Fragment mojej recenzji został umieszczony na okładce powieści "Skazaniec. Z bestią w sercu" Krzysztofa Spadło


Moja recenzja została zamieszczona na okładce powieści "Wojownicy. Odwet Wysokiej Gwiazdy" Erin Hunter

Fragment mojej recenzji „Korony śniegu i krwi” został umieszczony na okładce powieści Elżbiety Cherezińskiej – "Niewidzialna korona"

Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Wyd. ZNAK. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Wyd. ZNAK. Pokaż wszystkie posty

sobota, 13 listopada 2021

Dom Holendrów – Ann Patchett

Wydawnictwo: ZNAK
Warszawa 2021
Oprawa: twarda
Liczba stron: 336
Tytuł oryginału: The Dutch House
Przekład (Z j. angielskiego): Anna Gralak
ISBN: 978-83-240-7335-1
 
 



Spodziewałam się literackiej uczty, jako że to nie moje pierwsze spotkanie z Ann Patchett i się nie zawiodłam. Jej "Dom Holendrów" jest równie dobry jak "Dziedzictwo". A może nawet lepszy.

Gdybym miała w jednym zdaniu, czy nawet jednym tylko akapicie opisać, o czym jest ta książka, z pewnością by mi się nie udało. Jest w niej bowiem tyle różnych wątków, tyle symboliki, tyle wiążących się ze sobą kwestii, wydarzeń wynikających z siebie nawzajem. Powieść po prostu zachwyca wielowątkowością, w której jednak nie sposób się pogubić, co jest zadaniem dla autora niezwykle trudnym. Widać od razu, że warsztat Patchett ma doskonały.

Już na pierwszy rzut oka urzeka okładka i jest ona niesamowicie osadzona w treści. Prawdziwą przyjemność sprawiło mi szukanie, z czego wynikają poszczególne jej elementy. Myślę, że wiele osób ma w tej kwestii podobne odczucia. 

Narratorem powieści jest Daniel. Opowiada o życiu swoim i swej rodziny. Osoby, z którymi miałam okazję rozmawiać o książce uważają w większości, że główną bohaterką jest Meave, jego starsza siostra. Ja jednak nie jestem taka pewna. Postaci nietuzinkowych i niezmiernie ważnych dla całej fabuły jest tu bowiem wiele.

Akcja rozgrywa się na przestrzeni kilku dekad, w Stanach Zjednoczonych. Jest to bez wątpienia rodzinna saga, obfitująca w niesamowite zwroty akcji, tak jednak bogata w przemyślenia, tak głęboko osadzona w ludzkich tragediach, że nie sposób porównać ją do popularnych sag, w których jednak pierwsze skrzypce wiedzie akcja i romans. Tutaj najważniejsze zdają się psychologia i socjologia. 

Wracając jednak do akcji i postaci. Matka Daniela i Meave odchodzi z domu, gdy chłopiec jest jeszcze mały. Nie do innego mężczyzny. Czuje, że musi wyruszyć do Indii, nieść pomoc potrzebującym. Dlaczego nie postrzegamy tego jako coś pozytywnego? Cóż, kobieta opuszczająca własne dzieci, małe dzieci po to, by zajmować się obcymi dziećmi jest postacią przynajmniej dyskusyjną. Próba jej oceny, wyjaśnienia jej wyborów, w końcu być może zapomnienia krzywd i wybaczenia przewija się przez całą powieść.

Choć fabuła "Domu Holendrów" jest wciągająca, to nie ona stanowi o wartości książki i dlatego nie będę jej opisywać. Zresztą nie chciałabym psuć Wam przyjemności z lektury. Zwrócę jednak uwagę na kilka kwestii, które szczególnie dotknęły mojego serca i zapadły mi w pamięć.

Należy pamiętać w czasie lektury, że oczekiwania wobec mężczyzn i kobiet w tamtych czasach (akcja rozpoczyna się zaraz po zakończeniu wojny i rozwija przez kolejne dekady) były zupełnie inne niż teraz. Caroline pragnęła zostać żoną lekarza. Było to dla pewną niej nobilitacją. Nie powinniśmy jej za to źle osądzać, wiele kobiet chciało dobrze wyjść za mąż. Mąż miał być stabilizacją, dać bezpieczeństwo, dom, pieniądze. kobieta miała opiekować się mężem, dziećmi i domem. Takie były wobec nich oczekiwania. Czy właściwe? Nie mnie to oceniać. Rzecz w tym, że z naszej współczesnej perspektywy lubimy oceniać decyzje ludzi żyjących kiedyś, a potem bohatera nie lubimy za to, że robił coś, co w danym okresie było postrzegane za normalne, zdrowe, zgodne z modą czy wręcz doceniane jako wartość wyższa od innych. W bardzo subtelny sposób, między wierszami, Patchett nam to wypomina.

Maeve jest dla Danny'ego niczym matka i Caroline w pewnym momencie tak ją traktuje, jak upierdliwą teściową, na niej się może wyżywać, a kiedy jej zabraknie, nie ma już na kogo zwalać win za nieudane małżeństwo i w końcu się ono rozpada, bo całe negatywne nastawienie zostaje skierowane przeciw Danielowi.

Matka Daniela i Meave z kolei wprowadza nas w temat oddania się potrzebującym kosztem własnej rodziny. Trudno jednoznacznie orzec, czy to postać pozytywna, czy negatywna. Ja nie potrafiłam się do niej przekonać, choć pewnie znajdą się czytelnicy, którzy odbiorą ją inaczej. Poświęcenie się pracy na różnych poziomach, zarówno matki, jak i ojca jest kolejnym ważkim wątkiem w tej opowieści. Ciekawe, że ojca oceniamy surowo, ale dla matki nie mamy litości. Czy to uczciwe?

To także powieść o potrzebie rozmowy, o niespełnieniu, o życiu przeszłością (często wręcz traumatyczną, naznaczoną bólem i żalem), w końcu właśnie o matce marnotrawnej, o czym wspomniano na tylnej okładce.

Bohaterem jest poniekąd również, czego można się domyślać po tytule, sam dom. Amerykanie wciąż się przeprowadzają, za pracą, za rodziną, za nowymi możliwościami, a ten dom pokazywał, że wszystko może być mocno osadzone i niezmieniane przez pokolenia. Tak, jak często w domach starszych Polaków. Różnice kulturowe są tu mocno widoczne. Dom był zupełnie inny od tych, które bohaterowie znali, ma przeszklony na wylot hall, ma salę balową na piętrze, aż trzy kondygnacje, mnóstwo schodów. Jest nietypowy zarówno dla budownictwa amerykańskiego, jak i holenderskiego, a niemałe znaczenie mają również jego elementy zdobnicze, przywiezione na specjalne zamówienie wcześniejszych właścicieli z samej Europy, która zdaje się być jakąś wyjątkową krainą (nawet zaraz po wojnie). Dom możemy też rozumieć znacznie szerzej. Jako azyl. Dom naszego dzieciństwa, niezależnie od trudnych chwil, które przecież każdemu się przytrafiają, często bywa tą przystanią, którą z rozrzewnieniem wspominamy, do której chcielibyśmy wracać, która jest jakimś wzorem, do której dążymy. Pojawia się w powieści również ciekawy wątek swoistego domowo-samochodowego stalkingu (więcej nie zdradzę, przeczytajcie sam, co kryje się pod tym pojęciem).

W domu Holendrów bliższe kontakty mają członkowie rodziny ze służbą niż z sobą nawzajem. Czy to znak czasów? Absolutnie nie. To oznaka straszliwej nieumiejętności nawiązania naprawdę głębokich kontaktów. Uciekania przed problemami. Nie mówienia o swoich potrzebach. "Dom Holendrów" to bowiem chyba przede wszystkim powieść o tym, że musimy nauczyć się rozmawiać. Bez rozmowy nie da się budować relacji. Brak rozmów w związkach doprowadził do tego, że bohaterom wciąż było czegoś za mało, albo wciąż za dużo. Pojawiało się i rozwijało totalne niedopasowanie między nimi. Nawet gdy pragnęli się nawzajem uszczęśliwiać, nie wychodziło im to i napięcie między nimi oraz przepaść rosły.

Zresztą książka ta przesiąknięta jest też subtelnie i delikatnie ukazywanymi symbolami. Symbolem takim jest noga ojca rodziny. I to na różnych płaszczyznach.  Dom z wieloma schodami. Samochód jako swoisty azyl. Portret Meave.

To w końcu, co najmocniej widać w przypadku samego Daniela, powieść o szukaniu siebie, swojej drogi w życiu. Można to górnolotnie nazywać misją czy powołaniem, ale chodzi też o takie zwyczajne miejsce w społeczeństwie. Poszukiwanie tego, kim jestem, czego właściwie chcę, czego oczekuję od innych, z jakimi oczekiwaniami mogę i powinienem się mierzyć co do mojej osoby. I w końcu jak pogodzić sprzeczne oczekiwania, co dla Daniela i Meave było kwestią mającą reperkusje przez całe ich życie i aż dziw, że mimo to byli z sobą tak zżyci i mieli tak dobry kontakt.

W czasie lektury brakowało mi chyba jakiegoś bohatera stricte pozytywnego, wszyscy oni są mniej lub bardziej tragiczni. Chyba najbardziej pozytywna jest Meave, choć przecież widzimy bardzo dokładnie jej ciemną stronę, która w dużym stopniu przesądza o dalszych losach jej i Daniela, a nawet pozostałych członków tej trochę patchworkowej, jak byśmy dzisiaj powiedzieli, rodziny. Zemsta na macosze, którą sobie dokładnie zaplanowała jest czymś, co trudno jednoznacznie ocenić. Choćby dlatego, że o tamtej kobiecie tak niewiele wiemy. Skąd przybyła, co się stało z jej poprzednim mężem, jakie miała pobudki poza "dobrym zamążpójściem", by wżenić się w tę rodzinę. Jednocześnie przecież widzimy, że ojciec Daniela i Meave nie potrafił z nikim zbudować dobrej relacji. Ani z kobietą, która nie umiała postawić w domu na swoim, ani z taką, która tym domem de facto rządziła. Jego żony różnią się od siebie diametralnie, a z żadną z nich nie umiał by szczęśliwy. 

Powieść czyta się rewelacyjnie, właściwie połyka się książkę, a jednocześnie tak wiele myśli się jej poświęca. Minęły już trzy miesiące od lektury, a ja wciąż do niej wracam myślami. Jest bardzo mocna, dotyka na wielu różnych poziomach i zmusza do przedefiniowania pewnych pojęć, do zastanowienia się nad tym, jak żyjemy i dlaczego nieraz coś nie wychodzi tak, jak byśmy tego pragnęli. Choć opowiada historię sprzed lat jest niesamowicie aktualna. Polecam z całego serca!

 

 




Książkę przeczytałam w ramach Dyskusyjnego Klubu Książki

czwartek, 21 października 2021

Gorzko, gorzko – Joanna Bator

 

Wydawnictwo: ZNAK
Warszawa 2020
Oprawa: twarda
Liczba stron: 656
ISBN: 978-83-240-610-37
 
 



Po "Ciemno, prawie noc" miałam bardzo długiego kaca. Trwał, bagatela, siedem lat! No dobrze, przyznaję, że kilka razy myślałam o tym, że chciałabym przeczytać jakąś kolejną powieść spod pióra Joanny Bator. Myślałam, szukałam, ale wciąż coś mnie od tego pomysłu odwodziło. Zdawałam sobie sprawę, że sporo bym ryzykowała. Bo to literatura, choć najwyższego kalibru, bardzo ciężka, zapadająca w pamięć raczej mrocznymi elementami. Odmalowana w barwach, które – szczególnie w dzisiejszych, pandemicznych czasach – staram się omijać. Stało się jednak, wybraliśmy "Gorzko, gorzko" jako jedną z naszych lektur w ramach Dyskusyjnego Klubu Książki. Czy żałuję?

Akcja powieści rozgrywa się, co nie powinno dziwić, czego można się było spodziewać po tej autorce, na Śląsku. Osadzona jest głównie w Unisławiu Śląskim, Wałbrzychu, Wrocławiu i Sokołowsku. Sam fakt "pojawienia się" na tej liście Wałbrzycha wróży, że będzie nieco przygnębiająco, trochę strasznie, gorzko właśnie. Tak od niemal dwóch dekad postrzegam to miasto i zawsze, gdy pojawia się w jakiejś książce, nastawiam się na smutne sceny, szare barwy, biedę. W "Gorzko, gorzko" Bator tak go zresztą maluje. Podobnie było w "Ciemno, prawie noc". I niewiele różni się tutaj również klimat Unisławia Śląskiego. Zupełnie innym światem, powiewem modnego Zachodu, zdaje się być niczym jakiś symbol, azyl dla wolnych, niebieskich ptaków, Wrocław. Miasta w tej powieści są również bohaterami, może nie pierwszoplanowymi, ale niezmiernie istotnymi. A to, co się w nich dzieje jest niejako potwierdzeniem swoistych uprzedzeń co do nich. Wrocław jest piękny, barwny, nowoczesny, można w nim poczuć wolność. Wałbrzych to miejsce szare, nierozwijające się, zastygłe w marazmie i beznadziei.

"Gorzko, gorzko" to rodzinna saga, ale saga jakże inna od tych najpopularniejszych. Wyróżnia ją galeria barwnych postaci, z których każda jest niepowtarzalna. Nie można ich ze sobą pomylić.  Berta, Barbara, Violetta, Kalina. Młody, Mirek, Bazyl, Jakub. Rodziny Koch i Serce. Już sam sposób nadawania imion postaciom jest niezwykle, rzec można, finezyjny. Każdy z bohaterów ma swój charakter, swój sposób myślenia, działania, a nawet swój własny sposób wysławiania się. Nieumiejętność porozumiewania się przez Barbarę, wynikająca z jej niemieckiego pochodzenia i znalezienia się po wojnie w polskim sierocińcu. Sposób, w jaki mówi Violetta, wciąż zaznaczająca, że "przez V i dwa t". W końcu narracja Kaliny, która czasem mówi o sobie w pierwszej osobie, a czasem w trzeciej, o czym na samym początku czytelników uprzedza. Zabieg ciekawy, w pierwszej chwili wprowadza co prawda trochę zamętu, ale okazuje się bardzo udany. Podobnie w "Pokorze" pisze Szczepan Twardoch i również uważam ten sposób narracji za interesujący i pasujący do tej jego powieści. Wszystkie te elementy współtworzą niezwykle plastyczny, żywy świat, w którym jednak wciąż czai się śmierć.

Złożoność fabuły może niektórych zniechęcić do czytania, jednak naprawę warto zagłębić się w tę niesamowitą powieść. Każde słowo ma tutaj znaczenie. Nie przejdzie system czytania jedyne dialogów. Ani zapoznania się z "biografią" tylko jednej z głównych bohaterek. Ich historie przeplatają się, Bator tworzy sieć zależności, różne sytuacje powtarzają się międzypokoleniowo, wybrzmiewają dopiero wówczas, gdy dostrzeże się ich prawidłowość na przestrzeni wielu dekad. 

Głównymi bohaterkami są Berta, córka rzeźnika, jej córka Barbara, zwana Bunią, jej córka Violetta (przez V i dwa t) oraz jej córka Kalina, narratorka starająca się opisać rodzinne losy. Berta żyła jeszcze przed wojną, gdy Unisław Śląski był niemiecki. Była Niemką. Miała marzenia. Miała czelność mieć marzenia. Czytała, śniła na jawie. Chciała żyć pełnią życia. Jednak wychowana przez ojca, który przyuczał ją do swego zawodu (a niejako "przy okazji" molestował), nie miała wielkich szans na spełnienie swych młodzieńczych, pełnych romantyzmu snów. I wtedy w jej życiu pojawił się Młody. Cygan, który ją uwiódł, dał nadzieję na lepsze jutro, a potem odjechał. Nie wiedząc, że dziewczyna spodziewa się dziecka. Nie to jednak, nie ciąża Berty, doprowadziło do prawdziwej rodzinnej katastrofy.

Barbara przyszła na świat w więzieniu. Berta zmarła, a ona trafiła do sierocińca, który po zakończeniu wojny stał się polskim. I stamtąd, z tego polskiego domu dziecka, zabrali ją państwo Serce. Mieli stać się rodziną, ale nierodzice i niecórka nigdy do końca się nią nie stali. Każde z nich miało swoje traumy do przerobienia i niekoniecznie potrafiło sobie z nimi poradzić. Tragizm tej sytuacji najbardziej zapadł mi w pamięć. Poruszył znacznie mocniej niż inne relacje, które nawiązywali bohaterowie powieści.

Barbara zakochuje się w cudownym mężczyźnie, jednak ich związek szybko się kończy. Mirek do końca jej dni pozostanie symbolem tego utraconego szczęścia, które mogło być, a jednak się nie wydarzyło. Spokoju, poczucia bezpieczeństwa i miłości. Osobiście wcale nie uważam, że był on jakimś wyjątkowo fascynującym pretendentem na partnera z pewnością jednak zacznie lepszym niż człowiek, z którym Barbara się ostatecznie związała na wiele lat. I znów zły wybór potencjalnego ojca dla dziecka.

Violetta jest chyba jedyną postacią kobiecą, której w tej książce czytelnik szczerze nie  lubi. Co ciekawe, o ironio, to również pierwsza w rodzie, która nie popełniła żadnej zbrodni. Owszem, nie potrafiła kochać. Uciekała w związki, ale uciekała przed miłością. Porzuciła własne dziecko, szukając wciąż siebie (i nie mogąc znaleźć, bo trudno jest znaleźć coś, jeśli nie wie się, czego się szuka). Raniła, kombinowała, była samolubna, ale... nikogo nie zabiła.

W końcu Kalina, której imię matka wybrała z powodu jakiegoś artykułu w gazecie. Próbująca jakoś odnaleźć się w świecie nowoczesnym, połatać dziurawe życie swoich przodków, zbudować prawdziwą, głęboką relację z chłopakiem, który jest miłością jej życia. Nie pozwalająca sobie na słuchanie "wrogich podszeptów" na temat ukochanej Buni. Szukająca odpowiedzi na tysiące pytań. Odważna, choć przecież nie mniej od swych przodków poharatana przez życie. 

"Gorzko, gorzko" to jednak nie powieść tylko o kobietach. Bardzo ważne są i męskie postaci. Kreacja Jakuba Serce to najwyższy majstersztyk. Odmalowanie Mirka jako niemal ideału w oczach Barbary, pokazanie Młodego (i w ogóle wprowadzenie Cyganów, jak w "Ciemno, prawie noc"), który w pewien sposób powraca w różnych wcieleniach, Bazyla Ochęduszko, który przewija się w historii kilku pokoleń rodziny, w końcu Konrada, którego osoba na końcu okazuje się zupełnie inna, niż można się na początku spodziewać. Wszyscy ci mężczyźni współtworzą barwny (choć odmalowany w barwach ciemnych) pejzaż świata przedstawionego.

Bator nie boi się pisać o deficycie miłości, o tym jak bohaterowie, poprzez swoje wybory, tworzą łańcuch przyczynowo-skutkowy dla wielu kolejnych pokoleń. A jednocześnie tworzy pewną magię, pewną międzypokoleniową "klątwę", która "każe" kobietom podejmować błędne decyzje, powielać błędy przodkiń, nawet, gdy o nich nie wiedzą. Mamy więc z jednej strony biedę i brak nadziei, szarość dnia codziennego i brak miłości, makabryczne odkrycia i rodzinne zbrodnie, a z drugiej ciepło w kontaktach na linii babcia-wnuczka, jasnowidza, który może wszystko odmienić (i poniekąd w pewnym momencie odmienia), przyjaźń chłopaka i dziewczyny, która trwa przez długie lata. Mamy problem molestowania, próbę odnalezienie siebie za wszelką cenę, przemoc domową, niemoc, traumy wynikające z czasów wojny, problem nieobecności bliskich. Bator nie boi się poruszać trudnych, niewygodnych, bolesnych spraw, ubierając je w wartką akcję, głębokie przemyślenia i często bardzo drastyczne sceny, które w czasie lektury widzimy oczami wyobraźni.

Minusy? Początek, który nie doczekał się żadnego logicznego rozwinięcia i wyjaśnienia. Choć niektórzy widzą w nim jakiś głębszy sens, mam wrażenie, że robią to raczej na siłę. 

Na pewno na kolejne długie lata pozostaną mi przed oczami widoki poustawianych w piwnicy słoików Buni, altanka na Działkach, czy przygotowywanie kiełbas przez Bertę. Chętnie znowu sięgnę do twórczości Bator, ale na pewno nie w tym roku. Jej książki należy sobie dozować.

To powieść smutna, przejmująca, tragiczna, dołująca, sprawiająca ból do trzewi, makabryczna. Opowiedziane historie misternie się przeplatają, zaskakując wciąż nowymi zwrotami akcji. Bardzo długo nie dajemy sobie sprawy np. dlaczego Barbara trafiła do więzienia, choć niemal od początku wiemy, że do tego doszło. W końcu to książka napisana pięknym językiem, który niemalże kontrastuje z... gorzką treścią. Cisną się na język pewne kulinarne przenośnie, pominę je jednak milczeniem. Dlaczego, dowiecie się, kiedy przeczytacie historię, mającą swój początek w domu rzeźnika.

 
 




Książkę przeczytałam w ramach Dyskusyjnego Klubu Książki

czwartek, 22 kwietnia 2021

Dwór rusałek – Dorota Gąsiorowska

 

Wydawnictwo: ZNAK
Kraków 2021
Seria: Dni mocy
Tom 2
Oprawa: miękka
Liczba stron: 608
ISBN: 978-83-240-7190-6
 





 


Gdy zobaczyłam tę okładkę, od razu się w niej zakochałam. Potem przyszła paczka i się przestraszyłam. Raz, że książka ma 600 stron. Dwa, że to drugi tom serii, czego wcześniej nie zauważyłam. Zaczęłam czytać i... zatopiłam się w lekturze. Przeniosłam się na urokliwe uliczki Wilna, o odwiedzeniu którego marzę od dłuższego czasu (mam nadzieję, że może w przyszłym roku się uda). I razem z główną bohaterką wędrowałam pomiędzy litewską stolicą a barwnym, nieco tajemniczym Podlasiem. Była to przepiękna i nad wyraz pouczająca podróż. Chcecie dowiedzieć się, dlaczego? Zapraszam do przeczytania recenzji.

Niekwestionowaną główną bohaterką jest Olga, dziewczyna przed trzydziestką (zabijcie, jeśli się pomyliłam). Wychowana bez matki, przez troskliwego, kochającego ojca, który jednak nie potrafił, mimo ogromu swej miłości, wypełnić tej dziury, którą spowodowała matka, porzucając własne dziecko. Olga jest introwertyczką, mającą bardzo niską samoocenę, czuje się brzydka (choć de facto jest piękną kobietą, równie zewnętrznie). Całe swe szczęście buduje na prowadzonej przez siebie niewielkiej księgarni i związku z ukochanym Daliusem, o którego uczuciu marzyła od dziecka. Względny spokój i stabilizacja, o uzyskanie których po śmierci ojca nie było łatwo, nagle zostają mocno zachwiane. Jej świat trzęsie się w posadach. Olga dostaje wypowiedzenie umowy najmu lokalu i ma zaledwie miesiąc, by zamknąć ukochaną księgarnię – swoje miejsce na ziemi, swój azyl. Na dodatek związek z Daliusem znalazł się w niezbyt przyjemnym miejscu. Coś jest nie tak, tylko Olga jeszcze nie do końca wie co i dlaczego.

Wsiada zatem w samochód i jedzie do wujka, który mieszka na Podlasiu. Wie, że tam znajdzie ukojenie, dobrą radę, miłość. Chwilę wytchnienia, nawet jeśli sporą część weekendu spędzi za kółkiem, wszak musi pokonać łącznie około 800 km (w obie strony). I tak poznajemy kolejne postaci ważne w życiu Olgi. Jej wuja Joachima i jego pasierba Aleksandra. Oraz Nataszę, odnalezioną przed rokiem siostrę Olgi. Choć przez całe życie się nie znały, teraz łączy je głęboka przyjaźń i są ze sobą bardzo blisko.

Akcja się rozpędza się, kiedy w drodze powrotnej do Wilna, Oldze pęknie opona. "Zaatakowana" przez wytarzanego w kupie psa, poznaje Leszka i Lorenę. To oni całkowicie odmienią jej życie. Lori jest osobą z niepełnosprawnością intelektualną. Bardzo zamkniętą w sobie, nieufną wobec nieznajomych. Opuszczoną prze matkę. Być może właśnie to podobieństwo tak je do siebie z Olgą zbliża. Grunt w tym, że Lori do Olgi od pierwsze chwili przylgnie i nie będzie chciała już żyć bez jej ciągłej obecności w pobliżu. To z kolei popchnie Leszka do zaproponowania, bezrobotnej bądź co bądź, Oldze pracy w roli opiekunki Loreny. Pomijam tu cały szereg rozterek, które ma Olga zanim podejmie decyzję i opuści Wilno, przeprowadzając się do dworu na Jesionce. Szczególnie, że wielokrotnie jeszcze będzie tę długą trasę pokonywała, co jest pięknym odzwierciedleniem drogi, jaką przyjdzie jej pokonać w poszukiwaniu samej siebie.

Na 600 stronach książki czeka czytelnika prawdziwa uczta literacka. Powieść napisana jest pięknym językiem. Akcja toczy się wartko. I dwutorowo, o czym za chwilę. Jest barwna, magiczna, tajemnicza, mądra. Gąsiorowska ma dar do plastycznego oddawania tego, o czym opowiada. Widziałam te miejsca, czułam te zapachy, słyszałam śpiew rusałek… W te zimne i deszczowe dni, w które przyszło mi czytać "Dwór rusałek" przeniosłam się na budzące się do życia łąki, płynęłam łódką po lśniącym jeziorze, dotykałam pokrytych rosą czerwonych róż w samym środku lata. I z bohaterami przeżywałam ich rozterki.

Postaci przedstawione przez Gąsiorowską to niesamowity wachlarz charakterów, życiorysów, osobowości. Szczególnie dotyczy to bohaterów współczesnych, ci z przeszłości zdają się nieco bardziej jednowymiarowi. Introwertyczność Olgi stoi w opozycji do charakteru i sposobu życia Nataszy. Bezkompromisowość, podłość i nieumiejętność patrzenia dalej niż na koniuszek własnego nosa matki Daliusa w opozycji do osobowości jego babci, Soni, która jest ciepłą, przyjazną kobietą, zawsze gotową nieść pomoc, uczynną i serdeczną. Bardzo różni są również bracia Leszek i Liam. 

Gąsiorowska porusza wiele ważnych tematów. Nie tylko problem osób z niepełnosprawnością intelektualną (Lori), samotnych osób starszych (Rasa), ale i osób skrzywdzonych w dzieciństwie przez tych, którzy najbardziej powinni je chronić (Lori, Olga, Alicja). To powieść o poszukiwaniu siebie (tutaj też zasługująca na wymienienie bardzo ważna męska postać Liama) i o dojrzewaniu – do trudnych decyzji, do miłości, do zamykania pewnych rozdziałów swego życia, co bywa nieprzyjemne i trudne. To również historia fizycznej podróży w poszukiwaniu rozwiązania rodzinnej zagadki, która jest jednocześnie piękną metaforą, bo często przecież poszukiwanie kolei cudzych losów pozwala nam lepiej zrozumieć siebie. Autorka poruszyła też kwestię wychodzenia ze sfer komfortu, co jest szczególnie trudne dla osób skrzywdzonych i mających niską samoocenę, które zamykają się w swoim "bezpiecznym" świecie. Wszystko to robi jednak taktownie, nienachalnie. To subtelności, które dostrzega chyba jedynie uważny czytelni, bądź taki, który się z tymi problemami na co dzień spotyka. 

W "Dworze rusałek" ogromne znaczenie mają starodawne wierzenia, na co wskazuje już przecież sam tytuł powieści. Wierzenia słowiańskie wplecione są jednak bardzo delikatnie, choć przecież stanowią niejako oś wydarzeń. A gdzieś spomiędzy nich wychylają się do nas postaci z mitologii celtyckiej, które – jak się okazuje – również mają pewien wpływ na akcję (tu bardzo ładnie wpleciony został wątek pochodzenia Liama). Czytelnik cały czas zastanawia się (ja przynajmniej niemal do samego końca zastanawiałam się) na ile rusałki w tej historii są prawdziwe, a na ile to jedynie wytwór wyobraźni i mitologii. Opowieść starej Michaliny i to, co ostatecznie spotyka Olgę zdaje się wyjaśniać te kwestie, za co jestem Autorce wdzięczna – że nie pozostawiła tego wątku otwartego, niedopowiedzianego. 

Teraźniejszość miesza się w tej powieści z przeszłością, wynika z niej, bohaterowie są w przeszłości bardzo mocno osadzeni. Stary dwór, nierozwiązane konflikty z rodzicami, wszystko to sprawia, że od razu dostrzegamy, jak bardzo na człowieka wpływa przeszłość. Zarówno jego własna, jak i jego bliskich. Wspominałam też, że akcja "Dworu rusałek" toczy się dwutorowo. Pewnego dnia bowiem Olga, porządkując staroci na strychu dworu na Jesionce odnajduje stare pamiętniki Rosalie. Nikt jednak w rodzinie nie wie, kim ta tajemnicza dziewczyna była. Rozpoczynają się pełne przygód poszukiwania, które zaprowadzą Olgę do osoby, której z pewnością nie spodziewała się na końcu swej drogi spotkać.  Pamiętnik dziewczyny przedstawi również kolejne tragiczne postaci, jak choćby jej młodszą siostrę, Alicję, odtrąconą przez ojca i obwinianą przez niego za śmierć jego ukochanej żony, która zmarła w połogu. Historia przenosi na do pierwszych lat XX wieku, a jej zakończenie wyciśnie niejedną łzę z Waszych oczu. 

Jeśli mam mieć jakieś zarzuty wobec powieści, to właśnie będą one dotyczyły pamiętników Rosalie. Niesamowite, prawda? Przecież ja kocham pamiętniki! A jednak, tym razem nie uległam ich urokowi. Już spieszę z wyjaśnieniem, dlaczego. Nie przypominają bowiem pamiętników ani dzienników. Olga znajduje dziesięć grubych kajetów. Potem je czyta. Z tego, co widzimy można na upartego doliczyć się trzech. Ale ok, niech będzie. Nie to jest dla nie problematyczne, a fakt, że nie zostały spisane jako wspomnienie Rosalie, pierwszoosobowa relacja z jej życia, ale jako jakby druga minipowieść, przez trzecioosobowego narratora. Szkoda, bo odarło jej to z naturalności. I nie wprowadziło dodatkowych atutów w narracji, które płyną z wykorzystania tego sposobu opisu rzeczywistości.

Pozostaje jeszcze jedno ważne przemyślenie, szczególnie dla nas, czytelników, miłośników książek. Takie klimatyczne miejsca z duszą, jak księgarnia Olgi znikają powoli z krajobrazu. Trochę się do tego przyczynia każdy z nas, kupując w sieciówkach, w Internecie. Bo szybciej, bo taniej, bo większy wybór. a jednak łezka się w oku kręci, kiedy pomyślimy, że za kilka dekad takich miejsc może nie być już nawet w tak dużych miastach jak stołeczne Wilno.

Nie czytałam pierwszego tomu (ani żadnej innej książki Gąsiorowskiej), nie wiem, czy są ze sobą związane, niezależnie jednak od tego, chętnie po niego sięgnę. Z nadzieją, że jest równie dobrą literaturą – dającą oddech, pozytywny przekaz, a jednocześnie zmuszającą do głębokich przemyśleń nad życiem, własną osobowością, drogą, celem...

Szczerze polecam!

 



 
 
 




Książkę przeczytałam dzięki życzliwości Wydawnictwa ZNAK