Fragment mojej recenzji został umieszczony na okładce powieści "Skazaniec. Z bestią w sercu" Krzysztofa Spadło


Moja recenzja została zamieszczona na okładce powieści "Wojownicy. Odwet Wysokiej Gwiazdy" Erin Hunter

Fragment mojej recenzji „Korony śniegu i krwi” został umieszczony na okładce powieści Elżbiety Cherezińskiej – "Niewidzialna korona"

Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Andrzej Pilipiuk. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Andrzej Pilipiuk. Pokaż wszystkie posty

poniedziałek, 27 grudnia 2021

Prezenty


Wśród wielu wspaniałych prezentów od Gwiazdora (oraz na imieniny, jako że obchodzę je w Wigilię), dostałam oczywiście fantastyczne książki. Mangę skończyłam czytać dzisiaj w nocy (no tak, zawaliłam trzecią nockę z kolei, brawo ja). Wkrótce zapoznam się z pozostałymi. Oto moje najnowsze egzemplarze w kolekcji. A Wy co dostaliście pod choinkę?

 



Dziewczynki też otrzymały trochę książek (dwie z nich zdążyłyśmy już przeczytać), ale o tym będzie może w osobnym poście.

wtorek, 5 stycznia 2016

Zaginiona – Andrzej Pilipiuk

Wydawnictwo: Fabryka słów
Lublin 2014
Tom 4. cyklu
Oprawa: miękka (z obwolutą do wyboru)
Liczba stron: 338
ISBN: 978-83-7964-010-2







Jeśli myśleliście, jak wszyscy, że trylogia składa się z trzech części... byliście w błędzie. Andrzej Pilipiuk postanowił zrobić psikusa swoim czytelnikom i napisać czwarty tom trylogii o kuzynkach Kruszewskich. Czy utrzymał poziom, zachwycił, zaskoczył, czy po prostu napisał książkę trochę na siłę? Przeczytajcie, co ja o tym myślę.
Kiedy na Pyrkonie 2014 usłyszałam o tych planach, byłam wniebowzięta. Uwielbiam Kruszewskie, jakże więc mogłam zareagować inaczej? Czas powoli mijał, a ja coraz bardziej się obawiałam, co z tego wyniknie. Czy aby na pewno to dobry pomysł? Przecież trylogia tworzyła zamkniętą całość. Zawierzyłam jednak, że Wielki Grafoman wie, co robi i mnie nie zawiedzie. Nie zawiódł, choć rzeczywiście na spotkanie z Katarzyną i Stanisławą przyszło mi trochę poczekać, gdyż jakoś specjalnie się nie spieszyłam.
"Zaginiona" to właściwie dwie mini-powieści. Pierwsza zatytułowana właśnie "Zaginiona", druga zaś "Czarne skrzypce". Obie przedstawiają losy znanych nam już bohaterek i obie są wciągające. Choć ten drugi tekst przypadł mi do gustu znacznie bardziej.
O czym tym razem? Stanisława przemeblowuje swoje lokum. Poszukuje jakiejś ciekawej mapy, która by dopełniła klimatu, pasując do morskiego wystroju jej gabinetu. Trafią na aukcję, na której pojawi się również tajemnicza, niepozorna studentka, która nieźle namiesza w całej historii. Zanim jednak kuzynki zrozumieją, że może im ona w jakiś sposób pomóc, zainteresują się nią z zupełnie innego powodu. Szczególnie, że Stasia nie czuje się najlepiej i przewiduje rychłą śmierć. Nawet czerwona tynktura jej tym razem nie pomoże. Co zatem połączy cichą i niezbyt towarzyską Anię z Kruszyńskimi? Tego Wam nie zdradzę, ale mogę powiedzieć, że historia jest przednia i nieźle zakręcona. Przygód w niej co nie miara, a i nawet trupy będą. Szkoda tylko trochę, że tym razem zabraknie Moniki.
"Czarne skrzypce" natomiast to opowieść o tajemniczej chorobie, która wesołą i pogodną nastolatkę przeistoczyła w swoiste warzywo. Na szczęście jej brat postanowił dołożyć wszelkich starań, by uratować siostrę. Nie pomogli lekarze, nie pomógł egzorcysta, więc może alchemiczka znajdzie rozwiązanie zagadki. Przy okazji kuzynki trafią w bardzo miłe miejsce, które – w przeciwieństwie do ich folwarku – odniosło pewien sukces. Co takiego mają w sobie tytułowe czarne skrzypce? Warto się przekonać.
Książka jest napisana bardzo dobrze, zresztą można się tego było spodziewać. Pełna przygód, specyficznego humoru i klimatu, do którego miłośnicy cyklu przywykli. Jest jednak trochę oderwana od poprzednich tomów. Czy to źle? Niekoniecznie. Ich znajomość nie jest bowiem konieczna do lektury "Zaginionej", co może sprawić, że po książkę sięgną również osoby nieobeznane z historią kuzynek Kruszewskich. Jednak mocno odczuwalny jest brak Sędziwoja i to chyba najsłabszy punkt tych opowieści. 
Niestety tym razem muszę się trochę przyczepić do wydania, ponieważ znalazłam zbyt wiele błędów jak na Fabrykę słów. Przywykłam do tego, że nie wypuszczają bubli, że plasują się na najwyższej półce jeśli chodzi o wydawanie książek niemal idealnych. Tym razem coś nie wyszło. Może powodem było to, że jeszcze przed ukazaniem się książki na rynku, spotkała się ona z pewną dozą krytyki – zarówno sam fakt przedłużania "na siłę" cyklu, jak i problemy z nową szatą graficzną, którą Wydawnictwo zraziło wielu swoich czytelników. Nawet ukłon w ich stronę w postaci dodatkowych obwolut pasujących do wcześniejszych wydań cyklu nie okazał się rozwiązaniem idealnym, choć w niewielkim stopniu załagodził niezbyt przyjemną sytuację.
"Zaginioną", jak przystało na tekst pióra Pilipiuka, czyta się bardzo szybko i lektura ta sprawia wiele przyjemności. Czy więc jesteś miłośnikiem kuzynek Kruszewskich, czy też nie miałeś styczności z tym cyklem – nie będziesz żałować, jeśli sięgniesz po tę książkę.




sobota, 24 maja 2014

Czerwona gorączka – Andrzej Pilipiuk

Wydawnictwo: Fabryka słów
Lublin 2013
Oprawa: miękka
Liczba stron: 427
Ilustracje: Grzegorz i Krzysztof Domaradzcy
ISBN: 978-83-7574-762-1






Kolejne spotkanie z Andrzejem Pilipiukiem i jego magicznymi światami. To już ostatni (choć chronologicznie wcześniejszy od "Szewca z Lichtenrade", czy "Carskiej manierki") tom opowiadań, które nie są związane z najbardziej znaną postacią wykreowaną przez tego Autora, czyli z Jakubem Wędrowyczem. Ostatni więc dla mnie, ponieważ postać Wędrowycza zdecydowanie nie przypadła mi do gustu i nie zamierzam po książki z tej serii sięgać, mimo mojej fascynacji pomysłowością Wielkiego Grafomana.
W tym zbiorze aż 11 opowiadań i aż 427 stron. Niektóre z tekstów są, jak to bywa, lepsze, inne trochę słabsze. Jeden nieszczególnie mi się spodobał, choć to trochę dziwne. Po kolei jednak. Jak zwykle przy zbiorach – najpierw kilka zdań o każdym opowiadaniu, a dopiero później ogólne podsumowanie zbioru jako całości.
Na dzień dobry mamy opowiadanie tytułowe, czyli "Czerwoną gorączkę", a w nim naszego drogiego i szanownego doktora Skórzewskiego. Tym razem doktor Paweł spotka się z samym Dzierżyńskim. Do tego po Moskwie grasuje podejrzany typek, który obcina głowy komunistom. Jaki związek ma to z rozprzestrzeniającą się chorobą zakaźną i dlaczego właściwie doktor Skórzewski miałby pomóc Rosjanom? Dowiecie się wszystkiego i zapewniam Was – jest to opowiadanie iście Pilipiukowe. Wielki Grafoman w najlepszym wydaniu!
"Grucha" to najkrótszy tekst w tym zbiorze i muszę przyznać, że jeden z lepszych. Aż szkoda, że nie doczekał się jeszcze jakiejś ciekawej kontynuacji. Prowadzona w pierwszej osobie narracja sprawia, że czujemy się jakbyśmy byli uczestnikami szkolnych wydarzeń. Wydarzeń jak z nocnego koszmaru dotyczącego czasów szkolnych, który chyba każdy co jakiś czas miewa. Ten jest jednak znacznie poważniejszy, nauczycielka to wyjątkowa zołza, a konsekwencje jej znęcania się nad członkiem rodu Neborak okażą się nader dotkliwe.... dla tytułowej Gruchy, oczywiście.
Opowiadanie "Błękitny trąd" przedstawia nam świat, który można zakwalifikować jako fantasy. Nieczęste to u Pilipiuka – budowanie świata zupełnie od podstaw. Choć wychodzi mu to całkiem dobrze i jest to tekst dobry psychologicznie i trzymający w napięciu, wolę jednak te, w których bazuje na naszej historii i ewentualnie "bawi się" z alternatywami. Mimo wszystko jednak – uważam, że warto "Błękitny trąd" przeczytać.
"Silnik z Łomży" to jedno z najlepszych opowiadań tego zbioru. Genialne, zabawne, zagmatwane. Pełne historycznych nowinek, przekrętów iście diabelskich. To wspaniała i przewrotna postać głównego bohatera-dziennikarza, fantastyczna drugoplanowa rola jego przyjaciela. Po prostu opowiadanie prima sort. Nie można się przy nim nudzić. Trzyma w napięciu do ostatniego zdania i z pewnością będziecie się przy nim świetnie bawić, nie mówiąc już o tym, ile się dowiecie.
"Zeppelin l-59/2"... Kocham zeppeliny, jestem nimi całkowicie zauroczona, marzę o tym, by kiedyś mieć okazję wejść na pokład. Marzenia ściętej głowy, powiecie? Cóż, główny bohater tego opowiadania też raczej nie spodziewał się takiej przygody, kiedy znalazł resztki zniszczonego zeppelina w jednym z polskich jezior. Na dodatek nie byle jakiej maszyny – służył na niej m.in. jego własny przodek. Cóż więc za zdziwienie przeżył, gdy dowiedział się, że zeppelin nie tylko został odrestaurowany, ale wybiera się w podróż... do Afryki! A to jedynie początek niesamowitych, magicznych wręcz przygód, które wywołują dreszczyk emocji i gęsią skórkę na plecach. Pilipiuk pokazał klasę!
"Wujaszek Igor" to, moim zdaniem, najsłabsze opowiadanie w "Czerwonej gorączce". Czytałam je na raty, przez dwa, czy trzy dni (reszta zbioru zajęła mi dosłownie chwilę). zupełnie się nie wciągnęłam, choć t trochę dziwne. Zamysł całkiem ciekawy, przebłyski wielkiej historii, Piłsudski, pociąg widmo, duchy, strachy, komuniści... Czego zabrakło? Moim zdaniem główny bohater, czyli tytułowy wujaszek Igor, był po prostu... Nie poczułam do niego takiej sympatii, jak przykładowo do doktora Skórzewskiego. Zupełnie papierowa postać. Miałam wrażenie, że jest, bo ktoś przecież być musi, ale jakby go nie było, to opowiadane też by wiele nie straciło. Cóż, jeden jedyny minus całego zbioru.
"Po drugiej stronie" to historia zagmatwana, niczym kłębek włóczki, którym właśnie zabawiał się mały kotek. Pełna nieoczekiwanych zwrotów akcji, niewytłumaczalnych zdarzeń, zawirowań historii. Zagadka do rozstrzygnięcia, stara broszka ze smokiem, targ staroci i dwoje małżonków, których szczęście wisi na włosku z powodu jednego antyku. Przypominało mi to najlepsze teksty o moim ukochanym Robercie Stormie (w czasie lektury dwóch pierwszych stron myślałam nawet, że to może być  nim). Bardzo dobry tekst, który do ostatniej chwili trzyma w napięciu  i zmusza do zastanowienia, co będzie dalej i czy się powiedzie...
"Gdzie diabeł mówi dobranoc" to fantastyczne opowiadanie o trochę innej Polsce. Cóż, straszą nas co jakiś czas zalewem muzułmańskim, talibanem w Polsce... Pilipiuk świetnie ten motyw wykorzystał i pokazał nam jedną z takich wersji świata przyszłości, w której nasza dzisiejsza III RP leży we Wschodniej Eurabii i jest jednym z najbardziej zacofanych państw na świecie. Zapraszamy do Lechistanu! Świetnie poprowadzona narracja trzecioosobowa, przeplatana fragmentami pamiętnika, spisek, złoża węgla, a w to wszystko wplatany jest jeszcze papież z Arizony. Czeka Was wiele niespodzianek, a do tego kilka ciekawych uwag na temat tego, co by się rzeczywiście mogło stać, gdyby Taliban wygrał wojnę z chrześcijańską Europą.
"Piórko w żywopłocie" z kolei to trochę sentymentalny powrót do czasów PRLu. Choć nie brak tu elementu kosmicznego, sekretów władzy, bananowców rosnących przy Okęciu i znikających sadów owocowych. Do tego agent CIA, który nie tylko chce rozwikłać zagadkę z dzieciństwa, ale również pomścić szkolnego kolegę, który za bardzo wychylał się przed szereg.
"Operacja «szynka»" to połączenie propagandy rodem z PRL z serialem "Terranova". Jak poprawić jakość mięsa w tytułowej szynce, skoro mięsa brak? Cóż, najlepiej cofnąć się w czasie i zapolować na... mamuty. Będzie się działo, uwierzcie mi. A zakończenie zwali Was z nóg!
"Samolot Ribbentropa" to zagmatwana historia o tym, jak to Polacy szybko i zwycięsko zakończyli niemiecko-radziecką inwazję na Europę. Poplątana opowieść o planach w planach i odkrywaniu tajemnic sprzed lat. Nie zabraknie tu ważnych dla historii nazwisk i głównego bohatera, który dla odkrycia prawdy jest gotów na naprawdę sporo poświęceń. Bardzo udany test.
Podsumowując całość... Zbiór (poza jednym opowiadaniem, które nie przypadło mi zupełnie do gustu) trzyma najwyższy poziom. Pilipiuk pokazuje wiele swych twarzy, ponieważ spotkamy tu opowiadania  kwalifikujące się jako historie alternatywne, opowieści grozy, a nawet fantasy. Wszystko, co Wielki Grafoman ma w sobie najlepszego: poczucie humoru, duża dawka wiedzy historycznej, ciekawi bohaterowie. Pięknie napisane, dobrze przemyślane historie bazujące na intrygujących i fascynujących pomysłach, spisane językiem specyficznym dla tego Autora (więc jeśli ktoś go lubi...).
Wydanie, jak to Fabryka słów. Nie kojarzę literówek, korekta i redakcja spisała się bardzo dobrze. Szata graficzna zasługuje na zachwyt. Ilustracje autorstwa Grzegorza i Krzysztofa Domaradzkich są przepiękne i bardzo ładnie oddają klimat Pilipiukowych opowiadań. Do tego dochodzi ciekawa czcionka tytułów, stylizowana na cyrylicę oraz kończące teksty pieczęcie. Czuje się klimat świata, w którym życie Autor "Czerwonej gorączki". Jak zwykle – gorąco polecam, sama zaś czekam na kolejne pozycje, nad którymi Wielki Grafoman podobno pracuje.





czwartek, 2 stycznia 2014

Carska manierka – Andrzej Pilipiuk

Wydawnictwo: Fabryka słów
Lublin 2013
Oprawa: miękka
Liczba stron: 347
Ilustracje: Piotr Dismas Zdanowicz
ISBN: 978-83-7574-905-2



Nie ma co się powtarzać, jak bardzo lubię prozę Pilipiuka. Ani o tym, że Fabryka słów wydaje jego książki w eleganckiej, naprawdę fantastycznej szacie graficznej, w pięknych okładkach i często z tasiemkową zakładką. Nie ma się co powtarzać, przechodzę więc szybko do meritum, szczególnie, że jest ono smaczne, jak piernik z kremem, porywająca, jak sylwestrowe tany i magiczna jak latający zaprzęg Świętego Mikołaja. 
"Carska manierka" to zbiór ośmiu opowiadań. można by powiedzieć, że niewiele, zazwyczaj było więcej. Nie narzekam jednak. po pierwsze dlatego, że są rewelacyjne, po drugie dlatego, że aż pięć z nich jest o Robercie Stormie – moim ulubionym Pilipiukowym bohaterze. Już samo to sprawić b mogło, by "Carska manierka" stała się moim ulubionym zbiorem opowiadań. Jednak, gdy dodać do tego naprawę wysoki poziom i świetnie dopracowane teksty, to ona jest najlepszym zbiorem Pilipiuka, jaki miałam w rękach (a nie czytałam jeszcze tylko "Czerwonej gorączki"). Dodajmy do tego jeszcze tylko najpiękniejszą okładkę, jaką (to moje zdanie, możecie się z nim nie zgadzać) Fabryka słów wypuściła i macie już idealny prezent dla mnie. Z tym, że już go dostałam, musicie więc pomyśleć o czymś innym.
Skoro tym razem zaczęłam od ogółów to dokończę o nich, zanim przejdę do konkretnych tekstów. Bardzo dobra korekta, choć tego można się było spodziewać. jak zwykle w Fabryce – wygodna wielkość, trwała oprawa, na grzbiecie której nie widać śladów po czytaniu, idealna czcionka, papier w kolorze śmietany (dobrze się czyta przy sztucznym oświetleniu, ponieważ światło nie odbija się za mocno od kartek i oczy nie bolą). jedynie ilustracje nie powaliły mnie, tym razem, na kolana. Cóż, nie można mieć wszystkiego, a przecież książkę tę zamówiłam sobie ze względu na teksty literackie, a nie ich graficzną oprawę.
Zaczynamy więc od pierwszej sprawy, którą zajął się Robert Storm, jeszcze zanim wybrał kierunek studiów i stal się słynnym poszukiwaczem historycznych zagadek. Opowiadanie ma tytuł "Manierka" i nikogo chyba nie zdziwi, że traktuje o poszukiwaniu carskiej manierki. Choć nie do końca. Pilipiuk potrafi opowiadać długo i treściwie, daje nam pewne wskazówki choćby i samym tytułem), a jednak snuje opowieść o czymś innym, pokrewnym, bliskim, już prawie, ale jeszcze nie. aż dochodzi do tej manierki, do tej tajemnicy, która zawarł w tytule i daje nam jej smakować, jak wisienkę na pysznym torcie. Poza historyczną zagadką spotkamy tu bandziorów-łowców skarbów, poszukiwanie złota niczym w USA, prorocze sny o dawno nieżyjącym carskim oficerze... Pyszności. No i sama postać Roberta, który jest tu narratorem pierwszoosobowym, ze wszystkimi jego dygresjami i życiowymi przemyśleniami, rozterkami miłosnymi i całym tym przeciekawym, genialnym w każdym calu bagażem tego bohatera, który wybiera się na swe pierwsze poszukiwania po to, by ocalić przed zburzeniem pewną starą warszawską kamienicę.
"Czarne parasole" trzymają w napięciu do ostatnich zdań. Mamy tu niebanalną tajemnice, którą przyjdzie rozwiązać Robertowi w ramach pomocy koledze-policjantowi. Dlaczego młody i utalentowany fotograf został pobity przez starego Żyda (i to na dodatek nietypowym narzędziem)? Gdzie odkrył przedwojenne fotografie Bełżca? Jaki sekret kryją w sobie te zdjęcia i dlaczego Robert chciałby się z nim zamienić, choćby na chwile, choćby na kilka minut? przyznaję, że nie udało mi się w żaden sposób dojść do wniosków, które okazały się rozwiązaniem tej zagadki kryminalnej. Pilipiuk znów mnie całkowicie zaskoczył.
"Na dnie mogiły" przeraża... Nadal czuję na plecach delikatne mrowienie, kiedy wspominam (a przeczytałam tydzień temu) o bractwie zwanym domem Czterech Liści i ich magicznych poszukiwaniach. Czarne moce zapolowały na biednego Roberta i postawiły go w takiej sytuacji, że cokolwiek by nie uczynił – byłoby źle. Jaka więc drogę wybierze i czy uda mu się jednocześnie odkryć historyczną prawdę z nutką czarnoksięstwa, a jednocześnie wybrnąć z tarapatów bez większego uszczerbku na zdrowiu i honorze?
Dlaczego za posiadanie tytułowego albumu grozi śmierć? Kto ściga ich kolejnych właścicieli i kto ich eliminuje? Czy Robert znajdzie w sobie odwagę, by postawić się policji i postawić wszystko na jedną kartę, byleby tylko ocalić ów album? Tajemnice, jakie kryją znajdujące się w nim zdjęcia, mogłyby wstrząsnąć naszym światem. Może więc ci, którzy starają się utrzymać jego istnienie w tajemnicy maja swoje racje. Kolejne opowiadanie, które trzyma w napięciu do samego końca, który jest równie zaskakujący, co ostatnia śnieżna Wielkanoc. Jedno z lepszych opowiadań suspensu.
Ostatnie strony z Robertem to opowiadanie pod tytułem "Miód umarłych". Jak dobrze, że Stormowie są wielką rodziną i w swych szeregach mają człowieka od wszystkiego. Nie, nie jednego. po prostu każdy zawód niemalże ma tu swego przedstawiciela. Znajdzie się więc i pszczelarz, który wprowadzi Roberta – i przy okazji nas – w arkana tajemnic dotyczących... trzmieli i miodu 9czy raczej syropu), który wytwarzają. Co to ma wspólnego z zagadkami historii, rozkopywanymi grobami powstańców styczniowych i wielkim skarbem? Przeczytajcie i dowiedzcie się sami.
W "Śmierci pełnej tajemnic" spotykamy ponownie doktora Skórzewskiego. Żyje w Warszawie, nie został mu już nikt. Sandro zginął. czy jednak na pewno? Po kilku latach nagle przychodzi wiadomość, że krewniak żyje, choć ciężko powiedzieć, żeby miał się dobrze w sowieckiej Rosji. Skórzewski jak to Skórzewski – rzuca wszystko, pakuje się w kolejne tarapaty i pędzi do wroga, by spotkać i oswobodzić jednego ocalałego z rodziny. Nie przyjdzie mu to łatwo, napotka wiele niebezpieczeństw i spojrzy śmierci prosto w oczy. Choć nie tylko on. Największą bowiem tajemnicę pozna Sandro... Przy tym wszystkim będziemy będziemy mogli uczestniczyć w zjeździe sekty chłystów i przeżyć... śmierć Lenina.
"Tajemnica Góry Bólu" to moim zdaniem najsłabsze opowiadanie tego zbioru. dobre, ale nie tak dobre, jak pozostałe. Wydawac by się mogło, że będzie rewelacyjne – w końcu taki piękny temat, jak poszukiwanie Arki Noego, do tego Pilipiuk, Paweł Skórzewski i Sandro... A jednak. trochę przydługawe opisy podróży, trochę nudnawe kilka stron. Poza tym – całkiem ciekawy pomysł, dobra realizacja. Mogło być lepiej, ale przecież nikt nie może zawsze dawać z siebie dwustu procent normy.
Kończymy ten zbiór genialnym opowiadaniem pod tytułem "Rehabilitacja Kolumba". jak to możliwe, że nazwisko tego znanego żeglarza jest największym światowym przekleństwem? I skoro wszyscy maja go za wcielenie demona, który zrujnował Ziemię i sprawił, że wysycha, a życie na niej powoli ginie... czy można go zrehabilitować? Takie zadanie dostaje biedny Marek. Nagroda? Ręka ukochanej dziewczyny, jest więc o co walczyć. Odkrycia, których dokona mogą wstrząsnąć całym znanym światem, tak jak przed wiekami wstrząsnął jego posadami niechlubny Columcus. Czy uda mu się i na jakie przeciwności napotka. Naprawdę bardzo dobrze napisane steampunkowe opowiadanie. I te aeroplany... rozmarzyłam się. Gorąco polecam.




Andrzej Pilipiuk na Dune Fairytales:

wtorek, 10 grudnia 2013

Oko Jelenia. Srebrna Łania z Visby – Andrzej Pilipiuk

Wydawnictwo: Fabryka słów
Lublin 2008
Cykl: Oko Jelenia, tom II
Oprawa: miękka
Liczba stron: 368
Ilustracje: Rafał Szlapa
ISBN: 978-83-7574-016-5




Drugi tom cyklu "Oko Jelenia" jest bardziej nastawiony na przygodę, niż pierwszy. Takie przynajmniej miałam wrażenie w czasie lektury pierwszych stu stron. Potem zaczęłam w to wątpić, by znów przekonać się, że pierwotne przeczucie na ogół jest właściwie i nie ma co za bardzo nad nim dumać.
Większość akcji toczy się w Nidaros, w którym "zatrzymali się" nasi bohaterowie. Na szczęście Markowi i Staszkowi udaje się odbić Helę z rąk okrutnego kata, jednak nie zostaje ona bez uszczerbków na zdrowiu – tak fizycznym, jak i psychicznym. Mniej więcej połowa powieści dotyczy właśnie następstw dni spędzonych w lochach katowskich. W połowie mniej więcej okazuje się, że nasza trójka musi się rozdzielić. Marek ma się udać do Bergen w poszukiwania alchemika Sebastiana, Hela i Staszek zaś do Uppsali. Obie te podróże obfitują w mnóstwo nieprzewidzianych sytuacji, które są ciekawe zarówno pod względem fabularnym, jak i pozwalają nam lepiej poznać psychikę bohaterów, ich wcześniejsze doświadczenia oraz spojrzenie na życie. Jeśli chodzi o fabułę, więcej nie pisnę słowa, by Wam nie psuć uczty.
Pilipiuk spisał się na medal, choć oczywiście nikt nie jest idealny. Zacznę więc od minusów, które mniej, czy bardziej rzuciły mi się w oczy. Nadal nie mogę pojąć, jak to się stało, że zwykli faceci z końca XX, czy też początku XXI wieku mają tak rozległą wiedzę w tak różnych dziedzinach. W przypadku Staszka jest to zupełnie nielogiczne, szczególnie, że przecież obaj byli raczej nieudacznikami w swoich czasach i niczego nie udało im się osiągnąć. Staszek, który był średnim uczniem, jak mawiali nauczyciele – zdolnym, ale leniwym – nagle wpada na pomysł, że wyhoduje... penicylinę. Nic to, że wpada na ten pomysł, ale nagle okazuje się, że pomijając pewne niewielkie przeciwności losu niemalże mu się to udaje. Ja nie wiem, ale mnie w szkole nie uczyli o tym, jak penicylina została wynaleziona, ani tym bardziej jak ją wyhodować w domowych warunkach. Nie przypominam sobie, żeby to słowo choćby raz padło na jakimkolwiek przedmiocie, a zdecydowanie w szkole uważałam, byłam pilna, wsłuchana w nauczycieli i wszystkim zainteresowana... Dziwne to jakieś... Natomiast rozległa wiedza historyczno-kulturowa Marka czasem powala. Gdyby chociaż Autor w pierwszym tomie napisał, że Marek, choć został informatykiem, to tak naprawdę pasjonował się historią, był miłośnikiem starej broni, czytał książki, oglądał filmy... Cokolwiek. Nic. Nada. Informatyk, jak się teraz okazuje, raczej dość kiepski – dlatego poszedł uczyć do szkoły – i nagle potrafi po jednym spojrzeniu określić, z jakiego drewna została wykonana jakaś broń, zna się właściwie na wszystkim w XVI wieku... Nie, to mi się nie podoba. Brak tu logiki,a szkoda, bo właściwie wystarczyło kilka zdań w pierwszym tomie, by to się kupy trzymało. Ponieważ wszystkie te ciekawostki, które padają z ust bohaterów są naprawdę świetne i wiele się można dzięki nim nauczyć.
Drugi (i na szczęście ostatni) minus to samo tytułowe Oko Jelenia. Wydawać by się mogło, że cykl to taka jakby powieść drogi, w której bohaterowie maja do wykonania swoisty quest. No i niby tak, tyle, że w typowych historiach tego typu doskonale wiemy, czego szukamy, dlaczego tego szukamy, często też, gdzie to coś jest. Inaczej jest u Pilipiuka. Mgliste pojęcie o istocie Oka. Gdzie jest to już jakaś wyższa matematyko-geografio-historia. No i dlaczego? Po pierwsze – dlaczego jest tak ważne? Po drugie – dlaczego Skrat nie mógł sam go odnaleźć, skoro ma przecież tyle niesamowitych zdolności? Trochę to dziwne, bo jak dobrze pomyśleć, to Oko Jelenia nie ma dla czytelnika, przynajmniej na tym etapie, większego znaczenia. Ja zupełnie o nim nie pamiętałam, nie myślałam, dopóki nazwa jego nie padła pod koniec powieści z ust Petera Hansavrittsona. Wówczas dopiero przypomniało mi się, że bohaterowie właśnie tego Oka szukają.
Przechodzimy więc do plusów, których jest sporo i które zawsze radują me serduszko. W końcu łącza się wątki przybyszów z przyszłości z wątkiem Hanzy. Marek poznaje Petera Hansavrittsona, by razem z nim udać się w podróż do Bergen. Jednocześnie coraz lepiej poznajemy Inę. Opowiada ona o swej planecie, o różnicach między jej gatunkiem, a człowiekiem. Tłumaczy też, skąd czerpie wiedze o ludzkości – tu już poleciała na całego i to bardzo ciekawe. Wiele tłumaczy, naprawdę. Aż strach się bać, że jeśli kiedyś przyjdzie nam się zmierzyć z jakąś kosmiczną potęga, mogą korzystać z tych samych źródeł i dojść do podobnych wniosków...
Dla podkręcenia turbinek pojawia się jeszcze Bractwo Świętego Olafa, które dostarczy nam trochę wrażeń archeologicznych. Mam olbrzymią nadzieję, że Pilipiuk pociągnie dalej ten wątek, ponieważ można go świetnie rozwinąć, jednocześnie zapoznając polskiego czytelnika z wiedza historyczną i legendami norweskimi.
Jeszcze dwa mocne uderzenia tego tomu. Estera... Żydówka, która żyje gdzieś wewnątrz Heleny. Pojawiła się w pierwszym tomie dosłownie na sekundę, po to chyba tylko, by nie stać się deus ex machina w tym drugim tomie. Teraz natomiast jest nie tylko ważna dla samej fabuły, ale także dla poznania istoty różnych uczuć. Między innymi zmusi nas do dokładnego przemyślenia, kim jest człowiek, czym są jego wspomnienia, czym jest dusza...
Ostatnia kwestia i już zaraz kończę. Teologia u Pilipiuka? Ciekawe. Kim jest Bóg, jak to jest, że wierzono w niego na tak różne sposoby? Co oznacza pojęcie "prawdziwy Bóg". Ina ma ciekawe wytłumaczenie i myślę, że warto się z nim zapoznać. Ponadto pięknie wpisuje się w te rozważania natura scalaka. Co właściwie jest na nim zapisane? Wspomnienia, marzenia, sny, dusza? A co, jeśli trochę przy nich pogrzebać? Tu przyciąć, tam uwypuklić? Czy nadal będę tym samym człowiekiem, czy już nie? Pilipiuk zadaje w tym tomie wiele ważnych pytań egzystencjalnych, jednocześnie karmiąc nas świetnie napisaną powieścią doprawioną szczyptą humoru, przede wszystkim zaś pełną przygód i historycznych ciekawostek. Jego bohaterowi są wyraziści – w tym tomie jeszcze bardziej, niż w poprzednim – i niewiele można tej książce zarzucić. Czytać więc tylko, czytać.
Jeśli chodzi o samo wydanie, cóż... W końcu to Fabryka słów, więc piękna oładka, rewelacyjna w ogóle szata graficzna, ilustracje Rafała Szlapy, dobra korekta, niewiele błędów. Tu raczej same plusy, można wymieniać i wymieniać, ale po co? Lepiej zabrać się za trzeci tom.





Andrzej Pilipiuk na Dune Fairytales:
Pozostałe:

sobota, 14 września 2013

Wampir z MO - Andrzej Pilipiuk

Wydawnictwo: Fabryka słów
Lublin 2013
Oprawa: miękka ze skrzydełkami
Liczba stron: 382
Ilustracje: Andrzej Łaski
ISBN: 978-83-7574-866-6



„Wampir z MO” to zbiór jedenastu opowiadań – powiązanych ze sobą czasem bardziej, czasem mniej. Bez wątpienia też jest to kontynuacja wydanego przed dwoma laty „Wampira z M-3”. Czy można czytać najnowszą książkę Pilipiuka bez znajomości tej poprzedniej? Myślę, że można, chociaż czytelnik straci sporo ciekawych smaczków, a ostatecznie prawdopodobnie i tak zechce przeczytać „Wampira z M-3”.
Znów spotykamy praskie wampiry – w większości bohaterowie są ci sami – ślusarz Marek, spawacz Igor, Hrabia Prut, Dziadek, nastoletnia Gosia i jej tak-jakby-chłopak, czyli wilkołak Greg. Do tego nawiedzona babcia Gosi i brat dziewczyny – trochę przygłupawy studencik, który donosi do UB, major Nefrytow i cała zgraja praskich kiziorów i innych „elementów” z Różyca i fabryki na Druciance.
Tytuł zbioru to także tytuł pierwszego rozdziału – wielkiej komedii pomyłek w iście Pilipiukowym stylu. Jak to możliwe, że wampir Marek został wplątany z tak parszywą prowokację i jeszcze wyszedł z tego „żywy” i z kilkoma rolkami papieru toaletowego – jak wiemy, bardzo bardzo deficytowego produktu w Polsce lat osiemdziesiątych? Pomysłowość Pilipiuka nie zna granic!
„Zenek” to nie tylko tytuł, ale i nowa postać. Autor wprowadza do swego świata zombie. Cóż, nie wierzę w zombie, nie lubię zombie, nie czytam i nie oglądam nic o zombie. Panie Andrzeju, ale mi Pan psikusa zrobił! Muszę jednak przyznać, że Zenek jest całkiem-całkiem, nawet można by go polubić, chociaż rzeczywiście inteligencją nie grzeszy.
„Gość z Ameryki” to genialny wręcz pastisz „Zmierzchu”, czyli to, co było zapowiadane już przy promocji wcześniejszego tomu. Pani Meyer powinna przeczytać o tym, jak praskie wampiry odnoszą się do jej pomysłów wegetarianizmu i wysysania niewinnych sarenek. Dodatkowo powraca motyw zmiany wampirów w nietoperze, świetna akcja z próbą odzyskania pyłu diamentowego z amerykańskiego gościa, no i… rozwiązanie zagadki czasów ubiegłego ustroju – teraz już wiemy, skąd się brała pamiętna stonka ziemniaczana.
W „Sąsiadach” Marek i Igor będą się starali wykurzyć z sąsiedniego mieszkania zainstalowanych tam Ubeków i przywrócić własność pani Michalakowej. Będzie się działo! Nie próbujcie jednak tych ekscesów – nawet, jeśli Wasi sąsiedzi są bardzo upierdliwi.
„Wizyta” to genialna powiastka o… Świętym Mikołaju. Naprawdę – musicie to przeczytać. Boki zrywać!
„Hrabina” to kolejna komedia omyłek. Tym razem w roli przodującej hrabia Prut i oczekiwana przez niego dawna miłość. Hrabina Delfina chce odwiedzić Polskę, w której spędziła swą młodość na… podbijaniu męskich serc i uwodzeniu arystokratów, ot, choćby króla Stasia. Przygotowania pełną para doprowadzą do różnych ciekawych wydarzeń, a zakończenie może niektórych zaskoczyć. Przyznam jednak, że się go spodziewałam. Czyżbym za często już czytywała Pilipiuka?
Z opowiadania „Meandry patriotyzmu” dowiemy się, co stało się z rosyjską bombą atomową, a „Wyprawa” zaprowadzi nas do niekończących się hal Drucianki, pełnych niezwykłych anomialii. To opowiadanie wydawało mi się w czasie lektury najsłabsze i zabrało najwięcej czasu. Średnio miałam ochotę je kontynuować. Teraz jednak, kiedy o nim myślę, widzę kilka fantastycznych pomysłów, na które wpadł Autor i które – mam nadzieję – jeszcze rozwinie. Ponadto to właśnie w „Wyprawie” bardzo często nawiązuje do bohaterów i miejsc opisanych w innych swych dziełach. Czytelnik obeznany z jego twórczością na pewno je wypatrzy i to doceni.
„Bajka o wilku” jest całkiem zakręcona, ale pewnie niezbyt długo zapadnie mi w pamięci. Ot, całkiem miły przerywnik.
„Kostnica”… Czy wampira można zabić w wypadku samochodowym? Co się stanie z Gosią, kiedy zaaferowana perspektywa randki, wpadnie pod auto? Przyjaciele ruszą oczywiście na pomoc, ale będzie ich to wiele kosztowało. Czy Markowi uda się w końcu zmienić w stado nietoperzy, czy może Pan Andrzej znów nas zaskoczy?
„Ostatni krew” – cóż. Zbiór zaczął się rewelacyjnym powiadaniem i takim też się zakończył. Doprawdy majstersztyk.
Ogólnie pozycje oceniam bardzo wysoko. Dzieje warszawskich bytów bionekrotycznych wciąga, jak narkotyk, a przy okazji bawi, uczy i rozładowuje napięcie. No dobra – nadal nie wierzę w zombie, ale jeśli istnieją, to „Ostatnia krew” jest najlepszym opowiadaniem z obu zbiorów.
Oczywiście, jak to w Fabryce słów – świetna oprawa, dobra korekta, interesujące ilustracje Andrzeja Łaski. Podobały mi się bardziej, niż w „Wampirze z M-3”.
Raczej nie jest to książka, do której się wraca, chociaż kto wie – może do niektórych opowiadań kiedyś powrócę. Zdecydowanie jednak warto ją przeczytać. Pilipiuk udowadnia, że jeszcze nie skończyły mu się świetne pomysły. Ciekawe, czy napisze coś jeszcze o Marku, Igorze i Gosi…

poniedziałek, 10 czerwca 2013

Oko Jelenia. Droga do Nidaros - Andrzej Pilipiuk

Wydawnictwo: Fabryka słów
Lublin 2008
Cykl: Oko Jelenia, tom I
Oprawa: miękka
Liczba stron: 399
Ilustracje: Rafał Szłapa
ISBN: 978-83-6050-67-0



Zaczyna się jak u Hitchcocka. W dodatku nie od trzęsienia, lecz od całkowitej zagłady Ziemi. A potem… napięcie wciąż rośnie. 
Występują:
* Kosmiczni Nomadzi, którzy rąbnęli 5 milionów książek razem z opakowaniem, czyli gmachem Biblioteki Narodowej
* Przypadkowi turyści przeniesieni w czasie, ze swoich światów wrzuceni na dno średniowiecznego slumsu. Muszą przeżyć. I wypełnić misję – odnaleźć Oko jelenia. A najpierw ustaliwszy, co to, u diabła, jest!
* XVI-wieczni hanzeatyccy kupcy z duszą wojowników i explorerów.
Zapinamy pasy. Biuro Podróży Pilipiuk Travel zaprasza na kolejną wyprawę w czasie i przestrzeni. W programie: survival na lądzie i morzu, akcja do utraty tchu.

Tymi słowami zachęca nas tylna okładka pierwszego tomu sześcioksięgu "Oko Jelenia". Czy można nie ulec, jeśli dodamy do tego piękną oprawę graficzną w wydaniu Fabryki słów i nazwisko autora, które jest żywą reklamą każdego spłodzonego przez niego tekstu? Chyba nie można...
Zacznijmy jednak od początku, tak po Bożemu. Podróż z Pilipiuk Travel zaczyna się... właśnie od kompletnej i absolutnej anihilacji Ziemi, która weszła (jak to możliwe, że nikt tego wcześniej nie zauważył???) w kontakt z rojem meteorów antymateryjnych. No to jazda! Nie ma już naszej planety, bo co z tego, że jeszcze niby jest, skoro bez wątpienia za parę godzin zmieni się w bryłę lodu i taka pozostanie przez najbliższe kilka milionów lat? Jeśli dobrze pójdzie, bo może nawet i dużej. Kto liczy teraz na jakieś cudowne ocalenie w stylu "Armageddonu, czy innego hollywoodzkiego "dzieła" ten się przeliczy. Przyjmijcie do wiadomości – Ziemi nie da się uratować! Koniec! Kaput! Amen!
O czym więc tu pisać, skoro nie ma czwartej planety od Słońca? Otóż pojawiają się niespodziewanie pewne dziwaczne stworzenia z kosmosu, a właściwie to jeden ich przedstawiciel, zwany Skratem. Porywa sobie gmach Biblioteki Narodowej w Warszawie, razem z całym jej księgozbiorem. przyuważają to natomiast dwaj warszawiacy – nauczyciel informatyki i uczeń liceum. Cóż zrobią? Ano, trzeba się ratować! Za jaką cenę? Zgodzą się zostać niewolnikami owego Skrata, byleby tylko przeżyć. No i tu zaczyna się właściwa historia, która ciągnąć się będzie przez całe sześć tomów. W końcu wiemy dobrze, że drogi do domu nie ma. Nie ma powrotu – czas i miejsce, do którego trafią nasi współcześni bohaterowie staną się ich codziennością i będą się z tym musieli pogodzić...
Gdzie się znajdą? Jest Anno Domini 159, gdzieś w Norwegii. Marek, nauczyciel, budzi się nagle i... rozmawia sobie z łasicą. Trochę go to z początku dziwi, ale jakoś dość szybko sobie z tym problemem radzi. Podobnie nie będzie miał większych problemów z tym, że rozumie obce języki, a nawet całkiem biegle się nimi posługuje. Gdzie jest Staszek? Nie ma... Może nigd nie będzie. Nie wiadomo. Za to Ina, łasica, która też jest niewolnicą Skrata, przekazuje mu zadanie do wykonania – udać się do Nidaros (gdziekolwiek to jest), odnaleźć Alchemika Sebastiana (ktokolwiek to jes) i następnie Oko Jelenia (cokolwiek to jest). Wow! Więcej niewiadomych, niż informacji. Jest jeszcze coś – gdzieś w jakiejś jaskini nieopodal ktoś na niego czeka. To mówiąc, Ina znika, zapowiadając, że zjawi się, by go z zadania rozliczyć.
Rzeczywiście, na Marka czeka Helena, szlachcianka, którą Skrat w ostatniej chwili wyrwał z kozackich rąk w czasie powstania styczniowego. Jak dogada się informatyk z XXI wieku z taka dobrze ułożoną panienką z czasów zaborów i zrywów narodowościowych? Początkowo to mala katastrofa, ale że Hela okazuje się nad wyraz inteligentna, dojrzała i co chyba najważniejsze – ma otwarty umysł – sytuacja się polepsza. No dobrze, by się polepszyła, gdyby nie zostali brutalnie rozdzieleni. Przez kolejne około trzysta stron będziemy śledzili ich przygody symultanicznie.
O fabule nic więcej. Przeczytacie, poznacie, spodoba Wam się. teraz kilka słów o innych kwestiach. Bohaterowie. Ciekawi, choć trudno powiedzieć, że nietuzinkowi. Raczej zwykli przedstawiciele swych czasów. Marek – nie potrafiący rozpalić ognia bez zapałek, Staszek, który ie bardzo lubił szkołę, Hela – dobrze wychowana panienka ze szlacheckiej rodziny, która – jak na takową przystało – pragnie wyzwolenia swej uciemiężonej pod zaborcą Ojczyzny. Ot, nic nadzwyczajnego. i to właśnie jest fantastyczne u Pilipiuka. Ponieważ możemy się z tymi ludźmi identyfikować. Cóż, jak wielu z Was potrafi rozpalić ognisko za pomocą krzesiwa, umyć się dobrze bez mydła i skombinować sobie jako taki przyodziewek, miejsce do spania i – choćby i sezonową – robotę, ie mając doświadczenia, funduszy i znajomości? Ja nie umiem. Ok – maja pewne dość znaczące udogodnienie. W trakcie akcji przywracania im ciał, czy jakkolwiek Skrat to robi, wszczepiono im znajomość obcych języków. Bez problemu więc dogadają się po norwesku, duńsku, czy niemiecku, pojmą modlitwy odmawiane po łacinie, a nawet i po ormiańsku sobie pogawędzą. Bez tego byłoby rzeczywiście ciężko i chyba bardzo nieznośnie. Jeśli dodać do tego pewne wspomnienia, którymi została obdarowana Hela, a które należały do dziewczyny z pewnością urodzonej dobrze pięć dekad od jej śmierci... Ale i tak nie jest łatwo. i to właśnie te potyczki codziennego życia, z którymi przyjdzie im się zmierzyć są najciekawsze, najważniejsze dla kształtowania się ich osobowości, a także całej fabuły.
Powieść biegnie kilkutorowo. jaj już zaznaczyłam w większości Marka i Helenę oglądamy osobno. Przy okazji warto zwrócić uwagę, że PIlipiuk zastosował bardzo ciekawy zabieg – fragmenty dotyczące nauczyciela informatyki są opowiedziane w narracji pierwszoosobowej. Wyróżniają się dzięki temu, są bardziej osobiste, a jednocześnie dają pewność, że autor tych wypowiedzi, nie zginie. To chyba jedyny pewnik, ponieważ co do reszty bohaterów nie da się niczego przewidzieć – olbrzymi plus. Nie można jednak zapomnieć o tym, że podróżnicy w czasie i przestrzeni to nie jedyne ważne osobistości pierwszego planu – bo o drugim i trzecim nie będę już wspominać. Hanza. Kto coś wie o hanzie? Chyba trochę mało się o niej uczyliśmy na lekcjach historii. Jak zresztą zauważa Pilipiuk w jednym z dialogów – historycy uwielbiają bitwy, wojny, wodzów i krew, a rzadko opowiadają o zwykłej codzienności, która była udziałem miliardów ludzi. Prawda. Cóż więc z tą Hanzą? Mamy Mariusa Kovalika i Petera Hansavritsona. dzięki nim poznamy politykę i gospodarkę ówczesnego świata, a jednocześnie dowiemy się odrobinę więcej o tajemniczym Oku Jelenia. Jednakże nie liczcie na to, że ci dwaj panowie wniosą wiele w pierwszym tomie – jestem przekonana, że Autor zostawia ich sobie na deser i smakowicie nas jeszcze zaskoczy. wszakże przed nami jeszcze pięć tomów sagi.
Świetne są fragmenty, w których Staszek próbuje wymyślić biznes, pozwalający naszym bohaterom przeżycie (najlepiej na dobrym poziomie) i wprowadzenie unowocześnień w codziennym życiu szesnastowiecznej ludności. Nie bawimy się w żadne zasady dotyczące niezmieniania historii. Żadnych efektów motyla, paradoks dziadka, ani nic takiego. Na szczęście, bo to by mogło być nudnawe. Bohaterowie zdają sobie sprawę, że ich przyszłość nie istnieje. Świat, do którego trafili nie jest jakąś przeszłością – to ich tu i teraz. Możemy ja nazwać alternatywną historią. a więc to oni ja współtworzą, dlaczego więc nie wykorzystać wiedzy, która posiadają? Nie zbudują reaktora atomowego, ani nawet kolei żelaznej, ale takie rzeczy, jak mydło, czy wełniane swetry we wzory może by się sprawdziły? Dyskusje są zabawne i na poziomie, szczególnie, że wyłuskują wszystkie błędne założenia i wady pomysłów. Nie da się do nich przyczepić.
Jedyne, do czego można mieć pewne zastrzeżenia, to wiedza, którą dysponuje Marek. Nie wierzę, że nauczyciel informatyki, który do liceum poszedł dlatego, że lepszej pracy jako programista po prostu nie dostał, ma tak rozległą wiedzę historyczną, archeologiczną i społeczną. Coś mu ktoś mówił, coś opowiadał znajomy, coś gdzieś przeczytał i... zawsze mu się to przypomina w odpowiedniej chwili. Hela przynajmniej ma wszczepioną pamięć innej dziewczyny, a Marek? Cóż, może Piliiuk lepiej to wyjaśni w drugim tomie.
Fantastyczną sprawą są nazwy miejsc, które brzmią iście bajecznie. Nidaros, Visby... Gdzie to, co to? Czy to w ogóle nasze universum? Okazuje się, że owszem, a Nidaros to dawna nazwa Trondheim, z czasów, kiedy w Norwegii panował jeszcze katolicyzm. Bo w tej powieści bardzo duże znaczenie ma walka religijna. Trwa reformacja, katolicy się bronią, spotykają po lasach, jaskiniach, w sekrecie, a jednak są wyłapywani, skazywani bez sądu i paleni na stosach ku przestrodze innych. Tak więc tajemniczy różaniec, na którym widnieją wyryte nazwy czterech miejscowości (Nidaros, Visby, Bergen i Nowgorod) znaleziony przez Marka może mieć kluczowe znaczenie dla ich przygód.
Zmiana mentalności, jaka dokonuje się na przestrzeni lat i pokoleń, tak różne spojrzenie na codzienność, ot, choćby religijność dziewiętnastowiecznej panienki i ucznia z XXI wieku... Wszystko to jest niezmiernie istotne w powieści Pilipiuka, tworzy zgraną całość, pobudza do myślenia, do zadawania pytań, do rozważenia, jak my byśmy się zachowali, gdybyśmy zajęli miejsce bohaterów tej historii.
Dwa błędy na czterysta stron. Redakcja świetnie sobie poradziła. Genialna okładka, która niemal krzyczy do na – weź mnie i otwórz! Czytaj! Do tego piękne ozdobniki graficzne na każdej stronie, karty lekko pożółkłe, jakbyśmy czytali starą kronikę, spisaną właśnie przez Marka i jego przyjaciół, która dotrwała do naszych czasów, tuż, tuż przed zagładą, która nas bezsprzecznie lada moment czeka. Świetne wykonanie.
Za taka podróż, jaką oferuje nam Pilipiuk Travel warto zapłacić te – w zaokrągleniu – 240 PLN. I zdecydowanie przeczytać, kiedy tylko seria wpadnie nam w łapki. Ja wkrótce zabieram się za ciąg dalszy – muszę jeszcze tylko zdobyć drugi tom (trzeci czeka już na półeczce).

piątek, 10 maja 2013

Operacja Dzień Wskrzeszenia - Andrzej Pilipiuk

Wydawnictwo: Fabryka słów
Lublin 2011
Oprawa: miękka ze skrzydełkami
Liczba stron: 491
Ilustracje: Grzegorz i Krzysztof Domaradzcy
ISBN: 978-83-7574-487-3


W 2012 roku terroryści wdarli się do jednej z tajnych jednostek wojska polskiego i wystrzelili cztery nasze rakiety. Rozpoczęła się krótka wojna atomowa, która pogrążyła świat w chaosie. Ci, którzy przetrwali same naloty i nie umarli z powodu choroby popromiennej – a jest ich niewielu – żyją w ciągłym strachu, co przyniesie jutro. Nikt nie wiedział, że Polska posiadała taką broń. Teraz – dwa lata po wybuchu konfliktu – nikt nie wie, że istnieje w Warszawie równie tajna jednostka, na stanie której znajduje się... wehikuł czasu.
Poprzednim grupom się nie powiodło. teraz czas na kolejną czwórkę młodych ludzi. Magda, Paweł, Filip i Sławek oraz ostatni z poprzedników, Marcin mają wykonać niepospolite zadanie. Udadzą się do Warszawy sprzed wojny... pierwszej wojny. Konkretnie do ostatnich lat XIX wieku. Cel? Przodek Pawła Citko – prezydenta RP, od którego wszystko się zaczęło. Zabić? Nie, Pilipiuk i jego bohaterowie są znacznie bardziej subtelni. Wystarczy przecież, by jego praradziadek stracił możność posiadania potomstwa i wszystko wróci do normalności. Nie będzie atomówek, nie wybuchnie wojna, nie zginie 90% ludzkiej populacji, a oni sami znów będą mieć rodziny, przyjaciół, swoje życie.
A co z paradoksem dziadka? Co z efektem motyla? Problemy mnożą się na pęczki. Cóż, gdyby zadanie było proste, to poradziłaby sobie z nim jakaś z wcześniejszych grup czasonautów.
Czego możecie się spodziewać po lekturze "Operacji Dzień Wskrzeszenia"? Wartkiej akcji, ciekawych bohaterów, nietuzinkowych pomysłów, fantastycznie i pieczołowicie przedstawionego świata, dawki humoru – czasem wisielczego, ale nie dałoby się inaczej w zaistniałych okolicznościach –  oraz dużo, dużo historii. Czyli dokładnie tego, co Tygryski mojego pokroju po prostu uwielbiają. Na dodatek powieść czyta się bardzo szybko, właściwie połyka się kolejne stronice, zupełnie zapominając o tym, że przecież mieliśmy jedynie doczytać stronę, czy rozdział. 
Warszawa pod carskim zaborem, samowary, pełne niespieszących się donikąd spacerowiczów Łazienki, dorożki i ochrana. Przede wszystkim zaś paskudny kapitan Nowych, który odkrył, że do Kraju Przywiślańskiego przybywają podróżnicy z przyszłości. Później natomiast kolejny skok i epidemia dżumy, szubienice i grzebanie trupów. Czegóż więcej chcieć od przygody? Pięknego języka, który zachwyca, opisu krajobrazów, strojów, twarzy, budynków i posiłków? Ok – wszystko to tu jest. Czego jeszcze? Dziewczyny, która uratuje świat? Cóż, tego wam nie zdradzę, ale od początku niemal wiadomo, że tylko jeden z czasonautów dokona tego wielkiego czynu, powróci do przyszłości i będzie pamiętał historię, którą z zmienił. Czy będzie to Magda? Musicie przeczytać, by się dowiedzieć. Szczególnie, że nie każdy jest tym, na kogo z początku wygląda...
"Operacja Dzień Wskrzeszenia" to także nostalgiczna podróż po Warszawie, której już dzisiaj nie ma. Takiej, jaką mogli ja pamiętać nasi dziadowie i pradziadowie. Tajemniczej, ciemnej (latarnie gazowe), pełnej wschodnich elementów. Z całą masą pieszych, dorożek i pojawiającymi się raz po raz kozackimi patrolami. Urzekającej swym pięknem, ale również bardzo niebezpiecznej. Z ochraną bowiem nie było co zadzierać, a naszym bohaterom nie udało się uniknąć kontaktu z wszechwiedzącą tajną policją polityczną
Jak wypadnie połączenie nowoczesnej technologii i gadżetów, jak z filmów Bonda z dziewiętnastowiecznym miastem nad Wisłą? Przepysznie! Pilipiuk potrafi nawet zachęcić do chodzenia do szkoły, a tego się jego bohater z pewnością nie spodziewał.
Błędów praktycznie nie znalazłam, redakcja spisała się na medal. Podobają mi się ilustracje, które są klimatyczne i ładnie wpisują się w treść opowieści. Z resztą zachęca już i intryguje sama okładka.
Zaskakujące zmiany akcji, niepospolite charaktery i misja, która może odmienić oblicze naszego świata, przyprawione humorem i polane sosem wiedzy historycznej.Lektura nie tylko dla miłośników prozy fantastycznej, czy twórczości samego Pilipiuka. Po prostu – genialna powieść!

wtorek, 2 kwietnia 2013

Wampir z M-3 - Andrzej Pilipiuk

Wydawnictwo: Fabryka słów
Lublin 2011
Oprawa: miękka ze skrzydełkami
Liczba stron: 330
Ilustracje: Andrzej Łaski 
ISBN: 978-83-7574-223-7





Znów zachwycona, znów opiewająca wielki talent Andrzeja Pilipiuka, jego lekkie pióro, humor i grację? Cóż, mogę wydawać się nudna, nic jednak na tonie poradzę. „Wampir z M-3” zauroczył mnie, jak wszystkie dotychczas czytane przeze mnie pozycje tego autora.
Wampiry w komunistycznym społeczeństwie? Zabobon w ateistycznej Polskiej Rzeczpospolitej Ludowej? Rany, to mógł wymyśleć rzeczywiście jedynie Pilipiuk! Wymyślił i pokazał – jak zawsze – w genialny sposób.
W czasie, kiedy papier toaletowy jest papierem deficytowym, ludność stoi za kawałkiem mięsa długi, długie godziny, a mięsiwo wydawane jest na kartki, kiedy w Pewexie można zakupić (za dolary) gruzińską herbatę, a na bazarze Różyckiego turecki dżins – do pewnej warszawskiej szkoły uczęszcza Gosia Brona. Kocha się w piosenkarzu Limahlu i wcale jej to nie przeszkadza tkwi w niezbyt fortunnym związku z kolegą z klasy, Konradem. Dodajmy do tego jeszcze jej głupkowatego brata Radka, który – o dziwo – jest studentem, ojca w partii i babcię, która całymi dniami siedzi w swoim pokoju i można by ją dzisiaj nazwać prawdziwym moherem. Ciekawe? O, ciekawe to się zacznie dopiero, kiedy Gosia odbierze sobie życie i przemieni się w wampira – czy raczej, wampirkę.
Pilipiuk świetnie radzi sobie z wampiryzmem – nawiązując do tak ważnych w obecnej chwili dla kultury masowej pozycji, jak „Zmierzch”, czy „Czysta krew”. Nie pomija także swego własnego Jakuba Wędrowycza, pamięta o Harrym Potterze i Van Helsingu. Wyobraźcie to sobie? Prawdziwy czerwony dywan oskarowy dla postaci dziwnych i paranormalnych! Co ciekawe, w odróżnieniu od wizji wampira, która jest promowana w ostatnim dziesięcioleciu – wampiry w wersji Palowskiej nie czują popędu seksualnego, co okazuje się osobistą małą tragedią dla nastoletniej Gosi, która w tym czasie próbuje pomóc nowym przyjaciołom odnaleźć tajemniczą księgę pod tytułem „Necronomicon”, która ma przypomnieć wampirom o ich wielkiej sile.
Przygody głównej bohaterki i jej ferajny są przezabawne, a jednocześnie pokazują społeczeństwo lat osiemdziesiątych ubiegłego stulecia. Warszawę tuż przed zmianą systemu właściwie. Tak inną do tej, którą mi przyszło poznać w ostatnich latach. Pilipiuk bawi się konwencją i bohaterami, a także postaciami, które gdzieś, kiedyś pojawiły się już w jego twórczości oraz z legendami, baśniami, historiami, które opowiadali sobie nas ojcowie. Spotkamy tu więc i historię czarnej Wołgi, która porywa dzieci i Van Helsinga, który poluje na wampiry (no i, oczywiście, Jakuba Wędrowycza). Jeden z wampirów niemalże zostanie wysłany na ziemską orbitę gdyż PRL – chcąc pokazać światu swą siłę – buduje rakietę kosmiczną na podstawie… opowieści Stanisława Lema! Jeden z wampirów natomiast to… pierwowzór Pana Samochodzika.
„Wampir z M-3” to historia, jakich wciąż mało i szkoda strasznie, że liczy sobie zaledwie 330 stron. Gdyby miała dwa razy tyle z pewnością cieszyłabym się bardziej. Gorąco jednak polecam, ubawicie się po pachy, a przy okazji dowiecie kilku nowych ciekawostek a propos nieumartych. Jest to książka lekka, którą czyta się szybko, zabawna, a zarazem tocząca ciekawą dyskusję z modą na wampiry z Zachodu. Bo któż, jeśli nie Polak, mógłby wymyśleć, że hrabia może się przyjaźnić z komunistą, skoro oba żyją już obok siebie od około stulecia?
Powieść, czy też zbiór opowiadań, bo trudno tak właściwie stwierdzić, czym jest „Wampir z M-3” bardzo gorąco polecam, nie tylko fanom twórczości Wielkiego Grafomana. Jedyne zastrzeżenie, jakie mam do tej pozycji to znajdujące się w środku ilustracje, które z pewnością miały być zabawne, a jednak… cóż, mi do gustu nie przypadły Zdecydowanie najgorsze ze wszystkich wydanych przez Fabrykę słów pozycji tegoż autora.