Fragment mojej recenzji został umieszczony na okładce powieści "Skazaniec. Z bestią w sercu" Krzysztofa Spadło


Moja recenzja została zamieszczona na okładce powieści "Wojownicy. Odwet Wysokiej Gwiazdy" Erin Hunter

Fragment mojej recenzji „Korony śniegu i krwi” został umieszczony na okładce powieści Elżbiety Cherezińskiej – "Niewidzialna korona"

piątek, 9 kwietnia 2021

Jaśminowa saga. Czas gniewu – Anna Sakowicz

 

Wydawnictwo: Poradnia K
Warszawa 2021
Jaśminowa saga, tom 2
Oprawa: miękka ze skrzydełkami
Liczba stron: 550
ISBN: 978-83-66555-35-8
 
 




 

Z niecierpliwością czekałam na drugi tom sagi o gdańskiej rodzinie Jaśmińskich i bardzo cieszę się, że premiera miała miejsce właśnie teraz, tuż przed Wielkanocą. Choć w tym wyjątkowym czasie trudno było znaleźć chwilę na lekturę, to książkę pochłonęłam. Bo właśnie do takich ona należy. Do powieści, które się chłonie, połyka, od których ciężko jest się oderwać i które na długo pozostają w pamięci. Dlaczego? Oto kilka głównych powodów.

Wybuchła wojna i wszystko wywróciła do góry nogami. Choć w Gdańsku już od dawna drżało w posadach i trudno było mówić o spokojnym życiu. Teraz dopiero mieszkańcy miasta dostrzegli, jak wiele potrafi ich dzielić, choć przecież są sąsiadami i znają się od pokoleń. Czy przyjaźń Antoniego i Adama przetrwa? Co stanie się z dziećmi Stasi, które są przecież w połowie Niemcami? Czy plan Josepha uratuje jego rodzinę od zguby? Już na samym początku czeka nas wiele pytań, a jeszcze ich z upływem lat przybędzie. Bo Joseph trafi do obozu w Stutthofie. Stasi, a wcześniej Maciejowi, przyjdzie spędzić niekrótki czas na przymusowych pracach, Nikodem dostanie powołanie do wojska... do Wermachtu... Iza i Julia będą pracowały w szpitalu. Tymczasem Kasia i Zygmunt stoczą niełatwe bitwy w okupowanej Warszawie, gdzie pod rządami nazistów homoseksualiści mieli tak samo trudno jak Żydzi. Antoni straci swój warsztat i to, na domiar złego, na rzecz Hansa. Czy w całym tym piekle wojenne zawieruchy znajdzie się chwila wytchnienia? Chwila spokoju, najmniejszego chociaż szczęścia? Jak poradzi sobie Stasia, kiedy na świat przyjdzie Hania, córka Żyda? Czy miłość Izy okaże się silniejsza od wojny, od narodowości, w końcu od rodzinnych przeszłych animozji?

Choć Stasia, Julia i Kasia nadal wiodą prym w tej historii, Sakowicz wiele miejsca poświęca ich dzieciom. Bo kolejne pokolenie Jaśmińskich, choć noszących już przecież nazwiska Reitzig, Zapolski i Cichońska, ma też wiele do powiedzenia. Niejednokrotnie wprowadzając chaos, strach, łzy. A i Antoni przecież ma jeszcze swoje kilka groszy do dorzucenia, choć lat mu nie ubywa. Również Carla odegra w tym tomie znacznie ważniejszą rolę, niż można by się początkowo spodziewać. Autorka pokaże nam również Piotra, brata Stasi, Julii i Kasi, który w "Czasie grzechu" był postacią raczej trzecioplanową. Pamiętajmy jednak, że trwa wojna, toczą się bitwy, codziennością Polaków pod okupacją są bombardowania, łapanki, wywózki do obozów koncentracyjnych, przydziały do pracy. Ludzie giną w różnych okolicznościach i nie macie co liczyć na to, że wszyscy Jaśmińscy spotkają się w dniu zakończenia wojny i będą świętowali zwycięstwo nad nazistami. I im przyjdzie oddać ziemi swoich bliskich. Kogo? Tego nie zdradzę, to już musicie sami przeczytać. Gwarantuję jednak wiele emocji, wiele wzruszeń.

Lepiej też poznajemy Josepha, bo już nie jest tylko ukochanym Stasi. Staje się jakby pełnoprawnym bohaterem. A może antybohaterem? To już sami oceńcie. Sakowicz pozwala nam wejść w jego psychikę, widzimy jego działania i dowiadujemy się więcej o jego przeszłości, ale Autorka go nie ocenia. A ja, choć sama nie wiem, dlaczego, wciąż mu kibicuję. Jemu i Stasi. Choć obiektywnie rzecz ujmując, raczej nie powinnam za nim przepadać. Zresztą takich barwnych (bo w żadnym razie nie można ich nazwać szarymi) postaci znajdziemy w tym tomie znacznie więcej. Takich ani czystych, ani brudnych. Bo i ten czas, czas gniewu, taki był. Mówi się, że ciężkie czasy sprawiają, że z dobrych ludzi wychodzi więcej dobra, a ze złych uwalnia się większe zło. Nie jestem co do tego przekonana. Już obecna pandemia pokazała, że świat jest wielobarwny, a tym bardziej tak straszliwa wojna jak tamta, musiała wyzwalać w ludziach wiele skrajnych emocji i zmuszać ich do niezwykle trudnych wyborów. Czasem między złem a większym złem. Między dobrem a większym dobrem. Między życiem swoim a życiem innych. I cieszę się, że ocenę każdego bohatera (może z jednym wyjątkiem) Sakowicz pozostawiła czytelnikom. 

Podoba mi się stałość Piotra,, który mimo ciężkich przeżyć wojenny, mimo szykan nowej władzy nigdy nie zwątpił, nie przestał kochać i służyć. Nic go nie złamało. Niezwykły jest wojenny związek Izy i Christophera Lentza (sic!). Dylematy i skutki tego związku bardzo wiele zmienią w życiu Jaśmińskich. Doprowadzą również do tego, że Antoni pozna mroczną historię gwałtu, którego ofiarą padła przed laty jego pierworodna. Wzruszająca i dzika jak sama Hania jest jej historia i to, jak bardzo zatrzęsła posadami tej, bądź co bądź, raczej tradycyjnej rodziny. I pojawienie się w życiu Cichońskich Antosi, córeczki, która uświadomiła Kasi, że papierowe małżeństwo dające jej wiele swobód to nie wszystko, czego potrzebowało jej serce – niezwykle ważny akcent opowieści. Antoni natomiast to taka trochę babcia Bronia ze "Stulecia Winnych" – kurczowo trzymająca się życia i będąca podporą rodziny, nawet, kiedy młodsze pokolenia w niewielu sprawach się z nim zgadzają. Wzruszająca była scena pożegnania z rodziną, kiedy leżał na łożu śmierci. 

Na stronach powieści pojawią się poczucie winy za śmierć, którą inni ponieśli, bym ja mógł być wolny (tu postać Josepha), rozważanie, czy feminizm ma coś wspólnego z prlowskim równouprawnieniem kobiet (moje przemyślenie, że te kobiety na traktorach to przecież jednak był przejaw równouprawnienia, a nie tylko wynik tego, ze wielu mężczyzn zginęło na wojnie; wszak na Wielkiej wojnie też ginęli, a jednak kobiety nie mogły w związku z tym na wiele liczyć). Wiele ważnych społecznych zjawisk, które były skutkiem wojny i zmiany ustroju. Wszystkie te szczegóły i drobiazgi nadają całości charakteru, sprawiają, że opowieść jest bardziej wiarygodna, a jednocześnie jest dobrą lekcją historii. 

W "Czasie grzechu" Sakowicz wciąż pięknie oddaje realia tamtych lat. Plastyczność i szczegółowość opisów opanowała doskonale. Sprawiają one, że czujemy się, jakbyśmy tam naprawdę byli. Sporym plusem jest też podanie na końcu źródeł, z których korzystała. Chętni mogą doczytać więcej o ówczesnym Gdańsku.

To powieść o ciągłym poszukiwaniu siebie, bo przecież gdańszczanin to kto? Polak, Niemiec? Antoni sarkastycznie mówi, że być może w pewnej chwili sojusznicy ze Wschodu każą mu udowadniać, że jest Rosjaninem. Tym ludziom było naprawdę trudno. Rany, nam, dzieciom urodzonym pod koniec PRL czy jeszcze później trudno to sobie wyobrazić. Dla nas Gdańsk jest polskim miastem. Od dziecka się tego uczymy, leży w naszych polskich granicach. Nie zastanawiamy się nad tym. Ale ówczesnym mieszkańcom tego nadmorskiego miasta portowego nieraz niełatwo było znaleźć własną tożsamość. Oni uważali się po prostu za gdańszczan i takie zaszufladkowanie, jakiego od nich wymagano było dla nich wręcz nie do pojęcia. Byli i tacy, którzy czuli się Polakami i tacy, którzy byli Niemcami. A co z rodzinami mieszanymi? Rewelacyjnym przykładem jest tutaj Iza, wnuczka Antoniego (Polaka) i Carli (Niemki). Co wybierze, gdy będzie mogła opuścić siermiężną rzeczywistość PRL i pojechać do Niemiec, by tam pracować jako lekarka? Czy czuje się Polką, czy Niemką? 

Jeśli chcecie zgłębić swą wiedzę w tej kwestii, to polecam Wam również książkę "Gdańsk 1930-1945. Koniec pewnego Wolnego Miasta".

Jest i Warszawa, ale nawet powstanie jest opisane jedynie zdawkowo. Sakowicz naprawdę skupia się na dziejach Gdańska i gdańszczan, co jest wielkim plusem tej sagi. Chciałabym przeczytać takie powieści również o innych miastach, w szczególności o moim Poznaniu. Bo o Warszawie jest duo. Można też znaleźć takie sagi o Śląsku, Krakowie, czy Kresach, ale o zachodniej Polsce brakuje. A może Wy znacie jakieś poznańskie sagi?

Mam jeden zarzut, ale jest to ogólny zarzut dotyczący większości tego typu pozycji. W czasie świątecznym rozmawiałam o tym z Mamą. Byłam właśnie w trakcie lektury, postanowiłam więc na jej przykładzie przeprowadzić pewien krótki (i mimo wszystko dość reprezentatywny) test. Powieść ma 550 stron. Sześć lat wojny i okupacji zajmuje w niej ponad 400 stron. Pozostałe 150 stron to kolejne... 23 lata! Na rok wojny i okupacji przypada niemalże 100 stron, niewiele więcej na kolejne ponad dwie dekady. Przypomina mi się od razu jedna z dyskusji (a było takich więcej) w Internecie na temat tego, dlaczego ludziom trzeci sezon "Stulecia Winnych" podoba się mniej od poprzednich. Otóż, poza zmianą aktorek (w naszym przypadku zupełnie nieistotna zmienna) chodzi o to, że skończyła się wojna i nie ma już nic ciekawego do opowiedzenia. Tak, naprawdę Polacy uważają, że po wojnie było już tyko nieciekawie i nie ma o czym opowiadać. Moim zdaniem jest odwrotnie. Lubię literaturę wojenną, okupacyjną, czytam tego na pęczki, że tak powiem. Ostatnio jednak z coraz mniejszą chęcią, ponieważ, co za dużo to niezdrowo. Zdecydowanie bardziej jestem ciekawa tych lat powojennych, tego, jak ludzie odbudowywali nie tylko miasta, ale swoje pokaleczone dusze, swoje rodziny, swoją codzienność. Mam nadzieję, że takich książek znajdzie się coraz więcej. Ostatnie 150 stron "Czasu grzechu" pozostawiły u mnie spory niedosyt. Chciałabym więcej. Na szczęście jest jeszcze szansa. Ten tom kończy się w 1968 roku. Przed nami jeszcze nagonka na Żydów, która być może nie oszczędzi Josepha, Hani, Andrzeja i Jurka. A Autorka zapowiada, że ostatni tom będzie jeszcze grubszy. Czekam z niecierpliwością na dalsze losy moich znajomych już gdańszczan, Wam natomiast gorąco polecam zakupienie "Czasu gniewu".

 

 





Książkę przeczytałam dzięki życzliwości Wydawnictwa Poradnia K


środa, 31 marca 2021

Frank Carnegie. R-26 – Sylwester Kowalski

 

Wydawnictwo: Media Group Consulting
Szczecin 2021
Oprawa: miękka
Liczba stron: 424
ISBN: 978-83-65211-25-5
 
 


 

Ostatnio jedna z koleżanek zaskoczyła się tym, że czytuję książki wojenne. Nie tylko rodzinne sagi, których akcja rozgrywa się m.in. w czasie wojny, ale również takie typowe warbooki. Chyba jednak nie zdziwi się, kiedy doczyta, że lubię również kryminały. Wiele kobiet kryminały czytuje i lubi. Zaliczam się do tej grupy od wielu lat. Czasem wręcz mówię, że teraz potrzebuję przeczytać konkretnie właśnie jakiś kryminał, ponieważ – niezależnie od tego, co czytam – potrzebna mi jest odmiana. Coś szybkiego, dość lekkiego, mocno trzymającego w napięciu, co się dość szybko czyta. Stąd zainteresowała mnie propozycja przeczytania i tej powieści.

"Frank Carnegie. R-26" to książka, która wciąga właściwie od pierwszych stron i do ostatnich trzyma w napięciu. Z jakichś jednak powodów nie czyta się jej zbyt szybko. I to nie dlatego, że jest dość gruba. Po prostu czytanie, choć naprawdę przyjemne, idzie raczej wolno. Dlaczego? Nie umiem powiedzieć. Tak jednak było w moim przypadku. Nie powiem też, że był to jakiś specjalny minus. I tak lekturę zakończyłam po sześciu dniach, więc przy moich możliwościach czasowych całkiem nieźle mi poszło.

Główny bohater jest reporterem telewizyjnym. Dowiadujemy się tego z narracji. Owszem, zdarza mu się nawet kilka razy zaszczycić redakcję swoją obecnością, ale dopiero na ostatnich stronach możemy dostrzec jego pracę reporterską. Bo przez większość książki nie ma z nią wiele wspólnego i to nie tylko dlatego, że jest ściganym listem gończym podejrzanym o wielokrotne morderstwa. Zawód i wykonywana przez niego praca po prostu przez większą część akcji nie mają dla nas znaczenia, choć Autor nam o nich co jakiś czas przypomina. Słowami jedynie, nie działaniem Franka. Mnie to nieco irytowało, ale ok, taka licentia poetica.

Trzeba przyznać, że Sylwester Kowalski miał naprawdę ciekawy pomysł. Akcja niejeden raz mnie zaskoczyła, a to wielki plus, szczególnie w kryminałach. Powieść trzyma w napięciu jak dobry hit kinowy. Mamy więc piękne kobiety, szybkie samochody, nowinki techniczne, liczne pościgi, walki z wrogiem, uniki, ucieczki, niesłuszne pomówienia. Trup ściele się w pewnych momentach całkiem gęsto. No i oczywiście nie możemy zapomnieć o wielkiej intrydze, uknutej po to, by... ocalić skórę wielu ludziom a wysokich stanowiskach.

Mimo, że bohaterów jest wielu, nie sposób ich pomylić. A to za sprawą bardzo wyraźnych cech charakterystycznych każdego z nich. Na pierwszy plan wysuwa się oczywiście bohater tytułowy. Pozornie zwykły dziennikarz, który specjalizuje się w reportażach dotyczących prac śledczych. Jak się jednak dowiadujemy, to odważny, pełen werwy, silny chłop, jakich mało. Ma świetną kondycję, umie strzelać niemal z każdej broni, zna różne sztuki walki, jest płetwonurkiem, skacze ze spadochronu... James Bond przy nim wymięka.

Na początku akcja przypominała mi trochę "Cokolwiek wybierzesz" Jakuba Szamałka. Choć wciąż pozostaję pod wielkim wrażeniem tamtej książki, nie chciałam powtórki. Na szczęście okazało się, że jedynie początek jest troszkę podobny, natomiast reszta pozostaje nieznana i potrafi być doprawdy zaskakująca. Dużym plusem powieści są jej bohaterowie. Niektórych podejrzewamy o niecne czyny, innych uważamy za tych stojących po właściwej stronie mocy, ale tak do końca nikogo nie jesteśmy pewni. Ba, nawet Frank nie jest taki jednoznaczny w ocenie. A i niemałe znaczenie ma to, że policjanci stoją w zdecydowanej większości przeciw niemu, naszemu, bądź co bądź, bohaterowi. Nie tylko nie ma on więc wsparcia z ich strony, ale w swym poszukiwaniu prawdy musi przed nimi wielokrotne uciekać.

Minusy? Niestety nie można tego pominąć milczeniem. Korekta i redakcja dały ciała, jak mało kiedy. Błędów jest naprawdę dużo. Literówki, błędy gramatyczne, złe użycie wyrażeń frazeologicznych, w końcu błędy logiczne. W kilku miejscach totalne pomylenie z poplątaniem. Naprawdę bardzo zaniża to ocenę powieści. Autorowi doradzam zadbać o dobrą korektę i redakcję drugiego tomu, na który – mimo tak beznadziejnych błędów – naprawdę z niecierpliwością czekam. Chciałabym bardzo dowiedzieć się, co jeszcze przytrafi się Frankowi Carnegiemu (tak, takie nazwiska normalnie się odmienia).







Książkę przeczytałam dzięki życzliwości Media Group Consulting i Perfectbook.pl
 



czwartek, 25 marca 2021

Mopsik, który chciał zostać syrenką – Bella Swift

 

Wydawnictwo: Wilga
Warszawa 2021
Tytuł oryginału: The Pug who wanted to be a Mermaid
Przekład (z j. angielskiego): Ewa Kleszcz
Oprawa: miękka
Liczba stron: 139
ISBN: 978-83-280-8447-6
 
 

 

Kiedy zobaczyłam zapowiedź nowego tomu z serii o mopsiku Peggy, zaklaskałam w dłonie. Wiedziałam, że ta historia sprawi nam wielką radość. Nie tylko moim Dziewczynkom, ale i mnie, ponieważ Peggy stała się naszą ulubienicą. 

Morze, gorący piasek, szum fal, muszelki. Syrenki! Marzymy o tym, siedząc, mniej czy bardziej, zamknięci w swoich domach. Marzymy o wolności, o powiewie morskiego powietrza. Chcielibyśmy wspominać zeszłoroczne wakacje, ale na nie nie pojechaliśmy. Oby w tym roku się udało. Kierunek? Morze, oczywiście. Bella Swift nie mogła więc trafić lepiej.

Kończy się rok szkolny. Rodzina Chloe szykuje się do wakacji. Spędzą je raczej w domu, ponieważ mama rozkręca biznes i musi dopilnować swej kawiarni, o której problemach mogliśmy przeczytać w "Mopsiku, który chciał zostać reniferem". Koledzy i koleżanki opowiadają o swoich planach i o tym, że nieraz trzeba zostawić swojego pupila w hotelu dla zwierząt. Tu okazuje się, że nawet najwspanialszy hotel, z perspektywy człowieka uważany za miejsce wręcz idealne dla jego zwierzaka, z perspektywy tegoż może być miejscem paskudnym, z którego chce on jak najszybciej wrócić do domu. Hotel dla zwierząt to niekoniecznie wakacje dla pupila. Sami widzicie, że w delikatnej otoczce już od pierwszych stron powieści Autorka sygnalizuje ważne zagadnienia, które należy przemyśleć, kiedy planuje się przyjęcie pod swój dach zwierzęcego domownika. 

Okazuje się jednak, że rodzice mają dla dzieciaków niespodziankę. Pojadą na tydzień nad morze! To wspaniała wiadomość, szczególnie dla fanek "Małej Syrenki" (do których i ja się zaliczam). Czas mija szybko i w końcu rodzinka pakuje się do samochodu. Wszystko na szybko, na ostatnią chwilę, są nieco zwariowani i... zapominają o Peggy. Już czułam, jak dzieci zaczynają płakać, rozpaczać, użalać się nad mopsikiem. Na szczęście Chloe szybko zauważyła, że w aucie kogoś brakuje i wrócili po psiaka. Uff. Jeden kryzys zażegany.

Docierają nad morze, zamieszkują w domku Syrenki, poznają miłych ludzi i spędzają wspaniały czas. No dobrze, nie wszyscy. Peggy, jak zawsze, za cel stawia sobie uszczęśliwienie swej przyjaciółki. Tym razem postanawia odnaleźć prawdziwą syrenkę i zrobi wszystko, by to marzenie Chloe spełnić. Możecie się domyślić, że czeka ją wiele fascynujących przygód i szalonych perypetii. Czasem naprawdę niebezpiecznych. Ot, choćby wówczas, gdy wskakuje do morza i zaczyna się topić. Na szczęście ma swoich zwierzęcych przyjaciół i wychodzi cało z wszystkich opresji. Ludzie jednak długo nie mogą pojąć, dlaczego Peggy tak dziwacznie się zachowuje. A ona chce tylko jednego – by jej rodzina miała niezapomniane, szczęśliwe wakacje.

Mopsik jest postacią tak słodką i o tak dobrym sercu, że dzieciaki go kochają. Dorośli zresztą również. A i rodzina, u której przyszło psiakowi mieszkać jest bardzo miła. To kochająca się grupka, która wspiera się w potrzebie. Ale nie wyidealizowana. Mają problemy, niech przykładem będzie choćby kawiarnia mamy. Rodzeństwo się kocha, ale dokucza sobie całkiem często, jak to wśród brai i sióstr bywa. Bardzo naturalna sytuacja.

Ostatecznie, o dziwo (!), Peggy syrenki nie znajduje, ale to dzięki niej rodzina jest świadkiem najpiękniejszego i wyjątkowego widowiska, które zaskakuje i zachwyca nawet miejscowego kapitana Pete'a. 

Książka napisana jest przystępnym językiem i dużą czcionką. Wyśmienita do czytania wieczorem oraz dla dzieciaków zaczynających swoją przygodę z samodzielnym czytaniem. Do tego nie można pominąć milczeniem przepięknych ilustracji w odcieniach szarości. I czy Peggy jako syrenka nie wygląda uroczo?

Bella Swift doprawiła swoją powieść wybornym humorem, którego prawdziwą mistrzynią jest... mewa Perła. 

Książkę bardzo gorąco polecam, a sama mam nadzieję, że to jeszcze nie ostatni tom z serii. Chętnie poznałybyśmy kolejne przygody kochanej, zabawnej, uroczej i nieco szalonej mopsiczki Peggy.

 






Książkę przeczytałam dzięki życzliwości Wydawnictwa Wilga