Fragment mojej recenzji został umieszczony na okładce powieści "Skazaniec. Z bestią w sercu" Krzysztofa Spadło


Moja recenzja została zamieszczona na okładce powieści "Wojownicy. Odwet Wysokiej Gwiazdy" Erin Hunter

Fragment mojej recenzji „Korony śniegu i krwi” został umieszczony na okładce powieści Elżbiety Cherezińskiej – "Niewidzialna korona"

wtorek, 7 lutego 2012

Zamordowana królowa - Maurice Druon



Po śmierci Króla z żelaza, władzę w państwie przejmuje jego syn. Francja nie jest już jednak taka sama. Pod rządami Ludwika X, zwanego Kłótnikiem, panuje głód i nędza. Stronnictwa walczą ze sobą, a na młodego władcę próbują wywierać wpływ jego wuj, Dostojny Pan Karol Walezjusz i Pan Enguerrand Marigny, doradca Filipa Pięknego, który na szczyty władzy wspiął się dzięki swojej ciężkiej pracy i zaufaniu starego króla.
Kto zwycięży ten pojedynek i kogo ostatecznie posłucha młody król, zupełnie nie nadający się do rządzenia tak rozległymi ziemiami? Co stanie się z jego uwięzioną małżonką, Małgorzatą Burgundzką? Czy Ludwik pozbędzie się niechlubnej sławy rogacza i znajdzie na europejskich dworach odpowiednią kandydatkę na nową małżonkę?
To pasjonująca i porywająca historia pełna intryg, spisków, manipulacji i planów w planach. Każdy stara się wykorzystać panujący we Francji – i w Europie – chaos i uszczknąć coś dla siebie. Szantaż i przekupstwo są powszechniejszego od chleba, którego brakuje w kraju, sfabrykowane dowody w postępowaniach sądowych – ważniejsze od prawdziwych wyznań winy.
W zawierusze tej towarzyszymy młodemu Gucciowi w podróży na dwór w Neapolu oraz do Awinionu. Zakochany Lombard coraz bardziej zapętla się w dworskie intrygi, bierze nawet udział w rozmowach z kandydatami na tron Piotrowy. Konklawe nie potrafi bowiem wybrać następcy zmarłego papieża, a ten jest niezbędny Ludwikowi X, by mógł unieważnić swoje małżeństwo z Małgorzatą.
Knowania królewskiego wuja mają mu zapewnić nieograniczoną władzę i napchanie własnych kieszeni złotem, skarbami i wpływami. Będzie więc próbował zeswatać Ludwika ze swoją krewniaczką. Z kolei Enguerrandowi zależy na odwleczeniu wyboru papieża, wie bowiem, że w dniu, w którym nowy namiestnik Chrystusa zostanie wybrany – on może stracić całą władzę.
Jak się w tym całym bałaganie, gdzie nie można ufać nawet rodzonemu bratu odnajdzie Guccio, który przecież marzy jedynie o tym, by znaleźć się w ramionach pięknej Marii de Cressay? Czy konklawe w końcu coś postanowi, a Lombardom uda się utargować podpisanie przez króla ustaw, które powrócą do starych, uświęconych tradycją praw z czasów Ludwika Świętego – prawa do bicia przez możnych własnej monety i wywoływania wojen między sobą? Wszystkiego tego dowiemy się czytając „Zamordowaną królową.” Jednak nie na tym koniec, gdyż cykl Druona oferuje nam jeszcze kolejnych pięć tomów, także historia toczy się dalej, a kończąc tom drugi czujemy głód wiedzy. Co się wydarzy w kolejnych latach? Czy rzeczywiście przekleństwo rzucone na stosie przez wielkiego mistrza templariuszy spełni się i sięgnie do trzynastego pokolenia tego zacnego królewskiego rodu?
„Zamordowana królowa” jest równie genialna, jak „Król z żelaza”. Jedyny minus, jaki przychodzi mi do głowy to tytuł, ponieważ łatwo się z niego domyślić, że Małgorzata nie pozostanie długo przy życiu. Poza tym – Druon pięknie prowadzi narrację, doskonale pokazuje świat w średniowiecznym imperium, umiejętnie kreśli charakterystykę bohaterów, których jest wielu, a każdy z nich inny i autentyczny, niczym z krwi i kości.

czwartek, 2 lutego 2012

Chwilka refleksji

Dzisiaj bardziej refleksyjnie. Chciałam sie z Wami podzielić nie tyle opinią, ale poematem, którym jestem zachwycona od kilkunastu lat. Zapraszam na chwilę z poezją najwyższych lotów.

Serce jak obłokpoemat
Matce
I
W takich nocach się lęgną
same mary tylko i skrzydła nawałnic.
Takie noce się kann i
przez wiatr odeIWaną ręką.
Takie noce dymią padliną-
gnijącym runem obłoków;
błądzący po nich giną
w lęku i mroku.
Takie noce rodzą tylko zwierzęta:
konie bez głów i koty ziejące płomieniem,
i płynie w nich ziemia przeklęta
głuchym strumieniem.
Jakże te noce przemógł,
które rosną jak trupi obrzęk
i jak ryby duszą się niemo?
Jakże w nich zrodził się olbrzym?
II
A miał Tytan ramion dwoje * gałęzi,
jak mosiądz, co się w słońcu wygina,
i oczy, jakby w nich niebo uwięził
albo jakby mu błękit spojrzeniem
przez głowę na wylot płynął.
A nad głową koronkę włosów
do ptaków podobną, koloru róży czy rtęci,
spadającą na wysmukły pomnik twarzy,
kiedy w drogach złocistych brodził,
w płomieniami płynącym zachodzie,
i tętniące cyklony marzył.
Kiedy świt jak owoc mleka dojrzewał
w kolorowych szybkach jaskiń,
ruszał Tytan przez dzwoniące jaskry
jak przez gwiazdy wdeptane w trawę,
i melodie echem śpiewał,
a przed sobą pędził jak korabie
zamyślone, koczujące jak owce
w szczerym srebrze wykute lodowce.
A spod stóp się sypały lawiny.
jak odłamki kroków wędrujących
przez pustynie planet innych,
przez kotliny zatopione słońcem,
poprzez ziemię jak wielką przyczynę
zgasłych studni i źródeł bijących.
Parły trąby miedziane wichury
w kolorowy codzienny zachód,
pędził Tytan bezimienne góry
nad koralowy wodopój,
gdzie jak senne zwierzęta - łapą
przecierały znużone oczy,
zanurzały pyski w spokój -
w aksamitne fale nocy.
Czegóż więcej potrzeba, gdy głos twój
budził gór żelazny obryw?
Czegóż więcej trzeba oczom modrym,
a tak w smutek patrzyły prosto,
że aż śmiercią lodowatą wiało od nich?
Nosił Tytan w piersiach mocnych
wyrojone w groźną noc narodzin
mutne serce wykarmione na wyjących wichrów głodzie,
smutne serce wybujałe na lamentach ptaków nocnych,
na modlitwach psów - rzucanych w tarczę snów okrągłą -
dziwne serce - zamiast serca - obłok.
III
Dojrzewały w sadach śliwy, śliwy złociste, jakby
kto krople słońca w powietrzu ostudził nagle jak wosk.
Tańczyły siostry kołem, od tej wesołej jazdy
migało pod powiekami, drażniło nozdrza jak kłos.
Dudniły warkocze, tak lśniące, że prawie w słońcu białe,
jak ulew jasne sploty rzucane z nieba ukosem.
Dudniły deszcze owoców poprzez rozwiane włosy,
żeś już nie wiedział na pewno, czy włosy, czy śliwy dojrzały.
Tańczyły siostry kołem, a Tytan przystanął; od żaru
oczy ręką ogarniał jak od lśniącego bąka:
"Weźcie mnie, siostry, będziemy po kolorowych łąkach
tańczyć pośród jesieni zielonożółtych pożarów".
Śmiały się siostry, śpiewały głosami
jak zielonymi wilg owocami:
"Jakże będziesz tańczył z nami
pod jesieni namiotami,
kiedy ręce masz jak stal i mosiądz?
Strącisz z gór sokoły lawin,
huk lodowców słońce zdławi,
kiedy pieśń zaśpiewasz mocnym głosem.
Jakże bratem naszym jesteś,
kiedy my jak płomień lekkie,
który biegnie po płonącej słomce,
a ty wiatrem noc zalewasz,
piorunami płoniesz w drzewach,
rozdmuchujesz w kolorowy zachód słońce?
Jakże - mamy tańczyć z tobą,
kiedy zamiast serca obłok
w piersi burzą wypełnionej nosisz?"
I wesoło się siostry śmiały,
w świergot ptaków coraz bardziej zanikały,
aż pozostał po nich lot pajęczyn
rozwieszony w powietrzu dźwięcznym.
Został Tytan sam na brzegu żalu
jak na brzegu najsmutniejszej wyspy,
gdzie na drzewach nawet ptaki wszystkie
są z zimnego złocistego metalu.
IV
Kąpali się chłopcy w rzekach,
których prąd podobny dłoniom żylastym,
gdzie czekała ich polana niedaleka
i mijały ich wyśnione obce miasta
napełnione kopułami z kolorowych szkiełek,
które w słońcu się wzdymały i gięły.
I widzieli w lasach ciemnych, wilgotnych
wirujące tęcze z purpurowych kamieni.
Wśród zielonych kołysek cieni
migotały im dziewcząt loki.
Ale jakże je było uchwycić,
kiedy były z snów przejrzystych nici?
Stanął Tytan nad rzeką i zawołał,
aż się kręgi kręciły po wierzchu,
jakbyś kamień w wodę rzucił - coraz dalsze koła:
"Chodźcie, chłopcy, popłyniemy o zmierzchu
i zamkniemy w rąk brązowych kleszczach
kraj błękitny, gdzie gwiazda mieszka".
Ale śmieli się chłopcy białemi -
jak orzechy wyłuskane - zębami:
„Jakże płynąć chcesz. Tytanie, z nami
do tych bujnych jak burze ziemi,
kiedy my szukamy w nich dziewcząt -
jedwabnego jeziora pieszczot,
kiedy chcemy wydrzeć drogie kamienie
tęczom barwnym i zazdrosnym ziemiom?
A ty nie masz soczystego serca,
w którym dudni krew chciwa klejnotów.
Czy w lodowcach swych ukryjesz złoto?
Czy w cyklonach swych poszukasz mu miejsca?"
I płynęli, przepływali obok:
"Przecież ty masz zamiast serca obłok".
Poszedł Tytan od chłopców wesołych,
wielkie stopy ostrożnie stawiając wśród drzew.
Jeszcze za nim pogłos rzeczny wołał
i płynących daleki śpiew.
V
Czesała Światłoluna włosy ciemne
przed zwierciadełkiem strzaskanym potoku,
zanurzała wąskie ręce głęboko,
ku swym oczom zielonych tajemnic,
które w wodzie się tliły i gasły
jakby z mroku utkane, a jasne.
Zeszły samy do strumienia, wodę
tuląc miękko do wilgotnych twarzyczek,
przybliżały kosmaty policzek
do jej dłoni błękitnych od chłodu
i wznosiły nozdrza mokre i czarne,
jakby w piersiach jej przeczuły same.
Widział Tytan Światlohmę i pokochał,
rzucił stada gór lodowych i gromów
i co rano przed płynącym lasu domem
dzwonił pieśni na wydętych wiatru konchach,
aż z przestrzeni taki żal wywabił,
że na liściach osiadało łzami.
Tylko z dali ryczały porzucone lodowce
przystanąwszy w zasłuchane stada
i skręcone orkany jak owce
pobekując zawisły w powietrzu,
nawet ostre pociski deszczów
zwisły z nieba - stanęły nad ziemią,
w kręgi pieśni zasłuchane niemo.
Tytan grając śpiew smutny w ciszę długo snuł,
jakby ciemną nicią żalu niebo rozciął wpół:
"Szybują bąki wiecznych burz
chmurami w dół, chmurami w głąb.
Spadają deszcze szklanych róż
pośród mosiężnych wiatru trąb.
Widziałem w twoich oczach las
wiodący sarnim rytmem w świat,
gdzie zamyślone ryby gwiazd
nad nawałnicą lat.
Uchroń mnie lotem swoich rąk
jak białych ptaków snu
od wędrujących za mną łąk,
od wędrujących gór.
Szybują burze, w burzach drży
mój własny groźny krok.
O, schroń mnie w namiot swoich snów
przed stalą moich rąk".
Wyszła wtedy Światlołuna na brzeg światła,
pół się śmiejąc, pól po wietrze ręką wodząc
jak po grzbiecie zbudzonego pieśnią bawola,
i uniosła smutne oczy jak lecących chmur zwierciadła,
jak jaskółki zabłąkane późną nocą
w wirujących planet kołach.
Pól się śmiejąc, pół śpiewając zawołała,
jakby strumień ciepłym altem w niebo lala:
"Jakże ty mnie chcesz, Tytanie, kochać,
zadumaną w moich białych potokach?
Jakże chcesz mnie w mocne dłonie uchwycić,
kiedy nie wiesz, czy to ja, czy moje odbicie?
Bo ja jestem na wpół prawdą, na wpół ciszą,
jakby liście, co w powietrzu - zanim spadną - wiszą.
Boję ja się twoich gór tętentu,
twoich wichrów jak lecące zwierzęta.
Kiedy rykną twe lodowce lawiną,
moje oczy znikną w liściach, w kwiaty się rozpłyną.
Za wysoka będzie miłość z tobą,
kiedy ty masz zamiast serca obłok".
Za wysoko było podjąć płacz z tej nuty,
gdzie go piersi wyrzuciły ponad przestrzeń,
gdzie go taki lodowaty wylał smutek,
aż zamarzły nieruchomo wszystkie ptaki na wietrze.
Tylko z powiek Tytanowi łabędź spłynął
zamiast łzy - i w chmurach zginął.
VI
Dudniły rzeki po zboczach. Pełzały żółtym płomieniem
ogniska ludzi w dolinach, kiedy się do snu kładli
nic nie widzący powyżej, niż biegły z ognisk cienie,
nie szukający ponad to, co już od dawna odgadli.
Ryczały krowy mleczne i rogi nurzały w senność,
a ptaki spały mocno jak wyrzeźbione w gałęziach.
Piersi zwierzęce i ludzkie wznosiły, zniżały ciężar
ogromnej kuli nocy, którą zamknęła ciemność.
Wtedy z pieczar głos się piętrzył i tak urósł,
jakby nie był lotem ptasim, ale czarną górą.
Wołał Tytan w puste studnie nocy,
aż mu oczy wypalone troską zgasły,
a od głosu ziemia stała w gromach jasnych,
złote kule na doliny tocząc.
A lawiny lały się jak srebrne rzeki,
jakby starte kołem czasu - wieki.
Właśnie świt nad nocą przysiadł, jakby ptak
skrzydłem mlecznym gwiazdy z wolna ścierał,
kiedy drogą bladą jak we snach
Matka szła o twarzy wyrzeżbionej
w smugi smutku, jakby się nią przelał
czarny płomień zamknięty we łzach.
A łzy były za Tytanem tęsknione
i nie gorzkie już, a tylko czerwone.
Wtedy w piersi Tytana obłok
tak się dźwięcznie w białą chmurę skłębił,
że po halach posypał się pogłos
cekinami mieniących gołębi.
I w ramionach Matki zamilkły
jego oczy jak zamarzłe wilki.
Tylko skrzydła jej srebrnych włosów
długo wiały na porannym wietrze
i sypały się w błękitną przestrzeń,
zastygając w konstelacje i znaki,
nie wiadomo, czy łzy, czy ptaki?
ukończone 30 sierpnia 1941 r.

wtorek, 31 stycznia 2012

Król z żelaza - Maurice Druon



Pewnego dnia, w połowie zeszłego roku wypatrzyłam „Króla z żelaza” i kolejne dwie części. Od razu pomyślałam, że chciałabym przeczytać. Później napotkałam kolejne dwie i okazało się, że jest ich łącznie siedem, a seria nie jest żadną nowością. Pierwsza część ma już blisko 60 lat!
W listopadzie zakupiłam sześć tomów, wciąż brakowało mi pierwszego i ostatecznie dorobiłam się go w zeszłym tygodniu. Cóż mogę powiedzieć? Kompletnie nie rozumiem, jak to się stało, że wcześniej nie trafiłam na powieści Druona.
Tytułowym królem z żelaza jest Filip Piękny, człowiek, który przez niemal trzydzieści lat dzierżył w dłoniach berło Francji. Ten sam, który osadził papieża w Awinionie (tzw. „niewola awiniońska”) i zniszczył zakon templariuszy, które to wydarzenie w ostatnich latach było dość często przypominane.
Ostatni rok procesu zakonników z Zakonu Ubogich Rycerzy Świątyni.Po odwołaniu zeznać, do złożenia których przyczyniły się lata tortur, Wielki mistrz Jakub de Molay, skazany na stos, rzuca przekleństwo na króla Filipa, papieża i strażnika pieczęci, Nogareta. Wróży im śmierć zanim rok minie. Być może nikt by się nie przejął słowami umierającego w płomieniach staruszka, gdyby nie nagła i niespodziewana śmierć papieża Klemensa, a niedługo po nim i Nogareta. Czy królowie z rodu Filipa Pięknego rzeczywiście są przeklęci?
Jak się okazuje również bycie książęcą bądź królewską małżonką nie jest łatwe. W czasie, gdy kobiety królewskiej krwi wchodziły w związki małżeńskie dla sojuszy i zyskiwały tym samym nowe ziemie dla swego kraju, nie było mowy o miłości. Mężowie nie zawsze natomiast spełniali się w roli głowy rodziny, czy wzorowych kochanków. Synowe króla nie były zadowolone ze swoich związków i przyszło im drogo zapłacić za rogi, które przyprawiły swym mężom. Królewska córka, choć wierna małżonkowi, królowi Anglii, także nie należy do szczęśliwych. Wszystko to powoduje, że kobiety tak samo, jak mężczyźni knują i intrygują, kto wie – może po prostu z nudów, gdyż, nie ma co ukrywać, kobiety w średniowieczu nie miały za dużo ciekawych zajęć.
Bazując na wzmiankach w średniowiecznych kronikach, które jedynie podawały fakty, Druon stworzył przepiękną opowieść, godną najwyższych półek w naszych bibliotekach. Jego bohaterowie są przekonywujący i prawdziwi, każdy inny, każdy pasuje do swego miejsca w, feudalnym przecież jeszcze, społeczeństwie. Nie można autorowi niczego właściwie zarzucić. Król przemawia i zachowuje się po królewsku. Zdradzeni książęta nie chcą widzieć swych żon, a kochankowie księżniczek zostają straszliwie potraktowani przez katów i tłum, który… raduje się każdym kolejnym pokazem sztuk katowskich, każdym stosem, każdym toporem i każdą szubienicą. Panienki z wiosek są niewinne, bankierzy skąpi i przeliczający wszystko na zysk, choć niekoniecznie tylko finansowy. Mamy tu zróżnicowanie klasowe, społeczne i językowe. Historia opowiedziana jest pięknie i nie razi – jak u niektórych autorów – znajomość przyszłości, która ma nastąpić po przedstawionych w powieści zdarzeniach.
Powieść mnie pochłonęła, wessała niemalże na swe stronice, nie pozwalając o sobie zapomnieć na długie godziny pracy, kiedy myślałam niemalże jedynie o tym, że chciałabym kontynuować lekturę. To historia pełna intryg – nie tylko dworskich – i namiętności odczuwanej do drugiego człowieka, pieniędzy, władzy. To walka o tron, o poklask i szacunek, ale i o wolność myśli i czynów, o ojcowiznę, o utrzymanie się we Francji, która jest prawdziwym pierwszoplanowym bohaterem „Króla z żelaza”.
Gorąco polecam. Osobiście – czytam już kolejny tom i cały czas czuję się, jakby autor rzeczywiście potrafił przenosić czytelnika w czasie.

wtorek, 24 stycznia 2012




































Czytam, czytam. Tylko z racji podróżowania i kilku innych czynników - kilka powieści na raz, w związku z czym minie jeszcze z tydzień, zanim cokolwiek zakończę.
W obecnej chwili na półeczce leżą "Gra anioła" Zafona i "Gildia Magów" Canavan.
W torebce natomiast - czytam w autobusie - "Króla z żelaza" Druona.
Także najpóźniej po weekendzie pojawi się nowa recenzja.

wtorek, 17 stycznia 2012

Kochani, serducho pełne radości, bije w przyspieszonym tempie. Zostało niewiele ponad dwa miesiące do Pyrkonu! Strona konwentu już ruszyła, można powoli zacząć planować te wspaniałe trzy dni. Już nie mogę się doczekać...

Saga Wielkich Rodów - Tom 1 - Tryptyk krwi (cz.10)

Jana wiedziała, że nie jest córką Irene. Nie dlatego, że źle się czuła w tej rodzinie – wręcz przeciwnie. Zawsze była traktowana, jak siostra i córka. Ale nie była głupia, umiała liczyć. Wiedziała, że mąż Irene zmarł kilka lat przed jej narodzinami. Raz tylko zapytała, kim jest i skąd się wzięła. Widząc smutek w oczach kobiety, która wychowała ją, jak własne dziecko, postanowiła nigdy więcej nie wracać do tematu. Jej rodzice jej nie chcieli, albo może nie żyli. Irene ją kochała i tylko to się liczyło.
W dniu, w którym skończyła osiemnaście lat, zaczęła miewać dziwne sny. Jakby wspomnienia z innego życia. Z wielu żywotów. Nie chciała martwić rodziny, więc nikomu nic nie mówiła. Bała się, że uznają ją za szaloną i oddalą. Udawała więc, że nic się w jej życiu nie zmieniło, że nadal jest tą samą osobą. Jednak wewnątrz czuła, że dzieje się z nią coś dziwnego. Może jej prawdziwi rodzice wiedzieli, że tak właśnie będzie i dlatego ją oddali? Myślała w pewnym momencie, żeby zapytać Irene, ta jednak była wtedy bardzo chora. Nie zdążyła już wrócić do sprawy – Irene zmarła, gdy Jana miała dwadzieścia lat. Rodzina szukała dla niej męża, dziewczyna nie chciała jednak z nikim wiązać życia, obawiając się zdemaskowania. Potrzebowała prawie dwustu lat, by zrozumieć, kim jest. Dwustu lat młodości…
*
- Obiecaj, że nikt się nie dowie. Chcę, by choć jedno moje dziecko było bezpieczne, żeby Knut nie dopadł naszej córeczki. Obiecaj, Fiodorze.
- Obiecuję, Nataszo – odparł, tuląc ją do piersi. – Przecież wiesz, że tak właśnie będzie. Nie martw się. Nasza córka jest bezpieczna. A ty powinnaś gdzieś wyjechać na parę dni i odpocząć. Josif staje się coraz bardziej nerwowy i zaczyna węszyć. Musisz, najdroższa, zacząć się zachowywać, jakby nic się nie stało, bo inaczej odkryje Janę.
- To takie trudne, nie myśleć o niej… – łkała.
Wyjechała na parę dni na wieś. Chciał jej towarzyszyć, jednak Josif był temu przeciwny. Uznał, że za dużo czasu spędzała ostatnio z Fiodorem. Znalazł dla niego pracę na miejscu, sam zaś postanowił dołączyć do żony po kilku dniach. Żaden z nich już jej nie zobaczył. Jeszcze nie zapadła noc, gdy Knut wpisał na swą listę kolejną ofiarę z rodu. Tydzień później Fiodor dostał od niego wiadomość, mówiącą, że zna jego tajemnicę i wie, że byli kochankami. Groził ujawnieniem tego Josifowi. Jednak nigdy się nie odważył. I zdawał się nie wiedzieć, że z tego związku narodziło się dziecko. To dawało Fiodorowi nadzieję, że Jana nie zginie, jak jej matka. Dotrzymał tajemnicy aż do zeszłej dekady. Gdy z całej rodziny Nowickich pozostali już jedynie Konstancja, Alexander i Nikołaj, wyjawił sekret temu ostatniemu i kazał odszukać potomków Jany i się nimi zająć. Tak też Nikołaj wprowadził się do mieszkania sąsiadującego z Sarą, córką Jany.
*
Jana dawno już pochowała wszystkich członków rodziny. Wędrowała po świecie, przeprowadzając się z jednego kraju do drugiego, zmieniając nazwisko, porzucając wszystko i zaczynając ciągle od nowa. Wyglądała na trzydziestolatkę i uczyła historii w podstawówce w Nowym Jorku. Geografię zaczął właśnie wykładać nowy nauczyciel – Przemysław, przystojny Polak, który wyjechał z kraju z powodu swego żydowskiego pochodzenia. Jak to się stało, że się zakochali? Trudno powiedzieć. Tylu mężczyzn znała w swoim życiu, jednak żaden nie działał na nią tak, jak ten. Poddała się temu uczuciu i związała z nim. Pół roku po ślubie przyszła na świat dziewczynka. Jakże miała teraz odejść, zostawić ich? Własne dziecko… Przez lata farbowała włosy, stosowała różne sztuczki z makijażem, by nikt nie widział, że się nie starzeje. Gdy Sara skończyła piętnaście lat, Jana wiedziała, że to ich ostatnie wspólne dni. Po prostu zniknęła, nie zostawiając żadnego listu. Wyszła do pracy i już nie wróciła do domu. Poszukiwania trwały jeszcze przez pewien czas, jednak nie znaleziono żadnego śladu. Czy matka odeszła, czy ją uprowadzono – Sara będzie się nad tym zastanawiać przez długie lata.
*
Chiara nie była mu już potrzebna. Spełniła swoje zadanie – przekonała Michaela do tego, że to Knut jest dla niego dobry, a nie matka. Czas się jej pozbyć. Jest już jedynie balastem. Alexander i tak się nią nie interesuje. Wie zapewne, że przebywała z Knutem na tyle długo, że nie była już sobą. A on niby co miałby z nią zrobić? Była zupełnie bezużyteczna. Teraz liczy się jedynie chłopiec. Pozbędzie się dziewczyny szybko i tak, że Mike się niczego nie domyśli. Jeśli chłopak będzie się dopytywał, to powie mu, że Chiara zwariowała i uciekła. Coś wymyśli. Trzeba się jej pozbyć.
*
- Usiądźcie proszę – rozpoczął rozmowę Fiodor. Alexander i Sara popatrzyli na siebie zdziwieni. W ogóle nie spodziewali się, że będzie chciał z nimi rozmawiać. Zdawali sobie sprawę, że jest bardzo poirytowany całą tą sytuacją i wściekły na Sarę za to, że nie pozwoliła im od razu zająć się Michaelem. – Bóg mi świadkiem, że nie chciałem do tego dopuścić i mogę mieć jedynie nadzieję, że mi wybaczy złamania danego słowa.
- Wierzysz w Boga, Fiodorze? – zapytała nieco zdziwiona Sara, która dopiero co dowiedziała się, że może on się zmieniać w kota.
- Nie widzę powodu, dla którego miałbym nie wierzyć. To, że nie jestem w pełni człowiekiem nie czyni mnie tak bardzo innym od was. Też zostałem przez niego stworzony. Usiądźcie. Wszystko, co wiecie dotychczas, jest niczym. Teraz dowiecie się, dlaczego Mike jest tak nadzwyczajny i dlaczego musimy go za wszelką cenę odbić Knutowi. Nawet jeśli już zupełnie nie pamięta swojego wcześniejszego życia.
Nie mogli uwierzyć. Każde jego słowo zaskakiwało bardziej od poprzedniego. Byli rodziną. Był dziadkiem Sary i pradziadkiem Michaela. Sara była przyrodnią siostrzenicą Alexandra. Mike był nie tylko Nowickim, płynęła w nim również krew Fiodora. Nie do wiary. Nikołaj wiedział o wszystkim. Bolało, jednak Alexander zdawał sobie sprawę, że powierzenie tej tajemnicy jemu niewiele by dało, a Fiodor starał się zapewnić ciągłość rodziny..
- Czy wiesz, co się stało z moją matką? Czy ona… żyje? – Sara miała łzy w oczach. Tak bardzo bała się, że pewnego dnia odkryje, iż Jana ją po prostu zostawiła. Teraz wiedziała, że to wszystko dla jej dobra, że przez wieki zrobiono wszystko, by była bezpieczna. Gdyby Mike nie był synem Nikołaja, Knut nigdy by się nim nie zainteresował. Czy jednak mogła winić za to jego, albo Fiodora?
- Nie, Saro, nie żyje – odpowiedział Fiodor, którego Alexander jeszcze nigdy nie widział tak przygnębionego. – Zmarła kilka lat temu.
- Jednego nie rozumiem, Fiodorze. Skoro Jana mieszkała z ciotką Nowicką, dlaczego nie powiedzieli jej, że tak się właśnie stanie z chwilą wejścia w dorosłość? Przecież oni też mieli te same zdolności.
- Nie mieli. Irene miała poważny defekt krwi, jej dzieci również. Wszyscy umarli w średnim wieku, nigdy nie doświadczając tego, co Jana. Irene oczywiście się domyślała, że tak się może stać, ale nie zdążyła z Janą porozmawiać. Ta linia Nowickich zdegenerowała się i nawet jeśli w kolejnym pokoleniu rodziło się dziecko – umierało w wieku kilkudziesięciu lat. Dlatego o tamtej części rodziny nie mówiło się już od dawna. Tylko ja pamiętałem o ich istnieniu, a mi przecież zależało, żeby wszyscy zapomnieli.

Cena purpury - Frank S. Becker


„Kulisy władzy, dylematy wiary, potęga miłości” – głosi hasło na okładce książki. Wszystko to można znaleźć w powieści Franka S. Beckera, autora co najmniej nieprzeciętnego. Krótka informacja o nim, wspomina, że jest fizykiem „odpowiedzialnym za sprawy naukowe w jednym z wielkich koncernów przemysłowych w Niemczech. Zainteresowanie cesarstwem rzymskim oraz archeologią skłoniły go do podjęcia licznych podróży w region Morza Śródziemnego oraz na Bliski Wschód” – nie do końca humanista w dzisiejszym tego słowa znaczeniu, ale z pewnością człowiek niezwykłej wiedzy. Na szczęście na tym się nie kończy – poza wiedzą Becker ma również lekkie pióro i potrafi świetnie poprowadzić akcję, dla której tło historyczne pozostaje tłem i nie narzuca się nadmiarem historycznych informacji. Zdarzenia, postaci, budowle i ubiory są przedstawione naturalnie, są po prostu częścią opowieści, którą czytamy. Jest ich cały ogrom, a jednak w żaden sposób nie rażą – wręcz przeciwnie – są doskonałym uzupełnieniem historii pełnej intryg, zmian na tronach cesarskich (mamy tu bowiem do czynienia z cesarską tetrarchią), dążenia do władzy oraz zmagającej się z przeciwnościami losu religii chrześcijańskiej.
Bohaterami pierwszoplanowymi są Flawiusz i jego piękna żona, Aqmat. Śledzimy ich losy przez około czterdzieści lat, razem z nimi odwiedzając miasta i miasteczka, Rzym, dzisiejszy Trewir i Londyn (w powieści nazwane Augusta Treverorum i Londinium). Flawiusz to arystokrata robiący karierę polityczną, niczym jednak jest bez małżonki, która jest dla niego podporą w każdym trudnym momencie życia.
Kim jest więc ta niesamowita kobieta, o której względy walczyć będzie również zawzięcie schwarzcharakter powieści, Marek Aureliusz? Aqmat jest inteligentna, spostrzegawcza, wykształcona i pewna siebie. Jednocześnie, pozostając żoną polityka, elegancka, dostojna i silna. Powoli poznaje wiarę chrześcijańską i mimo początkowego niezrozumienia jej – staje się wyznawczynią Jezusa. To przysporzy parze bohaterów niejednego kłopotu i rozterki, gdyż Cesarstwo Rzymskie przełomu trzeciego i czwartego wieku to ciągłe zmiany w stosunku do szerzącej się nowej wiary. Nieraz nawet nie czas, a zwierzchnictwo konkretnego cesarza ma tu większe znaczenie. I tak w jednym rejonie Imperium, chrześcijanie mają niemal pełną swobodę wyznawania swej wiary, jednocześnie w innym, pod panowaniem innego władcy – są tępieni i prześladowani. Ostateczny wynik jest nam znany – wiara w Jezusa Chrystusa, okupiona nie tylko jego krwią, ale i tysięcy, o ile nie milionów jego wyznawców, zwyciężyła państwową religię starożytnego Rzymu. Jednak pierwsi chrześcijanie niejeden raz musieli dokonywać trudnych wyborów, z których nawet po wielu latach byli rozliczani – często w najmniej spodziewanym momencie, nieraz niesłusznie.
Muszę przyznać, że powieść ma bardzo ciekawą fabułę i jest napisana ładnym językiem. Autor wziął na siebie olbrzymią odpowiedzialność – opisał drobiazgowo życie w Imperium rozciągającym się właściwie w całej dzisiejszej Europie Zachodniej, Północnej i Środkowej, nie zapominając także o Afryce, w której przecież chrześcijaństwo również szybko się rozwijało, tworząc swego rodzaju enklawę. To trudne zadanie wyszło Beckerowi niemal doskonale. Jedyną trudnością, na którą napotkałam, czytając „Cenę purpury” było ogarnięcie cesarzy. To oczywiście nie wina autora, że w tamtych czasach zasiadało ich na tronie równocześnie czterech, a każdy miał kontrkandydatów i synów, którzy mieli ambicję, a nieraz i możliwości, by przejąć jego purpurowy płaszcz – symbol cesarskiej władzy. Drobiazgowo autor opisuje postać cesarza Galeriusza i młodego Konstantyna, dzięki czemu łatwo ich zapamiętać – to nie jedynie imiona i tytuły, ale postaci z krwi i kości, jak pozostali bohaterowie pierwszo- i drugoplanowi. Pozostali cezarowie i auguści są już przedstawieni mniej dokładnie i dlatego nieraz ciężko połapać się, kto jest kim. Jest to o wiele prostsze, gdy wiemy, jak postać wygląda i jakie ma cechy osobiste, pragnienia, czy wiję otaczającego świata. W pozostałych przypadkach – znajdujemy się w labiryncie, gdzie w różnych zaułkach spotykamy władców, ich kolejne żony i nałożnice, dzieci z legalnych związków i nieprawego łoża… Jedyny minus powieści.
Polecam, a sama chętnie przeczytam również „Zmierzch orła” – powieść poprzedzającą „Cenę purpury”.


poniedziałek, 9 stycznia 2012

Udręka - Lauren Kate




Często z kontynuacjami, tak książek, jak i filmów, bywa podobnie – są słabsze od pierwszych części. Za każdym razem, gdy sięgam po kolejną, mam w sobie jakąś obawę, że okaże się kiepska, że będzie jedynie powiastką, która miała zarobić pieniądze dzięki sukcesowi swej poprzedniczki. Tym razem było podobnie – zastanawiałam się, czy Lauren Kate nie napisała drugiego tomu sagi tylko dla kasy. Na szczęście – „Udręka” w niczym nie ustępuje „Upadłym”. Jest dobrą kontynuacją, ciekawą, wciągającą – dla mnie osobiście bardziej nawet od „Upadłych”.
Co się stało z Luce po wielkiej bitwie, którą anioły stoczyły z demonami w Sword & Cross? Zajął się nią Daniel, ale wkrótce znów musieli się rozstać, a on – o czym dziewczyna nie wie – sprzymierzony z Camem, stara się ją ochronić przed tajemniczymi Wygnańcami. Czy miłość tej odwiecznej pary przetrwa kolejną próbę – pełną tajemnic, niedomówień, wymagań? Czy Luce nadal będzie ślepo wierzyła, że ona i Daniel są dla siebie stworzeni? Jaką rolę odegra przystojny Miles, który nie ukrywa, że chciałby być dla Luce kimś więcej niż tylko przyjacielem?
Luce trafia do nowej szkoły – tak innej od Sword & Cross, jak niebo od piekła. Nie ma tu kamer na korytarzach i bransoletek karzących niepokornych uczniów dawkami prądu. Lekcje odbywają się w pięknych budynkach o jasnych ścianach, posiłki dzieci jadają w wielkim ogrodzie, z którego rozciąga się widok na ocean, świat jest po prostu piękny. Nic tu jednak nie jest takie, jak wydaje się na pierwszy rzut oka. Czy Luce będzie bezpieczna pod ochronnym parasolem Nefilim oraz Franceski i Stevena – anioła i demona, którzy są nauczycielami w Shoreline?
Coraz więcej zagadek, cały czas trzymająca w napięciu akcja, pojawienie się Nefilim i Wygnańców, wyjaśniony dopiero pod koniec tomu rozejm między Danielem i Camem – to wszystko wciąga jak wir morski.
Zakończenie – niespodziewane, szokujące, och – nie mogę się doczekać kolejnej części. Chcę wiedzieć, gdzie Luce się znalazła, gdy weszła w Głosiciela! Tak właśnie – Głosiciele pokazały jej kilka jej przeszłych postaci i rodzin, ale okazały się również przejściami – tak międzyprzestrzennymi, jak i międzyczasowymi. Rewelacyjny pomysł! Teraz Luce stara się znaleźć takie swoje życie, które pozwoli jej zrozumieć, czy Daniel jest jej pisany. Reakcja anioła? Znacznie mniej oszałamiająca. Jego niemal dziecinny strach przed tym, że ta miłość może nagle przestać istnieć, że ona jest i po prostu jest i musi być. Trochę bardziej to przypomina siedemnastoletniego chłopaka niż anioła, który przecież kiedyś, tysiąclecia temu, zajmował ważne stanowisko u boku Boga. Może jednak w kolejnych częściach okaże się, że Daniel nie jest taki dziecinny, jak wydaje się na końcu „Udręki”, a jedynie sposób jego wyrażania został tak przedstawiony. Mam taką cichą nadzieję. Nie mogę przystać na taką niedojrzałość tak silnej postaci. Chociaż, niezależnie, jak Daniel zostanie pokazany w kolejnych tomach, i tak znacznie bardziej podoba mi się Cam.
Czasami, czytając tę powieść – i mam tu na myśli oba tomy – trudno jest nie zapomnieć, że bohaterowie są nastolatkami. Zdarza się, że ich miłość, przywiązanie, pożądanie są takie dojrzałe, jakby mieli przynajmniej o dziesięć lat więcej. Oczywiście to jest logiczne i uzasadnione w stosunku do Daniela. Nagle jednak okazuje się, że ich myślenie jest proste, jak przystało na siedemnastolatków – dopuszczalne w stosunku do Luce, przynajmniej na początku, jednak u aniołów to już razi. Może najlepiej nad tym nie dumać i po prostu czerpać, z tego, co najlepsze – a jest tego doprawdy sporo.
Ciekawostka, na którą wpadłam podczas czytania „Upadłych”, ale tak jakoś wyszło, że upewniłam się dopiero teraz. Daniel Grigori. Pochodzi ze starego rodu. Nazwisko jakby obiło się o uszy? Owszem – jeden z głównych bohaterów „Angelologii” Danielle Trussoni też nazywał się Grigori i był aniołem. Zbieg okoliczności? Trudno powiedzieć. Można jedynie zapytać obie autorki. Wszakże nazwisko nieanglojęzyczne i nienależące do katalogu powszechnych, a ładne i takie anielskie :)

poniedziałek, 2 stycznia 2012

Postanowienie noworoczne

Postanowienia noworoczne? Hmmm... Zawsze bywały, ale często niezbyt mądre i przemyślane, także zdarzało się, że nawet do lutego nie udało się od czegoś powstrzymać (słodkiego, czy chipsów), czy do grudnia czegoś zrobić.
W tym roku dobrze przemyślałam sprawę i postanowiłam nie szukać wymówek i ich nie przyjmować. Nieważne, że jeżdżę do pracy samochodem, co uniemożliwia czytanie w drodze. Zawsze znajdzie się chwila - musi się znaleźć - na czytanie. Dlatego dobrze rozpoczęłam ten rok i już pierwszego stycznia wykorzystałam jazdę pociągiem na lekturę (mimo straszliwego zmęczenia po zabawie sylwestrowej - weselno-sylwestrowej właściwie - i absolutnego skrętu kiszek).
Tak trzymać. Mówią wszak, że taki cały rok, jak jego początki (choć o skręcie kiszek wolałabym zapomnieć).

czwartek, 22 grudnia 2011



Zdrowych, radosnych Świąt Bożego Narodzenia. Spokojnej wieczerzy wigilijnej w rodzinnym gronie. Wielu uśmiechów i najszczerszych życzeń wszystkiego, co najlepsze – oraz oczywiście ich spełnienia. Tradycyjnie – smacznego karpia, piernika i barszczu z uszkami. Wielu wspaniałych książek (a także innych wymarzonych prezentów) pod choinką. Dźwięku pięknych polskich kolęd nie tylko w kościele. Zapachu choinkowych gałęzi i kapusty z grzybami.
Przede wszystkim jednak – spełnienia marzeń, zdrowia i pomyślności na wiele kolejnych miesięcy.
Przebojowego sylwestra i bezpiecznego powrotu do codziennego życia. Do kolejnego razu.

Mały opiekun zapomnianych zwierząt - Carmen Bernos de Gasztold



Carmen Bernos de Gasztold to francuska poetka, od lat mieszkająca w opactwie Benedyktyńskim i pisząca wiersze oraz opowiadania dla dzieci. To właśnie o jednym z nich chciałam dzisiaj słów kilka opowiedzieć.
„Mały opiekun zapomnianych zwierząt” to wzruszająca baśń bożonarodzeniowa, w której autorka przypomina nam, co jest tak naprawdę ważne w życiu. I tak okazuje się, że nie były istotne dary złożone przez mędrców ze Wschodu, którzy pojawiają się w wielu kolędach i szopkach, ale ciepły oddech i miłość do Jezusa, okazane mu przez woła i osła. Skąd jednak te zwierzęta wzięły się w żłóbku, w którym położono Dzieciątko? Razem z całą resztą menażerii przyprowadził je tam właśnie tytuły Mały Opiekun Zapomnianych Zwierząt – by mogły złożyć pokłon wielkiemu Bogu pod postacią małego chłopca.
Kim jest tytułowy bohater? To mały aniołek, który uznał się za niegodnego, by stać się aniołem stróżem – tak ludzi, jak i olbrzymich gwiazd. Poprosił więc Pana Boga, by pozwolił mu zaopiekować się czymś biednym i zapomnianym. Tak też stal się opiekunem zwierząt, o których znaczeniu w świecie tak często zapominamy.
To opowieść o czystości serca i pokorze, a także odnalezieniu własnego miejsca. Bo i Aniołek zrozumiał sens swej „służby” i wół z osłem poczuli się we właściwym miejscu i czasie – po prostu potrzebni.
Wiemy wszyscy doskonale, że wół i osioł stali przy żłóbku Pana, a jednak coraz częściej ważniejsze jest, by pokłon złożył mu jakiś lubiany polityk, czy gwiazda filmowa. Jednocześnie zdajemy się zapominać, że to zwierzęta przez długie wiek dawały ludziom ciepło (wełna) i jadło (mięso, mleko). Może należałoby się chwilę zastanowić i idąc odwiedzać żłóbek – po prostu złożyć pokłon Jezusowi, zamiast śpiewać peany na cześć nowych pomysłów – kto tym razem powinien znaleźć się wśród uprzywilejowanych i móc być uwieczniony w postaci bożonarodzeniowej figurki.
Opowiadanie króciutkie, acz urzekające swą prostotą i bijącym od niego ciepłem (nie tylko oddechów woła i osła). Maleńkie arcydzieło warte zapamiętania.
Oczywiście zdaję sobie sprawę, że w tym momencie autorka miała niewiele zasług, a podziękowanie należy się tłumaczowi. Dziękuję zatem – za to, że mówi nie tylko o Świętach, Wigilii, czy Bożym Narodzeniu, ale także o… Gwiazdce. Coraz rzadziej spotykamy się z tym określeniem, które zawsze wywołuje szybsze bicie mojego serca – na wspomnienie tych wspaniałych Gwiazdek, gdy byłam małym dzieckiem i ta noc była naprawdę zaczarowana, pełna radości, magii, śpiewanych przez domowników kolęd i zapachu żywej choinki.

wtorek, 20 grudnia 2011

Koniec roku - zmora każdego pracownika...

Z racji zbliżającego się końca roku – przyznaję – nie mam kiedy czytać. Przygotowania świąteczne zawsze zajmują wiele czasu, a zamknięcie roku w pracy nie ułatwia sprawy. Ponadto – zaczęłam niedawno jeździć do pracy samochodem, więc około półtorej godziny, które dotychczas poświęcałam na czytanie w komunikacji miejskiej – w plecy.
Wymówki? Z pewnością tak, ale mimo starań – nie daje się inaczej. Zasypiam o 21, wstaję o 5:40, pracuję, sprzątam i martwię się, by do sylwestra uzgodnić wszystkie konta. A jeszcze ten ostatni dzień roku – jedziemy na ślub do Warszawy, więc czeka nas jeszcze łącznie ponad 600km. Samochodem – więc nici z czytania. Postanowienie noworoczne? Zero wymówek literackich! Nadrobię zaległości (szczególnie, że na Gwiazdkę zamówiłam kilka kolejnych książek) i zabiorę się ostro za pisanie kolejnej powieści – mam już 50 stron, mniej więcej 1/3 tego, co chcę napisać.

wtorek, 13 grudnia 2011

Popiół i diament - Jerzy Andrzejewski



Ostatnimi czasy postanowiłam wrócić do niektórych lektur przeczytanych lata temu – w większości w czasie około maturalnym. Tym samym wpadła mi w ręce powieść Jerzego Andrzejewskiego „Popiół i diament” (swoją drogą ciekawe, że nie miałam nigdy okazji obejrzeć adaptacji Andrzeja Wajdy).
Książki chyba streszczać nie trzeba, dlatego tylko pokrótce o fabule. Mamy maj 1945 roku, właśnie kończy się wojna. Nie znamy jeszcze jej wszystkich tragicznych skutków. Na razie Polacy cieszą się ze zwycięstwa i zastanawiają się, jaka będzie ta nowa Polska, o którą część z nich wałczyła na froncie, inni ciężką pracą w okupowanym kraju, inni jeszcze – działając politycznie. Na pytanie to każdy ma, oczywiście, inną odpowiedź. Jak mówi stare prawidło – punkt widzenia zależy od punktu siedzenia – można jednak uogólnić kilka postaw. Mamy tu cały przekrój ostrowieckiego społeczeństwa – robotników, polityków, inteligentów, robotników, aktorów. Są ci, którzy walczyli w szeregach AK i ci, którzy chcą budować socjalistyczną/komunistyczną Polskę pod sztandarem równości klasowej i egidą Związku Radzieckiego.
Dla mnie to powieść przede wszystkim o trzech bohaterach, jednak każdy może wybrać innych. Pierwszym z nich jest Maciej Chełmicki. Przybywa do Ostrowca z jasno wyznaczonym celem – ma wykonać zamach na sekretarza Komitetu Wojewódzkiego, Stefana Szczukę. Pierwsza próba nie jest udana i ginie dwóch niewinnych robotników. Jednak nie to wywoła u Maćka wątpliwości co do sensu powierzonego mu zadania. To Krysia – barmanka, którą poznaje w restauracji hotelu „Monopol” odmienia jego sposób patrzenia na życie. Wiąże go jednak żołnierska przysięga i honor. Co jest ważniejsze – życie Szczuki czy wykonanie raz podjętego zadania?
Drugi bohater to właśnie Szczuka. Wojnę spędził w obozie koncentracyjnym, w Gross-Rosen. W Ravensbrück zginęła jego żona, Maria. Przybywa do Ostrowca i od razu, pierwszego dnia, dowiaduje się, że z obozu wrócił właśnie Antoni Kossecki, człowiek znany w Gross-Rosen ze współpracy z oprawcami hitlerowskimi. Szczuka pragnie się z nim spotkać. Ostrowiec to także miasto, z którego pochodziła jego ukochana Maria, tu mieszka również jej siostra. Szczuka musi więc pogodzić interesy partii, której jest przedstawicielem i która go tu przysłała w celu agitacji wśród robotników ze swymi prywatnymi zmorami. Czy kule Maćka Chełmickiego go dosięgną i czy podoła z porządkowaniem własnego życia?
Trzeci bohater – Antoni Kossecki. Niezbyt inteligentny człowiek, który dzięki zawzięciu, ciężkiej pracy i zdecydowanej postawie ziścił marzenie i został adwokatem. To porządny człowiek – szanowany w mieście, żonaty, ojciec dwóch synów. Znany w Ostrowcu, u niego również aplikację robił towarzysz Szczuki, Franciszek Podgórski. Po powrocie z obozu jest jednak zupełnie inny – zamknięty w czterech ścianach, obawia się wyjść do ludzi, nie chce rozmawiać z żoną, chowa się w swoim własnym, bezpiecznym – ma taką przynajmniej nadzieję – świecie. Wiadomość o tym, że chce się z nim spotkać współwięzień z Gross-Rosen poniekąd przeraża go, ale także wyzwala. Czuje, że będzie mógł się ujawnić, nie będzie już musiał się ukrywać, obawiać, wstydzić. W końcu „nie można czynów ludzkich mierzyć czasem, który mógłby być. Mierzy się je czasem, który jest.” W obozie natomiast – tak przynajmniej uważa – musiał przede wszystkim myśleć o sobie, nawet jeśli oznaczało to zadawanie cierpienia współwięźniom i współpracę z Niemcami. Mam wrażenie, że źle się czuje ze swymi wspomnieniami nie dlatego, że robił źle, ale dlatego, iż obawia się, że jego żona jest za dobra, by zrozumieć.
Powieść Andrzejewskiego nie wskazuje na postawy właściwe i naganne. Był to z resztą jeden z powodów niechęci krytyków – powieści zarzucano niewystarczające poparcie dla nowej władzy, co z kolei spowodowało, że Andrzejewski odciął się od swej dotychczasowej twórczości.
Historia kończy się smutno – nie ma tu nadziei na lepsze jutro, powiewających flag, hymnu państwowego – całego tego patosu, do którego od lat przyzwyczaja nas kino amerykańskie. Życie płynie dalej, kraj podnosi się z ruin. Jaki będzie jego los? Tego autor nie stara się przewidzieć. Liczy się tylko tak zwane „tu i teraz”. I to, jakie decyzje podejmujemy w danej chwili – one właśnie zadecydują o przyszłym kształcie ojczyzny. Jak mówi sam autor – „Dużo o tym wszystkim można mówić. I cóż ostatecznie pozostaje? To tylko, co człowiek czyni, nic więcej.”.
Autor przedstawia nam dokładnie każdego z bohaterów, poniekąd wyjaśniając jego zachowanie i stosunek do zaistniałej rzeczywistości. Nie ma tu jednak ani usprawiedliwiania ich działań, ani karcenia. Każdy z czytelników musi sam podjąć decyzję, czy dana postać postąpiła właściwie. Andrzejewski jednak cały czas podkreśla, by nie zapomnieć – oceniać można jedynie przez pryzmat istniejących w danym momencie warunków ogólnych. Nikt nie jest oderwany od świata, nikt nie żyje w próżni i żadne działania nie są bez przyczyn i skutków. Bo czyż i my dzisiaj nie zastanawiamy się, czy wybralibyśmy honor, czy dobro rodziny, gdyby przyszło nam wybierać pomiędzy nimi?
Oczywiście, gdyby skupić się na pozostałych postaciach możnaby napisać zupełnie coś innego. Jednak zaznaczyłam już na początku, że te trzy historie były dla mnie najistotniejsze. Być może przy kolejnym czytaniu, którego nie wykluczam, skupię się na przykład na Jurku Szretterze, bądź też na synach Kosseckiego.

poniedziałek, 12 grudnia 2011

Saga Wielkich Rodów - Tom 1 - Tryptyk krwi (cz.9)

Po rozmowie z Alexandrem, Fiodor trochę się uspokoił. Sara postanowiła współpracować. Gdyby się tak wcześniej nie opierała, może już byłoby po wszystkim. Fiodor był poirytowany jej zachowaniem. Nikołaj powinien był jej dokładniej wytłumaczyć, jak ważny jest Michael. Jeśli Knut to odkryje, to koniec. „Może powinienem jednak powiedzieć Alexandrowi prawdę, całą prawdę. Mimo, że obiecałem Nataszy, iż zostawię to dla siebie. Knut zna początek historii, ale istnieje szansa, że nie dostrzeże jej konsekwencji. Jeśli Alexander dowie się, że jego brat wiedział cały czas, że powierzono tę tajemnicę właśnie Nikołajowi – temu, który odszedł od rodziny…” – martwił się Fiodor.
*
- Czy ten człowiek, którego poznałam jako ojca Julka, był waszym ojcem? – Magdalena drążyła bolesny temat.
- Tak, Magdaleno, był naszym ojcem. Po śmierci Juliana… Kiedy Nikołaj odszedł, ojciec nie dał rady. Stracił już tyle dzieci, że to go przerosło i popełnił samobójstwo.
- Przykro mi – rzeczywiście, tak czuła. Chociaż przez tyle lat uważała tamtego człowieka za bezdusznego. Nie mogła mu zapomnieć i wybaczyć, że nie był nawet na pogrzebie synka. Teraz okazuje się, że był jej teściem. Ta rodzina przeżyła tyle nieszczęść w ostatnich tylko kilkudziesięciu latach. Ileż musieli się wycierpieć przez te tysiąclecia. – A wasza matka?
- Ona odeszła znacznie wcześniej. Niedługo po tym, jak Fiodor został nowym Strażnikiem. Do dzisiaj nie może sobie tego wybaczyć. Dlatego jest czasami taki… nieczuły. Po jej śmierci zupełnie się w sobie zamknął i już się baliśmy, że będzie trzeba powoływać nowego Strażnika, że nie podoła. Przyjaźnili się. W każdym razie matka zmarła wiele, wiele lat temu. Julian był synem drugiej żony mojego ojca, Amandy. Zmarła w połogu. Był naszym przyrodnim bratem, ale ulubieńcem całej rodziny. Jego śmierć bolała najbardziej ze wszystkich.
*
Gdy była z nim, czuła się bezpieczna. Josif się zmienił – przestał być tym kochanym człowiekiem, za którego wyszła. Był zimny i nieczuły. Interesowało go tylko zabezpieczenie rodu – zdobycie majątku i spłodzenie kolejnych potomków. To już nie była miłość. Fiodor – Fiodor był dokładnie takim mężczyzną, jakiego potrzebowała. Kiedy była młoda – naprawdę młoda – zakochała się w swoim kuzynie, Josifie. Wtedy wszystko było inne. Josif był inny. Ona była inna. Wychowała wiele dzieci. Pochowała już większość z nich. W ostatnich latach było najciężej. Knut mordował ich jednego po drugim. Jej dzieci, jej dzieci… Na wieść o śmierci kolejnego z nich, Wani, płakała nocami i coraz bardziej zamykała się w sobie. A Josif? Josif dochodził jedynie do wniosku, że w tej sytuacji będzie musiała rodzić kolejne. Nie chciała więcej rodzić. Nie bała się bólu, nie bała się wychować kolejnych pociech. Wyłącznie Knut napawał ją obawą. Knut – zabijający kolejne jej dziecko. Tylko przy Fiodorze czuła się bezpiecznie.
- Jeśli Josif nas nakryje – wyszeptała, tuląc się do kochanka, – każe cię zabić. Nieważne, że jesteś Strażnikiem.
- Nataszo, Kochanie. Nie martw się mężem. On jest za bardzo zaślepiony dbaniem o utrzymanie rodu. Wiem, że nie powinienem tego mówić, bo to właśnie winno być moim priorytetem. I zapewniam cię, że jest. Zrobię wszystko, co w mojej mocy, żeby kolejny Nowicki nie wpadł w ręce Knuta. Nawet jeśli miałbym zapłacić własnym życiem.
Załkała. Stracić go? Stracić? Dlaczego zgodziła się na to? Powinna była wybrać innego Strażnika. Wtedy Fiodor byłby bezpieczniejszy.
*
Mike już od dwóch dni nie widział się z matką. To był pierwszy raz tak długo bez niej. Powoli zaczynał się jednak przyzwyczajać. Przestawał o niej myśleć. Tyle się dowiedział o ojcu i o tym, co przed nim ukrywali. Okazało się, że Chiara jest jego kuzynką. Nawet się nie zastanawiał, czy matka wiedziała. Przyjął to jako oczywisty fakt, że na pewno Chiarę przed nim ukrywała. Ta druga żona ojca, Magdalena – pewnie wszystko wiedziała i chciała mu powiedzieć – dlatego matka tak na nią nakrzyczała. Dobrze, że Knutowi się udało.
*
Gdy po roku Natasza powiedziała mu, że zostanie ojcem, nie mógł uwierzyć. Może się pomyliła, może to dziecko Josifa. Jednak ona nie miała wątpliwości. To miało być jego dziecko. Musi ją chronić przed mężem. Trzeba ją gdzieś ukryć na czas ciąży, wymyśleć jakiś dobry powód, żeby Josif się nie domyślił. Wróci po porodzie. Co z dzieckiem? Nie będzie się nim mogła zajmować. On również nie ma takich możliwości. Został zaprzysiężony na Strażnika i pierwszym jego zadaniem jest ochrona tej rodziny. Nie może sobie pozwolić na zajmowanie się dzieckiem, nawet swoim.
Po dwóch dniach rozmyślania, podjął decyzję. Namówi Nataszę, by wyjechała na Zachód, do Francji, do swojej dalekiej kuzynki, która jest ciężko chora. Powie mężowi, że musi pomóc Irene w wychowaniu dzieci, kiedy ona sama nie może sobie poradzić. Josif nie powinien mieć nic przeciwko. Irene straciła męża na wojnie, miała czwórkę małych dzieci, a teraz zmogła ją straszliwa choroba. Pozwoli Nataszy jechać na jakiś czas. Póki kuzynce się nie polepszy. Później… oddadzą Irene dziecko na wychowanie. Jego syna lub córkę. Ich dziecko, owoc ich miłości. Nikt się nie dowie, a Irene z pewnością dotrzyma tajemnicy. Nikt nie będzie się chciał narażać na złość Josifa. Teraz musi jedynie przekonać ukochaną, że to jedyne wyjście.
*
Knut obserwował z ukrycia bawiące się dzieci. Chiara była kilka lat starsza od Michaela, właściwie już nie dziecko, a panienka. Konstancja i Alessio byli dosyć wysocy, dlatego nikt nie rozumiał, dlaczego ich córeczka nie rosła, jak jej koleżanki z klasy. Jednak dziewczyna się tym specjalnie nie przejmowała. Zawsze mówiła, że ma jeszcze czas, a lepiej być niską niż za wysoką. Jej najlepsza przyjaciółka, Angela, była bardzo wysoka i zawsze się z niej śmiano, nie mówiąc już o tym, że zawsze nosiła za krótkie spodnie.
Mike wydawał się bardzo szczęśliwy w towarzystwie kuzynki. Wreszcie poznał kogoś, kto go polubił, nie wyśmiewał się z niego, nie miał mu za złe tego, jaki jest. Chiara była tak inna od jego brata. Paul kompletnie się nim nie przejmował. Zauważał go jedynie wtedy, kiedy miał ochotę kogoś zbić. Chiara była jak starsza siostra, a w niektórych momentach nawet jak matka. Wydawała mu się taka dorosła i stateczna z tymi swoimi piętnastoma latami, a mimo tego bawiła się z nim w najlepsze, jakby zupełnie nie martwiąc się, że już dawno z tego wyrosła.
Była u Knuta już od trzech miesięcy i dawno zdążył wymazać z jej pamięci matkę, którą pamiętała wcześniej jedynie jak przez mglę. Większość życia mieszkała tylko z ojcem, ostatnie dwa lata wprowadziła się do nich jego nowa partnerka, ale Chiara jej nie polubiła. Przede wszystkim dlatego, że Alessio poświęcał jej więcej czasu niż córce, uznając zapewne, że ta jest już wystarczająco dorosła, by zrozumieć jego potrzeby. Miała mu za złe, że nie był na jej ostatnich urodzinach. I od tego właśnie zaczął Knut. Pojawił się jeszcze tego samego wieczoru i kupił jej mały torcik. Początkowo nieufna – jak ją uczono – wobec obcego, szybko poddała mu się całkowicie. Jeszcze jeden dzień, góra dwa i to samo osiągnie z Michaelem. Później już tylko zwabić Alexandra.
*
Natasza wróciła z Francji przygnębiona. Josif zupełnie nie potrafił pojąć, co jej się stało. Czy tak bardzo przygnębił ją pobyt u kuzynki? Dlaczego więc nie wróciła szybciej? Nie musiała przecież spędzać tam prawie roku. Zgodził się na ten wyjazd, bo myślał, że pomoże jej zapomnieć o śmierci Wani. Tymczasem wróciła w jeszcze gorszym stanie, niż wyjechała. Nic nie chciała mu powiedzieć. Twierdziła jedynie, że zmęczyła ją podróż, jednak to zmęczenie trwało już do dwóch tygodni i nie potrafił nic zmienić. Nie widział żony niemalże od roku, a ona go do siebie nie dopuszczała. Nie przyjęła go w sypialni ani razu. Nie chciała jeść z nim śniadania, pozostając w swoich pokojach. Zupełnie inna kobieta, niż ta, którą znał. Rozmawiała jedynie z Fiodorem. W pierwszej chwili pomyślał, że to dobrze, bo chociaż kogoś do siebie dopuszczała, jednak z czasem zaczynało go to coraz bardziej irytować.
Fiodor wiedział, co czuła. Czuł to samo. Gdzieś daleko, w państwie po przeciwnej stronie kontynentu, w łóżeczku leżała mała dziewczynka. Płakała za mamą, która odjechała. Opiekowała się nią ciotka i tak już miało pozostać. Z dala od najbliższych, nigdy nie dowiadując się, kim są jej prawdziwi rodzice. Jego córka, Jana. Miał jej nigdy nie spotkać, nigdy nie poznać. Nigdy nie przytulić i nie powiedzieć, że ją kocha. Dla jej dobra, dla jej bezpieczeństwa. Była Nowicką. Musiał ją chronić. Nie dlatego, że była jego dzieckiem, lecz dlatego, że do tego został powołany. Jednak Josif nie może się dowiedzieć, że po świecie chodzi jeszcze jedna Nowicka. Nowicka nie będąca jego potomkiem, ale córką jego żony. Nieślubnym dzieckiem, zrodzonym z miłości. W połowie Nowicka, w połowie Smirnowna…

Where Did Mrs Santa Go? - Beverly Herbert




Do Wigilii zostało już tylko dwanaście dni i coraz bardziej udziela mi się świąteczny nastrój. Postanowiłam więc przedstawić Wam jeszcze jedną, po „Opowieści wigilijnej”, historię typowo świąteczną.
Tym razem nieznana szerokim kręgom powiastka autorstwa Beverly Herbert, żony Franka Herberta. Niestety nic mi nie wiadomo o tym, by została kiedykolwiek przetłumaczona na język polski, jednak osobom czytających po angielsku – gorąco polecam. „Where Did Mrs Santa Go” to niedługie opowiadanie o tym, jak Pani Mikołajowa wybrała się z mężem w wigilijną podróż zaczarowanymi saniami.
Czy można być znudzonym Bożym Narodzeniem, jeśli mieszka się w domu Świętego Mikołaja? Wydaje się to nieprawdopodobne, jednak jego żona właśnie tak się czuje. Mąż co roku spędza Wigilię rozwożąc dzieciom prezenty i nigdy nie ma go w domu. Pani Mikołajowa skazana jest na samotność w tę najbardziej rodzinną noc w roku. Dlatego właśnie sprzeciwia się odwiecznemu porządkowi rzeczy i prosi męża, by zabrał ją ze sobą i pokazał świat.
Beverly Herbert w przepiękny i wzruszający sposób pokazuje nam, jak tę magiczną noc spędzają ludzie na całym świecie. Odwiedzamy kolejno różne miasta na wszystkich kontynentach, słuchając pokrótce o świątecznych zwyczajach w wielu zakątkach świata, a Mikołaj tłumaczy – zadziwionej i oczarowanej światem – małżonce, skąd się wzięły. Pani Mikołajowa jest zachwycona podróżą, choć bywają i takie momenty, w których – zapominając o magii prowadzącej sanie – boi się i zamyka oczy. Świat jest jednak bardzo intrygujący, a co kraj, to obyczaj.
Uszczęśliwiona małżonka wdzięczna jest Mikołajowi, że zabrał ją ze sobą, dochodzi jednak do wniosku, że nie ma jak w domu i prosi go, by zabrał ją na Biegun Północny, gdyż chciałaby już ujrzeć komin własnej chatki.
To ślicznie opowiedziana bajka, także dla dużych dzieci (jak ja), a uroku dodają jej również niepowtarzalne i pełne wdzięku ilustracje. To prawdziwa gratka dla każdego, komu Boże Narodzenie kojarzy się z ciepłem domowego ogniska, pachnącą choinką, śpiewaniem kolęd i po prostu rodzinną atmosferą (nie mylić z reklamą Coca-Coli, kolejkami w sklepach i kredytami na prezenty).

wtorek, 6 grudnia 2011

Wyspa Doktora Moreau - H.G. Wells



Odgrzewany kotlet? Nic bardziej mylnego. Raczej doskonale przyrządzony de volaille na miarę mistrza kuchni – miękko-chrupiący, idealnie przyprawiony, rumiany, z roztopionych szwajcarskim serem we wnętrzu. Smakowity kąsek dla każdego, kto lubi naprawdę dobrą literaturę.
Od początku wiadomo, że główny bohater przeżyje, ponieważ poniekąd on opowiada historię (opowiedział ją swemu bratankowi, czy też siostrzeńcowi, który przekazuje ją nam, jednak w sposób, jakby opowiadał sam Pendrick). Nie przeszkadza to jednak przez całą powieść obawiać się o jego bezpieczeństwo i zdrowie, zupełnie jakby świadomość o „pozytywnym” zakończeniu historii zagubiła się w odmętach oceanu.
Razem z Pendrickiem przeżywamy więc morską katastrofę, która ostatecznie doprowadzi go na niewielką wulkaniczną wysepkę na Pacyfiku. Spotka tu dwóch intrygujących ludzi, z których jeden jest do niego przysposobiony raczej pozytywnie (uratował mu życie), a drugi uważa za nieproszonego gościa, który może „wszystko zepsuć”. Tym drugim jest właśnie tytułowy doktor Moreau, który w tym dzikim świecie znalazł idealne miejsce do prowadzenia swych – podejrzanych i z pewnością niebezpiecznych – badań.
W gruncie rzeczy nie wiadomo do końca, co się dzieje na wyspie i dlaczego zamieszkujący ją ludzie wzbudzają od początku uczucie strachu i pewnego obrzydzenia. Oczywiście dowiemy się tego – mniej więcej w połowie powieści zostaniemy wyprowadzeni z błędu, na który wcześniej naprowadzi nas Pendrick. Wizja doktora Moreau jest przerażająca, niepokojąca i nasuwała mi przez cały czas wspomnienie artykułu o hitlerowskich – karygodnych – doświadczeniach na ludziach.
Powieść stawia nam egzystencjalne i trudne pytanie – czy można bawić się w Boga i próbować stworzyć człowieka? Do jakich skutków może doprowadzić obsesja badawcza i jakie straszliwe wyniki mogą spowodować przeszczepy międzygatunkowe? Pendrick, pełen przerażenia, podejrzewa doktora, na którego towarzystwo został poniekąd skazany o przeprowadzanie wiwisekcji na ludziach i przeszczepianie im tkanek zwierzęcych. Myli się jednak, a skutki prawdziwych działań szalonego chirurga okazują się jeszcze bardziej zatrważające. Niepokojący jest również spokój jego pomocnika, który przez lata przywykł do straszliwych doświadczeń przeprowadzanych w laboratorium i otoczenie Zwierzoludów (tak ich nazywa Pendrick) zdaje mu się teraz jak najbardziej normalne. Czy człowiek rzeczywiście tak łatwo godzi się z cierpieniem – bezsensownym i w żaden właściwie sposób nieuzasadnionych – innych stworzeń?
Zadziwiające jest również zakończenie, ale zostawię je Wam na deser (każdy ma prawo to samodzielnie zjedzonego torcika z wisienką). Najistotniejsze w całej powieści wydają mi się powyższe kwestie, nie sposób jednak przejść obojętnie obok mówiących kobiet-wilków, czy ludzi-panter. Cała ta menażeria, którą stworzył Moreau zdaje się tak podobna do ludzkości i zastanawiające jest, czy my właśnie tak nie skończymy. Czy nie zaczniemy się uwsteczniać i nie powrócimy na łono natury, gdzie instynkty okażą się ważniejsze od inteligencji, a bieganie na czterech łapach i chłeptanie wody ze stawów po prostu wygodniejsze od filozoficznych i polityczno-ekonomicznych dysput. Interesująca myśl – tak długo, jak Zwierzoludy wyznawały wiarę, zwaną w powieści Prawem, tak długo w jakiś sposób udawało się utrzymać to – stąpające po cienkim lodzie – społeczeństwo dziwnych stworzeń. Gdy jednak Prawo przestało istnieć, gdy odkryły, że jego podstawy są kłamstwem – wszystko posypało się, jak klocki domina.
Gorąco polecam – warto poświecić trochę czasu na zapoznanie się z tą pozycją – bez wątpienia idealnie wpasowującą się w nurt s-f, mimo że nie ma tu kosmitów, ani statków międzygwiezdnych.

poniedziałek, 5 grudnia 2011

Pancerni - Adrian Tchaikovsky



Gdyby rok temu ktoś powiedział mi, że przeczytam „Pancernych”, nie uwierzyłabym. Dlaczego? Nie lubiłam fantasy (w odróżnieniu od sci-fi). Delikatnie mówiąc – nie przepadam za robakami (tak określam również owady wszelakie, pomijając motyle, ważki i biedronki). Opowiadania nie są moją ulubioną formą – lubię tomy opasłe i długie, najbardziej historie wielotomowe. Z form krótkich preferuję… poezję.
Dostałam, przeczytałam i nie żałuję. Przyznaję, że początki nie były łatwe – kompletnie nie mogłam się przyzwyczaić do bohaterów i zupełnie nie wiedziałam, kto jest kim w tej historii. Owadzie cechy nie ułatwiały sprawy, jeszcze bardziej komplikując wyobrażenie sobie postaci. Jednak po kilku stronach (całe opowiadanie ma ich zaledwie 31) zaczęłam powoli rozróżniać, kto jest dowódcą i z jakiej rasy się wywodzi. Dowiedziałam się, które ludy, czym się charakteryzują, jak wyglądają i czym się na co dzień zajmują.
Opowiadanie jest krótkie i traktuje o historii jednej bitwy i – znacznie istotniejszego dla głównego bohatera – pojedynku. To również przekrój przez najważniejsze, w trwającej dwanaście lat wojnie, strony konfliktu.
Oto siły Imperium Os przechodzą przez ziemie Ważek. Jeden z oddziałów wysuwa się do przodu i czekając na wsparcie idącej za nim elitarnej Szóstej Armii, stara się obronić przed kontratakiem. Dowódca zostaje poważnie ranny i cała odpowiedzialność za bezpieczeństwo, a przede wszystkim morale oddziału spada na Varmena. To on musi teraz podjąć decyzję, jak postąpić, gdy wrogie wojska zaczną ostrzał. Ma jednak poważną wadę (a kto z nas ich nie ma) – często mówi i robi, to co uważa za słuszne, nie licząc się z politycznymi konsekwencjami i karami, które mogą go za to czekać. Na szczęście ma w oddziale przyjaciela imieniem Pellrec, który zawsze znajduje się obok, by wybić mu z głowy kolejny głupi pomysł, czy porywczą decyzję.
Niestety Pellrec zostaje poważnie ranny. Bez wsparcia przyjaciela Varmen postanawia postawić wszystko na jedną kartę i wyzywa Ważki do pojedynku jeden na jednego z ich championem. Teraz nie ma już odwrotu. Może wygrać jeden dzień spokoju na froncie, a te godziny z kolei mogą uratować życie przyjacielowi i dać czas Szóstej, by dotarła z posiłkami (w co – mimo negatywnych doniesień zwiadowców – cały czas wierzy). Czy może sobie jednak zaufać, mając świadomość, że do walki z nim stanie piękna kobieta, która zauroczyła go od pierwszego wejrzenia?
To krótka historia o przyjaźni, lojalności, honorze i zaufaniu. To również piękna opowieść o tym, że zawsze można znaleźć sposób, by spróbować uratować życie przyjaciela i nie ma czegoś takiego jak sytuacja beznadziejna. Wyjście z niej czeka niemal za rogiem – należy tylko poszukać i… odważyć się podjąć ryzyko. Varmen jest tu głównym bohaterem i mogłoby się wydawać, że stoi po dobrej stronie. Czytając „Pancernych” nie sposób jednak nie zadać sobie pytania, czy najeźdźcę można kiedykolwiek traktować jako postać pozytywną. Z drugiej zaś strony – czy każdy najeźdźca jest zły i ile mają tak naprawdę do powiedzenia żołnierze, kiedy dostają rozkazy do wykonania? Może to zaledwie 31 stron, jednak autor zawarł tu cały ogrom ukrytych myśli, które pojawiają się w czasie lektury.
Osobiście – chętnie zakupię pierwszy tom z serii „Cienie Pojętnych” – „Pancerni” to bowiem swego rodzaju precel do niej. Myślę, że nie zawiodę się, oczekując naprawdę ciekawej lektury w dobrze przemyślanym i pięknie opisanym świecie. Liczę również na dworskie intrygi, nie można ich bowiem uniknąć, jeśli jakiekolwiek imperium dąży do zawładnięciem sąsiednim państwem. Polecam!

Kolory wojny. Oblężenie Warszawy w barwnej fotografii Juliena Bryana




Za dwa dni Amerykanie będą obchodzić siedemdziesiąta rocznicę ataku Imperium Japońskiego na Pearl Harbour. W związku z tym mały akcent amerykański, choć tak naprawdę książka o Polsce i o zwykłych ludziach.
Julien Bryan, amerykański reporter, przyjechał do Warszawy w pierwszych dniach września 1939 roku, by obserwować początki działań wojennych. Dzięki niemu możemy dzisiaj podziwiać jedyne kolorowe fotografie stolicy w pierwszych dniach wojny, które nie były wykonane na zlecenie propagandy niemieckiej.
Album wydany przez Instytut Pamięci Narodowej i wydawnictwo KARTA to przede wszystkim jednak fotografie czarno-białe, pokolorowane pod okiem artysty jeszcze w 1939 roku. Dlaczego tak niewiele jest zdjęć kolorowych? Odpowiedź jest prosta – jesienią 1939 klisze kolorowe były jeszcze nowością, której się obawiano, a Bryan nie był wyjątkiem. Mi osobiście – nie ujmując niczego historycznej wartości kolorowych – bardziej podobają się barwione zdjęcia, Mają niesamowity urok, nawet, gdy przedstawiają cierpienie i grozę wojny.
Jak powstawały fotografie Warszawy w pierwszych dniach działań wojennych, które miały z założenia doprowadzić do całkowitej zagłady polskiej stolicy? Julien Bryan jechał do Warszawy, by uwiecznić miasto zagrożone konfliktem zbrojnym. Nie spodziewał się, że wojna się już zacznie i w obcym mieście będzie jedynym amerykańskim fotografem, być może jedynym nie-niemieckim fotografem, któremu będzie dane na zawsze utrwalić dla potomności te straszliwe chwile. Poprosił o pomoc prezydenta walecznego miasta, Stefana Starzyńskiego i otrzymał od niego samochód z ochroną i zgodę za fotografowanie wszystkiego, co uzna za godne pokazania światu. W ten sposób upamiętnił Śródmieście, Wolę i Pragę. Jest to historia opowiedziana obrazem, historia miasta, które się nie poddaje i ludzi, którzy mimo cierpienia i lęku starają się żyć normalnie. Bryan tak doskonale oddał klimat tamtych dni i panującego przed siedemdziesięciu laty klimatu, że zbędne właściwie stały się jakiekolwiek opisy do fotografii. Autorzy albumu ograniczyli więc tekst do minimum, przybliżając jedynie historię powstania tych niesamowitych pamiątek. W drugiej części umieścili natomiast opowieści o niektórych bohaterach fotografii, których Bryan odnalazł, gdy w 1958 roku powrócił do polskiej stolicy.
Czego w albumie nie ma? Poza zdjęciami wykonanymi przy pomocy dwóch aparatów Leica, Julien Bryan nakręcił również filmy dokumentujące oblężenie miasta. Rzecz jasna, tego w albumie nie można było umieścić, chętnie bym jednak obejrzała te materiały. Może IPN pewnego dnia wznowi wydawanie albumu i uzyska prawa również do dołączenia na płycie (bądź jakimkolwiek innym nośniku pamięci) również ich.
Warto zauważyć, że poza krótką notką przybliżającą nam postać autora i powstanie niesamowitych dzieł, które stworzył, wszystkie pozostałe teksty w albumie pochodzą właśnie od niego. Tym prawdziwszy staje się ten nietuzinkowy reportaż, gdy to sam artysta opowiada nam, co widzi i czuje. Najbardziej chyba ujmująca za serce jest ta jego wypowiedź: „Przypuszczam, że jako ludzka istota o przyzwoitych odruchach powinienem czuć się fatalnie, widząc samolot spadający razem ze swoim ludzkim ładunkiem. Ale przyłączyłem się do wrzeszczących i wiwatujących dwóch innych Amerykanów z ambasady. Zapomnieliśmy o znajdujących się w Niemczech rodzinach tych lotników. Wiedzieliśmy tylko, że byli przedstawicielami rządu, który od trzech tygodni z zimną krwią zabijał bezbronnych ludzi. Cieszyliśmy się, że nie żyją. Tak właśnie wojna zmienia człowieka.”
Album "Kolory wojny. Oblężenie Warszawy w barwnej fotografii Juliena Bryana" to niesamowita podróż w czasie, zupełnie nowe spojrzenie na wojenną Warszawę i jej mieszkańców, ale przede wszystkim gorzka historia, której nie sposób zapomnieć. To wspaniała i wzruszająca pozycja traktująca wprost o tym, jak straszna jest wojna. Nie ma tu zbędnych słów ani niepotrzebnego patosu – Bryan pokazał zwyczajnych ludzi, na których, jak grom z jasnego nieba, spadły niemieckie bomby. Ludzi, którzy sami muszą sobie poradzić z grozą codziennego ostrzału i niepewnością jutra. O matkach, żonach i kochankach mężczyzn, którzy zostali powołani do armii i którzy mogą nie wrócić. O rodzicach, których dzieci straciły życie w gruzach własnych domów. O ludziach, którzy nie wiedzą jeszcze, jakie straszliwe doświadczenia przyniosą kolejne miesiące. I tych, którzy po prostu nie mają chleba na śniadanie w znajdującej się pod ostrzałem obcych wojsk stolicy, którą przecież tak niedawno odzyskali spod jarzma zaborców.
Julien Bryan opuścił Warszawę przed końcem września, gdy się jeszcze dzielnie broniła. Wrócił do Stanów, które do wojny miały przystąpić dopiero za dwa lata. Jego zdjęcia obiegły świat, nie wywołały jednak większego poruszenia, którego my dzisiaj moglibyśmy się spodziewać po ich ujrzeniu. Dopiero teraz wzbudziły większe zainteresowanie, szczególnie, gdy odnaleziono te wykonane na kolorowym filmie Kodaka.
Rozpisałam się, a tak naprawdę słowa – jak zauważyli autorzy albumu – są zbędne. Wystarczy obejrzeć. Przekonajcie się sami.

czwartek, 1 grudnia 2011

Beowulf - Neil Gaiman i Roger Avary



Przyznaję szczerze – pierwszą część przemęczyłam, jakbym jadła odgrzewanego kotleta (a i za świeżym nie przepadam, więc porównanie trafne). Miałam ochotę odłożyć z powrotem na półkę , ale nie lubię tak zostawiać rozpoczętych książek i… warto było dla drugiej części (chociaż na pewno nie powrócę do tej pozycji).
O niej więc napiszę, starając się wymazać z pamięci pierwszą – nie chodzi nawet o to, że historia jest mi znana. Są powieści, które czytam po kilka razy i mi to nie przeszkadza. Problem? Znana historia walki Beowulfa i Grendela została przedstawiona w tak nudny sposób, że usypiałam nad lekturą.
Część druga – niestety niewiele lepiej napisana, chociaż już tutaj mamy więcej akcji. Poza tym historia jest świeża i interesująca. Zaskakujące były stosunki królewskiej żony i kochanki, ciekawą postacią był się ksiądz. Zrezygnowany, stary i zmęczony Beowulf też okazał się bardziej intrygującą i prawdziwszą postacią niż młodzian-bohater.
Powieść została napisana na podstawie filmu-animacji, swego czasu bardzo wysoko ocenianego. Nie miałam jeszcze okazji obejrzeć (nie chciałam przed lekturą, a później odeszła mi ochota na kolejne spotkanie z Beowulfem). Tym sposobem trudno mi powiedzieć, czy zawinił film, czy autorzy książki.
W każdym razie – nie mogę polecić. Już raczej film – dla, podobno bardzo udanych, efektów specjalnych. Sama pewnie też się ostatecznie skuszę – zdążyłam już odsapnąć po lekturze.

Upadek gigantów - Ken Follett




Pierwszy tom nowej trylogii Kena Folletta to moje drugie spotkanie z tym autorem. Na tom drugi przyjdzie nam jeszcze trochę czekać i był to dość poważny argument przeciwko czytaniu już teraz, jednak zachęciła mnie wcześniejsza lektura „Filarów Ziemi” i ciekawa okładka. Cieszę się, że zabrałam się do lektury już teraz i z tym większym zniecierpliwieniem oczekuję kolejnych części.
Spodobał mi się bardzo pomysł zamieszczenia na początku listy bohaterów z podziałem na kraje i klasy, z których pochodzą. Czułam się, jakbym zaczynała czytać sztukę teatralną i muszę przyznać, że przez całe ponad tysiąc stron czułam się, jakbym oglądała dobre przedstawienie. Naprawdę dobre, mimo kilku niezbyt pochlebnych opinii, z którymi spotkałam się w sieci.
Opowieść rozpoczyna się na kilka miesięcy przed wybuchem pierwszej wojny światowej. W Europie (a także USA) niepokój – co będzie? Na Bałkanach wrze, Niemcy się zbroją, w Rosji panuje nieprzyjemna atmosfera, partia bolszewicka ma coraz więcej do powiedzenia. Tymczasem poznajemy rodzinę walijskich górników, Williamsów i sytuację mieszkańców ich miasteczka, Aberowen. Po chwili, razem z córką Williamsów, Ethel, przenosimy się do majątku Ty Gwyn. Teraz mamy okazję spojrzeć na to, jak żyją angielskie wyższe sfery. Spotykamy hrabiego Fitzherberta, jego żonę, Beę (rosyjską księżniczkę) i siostrę, Maud. Odbywa się właśnie przyjęcie, na które przybyli również Gus Dewar – Amerykanin, Robert von Ulrich – Austriak i Walter von Ulrich – Niemiec, który z wzajemnością zakochuje się w Maud. Razem z nimi za jakiś czas pojedziemy do carskiej Rosji i tam przeżyjemy dramaty wraz z braćmi Peszkov.
Każdy z bohaterów ma jasno wyznaczone miejsce w społeczności, wie, co do niego należy, jakie ma prawa i obowiązki. Wszystko działa niemal jak w zegarku, trybiki są do siebie dopasowane bez zarzutu i wygląda na to, że nic się nie zmieni, choćby nawet wybuchła wojna, której widmo wisi nad kontynentem. Wszystko to zostanie wywrócone do góry nogami, nie mając już nigdy wrócić na dawne i dobrze znane tory. Wojna rzeczywiście wybucha. Nic już nigdy nie będzie takie samo – mechanizm bezpowrotnie uległ zniszczeniu.
Hrabia Fitzherbert i Billy Williams idą do wojska, w szeregach Fizylierów Walijskich walczą na francuskim froncie. Ethel wcześniej traci pracę, gdy okazuje się, że jest w ciąży ze swym pracodawcą (co skrzętnie przed wszystkimi ukrywa). Wyprowadza się z domu i wyjeżdża do Londynu, gdzie zaczyna współpracować z Maud – walcząc o równouprawnienie dla kobiet i pomagając tym, których mężczyźni poszli na wojnę. Ukochany Maud i jego kuzyn również trafiają do armii, jednak po przeciwnej stronie konfliktu. Lev Peszkov, oskarżony o morderstwo, musi uciekać z Petersburga, a jego bratu, Grigorijowi pozostaje zaopiekować się piękną Kateriną, która spodziewa się jego bratanka.
Świat staje na głowie. Na wszystkich frontach Europy giną miliony ludzi. Gus Dewar zostaje doradcą prezydenta Wilsona i próbuje nie dopuścić do tego, by Stany Zjednoczone przyłączyły się do konfliktu zbrojnego. Jednak los postanowi mu pewnego dnia splatać figla.
Groza okopów, bunty w rosyjskiej armii, codzienna niepewność jutra i walka o to, by ujrzeć jeszcze jeden wschód słońca przeplatają się tutaj z bojem o prawo kobiet do wpływu na politykę i o… bochenek chleba dla rodziny w ogarniętej coraz większą biedą Rosji.
Autor – nie ma co do tego najmniejszych wątpliwości – doskonale zna realia czasów, o których pisze. Wielką politykę przeplata społecznymi debatami, a szpiegowskie spiski spostrzeżeniami delikatnych zmian, tak zdawałoby się nieistotnych w wirze Wielkiej wojny. Urocze wydają się – ale i bardzo inteligentne – wtrącenia na tematy błahe. Najbardziej zapadła mi w pamięć obserwacja Gusa w kwestii damskich kostek, których widok w 1917 stal się już niemal codziennością, a przecież jeszcze tak niedawno budził pożądanie (bądź zgorszenie – w zależności od gustu, tak mężczyzny, jak i właścicielki kostki – przyp. Chani). Takie drobnostki dodają smaczku całej powieści, pojawiając się, jakby znikąd, a przecież z nich właśnie toczy się prawdziwe życie.
Follett jest autorem z doświadczeniem i nieobce są mu również zasady trzymania się realiów społeczno-językowych. Inaczej więc będzie się wypowiadał Fitz, którego arystokratyczne drzewo genealogiczne z pewnością sięga bitwy pod Hastings, a inaczej Billy, górnik z Aberowen. Inaczej ułożony Gus Dewar z kapitalistycznych Stanów Zjednoczonych, a inaczej Grigorij Peszkov – robotnik-buntownik, który marzy o nowej, bolszewickiej władzy w Rosji. Również ich wiedza ogólna (naukowa) i społeczna, a także świadomość polityczna muszą się różnić.
Wojna jednak, jak to zwykle bywa – dobiega końca i należy się odnaleźć w zupełnie nowym świecie – gdzie reguły dopiero będą powoli powstawały, a wpływ na nie będą mieć znacznie szersze kręgi niż przed jej wybuchem. To zupełnie inna codzienność i nowe wyzwania, nie mniej ważne od walki na froncie. Czy jednak naszym bohaterom uda się przyzwyczaić do tego, że to, co znane i tradycyjne, przeminęło?
Powieść kończy się w roku 1924 – minęło kilka lat od podpisania traktatów pokojowych, ale świat nadal nie jest spokojny. Państwom i narodom trudno się podnieść po wojennych klęskach i pogodzić z przegraną. Zwycięzcy też nie maja łatwo – pogłębia się kryzys gospodarczy, narastają niepokoje społeczne. Jak potoczą się losy naszych bohaterów w tej nowej rzeczywistości? Poznany początki, na ciąg dalszy przyjdzie jeszcze trochę poczekać - przynajmniej do przyszłego roku.
To zajmująca lektura, pełna różnych charakterów, z których każdy został naprawdę dobrze przemyślany i opisany. Spektakularna epopeja, w której Wielka wojna jest tak tłem wydarzeń, jak i jednym z bohaterów. Jej groza ma nas przestrzec przed popełnianiem podobnych błędów w przyszłości. Błyskotliwe spostrzeżenia i pięknie wprowadzone do całości postaci historyczne są dodatkową wisienką na szczycie kremowego tortu. Z resztą – 1068 stron pozwala na rozwinięcie skrzydeł, które Folletta wzniosły na prawdziwe wyżyny literackiej doskonałości.
Minusy? Muszę jeszcze przynajmniej kilka miesięcy czekać na kolejną część, trzecia natomiast ukaże się dopiero w 2014 roku. Długo, za długo…
Cóż – tomiszcze pokaźnych rozmiarów, to i recenzja się wydłużyła. Polecam gorąco – chyba przede wszystkim tym, którzy uważali dotychczas historię za naukę polegającą na wkuwaniu dat i nazwisk. Przekonacie się, że jest to dziedzina ciekawa i warto ją poznać, choćby po to, by uczyć się na cudzych, a nie własnych błędach. Miłośnikom historii lub Folletta z pewnością polecać nie trzeba – sami zajrzą do „Upadku gigantów” i nie pożałują. Prawdziwa uczta literacka.