Fragment mojej recenzji został umieszczony na okładce powieści "Skazaniec. Z bestią w sercu" Krzysztofa Spadło


Moja recenzja została zamieszczona na okładce powieści "Wojownicy. Odwet Wysokiej Gwiazdy" Erin Hunter

Fragment mojej recenzji „Korony śniegu i krwi” został umieszczony na okładce powieści Elżbiety Cherezińskiej – "Niewidzialna korona"

Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Wyd. SOWA. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Wyd. SOWA. Pokaż wszystkie posty

czwartek, 2 października 2014

Lawenda – Ewa Formella


Wydawnictwo: sumptem Autorki
druk: SOWA, 2014
Oprawa: miękka
Liczba stron: 197
ISBN: 978-83-934739-6-0








Do Trójmiasta przylatuje Paul, a właściwie Paweł. Przed laty, jeszcze jako młodzieniec, opuścił Polskę i zamieszkał w Stanach. Jest dziennikarzem i postanowił napisać książkę. Jego bestseller ma traktować o ekskluzywnych prostytutkach.
Nie tego się jednak spodziewał, kiedy znajomy umówił go z panią Magnolią – właścicielką najdroższego domu uciech w Polsce.
Owiany tajemnicą, a jednak znany przez wszystkich ze słyszenia. Można by o nim powiedzieć "miejska legenda". Dom, a właściwie cały kompleks, w którym piękne kobiety dotrzymują mężczyznom towarzystwa. Za duże pieniądze wykonują najstarszy zawód świata. Jak się tam znalazły? Dlaczego postanowiły właśnie w ten sposób zarabiać na przysłowiowy chleb (a może szampana i kawior?)? Paweł powoli poznaje historię Magnolii i Ogrodu, w którym kobiety noszą imiona kwiatów, a tą najbardziej pożądaną i najpiękniejszą jest tytułowa Lawenda.
Trójmiasto, wielkie pieniądze, luksusy, młode i ponętne ciała. W opozycji – pogarda, tajemnice, zranione serca i dusze. Skłócone, niepełne rodziny. Dzieci, które rzadko widują matki. Rodzice, którzy wyrzekają się swych córek. I malutki promyk nadziei na to, że szczęście jest jednak pisane każdemu, niezależnie od zawodu, jaki ta osoba uprawia. 
Dzięki rozmowom z Pawłem Magnolia, a właściwie Ada, otwiera się i opowiada swą długą historię. Paul słucha i wzrusza się niejednokrotnie. Z każdym kolejnym spotkaniem zaczyna dostrzegać, że książka, którą zamierzał napisać zmienia się wraz ze zdaniami wypowiadanymi przez elegancką starszą panią, która dorobiła się potężnego majątku, a jednak wciąż zdaje się nie być szczęśliwa. Nam, czytelnikom, przychodzi natomiast na myśl pytanie o to, czy można Adę potępiać. Czy można potępiać którąkolwiek z tych cór Koryntu. 
Drugą bohaterką jest Małgorzata, która w Ogrodzie znana jest jako Lawenda. Odtrącenie rodziców, wyjazd do Stanów razem z ukochanym i jego utrata, bolesny powrót, czarnoskóre bliźnięta. Jedna osoba, która podała pomocną dłoń. Przyjaciółka, opiekunka, a jednocześnie szefowa. Kim właściwie jest dla Lawendy Magnolia? A przystojny i super bogaty Henry?
Historia opisana przez Autorkę jest wzruszająca i wciągająca. Chce się wciąż poznawać lepiej, bliżej, głębiej. Czyta się z zapartym tchem, co ułatwia prosty język. Zupełnie, jakbyśmy nie czytali, a słuchali opowieści. Trochę romantycznej, trochę strasznej. Z pewnością poruszającej. Bo życie dewizowych mewek na polskim Wybrzeżu nie jest do pozazdroszczenia.
Szkoda, że powieść jest taka krótka. W pewnym momencie akcja zaczyna galopować jak pełnokrwisty Arab, trochę nawet za szybko. Zakończenie wątków następuje znienacka, szkoda. Ostatnie 30-40 stron rozpisałabym na co najmniej sto. Bo za szybko i zbyt nieprawdopodobnie kończy się ta historia. Spodziewałam się z pewnością nieco innego zakończenia, choć trudno powiedzieć, że takie, jakie wymyśliła Ewa Formella jest złe. Myślę, że zadowoli sporą rzeszę czytelniczek, a jednak...
"Lawenda" to powieść o miłości, przebaczeniu i godności. O tolerancji i próbie zrozumienia wnętrza drugiego człowieka. Choć napisana prostym językiem, ma głębokie przesłanie.
Czytając "Lawendę" często miałam przed oczami niesamowity i kontrowersyjny serial "Satisfaction", który oglądałam już dwukrotnie i który również opowiada o domu publicznym i jego pracownikach (bo nie tylko pracownicach). 
Minusy? Mnóstwo źle postawionych przecinków, kilka literówek, klasyczne "tą" zamiast "tę". Nic, z czym dobra korekta i redakcja by sobie nie poradziły. Niestety w tym przypadku nie można mówić o "dobrych", jako że zdecydowanie osoby, którym te zadania powierzono – nie dały rady.






Książka przeczytana w ramach Projektu:

Książka przeczytana w ramach Wyzwania:

wtorek, 16 września 2014

Rud€ – Ewa Gogolewska-Domagała

Wydawnictwo: sumptem Autorki, druk: SOWA
Puck 2014
Oprawa: miękka
Liczba stron:328
ISBN: 978-83-939742-0-7



"Rud€" to kontynuacja powieści Ewy Gogolewskiej-Domagały pt. "Blondie$". Pierwszą część przyjęto bardzo ciepło, a przez czytelników portalu Granice.pl została uznana za książkę roku 2010. Jeśli jednak "Blondie$" nie czytaliście – nie martwicie się na zapas. Ja również mam to dopiero w planach. "Rud€" natomiast – choć powieść nawiązuje do bohaterów i zdarzeń z pierwszej części – można pochłonąć bardzo szybko i wszystko doskonale zrozumieć nawet, jeśli nie miało się okazji zapoznać z powieściowym debiutem Autorki.
Jak być może już zdążyliście zauważyć, nie przepadam za literaturą, którą ktoś szumnie nazwał "kobiecą".  Wydaje mi się na ogół głupiutka, naiwna i po prostu kiepsko napisana. Ewa Gogolewska-Domagała udowadnia jednak, że nawet w tej "szufladce" można znaleźć całkiem dobre pozycje. Całkiem dobre? Nawet bardzo dobre, choć do ideału tej powieści jeszcze daleko, ale o tym za moment.
"Rud€" to powieść w większości o kobietach, choć nie tylko. Mnie osobiście najbardziej wzruszyła historia Huberta i nad jego losem uroniłam trochę łez. Powieść zaczyna się jednak od przedstawienia dwóch przyjaciółek – Clementine i Nicole. Obie mieszkają w Belgii i choć przyjaźnią się od lat, każda z nich jest inna. Nicole to singielka, która chadza własnymi drogami i daleko trzyma się od stałych związków. Za to bardzo lubi protestować. Przeciwko czemu? Wszystkiemu, co się da. Clementine to ułożona kobieta koło trzydziestki, matka dwójki dzieci, od roku wdowa. Nagła i niespodziewana śmierć ukochanego Angela wpędziła ją w depresję i w ramach "kuracji" udaje się (razem z dziećmi) na kilkumiesięczny urlop do Tunezji. W pięknym, pięciogwiazdkowym hotelu pozna śliczną Samirę, z którą zwiąże się na wiele lat i która stanie się dla niej kimś w rodzaju młodszej siostry. Piękny dla turystów kraj nie jest jednak tak cudowny, jak można przypuszczać oglądając fotografie w katalogach biur podróży. Poniżenie, ból, niedocenienie – to tylko część z uczuć, z jakimi borykają się tamtejsze muzułmanki, mimo że Tunezja uchodzi za jeden z bardziej zeuropeizowanych krajów muzułmańskich.. A Clementine? Cóż, i jej los nie oszczędzi, gdy pewnego dnia jej ukochane dzieci zostaną porwane, a jej przyjdzie ścigać je choćby i na krańce.... Ojej, chyba się rozpędziłam.
Niektóre wątki są wyśmienite, inne po prostu dobre. Niektóre można by trochę bardziej rozwinąć, ale ogólnie cała powieść to świetne czytadło i to na dodatek z wieloma ciężkimi tematami, z którymi trzeba się zmierzyć. Czy wylejecie nad książką wiele łez to zależy jedynie od Waszej wrażliwości. To słodko-gorzka powieść, w której przeplata się humor i dystans do samego siebie, z obserwacją różnych narodowości oraz tragedią wielu bohaterów. Tragedią osobistą i ogólną, bo trudno nie myśleć choćby o losie tych wszystkich ciemiężonych kobiet, gdy czyta się o Samirze. Trochę smutku, trochę śmiechu, cała gama miłości. Wciągająca akcja, która sprawiła, że zawaliłam noc. Ciekawi bohaterowie. Chciałoby się napisać – nic dodać, nic ująć. Niestety, powieść ma minusy...
Choć korekta jest całkiem dobra (jedna literówka i kilka akapitów, na końcu których brakuje kropek to jeszcze nie koniec świata), to niestety odczuwalny jest tu brak redakcji. Autorka ma spore problemy z ogarnięciem czasu. Pisze przykładowo, że od jakiegoś wydarzenia minęło dziewięć lat, by na kolejnej stronie napisać, że cztery. Bohaterka wychodzi ze szpitala po zabiegu na wyrostek i bierze tabletki. Potem czytamy o kolejnych dwóch latach jej życia, by nagle... znów musiała wziąć tabletkę po zabiegu. Wiele takich błędów znalazłam, co bardzo utrudniało mi ustalenie, kiedy akcja powieści ma miejsce. Gdy wziąć pod uwagę, że najstarsze przywoływane wydarzenia to koniec wojny, a najnowsze dzieją się już kilka lat po wstąpieniu Polski do Unii Europejskiej – mamy naprawdę spory rozstrzał czasowy – to można ogłupieć. Dla jednego bohatera mija dekada, dla innego dwie. Czasowo – nie zawsze ma to sens. Nawet średnio uważny czytelnik może się pogubić. Szkoda, bo powieść czyta się naprawdę rewelacyjnie i bardzo, bardzo ciężko się od niej oderwać.
Polecam (z powyższym zastrzeżeniem), sama zaś czekam na możliwość przeczytania "Blondie$" oraz kolejnej powieści przygotowywanej przez Autorkę (mam nadzieję, że tym razem skusi się na redakcję).


 



Książka przeczytana w ramach Wyzwania



Książkę przeczytałam dzięki życzliwości Wydawnictwa SOWA
 http://www.sowadruk.pl/

środa, 16 lipca 2014

Wir Leonarda da Vinci – Bruno Wioska

Wydawnictwo: Sowa
Warszawa 2013
Okładka: miękka
Liczba stron: 154
ISBN: 978-83-64033-96-4





Wir wciąga, jak to z wirami bywa. Leonardo da Vinci zaś... Cóż, jak można nie być pod jego wielkim wrażeniem? Nie można. Każde miejsce, które jest z nim związane, fascynuje i inspiruje. Zainspiruje również Patryka. Zanim jednak chłopak trafi do Francji, czeka go jeszcze kilka mrożących krew w żyłach przygód w Polsce. Dopiero uciekając przed groźnymi bandytami, którzy czyhają na życie jego i jego nowopoznanego kolegi... Zaraz, zaraz, zapędziłam się co nieco. Zupełnie, jakby mnie ten tytułowy wir wciągnął.
"Wir..." to powieść sensacyjna ze sztuką w tle. Nie zabraknie też polityki, odrobiny melodramatu i ciekawych postaci.
Choć miałam już okazję czytać inne tytuły Autora (i je recenzować – poszukajcie pod etykietą "Bruno Wioska"), to "Wir..." jest jego debiutem literackim. Debiutem, moim zdaniem, bardzo udanym, choć już w kolejnych tekstach widać, że warsztat Autora rozwija się cały czas. Sięgając po tę powieść miałam trochę obaw, bo tak czasem jest, kiedy sięga się do starszych pozycji. Po dopracowanych i świetnych książkach trafia się na debiut i... Kiszka. Na szczęście tak się nie stało. Zresztą "Wir Leonarda da Vinci" dość znacznie różni się od "3. powrotu" czy "Relatywnych spotkań" (ostateczny tytuł brzmi: "Tajemnica Komnaty Sybilli"). Tym bardziej nie ma wiele wspólnego z książką "Rowerem na koniec świata". 
Bruno Wioska potrafi wspaniale połączyć historię, architekturę i sztukę z akcją, której nie powstydziliby się najlepsi hollywoodzcy filmowcy. Nie mogłam się oderwać od lektury, czytałam do białego rana, aż oczy puchły, ale po prostu musiałam się dowiedzieć, co będzie dalej.
Przyznaję, że trochę denerwował mnie nieco naiwny optymizm Damiana, że wszystko się jakoś ułoży. Szczególnie po tym, co chłopak przeżył, czego był świadkiem. Chociaż właściwie... w jego wieku też byłam jeszcze taka naiwna i nie zdająca sobie sprawy, że świat potrafi być podły. Trochę przewidywalna była rola pani Molois, chociaż to może dlatego, że ja naprawdę dużo czytam i ciężko mnie czymś zaskoczyć. Ale to chyba jedyne "minusy" tej powieści. Poza tym Autor zaskakiwał mnie co i rusz. Choćby tym, jak ładnie to się wszystko razem komponowało. Olbrzymi plus za stworzenie naprawdę rewelacyjnych bohaterów – Zalewskiego i Bolka.
Kiedy do fantastycznej powieści, która wciąga niczym tytułowy wir dodać jeszcze ładne wydanie z ciekawą okładką (autorstwa Brunona Wioski) – otrzymujemy książkę, którą naprawdę warto posiadać i przeczytać. Bo czyż może być na wakacje coś lepszego niż słoneczna Francja, tajemnica sprzed lat, pościg policji i bandytów za dwoma młodymi chłopcami, wielkie pieniądze i Leonardo da Vinci? Gorąco polecam!





Książka przeczytana w ramach Wyzwania


Książkę przeczytałam dzięki życzliwości Wydawnictwa SOWA
 http://www.sowadruk.pl/

wtorek, 22 kwietnia 2014

Ametysta. 7 wymiar – Viktoria Armstrong

Wydawnictwo: Sowa
Warszawa 2014
Tom I
Oprawa: miękka
Liczba stron: 216
ISBN:978-83-938126-0-8








Świat przedstawiony w "Ametyście" jest tak barwny i doskonale zaprojektowany, że choćby tylko dla poznania Kotaliny warto sięgnąć po tę powieść. Hisoria opisana przez Viktorię Armstrong, polsko-amerykańską autorkę, to jednak coś znacznie więcej niż tylko świat (a raczej światy). To również fascynująca podróż, postacie, które są rewelacyjnie przedstawione, a także mnóstwo przygód, walk ze złymi mocami i opowieści o uczuciach... przyjaźni, wierze, lojalności. Autorka wykonała kawał dobrej roboty, a przy okazji stworzyła bardzo ciekawą literacko lekturę, która porywa niemal od samego początku. Niemal? Cóż, pierwsze kilka stron nie nalezy do najłatwiejszych. Zanim bowiem zorientujemy się, kto jest kim w tej opowieści minie kilka minut. Kiedy już jednak to do nas dotrze – zostaniemy całkowicie wciągnięci w wir intryg dworskich i walk o władzę, w których dobro będzie musiało się zjednoczyć ze złem, by pokonać kogoś, z czyjego istnienia nikt nawet nie zdawał sobie sprawy.
Jak wskazuje tytuł – główną bohaterką jest Ametysta. To niesamowita postać, choć osobiście bardziej od niej polubiłam wampirzycę Brendę. Zaś moim zdecydowanym ulubieńcem jest Max – pół wilk, pół inkub. To on właśnie jest na okładce, która zrobiła na mnie piorunujące wrażenie. Jest to obecnie jedna z moich ulubionych okładek. Kim zatem są Ametysta, Brenda i Max, co ich łączy i jaką rolę odegrają w ratowaniu Kotaliny i pozostalych znanych wymiarów? Ametysta jest bardzo potężną maginią, nic więc dziwnego, że – pomimo młodego wieku – zostaje zaproszona do Wielkiej Rady, którą zwołuje Vik, władca Kotaliny. Brenda, jak już wspomniałam, jest wampirzycą. Nie służy Vikowi, a Panu Ciemności. Choć Dobro i Zło w świecie, o którym czytamy u Armstrong nie zawsze stoją po przeciwnych stronach barykady. Często zdarza się tak, że władcy świata ciemności i świata światłości współpracują ze sobą, pomagają sobie, naradzają się w różncyh kwestiach. Są zdolni do wielu ustępstw, byle tylko ocalić świat takim, jakim jest. A, niestety, źle się dzieje, gdy dzień staje się coraz krótszy, a noc coraz dłuższa. Ma to olbrzymie znaczenie dla wszystkich istot. Co takiego się dzieje, jakie moce oddziaływują na świat i czym takie postępujące zmiany grożą? Cóż, którko mówiąc – prawdziwą, globalną katastrofą, nic więc dziwnego, że wszyscy wiele poświęcą, żeby rozwikłać tę zagadkę i odnaleźć tego, który tyle namieszał...
Ametystę i Brendę łączy jezcze... Max. Obie są w nim zakochane i żadna nie wie o tej drugiej. A Max... Cóż, kocha każdą z nich, z każdą jest szczęsliwy i na dodatek nie wyobraża sobie, że musiałby kiedyś wybierac pomiędzy nimi. Jego zdolności zaś będą im bardzo pomocne w poszukiwaniu maga, który postanowił zapanować nad wszystkim i wszystkimi.
Świat Kotaliny i pozostałych wymiarów zamieszkują różne istoty – wampiry, zielarki, magowie, wilkołaki, inkuby, diabły, driady, hobgoblini i inne fantastyczne postaci. Bardzo ciekawym zabiegiem posłużyła się Autorka, opisując swoj świat z dwóch kierunków – oczami postaci "dobrych" i oczami tych "złuych". Choć własciwie można by tu mówić o narracji trzytorowej. Bo poza wspomnianymi przed chwilą, jest jeszcze siedem wymiarów widzianych oczami... JEGO. Uważam, że był to świetny pomysł, który wyszedł Armstrong bardzo dobrze, szczgolnie, gdy zważyć, że jest to literacki debiut. Ciekawa jestem bardzo, jak dalej potoczą się losy bohaterów, bo zapowiedziana już została druga część cyklu. Tym razem w tytule pojawia się... Brenda. Kto wie, może Autorka postanowi napisac również i trzeci tom, zatytulowany... Max. Byłabym bardzo zadowolona, bo chętnie poznam lepiej tych bohatrów, którzy w jakiś sposób stali mi się bliscy.
Czy Ametysta, Vik, Brenda i Max odnajdą sprawcę całego zamieszania? I czy ich moc wystarczy, by pokonać nadzwyczaj potężnego maga? Ile będą musieli poświęcić? Wszystkiego się dowiecie, gdy sięgniecie po tę lekturę. Może dla niektórych być minusem, że zakończenie jest takie... definitywne. Nie ma tu zawieszenie akcji, słowo koniec nie następuje gdzieś w połowie sceny, ani tym bardziej zdania. Powieść po prostu się kończy. Nie potrzebuje ciągu dalszego. Tym bardziej więc osobiście jestem ciekawa, co będzie dalej...
Minusy? Po pierwsze bardzo liczne błędy. Literówek jest naprawdę dużo i trzeba na to zwrócić uwagę. To minus książek wydawanych przez Autorów za własne pieniądze. W ramach oszczędności nie chcą płacić za profesjonalną korektę i redakcję. Niestety nawet kilkukrotne przeczytanie tekstu przez znajomych nie jest w stanie zastąpić takiej profesjonalnej redakcji. Cierpią, oczywiście, czytelnicy. Mam też niewielki problem z tytułem. Wydaje się, że brzmi on "Ametysta. 7 wymiar". "Ametysta" jako tytuł serii? "7 wymiar" jako tytuł tego tomu? Otóż okazuje się, że chyba nie, bo na końcu Autorka wyraźnie zapowiada tom drugi zatytułowany... "Brenda. 7 wymiar". Może uda mi się tę zagadkę rozwiązać. Nic jednak nie umniejsza ona samej powieści, z którą – moim skromnym zdaniem – naprawdę warto się zapoznać. I wierzcie mi – po lekturze z pewnością inaczej będziecie patrzyli na... lustra.



Książkę przeczytałam dzięki życzliwości Wydawnictwa SOWA
 http://www.sowadruk.pl/
 






czwartek, 13 lutego 2014

Wiosna życia – Artur Kosiorowski

Wydawnictwo: Sowa
Warszawa 2013
Okładka: miękka
Liczba stron: 91
ISBN: 978-83-64033-76-6



Nie będzie długo, bo i sama książka do długich nie należy. Rzadko zdarza mi się czytać coś, co ma poniżej stu stron. Jeszcze rzadziej trafiam na tekst, który jest taki... no właśnie, jaki? Kontrowersyjny? Pełen sprzeczności, bo z jednej strony monotonny, a z drugiej tyle się przecież dzieje... Niełatwo coś takiego napisać, niełatwo też zrecenzować. 
Jeśli bowiem napisze, że "Wiosna życia" to opowieść o mniej więcej roku (może trochę dłużej, może trochę krócej) z życia autora – bo jest to autobiografia – w którym to okresie próbuje wszelakich "środków zmieniających świadomość" możecie się zniechęcić. A jest to historia bardzo ciekawa i mądra. Z drugiej strony jeśli zechcę potwierdzić okładkowy opis, że to "powieść drogi, a główny bohater to romantyczny wagabunda" to... nie do końca będzie się to zgadzać z moim osobistym odbiorem dzieła. Jak więc ująć w słowa to, co Artur Kosiorowski zmieścił na 90 stronicach swojej "Wiosny życia" (wcześniej, w formie ebooka, historia ta ukazała się pod tytułem "1983")?
Siedemnastoletni Artur, którego "wychowała ulica", włóczy się po kraju w czasie wakacji. Szkoła gdzieś tam jet w perspektywie, ale właściwie większego znaczenia to nie ma, bo przecież i tak munie wychodzi nauka. Otwarty na ludzi, chętny przygód, radosny i gotowy do niesienia pomocy. Od pewnej chwili zabójczo zakochany. Taki właśnie jest nasz bohater. Chce pomagać wszystkim, którym może. Ufa, że ludzie są dobrzy. A już z pewnością ci, którzy stają na jego drodze. Nie raz da się wykiwać i okraść, a jednak nadal wierzy. Młody idealista, dla którego nie ma rzeczy niemożliwych. Przygód będzie mieć wiele w tym czasie, który nazywa swoją wiosną życia. Przygód radosnych i smutnych, które nie zawsze dobrze się kończą.
Czyta się "Wiosnę życia" dobrze, choć niezbyt szybko. Nie dlatego, że jest to powieść nudna, o nie. Po prostu skłania do licznych przemyśleń, do przystanięcia na chwile i zastanowienia się... nad sobą, nad światem. Mi jest ta historia szczególnie bliska, jako że Autor urodził się w tym samym roku, co ja. Jest zaledwie kilka miesięcy młodszy. Jego okres dojrzewania pokrywa się więc z moim. A jednak... jest tak zupełnie, kompletnie, absolutnie...inny od tego, co ja pamietam, co ja przeżyłam, co jest częścią moich wspomnień z tamtych miesięcy. Z jednej strony więc bliskość, z drugiej całkowite przeciwieństwo. I taka jest właśnie cała "Wiosna życia", powieściowy debiut Artura Kosiorowskiego (choć nie jest to debiut literacki).
Brakowało mi tylko w zakończeniu jakiegoś takiego podsumowania... Co się z nim dzieje teraz. Czy udało mu się wyjść na prostą... I to chyba jedyny minus, ponieważ całość napisana jest bardzo ładnym językiem, korekta spisała się na medal. Wszystko tu jest na miejscu – taki pruski porządek, który bardzo lubię. Pruski porządek doprawiony szczyptą pikanterii w warstwie fabularnej i zapadający w pamięć, zmuszający do myślenia... Idealne połączenie – polecam!



Książka przeczytana w ramach Wyzwania
Książkę przeczytałam dzięki życzliwości Wydawnictwa SOWA
 http://www.sowadruk.pl/

piątek, 31 stycznia 2014

Rowerem na koniec świata – Bruno Wioska

Wydawnictwo: Sowa
Warszawa 2013
Okładka: miękka
Liczba stron: 126
ISBN: 978-83-64033-73-5


Ta niewielka książeczka, którą spokojnie można przeczytać w jedno popołudnie (i jeszcze mieć czas na coś innego wieczorem) jest naprawdę magiczna. Wprowadza nas do świata którego na co dzień nie dostrzegamy. My, ludzie XXI wieku, ciągle gdzieś gnający, spieszący się, nie mający czasu na chwilę odpoczynku, wytchnienia, na kilka minut przemyśleń w ciągu dnia. Takich oderwanych od rachunków, problemów w firmie, cen paliwa, czy męża zdradzającego sąsiadkę. Dla nas taka wycieczka na rowerze to coś nadzwyczajnego i... dla wielu niemożliwego. Nie, nie chodzi o to, że nie mamy sił.Na szczęście jeszcze aż tak się nie zasiedzieliśmy i nawet niezbyt długi trening dałby nam może siły. Ale czy naprawdę tego chcemy? Czy nie wygodniej pojechać samochodem? Albo polecieć samolotem? Szybciej, chyba bezpieczniej, można zabrać ze sobą niemalże wszystko, co chcemy. Aparat, laptopy, książki, ciuchów jak na dwa wyjazdy, sprzęt grający i Bóg jeden wie, co jeszcze. Czy rzeczywiście odważylibyście się wsiąść na rower, spakować do torby, powiedzmy dwa podkoszulki, bieliznę na zmianę, jakiś prowiant, na szyi zawiesić aparat fotograficzny i... dalej w drogę? Do innego kraju, setki kilometrów w ciągu zaledwie kilku dni? Przyznajcie się, ja wiem, że moja odpowiedź, niestety, brzmi na dzień dzisiejszy "nie". A Bruno Wioska to zrobił, choć był wówczas starszy ode mnie. I zabrał ze sobą kolegę (choć właściwie to który zabrał którego może być tu rzeczą sporną), emerytowanego żołnierza. A więc przynajmniej mężczyznę koło pięćdziesiątki. Jak im się udało i jak ze sobą wytrzymali?
Bruno wioska już na początku informuje nas, że od lat mieszka w Niemczech. Trudno stwierdzić, czy czuje się bardziej Polakiem, czy Niemcem.Myślę, przynajmniej czytając między liniami, że nie ma to dla niego aż takiego znaczenia. jest Europejczykiem. Przede wszystkim zaś artystą, który jeszcze na studiach na Akademii Sztuk Pięknych miał marzenie. Zaprzepaścił wówczas swą szanse i po latach postanawia je spełnić. Tak właśnie zaczyna się przygoda, dzięki której przejedzie na rowerze niemal półtora tysiąca kilometrów. Nie jest to jednak tylko jazda na rowerze. To spotkanie z historią. Spotkanie, które zaczyna się w czasach niemal współczesnych a kończy w epoce megalitu. To czas na docenienie przeszłych pokoleń i ich wkładu w Europę, jaką znamy dziś. To chwile pełne spokojnego obserwowania natury, poznawania innej kultury i rozmyślań o świecie. To podróż prawdziwie magiczna...
I nie tylko sama podróż. Książkę czyta się rewelacyjnie. Widać, że napisana jest z rozmysłem, a przy okazji Autorowi nie brakuje talentu. Nie wiem, jak się sprawdza jako malarz i grafik, ale jako pisarz – pierwszorzędnie. Mam prawdziwa ochotę zajrzeć do jego poprzednich publikacji i trzymać rękę na pulsie, by wiedzieć o następnych.
Razem z Panami przeniosłam się na chwil kilka do innego świata. I znów zachciało mi się odwiedzić Francję. Tym razem może już nie Paryż (choć tak bardzo go kocham i chce do niego znowu...), ale właśnie zamki nad Loarą. Poczuć ten podmuch wiatru we włosach... Wiatru, który przecież zna tyle pięknych i tyle straszliwych opowieści o tych murach, parkach i ludziach, którzy dawno już odeszli w zaświaty. Posłuchać tych opowieści, oddychać, choćby przez chwilę, tym samym powietrzem. Nawet, jeśli nie na rowerze, ale jednak...
Bardzo podoba mi się narracja tej książki. Przy okazji oglądania różnych zabytków, Bruno Wioska opowiada nam przeróżne historie. Ciekawostki o tych miejscach i ludziach, którzy w nich żyli. Bardzo często odnajduje w nich również polskie ślady. Zaczynając od opowiastki o zamku, przechodzi przez historie ich właścicieli, a następnie od jakieś wydarzenia z ich życia, nagle do zupełnie innej osoby i dalej o niej, by ładnie i zgrabnie powrócić do zamku, który właśnie odwiedza. Po prostu nie sposób się oderwać...
Były takie momenty, kiedy brakowało mi zdjęć. Zdarzało się to wówczas, kiedy czytałam, że Autor właśnie coś fotografuje i zdjęcie wyszło bardzo udane. Z drugiej jednak strony, mogłam sobie wszystko wyobrazić, a to tylko rozbudzało mój apetyt na podróż. Zdjęcia są najpiękniejsze, kiedy wiążą się z własnymi wspomnieniami. 
Jeśli chodzi o samo wydanie. Jest trochę literówek, choć niespecjalnie dużo. Dziwnie dużo przecinków. Nie wiem, czy kłaść tona karb faktu, że Autor od lat mieszka w Niemczech. Trudno stwierdzić. Nie mam pojęcia, jak często używa na co dzień, szczególnie w piśmie, rodzimego języka. Znalazłam dwa błędy merytoryczne. Jeden wynikał z liczenia. Autor w pewnej chwili podaje, z jaką jadą szybkością i ile zostało im kilometrów do hotelu. Dojeżdżają zaś do niego w czasie, który wskazuje, że podróżowali przynajmniej dwa razy wolniej. Następnie w podsumowaniu podaje największa prędkość, którą osiągnęli i jest ona niższa, niż ta podawana wcześniej. Mniejsze z tym. Drugi jest poważniejszy, ponieważ może zmylić poważnie kogoś, kto jednak w historii niespecjalnie się orientuje. Podaje bowiem datę powstania wandejskiego z czasów rewolucji francuskiej i datuje je na rok... 1894. Czyli o sto lat za późno. Być może to literówka (cyfrówka?), ale jednak dość poważny błąd. Poza tym są błędy w przypisach. Powinno ich być 7, jest 5, a ten opatrzony piątym numerem odnosi się do tekstu siódmego właśnie.
Pomijając te zastrzeżenia, "Rowerem na koniec świata" to wspaniała opowieść, a także rewelacyjny przewodnik dla każdego, kto zamierza wybrać się na wycieczkę do Francji. Znajdziecie tu nie tylko informacje o tym, co zwiedzić, ale i gdzie się zatrzymać, co i gdzie zjeść, które wina są najlepsze i dlaczego nazwa "Szampan" jest zastrzeżona. Właściwie wszystko, co najważniejsze dla podróżnika. Polecam gorąco.





Książka przeczytana w ramach Wyzwania


Książkę przeczytałam dzięki życzliwości Wydawnictwa SOWA
 http://www.sowadruk.pl/

piątek, 22 listopada 2013

Słowem fotografowane – Janusz Guttner

Wydawnictwo: Sowa
Warszawa 2013
Oprawa: Miękka
Liczba stron: 132
ISBN: 978-83-64033-29-2





Dziś bardzo niestandardowo. Po pierwsze – w większości poezja. Po drugie – zacznę od okładki. 
Mam słabość do maszyn do pisania. W domu moich Rodziców stoi jedna – ta, na której pisałam moje pierwsze opowiadania i "powieści". Do dzisiaj mój Tata z niej korzysta. U mnie w piwnicy stoi druga – odziedziczona, stara, zniszczona, wymagająca dogłębnej renowacji i odrdzewienia. Marzę, by się tym zająć, ale wciąż brakuje czasu. A może... może powinnam się na chwile zatrzymać w tym codziennym biegu, tak, jak zatrzymywałam się nad stronami tego tomu... Zatrzymać się, założyć zniszczone ciuchy i w końcu znaleźć chwilę dla mojej biednej, zardzewiałej maszyny do pisania?
Nigdy nie miałam aparatu Leica, choć związane są z nim dobre wspomnienia pewnej lektury sprzed kilku lat...
Maszyna i aparat fotograficzny na okładce tytułu "Słowem fotografowane"? Czy może być coś bardziej genialnego, przewrotnego i zarazem prawdziwego? Nie wiem, ale jeśli tak, to najwidoczniej moja wyobraźnia jest kiepska, bo wydaje mi się, że to już szczyt fantazji. Naprawdę wyśmienity pomysł. Choć może nie o to Autorowi chodziło w jego tomiku poezji, próz i prózek. Choć właściwie sam te okładkę zaprojektował, więc wiedział doskonale, co będzie do jego tekstów pasować najlepiej...
Tomik niewielkich rozmiarów, a i stron ma niezbyt dużo, a jednak urzeka i to już od samego początku. Drugi wiersz, "Igraszki czasu", powala na kolana i daje nam poznać, że mamy do czynienia z niebywale inteligentnym człowiekiem, który dużo już sobie w życiu przemyślał, a na dodatek... umie te swoje ważne przemyślenia pięknie ubrać w słowa. Czy jest coraz lepiej? Trudno powiedzieć. Są, oczywiście teksty lepsze i słabsze. Nikt nie pisze wszystkiego dobrze. Są teksty trudne, dające do myślenia, są teksty zabawne, ot, choćby "Antycznie". nie sposób obojętnie przejść obok "Rozmowy z ojcem", nie można do niej nie wrócić, by raz jeszcze dokładnie wczytać się w ten dialog, a może jednak monolog, gdy pozna się już zakończenie.
Równie celne obserwacje życia można poznać po prozach Guttnera. Tu na moich faworytów wyrosły teksty: "Pisarz", "Młoda para" i napisane po angielsku "And so it was".
Guttner bawi się słowem, opisując sytuacje, które pojawiły się gdzieś, kiedyś, w życiu. Są to zarejestrowane, właśnie niby sfotografowane słowem obrazy, myśli, wydarzenia, rozmowy. Utrwalone w pięknej polszczyźnie (z wyjątkiem dwóch po angielsku, Autor bowiem od 1970 roku mieszka w Londynie). Korzysta z całego dobrobytu różnych stylizacji. Znajdziemy tu więc wiersz rymowany i wiersz biały. formy krótkie i dłuższe, niczym zalążki wierszowanych opowieści trubadurów.
Nostalgiczne, idealne na jesienne wieczory, pełne głębokich przemyśleń i postrzeżeń, przeplatają się z wesołymi, romantycznymi, czy nawet lekko ironicznymi. Teksty Guttnera urzekają tak pomysłem, jak i samym słowem. Rzeczywiście można je określić jako słowem fotografowane. Bardzo udany zbiór, który mogę z czystym sercem polecić, wiedząc, że to nie będą ani stracone pieniądze, ani – tym bardziej – stracony czas.
Zaczęłam od okładki, zakończę – tradycyjnie – na błędach. W wierszach trudno mówić o braku, czy nadużyciu znaków przestankowych, więc p"przyczepię" się jednej tylko sytuacji, kiedy to przecinek został użyty zdecydowanie o jedno słowo za wcześnie. Ponad to – bardzo udane wydanie. Proza – zdała mi się bezbłędna, co jest dość trudne, więc tym większy plus. Myślę, że jeszcze niejeden raz powrócę do tej lektury. Polecam zatem.



Książkę przeczytałam dzięki życzliwości Wydawnictwa SOWA

poniedziałek, 12 sierpnia 2013

Syberia 2012. Dziennik podróży - Adrian Dlaboga

Wydawnictwo: SOWA
Warszawa 2013
Oprawa: miękka
Liczba stron:147
Fotografie: Adrian Dlaboga
ISBN: 978-83-64033-80-3






Z niektórymi książkami mam problem. Nie lubię ich, ponieważ nie potrafię jednoznacznie określić, czy je polecam, czy może jednak nie. "Syberia 2012. Dziennik podróży" należy właśnie do nich. Waham się, mam dość mieszane uczucia. Dlaczego? O tym już za chwilę.
Tak o swojej książce pisze sam Autor:
"Książkę moją kieruję dla podróżników, którzy chcą poznać specyfikę narodu rosyjskiego, a Sybiraków w szczególności oraz przyrodę Syberii, z którą chcą się przymierzyć. Znajdziecie w niej Państwo zarówno walkę z tą przyrodą, jak również atmosferę w słynnej kolei transsyberyjskiej. Jest to pewnego rodzaju przewodnik, w którym starałem się przekazać wiele praktycznych informacji zdobytych podczas mojej podróży, przebytej zarówno samochodem terenowym Land Rover Defender jak i koleją."
Zachęcające? A jakże. Dla każdego, kto lubi podróżować i czytać o podróżach. Muszę przyznać, że ta część Autorowi naprawdę dobrze wyszła. Książkę czyta się jednym tchem, wciąga dokładnie jak syberyjska rzeka, która uwięziła samochód pana Adriana. Jest klimatyczna, pełna napięcia i przygód, opisuje znakomicie każdy aspekt tej nietuzinkowej podróży.  Do tego jest bardzo bogata w naprawdę dobrze zrobione fotografie, których jest całe mnóstwo. Aż chce się wsiąść w samochód i pojechać na Wschód. Choć z pewnością nie samotnie, czy w dwuosobowym zespole, jak to zrobił Autor. Podziwiam go za odwagę, a jednocześnie zastanawiam, czy od początku ten wyjazd nie był skazany na niejaką klęskę właśnie dlatego, że brało w nim udział za mało osób. Cóż, treść i oprawa graficzna to olbrzymi plus tej pozycji i z ręką na sercu daję im wysokie noty.
Co więc nie podobało mi się w "Syberii..." do tego stopnia, że się waham? Procent zawartości błędów w błędach przekracza normy dobrego smaku... Cóż, już w trzeciej linijce na pierwszej stronie jest dość znaczący błąd, a potem jest już tylko coraz gorzej. Korekta się nie spisała? Nie o to chodzi. Jest to książka wydana w ramach self-publishingu, korekty nie było w ogóle i to widać. Oj, widać. Myślę, że nawet kogoś, kto na ogół nie zwraca na to uwagi, będzie to denerwować. To moje jedyne zastrzeżenie, ale niestety znaczące, ponieważ odbiór książki jest dość ciężki, kiedy błędy rzucają się w oczy, niczym odłamki lodowe w czasie śnieżnej zamieci na Syberii. Szkoda, bardzo szkoda.
Czy więc warto? Jeśli nie macie uczulenia na błędy ortograficzne, jeśli ich nie widzicie, albo jesteście na nie znieczuleni – koniecznie postarajcie się o tę opowieść. Jeśli sprawia Wam to problem... cóż – wybór należy do Was, choć rzeczywiście dla treści i zdjęć warto zapoznać się z historią opowiedzianą przez pana Adriana.

Książkę przeczytałam dzięki życzliwości Wydawnictwa SOWA

poniedziałek, 5 sierpnia 2013

Tajemnice Pigalonii - J. J. Renert

Wydawnictwo: SOWA
Warszawa 2013
Oprawa: miękka
Liczba stron: 288
Przekład (z pigalońskiego): Jarek Krawczyk
Ilustracje: Joanna Ziombka
ISBN: 978-83-64033-20-9





Niesamowita, wciągająca, zabawna – całkowicie uzależniająca świńska opowieść, którą z czystym sercem można polecić każdemu, kto lubi dobrą literaturę.
Przenosimy się do Pigalonii. Gdzie to jest? Otóż Pigalonia to wyspa, piękna, stworzona przez Świniowida kraina, którą, rzecz jasna, zamieszkują wszelkiej maści świnie. Nie da się z niej jednak tak łatwo wydostać. Otaczają ją morza, a może tylko jedno morze... Wszakże nie ma to wielkiego znaczenia. Grunt w tym, że terytorium ma kształt trójkąta i żyją w nim całkiem szczęśliwe świnie.
Inteligentne, rozmowne, mające swą filozofię, wiarę, religię, politykę, a nawet nieźle zorganizowaną armię, tajne archiwa, Wielkiego Kapłana Świniowida, coroczne zawody w Taplaniu, prezydenta, Biały Chlew, Pętogon... Z moralnością może bywa nieco gorzej, ale cóż... My, kuloczaszkowce nie jesteśmy wcale dużo lepsi...
Świniom wiedzie się więc całkiem, całkiem. Wszakże tak wiele im nie trzeba – ot, błota przede wszystkim, dobrych pomyj (a najlepiej Glempomyja) i swobody. Prezydent jest lubiany, w piglamencie nawet spokojnie, wszystko jakoś się kręci. Może nie tak, jak zakręcony świński ogonek, ale to chyba nawet lepiej. Nagle cały dotychczasowy spokój zostaje wystawiony na wielką próbę – prezydenta Stanleya McPiga posądzono o... stosunki ryjalne z sekretarką, na dodatek w Gabinecie Owalnym! Przypomina Wam to coś? Szybka akcja odwołania, zesłania i przejęcia władzy przez Wielkiego Kapłana (wcale nie tak wielkiego wzrostem) Ni Czi, a następnie niezaplanowane usunięcie Wielkiej Kurtyny, która odgradzała Pigalonię od reszty świata to dopiero początek prawdziwie dzikich przygód.
"Tajemnice Pigalonii" wyjaśniają nam, skąd się wzięły dziwne zniknięcia w okolicy Trójkąta Bermudzkiego, kto zaatakował World Trade Center, skąd się wziął wielki kryzys bankowy rozpoczęty od załamania się banku Lehman Brothers. To nic! Kto wymyślił komputery? Świnie wszakże! Kto rozwinął technologię na tyle, by człowiek mógł polecieć w kosmos? No, jakże – świnie! Macie jeszcze jakieś głupie pytania, czy ruszycie swoimi mózgami w kulistych czaszkach i dotrze do Was wreszcie, że bez Świni nie ma człowieka?!?
Powieść jest przezabawna, a jednocześnie bardzo mądra. Dotyka tematów na czasie, odziera człowieka z zasłony niewinności i wyższości, zadaje ważne pytania. Co, jeśli nie jesteśmy na tej planecie jedynymi myślącymi i naprawdę inteligentnymi istotami? Nie wspominając już o tym, że ten drugi gatunek może się pewnego dnia na nas zemścić. A może już to robi, tylko jesteśmy zbyt głupi, by zdać sobie z tego sprawę? Poza tym powieść daje sporo do myślenia w kwestiach stanu moralności dzisiejszych władz oraz tego, czym się kieruja w swych działaniach zwykli obywatele.
Autor (o nim słów kilka za moment) opowiada barwną i pełną humoru (czasem naprawdę świńskiego) historię, której bohaterowie są stworzeni doprawdy fantastycznie. Szczerze mówiąc, pomijając błoto i brud, których osobiście bardzo nie lubię, chętnie spędziłabym kilka dni wakacji w PigCity. Nie chciałabym chyba tylko spotkać na swojej drodze Kosmoświń, czyli świń z kosmosu, z tymi ich straszliwymi anihilatorami.
Język pigaloński również jest skonstruowany bardzo przyzwoicie i miałam początkowo problem jedynie ze zrozumieniem wypowiedzi Wielkiego Kapłana. Mąż mi jednak podpowiedział, że tak być musi, bo przecież im bardziej on zagmatwany, tym większy prestiż, bo przecież żaden szanowany wyznawca prawdziwego Świństwa (sic!) nie przyzna się, że nie rozumie, a tylko Kapłan urośnie w jego oczach jako ten, który tak mądrze się wyraża. Wielki plus dla Autora.
Autor przysporzył mi chyba najwięcej problemu. Kim jest pan J. J. Renert? Jak głosi krótka notka na tylnej okładce:
.
J. J. Renert to słynny pigaloński pisarz, który w niewyjaśnionych okolicznościach opuścił swój kraj po pierwszym ataku wojsk USA.  Prawdopodobnie porwany. Podejrzewa się, że to właśnie J. J. Renert był więziony w tajnych ośrodkach CIA na Mazurach w Polsce. Jarek Krawczyk odnalazł dziwne zapiski sporządzone pismem staropigalońskim. Udało mu się rozszyfrować ten alfabet oraz przetłumaczyć powieść Renerta na język polski. 
 
Ja mam na ten temat swoją  teorię spiskową, jednak się nią z Wami nie podzielę. Pozwalam Wam popuścić wodze fantazji, jednocześnie gorąco polecając spotkanie ze Stanleyem i całą przewspaniałą bandą mieszkańców Pigalonii (i nie tylko).
Słów kilka o samym wydaniu. Intrygująca okładka, rewelacyjne ilustracje w środku, które nadają książce charakteru ni to pamiętnika, ni to sprawozdania z wydarzeń. Ładny papier, czcionka idealna na wakacje. Jedynie dwie literówki, więc korekta spisała się właściwie na medal. Jedyne, co mnie denerwowało w niektórych momentach, to zapis dialogów. Jakby brakowało im drugiego myślnika przy wypowiedziach przerywanych komentarzem autora. Może jednak tak być powinno, wszakże to tłumaczenie z pigalońskiego. Ogólnie książka ma u mnie bardzo wysoką notę, a przypowieści w niej zawarte, kawały i powiedzonka weszły już do mojego codziennego słownika. Nie mogę po prostu przestać się śmiać i bawić pigalońskim słowem. Coś niesamowitego (szczególnie, że ja naprawdę nie lubię komedii, fars i śmiesznych historii).


Książkę przeczytałam dzięki życzliwości Wydawnictwa SOWA