Fragment mojej recenzji został umieszczony na okładce powieści "Skazaniec. Z bestią w sercu" Krzysztofa Spadło


Moja recenzja została zamieszczona na okładce powieści "Wojownicy. Odwet Wysokiej Gwiazdy" Erin Hunter

Fragment mojej recenzji „Korony śniegu i krwi” został umieszczony na okładce powieści Elżbiety Cherezińskiej – "Niewidzialna korona"

Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Poradnia K. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Poradnia K. Pokaż wszystkie posty

piątek, 3 czerwca 2022

Gdy las staje się domem...

 


 

Dawno już nie czytałam tak dobrze napisane książki historycznej. Dawno też nie miałam okazji pisać o książce, która tak wiele wnosi, ma tak wysoki poziom merytoryczny, a jednocześnie pozostawia po sobie takie poczucie niedosytu. Dlaczego? Przeczytajcie recenzję do końca.

Nowogródek, Słonim, Baranowicze, Zdzięcioł. Mniej i bardziej znane miejsca, obecnie w granicach Białorusi. Kiedyś polskie. Kiedyś w dużej mierze zamieszkiwane przez Żydów. Wszystko to, całe ich spokojne życie, rozwijający się handel i usługi, nauka, historia, kultura, miało się zmienić, kiedy do władzy w Niemczech doszedł Adolf Hitler. Zaradny, dobrze wykwalifikowany Moryc i piękna, mądra, pracowita Miriam prowadząca sklep apteczny. Ich rodzice, liczne rodzeństwo, kuzynostwo, ich dzieci w końcu… Tylko nieliczni przeżyli. A gdy wrócili do domów, po wojnie, nie było tam już nic z tego, co zostawili. Nie było żydowskiej społeczności, nie było latami budowanych domów, nie było bliskich, którzy by na nich czekali. Zanim jednak powrócili, przyszło im przeżyć prawdziwe piekło.

Początek wojny nie był łatwy. Spokojny Zdzięcioł musiał się zmienić, ale mieszkańcy nie mieli pojęcia, o ile lepiej im się żyje od tych Żydów, którzy znaleźli się pod auspicjami hitlerowskimi. Ich codzienne trudy zdawały się wielkie, ale szok miał dopiero nadejść, gdy radzieckie wojska zaczęły się cofać pod naporem wroga. Naziści pokazali zdzięcielskim Żydom najgorszą ludzką twarz.

Zamknięci w gettach, umierali z głodu i wycieńczenia. Zbierani co jakiś czas na apele, wywożeni do lasu, poddawani co i rusz brutalnym selekcjom. Znamy te wydarzenia z lekcji historii. Wiemy, co Niemcy robili. Getto nowogródzkie niewiele różniło się chyba od łódzkiego czy warszawskiego. Kiedy jednak przychodzi nam śledzić losy konkretnej rodziny, przeżywamy to wszystko głębiej. Ile osób przeżyje, jaki odsetek doczeka końca wojny? I jak sobie poradzą z całym tym straszliwym bagażem doświadczeń?

Ucieczka z getta zdaje się w pewnej chwili być jedyną szansą na przetrwanie. Moryc powie jednak po wielu latach, że gdyby wiedział, co czeka ich w Puszczy Nalibockiej, nigdy nie zdecydowałby się opuszczać getta.

Życie w ciągłym strachu, w ziemiankach, z obcymi ludźmi. Poleganie na tym, co znajdzie się w lesie. Liczne choroby, ocieranie się o śmierć właściwie każdego dnia. Głód, smród, zarazki. Zapuszczający się do lasu niemieccy żołnierze. Naloty. Siedzenie godzinami pod ziemią, bez powietrza, bez jedzenia, bez picia. Wśród smrodu niemytych ciał. Nawet nie próbuję sobie wyobrazić tego strachu, tego lęku o najbliższych. Wybory nie do pomyślenia. Bo co zrobić, kiedy zakwili noworodek? Czy można skazać na takie ryzyko towarzyszące nam kilkanaście osób? Jak matka może wybrać, czy oszczędzić bobasa czy nastolatka, kiedy bobas bez wątpienia zdradzi ich kryjówkę... 

Moryc był człowiekiem zaradnym i dlatego jego najbliższa rodzina poradziła sobie w lesie. Dlatego wielu, w tym obcych, szło za nim i nie chciało go odstąpić nawet wtedy, gdy zmienia lokalizację. Jego towarzystwo było potencjalnie gwarantem bezpieczeństwa. A przecież i Miriam bliska była śmierci, gdy zachorowała na tyfus. Wszy, z którymi dzisiaj walczymy specjalnymi szamponami, tam, w lasach, dziesiątkowały ocalałą ludność Zdzięcioła, Nowogródka i okolic. Kogo nie zabił niemiecki pocisk, mogły zabić wszy. 

Nieopodal stacjonowali radzieccy partyzanci. Czasem wspomogli, czasem rekrutowali w swe szeregi, co często prowadziło do śmierci, czasem przepędzali Żydów, którzy mogli niechcący wydać ich lokalizację wrogowi. Dziewczynki przebierano w chłopięce ubrania, bo radzieccy partyzanci mieli "swoje potrzeby" i nawet żydowskie dziewczynki nie były bezpieczne. Ba, któż był?!

Wyzwolenie na ziemiach białoruskich przyszło wcześniej niż w Polsce centralnej. Niemcy wycofali się na dobre wówczas, gdy Warszawa walczyła w powstaniu. Choć ludzie z lasu mogli wyjść i wrócić do domów… nie było zazwyczaj do czego wracać. Wielu z nich przeniosło się później do Polski, na początku głównie do Lublina, w tym rodzina Rabinowiczów. I tam jednak czekały ich trudy, a mieszkanie z widokiem na kominy obozu w Majdanku przysparzało niemało koszmarów.

W końcu Moryc i Miriam postanowili ziścić swój syjonistyczny sen: zaplanowali wyjazd do Palestyny. I tu spotkali na swej drodze ludzi dobrych i pomocnych, ale i wiele przeszkód. Przedzierali się nielegalnie przez pół Europy, by w końcu dotrzeć do Włoch, gdzie zatrzymali się na dłużej. Dziewczynki odczuły dość boleśnie swa inność, bo wśród opalonych, radosnych Włochów wyglądały mizernie i biednie. Odzyskiwały jednak radość życia. Powoli rodzina zaczynała oddychać wolnością. Kulminacją tego był ostateczny wyjazd. Nie do Palestyny jednak, a do Stanów Zjednoczonych, gdzie odnaleźli się bliscy Moryca. 

Kolejne lata, aż do współczesności, Rabinowiczowie spędzili właśnie tam. Budując szczęśliwy dom, szczęśliwe rodziny, odnajdując bliskich i znajomych, opłakując tych, którzy nie przetrwali. Pielęgnując kulturę, historię. Pamiętając o tym całym źle, które było ich udziałem, łapali w życiu to, co najpiękniejsze. Celebrowali je. Bo o tym też w dużej mierze jest ta książka. O celebrowaniu życia właśnie. W każdym położeniu, w każdej sytuacji. Choć od kilku lat Miriam i Moryc już nie żyją, pozostała po nich niezwykła spuścizna, którą warto poznać. Żyją ich córki, i to dzięki nim i ich bliskich udało się Rebece Frankel odtworzyć historię żydowskich rodzin ukrywających się w Puszczy Nalibockiej. 

Nie zatrzymała się jednak tylko na wspomnieniach Rochel i Tani, zakładają, że wspomnienia z lat dziecięcych to za mało i zbyt nieprecyzyjnie. Odnalazła wiele osób, wiele wspomnień, wczytała się w setki dokumentów, skontaktowała z badaczami tamtych terenów i czasów. Przez pięć lat pracowała nad książką, którą Wam polecam. Pełną niesamowitych postaci, ludzi z krwi i kości, których historia porusza. Ludzi prawdziwie niezłomnych. Ale i tło historyczne, liczne ciekawostki, dopowiedzenia sprawiają, że widzimy szerszą perspektywę. Powojenne losy emigracyjne są równie ciekawe.

Szczerze mówiąc początek książki czytało mi się dość ciężko. Odkładałam, czytałam coś innego, wracałam. Część przedwojenna i czasy w getcie „przemęczyłam”. Dopiero kiedy Rabinowiczowie znaleźli się w lesie poczułam, że naprawdę chcę czytać dalej. A czas emigracji właściwie „połknęłam”. Polecam również posłowie i podziękowania. To jakby dodatkowe rozdziały, nie zwyczajne wyliczanki. Wzruszyłam się przy tych podziękowaniach.

Dodatkowym atutem tej pozycji są zdjęcia z rodzinnych archiwów. Pozwalają jeszcze bardziej zbliżyć się do bohaterów. Dobrze, że się w książce znalazły.

Na koniec wyjaśnienie, dlaczego czuję niedosyt. Książka jest reklamowana jako porywająca, trzymająca w napięciu powieść, od której nie można się oderwać i którą czyta się niczym thriller. Oczekiwałam więc rzeczywiście trzymającej w wielkim napięciu historii, pełnej emocji i zwrotów akcji. Owszem napięcie było, choć dopiero po połowie, jakoś nawet getto było tak opisane, że to napięcie odczuwałam znacznie mniejsze niż przy lekturze innych książek o Holokauście. Zwroty akcji też się pojawiały, choć ich było niewiele. Najtrudniej jest mi odnieść się do części dotyczącej thrillera i emocji. Najbardziej emocjonujące fragmenty to… posłowie autorki i podziękowania. Nie zrozumcie mnie źle – „Pod osłoną lasu” to wyśmienita książka, którą naprawdę warto przeczytać. Polecam ją z całego serca. Nie nastawiajcie się jednak na emocjonującą opowieść o ludziach, którzy uciekali przed nazistami. To zdecydowanie literatura faktu, ubrana bardzo delikatnie w płaszczyk literatury pięknej. Dialogów uświadczycie w całej książce zaledwie kilka, a o emocjach znanych z literatury obyczajowej zupełnie zapomnicie. Czy to źle? Nie, absolutnie nie. Takie książki są nam bardzo potrzebne. Szkoda jedynie, że są nie do końca dobrze „”.

Zdecydowanie lektura, z którą warto się zapoznać.

 

 

 

 

 

Pod osłoną lasu. Walka, miłość i przetrwanie w czasach Zagłady – Rebecca Frankel

Wydawnictwo: Poradnia K

Warszawa 2021

Oprawa: miękka

Liczba stron: 352

Tytuł oryginału:Into the Forest: A Holocaust Story of Survival, Triumph and Love

Przekład (z j. angielskiego): Kaja Gucio

ISBN: 978-83-67195-12-6

 

 

 

 

 

Książkę przeczytałam dzięki życzliwości Wydawnictwa Poradnia K

 

wtorek, 10 maja 2022

Dlaczego pan A. wymyślił chorobę Alzheimera?

 

 
 
 
 

Moje kolejne spotkanie z Anną Sakowicz bardzo różni się od wcześniejszych. Po "Jaśminowej sadze" przyszedł czas na „Listy do A.”: książkę, która znajduje się na międzynarodowej liście „Białych kruków 2020”, posiada rekomendację Polskiego Stowarzyszenia Pomocy Osobom z Chorobą Alzheimera i została przetłumaczona na hiszpański i rosyjski. Powieść zupełnie inną gatunkowo, językowo, tematycznie.

Kim jest tytułowy A. nie jest żadną wielką tajemnicą, ponieważ już na okładce widzimy zdanie „Mieszka z nami Alzheimer”. Forma listów też nikogo nie zaskoczy. Listy nie są długie, każdy z nich opisuje jeden dzień z życia rodziny. Rodziny dotąd spokojnie mieszkającej w układzie 2+2. Gdy wprowadza się do nich babcia Tosia wszystko się zmienia, gdyż wraz z nią zamieszkuje jeszcze tajemniczy, chyba zły, raczej złośliwy Pan A., który zmienia babcię i burzy rodzinną harmonię. A autorką listów, narratorką powieści, jest uczennica podstawówki, Anielka.

Najpierw listy pisze codziennie, potem coraz rzadziej. Problem pojawia się, kiedy babcia przenosi się do domu opieki. Jak teraz podrzucać listy pod jej drzwi? Dziewczynka jest jednak sprytna i z tym też sobie radzi.

Zanim jednak do tego dojdzie, poznajemy lepiej rodzinę. Samą babcię Tosię, rodziców Anielki, jej siostrę, Patrycję, oraz ich dziadka. W kolejnych listach dostrzegamy, że z babcią Tosią jest coraz gorzej. Anielka opowiada Panu A. mnóstwo różnych historii z życia ich rodziny. Początkowo wydają się jej one nieco śmieszne, czasem wprawiają w zakłopotanie, jednak w pewnym momencie dziewczynka zaczyna się bać. Bo babcia wychodzi sama z domu i nie potrafi do niego wrócić. Bo trzeba jej zakładać pieluchy. Bo być może będzie musiała wkrótce być karmiona specjalną rurką. Bo dziadek zaczyna mówić o żegnaniu się. Bo pada stwierdzenie o odchodzeniu do nieba, w którym babci nie będzie można odwiedzać. Wszystkie te etapy są dla dziecka wyjątkowo trudne do zrozumienia.

Anielka obserwuje również zachowania pozostałych domowników. Mamy w szczególności. Mamy, która ma zapłakane oczy, chodzi smutna i stara się mieć oczy wokoło głowy, by Pan A. nie zrobił babci kolejnego „psikusa”. A jednocześnie udaje początkowo, że nic strasznego się nie dzieje. Sama nie rozumie, samej jej jest trudno, co Anielka widzi, a jednak udaje przed dziećmi silną, pewną siebie, taką jak zwykle. Dziadek na początku zdaje się być również silny i pocieszający, to on jednak jako pierwszy przestaje udawać, że z babcią wszystko jest w porządku. To on powoli i delikatnie wyjaśnia wnuczce, że Pan A. to naprawdę straszna choroba, na która nie ma lekarstwa.

I to piękne, dziecięce zapalenie się Anielki, że w takim razie babcia musi jedynie trochę poczekać, a ona zostanie lekarzem i wymyśli lek na jej chorobę. Jakież to niewinne, pełne nadziei. Nawet, gdy wiemy, że niemożliwe. Nawet, gdy sama Anielka jest nieco przestraszona tą wizją, bo jest przecież „dopiero w szkole podstawowej”.

Ważną rolę w tym przeżywaniu odchodzenia babci pełni również Patrycja. Nastoletnia uczennica liceum, którą Anielka na co dzień raczej drażni swą dziecinnością, staje w obliczu choroby babci na wysokości zadania. Widzi terapeutyczny sens pisania listów do Pana A. W typowy dla młodzieży, a jednak pełen miłości (choć i złośliwości czasami w formie) sposób przybliża młodszej siostrze aspekty choroby Alzheimera. I radzi jej, by zapamiętała jak najwięcej tych szczęśliwych momentów, by babcia w jej sercu zawsze pozostała taka, jaką była przed chorobą.

To książka w wielu miejscach bardzo wzruszająca. Wzruszenia w tym przypadku nie wolno jednak mylić z tkliwością. Choroba Alzheimera to choroba całej rodziny. Bo tak naprawdę cierpią najbardziej ci, którzy zostają, którzy obserwują zaniki pamięci, którzy są nierozpoznawani, myleni z innymi, którym przyszło się opiekować chorą, często już nieporadną, najbliższą, ukochaną osobą. Nie brakuje jednak w powieści i humoru. Można się uśmiechnąć przez łzy, a można i śmiechem wybuchnąć. Ot, prawdziwe życie.

„Listy do A.” to książka uniwersalna. Mówi nie tylko o chorobie Alzheimera, ale o chorowaniu w ogóle. O śmierci, o żegnaniu się z bliskim. O starości, przemijaniu, bezradności starszych ludzi. O radzeniu sobie z chorobą osób bliskich, o autoterapii. Anna Sakowicz napisała tę książkę, gdyż sama – jako dorosła osoba – zmaga się z taką sytuacją. Jej mama choruje na Alzheimera i Autorka przyznaje, że boi się zmian, jakie zajdą w jej mamie. Pisanie było dla niej swoistą autoterapią i takąż obdarzyła swoją narratorkę.

„Listy do A.” zaliczane są do literatury dziecięcej, choć ja uważam, że to książka tak samo dla dzieci, jak i dla dorosłych. Dla tych, którzy mają wśród bliskich kogoś chorego (niekoniecznie tylko na Alzheimera), jak i dla tych, którzy się z takimi sytuacjami nie spotkali. To po prostu pięknie napisana, bardzo spostrzegawcza, delikatna, mądra opowieść o życiu i radzeniu sobie z odchodzeniem. Prawda zaś jest taka, że każdego z nas pewnego dnia czeka śmierć bliskiej osoby. Warto się do tego przygotować.

Przygotowując się do wywiadu z Anną Sakowicz czytałam kilka recenzji „Listów do A.”. Były bardzo różne. To, co zapamiętałam jako najważniejszy argument in minus to trudność ze znalezieniem grupy odbiorców. Ja takiego problemu nie widzę. Drugim były ilustracje. Moim zdaniem – znakomite wręcz, idealnie pasujące tak do samego tematu, jak i do języka, w jakim powieść została napisana. Język obrazu i język słowa pięknie się przeplatają. Ilustracje Ewy Beniak-Haremskiej są delikatne, nienachalne, bardzo sugestywne. Poświęciłam im niemało czasu, zastanawiając się, które z nich mogłyby wyjść spod ręki Anielki, a które byłyby autorstwa babci Tosi, czy może nawet Patrycji.

Jeśli miałabym się już czegoś uczepić, tak na siłę, by laurka nie ociekała za bardzo ochami, achami i brokatem… wolałabym czcionkę nieco większą i lepiej wpasowaną w kratkę (bo książka jest wydana na papierze w kratkę, niczym w szkolnym zeszycie). Większa ulga dla oczu. Myślę jednak, że to tylko szczegół, który w żadnym razie nie odbiera tej pozycji wartości.

Wcale nie dziwi mnie, że „Listy do A.’ zostały dostrzeżone i docenione, nie tylko na polskim rynku wydawniczym. Mam nadzieję, że czytelnicy również będą tę książkę bardzo cenili. Ja z całego serca polecam.

 

 

 

Listy do A. – Anna Sakowicz

Wydawnictwo: Poradnia K

Warszawa 2019

Oprawa: twarda

Liczba stron: 140

Ilustracje: Ewa Beniak-Haremska

ISBN: 978-83-66005-60-0

 

 

 

 

Książkę przeczytałam dzięki życzliwości Wydawnictwa Poradnia K