Fragment mojej recenzji został umieszczony na okładce powieści "Skazaniec. Z bestią w sercu" Krzysztofa Spadło


Moja recenzja została zamieszczona na okładce powieści "Wojownicy. Odwet Wysokiej Gwiazdy" Erin Hunter

Fragment mojej recenzji „Korony śniegu i krwi” został umieszczony na okładce powieści Elżbiety Cherezińskiej – "Niewidzialna korona"

Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Świat Książki. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Świat Książki. Pokaż wszystkie posty

sobota, 30 stycznia 2021

Gdzie śpiewają raki – Delia Owens

 

Wydawnictwo: Świat Książki
Warszawa 2019
Tytuł oryginału: Where the Crawdads Sing
Przekład (z j. angielskiego): Bohdan Maliborski
Oprawa: miękka
Liczba stron: 412
ISBN: 978-83-8139-268-6
 
 






 

Ponad dwa lata na liście bestsellerów New York Timesa to nie lada osiągnięcie. A jednak powieść Delii Owens gdzieś by mi umknęła, gdyby nie polecenie jednej z klubowiczek. Na szczęście zachęciła nas do lektury, ponieważ moim zdaniem ta książka jest wyśmienita. Spokojnie mogę przyznać, że jest jedną z najlepszych, jakie czytałam w ostatnich latach, choć mam do niej pewne zastrzeżenia. Co mnie w niej urzekło? Co skradło moje serce? Co w końcu nie do końca mi się podobało? Zapraszam do dalszej lektury.
"Mokradła to nie bagna. Mokradła to przestrzeń wypełniona światłem, gdzie trawa wyrasta z wody, a woda płynie ku niebu." To pierwsze zdania tej powieści. Zdania, których wydźwięk przywołał z pamięci, tak cenioną przeze mnie, wyśmienitą prozę Michaela Crummeya. Opisy przyrody są jedną z najmocniejszych stron tej książki. Widzimy je oczami wyobraźni, są tak niesamowicie plastyczne i wywołują całe mnóstwo emocji. Czytając, czułam zapachy, słyszałam odgłosy dzikiej zwierzyny, miałam na skórze krople słonej wody. Niewielu autorów potrafi w tak piękny, delikatny, uwodzący, a jednocześnie sugestywny sposób oddać tło wydarzeń. Choć w tym przypadku nazywanie przyrody tłem jest być może trochę nie na miejscu. Ona pełni tu tak ważną rolę...  
Akcja powieści toczy się w latach 1952-1970 na amerykańskim Południu. Główną bohaterką jest Kya, najpierw kilkuletnia dziewczynka, później nastolatka i w końcu młoda kobieta. Człowiek, od którego powoli wszyscy odchodzą. Widzi matkę opuszczającą dom (niesamowicie poruszająca scena), następnie wyprowadza się jej rodzeństwo. Na pewien czas pozostaje w domu z ojcem – nieudacznikiem, pijakiem, którego przemoc spowodowała, że żona z obawy przed nim porzuciła nawet własne dzieci. Kyą właściwie nikt się nie interesuje Owszem, pewnego dnia pojawia się ktoś z opieki społecznej, zostaje nawet wysłana do szkoły, ale kiedy po pierwszym dniu już się w niej więcej nie zjawia,, nie stanowi to dla nikogo większego problemu. Początkowo jeszcze pojawiają się jacyś urzędnicy, ale potem dają sobie spokój, bo Kya zawsze się gdzieś przed nimi ukrywa. Tak, robi to często. Chowa się właściwie przed każdym, kto pojawia się na horyzoncie. Doskonale zna swoją okolicę, wyczuwa zbliżających się ludzi na odległość, poznaje ich obecność po tym, jak szumi woda, ptactwo zrywa się do lotu... Z przyrodą jest blisko, bardzo blisko, jest jej częścią, częścią tego ekosystemu mokradeł, który jest jej azylem. To dzikie dziecko, "dziewczyna z bagien", jak ją nazywają, przypomniało mi trochę główną bohaterkę powieści "Nasze miejsce" Sonji Yoerg, choć sama historia jest inna, i jakby opowiedziana z zupełnie z innej perspektywy.
"Gdzie śpiewają raki" to opowieść o samotności osoby przez wszystkich opuszczanej, pomijanej, niemalże zapomnianej. Bo choć wszyscy wokoło z jej istnienia i położenia zdają sobie sprawę, to jednak zupełnie się nią nie interesują. To historia o potrzebie miłości, bliskości, a może tylko potrzebie świadomości, że ktoś w ogóle o tobie pomyśli "w razie czego". Bardzo dobrze oddaje to następujący cytat: "Ktoś znał jej imię. Szok. Wreszcie jakaś kotwica, wyzwolenie od samotności." 
W końcu jednak pojawiają się w życiu Kyi inni ludzie. Nie jest ich wielu, jedni mają na nią pozytywny wpływ, inni zgoła zły. Pojawia się i pierwsza miłość. A potem odrzucenie. Próba zaufania kolejnemu mężczyźnie. I znów klęska. Jak daleko Kya musi się zmienić, by móc wieść życie z drugim człowiekiem? Czy w ogóle musi się zmieniać? Czy nie może pozostać sobą? Czy nie znajdzie się nikt, kto będzie potrafił pokochać prawdziwą Kyę? 
To nie jest książka usiana dialogami. Dla tych, którzy lubią czytać jedynie dialogi może być sporym wyzwaniem. Ale warto po nią sięgnąć. Właśnie dla tych długich opisów przyrody, o których już wspominałam i niesamowicie głębokich przemyśleń. Choć mamy tu narratora trzecioosobowego, to niemalże siedzimy w głowie tej wyjątkowo dziwnej dziewczyny, kształtowanej przez samotność, poczucie opuszczenia i dziką przyrodę mokradeł, które sobie szczerze ukochała. Jednocześnie z poetycznymi opisami mamy też wartką akcję, choć wątek kryminalny (o czym za chwilę) nie jest może tak fascynujący, jakbyśmy tego chcieli. Plastyczność opisów zostaje również pięknie odzwierciedlona malarstwem, którym w pewnej chwili zajęła się Kya, a którym wcześniej parała się jej matka. 
Kyę od razu lubimy. Jest kompletnie samotnym i samodzielnym dzieckiem z wielkim bagażem doświadczeń, których żaden człowiek w jej wieku mieć nie powinien. Co do tego nie ma wątpliwości. Autorka taką ją stworzyła, byśmy jako czytelnicy nie mieli wątpliwości, że jest dobrą, czystą osobą, której należ współczuć, którą trzeba podziwiać za to, ile udało jej się osiągnąć. Nie wszystkie postaci są takie jednoznaczne. Tate jest postacią pozytywną, a jednak potrafi bardzo zranić ukochaną. Matka zostawia swoje dzieci, ale potem okazuje się, że właściwie straciła rozum. Najbardziej jednak kontrowersyjną, ciekawą postacią poza Kyą jest Chase. I to nie tylko dlatego, że jego martwe ciało miejscowi chłopcy odnajdują na pierwszej stronie powieści. Kim jest właściwie ten człowiek? Było mi go bardzo trudno rozgryźć, przynajmniej do momentu, kiedy stało się jasne, jaki jest naprawdę. Wcześniej jednak nie byłam pewna, czy zmienił się pod wpływem Kyi, czy może tylko udawał. Co do niej czuł? Czy on swoje uczucia uważał za miłość, czy był po prostu wyrachowany od początku do końca? Jego postać jest bardzo ciekawie przedstawiona i choć Chase'a nie znoszę jako człowieka, doceniam to, jak niejednoznacznie został sportretowany.
"Gdzie śpiewają raki" to nieco tendencyjna opowieść o uprzedzeniach, pokazana jednak w świeży sposób. Owens nie uniknęła przy tym pewnych schematów. Mamy więc mocno podzielone społeczeństwo. I to nie tylko na "białych" i "czarnych", ale na ludzi porządnych i... hołotę z bagien. Tymi ostatnimi nikt się nie zajmuje. Policja nawet na mokradła nie zagląda, nawet w przypadku poważnych przestępstw. Tym razem uczyniła wyjątek, ponieważ ofiarą jest Chase – najlepszy rozgrywający, jakiego kiedykolwiek mieli (tak, to ma znaczenie dla tych ludzi).
Ostatecznie "dziewczyna z bagien" staje się poczytną i szanowaną w środowisku naukowym autorką książek przyrodniczych, które również sama ilustruje. Niestety, w oczach okolicznych mieszkańców wciąż pozostaje hołotą. Może i docenioną przez świat zewnętrzny, ale jednak "gorszego sortu". Oni jej przeistoczenia nie tyle nie dostrzegają, ale wręcz go dostrzec nie chcą.
Wątek kryminalny znajduje się gdzieś jakby na uboczu, choć w pierwszej chwili może się wydawać inaczej. Jest średni, momentami emocjonujący, ale bez przesady. Najlepszą jego częścią jest sam proces sądowy i to jak prokurator stara się wymyślić dowody (czy też raczej poszlaki), których nie znalazła policja. Kto zabił? Byłam już pewna, że się nie dowiem, bo rozwiązanie Owens daje naprawdę w ostatniej chwili.
Znamienne zdanie pada z ust obrońcy na sali rozpraw: "(...) czy wykluczyliśmy ją, bo była inna, czy też stała się inna, bo ją wykluczyliśmy?"Cały proces zdaje się mocno "naciągany". Nie ma śladów, nie ma dowodów. Są jedynie przesłanki, których by pewnie nie było, gdyby oskarżona nie pochodziła z mokradeł. Przywodziło mi to na pamięć rozprawę z "Czasu zabijania" Johna Grishama (tę kwestię na końcu, kiedy obrońca prosi, by wyobrazić sobie, co by przysięgli czuli, gdyby dziewczynka była... biała).
Jeśli już miałabym doszukiwać się minusów to denerwował mnie w pewnej chwili natłok przytaczanej poezji. Było jej, jak na mój gust, decydowanie za dużo w drugiej połowie powieści, ale na końcu wszystko stało się zrozumiałe.
Jest do doprawdy poruszająca, chwytająca za serce i zapadająca w pamięć, barwna opowieść, którą szczerze mogę polecić każdemu. Bo każdy znajdzie w niej coś dla siebie.
Dzisiaj (dosłownie godzinę temu) odkryłam, że na podstawie powieści zostanie nakręcony film. Nie mogę się już doczekać, szczególnie, że – moim zdaniem – idealnie dobrano aktorów odgrywających główne role. Film ma olbrzymi potencjał, choć w żadnym razie nie będzie w stanie wznieść się na te epickie wyżyny, co książka. Na pewno jednak z wielką chęcią go obejrzę.






Książkę przeczytałam w ramach Dyskusyjnego Klubu Książki

czwartek, 28 maja 2020

Kult – Łukasz Orbitowski

Wydawnictwo: Świat Książki
  Warszawa 2019
Oprawa: miękka
Liczba stron: 480
ISBN: 978-83-813-9098-9







To już kolejna pozycja przeczytana w ramach Dyskusyjnego Klubu Książki i właśnie uświadomiłam sobie, że jeszcze ani słowem nie pisnęłam o tym, jak ten klub działa. Na początek zatem słów kilka na ten temat. Spotykamy się raz w miesiącu. Na każdym spotkaniu omawiamy jedną książkę. wcześniej jest ona wybierana, w demokratyczny sposób, poprzez klubowiczów. Wypożycza ją nam biblioteka (w naszym przypadku gminna) z Instytutu Książki i mamy spokojnie cały miesiąc na zapoznanie się z nią. Dotychczas spotykaliśmy się w bibliotece, obecnie, z powodu pandemii, łączymy się przez Internet. Dyskutować jednak o książkach nie przestaliśmy. Takich klubów jak nasz jest w Polsce coraz więcej. Może i Wy poszukacie jakiegoś dla siebie? Gorąco polecam!
W ostatniej ankiecie wybrałam inny tytuł, którym byłam bardziej zainteresowana. Ciekawe, że również Łukasza Orbitowskiego, choć dotąd nigdy jeszcze niczego jego autorstwa nie czytałam. Padło jednak na "Kult" (zdecydowała większość), o czym dowiedziałam się wieczorem, w czasie spotkania on-line. Rano tego samego dnia czytałam artykuł o objawieniach, w którym był między innymi fragment o Oławie. Niesamowity zbieg okoliczności, bo jakoś nigdy się tym tematem specjalnie nie interesowałam – zdecydowanie bardziej pociąga mnie biblistyka i liturgika, choć jakiś czas temu zajęcia o objawieniach na teologii miałam. Zatem padło na książkę, której przewodnim tematem są objawienia w Oławie...
Do pierwszego objawienia miało dojść w 1983 roku. Z oczywistych powodów nie mogę tego pamiętać, bowiem w styczniu tamtego roku dopiero pojawiłam się na tym świecie. Lata osiemdziesiąte pamiętam z perspektywy bardzo radosnego, szczęśliwego dzieciństwa spędzonego w rodzinnym gronie (w dużym mieście) i przez długi czas miałam problemy z zaakceptowaniem tego, że nie wszystkim żyło się wówczas tak sielsko-anielsko. 
Choć historia oławskich objawień rozpoczyna się w latach 80, bohaterowie sami mają swoją historię. Urodzili się zaraz po wojnie, są więc rówieśnikami mojej mamy i myślę, że to ona mogłaby powiedzieć coś więcej na temat tego, czy świat przedstawiony w dziecięcych i młodzieńczych wspomnieniach Zbyszka przypomina rzeczywistość. Z tego jednak, co czytam w Internecie, jest to rzeczywistość dobrze oddana. 
Powieść napisana  jest w formie wywiadu-rzeki, który to przeprowadza Łukasz Orbitowski z fryzjerem Zbyszkiem – bratem Heńka, wizjonera, któremu miała się objawiać Matka Boża. Wywiad ma miejsce w roku 1997, który już doskonale pamiętam – roku wielkiej powodzi, zalanego Wrocławia, ludzi, którzy z powodu wielkiej wody utracili często dorobek całego życia. Czy ta powódź to kara za niesłuchanie Heńka (i Matki Bożej)? Czy to ten wielki upadek, który miał spotkać tych, którzy nie podążyli za treścią objawień oławskich? Odpowiedzi na to pytanie w książce nie znajdziecie, natomiast gwarantuję Wam prawdziwą ucztę literacką. 
Sam pomysł, by właśnie w takiej formie opowiedzieć tę historię okazał się strzałem w dziesiątkę. Uprzedzam jednak, że do takiego wywiadu nie doszło. Co więcej – Zbyszek i Heniek są postaciami fikcyjnymi, a wiele wydarzeń opisanych na stronicach książki nie miało nigdy miejsca. Orbitowski zainspirował się postacią Kazimierza Domańskiego, ale jego historia jest bardzo różna od tego, co przytrafiło się Heńkowi. Nie będę tu wnikać w szczegóły, jeśli jesteście zainteresowani jego życiem, poszukajcie w Internecie – bez problemu można znaleźć na ten temat wiele informacji. 
Dzieciństwo i młodość Zbyszka i Heńka to wciąż powracający temat braterstwa. Braterskiej lojalności, pomocy, wzajemnej opieki. Choć to Zbyszek właściwie musiał dbać o młodszego brata, który zdawał się być lekko upośledzony. To młodzieńcze podejście zaoowocuje w przyszłości i będzie miało niemały wpływ na wszystkie decyzje podejmowane przez dorosłego Zbyszka. Bo on jako jedyny do końca pozostanie przy bracie, choć jednocześnie skrzywdzi go najbardziej na świecie. I on jedyny będzie go bronił nawet wtedy, kiedy już wszyscy się od niego odwrócili. Choć sam nie tylko nie wierzy w objawienia, ale nawet w Boga.
To dość ważna kwestia. Bo historię o objawieniach, które miały być udziałem jego brata opowiada człowiek niewierzący. Postrzegający wiarę jako swego rodzaju banialuki. Ucieczkę od codzienności może. Zupełnie jej nie pojmuje, widzi jako coś zbędnego, stare przesądy, gusła, coś dla prostego ludu, który można omamić. Choć sam nie jest partyjniakeim i w partię też nie wierzy. Jest zwykłym męskim (co podkreśla) fryzjerem. Wierzy w to, że mężczyyzna powinien mieć dom, żonę i dzieci. Że trzeba pomagać bratu, że przyjaźń jest ważna, bo jest jedyną rzeczą, którą z dzieciństwa możemy ze sobą zabrać w dorosłość. Wierzy w końu w siebie. Na pewno nie w Matkę Bożą ukazującą się na ogórdkach działkowych.
Tak, Matka Boża nie ukazała się Heńkowi w kościele, w pięknym ogrodzie czy parku, nad ładnym jeziorem czy w domowym zaciszu. O nie, pokazała się na ogródku działkowym, pośród krzaków pomidorów. Ukazywała się jeszcze wielokrotnie, nawet kiedy na działce nic już nie rosło. A na działkę – która, jak to ówczesne ogródki działkowe (wiem, bo rodzice nadal taki posiadają) wielka nie była – zaczęły walić całe tabuny ludzi. Tysiące wiernych, którzy szukali ukojenia, uleczenia (bo Heniek też uzdrawiał), dobrego słowa itd. Wszystko to w czasie ledwie po zakończeniu stanu wojennego. Nic więc dziwnego, że komunistycznym władzom Oława stała niczym ość w gardle. Nie było im to po myśli. Na dodatek pielgrzymi tarasowali drogę, śmiecili, niszczyli okoliczne ogórki, powodowali nawet spore opóźnienia pociągów. Doszło nawet do tego, że sam Jaruzelski o tym w telewizji mówił. Oława stała się z jednej strony centrum pielgrzymkowym (Dzisiaj takie miejsca cieszą się z napływu pielgrzymów, bo na nich zarabiają. Wówczas pielgrzymi wykupywali wszystko ze sklepów, które i tak świeciły pustkami i dla  Oławian naprawdę niewiele zostawało.), z drugiej – według narracji władzy – miejscem zacofanym i zabobonnym.
Podejście komunistów do tematu nie powinno raczej nikogo dziwić. Może natomiast niektórych  dziwić to, jak do całej historii tych objawień podszedł ówczesny Kościół. Można by się spodziewać, że księża w parafii zainteresują się sprawą. Otóż tak się nie stało. Nawet mimo tego, że wikarym w parafii był jeden z najlepszych przyjaciół z dzieciństwa Zbyszka, Roman. Myślę, że gdyby on postąpił od początku inaczej, okazał Heńkowi jakiekolwiek zainteresowanie, porozmawiał z nim, wszystko mogłoby się potoczyć inaczej. On jednak myślał tylko o sobie, o swoich planach, o tym, że chce się wyrwać na lepszą parafię itd. Zamiast rozmowy były wielotygodniowe zbywania, a potem było już trochę za późno, bo Heniek znalazł innych ludzi, którzy zechcieli z nim rozmawiać, słuchali go i mu pomagali. Zresztą Zbyszek też postanowił rzecz w pewnym stopniu przemilczeć, bo bał się, że jeśli powie coś stanowczego, to może stracić brata, który nagle zaczął robić wszystko po swojemu, nie potrzebując już jego pomocy. Zmienił się nie do poznania i to Zbyszka bolało najbardziej. Bo, jak twierdził, ludzie nie lubią, kiedy ich bliscy się zmieniają. 
Pielgrzymi, nazywani przez Zbyszka jeremiaszami (Jeremiasz zapowiadał upadek ludzi i gorąco napominał Żydów – to chyba stąd to określenie, ale dziwnie brzmi w ustach kogoś, kto z Kościołem ma nie po drodze) przybywali przez całe długie lata na działki. Jednak Matka Boża od początku "mówiła" Heńkowi, że powinien pobudować sanktuarium z prawdziwego zdarzenia. Wielki kościół, klasztory, dom pielgrzyma. Heniek, wbrew wszystkim i wszystkiemu dopiął swego. Co ciekawe, ten kościół, to sankturarium, nadal stoi i jest obecnie jedną z oławskich parafii. Nie tylo w książce, ale w rzeczywistości. Biedaczyna, rencista,  człowiek, który nie bardzo radził sobie w życiu i zawsze potrzebował pomocy bliskich – nagle zebrał tak wielką sumę pieniędzy, że udało mu się postawić "bazylikę" z przyległościami! Wszystko dzięki wierze.
Warto jeszcze wspomnieć o tym, że książkę napisał Orbitowski prostym językiem. W końcu mówi do nas zwyczajny, prosty fryzjer. Jest to odczuwalne i naprawdę dobrze się czyta. Do tego sam Zbyszek przedstawia całą historię w bardzo ciepły i emocjonalny sposób. I z dużą domieszką humoru, który jest tu bardzo na miejscu, a całości dodaje smaczku. Postaci wykreowane są wyśmienicie. Nie są papierowe – to prawdziwi ludzie z krwi i kości. Do połowy książki nie miałam pojęcia, czy oni naprawdę istnieli, czy są wytworem wyobraźni Orbitowskiego. Dopiero potem doczytałam prawdziwą historię Domańskiego i oławskich objawień. Tych ludzi można lubić, nie znosić, można się z nimi utożsamiać, albo utożsamiać ich z tymi, których znamy z własnego życia. Sa bardzo różni, bardzo realni, namacalni wręcz. Pokazani w przeróżnych sytacjach, mają szansę pokazać, jacy są naprawdę, ze wszystkimi odcieniami szarości. Nie jest łatwo wykreować takich bohaterów, Orbitowskiemu wyszło to doskonale.
Natomiast mam wrażenie, że niewiele było o samym "orędziu", to znaczy o treści objawień. Może trzy, może cztery razy przeczytałam jakieś pojedyncze zdanie o tym, co niby Matka Boża Heńkowi mówiła. Mało, za mało. Poza tym Heniek został pokazany w taki sposób (wiadomo, mówił o nim lojalny i kochający brat), że nie sposób go nie polubić. Lekko zagubiony, bardzo głęboko wierzący, człowiek o dobrym sercu, który niczego nie pragnie dla siebie. Bo on chciał to sanktuarium zbudować i oddać Kościołowi, tyle że Kościół go nie zechciał. Heniek to taki gość do serca przyłóż. Jego pierwowzór raczej taki nie był (z tego, co czytałam). Natomiast ukazanie Heńka właśnie jako takiego trochę ciapowatego, dobrego człowieka – przy jednoczesnym niemalże pominięciu "orędzia" ukazuje Kościół jako instytucję skostniałą i nie liczącą się w ogóle ze świeckimi. Jako ludzi, którzy patrzą na objawienia przez pryzmat tego, co im osobiście może się opłacać. Nie ma ani słowa o tym, że w tym "orędziach" były błędy dogmatyczne i teologiczne. Że ich owoce nie były do końca dobre. Że Heniek w żadnym razie nie wykazywał się pokorą i w dążeniu do swego celu nie był posłuszny Kościołowi. A to nie osoba mająca objawienia ma za zadanie rozeznawać ich autentyczność, ale Kościół. I potrzeba na to również czasu, a Heniek chciał wszystkiego od razu. Takie ukazanie całej sytuacji mnie osobiście się nie podoba. Ludzie w sieci piszą, że ta książka jest bardzo neutralna i nie pokazuje Kościoła w złym świetle. Może i nie jest agresywna, nachalna, rzeczywiście można mówić o wyważeniu, ale o dobrym świetle nie ma mowy. Dobry jest Heniek, a Kościół stoi w opozycji do niego. Wydaje się, że tak postrzega temat każdy, kto o objawieniach wie niewiele i nie czuje większej potrzeby, żeby chociaż poznać sposób, w jaki są one badane. To jedyny minus tej powieści.
Podsumowując zatem – literacko jest to majstersztyk, który wciąga na długie godziny, jednocześnie wymagając od czytelnika przemyślenia wielu spraw. Świetnie pokazuje życie małych społeczności na przestrzeni lat oraz zmian, jakie w nich zachodzą. Zwyczajnych ludzi, z których każdy chciałby w jakiś sposób zapisać się w historii. Wszystko to z dużą dozą spokoju, dobrego humoru, dystansu do trudnego tematu. Po lekturze pozostaje w głowie sporo myśli i równie wiele ważnych cytatów. Naprawdę warto przeczytać.







Książkę przeczytałam w ramach Dyskusyjnego Klubu Książki