremu można i należy poświęcić sporo czasu. Niekoniecznie w trakcie lektury, ale przy okazji, nawet kilkanaście dni po przeczytaniu książki. Ja zresztą często w różnyh tematach nawiązuję do postaci z książek, które czytalismy bądź czytamy. Zupełnie poza czasem przeznaczonym na czytanie.
Ostatnia noc jest najgorsza, na szczęście następnego dnia wieczorem po dziewczynkę ma przyjechać mama. Tymczasem dziadek kończy robienie pułapki. Niestety, dochodzi do spięcia i w piwnicy, do której przed chwilą weszła Stefcia, gaśnie światło. Dziewczynka jest oczywiście przerażona, ale... znacznie bardziej boi się dziadek, który nie spodziewa się spotkać nikogo w piwnicy. Stefcia znajduje go później na dachu, przestraszonego i jakby mniejszego niż zwykle. I to ona pociesza dziadka, a nie odwrotnie. Ona wykazuje odwagę i tłumaczy, że czasami można się trochę bać i żeby się dziadek nie przejmował. A kiedy dochodzi do rodzinnego spotkania przy herbatce i dziadek chce przyznać się do tego, że to on w strachu podeptał piękne babcine kwiaty, Stefcia przerywa mu i przypomina, że strach jest częścią naszego życia, a każdemu należy się wybaczenie i druga szansa. 
Wszystko kończy się dobrze. Dziadek przestaje polować i zaczyna robić zdjęcia. Złodziej zostaje złapany i okazuje się szalonym artystą, któremu dziadek udostępnia swoje fotografie kwiatów. Mama zaś wciąż nie może wyjść z podziwu jaką ma dojrzałą, mądrą i dobrą córeczkę. I przyrzeka rzadziej jeździć w delegacje, by spędzać z nią więcej czasu.
Książka ma w sobie tak wiele wartości, porusza tak różnorodne zagadnienia, a przy tym jest napisana pięknie i ciekawie. Ponadto jest ona idealnym pretekstem do rozmów o różnych stereotypach i to nie tylko z dziewczynkami, ale i z chłopcami. Charakteryzuje się również oryginaną techniką ilustracji – wklejankami tworzącymi barwne i ciekawe kolaże. Jednym słowem to książka ważna i piękna pod każdym względem i z pewnścią spodoba się młodym czytelnikom, a także pomoże im rozumieć, że strach ma często wielkie oczy. Polecam!
 
 





Książkę przeczytałam dzięki życzliwości Wydawnictwa Wilga

czwartek, 15 października 2020

Dyrektorium o katechizacji – Papieska Rada ds. Krzewienia Nowej Ewangelizacji

Wydawnictwo: Jedność
Kielce 2020
Tytuł oryginału: Direttorio per la catechesi
Przekład (z j. włoskiego): Aleksandra Soroka-Kulma
Oprawa: miękka ze skrzydełkami
Liczba stron: 248
ISBN: 978-83-8144-443-9
  
  



Nakładem wydawnictwa Jedność ukazało się niedawno polskie tłumaczenie "Dyrektorium o katechizacji". W odróżnieniu od poprzedniego Dyrektorium z 1997 roku, to przygotowane zostało przez Papieską Radę ds. Krzewienia Nowej Ewangelizacji, co nie pozostaje bez skutków widocznych w jego treści. Po lekturze można również zauważyć, że dokument ten czerpie z nauczania papieża Franciszka zawartej min. w Evangelium gaudium.
Dyrektorium składa się z 3 części i podzielone jest na 12 rozdziałów. Kolejno mówi o katechezie w ewangelizacyjnej misji Kościoła, procesie katechizacji oraz katechizacji w kościołach partykularnych.
Dokument ten zwraca uwagę na szerokie pojmowanie katechizacji i katechetów, kładzie duży akcent na rodziców jako katechetów (rodzice jako aktywny podmiot katechezy), a z drugiej strony zwraca uwagę na to, że i oni powinni się nieustannie kształcić (poruszono również temat katechezy z dorosłymi, z osobami starszymi, z osobami z niepełnosprawnością, z imigrantami i emigrantami, z osobami zmarginalizowanymi), ponieważ aby przekazywać swym dzieciom wiarę, sami muszą posiadać wiedzę i umieć ją przekazać. Akcent kładziony na rolę rodziny stawiany jest przy równoczesnym zwróceniu uwagi na fakt, że religia w szkole to jedynie pewien etap, który ma prowadzić do Kościoła, ale rodzice nie mogą "zwalać" na szkołę całej odpowiedzialności za wychowanie religijne swoich dzieci. Nie ukróci to toczących się od lat debat na temat tego, czy religia w szkole jest lepszym czy gorszym rozwiązaniem od religii w salkach przykościelnych, ale być może wskaże na to, co jest w tej kwestii najważniejsze.
Poruszane są również w Dyrektorium kwestie tolerancji, a także relacji międzywyznaniowych, a nawet międzyreligijnych. Ważne miejsce znajdują lokalne tradycje i lokalna pobożność.
Zgonie z wytycznymi, KEP ma za zadanie powołać odpowiednią komisję, która ma dbać o wydawanie aktualnych podręczników do religii. Dyrektorium już w pierwszej części zwraca uwagę na fakt, że to biskupi są pierwszymi katechetami (za adhortacją Pastores gregis Jana Pawła II) i spoczywa na nich pierwsza odpowiedzialność za katechizację w diecezjach, katechetom poświęcając zresztą ponad 50 stron tekstu. Katecheta ma być  bowiem świadkiem wiary.
Mocno zaznaczone jest powołanie kerygmatyczne katechezy, katecheza jako forma ewangelizacji oraz metodologia w katechezie i różne jej formy. Szczególnie to ostatnie zagadnienie jest szeroko omówione w części trzeciej dokumentu. Gołym okiem widoczne jest bardzo współczesne spojrzenie na temat i dążenie do znalezienia różnych dróg katechizacji i ewangelizacji w świecie XXI wieku – świecie, w którym konteksty społeczno-kulturalne mają niemały wpływ na wygląd Kościoła jako wspólnoty.
Książka wydana została na pięknym papierze w lekko kremowym odcieniu, który jest wprost idealny do czytania. Jest on nawet przyjemny w dotyku, co nie zdarza się często. Bardzo spodobała mi się różowa czcionka, która występuje w tytułach kolejnych części i rozdziałów. Nie wiem dlaczego, ale w jakiś sposób przypomina mi podręczniki do religii z pierwszych lat mojej szkolnej edukacji (tak, jestem sentymentalna). Książkę kończą dwa indeksy: dokumentów i tematyczny, ułatwiające poruszanie się po dokumencie.
Już odzywają się głosy (wszak Dyrektorium ukazało się w marcu i można je było przeczytać w oryginale już wówczas), że dokument ten jest w wielu kwestiach rewolucyjny. Czas pokaże jak bardzo i czy to rewolucyjne spojrzenie na katechizację zostanie przyjęte czy odrzucone w życiu codziennym (nie tylko katechetów).  Bez wątpienia jednak, choć Dyrektorium skierowane jest głównie do biskupów, jest lekturą ważną dla każdego z nas – każdego, który w taki czy inny sposób jest katechetą. Naprawdę warto się zapoznać z jego treścią.






Książkę przeczytałam dzięki życzliwości Wydawnictwa Jedność

poniedziałek, 12 października 2020

Emocje i uczucia – propozycje dla dzieci

 
Jakiś czas temu obiecałam Wam krótki przegląd naszych książek dotykających tematu uczuć i emocji. Poniżej przedstawiam zdjęcia okładek. Recenzje niektórych z tych pozycji możecie znaleźć na Dune Fairytales, wystarczy wpisać tytuł. Jeśli specjalnie zainteresuje Was jakaś książka, której recenzji jeszcze nie napisałam, dajcie znać w komentarzu. Postaram się nadrobić zaległości w najbliższym czasie.











piątek, 9 października 2020

Elementarz ekologiczny – Patrycja Wojtkowiak-Skóra, Justyna Jednoróg


Wydawnictwo: Wilga
Warszawa 2020
Oprawa: miękka
Liczba stron: 80
Ilustracje: Katarzyna Drewek-Wojtasik
ISBN: 978-83-280-7310-4





 
Kiedy byłam dzieckiem moja mama uczyła w szkole biologii i prowadziła kółko ekologiczne. Nie była jakimś szalonym ekologiem, ale starała się zarazić uczniów pasją do dbania o przyrodę. Ja za to byłam totalnym eko-świrem. Rysowałam (w latach 90 XX wieku nikt nie śnił o drukowaniu) ulotki, wrzucałam je sąsiadom do skrzynek. O czym? O tym, że palenie papierosów szkodzi. Że należy ograniczyć śmieci. Że trzeba dbać o czystą wodę i uprawiać rośliny. Potem "wydoroślałam". Celowo nie używam tu określenia "dojrzałam", ponieważ to, co się wydarzyło jest raczej procesem uwsteczniającym. Wyprowadziłam się na swoje, zaczęłam zarabiać i żyć po swojemu. Z czasem coraz wygodniej, wszak o to w życiu chodzi (czy na pewno???). Tak oto w mojej zamrażarce znajdowało się pełno kupionym mrożonek w foliowych opakowaniach, w szafce mnóstwo plastikowych butelek i kartonów z sokami, a śmieci wytwarzałam tyle, że codziennie trzeba było opróżniać minimum dwa śmietniki. Horror!
Chciałabym, żeby moje dzieci zrozumiały, że wygoda jest fajna, ale nic nam po niej nie przyjdzie, skoro całe życie będziemy musieli chodzić w maskach (i nie mam tu na myśli obecnej pandemii, ale po prostu zanieczyszczone powietrze), a woda pitna stanie się produktem deficytowym. Chciałabym, żeby miały świadomość, że każde nasze działanie to mała cegiełka, która może przeważyć na dalszym losie naszej planety.
Dlatego od najmłodszych lat pokazuję córkom, że można z niczego robić coś. Z dziurawych skarpet szyjemy ubranka dla lalek. Ze zużytych pudełek robimy lalkom mebelki. Rolki po papierze toaletowym świetnie nadają się do wytwarzania kolejnych bohaterów do teatrzyków, są genialnymi pieczątkami, tunelami dla samochodzików, czy pniami papierowych drzewek. Robimy do domu mnóstwo przepięknych ozdób z resztek. Nie wyrzucamy jedzenia. Ubrania, których już nie nosimy oddajemy do koszy PCK. Najtrudniejszym krokiem dotąd było rozpoczęcie segregowania śmieci. Udało się, a córeczki szybciej "załapały", gdzie co wrzucać niż ja. Pilnują bardzo, żeby śmieci trafiały do odpowiednich pojemników. Znacznie gorzej idzie nam oszczędzanie wody.
"Elementarz ekologiczny" mówi o tych wszystkich rzeczach i o wielu, wielu innych sposobach na to, jak każdy z nas może się przyczynić do lepszego dbania o przyrodę. Zaczyna się oczywiście od kilku ogólnych danych dotyczących obecnego, niezbyt już dobrego, stanu, w jakim znajduje się Ziemia. A dalej podrzuca całą moc pomysłów, co możemy robić sami. My, rodzice i dzieci. Razem, bo tylko w ten sposób możemy coś zdziałać. W grupie moc, jak mawiają, i dlatego wiele razy na stronach "Elementarza..." znajduje się przypomnienie o tym, żeby zaproponować wspólne działanie rodzicom, kolegom z klasy, sąsiadom.
Co zatem mamy w środku? Jest temat śmieci  ich segregowania i różnych sposobów recyklingu. Fantastyczna ściąga dotycząca symboli znajdujących się na opakowaniach różnych produktów. Dość obszernie omówiony problem wszechobecnego plastiku i wody pitnej (łącznie z pokazaniem, ile wody potrzeba do wyprodukowania np. kilograma wołowiny, samochodu czy jednego jabłka). Dzieci mogą zapoznać się z problematyką energii i jej oszczędzania oraz dbałości o jakość powietrza. Dowiadują się, jak maksymalnie wykorzystać produkty żywnościowe, by nie marnować jedzenia oraz jak, domowym sposobem, wykonać naturalne środki czystości, dzięki którym zminimalizują używanie chemii. Za końcu natomiast zostają zaproszone do zapoznania się z przykładowymi akcjami, które mogą śledzić w mediach lub w których mogą wziąć udział. 
W książce poza tekstem stricte przekazującym wiedzę znajdziecie również mnóstwo zadań do wykonania, uwag, które warto zapamiętać i quiz, który nie jest łatwy. Naprawdę trzeba się nad nim nieco namęczyć, ale warto.
Ogromnie ważną rolę odgrywają w tej pozycji piękne ilustracje autorstwa Katarzyny Drewek-Wojtasik. Nie tylko umilają lekturę, ale graficznie wspaniale przypominają o tym, co ważne. Nawet nie czytając tekstów, można rozpocząć edukację ekologiczną najmłodszych przy pomocy samych ilustracji. 
Książka kładzie duży nacisk na życie w duchu zero waste, co  pomaga uświadamiać sobie na każdym kroku, jak wiele od nas zależy. Styl życia, w którym staramy się ja najmniej marnować to coś, co jest obecnie modne, więc trzeba tę modę dobrze wykorzystać, by nie skończyła tylko jako moda, ale stała się rzeczywiście stylem życia dla przyszłych pokoleń.
Pozycja ta przeznaczona jest, według informacji podanych przez Wilgę, dla grupy wiekowej 6-8 lat, ale wydaje mi się, że młodsi czytelnicy równie sobie z nią świetnie poradzą. 
Pokazując, jak dbać o środowisko Wydawnictwo Wilga zaczęło od siebie, wydając "Elementarz..." na papierze posiadającym Certyfikat FSC świadczący o tym, że celuloza pozyskiwana do jego produkcji pochodzi z lasów zarządzanych w sposób zróżnicowany. Jedyne, czego mogę się uczepić to fakt, że papier jest polakierowany, a można by spokojnie tego uniknąć, by było jeszcze bardziej eko. 
Przywykliśmy do tego, że książki dla dzieci mają być pięknie wydawane, drukowane na kredowym papierze, oprawiane w sztywne okładki, najlepiej jeszcze z jakimiś pięknymi dodatkami. Tak na bogato. "Elementarz...", choć szatę graficzną ma naprawdę znakomitą, nie robi takiego wrażenia. Niektórych rodziców i dziadków może wręcz zrazić fakt, że grzbiet tej książki jest pozbawiony dodatkowej tektury, a książka jest szyta naturalnym surowcem, a nie klejona. Jest to jednak zgodne z zasadą zero waste i całym sercem popieram ten sposób, szczególnie w przypadku pozycji traktujących o ekologicznym podejściu do życia. Okładka wykonana jest z tworzywa Arktika, czyli wysokiej jakości kartonu, który jest biodegradowalny i nadaje się do recyklingu.
Polecamy całym serduchem!




Książkę przeczytałam dzięki życzliwości Wydawnictwa Wilga

wtorek, 6 października 2020

Opowieści o świętych. Inspirujące przygody pełne łaski i odwagi – Carey Wallace

 

Wydawnictwo: Nowa Baśń 
Poznań 2020
Oprawa: twarda
Liczba stron: 230
Ilustracje: Nick Thornborrow
Tytuł oryginału: Stories of the Saints: 
Bold and Inspiriring Tales of Adventure, Grace and Courage
Przekład (z angielskiego): Wiesław Marcysiak
ISBN: 978-83-8203-008-2
 
 

 



Żywoty świętych to nudne opowieści, w których ludzie nie przypominają ludzi tylko jakieś rozanielone postaci, którym nie można dorównać? Opowieści o świętych nie są dla dzieci, które potrzebują książek o przygodach?  Książki o świętych zilustrowane są sztampowo i nijak odpowiadają współczesnym gustom młodych czytelników? Nic bardziej mylnego, przekonajcie się sami.
Przedstawiam Wam "Opowieści o świętych. Inspirujące przygody pełne łaski i odwagi" Carey Wallace i Nicka Thornborrowa, które waśnie ukazały się nakładem wydawnictwa Nowa Baśń. Wydawnictwa, które przecież specjalizuje się w literaturze przeznaczonej dla młodszych moli książkowych. Serie o kocich wojownikach, psach ze sfory, czy o sowich strażnikach na dobre zagościły już na polskim rynku książki. Nowa Baśń ma na swoim koncie również "Ostatniego jednorożca", "Bambi", czy "Rumcajsa". Gołym okiem widać, że wychodzi naprzeciw dzieciom i młodzieży. Przyszedł więc czas na książkę zdecydowanie bardziej uduchowioną, a jednak opisującą przygody "nie z tej ziemi".
"Opowieści o świętych..." od pierwszej do ostatniej strony trzymają w napięciu. Przedstawiają ponad siedemdziesięciu świętych, w kolejności chronologicznej, co pozwala również na śledzenie otaczającego ich świata, postępu, a czasem cofnięcia w rozwoju w różnych dziedzinach. Począwszy od prześladowań pierwszych chrześcijan, którzy na modlitwę gromadzić musieli się w rzymskich katakumbach po współczesność. Od opisywanych w Dziejach Apostolskich Perpetuy i Felicyty poprzez starożytnych świętego Mikołaja, świętą Łucję i świętego Marcina. Przez średniowiecznych świętego Hieronima, świętego Benedykta z Nursji, czy (tak "modną" ostatnio) świętą Hildegardę. I dalej przez świętego Jana od Krzyża, świętego Wincentego a Paulo, świętego Dominika Savio, aż do współczesnych nam: świętej Tereski, świętego Maksymiliana Kolbego i świętej Teresy z Kalkuty.
A każda z tych opowieści, krótkich na zaledwie kilka stron, opowiada o losach ludzi zwyczajnych, a jednocześnie niezwykłych Ludzi, którzy byli jak my. Mieli swoje słabości, ot choćby święty Hieronim czy święty Augustyn. Swoje krzyże i swoje wory grzechów. A jednak, przynajmniej w pewnym momencie swego życia, na pierwszym miejscu postawili Jezusa Chrystusa. Jedni czuli powołanie od dziecka, inni nawracali się na łożu śmierci, ale swym słowem, a przede wszystkim czynem oddawali się służbie Najwyższemu. Przemierzali lądy i morza, ziemie przyjazne i wrogie. Umierali w samotności, w tłumie, na stosie. Docenieni przez współczesnych albo zupełnie przez nich niezrozumiali, wyśmiewani, poniżani, skazywani na okrutną śmierć. Przezywali mniejsze i większe przygody, rozmawiali z Jezusem i Maryją, którzy im się nieraz ukazywali. Z biednych lepianek trafiali na dwór papieski. Inni oddawali swe bogactwa i porzucając pałace, zamieszkiwali na pustyni, a nawet na wysokich palach, po to tylko, by w całości oddać się Bogu.
Byli kochani, byli nienawidzeni. Dzisiaj wpisani są do oficjalnych spisów świętych. Niektórzy uznawani za świętych jeszcze za swego życia, inni rehabilitowani przez papieży po wielu wiekach. Ich historie są tak różne, tak inspirujące, tak pełne odwagi. I rzeczywiście, pełne łaski. Bo bez niej żaden z nich nie mógłby się poświęcić Bogu i ludziom ta bezinteresownie, często ryzykując wszystkim, z życiem włącznie.
W książce przedsatwiono życiorysy zarówno bardziej, jak i mniej znanych świętych. I nie zawsze są to takie historie, jakie znamy. Najprostszym chyba przykładem jest opowieść o świętym Mikołaj, którą zna raczej większość z nas. Autorka pokazuje nam, że historie świętych sprzed wieków mogą się różnić szczegółami, ponieważ nie zawsze można znaleźć dokładne informacje. Ale zawsze liczy się to, co najważniejsze. 
Niezmiernie istotną rolę ma w tj pozycji również strona graficzna. Bardzo eleganckie ozdobniki stron przywołują na myśl stare księgi, w których dawniej spisywano żywoty świętych. Takie piękne rękopisy przepisywane w średniowiecznych klasztorach. Jednocześnie bardzo nowoczesne ilustracje, piękne, barwne, bardzo szczegółowe zapierają dech w piersiach. Myślę, że dla młodych czytelników będą bardzo interesujące i inspirujące do poszukania innych obrazów konkretnych świętych.
Jak już wspomniałam rozdziały nie są długie, to kilkustonicowe opowiastki o świętych. Każdy z nich poprzedzony jest tabelą informującą o czasie i miejscu życia bohatera, jego atrybutach, tego czyim i czego jest patronem oraz kiedy przypada jego wspomnienie w Kościele. To informacje niezwykle pomocne, szczególnie te atrybuty są ciekawe, ponieważ ułatwiają rozpoznawanie świętych na innych obrazach. Myślę, że to wiedza, która dzieci i młodzież bardzo zainteresuje. Sama zawsze chciałam wiedzieć, kto jest przedstawiony na tym czy innym obrazie i żałowałam, że nie mam jakiejś książki, w której mogłabym znaleźć atrybuty charakteryzujące choćby głównych świętych KK. Dzisiaj taką książką są właśnie "Opowieści o świętych...".
Polecam z całego serca, bo to z jednej strony prawdziwa skarbnica wiedzy, a z drugiej tętniąca życiem opowieść przygodowa z najwyższej półki.
 
 
 



Książkę przeczytałam dzięki życzliwości Wydawnictwa Nowa Baśń

czwartek, 1 października 2020

Kompendium Katechizmu Kościoła Katolickiego

 

Wydawnictwo: Jedność
Kielce 2020
Tytuł oryginału: Catechismo della Chiesa Cattolica. Compendio
Przekład (z j. włoskiego): ks. prof. dr hab. Roman Murawski, ks. dr Jan Nowak
Oprawa: twarda
Liczba stron: 240
ISBN: 978-83-8144-432-3
 
 
 



 



Teoretycznie każdy katolik powinien posiadać w domu "Katechizm Kościoła Katolickiego". teoria jednak teorią, a jak jest z praktyką, można się jedynie domyślać. Nie wchodząc w głębsze rozważania na temat tego, jak być powinno, jak nie jest i dlaczego, dzisiaj kilka słów o wydanym właśnie nakładem wydawnictwa Jedność "Kompendium Katechizmu Kościoła Katolickiego".
Wydanie to może być idealną pamiątką sakramentu bierzmowania. Na pierwszej stronie znajduje się karta do wypisania danych dotyczących bierzmowanego oraz daty przyjęcia sakramentu. Oczywiście, na inne okazje (a i bez okazji) to także bardzo dobry pomysł. 
"Kompendium..." jest swoistym "streszczeniem" samego "Katechizmu...". Składa się z niespełna 600 paragrafów, czyli 20% "Katechizmu...". Nie są to jednak tylko wybrane zagadnienia, na zasadzie wytnij, kopiuj, wklej. Układ obu pozycji jest taki sam i w "Kompendium..." nie pominięto żadnego ważnego zagadnienia. Mamy więc wszystkie części, działy, rozdziały i artykuły. Jest to jednak kompilacja. Na marginesie każdego paragrafu podano, na podstawie jakich paragrafów "Katechizmu..." został napisany, łatwo więc można je odnaleźć i porównać, a co za tym idzie, poszerzyć wiedzę dotyczącą konkretnego zagadnienia, które nas szczególnie zainteresowało.
Pozycja ta w solidny sposób ukazuje wiarę chrześcijańską. Jednocześnie czyni to w przystępnej formie i najprostszym językiem, jakiego można użyć, nie tracąc sensu, tak głębokiej przecież, wypowiedzi. Paragrafy przedstawiono w formie pytań, na które udzielane są następnie odpowiedzi. Już od samego początku łatwo stwierdzić, że to bardzo dobry pomysł, który ułatwia poruszanie się po tekście, a jednocześnie ta forma dialogu jest bardzo naturalna. 
Dodatkowym atutem są znajdujące się w niebieskich ramkach cytaty z wypowiedzi i pism świętych Kościoła, których jest całkiem sporo.
Książka wydana jest w naprawdę eleganckiej formie. Twarda oprawa ze złoceniami, kredowy papier, a przy tym niewielki format, który pozwala na to, by właściwie zawsze mieć ją pod ręką. Do tego dochodzi 15 pięknych, barwnych reprodukcji różnych dzieł sztuki chrześcijańskiej, które dodatkowo opatrzono dość obszernymi (nawet stronicowymi) komentarzami. Są one nie tylko przyjemne dla oka, ale wzbogacają ogół wiedzy i pozwalają spojrzeć na sztukę chrześcijańską znacznie głębiej i dostrzec rzeczy dotąd niedostrzegalne i niezrozumiałe. 
Na końcu książki znajduje się jeszcze dwudziestostronicowy dodatek, na który składają się modlitwy wspólne i prawdy nauki katolickiej. Modlitwy są w dwóch kolumnach, po lewej po polsku, po prawej po łacinie. Tu rzucił mi się w oczy jeden błąd, mianowicie modlitwa Pod Twoją obronę w obu wersjach ucięta została w połowie i dalszego ciągu brak...
Gorąco polecam tę pozycję nawet tym, którzy "Katechizm Kościoła Katolickiego" posiadają, a nawet go czytają. Nieco inna forma może być ciekawym uzupełnieniem. Łatwiej i szybciej można niektóre zagadnienia odnaleźć. Kompilacja nawet dość odległych od siebie paragrafów pozwala natomiast dostrzec spójność "Katechizmu...". Dla mnie osobiście to taki wspaniały wstęp i jednocześnie przypomnienie, po którym wygodniej się poruszać. A kiedy chcę coś doczytać, obok leży "Katechizm...", do którego odwołują informacje na marginesach. Bardzo przydatna książka!







Książkę przeczytałam dzięki życzliwości Wydawnictwa Jedność

poniedziałek, 28 września 2020

Jaśminowa saga. Czas grzechu – Anna Sakowicz

 

Wydawnictwo: Poradnia K
Warszawa 2020
Jaśminowa saga, tom 1
Oprawa: miękka ze skrzydełkami
Liczba stron: 460
ISBN: 978-83-66555-14-3
 
 



 
Nie znałam dotąd twórczości Anny Sakowicz, choć z tego, co widzę, napisała już naprawdę sporo książek. Co zatem powodowało mną, że zapragnęłam poznać właśnie tę najnowszą? Oczywiście, moja miłość do sag! "Czas grzechu" jest bowiem pierwszym tomem "Jaśminowej sagi", a ja, mogę to zdradzić już teraz, wprost nie mogę się doczekać  dalszej części opowieści o siostrach Jaśmińskich. 
Razem z bohaterami powieści przenosimy się do Danzig. Trwa Wielka wojna, a portowe miasto wciąż leży w granicach zaboru pruskiego. Właściciel introligatorni, Antoni Jaśmiński marzy o wolnej Polsce, ale na marzeniach się kończy, Niedawno wrócił z frontu i teraz zajmuje się domem i pracą. Marzyć sobie może, ale na pierwszy plan wysuwa się wydanie za mąż najstarszej córki, Katarzyny. Szczególnie, że dopiero co stracił syna, który miał odziedziczyć po nim interes Czas zatem zabrać się za zadbanie o rodzinne interesy.
Ktoś kiedyś powiedział (napisał?), że dla ojca ważniejsze są córki, ponieważ wydając je za mąż, prowadzi niejako interesy. Zapewnia swojej rodzinie dostatek właśnie poprzez koligacje wynikające z zamążpójścia córki (czyżby to było z którejś powieści E. Cherezińskiej?). Tak, Katarzyna jest niejako towarem. Z tym, że wcale jej niespieszno do małżeństwa. O, jej młodsza siostra, Stasia, marzy o mężu, własnym domu i własnych ładnych meblach Kasia jednak chce być samodzielna, pracować na własne utrzymanie, sama stanowić o sobie To nie spodoba się rodzinie, która stoi na stanowisku, że "dziewucha" powinna słuchać ojca (a potem męża) i robić co Pan Bóg nakazał. Być posłuszną, cichą i pracowitą – przy czym ta pracowitość ma się ograniczyć do rodzenia i wychowywania dzieci, stania przy garach, prania, zakupów itp.
Wybrany przez ojca kandydat na małżonka wcale się Kasi nie podoba i to nie tylko dlatego, że jest Niemcem. Programowo, małżeństwo nie jest jej w głowie, Próbuje się buntować, tłumaczyć, zdobywa nawet pracę w gazecie, rodzice są jednak nieustępliwi Gdyby tylko wiedzieli, jak dalej potoczy się życie ich najstarszej córki... Nie mogli tego jednak wiedzieć, więc naciskali.
Tymczasem Stasia dorasta, wciąż marząc o zamążpójściu. Jednocześnie pracuje w introligatorni. Jak się okazuje, ma wielki talent, który doprowadzi ją do spotkania gdańskiego Żyda, Josepha Hirsza. Ich losy splatać się będą jeszcze prze długie lata, a i z pewnością w kolejnych tomach to ich pierwsze spotkanie nie pozostanie bez echa. Jednak ojciec postanawia wydać ją za syna rzeźnika. Sąsiada, który jest w połowie polskiego pochodzenia, co nie pozostaje bez znaczenia dla Antoniego. Cóż, kiedy w Wolnym Mieście Gdańsku antypolskie podejście jest coraz częściej odczuwalne, a proniemieckie manifestacje stają się powoli codziennością.
Najmłodsza z córek, Julka, wpada w oko uczniowi Jaśmińsiego, Maćkowi. Można by powiedzieć, dobra jej, bo – w odróżnieniu od sióstr, które charakteryzują się wielką pięknością – jest raczej nieatrakcyjna. Na szczęście Maciej jest w stanie dojrzeć w niej coś znacznie ważnieszego, niż tylko urodę. Czy jednak będzie mogła wyjść za "gołodupca", który jeszcze nawet zawodu nie ma, o żadnym majątku nie wspominając? Czy Antoni zrozumie, że świat się zmienia, a kobieta jest człowiekiem w takim samym stopniu, jak mężczyzna?
Siostry Jaśmińskie poza zmarłym Pawłem mają jeszcze młodszego brata, Piotra. Początkowo poznajemy go jako raczej niesfornego dzieciaka, z czasem jednak przeistacza się w człowieka, który czuje powołanie do służby Bożej. Przyznaję, że na początku bardzo się z tego ucieszyłam bo niebyt często na stronach tego typu książek pojawiają się duchowni (ładnym wyjątkiem jest "Stulecie Winnych" A. Grabowskiej), ale szybko zdałam sobie sprawę, że – przynajmniej do 1939 roku – Piotr jest księdzem chyba tylko po to, by pokazać, że ówczesny Kościół stał na straży tradycji i podejścia do kobiet opierającego się na bardzo dużej uległości mężczyznom. Mam nadzieję, że jego pójście drogą powołania będzie miało w kolejnych tomach  większe znaczenie i zostanie jakoś rozwinięte.
Pierwszy tom "Jaśminowej sagi" opisuje lata 1916-1939 i kończy się w dniu wybuchu wojny. Czytelnik obserwuje zatem najpierw odzyskiwanie niepodległości, a potem jej stopniową utratę. Bo Wolne Miasto Gdańsk w pewnym momencie było wolne jedynie z nazwy. Antypolskie nastroje, włodarze miejscy, którzy nie kryli się z proniemiecką polityką, w końcu sama ludność pochodzenia niemieckiego, która coraz gorzej patrzyła na swych polskich sąsiadów. Powolne przechodzenie od wolności do podległości. Wszak "Gdańsk był zawsze niemiecki". W czynach, w rozmowach – Sakowicz pięknie oddaje klimat tamtych lat. Jednocześnie nie oceniając, choć można się domyślić, po której stronie konfliktu się opowiada. Nigdy jednak nie ukazuje żadnego ze swych bohaterów jako złego li tylko dlatego, że wolałby aby Gdańsk był niemieckim miastem. Nawet pracownik Jaśmińskiego, Hans, który często wdaje się z nim w, nierza bardzo zażarte i wręcz agresywne, dysputy dotyczące tego kto powinien dzierżyć władzę w Gdańsku, nie jest postacią negatywną.
Co mnie jeszcze uderzyło w tej powieści? Niby wiemy, że Gdańsk nie zawsze był polski. Niby mamy świadomość, że przed II wojną światową żyło tam wielu Niemców. Sama kilka lat temu czytałam dość obszerną monografię na ten temat. A jednak pojawiało się  dziwne uczucie, kiedy któryś z bohaterów potrzebował przekroczyć granicę Wolnego Miasta Gdańska z Polską. To taki dysonans, jak wtedy, gdy czytałam Krajewskiego i musiałam sobie przypominać, że Breslau leżał w granicach Niemiec, a Wilno było polskie. Chyba wciąż jeszcze za mało czytam książek o tamtych czasach. A może po prostu byt jesteśmy przyzwyczajeni do tego, co zastaliśmy i jest naszą codziennością, by umieć się podświadomie przestawić? To dość ważne pytanie, nad którym warto się pochylić.
"Czas grzechu" jest doskonale napisaną powieścią. Bohaterowie są różnorodni i naturalni. Trudno mówić o nich, że są dobrzy czy źli (z małymi wyjątkami). Każdy ma swoje tajemnice, niejednokrotnie więcej niż jedno oblicze. Niektórzy ukrywają coś z miłości inni z troski, inni ze wstydu, a inni ze strachu. Działania i decyzje, które podejmują są powodowane różnymi sytuacjami, często bardzo złożonymi, zależnymi zarówno od osobistych przeżyć, jak i sytuacji ogólnokrajowej ogólnospołecznej, ogólnoświatowej. Wojna, wolność, wielki kryzys finansowy. Życie w dwudziestoleciu międzywojennym obfitowało w ciężkie chwile, kiedy niejednokrotnie trzeba było położyć na szali najcenniejsze skarby, by zapewnić sobie garnek zupy z brukwi. Jak poradzą sobie z tym bohaterowie powieści? Jakie postawy przyjmą wobec nieuniknionego konfliktu zbrojnego, który wisi w powietrzu?
Poza wartką akcją i ciekawymi postaciami dostajemy sporą dawkę historii. Autorka świetnie wprowadza nas w klimat tamtych czasów, kreśląc obraz ówczesnego Gdańska i Warszawy, przy czym, co chyba warto zauważyć, Warszawa jest tylko pięknym i ciekawym dodatkiem do całości. Często spotykałam się z zabiegiem przeprowadzenia bohaterów do stolicy, by potem móc pisać o niej, bo... Warszawa tamtych czasów jest doskonale udokumentowana i chyba łatwiej o niej pisać. Sakowicz tego zbiegu uniknęła i to naprawdę Gdańsk wybija się tu na jednego z głównych bohaterów, nie stolica Polski.
To powieść feministyczna bez dwóch zdań. Daleko mi do wojującego feminizmu Ba, nawet słowa "feminizm" szczerze nie znoszę. Wiem jednak, że kobietom kiedyś żyło się naprawdę znacznie trudnej niż dzisiaj. Choć nie jestem w stu procentach przekonana, czy rzeczywiście zwykłe dziewczyny nie miały prawa wyjść za mąż za wybranków serca i wszystkie małżeństwa były wówczas aranżowane przez rodziców, a kandydatki nie miały nic do powiedzenia (chętnie ten temat zgłębię). Zdaję sobie sprawę, że to, co mamy dzisiaj, trzeba było wywalczyć. To właśnie robią Katarzyna  i, poniekąd, Julia. Stasia jest tą uległą, posłuszną córką, która nigdy się nie buntuje i zawsze robi to czego od niej oczekują. Czy przyniesie jej to szczęście i spokój? Musicie przekonać się sami.
Jeśli miałabym się czegoś przyczepić (poza postacią Piotra), to dwóch stwierdzeń, które co jakiś czas się pojawiały, a były dziwne  lekko wkurzające. "Delikatne unoszenie kącików ust" może być ok, kiedy ma wskazać na niewielki uśmiech i pojawia się raz, ale nie w każdej sytuacji, kiedy którykolwiek z bohaterów ma się uśmiechnąć. A "skręcanie żołądka w rulonik" brzmi jeszcze dziwniej i można by je chyba przyjąć, gdyby pojawiało się u jednej osoby i było jakimś jej właściwym określeniem tego co czuje, ale znwó nie, jeśli jest powszechnym określeniem na strach. Przypominało mi to niestety kilka równie dziwacznych wyrażeń pojawiających się na tronach "50 twarzy Greya", a o nie jest porównanie do najwyższej półki. Jeszcze w pewnym momencie pojawiło się kilkukrotne pomieszanie imion bohaterów, gdzie na kilku kolejnych stronach Michał został pomylony z Maciejem. To zdecydowanie należałoby poprawić w kolejnych wydaniach.
I na koniec jeszcze okładka, która na znajdującym się powyżej zdjęciu jest ładna, ale w rzeczywistości – piękna. Jak myślicie, która z dziewczyn została na niej przedstawiona?
Przeczytałam powieść w trzy dni, co, zważywszy na pracę zawodową, dzieci i uczelnię (akurat wypadał w tym czasie zjazd) jest naprawdę wielkim osiągnięciem Po prostu nie mogłam się oderwać od lektury. Mimo wspomnianych drobnostek, które w jakiś sposób mnie denerwowały, książka jest  prostu wyśmienita. Ledwie rano wstawałam, a już czekałam na chwilę, kiedy będę mogła spokojnie usiąść i przeczytać choćby kilka stron, tak bardzo chciałam wiedzieć, co będzie dalej. Mam nadzieję, że na kolejne tomy nie przyjdzie czekać zbyt długo.







Książkę przeczytałam dzięki życzliwości Wydawnictwa Poradnia K