Fragment mojej recenzji został umieszczony na okładce powieści "Skazaniec. Z bestią w sercu" Krzysztofa Spadło


Moja recenzja została zamieszczona na okładce powieści "Wojownicy. Odwet Wysokiej Gwiazdy" Erin Hunter

Fragment mojej recenzji „Korony śniegu i krwi” został umieszczony na okładce powieści Elżbiety Cherezińskiej – "Niewidzialna korona"

środa, 23 listopada 2022

Czy mogą wieźć masło koleją, której tory biegną przez Twoje podwórko?


 

Lubicie czytać przewodniki? Tak? To super. Mam dla Was jeden. Nie? To też nie problem, ponieważ ten jest zupełnie inny. Czym, zapytacie, może się wyróżniać przewodnik? Choćby… realizmem magicznym. Tego się nie spodziewaliście, prawda?

Zaczynajmy zatem naszą przygodę w Zielonej Górze.

Zielonej Góry nie znam. Nigdy dotąd nie miałam okazji w niej być i na razie nie planuję takiego wyjazdu. Choć z chęcią zobaczyłabym te wszystkie miejsca, o których pisze Mieczysław Bonisławski. Zainteresował mnie, przyznaję.

Ten „przewodnik” nie jest powieścią, a zbiorem gawęd. O czym? A choćby o tym, że za dobrą pracę się nagradza, a ci, co tylko burzą, będą potępieni; o tym, jak kolej pomogła nauczyć się matematyki i innych ważnych dla chłopców rzeczy; o tym, gdzie w Zielonej Górze szukać ziemi obiecanej. Gawęd jest jedenaście, stron zaledwie 68 (choć bardzo małą czcionką), ale wiedzy na nich naprawdę sporo. I to przekazywanych w bardzo ciekawy, nieco zabawny, a nieco straszny sposób. Straszny, ponieważ na stronach książki Bonisławskiego pojawiają się różne duchy. Choć, czy naprawdę to duchy? Musicie przekonać się sami.

Akcja rozgrywa się współcześnie, w czasie pandemii koronawirusa. W związku z tym zielonogórskie Winobranie wygląda nieco inaczej, niżby chcieli nasi bohaterowie. Kim są? To trzech mężczyzn, których dotąd nie za wiele łączyło. Kiedy jednak pandemia sprawiła, że rodziny i znajomi nie byli gotowi przyjeżdżać w odwiedziny, ograniczyli kontakty, postanowili poznać tych, którzy mieszkają w sąsiedztwie. I tak zadzierzgnęła się między nimi przyjaźń.

Ich dziewięciodniowa przygoda prowadzi nas ulicami współczesnej Zielonej Góry, lecz… do akcji włączają się siły nie z tego świata. Poniemieccy literaci, mała Tosia w niebieskim wózeczku, maleńkie jednorożce. Oj, będzie się działo, a czytelnik naprawdę będzie miał ochotę zrozumieć, co tak naprawdę chcą oni przekazać Sławomirowi, Pawłowi i Hubertowi.

Razem z trzema panami – i spotykanymi ich znajomymi i przypadkowymi bohaterami, który staną im na drodze – zawędrujemy do „Szwejka”, „Blue Express” czy „Borgii”, dowiemy się, kim byli T. Czyżniewski, M. Wygoda i B. Gruszka oraz odkryjemy różne tajemnice miasta. Okazuje się (może inni to wiedzą, ja nie miałam pojęcia), że Zielona Góra była swego czasu bardzo ważnym miastem na szlaku kolejowym. A może to szlak Kolei Szprotawskiej był bardzo ważny dla rozwoju Zielonej Góry? Czy to się wyklucza? Oczywiście, że nie. Torowiska biegły ludziom przez podwórka, a dostawy towarów, właśnie pociągami, były codziennością tego miasta. „Polska Wełna” czy Wojewódzkie Przedsiębiorstwo Handlu Spożywczego to były kolosy, na których opierała się gospodarka Zielonej Góry. A jednocześnie prężnie działały różne instytucje stricte kolejowe i przez kolejowców „sponsorowane”. Kolejowy dom kultury, kolejowe przedszkole, kolejowa apteka to tylko kilka przykładów, o których nasi bohaterowie będą się mogli dowiedzieć wielu ciekawostek. A przy okazji je zobaczyć, ponieważ wiele z nich nadal stoi, tylko często pełni już inne funkcje.

To lektura niezwykle interesująca. Czyta się dobrze, naprawdę łatwo się wciągnąć w te gawędy. Choć mam i zastrzeżenia. Redakcja się w tym przypadku nie spisała i w książce jest dość dużo różnych błędów (literówki, gramatyczne, stylistyczne, interpunkcyjne). Mam nadzieję, że kiedyś doczekamy się wznowienia bez nich.

W książce znajduje się naprawdę sporo zdjęć, co niezmiernie cieszy. Dla osób, które Zielonej Góry nie znają, to bardzo istotny element opowieści. Rozumiem, że są małe, koszt wydania książki rośnie, gdy na stronie znajduje się jedno zdjęcie, a nie sześć, z których pięć trzeba by umieścić na kolejnych kartach. Mam jednak poważne zastrzeżenie do opisów pod tymi zdjęciami. Są niekompletne, często w inne kolejności niż zdjęcia, albo jest sześć zdjęć i trzy opisy. I to właściwie jedyny mankament. Bo już nawet redakcję można pominąć, nie wszyscy są na to wyczuleni – ale ciężko się w tych zdjęciach rozeznać komuś, kto w Zielonej Górze nigdy nie był i nie może się posiłkować swoją codzienną wiedzą.

Mimo tych uwag: naprawdę polecam tę pozycję. Otwiera oczy na wiele kwestii, będąc jednocześnie intrygującą lekturą, pełną niespodziewanych zwrotów akcji i ingerencji istot ze świata równoległego. Warto się z nią zapoznać.

Chętnie jeszcze poczytałabym takie zbeletryzowane przewodniki. Może wkrótce wrócę do lektury książek Marleny de Blasi. A może… wreszcie dokończę mój zbeletryzowany przewodnik po Poznaniu, w którym również znaczenie mają duchy przeszłości? Kto wie…

 

 

A my zostajemy w Zielonej Górze – Mieczysław J. Bonisławski

Wydawnictwo: Muzeum Lokalne Kolei Szprotawskiej

Zielona Góra 2022

Oprawa: miękka

Liczba stron: 68

ISBN: 978-83-906966-0-7

 

wtorek, 15 listopada 2022

O rozliczaniu się z przeszłością, patriotyzmie i emigracji... czyli Beata Gołembiowska o sobie słów kilka

Dzień dobry.

 

1.  Kiedy zaczęła Pani pisać?

Zaczęłam jeszcze w szkole podstawowej, na zasadzie rywalizacji z jednym chłopcem – kto napisze dłuższe wypracowanie. Na ogół to ja byłam górą, a pani polonistka nie mogła się nachwalić moich epistoł. Powróciłam do pisania, gdy urodziły się moje córki. Pisałam dla nich pamiętniki, głównie o nich, trochę o sobie. Uwielbiają, gdy czytam im fragmenty, a niektóre zabawne powiedzonka stały się częścią naszego „rodzinnego słownika”. Lecz dopiero w 2006 roku zabrałam się do pisania na poważnie, pisząc obie książki naraz – „Żółtą sukienkę” i „W jednej walizce.” Obie ukazały się w tym samym okresie – pod koniec 2011 roku.  Od tego czasu pisanie stało się dla mnie czymś więcej niż hobby. Zaczęłam pisać artykuły, felietony do polonijnego dziennika „Gazeta, gazeta”, kolejne powieści i książki-albumy. W mojej kilkuletniej pracy dla Fundacji L. Komorowskiej dla Sztuki też bardzo dużo pisałam, a obecnie moja praca zawodowa to pisanie artykułów o Kanadzie.

 

 2.  Co jest, Pani zdaniem, największym atutem książek Pani autorstwa?

Wydaje mi się, że jako emigrantka często poruszam w moich książkach temat wyobcowania. W każdej z nich poczucie „bycia innym” jest zaznaczone. W książce „W jednej walizce” siłą rzeczy, gdyż jest to zbiór wywiadów z polskimi arystokratami, którzy byli zmuszeni opuścić Polskę i zacząć życie w obcym kraju. W „Żółtej sukience” Anna, polska dziennikarka, też nie może odnaleźć się w Kanadzie, w „Malowankach na szkle” Adam, białoruski malarz, czuje się w Polsce wyobcowany, a z kolei Hela wstydzi się swojej „góralszczyzny”.  Te elementy są zawarte również w powieści „Lista Olafa”. Dlaczego uważam to za atut? Poczucie inności, wyobcowania, nieprzynależności do grupy nie tylko cechują imigrantów. Prawie każdy człowiek w swoim życiu miał okres osamotnienia, odrzucenia, poczucia bycia „innym”. Bardzo utożsamiam się z tymi ludźmi i uważam, że odstawanie od „tłumu” jest często atutem, a nie wadą, gdyż takie osoby często oferują coś nowego, potrafią patrzeć z dystansem na wiele rzeczy, albo są fascynujący w swojej „inności”.

 

3. Kiedy znajduje Pani czas na pisanie? Czy ma Pani jakiś system? Pisze Pani systematycznie, czy kiedy ma „natchnienie”?

Zawodowo, jako dziennikarka, piszę codziennie przez 3 godziny, a pisząc „dla siebie”, staram się wygospodarować przynajmniej godzinę, dwie dziennie. Nie zawsze to wychodzi i wtedy tracę „ciągłość”. Zapominam, co napisałam, muszę przeczytać kilka rozdziałów wstecz i na nowo się rozkręcić. Dlatego nawet 15 min. dziennie jest dla mnie lepsze niż kilka godzin raz w tygodniu. Na ogół piszę wcześnie rano, po porannej kawie. Chyba nigdy nie zdarzyło mi się pisać „pod natchnieniem”. Ono przychodzi dopiero podczas rutynowego, codziennego zasiadania do „pióra”.

 

4.  Co jest największym paliwem, które napędza Panią do pisania?

Nigdy się nad tym nie zastanawiałam, natomiast często zadaję sobie pytanie „po co ja to robię?” Pisanie stało się dla mnie elementem codzienności, tym ciekawym, które zajmuje mi myśli. Jest też źródłem stresów, gdy ogarniają mnie obawy typu „kto to przeczyta?”, „czy ta książka jest w ogóle dobra?”, „po co ja piszę, kiedy tyle dobrej literatury jest na świecie?”

Może takim prawdziwym „motorem napędowym” mojego pisania jest odskocznia od rzeczywistości? Jako dziennikarka piszę często o bardzo smutnych, a czasami tragicznych wydarzeniach. Wieści z całego świata, tym też z Polski nie napawają optymizmem. A ja, dzięki mojemu pisaniu, żyję w świecie, nad którym panuję i staram się go uczynić dobrym.

 

 5.  Co Panią inspiruje? Powoduje, że siada Pani i pisze?

Zasłyszane opowiadania, własne przeżycia oraz – zabrzmi to górnolotnie – misja.  Jako dziennikarka nauczyłam się słuchać i wyłapywać historie, które warto uwiecznić. Są wśród nich i moje własne. A misja? Tą się kierowałam pisząc cztery moje książki. Jedna z nich, już wydana, to „Ada i Eryk w Krainie Przeklętej Korony”, dwie ukażą się w przyszłym roku, a jedną mam prawie na ukończeniu.

 


6. Skąd wziął się pomysł napisania „Żółtej sukienki”? Pani debiut literacki to poruszający do głębi portret psychologiczny. I temat i sposób przedstawienia raczej niecodzienny jak na debiut. Co skłoniło Panią do napisania tej właśnie książki?

„Żółta sukienka” była moim rozliczeniem się z przeszłością i może dlatego tak trudno mi się ją pisało.  Temat gwałtu na dzieciach przez ostatnie lata stał się nagłośniony, głównie poprzez rozliczanie instytucji kościelnych. W mojej powieści nie oskarżam Kościoła, ale rodziców, którzy wytwarzają taką atmosferę w domu, że dziecko boi się im zwierzyć nawet z tak strasznej rzeczy, jaką jest gwałt. Napisałam tę powieść w bardzo trudnym momencie mojego życia, kiedy zawaliło mi się wiele rzeczy i krzywda z dzieciństwa wróciła z całą siłą. Musiałam się z nią rozprawić, żeby już więcej mnie nie dręczyła. Dlatego napisałam „Żółtą sukienkę”.

7. Jest Pani emigrantką, podobnie jak Anna, główna bohaterka „Żółtej sukienki”. Czy to ułatwiało pracę nad książką, czy raczej utrudniało?

Ułatwiło, gdyż bardzo rozumiałam Annę. W niej widziałam nie tylko siebie, ale kilka mi znanych osób, które nie potrafiły się odnaleźć na emigracji. W Polsce Anna jest często uznana przez czytelniczki za „dziwaczkę”. Zamiast się wziąć ostro do roboty, żyje przeszłością. Myślę, że bardziej ją zrozumieją te osoby, które żyją na emigracji, lub przeżyły w życiu wielką tragedię.

 

8. Temat emigracji powrócił jeszcze raz, z co najmniej zdwojoną siłą, przy pisaniu „W jednej walizce. Polska arystokracja na emigracji w Kanadzie”. To wyjątkowa pozycja, z którą powinien się zapoznać każdy polski patriota. Jak wyglądała Pani praca nad tą przebogatą w historie pozycją?

Praca zajęła mi kilka lat. Zaczęła się od wystawy i od filmu „Raj utracony, raj odzyskany”, którego jestem reżyserem. Te dwa projekty koordynowała polska aktorka, Liliana Głąbczyńska–Komorowska, w ramach Fundacji Liliany Komorowskiej dla Sztuki. To dla tej fundacji pracowałam kilkanaście lat. Wystawa i film były dedykowane polskim arystokratom i ziemianom, którzy osiedlili się w miasteczku Rawdon. Gdy zapoznałam się bardzo fragmentarycznie z przeżyciami tych ludzi, poczułam „niedosyt tematu” i postanowiłam napisać książkę. Moimi bohaterami stali się nie tylko mieszkańcy Rawdon, ale i Montrealu, Ottawy oraz Vancouver. Dlatego mogłam w podtytule napisać „polska arystokracja na emigracji w Kanadzie”.

W pracy nad książką pomogło mi kilka rzeczy. Pierwsza to moja własna historia rodzinna. Dziadkowie ze strony ojca byli ziemianami, a babcia – Jadwiga Maringe-Gołembiowska pochodziła ze znanej rodziny ziemiańskiej pochodzenia francusko-włoskiego. Z kolei moja mama – Janina Krynicka – wysiedlona przez Niemców z Poznania ze swoją siostrą Różą i moją babcią Janką przyjechały do Tarnowa. Do stodoły, w której spędziły pierwszą noc, przyszła Róża hrabina Tarnowska z Dzikowa i zaprosiła 100 uciekinierów do zamku. Tam mama przeżyła całą okupację i te 3 kobiety były ostatnimi, które opuściły Dzików przed wejściem Rosjan.  Dwóch z moich bohaterów – Marcin Tarnowski i Stanisław Siemieński pamiętali moją mamę i babcię. Marcin hr. Tarnowski pomógł mi dotrzeć do pozostałych bohaterów „W jednej walizce”.

W pracy pomogła mi również moja wyniesiona z domu wiedza na temat polskiego ziemiaństwa oraz moje wykształcenie fotografa – w Kanadzie ukończyłam studia fotograficzne.  Z kolei szata graficzna to wspólna praca moja i mojego byłego partnera Mariusza Wasilewskiego, gdyż pracowaliśmy nad nią razem. Wydanie książki sponsorowała Fundacja Liliany Komorowskiej.

Natomiast przeprowadzenie wywiadów z „moim arystokratami” nie było wcale tak łatwe. Początkowo ci ludzie niechętnie mówili o swoich przeżyciach. Czasami musiałam się z nimi spotkać kilka razy, aby wyłowić dodatkowe informacje. Podczas tych rozmów uświadomiłam sobie, jak krzywdząca do tej pory panuje opinia o tej grupie społecznej, wśród której było wielu patriotów bardzo zaangażowanych w działania na rzecz ojczyzny.  

 

9. Jak długo pracowała Pani nad nią – ile zajęły badania, a ile „samo pisanie”?

Prawie 5 lat! To była moja pierwsza książka historyczna, a dodatkowo książka-album. Badanie i pisanie, a potem układanie szaty graficznej odbywało się w tym samym czasie. Tym projektem zajmowałam się w wolnych chwilach, w międzyczasie przeprowadziłam się z Montrealu do Vancouver, więc to też przyczyniło się do wydłużenia okresu, w którym książka powstawała. W tym chyba najpiękniejszym kanadyjskim mieście, razem z moim byłym partnerem, Mariuszem Wasilewskim, który znał program InDesign, pracowaliśmy nad ostateczną wersją graficzną książki.

 

10. Z tą książką łączy się również film, Pani debiut reżyserski. Co było trudniejsze: pisanie książki czy reżyserowanie filmu?

Zdecydowanie pisanie książki. Zbieranie materiału filmowego trwało 3 dni, a jego montaż dwa tygodnie. Tymczasem pisanie książki kilka lat.

 


11. W „Malowankach na szkle” pojawia się nowy wątek – mianowicie sztuka ludowa. Oczywiście, poza wszystkimi innymi. Jest jednak bardzo ważnym elementem tworzącym swoistą magię tej powieści. Co Panią osobiście urzeka w polskiej sztuce ludowej? I jak wyobraża Pani sobie lepszą jej prezentację wśród zalewu codziennie pojawiającej się tandety uważanej powszechnie za sztukę?

Z polską wsią, z jej mieszkańcami miałam bliski kontakt już w okresie szkoły podstawowej. Do wsi leżących blisko Puław – to w tym mieście spędziłam dzieciństwo – często zachodziłam, gdyż leżały zaledwie kilka kilometrów od naszego domu. Z kolei moja przygoda z Tatrami zaczęła się w okresie nastoletnim, kiedy co roku wyjeżdżałam tam na wakacje. Dopiero na Podkarpaciu zetknęłam się z tą prawdziwą sztuką ludową, która została zachowana nie tylko w muzeach czy skansenach, ale i w prywatnych domach. W góralskich chatach po raz pierwszy zobaczyłam obrazki na szkle i wywarły na mnie ogromne wrażenie. Od tego czasu zaczęłam się interesować tą dziedziną sztuki, z pozoru „prymitywną”, tak niedocenianą w okresie PRL-u. Urzekła mnie swoją kolorystyką, tęsknotą zwykłych ludzi, tak zapracowanych i często biednych, za pięknem. Mówię tu oczywiście o tej autentycznej sztuce, a nie tej masowo oferowanej turystom.

Moje kolejne spotkanie z „prawdziwą” sztuką ludową miało miejsce już po upadku komuny, na Podlasiu.  Podczas prawie rocznego pobytu w Białymstoku odwiedzałam podlaskie wsie, gdzie bardzo mała liczba mieszkańców zajmowała się tradycyjnymi wyrobami. Niestety nie były bardzo popularne wśród turystów, dlatego coraz mniej osób je wykonywało.

W obecnych czasach – tak mi się wydaje – wzornictwo ludowe ożyło, w lepszej czy gorszej formie. Jak to z każdą sztuką bywa, powstaje wiele tandety, o czym miałam okazję się przekonać tu w Kanadzie, gdy zetknęłam się z wyrobami rdzennej ludności.

Polska sztuka ludowa – chociażby łowickie wycinanki, których jestem wielką miłośniczką – powinna uzyskać sponsorat państwa i zostać uznana za nasze wielkie narodowe dziedzictwo. Niegdyś takim sponsorem była Cepelia, do której, wbrew utartej opinii, trafiało sporo dobrej sztuki. Obecnie twórcy ludowi zostali pozostawieni sobie samym i gdyby nie dodatkowy dochód z innej działalności, nie byliby w stanie ze sztuki wyżyć.

Myślę, że zalew tandety zawsze będzie miał miejsce, lecz to od Ministerstwa Kultury zależy dostrzeżenie wielkiego waloru polskiej sztuki ludowej i taka jej promocja, żeby najzdolniejsi artyści mogli się rozwijać, bez obawy, że nie będą mieli „co do garnka włożyć”.  

 

12. Niedawno wydała Pani kolejną powieść. Tym razem dla młodzieży. I znów historia, choć zupełnie inaczej. Znacznie odleglejsza, to po pierwsze. Dlaczego właśnie tamte czasy są tematem, o którym chce Pani opowiedzieć najmłodszym swoim czytelnikom?

Książki dr Andrzeja Zielińskiego o polskim średniowieczu, szczególnie tym wczesnym, otworzyły mi oczy na sposób, jak ten rozdział polskiej historii jest przedstawiany w szkołach. Na lekcjach historii opowiada się o „wielkości” Polaków, o walce o utrzymanie państwa, a tymczasem ten okres był pełen podbojów innych narodów, okrucieństwa i walki starych wierzeń z nową religią. Wprowadzenie chrześcijaństwa było decyzją polityczną i ogłaszanie świętych również, gdyż dzięki temu Polska mogła zaistnieć na mapie chrześcijańskiej Europy. Starałam się pokazać młodzieży te inne aspekty, tak w sumie aktualne w czasach dzisiejszych, kryjące się za pytaniem, jak mamy ustosunkowywać się do polskiej historii, nawet tak dawnej. Tak przekazywałam polską historię moim córkom, nie tylko bardzo pozytywne jej karty, ale i te bardzo bolesne, „wstydliwe”, które często są pomijane albo wybielane.

 

13. I druga sprawa. Tym razem niejako rozprawia się Pani z tym, co zdaje się wychwalać w książce „W jednej walizce”. Ciotka Rycheza wielokrotnie mówi o tym, że jest przeciwna patriotyzmowi pojmowanemu jako duma narodowa, wskazuje na minusy (a jest ich w powieści naprawdę wiele) tej polskiej wielkości, którą tak lubimy hołubić. Jak to rozumieć? Gdzie w tym temacie znajdujemy Beatę Gołembiowską?

„W jednej walizce” polscy arystokraci we swoich wspomnieniach przekazują to, co dla nich w ojczyźnie było najpiękniejsze. I to jest część naszej historii, ta pozytywna. W książce dla młodzieży dobro miesza się ze złem, a dzieci oceniają albo zadają pytania, dlaczego tak się stało. Podejście do polskiej historii „z sentymentem” nie jest niczym złym, jeśli nie rodzi się z niego nacjonalizm, który pragnie wymazać wszystkie złe karty. A przecież to z nich też się uczymy, żeby „nigdy się nie powtórzyły”.  Dlatego dla mnie historia jako dziedzina nauki jest tak ważna i tak ważny jest jej odpowiedni przekaz już dzieciom i młodzieży. Wychowywanie młodych ludzi na „etosach”, „sztandarach”, na „poszli nasi w bój bez broni” jest wysoce szkodliwe, gdyż w momentach trudnych powinniśmy zachować rozum, a nie „rzucać się z szablami na czołgi”. Dość już było w naszej historii niepotrzebnego rozlewu krwi.

Podam tu przykład, który mnie ostatnio zbulwersował. Rozmawiałam z moim znajomym, który mieszka w Stanach. Zapytałam go o córkę i w jego relacji znalazły się takie słowa – „Jestem z niej dumny i z nas jako rodziców, bo wychowywaliśmy ją na polską patriotkę. Powiedziała nam, że gdyby Rosjanie napadli na Polskę, to ona pojedzie na front, żeby walczyć.”

Pomyślałam wtedy: „Boże, znowu pokolenie wychowane na etosach. Czyż nie lepszą rzeczą, niż ginąć za ojczyznę, jest zabrać się do zbierania funduszy na pomoc humanitarną i militarną? Czyli wykonywać żmudną i często niewdzięczną pracę, co wygląda mniej „ślicznie i patriotycznie”, lecz o wiele bardziej pożytecznie bez składania „na ołtarzu ojczyzny” daniny krwi, co by się pewnie stało, gdyż dziewczyna bez przeszkolenia wojskowego zginęłaby prawdopodobnie pierwszego dnia.  

W takim celu pisałam moją książkę dla młodzieży. Żeby poprzez krytyczne spojrzenie na historię umiała wyciągać wnioski i pojmowała patriotyzm jako pozytywne działanie na rzecz Polski, które nie powinno opierać się wyłącznie na emocjach.

 

13. Czy łatwo było napisać książkę o tak odległej przeszłości, z której mamy naprawdę niewiele danych historycznych? Jak wyglądał proces twórczy w tym wypadku?

Tak jak wcześniej już napisałam, pomysł powieści dla młodzieży o tym okresie powstał pod wpływek historycznych książek dr A. Zielińskiego. Po ich lekturze sięgnęłam do innych, co było dość łatwe, gdyż pisałam tę książkę podczas pobytu w Polsce, w mieszkaniu mojej siostry, w którym jeden pokój jest wypełniony książkami historycznymi, gdyż jej mąż, Peter Johnsson, jest szwedzkim historykiem – napisał nawet kilka książek o historii Polski. To on mi podsuwał kolejne pozycje. W ten sposób byłam dość dobrze przygotowana merytorycznie. Ten okres pierwszego stulecia Polski jest owiany wieloma tajemnicami, dlatego jest tak kontrowersyjny, a jednocześnie fascynujący. Nie przedstawiałam w tej powieści jego „absolutnie prawdziwej wersji”, gdyż takowej nie ma. Możemy się jedynie domyślać, dlaczego np. pierwsza polska królowa Rycheza opustoszyła polski skarbiec, w tym królewskie insygnia i wywiozła go do Niemiec. Była przecież Niemką i trudno było jej „pokochać” kraj tak dla niej obcy. Starałam się, pisząc tę powieść, nie pokazywać historii w czarno-białych kolorach. Zło miesza się w niej z dobrem – tak jak w życiu.

 

14. A jak pisało się opowieść z perspektywy dwunastolatki? Odkryła Pani w sobie coś nowego oczami Adelajdy?

Niewiele pamiętam siebie z okresu nastoletniego, więc pisząc tę książkę, jako Adelajda miałam przed oczami moje dwie córki, kiedy były w jej wieku i trochę starsze.  Moja młodsza córka Tina, tak jak Ada, strzelała z łuku, rzucała oszczepem i jeździła konno. Z kolei starsza, obecnie historyk, była istnym molem książkowym – jak Eryk. Dzięki pisaniu o nich pamiętników doskonale pamiętam ich dociekliwość i otwartość na wiedzę. Wielką przyjemnością było dla mnie podsuwanie im kolejnych książek, a potem dyskusje na ich temat.  Nie zabrakło wśród tych lektur książek historycznych, w tym i tych o Polsce. Ja starałam się być dla nich taką ciotką Rychezą, która odpowiadała na pytania, zachęcała do dyskusji i wysuwania wniosków.

Podczas pisania „Ady i Eryka w Krainie Przeklętej Korony” dużym problemem dla mnie była nieznajomość języka współczesnych nastolatków. Wybrnęłam z tego o tyle szczęśliwie, że dzieci przenosząc się w przeszłość, zaczynają mówić językiem stylizowanym, wtrącając słowa staropolskie.

 

15.  Wielkim atutem Pani powieści, moim zdaniem, jest głęboka analiza ludzkiego umysłu. Nie stroni Pani również od podejmowania tematyki historycznej i różnego rodzaju rozliczeń z przeszłością. Dlaczego właśnie ta tematyka tak Panią zainteresowała?

Jestem emigrantką, która jak prawie każdy „wygnaniec” ma sentymentalne podejście do ojczyzny. Bardzo przeżywam wszystko, co się dzieje w niej dobrego i o wiele bardziej, co jest złe, nie tylko w czasach współczesnych, ale i w tych dawnych. Dlatego, gdy zadała mi Pani pytanie, czym się kieruję w moim pisaniu, wymieniłam słowo „misja”. To ona mi przyświeca, gdy piszę książki historyczne, a z kolei moje powieści – „Malowanki na szkle” i „Lista Olafa” są próbą przekazania piękna Podhala i Podlasia. Czyli też misja, ale już w innym wymiarze.  Powieść, nad którą obecnie pracuję jest chyba takim moim apogeum wypełnienia mojej misji.  „Oporniki” to książka historyczna o okresie, kiedy Polska była na ustach całego świata, o okresie przez nas, Polaków, niewykorzystanym, żeby się nim chwalić, wielbić i być dumnym. To było nasze jedyne wielkie powstanie narodowe zakończone zwycięstwem! „Oporniki” obejmują okres 1976 – 1989 – i jak można się domyślić, są to lata powstania prężnej antykomunistycznej opozycji, strajków sierpniowych, które doprowadziły do Karnawału Solidarności oraz lata żmudnej walki zakończonej uzyskaniem niepodległości. 

Do pisania tej powieści przygotowywałam się bardzo skrupulatnie. Efektem tych przygotowań są dwie moje publikacje, które mają się ukazać w przyszłym roku – „Zanim runęły mury” – zbiór wywiadów z czołowymi działaczami opozycji antykomunistycznej okresu PRL-u oraz „Jerzy Borowczak rozpoczął Sierpień’80” – wywiad rzeka ze stoczniowcem, który rozpoczął strajk sierpniowy.

 


16. Czy ma już Pani pomysł na kolejną książkę? Uchyli Pani rąbka tajemnicy?

Gdy tylko skończę pisać „Oporniki” – mam nadzieję, że to się stanie na początku przyszłego roku, zamykam rozdział pisania o Polsce i przenoszę się do tropików. Akcja mojej nowej powieści będzie się toczyła głównie w Meksyku, w Meridzie – stolicy Jukatanu, gdzie przez cztery lata razem z moim eks-partnerem mieliśmy dom. Będzie to mieszanka – jak na tropiki przystało – dość gorąca. Miłosne pasje, zbrodnie, szamanizm …coś nowego dla mnie i jestem ciekawa, jak mi się uda z tym zmierzyć.

 

17.  Czy mogłaby Pani zdradzić, jaka jest Pani ulubiona powieść stworzona przez innego autora?

Jest ich tak wiele! Z polskich powieści często sięgam do „Chłopów” Reymonta i za każdym razem podziwiam bogactwo postaci tej powieści, a z tych niepolskich „Smażone zielone pomidory” Fannie Flagg.

 

18.  Pani ulubiona książka z dzieciństwa to…

„Tajemniczy ogród”, „Mała księżniczka”, „Ania z Zielonego wzgórza” i „Bracia Lwie Serce”, „Muminki”.

19. A co lubi Pani robić w czasie wolnym?

Podziwiać przyrodę, latem pływać w jeziorze, zimą biegać na nartach biegowych, oglądać filmy, szczególnie te psychologiczne, a ostatnio gotować dla moich córek oraz szyć.

 

20. Przez przypadek do akwarium w Pani domu trafi złota rybka i jest bardzo chętna, by spełnić… jedno życzenie, specyficzne, polegające na tym, że może Pani zjeść obiad z wybraną przez siebie osobą i spędzić z nią całe popołudnie. Może to być ktoś znany, ceniony, ktokolwiek. Rybka jest magiczna, więc może to być nawet ktoś z zamierzchłej przeszłości, o kim piszą w podręcznikach do historii. Z kim zatem chciałaby Pani zjeść obiad?

Z Lucy Maud Montgomery – autorką „Ani z Zielonego Wzgórza”. Uwielbiam Wyspę Księcia Edwarda, którą odwiedziłam dwa razy i kiedyś nawet chciałam tam zamieszkać na stałe. Dzięki temu spotkaniu cofnęłabym się do tych czasów, które wydają mi się tak sielankowe w porównaniu z obecnymi. 

 


22.  Co myśli Pani o współczesnej polskiej literaturze? Jak widzi jej rozwój w najbliższych latach? Będzie dobrze?

O tyle trudne dla mnie pytanie, że nie za bardzo się orientuję we współczesnej polskiej literaturze. Co jakiś czas czytam jakiegoś polskiego autora, ale mówiąc szczerze, nie zauroczył mnie żaden z nich. Nie przebrnęłam do końca – zaczynałam ich kilka – żadnej z książek Olgi Tokarczuk, chociaż podziwiam jej przebogaty język. Tak jak w innych krajach, w Polsce również ukazuje się bardzo dużo nowych pozycji. Wśród nich są te wartościowe, chociaż pewnie każdy z nas inaczej pojmuje definicję „dobrej książki”. Rozwój literatury zależy od czytelnictwa, a poziom jego w Polsce nie jest najlepszy. Literatura została zastąpiona tyloma inny dziedzinami sztuki, że musi naprawdę ciężko się przebijać, zwłaszcza, że na ogół nie oferuje „łatwej i przyjemnej” rozrywki.

Wychowałam się na książkach i moje dzieci również. Te młodsze od nich pokolenia coraz rzadziej mają z nimi kontakt, więc jeśli chodzi o rozwój literatury i czytelnictwa … czarno to widzę. 

 

Dziękuję bardzo.