Fragment mojej recenzji został umieszczony na okładce powieści "Skazaniec. Z bestią w sercu" Krzysztofa Spadło


Moja recenzja została zamieszczona na okładce powieści "Wojownicy. Odwet Wysokiej Gwiazdy" Erin Hunter

Fragment mojej recenzji „Korony śniegu i krwi” został umieszczony na okładce powieści Elżbiety Cherezińskiej – "Niewidzialna korona"

czwartek, 10 maja 2012

Półki z książkami zostały już zapełnione, przeprowadzka oficjalnie zakończona i mam teraz trochę czasu na nadrobienie zaległości czytelniczych. Do tego w tym tygodniu III Warszawskie Targi Książki - więc pewnie jeszcze przybędzie jakiś egzemplarz (już nawet mam jeden na oku). Do tego wczoraj pocztą otrzymałam "Mistrza i Małgorzatę" - nagrodę w konkursie Rebisu na recenzję ulubionej lektury szkolnej.

 http://www.rebis.com.pl/rebis/public/news/news.html?co=print&id=3092&instance=1000&lang=pl&parent=0

Poniżej fragment z biblioteczki, m.in. książki, których recenzje powinny się znaleźć na Dune Fairytales w najbliższym czasie. 

środa, 2 maja 2012

2012


Wielki Tydzień (nie w wymiarze religijnym – dla mnie Wielki). Zaczęło się od pożegnań, by w środę rano przenieść się ostatecznie i na dobre z Poznania do Janek. Następnego dnia – wernisaż Wojtka Siudmaka w Kielcach, a w piątek rano testy kompetencyjne w ramach rekrutacji do nowej pracy. Działo się, oj, działo – czas jednak nadszedł, by rozpocząć majówkę. Między grillowaniem, wygrzewaniem się na słońcu, które godne jest środka lata, a rozpakowwaniem dorobku życia… nareszcie chwila wytchnienia z książką. I to pozycją niebagatelną.
Wielki Tydzień poza tym, że jest również Tygodniem biblijnym, był również Światowym Tygodniem Książki i to z tej okazji Empik wydał tę… no właśnie – co? Zastanawiam się przez cały czas, czy można o niej powiedzieć – antologia. Chyba jednak zbiór opowiadań będzie określeniem nie tyle bezpieczniejszym i bardziej rozważnym, co adekwatnym. Nijak bowiem mogłam znaleźć temat łączący (można by się uprzeć, że jest to rok 2012, ale jednak w drugim opowiadaniu nie znalazłam żadnych faktów wskazujących na to, szczególnie, że dzieje się ono na przestrzeni zapewne dłuższej, niż jeden rok kalendarzowy) te pięć opowiadań, co wcale nie działa na niekorzyść tej pozycji.
Pięć opowiadań, pięciu utworów, pięć światów. Pokrótce o każdym z nich, by na zakończenie podsumować książkę jako całość.
Jacek Dehmel i jego „2012 – zdarcie tytanów” rozpoczyna przygodę z niesamowita polską literaturą. Genialny pomysł na historię. Krótko, zwięźle i na temat, a jednocześnie, chciałoby się powiedzieć, mistycznie. Jak to się stało, że bohaterowie sprzed wieków powstają z martwych i współczesne armie nie potrafią sobie z nimi poradzić? Która postać ze starych baśni i legend Est silniejsza? I jaką w tym wszystkim rolę odegra ekspert – Skrzypło Robert? Szokująca historia z jeszcze bardziej szokującym zakończeniem. Ciekawa konstrukcja i specyficzny język, który może się nie podobać i drażnić – mi jednak przypadł do gustu. Ogólnie – piątka… może nawet z plusem.
Małgorzata Kalicińska – „Przypadki sekatorowej K.” to ciekawie opowiedziana historia miłości, namiętności i porywów serca, które konkurują z przywiązaniem, lojalnością, zobowiązaniami i dotrzymywaniem obietnic. Gdy tytułowa bohaterka nawiąże romans zeznanym aktorem – wywróci do gór nogami nie tylko swoje życie. Czy senator będzie w stanie wybaczyć jej te zdradę i jak bardzo zmieni go ona wewnętrznie? Jeśli szukacie łatwych rozwiązań a la harlequin – tu takich nie znajdziecie. Trzymające w napięciu opowiadanie zaskakuje na wielu płaszczyznach. Musze jednak przyznać, że irytowała mnie trochę konstrukcja zapisu dialogów. Wkrada się tu czasami istny chaos nieraz wychodzą z tego nawet komiczne sytuacje, choć całości do komedii daleko, na ogół natomiast – łatwo się zgubić, co kto mówi i trzeba bardzo uważać, żeby pewnych kwestii nie włożyć w usta innego bohatera. Nie jest to rzewne romansidło, a jeśli zakręciła mi się pod koniec łezka, cóż… nie tyle z powodu rozczulenia, co dojrzewania głównego bohatera, który przecież do młodych już dawno nie należy. Ciekawe nawiązanie do klasycznej literatury - nie powiem, jakiego utworu konkretnie - szukajcie, a znajdziecie.
„Staruch” Rafała Kosika był jednocześnie przerażający i… tak łatwo było przewidzieć zakończenie, że byłam pewna, iż będzie inne, co trzymało jeszcze bardziej w napięciu. Przeczytałam niemal na jednym oddechu. Mądre, przemyślane i świetnie napisane opowiadanie o świecie, który sami sobie stworzyliśmy za kilkadziesiąt lat. Kim jest tytułowy staruch? To po postu starszy pan, który nie jest w stanie znieść emerytury w przyszłości, gdy smog utrudnia oddychanie i kondycja społeczeństwa jest już doprawdy nie do pozazdroszczenia. Jak wielu jemu podobnych cofa się w czasie, by dokończyć żywota w lepszym świecie. Problem? Młodzi nie chcą już więcej staruchów, od których uzależniła się gospodarka, który „zabierają ich powietrze”. Nie chcą staruchów, którzy la nich nie są już nawet ludźmi. Więcej nie zdradzę, powiem jedynie, że to nie piękna historia młodego mężczyzny, który jest inny od swoich rówieśników i traktuje „Starucha” lepiej. O nie. To gorzka i smutna historia o staczaniu się naszego społeczeństwa, o tym, jak straszliwy potrafi być człowiek człowiekowi. Mroczna wizja naszej starości, jeśli czegoś w sobie dzisiaj nie zmienimy. Ku przestrodze i przemyśleniu. Kosik pisze pięknie o rzeczach brzydkich i… rewelacyjnie się to czyta.
„Potęga wuzetki” Zygmunta Miłoszewskiego wzrusza i… prowadzi nas przez ostatnie pięćdziesiąt lat z życia Warszawy. Zaczyna się w roku 1962, by zakończyć zaledwie kilka miesięcy temu. Głównych bohaterów spotykamy równo co dziesięć lat – począwszy od oświadczyn, przez wszystkie kolejne ich rocznice. Piękna Warszawa, odbudowana z gruzów, pachnąca wiosną i świecąca neonami. Warszawa smutna i płacząca, szara i zmarznięta w czasie Stanu Wojennego. Warszawa znów odradzająca się, stolica państwa wstępującego do Unii europejskiej. I w końcu Warszawa dzisiaj – starszy pan zgodnie z obietnicą znów siada za stolikiem – niestety nie ma już dzisiaj wuzetek i jedyne, co może zamówić do tiramisu. To już jednak nie to samo ciastko – nie ma tej mocy, tej siły, tej potęgi. Świat się zmienia, ale serce na zawsze zostało zranione i trudno jest wybaczyć. Wzruszająca to mało powiedziane – ściska za serce, porusza jakieś nerwy, które nie tyle wyciskają łzy, ile zapierają dech w piersiach i odbierają zdolność mówienia. Niesamowita, urocza, mądra i… taka prawdziwa, że mogła się przytrafić każdemu. Kto wie – może prawdziwa? Niezależnie od tego – zapadająca w pamięć i zachęcająca, b czasem spojrzeć w przeszłość stolicy i okryć te urokliwe miejsca, które kiedyś były dla Polaków dumą i kojarzyły się z wolnością, zwycięstwem i chyba przede wszystkim z nadzieją „że teraz zawsze będzie już tylko lepiej i tylko piękniej”.
Piąte opowiadanie – to, na które cieszyłam się najbardziej – to „Złoty Dysk Azteków czyli trzej geniusze, blondynka i Gołąb na krańcu świata” Beaty Pawlikowskiej. Zawód. Lubię autorkę, nawet bardzo. Pisze przystępnie, a od kiedy słucham jej audycji radiowych – kiedy czytam, wręcz słyszę jej głos, tempo, w jakim zwykła opowiadać, akcenty, jakie kładzie w zdaniu. To ciekawe odczucia. Jednak tym razem się zawiodłam. Nie porwała mnie jej historia. Właściwie przemęczyłam ją – cztery dni mi to zajęło. Właściwie nie wiadomo, o co chodzi. Autorka nagle pojawia się w Meksyku razem z… Einsteinem, Kolumbem, Hitlerem i Sherlokiem… Jak? Nie wiedzą. Po co? Nie mają pojęcia. Jak to się skończy? Któż to wie – historia urywa się nagle znanym i powszechnie nielubianym stwierdzeniem – „ciąg dalszy nastąpi”. Nie – po tych czterech genialnych opowiadaniach, Pawlikowska wypadła marnie i trochę smutno mi, że tak musze napisać. Chętnie poproszę ją o autograf na zbliżających się targach książki, jednak zdecydowanie bardziej będzie mi zależało na wpisie Kosika w tej pozycji książkowej.
Wrażenia ogólne – pomijając, że nadal nie jestem pewna, czy wszystkie opowiadania można połączyć tytułowa data 2012 – pomysł rewelacyjny, tym bardziej, że książka kosztuje jedynie JEDEN grosz. Ładnie wydana, może trochę bym się przyłożyła do korekty, ale co tam – naprawę nie było wiele literówek, czego często nie można powiedzieć o bardzo drogich tomiskach. Mamy tu przekrój różnych gatunków – jest fantastyka, jest romans, jest opowiadanie prawie-podróżnicze, jest coś, co nazywam historyczną obyczajowością. Różni autorzy, różne gatunki, różne światy – a wszystkie na swój sposób porywają (może, gdyby Pawlikowska była pierwsza, czytałoby się ją znacznie lepiej?).
Idealna lektura na majówkę – inteligentna, ładnie napisana, zaskakująca i –wygodna. 144 strony wielkości A5, z miękką okładką – w sam raz do czytania na leżaczku, czy kocyku. Okładka poza tym ciekawa i taka… energetyzująca. Polecam gorąco, nawet po majówce.





wtorek, 10 kwietnia 2012

Pamiętnik - Nicholas Sparks



Książka pożyczona ponad osiem miesięcy temu, przeleżała cały ten czas na półce. Prawdopodobnie, gdyby nie przeprowadzka, która zmusiła mnie do porządków, nadal by tam czekała. Pamiętałam o niej, ale nie miałam nastroju. Dlaczego? Ponieważ kolega, który mi ją pożyczył powiedział, że to smutna, raczej dołująca historia. Nie miałam na nią specjalnie ochoty. Dzięki mu, że mi ją pożyczył. Biada za taką zachętę.
Okazało się, że to pięknie opowiedziana, wzruszająca i ciepła opowieść. Do tego stopnia, że te ponad 200 stron połknęłam na dwóch posiedzeniach. Rzadko się coś takiego zdarzało w ostatnim czasie.
Starszy pan wstaje rano i wędruje korytarzami domu spokojnej starości, w którym mieszka. Mija pielęgniarki i pokoje pozostałych mieszkańców, uśmiecha się, wita, ale nie przystaje. Idzie do kobiety, siada na fotelu i swymi – powykrzywianymi przez reumatyzm – palcami otwiera stary pamiętnik. Zaczyna czytać historię opisanej w nim miłości.
Skończyła się wojna, Noah wrócił do rodzinnej miejscowości i kupił stary dom, o którym marzył od dzieciństwa. Całkowicie poświęcił się jego odnowieniu, co zaowocowało napisanym do jednej z gazet artykułem. Los chciał, by gazeta trafiła także w ręce Allie – pięknej kobiety, która lada chwila wyjdzie za mąż za, robiącego oszałamiającą karierę, przystojnego adwokata, Lona. Jednak nie może zapomnieć o tym artykule, który opisuje miłość jej życia. Po prostu musi do niego jechać, raz jeszcze z nim porozmawiać, zobaczyć, czy jeszcze coś do niego czuje.
Poznali się czternaście lat temu. Pochodzili z zupełnie innych światów, ale coś zaiskrzyło. Ona miała piętnaście lat, on siedemnaście i miłość zawładnęła ich sercami. Jednak na drodze stanęli rodzice Allie i… przez czternaście lat dwa serca żyły samotnie. Co się stanie teraz? Noah kocha Allie bezapelacyjnie, jak jednak ta młoda kobieta ma wybrać, skoro swego narzeczona również darzy miłością? Kogo zostawi ze złamanym sercem?
Opowieść piękna i wzruszająca, chociaż prosta. Rozkwitające na nowo uczucie widzimy zarówno ze strony Allie, jak i Noaha. Chociaż przyznaję, że przez długi czas miałam wątpliwości, który z mężczyzn czyta swojej żonie pamiętnik. Miłość, o której pisze Sparks jest zwyczajna, codzienna, taka, jaką można naprawdę spotkać każdego dnia, a jednocześnie magiczna i pokonująca wszelkie granice. Może mają rację ci, którzy uważają, że powieść jest przygnębiająca ze względu na straszliwą chorobę, na którą zapadła w jesieni życia Allie. Ja jednak myślę, że jest bardzo optymistyczna – ponieważ nic, nawet Alzheimer – nie jest w stanie zwyciężyć głębokiego uczucia łączącego dwoje ludzi.
Jednocześnie to przepięknie pokazany świat pierwszej połowy dwudziestego wieku – lata trzydzieste, kiedy nastolatkowe się poznali i Ameryka tuż po wojnie. Czułam klimat tamtych dni, kiedy czytałam o niewielkim hoteliku, w którym zatrzymała się Allie i o farmie, która stała się życiem Noaha. Wszystko to stworzyło niezapomniany nastrój, który urzekł mnie nie mniej niż miłość głównych bohaterów. Rozkoszowałam się każdym akapitem.
Pod koniec musiałam robić sobie mniej więcej minutowe przerwy. Dlaczego? Żeby nie ryczeć, jak bóbr. Książka wciągnęła mnie do tego stopnia, że czytałam ją nawet w pracy. Wierzcie mi – głupio bym wyglądała w biurze cała zaryczana, także przerwy te były absolutnie konieczne.
Jeszcze jeden duży plus – listy, które pisali do siebie przez całe niemal życie. Więcej nie mogę zdradzić, ponieważ myślę, że każdy powinien mieć te chwile zwątpienia, czy pamiętnik czyta Noah, czy Lon – który z nich stanął z Allie na ślubnym kobiercu (ponieważ nie ma wątpliwości, że obaj szczerze ją kochali).

czwartek, 5 kwietnia 2012

Jak najbardziej subiektywnych słów kilka o Pyrkonie 2012




No dobrze – minęły dwa tygodnie, czas na podsumowanie Pyrkonu. Przyznaję, że trochę mi to zajęło, ale przeprowadzka i odejście z pracy zajmują znacznie więcej czasu, niż przypuszczałam. Ponadto – pozytywnie zakręcona i zdumiewająco natchniona – bardzo dużo napisałam w ciągu tych ostatnich dziesięciu dni.
Na dzień dobry kolejka… Normalka, zakręca, łączy się z drugą, znowu zakręca. Tłum ludzi (ostatecznie ponad 6 tysięcy konwentowiczów!!!). Ale jak zwykle jest wyjście – w kolejkach w głębi po kilka osób – po 10 minutach mam już identyfikator, pięknie wydany program i opaskę na ręce. Ludzie – rewelacja. W końcu ładna, czerwona (nie zielona, nie pomarańczowa) opaska z eleganckiego materiału. Noszę ją do dzisiaj z dumą i radością :)
Na pierwszy punkt programu nie zdążyłam (niestety jechałam prosto z pracy i trochę to zajęło w korkach), ale pozwoliło mi to rozeznać się w lokalizacjach. Dodatkowy budynek okazał się świetnym pomysłem – dzięki niemu rozładowano malusieńkie salki literacie i naukowe, zamieniając je na znacznie przestrzenniejsze. Przy okazji zwiedzania stoisk pełnych magicznych różności (Rany, jaki sobie cudowny zegarek z Drobin Czasu kupiłam w pierwszych 20 minutach Pyrkonu!), udało mi się spokojnie obejrzeć wystawę prac Rosińskiego, kiedy na konwencie było jeszcze umiarkowanie mało osób.
Pierwsza prelka – Diuna versus Nekroskop. „Diuna” czyli to, w czym w pewnym stopniu się specjalizuję (przebywając non stop z Mężem – nie ma innej opcji), natomiast „Nekroskop” to kompletna nowość. Z pewnością, gdyby nie Pyrkon, nawet nie wiedziałabym o tych 17 (sic!) tomach. Bardzo ciekawe podejście do tematu i próba odpowiedzi na pytanie, czy warto kontynuować te serie. Całkiem prawdopodobne, że o Nekroskopie jeszcze napiszę, kiedy się do niego dorwę, co mam w planach.
Sława – wierzeń Słowian odsłona trzecia. Jak zwykle rewelacyjna godzina z Wielebnym. Zawsze tak jakby o tym samym, a jednak za każdym razem inaczej i trochę o czymś innym. Notatki ze wszystkich trzech spotkań różnią się informacjami – w jak najlepszym tego słowa znaczeniu. Nie chodzi o nieścisłości, ale ciągle nowe ciekawostki dotyczące wierzeń naszych przodków… i nie tylko przodków.
Panel wydawców – chyba spodziewałam się czegoś innego, co wcale nie znaczy, że nie jestem zadowolona, że wzięłam w nim udział. Kilka ważniejszych wydawnictw, kilku reprezentantów rynku książki. Ciekawa dyskusja na temat tego, co i dlaczego się teraz sprzedaje i czy rzeczywiście mamy kryzys na rynku wydawniczym. Parę istotnych podpowiedzi dla kogoś takiego, jak ja – kto marzy o wydaniu własnej powieści, ale i spojrzenie jakby z drugiej strony lustra, na to, co się dzieje w Polsce i jakie rzeczywiście znaczenie ma podniesienie stawki VAT i – powolne, ale jednak – pojawianie się ebooków i audiobooków.
„Przekład w praktyce – czyli jak wygląda praca tłumacza” – prelekcja odwołana. Zastąpiona przez spotkanie z panem Łukaszem Śmiglem – zdecydowanie najbardziej udany punkt piątkowego programu. Młody autor, a także wydawca opowiedział nam, jak wydać swój debiut – na co zwrócić uwagę przy podpisywaniu umowy, jak się wypromować i ile tak naprawdę można na tym zarobić (pieniędzy i nerwów). Bardzo pozytywne skutki wywarła na mnie ta godzina – zajrzałam na jego stronke internetową, przeczytałam jego podręcznik pisania i nawet się zainspirowałam. Postanowiłam wypróbować moich sił i za radą pana Śmigla napisać kilka krótkich opowiadań. Zobaczymy, co z tego wyjdzie – na razie mam dwa.
Kolejny panel – o tworzeniu literatury dla dzieci i młodzieży – bardzo pouczający, szczególnie, że swego czasu zaczęłam powieść dla dzieci i nadal mam zamiar ją skończyć. Myślę, że uwagi, którymi podzielili się autorzy, bardzo mi się przydadzą.
Zmęczona, wypompowana, wsiadłam za kółko i pojechałam do domu. Z uśmiechem na ustach i w – zamykających się – oczach. Szczęśliwa, że wreszcie nastał Pyrkon, a już pierwszy dzień zaowocował w udane punkty programu i niespodziewane, acz wspaniałe zakupy.
Sobotę zaczęłam od odwiedzenia konwentowej księgarni – to taka moja niepisana świecka tradycja :) Na szczęście trochę – z pewnością nieświadomie – popierana przez twórców Pyrkonu, ponieważ zawsze o 10 rano w sobotę nie ma punktów programu, które by mnie zainteresowały, mogę więc pobuszować po sklepikach i stoiskach, póki jeszcze nie opustoszały. Kolejne 2 książki zakupione, do listy ‘must have’ co nieco dopisane. Udało mi się dostać kolczyki, za którymi chodziłam od kilku miesięcy. Rewelacja! To się nazywa udany poranek :)
Świat od cyrkla. Geometria i porządek w średniowiecznych głowach – pierwsza sobotnia prelekcja powaliła mnie na kolana. Zainspirowana, już zaczęłam dopisywać kolejny rozdział mojej powieści. Na dodatek, zainteresowałam się książką, na którą pewnie w innym przypadku nie zwróciłabym uwagi (o tym post niżej, patrz – „Morrigan” Piotra Olszówki).
Pana Piotra spotkałam również godzinę później na panelu „Seks w imię religii”, na którym – jak w temacie – rozmawiano o religijnym wymiarze stosunków. Interesująca dyskusja, jednak widziałam, że trochę ludzi się przeliczyło i wyszło w trakcie. Ja zostałam do końca.
Byle do świtu – historie harfą malowane to – wpisujący się w pyrkonową tradycję – koncert Basi Karlik. Maskotka znów dała czadu prezentując nam tym razem trochę nowych utworów, w tym kołysanek. Działają – dziękuję Basiu za te kilka minut snu, które na mnie zesłałaś w ten ciężki dzień :) To było piękne – jak zwykle w Twoim wykonaniu. Nie mogę się doczekać nowej płyty.
"Młot na Czarownice – fakty i mity związane z działalnością Świętego Oficjum" – świetny prelekcyjny debiut! Rzeczowo, na temat, ciekawie, z ładnie wykonaną prezentacją. Prelegentka wiedziała doskonale, o czym mówi, a jednocześnie potrafiła się przyznać, kiedy ktoś na sali przekazywał nam jakąś ciekawostkę, o której nie miała pojęcia. Bardzo ładnie poprowadzone. Dodatkowo – przepiękny strój :)
Kolejny panel, na którym nie mogło mnie zabraknąć – „Bohaterowie zbyt idealni”, czyli rozważań kilka nad tym, jak naturalnie opisać bohatera, by wydawał nam się bliski i… z krwi i kości. Jakich wpadek unikać i czy to dobry pomysł, by swe literackie postaci wzorować na znajomych. Ciekawe starcie dwóch spojrzeń na tę kwestię.
Na szczęście zmęczenie opanowało nie tylko mnie, ale również prelegenta z mojego ostatniego punktu programu i skończył niemal godzinę przed czasem. W normalnych warunkach może bym mu miała za złe, ale cóż – zasypiałam już i było mi strasznie głupio. Przepraszam – to naprawdę ja… Nawet nie byłam w stanie wrócić do domu i musiałam oddać Mężowi kluczyki do samochodu, bo bałam się, że zasnę za kółkiem.
Kiepska noc, zdecydowanie za krótka – jak ja nie cierpię tej zmiany czasu i dlaczego ona zawsze musi przypadać właśnie w czasie Pyrkonu???
Zaczynamy niedzielę od bardzo interesującej prelekcji pod wdzięcznym tytułem – Czym się różni Tyrion od Pigmeja, czyli przypadki medyczne w "Pieśni Lodu i Ognia". Sagi jak na razie jeszcze nie zaczęłam, ale jestem całkowicie zauroczona serialem i w planach zakupowych już jakiś czas temu uwzględniłam literacki pierwowzór. Świetnie przeprowadzona analiza różnych choróbstw i innych pokrewnych paskudztw na świecie i porównanie z bohaterami. Do tego stopnia udana prelekcja, że po wyjściu z niej zaczęłam się zastanawiać, co mi dolega…
Nowa słowiańska fantasy historyczna to moje kolejne spotkanie z Arturem Szrejterem (dlaczego w sobotę rano nie można już było kupić żadnej jego książki?). Krótkie wprowadzenie tym razem zaowocowało jednak dość burzliwą dyskusją na temat twórczości w tej gałęzi literatury. Kilka mądrych zagadnień do rozważenia, nadal nieosiągnięty cel ze zdobyciem autografu i kolejna pozycja na liście książek do przeczytania – „Dagome iudex” Z. Nienackiego.
Bardzo pozytywna niespodzianka – Kolonizacja obcych planet dla początkujących, czyli punkt programu, który wybrałam, ponieważ… nie było niczego innego. Dobrze się stało, gdyż… teraz mogę sobie wygenerować własną planetę :)
Nie opisałam tych punktów programu, które nie przypadły mi do gustu – idąc za rada pana Tomasza Kołodziejczaka (warsztaty pisania recenzji) i kilku innych osób, które radziły, by jednak personalnie na nikogo nie najeżdżać i pisać jedynie o tych ludziach/książkach/opowiadaniach (ja tu sobie robiłam małą nadinterpretację), które się podobają.
Wielkie dzięki organizatorom i wszystkim uczestnikom. Zainspirowaliście mnie w wielu dziedzinach i naładowaliście mi bateryjki na przynajmniej pół roku. Byle do Polconu, choć i tak marzę już o kolejnej Pyrce (może się jednak odważę poprowadzić jakąś prelekcję…).

środa, 4 kwietnia 2012

Morrigan - Piotr Olszówka



Na okładkę raczej nie zwróciłabym uwagi (ciekawe, czy jej autorem jest sam pan Olszówka, który przecież pięknie rysuje) – chyba ewentualnie, gdybym szukała powiastki dla siostrzenicy Męża (10-latki). Wcale nie znaczy to, że jest brzydka – po prostu nieśmiało zapowiada bajeczkę. Czy „Królewskie psy” są bajeczką? Trudno mi powiedzieć, ponieważ ich jeszcze nie czytałam. Dlaczego więc o nich piszę? Piszę konkretnie o jednym opowiadaniu wchodzącym w skład tej książki. Mianowicie o tytułowej „Morrigan”.
Czego się spodziewałam? Ciekawej średniowiecznej historii w świecie pełnym magii. Co otrzymałam? Zapierającą dech w piersiach opowieść drogi, w której nikt nie jest absolutne dobry i niewinny, ani też do szpiku kości przesiąknięty złem. Nawet straszliwa wiedźma, Pani Zemsty, Kochanka Ginących zaskakuje swoim szarym charakterem. I niech mnie piorun trzaśnie, jeśli kłamię, że nie mogłam się doczekać dalszej lektury, kiedy musiałam sobie zrobić przerwę w czytaniu.
Rzecz dzieje się… właśnie – gdzie? Mamy tu bowiem rycerza Huberta z Brodzidołków i jego mistrza Jakuba. Wędrujemy z wiedźmą Alą i docieramy do Łysej Góry. Jednak nijak ma się tutaj bogini celtycka, czyli tytułowa Morrigan. A jednak – nie razi to pomieszanie światów. Być może – nie mogę tego obiektywnie stwierdzić – pomogło tu wytłumaczenie samego autora na jednej z prelekcji, na które trafiłam.
Ok. – wiemy, że jest to fantasy, mamy rycerzy i czarownice, nasi bohaterowie wędrują, korzystając z pomocy rumaków. Średniowiecze? Można się domyślać, że rzecz dzieje się w jakichś równoległych do naszego świata wiekach średnich. Język? Teraźniejszy. I znów możnaby się zastanowić, dlaczego autor nie pokusił się o nadanie choćby samym rozmowom postaci troszkę archaiczności. Obawiam się jednak, że gdybyśmy mieli przeczytać „Morrigan” stylizowaną na średniowieczny polski – nie dałoby się tego zrobić jednym tchem, a zamiast przyjemności czytania, część z nas poświęciłaby przynajmniej drugie tyle czasu na ślęczenie nad słownikami. Ja bym tak na pewno zrobiła. Kto wie – może bym się nawet poddała. Nie przeżyłam „Chłopów”, nie toleruję Kochanowskiego i Reja – właśnie z tych powodów, że zamiast na jednym wdechu poznawać piękno przedstawionego świata, łamię sobie głowę nad każdym słowem, którego nie pojmuję. Owszem – Olszówka mógł napisać dialogi troszkę archaizując, a opisy pozostawić współczesne – chyba jednak nie podobałaby mi się taka papka. Zdecydowanie dobrze czytało mi się „Morrigan” w takiej formie, w jakiej została napisana.
Napisałabym więcej, gdybym była już po lekturze całości – do tematu z pewnością wrócę. Niestety, na razie trochę kiepsko z finansami i na zakup kolejnej książki muszę nieco poczekać. Na szczęście – mam co czytać J Nie ma jednak wątpliwości, że „Królewskie Psy” jeszcze tu powrócą, ponieważ zachwycił mnie ten świat.




czwartek, 15 marca 2012

Gra anioła - Carlos Ruiz Zafon




Piąte już moje spotkanie z prozą Carlosa Ruiza Zafona. Powieść, jak wszystkie jego dzieła, pełna tajemnic, intryg i więcej jeszcze magii, niż poprzednie (zdecydowanie więcej, niż “Cień wiatru”). Opasłe tomisko, które jest drugim jakby tomem zaplanowanej tetralogii.
Rzecz cała dzieje się jeszcze przed narodzeniem Daniela Sempere i spotykamy jego rodziców i dziadka. Nie oni jednak są tu głównymi bohaterami. Pierwszoplanową postacią, z resztą piszącą o sobie w pierwszej osobie, jest David Martin – młody i utalentowany człowiek, pragnący napisać książkę, która pozostanie w pamięci czytelników na zawsze. Odkąd bowiem pamięta – kocha książki. Tę miłośc rozbudził w nim nikt inny, jak właśnie stary Sempere – przemiły pan prowadzący od lat księgarnię, który zaprowadził go również do Cmentarzyska Zapomnianych Książek. Tam właśnie David odnajdzie księgę Lux Aeterna (czy może ona odnajdzie jego?). Tajemnicze inicjały autora, które są takie, jak Davida, dziwna treść księgi, dom z wieżyczką, który pewnego dnia kupi nasz bohater, a który okaże się własnością właśne zmarłego przed laty Diega Marlaski (autora Lux Aeterna) i mnóstwo tajemniczych postaci, które umierają, ale pozostają wiecznie żywe w pamięci oraz ten, który kusi… Adnreas Corelli... To on pewnego dnia, gdy David dowie się, że ma przed sobą już nie życia, zaoferuje mu napisanie dzieła życia i… uleczenie ze wszelkich dolegliwości oraz niebotyczną fortunę. Postaci, które są wyraziste, a jednoczesnie do końca niepoznane jest tu zbiorowisko przeogromne, acz nie przytłaczające. Mamy więc, poza wspomnianymi, Christinę Sagnier – wielką miłość Davida i Izabellę Gispert – jego uczennicę i pomocnicę, która pewnego dnia wyjdzie za młodego Sempere. Są tak różne, a jednak to one są w dużym stopniu wyznacznikami dla życia naszego bohatera i obie je darzy gorącymi uczuciami, do których nie zawsze potrafi się przyznać. Spotykamy też spadkobiercę wielkiej fortuny, Pedro Vidala, który zajął się Davidem po nagłej i tragicznej śmierci ojca chłopca. Vidal również marzy o tym, by napisać książkę, którą wszyscy pokochają. Spotykamy pana Barcelo, znanego już nam z “Cienia wiatru” i całe mnóstwo drugo- i trzecioplanowych bohaterów, którzy doprowadzają Davida na skraj szaleństwa.
To powieść o marzeniu i ambicji oraz o cenie, jaką trzeba za nie zapłacić. Bowiem David postanowi zaryzykować (zaufać byłoby zbyt mocnym słowem) i podjąć się wyzwania tajemniczego paryskiego wydawcy, Corellego i napisać dla niego nową Biblię. To zadanie jednak przerośnie młodego pisarza, ponieważ odkąd zaczyna pisać tę – jak ją nazywa – baśń dla dorosłych, zaczną się wokół niego dziać naprawdę dziwne i niewyjaśnione rzeczy, a trupów w tej powieści nie zabraknie.
„Nie kusi pana stworzenie opowieści, - pyta go ów wydawca - dla której ludzie gotowi będą żyć i umierać, dla której gotowi będą zabijać i iść na śmierć, poświęcać się i skazywać siebie na potępienie, oddawać dusze? Czy jest większe wyzwanie dla pisarza niż stworzenie obdarzonej mocą historii, która pozwoliłaby przekroczyć granice fikcji i przeistoczyć ją w prawdę objawioną?” – tymi właśnie słowami Corelli będzie zachęcał Davida do napisania dzieła jego życia. Kuszące? Z pewnością, szczególnie dla młodego jeszcze pisarza, który zasłynął z pisania powieści w odcinkach, „Tajemnice Barcelony”, a następnie całej serii o niemniej wdzięcznym tytule „Miasto przeklętych” (z resztą pod pseudonimem Ignatius B. Samson). David jednak nie jest tylko pisarzyną, który tworzy pod barcelońską publiczkę – ma większe ambicje. Cały czas ma w pamięci lekturę "Wielkich nadziei" Karola Dickensa, podarowanych mu z resztą swego czasu przez pana Sempere (którego trakował, jak swego ojca i szczerze podziwiał). Pisze więc swoją własną powieść, starając się udowodnić wszystkim, sobie, a chyba przede wszystkim ukochanej Christine, na ile naprawdę go stać. Jednocześnie wplątuje się w spisek z piękną dziewczyną i pomaga jej napisać powieść za swego przyjaciela Vidala. Ona to właśnie zostanie pewnego dnia wychwalona przez krytyków i wydana na szeroką skalę, ta natomiast, którą sygnował własnym nazwiskiem – skrytykowana i zapomniana, by pewnego dnia jej ostatni bodaj egzemplarz znalazł swoje miejsce na Cmentarzysku Zapomnianych Książek (nadal pozostaję pod całkowitym urokiem tego magicznego miejsca i mam szczerą nadzieję, że istnieje rzeczywiście i jakimś dziwnym zrządzeniem losu będzie mi dane do niego trafić).
Jak ułoży się jego związek z ukochaną i kim stanie się dla niego Izabella? Czy rozwiąże tajemnicę domu z wieżyczką i Andreasa Corellego? Czy Pedro Vidal pozostanie jego przyjacielem i czy uda mu się nawiązać kontakt z matką, która zostawiła go w dzieciństwie pod opieką ojca-nieudacznika? Czy napisze w końcu powieść swego życia? Wiele pytań, na wszystkie znajdziecie odpowiedzi na 600 stronach powieści “Gra anioła”. Porównanie z innymi dziełami Zafona? W “Grze anioła” powracamy do świata wykreowanego w “Cieniu wiatru”, aczkolwiek znacznie bardziej tajemniczego, magicznego i gotyckiego. Spotykamy niektórych bohaterów, tyle że we wcześniejszych latach ich życia. “Gra anioła” jest powieścią typowo dla dorosłych i z pewnością nikt nie zakwalifikuje jej jako literatury dla młodzieży, jak choćby “Marinę”, czy “Księcia mgły”, chociaż natężenie magii jest w nim bardziej zbliżone do nich właśnie niż do “Cienia wiatru”. Czy mi się podobało? Owszem, chociaż “Cień…” zrobił na mnie znacznie większe wrażenie. Nie drżałam tym razem, przelałam mało łez i sądzę, że w powyższej recenzji ominęłam kilka istotnych kwestii, które po prostu wyleciały mi z głowy. Oczywiście – “Gra anioła” jest napisana pięknie i poetycko, niemal baśniowo, jednak – mimo wszystkich tych dziwnych i niewyjaśnionych śmierci i postaci, co do których ma się cały czas wątpliwość, czy żyją, czy umarły, czy może są jedynie wymysłem chorego już umysłu Davida – brakowało mi trochę dreszczyku… Zakończenie… Kurcze – nie pojmuję. Dumam i dumam i nie wiem, o co w nim chodziło. Było tak zakręcone, nielogiczne, że nawet nie można go określić magicznym. W ogóle nie potrafię go połączyć z resztą opowieści, chociaż cieszę się, że autor postanowił wytłumaczyć historię dziwnego zdjęcia, które Christina przez całe życie trzymała na pamiątkę dnia, którego nie pamiętała. Domyślałam się go poniekąd, ale ta druga część jest dla mnie zagadką. Może kiedyś do niego dorosnę.
Na zakończenie jeszcze jeden cytat, który zapamiętam chyba do końca życia, ponieważ w stu procentach się z nim zgadzam: ”Ponoć niemal wszyscy adwokaci potajemnie marzą o tym, by porzucić swój zawód i zostać pisarzami...”. Dotyczy mnie, jako prawnika i wiem, że nie jestem odosobniona w tym marzeniu. Z resztą wiele zmagań Davida odczuwałam jako własne, ponieważ Wena Twórcza jest marudną i niewdzięczną przyjaciółką.

poniedziałek, 12 marca 2012

Saga Wielkich Rodów - Tom 1 - Tryptyk krwi (cz.11)

W ostatnich dniach matka całkowicie przestała zwracać uwagę na Paula, więc w ogóle nie wychylał się ze swojego pokoju. Nowa gra komputerowa, słuchawki na uszach i zero zainteresowania tym, że jego brat nadal się nie odnalazł. Udawał chorego, żeby nie musieć chodzić do szkoły, ale nawet tym stanem rzeczy specjalnie się nie przejęła. Zaczynał się już nudzić. Słyszał, że do matki ktoś przyszedł i postanowił posłuchać, o czym rozmawiają. Może wiedzą coś na temat Michaela. Nie zależało mu specjalne na powrocie brata, wiedział jednak, że będzie miał kłopoty, jeśli ktoś widział go tamtego popołudnia, gdy dał Michaelowi wycisk. Nic mu nie zrobią, ale matka go znienawidzi i wtedy nic już nie pomoże – straci ją na zawsze. Gdzie on się podziewa? Idiota! Doprowadzi tę kobietę do szaleństwa. Już on mu zleje skórę, jak tylko go zobaczy. Uchylił drzwi, żeby słyszeć rozmowę matki z dwoma dziwnymi mężczyznami. Z każdym kolejnym słowem usta otwierały mu się szerzej ze zdziwienia…
*
Fiodor został jeszcze u Sary. Alexander wrócił do hotelu sam i po długim, zimnym prysznicu zszedł do bufetu, by zamówić obiad. Jednak nie miał apetytu. Cały czas nie mógł uwierzyć w to wszystko, czego się właśnie dowiedział. Jego rodzina zawsze miała tajemnice – jednak były to tajemnice przed „obcymi”. Tajemnice w rodzinie? Jego matka umierała z rozpaczy, kiedy oddawała najmłodszą córkę na czyjeś wychowanie, wiedziała jednak, że to być może jedyna szansa, by Jana przeżyła.
Wrócił do pokoju, jednak nadal nie mógł opanować tych wszystkich uczuć, które nim zawładnęły – złości, litości, zazdrości, że Nikołaj o wszystkim wiedział, a także szacunku dla matki i Fiodora za ich poświęcenie. Zadzwonił do Magdaleny i zaproponował wspólną kawę. Nie chciał być sam. Nie dzisiaj.
Była w olbrzymim szoku, kiedy opowiedział jej przebieg rozmowy z Fiodorem. Właściwie nie był pewien, czy ma prawo jej o tym mówić, w końcu to była prywatna sprawa Fiodora i Sary. Jednak nie potrafił sam się uporać z natłokiem myśli.
- Sądzisz, że twój ojciec wiedział? – trochę niestosowne pytanie Magdaleny wprowadziło go w konsternację.
- Zapewne nie – odpowiedział, próbując wypić łyk kawy. – Jak widać nasza rodzina ma więcej tajemnic, niż można się było spodziewać, jednak znałem mojego ojca. Przeżyliśmy razem kilkaset lat. Właściwie nie wiem, co by zrobił. W końcu Jana była Nowicką, więc z pewnością kazałby ją otoczyć opieką, jednak co do losu Fiodora nie byłbym już taki pewny.
- Czyli to nie mogło mieć nic wspólnego z jego samobójstwem?
- Nie. Śmierć Juliana zabolała bardzo, a dobiła go jeszcze reakcja Nikołaja. To były powody.
*
Sara wyszła na chwilę do sklepu, poprosiła jednak Fiodora, żeby na nią zaczekał. Oto szansa dla Paula. Jeśli to była prawda – jakże niewiarygodna! – to przecież ten mężczyzna był nie tylko dziadkiem Sary i pradziadkiem Michaela. Był również jego pradziadkiem! Dlaczego nikt nie myślał o nim? Podszedł do Fiodora, przyglądając mu się bacznie i usiadł na fotelu. Nalał sobie herbaty i jeszcze chwilę się nie odzywał.
- Wiesz, że jesteś też moim pradziadkiem? Nie tylko mojego brata? – to pytanie, tak pełne żalu, zabolało Fiodora bardziej, niż mógł przypuszczać, jakby nigdy nawet nie przyszło mu to na myśl. – Dlaczego niby on jest ważniejszy ode mnie? Tylko dlatego, że może kiedyś uzyska pamięć czegoś, co działo się wieki temu? Jakie to ma teraz znaczenie, co? Ja też jestem twoim prawnukiem! – upuścił filiżankę na podłogę, rozlewając resztę herbaty i wybiegł z mieszkania, trzaskając drzwiami.
Fiodor siedział jeszcze sparaliżowany przez dobre kilka minut. Chłopak miał rację – wszyscy mówili tylko o Michaelu, zupełnie zapominając o istnieniu Paula.
*
Knut pozbył się już Chiary, a mały nawet nie odważył się o nic pytać. Oczywiście nie zamierzał informować gówniarza, co się stało z dziewczyną. Dosypał mu do kolacji środków nasennych, by pobrać krew i teraz chował do metalowej walizeczki sporej wielkości flakon pełen cennej substancji. Mike obudzi się za parę godzin, zupełnie nieświadomy, co się działo. Jedynie nieco osłabiony. Zje porządne śniadanie i obiad i będzie dobrze. A później już tylko pokazać się Magdalenie. Tak, żeby myślała, że popełnił błąd, że go nakryli. Alexander złapie się w tę pułapkę, jak mucha w lep. Dwa, góra trzy dni i będzie po Nowickich. A on będzie jedynym posiadającym ich DNA. Niech ten głupi kot cierpi i myśli, że wszystko, o co wałczył latami, przestało istnieć.
*
Fiodor nie wierzył, że to przypadek sprawił, iż Magdalena spotkała Knuta. To mogła być równie dobrze pułapka. Alexander zdawał się z nim zgadzać. Jednak ona nie chciała w to wierzyć. Jaki niby miałby powód, żeby ją zwodzić?
Fiodor i Alexander skończyli naradę. Zaryzykują. Nawet jeśli to pułapka – muszą spróbować odbić chłopca. Może rzeczywiście Knut stał się zbyt pewny siebie i popełnił błąd, pozwalając jej odkryć swoją kryjówkę.
Siedziała przed lustrem, szykując się do snu. Czy uda jej się w ogóle zmrużyć oczy? Czy którekolwiek z nich będzie spało tej nocy? Ktoś zapukał do drzwi.
- Proszę.
- Mogę, Magdaleno? Nie chciałbym przeszkadzać – powiedział Alexander, wchodząc.
- Co cię gnębi?
Rozmawiali dłuższą chwilę. Bał się, że nie uda im się uwolnić chłopca, że stracą go na zawsze. Po przeszło dwóch tysiącach lat rodzina przestanie de facto istnieć. Próbowała go pocieszyć, jednak nie znajdowała właściwych słów. Ciągle twierdził, że on się nie liczy, a ona starała się przekonać go, że to nieprawda.
- Połóż się i odpocznij – powiedział, wstając. – Czeka nas ciężki dzień.
- Alexandrze, – wyszeptała, chwytając go za rękę – obiecaj, że będziesz na siebie uważał. On jest ważny, ale ty też.
„Dla mnie” – pomyślała. Jak mogła wcześniej nie zauważyć, że czuje do niego coś więcej, niż powinna w stosunku do szwagra? Spojrzeli sobie prosto w oczy. Tak – on też ją kochał. Zaskoczenie niespodziewanym odkryciem ustąpiło miejsca namiętności – objął ją w pasie, przyciągając do siebie i gorąco pocałował. Przeszył ją dreszcz, gdy poczuła jak jego palce gładzą jej plecy i delikatnie zdejmują ramiączka błękitnej nocnej koszulki. Nie przestawał całować, a ona nie pozostała bierna. Pragnęła go całym sercem i ciałem. Świat mógłby się skończyć nawet jutro – ta noc była tego warta.
Po wspólnym śniadaniu udali się do kryjówki Knuta. Fiodor pozostał w hotelu i czekał na informacje od nich.
- Zostań tu, Magdaleno i czekaj na nas – znów ten rozkazujący ton, który tak ją początkowo irytował. Wiedziała jednak, że chce ją chronić. – Postaram się, żeby Mike wyszedł pierwszy. Ja pójdę zaraz po nim. Kiedy go zobaczysz, łap i biegnijcie do samochodu.
- Alex, proszę, uważaj na siebie – trzymała go za rękę i nie chciała puścić. – Obiecaj, że będziesz ostrożny.
- Nie martw się o mnie. Wszystko będzie dobrze – ucałował ją, jakby żegnał się na zawsze.
Poczuła dreszcz. Musi się udać. Nie może go stracić. Po tym wszystkim, co razem przeżyli, gdy zrozumieli, jak wiele dla siebie znaczą. Gdyby pozwolił jej tam wejść. Tylko ona widziała Knuta, ona i dzieci. Nikt nie potrafił wyjaśnić, dlaczego.
*
Od chwili, gdy zniknęła Chiara, Mike czuł się samotny. Możnaby się spodziewać, że zacznie tęsknić za matką, jednak zupełnie wymazał ją z pamięci. Pamiętał jedynie doskonale Paula i chciał się zemścić. I na Alexandrze, który podobno zakazał Nikołajowi się z nim widywać. Tak przynajmniej powiedział Knut, a jemu wierzył.
Nagle usłyszał głosy na korytarzu. Może Knut odnalazł Chiarę. Jak wspaniale byłoby znów zobaczyć kuzynkę. Jednak nie poznał ich głosów. To był ktoś inny. Gość? Złodziej? Ktoś próbował wyważyć drzwi. Po chwili wypadły z zawiasów, głośno uderzając o podłogę. Zobaczył wysokiego, ciemnowłosego mężczyznę.
- Jestem Alexander – przedstawił się nieznajomy, wyciągając w jego stronę rękę. – Nie bój się. Chodź, zabiorę cię do mamy.
- Moja matka nie żyje, a ciebie nienawidzę i nigdzie z tobą nie pójdę! Jak Knut wróci… – nie zdążył dokończyć zdania. Poczuł jedynie nagły, chwilowy ból, a później już nic.
*
Knut miał nad Alexandrem olbrzymią przewagę – Magdalena wiedziała o tym doskonale. Jeśli się spotkają, Alex nie będzie go nawet w stanie zobaczyć. Mijały kolejne minuty, a oni nie wychodzili. Gdzie są? Chciała wejść do środka. Może będzie mogła jakoś pomóc. Zadzwonił telefon komórkowy – Fiodor. Odrzuciła połączenie. Odpowie mu, kiedy będzie po wszystkim. Bum!
Spojrzała na budynek, do którego wszedł Alexander – stał w płomieniach. „Bomba. Knut podłożył bombę.”
- Alex!!! – krzyknęła przerażona.




To już koniec pierwszej części "Tryptyku krwi", który jest pierwszym tomem "Sagi Wielkich Rodów". Mam nadzieję, że się Wam podobało i będziecie mieli ochotę przeczytać ciąg dalszy, kiedy uda mi się w końcu znaleźć wydawcę.

Szepty dzieci mgły i inne opowiadania - Trudi Canavan



Moje pierwsze zetknięcie z prozą australijskiej pisarki, Trudi Canavan okazało się wspaniałą przygodą. Jak już kiedyś wspominałam – raczej nie czytuję opowiadań, preferuję zdecydowanie formy długie (z resztą sama Canavan też takowe woli). Jednak dostałam jej opowiadania i pomyślałam, że to świetny początek, skoro mam już właściwie wszystkie jej powieści i jeszcze nie zaczęłam ich czytać.
Zbiór składa się z pięciu opowiadań, które są różne zarówno ze względu na tematykę (od klasycznej fantasy, przez science fiction, do opowiadania, które możnaby nazwać nawet lekkim horrorem), jak i formę (część napisana w trzeciej osobie, część w pierwszej, jest tu także pamiętnik i kronika wydarzeń) oraz czas i miejsce (niektóre dzieją się w świecie wyimaginowanym, część zaś we współczesnym nam.
Tytułowe opowiadanie „Szepty dzieci mgły” to ciekawa fantasy. Mamy tu pustynię, karawany i dworską sorę o imieniu Velarin Initha – czarodziejkę, która powinna bronić władcy, a zajmuje się ochroną kupców. Nosi w sobie żal i wstyd, ponieważ w niedalekiej przeszłości zdarzyło się coś strasznego, za co się wini i uważa, że wszyscy postrzegają ją właśnie przez ten pryzmat. Jest to opowieść o pozorach i wielkiej odwadze, a także skromności i poczuciu obowiązku, przedstawiona w zaczarowanym świecie. Kim są dzieci mgły? Tajemnicę tę rozwikłacie jedynie czytając opowiadanie, za które autorka otrzymała w 1999 nagrodę „Aurealis” (Australian Fantasy & Sciecne Fiction Award).
„Szalony Uczeń” to z kolei opowiadanie – najdłuższe w całym zbiorze – ze świata Czarnego Maga, z pewnością więc fanom Canavan się spodoba. Dla mnie to było pierwsze spotkanie z tym uniwersum i musze przyznać, że przypadło mi do gustu. Spotykamy ucznia maga, Tagina i jego siostrę imieniem Indria, która… boi się młodszego brata, który już w dzieciństwie bił ją i terroryzował, kiedy tylko coś szło nie po jego myśli. Jest mężatką, jednak do męża z pewnością nie zwróci się o pomoc, gdy brat – niespełna rozumu – wplącze ją w tragiczną historię, w której trup będzie się słał gęsto, a niewinni oddadzą – zabrane siłą – życie, by młodzieniec zyskał moc do czarowania. Czy Indria znajdzie w sobie siłę, by przeciwstawić się bratu, czy za wszelką cenę będzie go chroniła, nawet wiedząc, że stał się potworem? Historia jest opowiedziana w trzeciej osobie, widzimy ją jednak wyraźnie z perspektywy młodej kobiety, która powoli dostrzega u brata objawy choroby, która zżera go od wewnątrz, niszcząc przy okazji całą Kyralię. Ciekawym i bardzo przyjemnym przerywnikiem w akcji, która porywa nas z szybkością błyskawicy, są zapiski kronikarza Gilkena.
„Markietanka” to pełna tajemnic magiczna historia generała Reny’ego i jego markietanki (damy do towarzystwa, delikatnie nazywając jej zawód). Gdy wziął ją do swego namiotu, nie przypuszczał, że może być kimś wyjątkowym, o kim będzie myślał każdego dnia do końca życia. Jaką tajemnicę nosi w sobie piękna, jasnowłosa Kala i jaki ma to związek z polami pełnymi martwych żołnierzy oraz królem, któremu służy Reny?
„Przestrzeń dla siebie” to pamiętnik spisany przez młodą artystkę, która w swym domu znajduje… tajemniczy pokój, w którym czas rozciąga się i płynie w zupełnie innym tempie, niż na zewnątrz. Marzenie każdego z nas, a przynajmniej większości – mieć czas na wszystko, żyć w świecie, gdzie doba ma czterdzieści osiem godzin (albo i więcej). Autorka sama tłumaczy, że nigdy nie lubiła opowiadań, w których występowały różnorakie wehikuły czasu, ponieważ zawsze znajdowała w nich nieścisłości. Osobiście takie historie lubię, chociaż w niektórych rzeczywiście występują karygodne błędy. Bąbel czasu stworzony przez Canavan zdaje się być całkiem logiczny, chociaż jak się przekonuje bohaterka – ma również zgubne skutki. To opowiadanie o tym, jak wiele jesteśmy w stanie poświęcić dla sukcesu i spełnienia się. Ponieważ czas płynie nieubłagalnie, nawet w tajemniczym pokoiku i nie jesteśmy w stanie z tym faktem walczyć. Prawa natury są dla nas bezlitosne. „Przestrzeń dla siebie” sporo daje do myślenia, chociaż nie sądzę, bym kiedykolwiek przestała marzyć o takim właśnie pokoiku, w którym miałabym czas na wszystkie moje zainteresowania i spełnianie kolejnych marzeń. Czy jednak warto? Trudi Canavan nie odpowiada wprost na to pytanie – zostawia je jednak wyraźnie zadane i każdy musi sobie sam na nie odpowiedzieć.
Jak wspomniałam, mamy w zbiorze również opowiadanie na granicy horroru. „Biuro rzeczy znalezionych”… Spojrzałam na tytuł i zaczęłam się zastanawiać, czy takie miejsca mają w ogóle rację bytu w dwudziestym pierwszym wieku. Trudno mi uwierzyć, bym udała się do niego w przypadku, który spotkał Trinity – gdybym zgubiła parasolkę. Nawet, jeśli wiązało się z nią wiele ciepłych wspomnień. Z pewnością poszłabym do najbliższego sklepu i kupiła po prostu nową. Jednak nasza bohaterka jest do swojej czarnej parasolki na tyle przywiązana, że udaje się do biura rzeczy znalezionych. Jednak czarnych składanych parasolek jest tam zatrzęsienie, a ona swojej nie odnajduje. Wbrew radzie dozorcy tego przybytku, zabiera więc inną, ponieważ chce uniknąć zmoknięcia. Gdyby wiedziała, jak wiele trudności spotka ją z tego powodu, na pewno by sobie odpuściła i pobiegła do sklepu. Wiele czasu jednak zajmuje jej zanim zrozumie, że ulewne deszcze i szalone burze w miejscach, w których akurat ona przebywa są karą za „pożyczenie sobie” cudzej parasolki z drewnianą rączką w kształcie kaczej główki…
Wspaniałym ukłonem w stronę czytelników są notki od autorki po każdym opowiadaniu. Po krótce wyjaśnia, czym się inspirowała, jak pisała i dlaczego wybrała taką, a nie inną formę opowiadania. Już we wstępnie wyjaśnia również, co skłania ją do pisania opowiadań, ponieważ nie jest tajemnicą, że preferuje opasłe tomiszcza, w których może rozwinąć skrzydła.
Trudno mi powiedzieć, jak wyglądają inne wydania, jednak polskie jest przepiękne. Niewątpliwie jest to jednak z najładniejszych książek – jestem całkowicie zauroczona papierem, na którym książkę wydrukowano. Przypuszczam, że był to cel czysto marketingowy – opowiadania łącznie to zaledwie dwieście stron tekstu, a książka dzięki użyciu takiego papieru zdaje się być przynajmniej dwukrotnie grubsza. Jakiekolwiek jednak były przesłanki wydawcy – wyszło wyśmienicie. Dotykanie takiego papieru, przewracanie grubych stron sprawia niesamowitą przyjemność, której nigdy nie zastąpią żadne ebooki (choć jestem gorąca zwolenniczką obu form wydawania książek). Dziękuję za tę ucztę.
Jednym słowem – pełna tajemniczości i magii przygoda, która miała tylko jeden minus (powód, dla którego zazwyczaj do opowiadań nie sięgam) – skończyła się zdecydowanie za szybko. Mam nadzieje ten głód zaspokoić czytając jej magiczne trylogie.
Jeszcze tylko jedno – chciałam się podzielić cytatem, który bardzo mi się spodobał, a pochodzi z opowiadania „Markietanka”:
„- Vorl jest jak miecz, którego używa się i wyrzuca, kiedy się stępi. Doradcy są niczym zwoje albo księgi – korzysta się z nich wiele razy. Nie uderzysz wroga książką i nie pójdziesz następnie radzić się miecza, prawda?”

poniedziałek, 5 marca 2012

Tysiąc dni w Wenecji - Marlena de Blasi



Wzruszająca, mądra, ciepła powieść, która jednak nie zaspokaja głodu. Na szczęście są jeszcze dwie kolejne części.
Marlena de Blasi, amerykańska dziennikarka i krytyk kulinarny od lat podróżuje do Wenecji. Początkowo uprzedzona do miasta i niechętna Księżnej, jak zwykła nazywać to miasto na wodzie, ulega jej urokowi. Przyjeżdża co roku, by pisać artykuły, albo na wakacje ze znajomymi. Z pewnością jednak nie spodziewa się, że spotka tu miłość swego życia. Nie jest już nastolatką – ma dorosłe dzieci i byłego męża. Raz po raz przeprowadza się pomiędzy różnymi amerykańskimi miastami, tworząc sobie pełne barw i ciepłych tkanin gniazdka.
Pewnego wieczora siedzi przy stoliku restauracji, a kelner prosi ją do telefonu. Po drugiej stronie odzywa się miły męski glos, który pyta, czy się z nim spotka. Tak dla naszej bohaterki rozpoczyna się najważniejszy etap życia. On, Nieznajomy Wenecjanin, który okazuje się podobny do aktora Petera Sellersa, zakochał się rok wcześniej w… jej profilu.
Kilka godzin spędzonych wspólnie i gorące wyznanie miłości ze strony Fernanda sprawiają, że za swą ukochana poleci do Saint Louis i tam, po niedługim czasie, oświadczy się.
Banalne? Ależ nie. Kobieta po przejściach, rozwódka, która już dawno przestała wierzyć w miłość na nowo pozna te magiczną siłę. Jednak nie jest łatwo pozostawić za sobą wszystko, co znane i kochane i wyruszyć w podróż do Włoch – tym razem już na zawsze. Szczególnie, że Fernando nie mówi po angielsku, a jej słownictwo po włosku jest ograniczone raczej do kulinariów. Jednak są w sobie zakochani młodzieńczą miłością. Jak mówią pewnego dnia – kiedyś byli starzy, dzisiaj są młodzi. To uczucie i związek – jak każdy, pełen dni lepszych i gorszych, wiele ich nauczy. Przede wszystkim chyba odwagi i cierpliwości.
Wenecja to inny świat, nie tylko dlatego, że jest miastem na wodzie. Tutaj ludzie żyją innym rytmem, według innych zasad. Wszystko tutaj dzieje się wolno, piano, pianissimo. Zakupy, remonty, załatwianie pozwoleń do ślubu. Każdy to rozumie. Każdy poza Amerykanką, która musi się wszystkiego uczyć od nowa. Narzeczony, a później mąż – nie zawsze jej to ułatwia.
Powieść daje sporo do myślenia, szczególnie osób, którzy przywiązują się do miejsc i ludzi. Mówi o odwadze postawienia wszystkiego na jedną kartę i zaryzykowania właściwie całym życiem. Ponadto to cudownie przedstawione miasto, pełne nieznanych zakamarków i urokliwych budynków. Plac świętego Marka, Pałac Dożów i liczne kościółki, przed którymi ludność miasta ucztuje z okazji różnorakich świąt. Targ, na którym bohaterka robi zakupy i zaprzyjaźnia się ze sprzedawcami. Pływająca Wenecja urzeka na stronicach tej książki tak samo, jak opisy przeróżnych pyszności przyrządzanych przez naszą bohaterkę, bądź też spożywanych przez nią w rozlicznych restauracyjkach. Z resztą na końcu książki znajdziemy nawet kilka przepisów, które – myślę – warto wypróbować.
Ogólnie – urocza, przyjemna w czytaniu, ale mądra i dająca do myślenia powieść, która zachwyca tak krajobrazem, jak i zapachami (nie tylko z kuchni). Ja już nie mogę się doczekać, co też nasi zakochani będą robili po przeprowadzce do wiejskiego domku w Toskanii.

wtorek, 7 lutego 2012

Zamordowana królowa - Maurice Druon



Po śmierci Króla z żelaza, władzę w państwie przejmuje jego syn. Francja nie jest już jednak taka sama. Pod rządami Ludwika X, zwanego Kłótnikiem, panuje głód i nędza. Stronnictwa walczą ze sobą, a na młodego władcę próbują wywierać wpływ jego wuj, Dostojny Pan Karol Walezjusz i Pan Enguerrand Marigny, doradca Filipa Pięknego, który na szczyty władzy wspiął się dzięki swojej ciężkiej pracy i zaufaniu starego króla.
Kto zwycięży ten pojedynek i kogo ostatecznie posłucha młody król, zupełnie nie nadający się do rządzenia tak rozległymi ziemiami? Co stanie się z jego uwięzioną małżonką, Małgorzatą Burgundzką? Czy Ludwik pozbędzie się niechlubnej sławy rogacza i znajdzie na europejskich dworach odpowiednią kandydatkę na nową małżonkę?
To pasjonująca i porywająca historia pełna intryg, spisków, manipulacji i planów w planach. Każdy stara się wykorzystać panujący we Francji – i w Europie – chaos i uszczknąć coś dla siebie. Szantaż i przekupstwo są powszechniejszego od chleba, którego brakuje w kraju, sfabrykowane dowody w postępowaniach sądowych – ważniejsze od prawdziwych wyznań winy.
W zawierusze tej towarzyszymy młodemu Gucciowi w podróży na dwór w Neapolu oraz do Awinionu. Zakochany Lombard coraz bardziej zapętla się w dworskie intrygi, bierze nawet udział w rozmowach z kandydatami na tron Piotrowy. Konklawe nie potrafi bowiem wybrać następcy zmarłego papieża, a ten jest niezbędny Ludwikowi X, by mógł unieważnić swoje małżeństwo z Małgorzatą.
Knowania królewskiego wuja mają mu zapewnić nieograniczoną władzę i napchanie własnych kieszeni złotem, skarbami i wpływami. Będzie więc próbował zeswatać Ludwika ze swoją krewniaczką. Z kolei Enguerrandowi zależy na odwleczeniu wyboru papieża, wie bowiem, że w dniu, w którym nowy namiestnik Chrystusa zostanie wybrany – on może stracić całą władzę.
Jak się w tym całym bałaganie, gdzie nie można ufać nawet rodzonemu bratu odnajdzie Guccio, który przecież marzy jedynie o tym, by znaleźć się w ramionach pięknej Marii de Cressay? Czy konklawe w końcu coś postanowi, a Lombardom uda się utargować podpisanie przez króla ustaw, które powrócą do starych, uświęconych tradycją praw z czasów Ludwika Świętego – prawa do bicia przez możnych własnej monety i wywoływania wojen między sobą? Wszystkiego tego dowiemy się czytając „Zamordowaną królową.” Jednak nie na tym koniec, gdyż cykl Druona oferuje nam jeszcze kolejnych pięć tomów, także historia toczy się dalej, a kończąc tom drugi czujemy głód wiedzy. Co się wydarzy w kolejnych latach? Czy rzeczywiście przekleństwo rzucone na stosie przez wielkiego mistrza templariuszy spełni się i sięgnie do trzynastego pokolenia tego zacnego królewskiego rodu?
„Zamordowana królowa” jest równie genialna, jak „Król z żelaza”. Jedyny minus, jaki przychodzi mi do głowy to tytuł, ponieważ łatwo się z niego domyślić, że Małgorzata nie pozostanie długo przy życiu. Poza tym – Druon pięknie prowadzi narrację, doskonale pokazuje świat w średniowiecznym imperium, umiejętnie kreśli charakterystykę bohaterów, których jest wielu, a każdy z nich inny i autentyczny, niczym z krwi i kości.

czwartek, 2 lutego 2012

Chwilka refleksji

Dzisiaj bardziej refleksyjnie. Chciałam sie z Wami podzielić nie tyle opinią, ale poematem, którym jestem zachwycona od kilkunastu lat. Zapraszam na chwilę z poezją najwyższych lotów.

Serce jak obłokpoemat
Matce
I
W takich nocach się lęgną
same mary tylko i skrzydła nawałnic.
Takie noce się kann i
przez wiatr odeIWaną ręką.
Takie noce dymią padliną-
gnijącym runem obłoków;
błądzący po nich giną
w lęku i mroku.
Takie noce rodzą tylko zwierzęta:
konie bez głów i koty ziejące płomieniem,
i płynie w nich ziemia przeklęta
głuchym strumieniem.
Jakże te noce przemógł,
które rosną jak trupi obrzęk
i jak ryby duszą się niemo?
Jakże w nich zrodził się olbrzym?
II
A miał Tytan ramion dwoje * gałęzi,
jak mosiądz, co się w słońcu wygina,
i oczy, jakby w nich niebo uwięził
albo jakby mu błękit spojrzeniem
przez głowę na wylot płynął.
A nad głową koronkę włosów
do ptaków podobną, koloru róży czy rtęci,
spadającą na wysmukły pomnik twarzy,
kiedy w drogach złocistych brodził,
w płomieniami płynącym zachodzie,
i tętniące cyklony marzył.
Kiedy świt jak owoc mleka dojrzewał
w kolorowych szybkach jaskiń,
ruszał Tytan przez dzwoniące jaskry
jak przez gwiazdy wdeptane w trawę,
i melodie echem śpiewał,
a przed sobą pędził jak korabie
zamyślone, koczujące jak owce
w szczerym srebrze wykute lodowce.
A spod stóp się sypały lawiny.
jak odłamki kroków wędrujących
przez pustynie planet innych,
przez kotliny zatopione słońcem,
poprzez ziemię jak wielką przyczynę
zgasłych studni i źródeł bijących.
Parły trąby miedziane wichury
w kolorowy codzienny zachód,
pędził Tytan bezimienne góry
nad koralowy wodopój,
gdzie jak senne zwierzęta - łapą
przecierały znużone oczy,
zanurzały pyski w spokój -
w aksamitne fale nocy.
Czegóż więcej potrzeba, gdy głos twój
budził gór żelazny obryw?
Czegóż więcej trzeba oczom modrym,
a tak w smutek patrzyły prosto,
że aż śmiercią lodowatą wiało od nich?
Nosił Tytan w piersiach mocnych
wyrojone w groźną noc narodzin
mutne serce wykarmione na wyjących wichrów głodzie,
smutne serce wybujałe na lamentach ptaków nocnych,
na modlitwach psów - rzucanych w tarczę snów okrągłą -
dziwne serce - zamiast serca - obłok.
III
Dojrzewały w sadach śliwy, śliwy złociste, jakby
kto krople słońca w powietrzu ostudził nagle jak wosk.
Tańczyły siostry kołem, od tej wesołej jazdy
migało pod powiekami, drażniło nozdrza jak kłos.
Dudniły warkocze, tak lśniące, że prawie w słońcu białe,
jak ulew jasne sploty rzucane z nieba ukosem.
Dudniły deszcze owoców poprzez rozwiane włosy,
żeś już nie wiedział na pewno, czy włosy, czy śliwy dojrzały.
Tańczyły siostry kołem, a Tytan przystanął; od żaru
oczy ręką ogarniał jak od lśniącego bąka:
"Weźcie mnie, siostry, będziemy po kolorowych łąkach
tańczyć pośród jesieni zielonożółtych pożarów".
Śmiały się siostry, śpiewały głosami
jak zielonymi wilg owocami:
"Jakże będziesz tańczył z nami
pod jesieni namiotami,
kiedy ręce masz jak stal i mosiądz?
Strącisz z gór sokoły lawin,
huk lodowców słońce zdławi,
kiedy pieśń zaśpiewasz mocnym głosem.
Jakże bratem naszym jesteś,
kiedy my jak płomień lekkie,
który biegnie po płonącej słomce,
a ty wiatrem noc zalewasz,
piorunami płoniesz w drzewach,
rozdmuchujesz w kolorowy zachód słońce?
Jakże - mamy tańczyć z tobą,
kiedy zamiast serca obłok
w piersi burzą wypełnionej nosisz?"
I wesoło się siostry śmiały,
w świergot ptaków coraz bardziej zanikały,
aż pozostał po nich lot pajęczyn
rozwieszony w powietrzu dźwięcznym.
Został Tytan sam na brzegu żalu
jak na brzegu najsmutniejszej wyspy,
gdzie na drzewach nawet ptaki wszystkie
są z zimnego złocistego metalu.
IV
Kąpali się chłopcy w rzekach,
których prąd podobny dłoniom żylastym,
gdzie czekała ich polana niedaleka
i mijały ich wyśnione obce miasta
napełnione kopułami z kolorowych szkiełek,
które w słońcu się wzdymały i gięły.
I widzieli w lasach ciemnych, wilgotnych
wirujące tęcze z purpurowych kamieni.
Wśród zielonych kołysek cieni
migotały im dziewcząt loki.
Ale jakże je było uchwycić,
kiedy były z snów przejrzystych nici?
Stanął Tytan nad rzeką i zawołał,
aż się kręgi kręciły po wierzchu,
jakbyś kamień w wodę rzucił - coraz dalsze koła:
"Chodźcie, chłopcy, popłyniemy o zmierzchu
i zamkniemy w rąk brązowych kleszczach
kraj błękitny, gdzie gwiazda mieszka".
Ale śmieli się chłopcy białemi -
jak orzechy wyłuskane - zębami:
„Jakże płynąć chcesz. Tytanie, z nami
do tych bujnych jak burze ziemi,
kiedy my szukamy w nich dziewcząt -
jedwabnego jeziora pieszczot,
kiedy chcemy wydrzeć drogie kamienie
tęczom barwnym i zazdrosnym ziemiom?
A ty nie masz soczystego serca,
w którym dudni krew chciwa klejnotów.
Czy w lodowcach swych ukryjesz złoto?
Czy w cyklonach swych poszukasz mu miejsca?"
I płynęli, przepływali obok:
"Przecież ty masz zamiast serca obłok".
Poszedł Tytan od chłopców wesołych,
wielkie stopy ostrożnie stawiając wśród drzew.
Jeszcze za nim pogłos rzeczny wołał
i płynących daleki śpiew.
V
Czesała Światłoluna włosy ciemne
przed zwierciadełkiem strzaskanym potoku,
zanurzała wąskie ręce głęboko,
ku swym oczom zielonych tajemnic,
które w wodzie się tliły i gasły
jakby z mroku utkane, a jasne.
Zeszły samy do strumienia, wodę
tuląc miękko do wilgotnych twarzyczek,
przybliżały kosmaty policzek
do jej dłoni błękitnych od chłodu
i wznosiły nozdrza mokre i czarne,
jakby w piersiach jej przeczuły same.
Widział Tytan Światlohmę i pokochał,
rzucił stada gór lodowych i gromów
i co rano przed płynącym lasu domem
dzwonił pieśni na wydętych wiatru konchach,
aż z przestrzeni taki żal wywabił,
że na liściach osiadało łzami.
Tylko z dali ryczały porzucone lodowce
przystanąwszy w zasłuchane stada
i skręcone orkany jak owce
pobekując zawisły w powietrzu,
nawet ostre pociski deszczów
zwisły z nieba - stanęły nad ziemią,
w kręgi pieśni zasłuchane niemo.
Tytan grając śpiew smutny w ciszę długo snuł,
jakby ciemną nicią żalu niebo rozciął wpół:
"Szybują bąki wiecznych burz
chmurami w dół, chmurami w głąb.
Spadają deszcze szklanych róż
pośród mosiężnych wiatru trąb.
Widziałem w twoich oczach las
wiodący sarnim rytmem w świat,
gdzie zamyślone ryby gwiazd
nad nawałnicą lat.
Uchroń mnie lotem swoich rąk
jak białych ptaków snu
od wędrujących za mną łąk,
od wędrujących gór.
Szybują burze, w burzach drży
mój własny groźny krok.
O, schroń mnie w namiot swoich snów
przed stalą moich rąk".
Wyszła wtedy Światlołuna na brzeg światła,
pół się śmiejąc, pól po wietrze ręką wodząc
jak po grzbiecie zbudzonego pieśnią bawola,
i uniosła smutne oczy jak lecących chmur zwierciadła,
jak jaskółki zabłąkane późną nocą
w wirujących planet kołach.
Pól się śmiejąc, pół śpiewając zawołała,
jakby strumień ciepłym altem w niebo lala:
"Jakże ty mnie chcesz, Tytanie, kochać,
zadumaną w moich białych potokach?
Jakże chcesz mnie w mocne dłonie uchwycić,
kiedy nie wiesz, czy to ja, czy moje odbicie?
Bo ja jestem na wpół prawdą, na wpół ciszą,
jakby liście, co w powietrzu - zanim spadną - wiszą.
Boję ja się twoich gór tętentu,
twoich wichrów jak lecące zwierzęta.
Kiedy rykną twe lodowce lawiną,
moje oczy znikną w liściach, w kwiaty się rozpłyną.
Za wysoka będzie miłość z tobą,
kiedy ty masz zamiast serca obłok".
Za wysoko było podjąć płacz z tej nuty,
gdzie go piersi wyrzuciły ponad przestrzeń,
gdzie go taki lodowaty wylał smutek,
aż zamarzły nieruchomo wszystkie ptaki na wietrze.
Tylko z powiek Tytanowi łabędź spłynął
zamiast łzy - i w chmurach zginął.
VI
Dudniły rzeki po zboczach. Pełzały żółtym płomieniem
ogniska ludzi w dolinach, kiedy się do snu kładli
nic nie widzący powyżej, niż biegły z ognisk cienie,
nie szukający ponad to, co już od dawna odgadli.
Ryczały krowy mleczne i rogi nurzały w senność,
a ptaki spały mocno jak wyrzeźbione w gałęziach.
Piersi zwierzęce i ludzkie wznosiły, zniżały ciężar
ogromnej kuli nocy, którą zamknęła ciemność.
Wtedy z pieczar głos się piętrzył i tak urósł,
jakby nie był lotem ptasim, ale czarną górą.
Wołał Tytan w puste studnie nocy,
aż mu oczy wypalone troską zgasły,
a od głosu ziemia stała w gromach jasnych,
złote kule na doliny tocząc.
A lawiny lały się jak srebrne rzeki,
jakby starte kołem czasu - wieki.
Właśnie świt nad nocą przysiadł, jakby ptak
skrzydłem mlecznym gwiazdy z wolna ścierał,
kiedy drogą bladą jak we snach
Matka szła o twarzy wyrzeżbionej
w smugi smutku, jakby się nią przelał
czarny płomień zamknięty we łzach.
A łzy były za Tytanem tęsknione
i nie gorzkie już, a tylko czerwone.
Wtedy w piersi Tytana obłok
tak się dźwięcznie w białą chmurę skłębił,
że po halach posypał się pogłos
cekinami mieniących gołębi.
I w ramionach Matki zamilkły
jego oczy jak zamarzłe wilki.
Tylko skrzydła jej srebrnych włosów
długo wiały na porannym wietrze
i sypały się w błękitną przestrzeń,
zastygając w konstelacje i znaki,
nie wiadomo, czy łzy, czy ptaki?
ukończone 30 sierpnia 1941 r.

wtorek, 31 stycznia 2012

Król z żelaza - Maurice Druon



Pewnego dnia, w połowie zeszłego roku wypatrzyłam „Króla z żelaza” i kolejne dwie części. Od razu pomyślałam, że chciałabym przeczytać. Później napotkałam kolejne dwie i okazało się, że jest ich łącznie siedem, a seria nie jest żadną nowością. Pierwsza część ma już blisko 60 lat!
W listopadzie zakupiłam sześć tomów, wciąż brakowało mi pierwszego i ostatecznie dorobiłam się go w zeszłym tygodniu. Cóż mogę powiedzieć? Kompletnie nie rozumiem, jak to się stało, że wcześniej nie trafiłam na powieści Druona.
Tytułowym królem z żelaza jest Filip Piękny, człowiek, który przez niemal trzydzieści lat dzierżył w dłoniach berło Francji. Ten sam, który osadził papieża w Awinionie (tzw. „niewola awiniońska”) i zniszczył zakon templariuszy, które to wydarzenie w ostatnich latach było dość często przypominane.
Ostatni rok procesu zakonników z Zakonu Ubogich Rycerzy Świątyni.Po odwołaniu zeznać, do złożenia których przyczyniły się lata tortur, Wielki mistrz Jakub de Molay, skazany na stos, rzuca przekleństwo na króla Filipa, papieża i strażnika pieczęci, Nogareta. Wróży im śmierć zanim rok minie. Być może nikt by się nie przejął słowami umierającego w płomieniach staruszka, gdyby nie nagła i niespodziewana śmierć papieża Klemensa, a niedługo po nim i Nogareta. Czy królowie z rodu Filipa Pięknego rzeczywiście są przeklęci?
Jak się okazuje również bycie książęcą bądź królewską małżonką nie jest łatwe. W czasie, gdy kobiety królewskiej krwi wchodziły w związki małżeńskie dla sojuszy i zyskiwały tym samym nowe ziemie dla swego kraju, nie było mowy o miłości. Mężowie nie zawsze natomiast spełniali się w roli głowy rodziny, czy wzorowych kochanków. Synowe króla nie były zadowolone ze swoich związków i przyszło im drogo zapłacić za rogi, które przyprawiły swym mężom. Królewska córka, choć wierna małżonkowi, królowi Anglii, także nie należy do szczęśliwych. Wszystko to powoduje, że kobiety tak samo, jak mężczyźni knują i intrygują, kto wie – może po prostu z nudów, gdyż, nie ma co ukrywać, kobiety w średniowieczu nie miały za dużo ciekawych zajęć.
Bazując na wzmiankach w średniowiecznych kronikach, które jedynie podawały fakty, Druon stworzył przepiękną opowieść, godną najwyższych półek w naszych bibliotekach. Jego bohaterowie są przekonywujący i prawdziwi, każdy inny, każdy pasuje do swego miejsca w, feudalnym przecież jeszcze, społeczeństwie. Nie można autorowi niczego właściwie zarzucić. Król przemawia i zachowuje się po królewsku. Zdradzeni książęta nie chcą widzieć swych żon, a kochankowie księżniczek zostają straszliwie potraktowani przez katów i tłum, który… raduje się każdym kolejnym pokazem sztuk katowskich, każdym stosem, każdym toporem i każdą szubienicą. Panienki z wiosek są niewinne, bankierzy skąpi i przeliczający wszystko na zysk, choć niekoniecznie tylko finansowy. Mamy tu zróżnicowanie klasowe, społeczne i językowe. Historia opowiedziana jest pięknie i nie razi – jak u niektórych autorów – znajomość przyszłości, która ma nastąpić po przedstawionych w powieści zdarzeniach.
Powieść mnie pochłonęła, wessała niemalże na swe stronice, nie pozwalając o sobie zapomnieć na długie godziny pracy, kiedy myślałam niemalże jedynie o tym, że chciałabym kontynuować lekturę. To historia pełna intryg – nie tylko dworskich – i namiętności odczuwanej do drugiego człowieka, pieniędzy, władzy. To walka o tron, o poklask i szacunek, ale i o wolność myśli i czynów, o ojcowiznę, o utrzymanie się we Francji, która jest prawdziwym pierwszoplanowym bohaterem „Króla z żelaza”.
Gorąco polecam. Osobiście – czytam już kolejny tom i cały czas czuję się, jakby autor rzeczywiście potrafił przenosić czytelnika w czasie.

wtorek, 24 stycznia 2012




































Czytam, czytam. Tylko z racji podróżowania i kilku innych czynników - kilka powieści na raz, w związku z czym minie jeszcze z tydzień, zanim cokolwiek zakończę.
W obecnej chwili na półeczce leżą "Gra anioła" Zafona i "Gildia Magów" Canavan.
W torebce natomiast - czytam w autobusie - "Króla z żelaza" Druona.
Także najpóźniej po weekendzie pojawi się nowa recenzja.

wtorek, 17 stycznia 2012

Kochani, serducho pełne radości, bije w przyspieszonym tempie. Zostało niewiele ponad dwa miesiące do Pyrkonu! Strona konwentu już ruszyła, można powoli zacząć planować te wspaniałe trzy dni. Już nie mogę się doczekać...

Saga Wielkich Rodów - Tom 1 - Tryptyk krwi (cz.10)

Jana wiedziała, że nie jest córką Irene. Nie dlatego, że źle się czuła w tej rodzinie – wręcz przeciwnie. Zawsze była traktowana, jak siostra i córka. Ale nie była głupia, umiała liczyć. Wiedziała, że mąż Irene zmarł kilka lat przed jej narodzinami. Raz tylko zapytała, kim jest i skąd się wzięła. Widząc smutek w oczach kobiety, która wychowała ją, jak własne dziecko, postanowiła nigdy więcej nie wracać do tematu. Jej rodzice jej nie chcieli, albo może nie żyli. Irene ją kochała i tylko to się liczyło.
W dniu, w którym skończyła osiemnaście lat, zaczęła miewać dziwne sny. Jakby wspomnienia z innego życia. Z wielu żywotów. Nie chciała martwić rodziny, więc nikomu nic nie mówiła. Bała się, że uznają ją za szaloną i oddalą. Udawała więc, że nic się w jej życiu nie zmieniło, że nadal jest tą samą osobą. Jednak wewnątrz czuła, że dzieje się z nią coś dziwnego. Może jej prawdziwi rodzice wiedzieli, że tak właśnie będzie i dlatego ją oddali? Myślała w pewnym momencie, żeby zapytać Irene, ta jednak była wtedy bardzo chora. Nie zdążyła już wrócić do sprawy – Irene zmarła, gdy Jana miała dwadzieścia lat. Rodzina szukała dla niej męża, dziewczyna nie chciała jednak z nikim wiązać życia, obawiając się zdemaskowania. Potrzebowała prawie dwustu lat, by zrozumieć, kim jest. Dwustu lat młodości…
*
- Obiecaj, że nikt się nie dowie. Chcę, by choć jedno moje dziecko było bezpieczne, żeby Knut nie dopadł naszej córeczki. Obiecaj, Fiodorze.
- Obiecuję, Nataszo – odparł, tuląc ją do piersi. – Przecież wiesz, że tak właśnie będzie. Nie martw się. Nasza córka jest bezpieczna. A ty powinnaś gdzieś wyjechać na parę dni i odpocząć. Josif staje się coraz bardziej nerwowy i zaczyna węszyć. Musisz, najdroższa, zacząć się zachowywać, jakby nic się nie stało, bo inaczej odkryje Janę.
- To takie trudne, nie myśleć o niej… – łkała.
Wyjechała na parę dni na wieś. Chciał jej towarzyszyć, jednak Josif był temu przeciwny. Uznał, że za dużo czasu spędzała ostatnio z Fiodorem. Znalazł dla niego pracę na miejscu, sam zaś postanowił dołączyć do żony po kilku dniach. Żaden z nich już jej nie zobaczył. Jeszcze nie zapadła noc, gdy Knut wpisał na swą listę kolejną ofiarę z rodu. Tydzień później Fiodor dostał od niego wiadomość, mówiącą, że zna jego tajemnicę i wie, że byli kochankami. Groził ujawnieniem tego Josifowi. Jednak nigdy się nie odważył. I zdawał się nie wiedzieć, że z tego związku narodziło się dziecko. To dawało Fiodorowi nadzieję, że Jana nie zginie, jak jej matka. Dotrzymał tajemnicy aż do zeszłej dekady. Gdy z całej rodziny Nowickich pozostali już jedynie Konstancja, Alexander i Nikołaj, wyjawił sekret temu ostatniemu i kazał odszukać potomków Jany i się nimi zająć. Tak też Nikołaj wprowadził się do mieszkania sąsiadującego z Sarą, córką Jany.
*
Jana dawno już pochowała wszystkich członków rodziny. Wędrowała po świecie, przeprowadzając się z jednego kraju do drugiego, zmieniając nazwisko, porzucając wszystko i zaczynając ciągle od nowa. Wyglądała na trzydziestolatkę i uczyła historii w podstawówce w Nowym Jorku. Geografię zaczął właśnie wykładać nowy nauczyciel – Przemysław, przystojny Polak, który wyjechał z kraju z powodu swego żydowskiego pochodzenia. Jak to się stało, że się zakochali? Trudno powiedzieć. Tylu mężczyzn znała w swoim życiu, jednak żaden nie działał na nią tak, jak ten. Poddała się temu uczuciu i związała z nim. Pół roku po ślubie przyszła na świat dziewczynka. Jakże miała teraz odejść, zostawić ich? Własne dziecko… Przez lata farbowała włosy, stosowała różne sztuczki z makijażem, by nikt nie widział, że się nie starzeje. Gdy Sara skończyła piętnaście lat, Jana wiedziała, że to ich ostatnie wspólne dni. Po prostu zniknęła, nie zostawiając żadnego listu. Wyszła do pracy i już nie wróciła do domu. Poszukiwania trwały jeszcze przez pewien czas, jednak nie znaleziono żadnego śladu. Czy matka odeszła, czy ją uprowadzono – Sara będzie się nad tym zastanawiać przez długie lata.
*
Chiara nie była mu już potrzebna. Spełniła swoje zadanie – przekonała Michaela do tego, że to Knut jest dla niego dobry, a nie matka. Czas się jej pozbyć. Jest już jedynie balastem. Alexander i tak się nią nie interesuje. Wie zapewne, że przebywała z Knutem na tyle długo, że nie była już sobą. A on niby co miałby z nią zrobić? Była zupełnie bezużyteczna. Teraz liczy się jedynie chłopiec. Pozbędzie się dziewczyny szybko i tak, że Mike się niczego nie domyśli. Jeśli chłopak będzie się dopytywał, to powie mu, że Chiara zwariowała i uciekła. Coś wymyśli. Trzeba się jej pozbyć.
*
- Usiądźcie proszę – rozpoczął rozmowę Fiodor. Alexander i Sara popatrzyli na siebie zdziwieni. W ogóle nie spodziewali się, że będzie chciał z nimi rozmawiać. Zdawali sobie sprawę, że jest bardzo poirytowany całą tą sytuacją i wściekły na Sarę za to, że nie pozwoliła im od razu zająć się Michaelem. – Bóg mi świadkiem, że nie chciałem do tego dopuścić i mogę mieć jedynie nadzieję, że mi wybaczy złamania danego słowa.
- Wierzysz w Boga, Fiodorze? – zapytała nieco zdziwiona Sara, która dopiero co dowiedziała się, że może on się zmieniać w kota.
- Nie widzę powodu, dla którego miałbym nie wierzyć. To, że nie jestem w pełni człowiekiem nie czyni mnie tak bardzo innym od was. Też zostałem przez niego stworzony. Usiądźcie. Wszystko, co wiecie dotychczas, jest niczym. Teraz dowiecie się, dlaczego Mike jest tak nadzwyczajny i dlaczego musimy go za wszelką cenę odbić Knutowi. Nawet jeśli już zupełnie nie pamięta swojego wcześniejszego życia.
Nie mogli uwierzyć. Każde jego słowo zaskakiwało bardziej od poprzedniego. Byli rodziną. Był dziadkiem Sary i pradziadkiem Michaela. Sara była przyrodnią siostrzenicą Alexandra. Mike był nie tylko Nowickim, płynęła w nim również krew Fiodora. Nie do wiary. Nikołaj wiedział o wszystkim. Bolało, jednak Alexander zdawał sobie sprawę, że powierzenie tej tajemnicy jemu niewiele by dało, a Fiodor starał się zapewnić ciągłość rodziny..
- Czy wiesz, co się stało z moją matką? Czy ona… żyje? – Sara miała łzy w oczach. Tak bardzo bała się, że pewnego dnia odkryje, iż Jana ją po prostu zostawiła. Teraz wiedziała, że to wszystko dla jej dobra, że przez wieki zrobiono wszystko, by była bezpieczna. Gdyby Mike nie był synem Nikołaja, Knut nigdy by się nim nie zainteresował. Czy jednak mogła winić za to jego, albo Fiodora?
- Nie, Saro, nie żyje – odpowiedział Fiodor, którego Alexander jeszcze nigdy nie widział tak przygnębionego. – Zmarła kilka lat temu.
- Jednego nie rozumiem, Fiodorze. Skoro Jana mieszkała z ciotką Nowicką, dlaczego nie powiedzieli jej, że tak się właśnie stanie z chwilą wejścia w dorosłość? Przecież oni też mieli te same zdolności.
- Nie mieli. Irene miała poważny defekt krwi, jej dzieci również. Wszyscy umarli w średnim wieku, nigdy nie doświadczając tego, co Jana. Irene oczywiście się domyślała, że tak się może stać, ale nie zdążyła z Janą porozmawiać. Ta linia Nowickich zdegenerowała się i nawet jeśli w kolejnym pokoleniu rodziło się dziecko – umierało w wieku kilkudziesięciu lat. Dlatego o tamtej części rodziny nie mówiło się już od dawna. Tylko ja pamiętałem o ich istnieniu, a mi przecież zależało, żeby wszyscy zapomnieli.

Cena purpury - Frank S. Becker


„Kulisy władzy, dylematy wiary, potęga miłości” – głosi hasło na okładce książki. Wszystko to można znaleźć w powieści Franka S. Beckera, autora co najmniej nieprzeciętnego. Krótka informacja o nim, wspomina, że jest fizykiem „odpowiedzialnym za sprawy naukowe w jednym z wielkich koncernów przemysłowych w Niemczech. Zainteresowanie cesarstwem rzymskim oraz archeologią skłoniły go do podjęcia licznych podróży w region Morza Śródziemnego oraz na Bliski Wschód” – nie do końca humanista w dzisiejszym tego słowa znaczeniu, ale z pewnością człowiek niezwykłej wiedzy. Na szczęście na tym się nie kończy – poza wiedzą Becker ma również lekkie pióro i potrafi świetnie poprowadzić akcję, dla której tło historyczne pozostaje tłem i nie narzuca się nadmiarem historycznych informacji. Zdarzenia, postaci, budowle i ubiory są przedstawione naturalnie, są po prostu częścią opowieści, którą czytamy. Jest ich cały ogrom, a jednak w żaden sposób nie rażą – wręcz przeciwnie – są doskonałym uzupełnieniem historii pełnej intryg, zmian na tronach cesarskich (mamy tu bowiem do czynienia z cesarską tetrarchią), dążenia do władzy oraz zmagającej się z przeciwnościami losu religii chrześcijańskiej.
Bohaterami pierwszoplanowymi są Flawiusz i jego piękna żona, Aqmat. Śledzimy ich losy przez około czterdzieści lat, razem z nimi odwiedzając miasta i miasteczka, Rzym, dzisiejszy Trewir i Londyn (w powieści nazwane Augusta Treverorum i Londinium). Flawiusz to arystokrata robiący karierę polityczną, niczym jednak jest bez małżonki, która jest dla niego podporą w każdym trudnym momencie życia.
Kim jest więc ta niesamowita kobieta, o której względy walczyć będzie również zawzięcie schwarzcharakter powieści, Marek Aureliusz? Aqmat jest inteligentna, spostrzegawcza, wykształcona i pewna siebie. Jednocześnie, pozostając żoną polityka, elegancka, dostojna i silna. Powoli poznaje wiarę chrześcijańską i mimo początkowego niezrozumienia jej – staje się wyznawczynią Jezusa. To przysporzy parze bohaterów niejednego kłopotu i rozterki, gdyż Cesarstwo Rzymskie przełomu trzeciego i czwartego wieku to ciągłe zmiany w stosunku do szerzącej się nowej wiary. Nieraz nawet nie czas, a zwierzchnictwo konkretnego cesarza ma tu większe znaczenie. I tak w jednym rejonie Imperium, chrześcijanie mają niemal pełną swobodę wyznawania swej wiary, jednocześnie w innym, pod panowaniem innego władcy – są tępieni i prześladowani. Ostateczny wynik jest nam znany – wiara w Jezusa Chrystusa, okupiona nie tylko jego krwią, ale i tysięcy, o ile nie milionów jego wyznawców, zwyciężyła państwową religię starożytnego Rzymu. Jednak pierwsi chrześcijanie niejeden raz musieli dokonywać trudnych wyborów, z których nawet po wielu latach byli rozliczani – często w najmniej spodziewanym momencie, nieraz niesłusznie.
Muszę przyznać, że powieść ma bardzo ciekawą fabułę i jest napisana ładnym językiem. Autor wziął na siebie olbrzymią odpowiedzialność – opisał drobiazgowo życie w Imperium rozciągającym się właściwie w całej dzisiejszej Europie Zachodniej, Północnej i Środkowej, nie zapominając także o Afryce, w której przecież chrześcijaństwo również szybko się rozwijało, tworząc swego rodzaju enklawę. To trudne zadanie wyszło Beckerowi niemal doskonale. Jedyną trudnością, na którą napotkałam, czytając „Cenę purpury” było ogarnięcie cesarzy. To oczywiście nie wina autora, że w tamtych czasach zasiadało ich na tronie równocześnie czterech, a każdy miał kontrkandydatów i synów, którzy mieli ambicję, a nieraz i możliwości, by przejąć jego purpurowy płaszcz – symbol cesarskiej władzy. Drobiazgowo autor opisuje postać cesarza Galeriusza i młodego Konstantyna, dzięki czemu łatwo ich zapamiętać – to nie jedynie imiona i tytuły, ale postaci z krwi i kości, jak pozostali bohaterowie pierwszo- i drugoplanowi. Pozostali cezarowie i auguści są już przedstawieni mniej dokładnie i dlatego nieraz ciężko połapać się, kto jest kim. Jest to o wiele prostsze, gdy wiemy, jak postać wygląda i jakie ma cechy osobiste, pragnienia, czy wiję otaczającego świata. W pozostałych przypadkach – znajdujemy się w labiryncie, gdzie w różnych zaułkach spotykamy władców, ich kolejne żony i nałożnice, dzieci z legalnych związków i nieprawego łoża… Jedyny minus powieści.
Polecam, a sama chętnie przeczytam również „Zmierzch orła” – powieść poprzedzającą „Cenę purpury”.


poniedziałek, 9 stycznia 2012

Udręka - Lauren Kate




Często z kontynuacjami, tak książek, jak i filmów, bywa podobnie – są słabsze od pierwszych części. Za każdym razem, gdy sięgam po kolejną, mam w sobie jakąś obawę, że okaże się kiepska, że będzie jedynie powiastką, która miała zarobić pieniądze dzięki sukcesowi swej poprzedniczki. Tym razem było podobnie – zastanawiałam się, czy Lauren Kate nie napisała drugiego tomu sagi tylko dla kasy. Na szczęście – „Udręka” w niczym nie ustępuje „Upadłym”. Jest dobrą kontynuacją, ciekawą, wciągającą – dla mnie osobiście bardziej nawet od „Upadłych”.
Co się stało z Luce po wielkiej bitwie, którą anioły stoczyły z demonami w Sword & Cross? Zajął się nią Daniel, ale wkrótce znów musieli się rozstać, a on – o czym dziewczyna nie wie – sprzymierzony z Camem, stara się ją ochronić przed tajemniczymi Wygnańcami. Czy miłość tej odwiecznej pary przetrwa kolejną próbę – pełną tajemnic, niedomówień, wymagań? Czy Luce nadal będzie ślepo wierzyła, że ona i Daniel są dla siebie stworzeni? Jaką rolę odegra przystojny Miles, który nie ukrywa, że chciałby być dla Luce kimś więcej niż tylko przyjacielem?
Luce trafia do nowej szkoły – tak innej od Sword & Cross, jak niebo od piekła. Nie ma tu kamer na korytarzach i bransoletek karzących niepokornych uczniów dawkami prądu. Lekcje odbywają się w pięknych budynkach o jasnych ścianach, posiłki dzieci jadają w wielkim ogrodzie, z którego rozciąga się widok na ocean, świat jest po prostu piękny. Nic tu jednak nie jest takie, jak wydaje się na pierwszy rzut oka. Czy Luce będzie bezpieczna pod ochronnym parasolem Nefilim oraz Franceski i Stevena – anioła i demona, którzy są nauczycielami w Shoreline?
Coraz więcej zagadek, cały czas trzymająca w napięciu akcja, pojawienie się Nefilim i Wygnańców, wyjaśniony dopiero pod koniec tomu rozejm między Danielem i Camem – to wszystko wciąga jak wir morski.
Zakończenie – niespodziewane, szokujące, och – nie mogę się doczekać kolejnej części. Chcę wiedzieć, gdzie Luce się znalazła, gdy weszła w Głosiciela! Tak właśnie – Głosiciele pokazały jej kilka jej przeszłych postaci i rodzin, ale okazały się również przejściami – tak międzyprzestrzennymi, jak i międzyczasowymi. Rewelacyjny pomysł! Teraz Luce stara się znaleźć takie swoje życie, które pozwoli jej zrozumieć, czy Daniel jest jej pisany. Reakcja anioła? Znacznie mniej oszałamiająca. Jego niemal dziecinny strach przed tym, że ta miłość może nagle przestać istnieć, że ona jest i po prostu jest i musi być. Trochę bardziej to przypomina siedemnastoletniego chłopaka niż anioła, który przecież kiedyś, tysiąclecia temu, zajmował ważne stanowisko u boku Boga. Może jednak w kolejnych częściach okaże się, że Daniel nie jest taki dziecinny, jak wydaje się na końcu „Udręki”, a jedynie sposób jego wyrażania został tak przedstawiony. Mam taką cichą nadzieję. Nie mogę przystać na taką niedojrzałość tak silnej postaci. Chociaż, niezależnie, jak Daniel zostanie pokazany w kolejnych tomach, i tak znacznie bardziej podoba mi się Cam.
Czasami, czytając tę powieść – i mam tu na myśli oba tomy – trudno jest nie zapomnieć, że bohaterowie są nastolatkami. Zdarza się, że ich miłość, przywiązanie, pożądanie są takie dojrzałe, jakby mieli przynajmniej o dziesięć lat więcej. Oczywiście to jest logiczne i uzasadnione w stosunku do Daniela. Nagle jednak okazuje się, że ich myślenie jest proste, jak przystało na siedemnastolatków – dopuszczalne w stosunku do Luce, przynajmniej na początku, jednak u aniołów to już razi. Może najlepiej nad tym nie dumać i po prostu czerpać, z tego, co najlepsze – a jest tego doprawdy sporo.
Ciekawostka, na którą wpadłam podczas czytania „Upadłych”, ale tak jakoś wyszło, że upewniłam się dopiero teraz. Daniel Grigori. Pochodzi ze starego rodu. Nazwisko jakby obiło się o uszy? Owszem – jeden z głównych bohaterów „Angelologii” Danielle Trussoni też nazywał się Grigori i był aniołem. Zbieg okoliczności? Trudno powiedzieć. Można jedynie zapytać obie autorki. Wszakże nazwisko nieanglojęzyczne i nienależące do katalogu powszechnych, a ładne i takie anielskie :)

poniedziałek, 2 stycznia 2012

Postanowienie noworoczne

Postanowienia noworoczne? Hmmm... Zawsze bywały, ale często niezbyt mądre i przemyślane, także zdarzało się, że nawet do lutego nie udało się od czegoś powstrzymać (słodkiego, czy chipsów), czy do grudnia czegoś zrobić.
W tym roku dobrze przemyślałam sprawę i postanowiłam nie szukać wymówek i ich nie przyjmować. Nieważne, że jeżdżę do pracy samochodem, co uniemożliwia czytanie w drodze. Zawsze znajdzie się chwila - musi się znaleźć - na czytanie. Dlatego dobrze rozpoczęłam ten rok i już pierwszego stycznia wykorzystałam jazdę pociągiem na lekturę (mimo straszliwego zmęczenia po zabawie sylwestrowej - weselno-sylwestrowej właściwie - i absolutnego skrętu kiszek).
Tak trzymać. Mówią wszak, że taki cały rok, jak jego początki (choć o skręcie kiszek wolałabym zapomnieć).