Fragment mojej recenzji został umieszczony na okładce powieści "Skazaniec. Z bestią w sercu" Krzysztofa Spadło


Moja recenzja została zamieszczona na okładce powieści "Wojownicy. Odwet Wysokiej Gwiazdy" Erin Hunter

Fragment mojej recenzji „Korony śniegu i krwi” został umieszczony na okładce powieści Elżbiety Cherezińskiej – "Niewidzialna korona"

poniedziałek, 15 kwietnia 2013

50 twarzy Greya - E. L. James



Wydawnictwo: Sonia Draga
Katowice 2012
Oprawa: twarda ze skrzydełkami
Przekład: Monika Wiśniewska
Liczba stron: 606
ISBN: 978-83-7508-556-3







Kiedy zamówiłam sobie tę książkę na urodziny, mój Mąż zapytał, po co chcę coś, czego nie będę czytać. Zdziwiłam się – przecież zamierzam ją przeczytać, niezależnie od tego, czy ją dostanę, czy sobie sama kupię. Po co chcesz czytać taką szmirę? – kontynuował dyskusję. Szmirę? Żadnej książki bym tak nie nazwała, choć wpadały już w moje ręce pozycje słabe. Dlaczego krytykuje powieść, której nie przeczytał? To do niego niepodobne. Nie wiem, nie rozumiem – zakładam zawsze, że by móc coś krytykować, należy tego najpierw spróbować.
Urodziny miałam na początku stycznia, minęło już więc trochę czasu. Czy dlatego, że mój Małżonek miał jakieś obiekcje? Nie, skądże znowu. Po prostu w kolejce stało już kilka (dziesiąt) innych pozycji czekających na przeczytanie. W końcu wzięłam "Pięćdziesiąt twarzy Greya" – książkę, która sprzedała się na świecie już w ponad 65 milionach egzemplarzy (sic!) – i… Pochłonęła mnie całkowicie, wciągnęła bez granic. Nie mogłam się oderwać. Jest uzależniająca, jak najlepsza czekolada, chipsy paprykowe i pistacje!

O treści debiutu brytyjskiej autorki Eriki Leonard (która pisze pod pseudonimem E. L. James) napisano już chyba wszystko, nie zamierzam więc tego powtarzać. Z resztą opinii o tej powieści też można znaleźć co nie miara i są one tak różne, że może to szokować. Zdecydowani przeciwnicy nazywają ją szmelcem i wodolejstwem, poziom języka określają jako dno, a treść jako banalną. Zdecydowani zwolennicy śpiewają pieśni o tym, jak zmienia światopogląd, jak odważnie traktuje o seksie i jaka jest wciągająca. Do których czytelników się zaliczam? Do zwolenników, bez wątpienia, choć kilka uwag mam (ale  niewiele). Zacznijmy jednak od początku.
Tytuł. Cóż… Nie podoba mi się to tłumaczenie tytułu – ja bym raczej zmieniła na „50 oblicz Greya”, nic jednak na to poradzić nie mogę. Powoli przywykam do tego tytułu, szczególnie, że ogólnie powieść jest dobrze przetłumaczona.
Narracja jest tu pierwszoosobowa, w czasie teraźniejszym, co nie jest popularne w literaturze. Na początku może trochę dziwić, a trochę denerwować, ale szybko można do niej przywyknąć. Dzięki temu typowi narracji z jednej strony widzimy wszystko oczami Anastasii Steele, z drugiej cała akcja rozgrywa się „tu i teraz”. Nie są to wspomnienia, ale wydarzenia na bieżąco. Jak w filmie, choć akurat nie wydaje mi się, by „50 twarzy Greya” (mimo zakusów twórców z branży) było dobrym materiałem na film. Jeśli już taki powstanie, raczej się do kina nie wybiorę. Zdecydowanie preferuję w tym wypadku działanie mojej wyobraźni w trakcie czytania, niż dosadnych scen łóżkowych w wydaniu aktorów. No, może gdyby Christiana Greya zagrał któryś z tych moich ulubionych. Jednak to niemożliwe – główny bohater powieści ma lat 27 i jest raczej blondynem (włosy w odcieniu miedzi). Preferuję brunetów, zdecydowanie po trzydziestce (a ci moi ulubieni to już po czterdziestce, więc zapewne się nie kwalifikują). Wracając do powieści…
Bohaterowie – dwie główne postaci to Anastazja i Christian. Ona – dwudziestojednoletnia studentka (za chwilę kończy studia z literatury brytyjskiej), niezdarna, niezbyt życiowa dziewica, która jak dotąd nie interesowała się mężczyznami. Ok – wierzę, że chodzą po świecie dziewice w tym wieku i cieszy to niezmiernie. Nie wiem, czy zdarzają się takie w USA, ale niech będzie. Tak, nie przeszkadza mi to, wręcz przeciwnie. Ale ta jej gapowatość – rany! Filmów o seksie też nie oglądała? To jakie, przepraszam, filmy ona w ogóle ogląda, że właściwie to nic nie wie w TYCH sprawach? Mam świadomość, że autorka bestselleru (bo, czy tego chcecie, czy nie – jest to bestseller – odsyłam do anglojęzycznej etymologii tego określenia) za wzór wzięła sobie Bellę ze „Zmierzchu”, jednak… Cóż, Bella taka mogła być, Anastasia chyba jednak nie za bardzo („rozpadam się na milion kawałków” to jej określenie na orgazm, serio?). Ja w każdym razie nie wiem, czy potrafiłabym się z tą dziewczyną przyjaźnić, kiedy sobie wszystko dobrze przeanalizuję. Wszakże jej matka twierdzi, że zbyt częste i dogłębne analizowanie szkodzi związkom, więc może, gdyby zaistniała przyjaźń, to bym tego nie robiła… Nieważne! Tak naprawdę moim głównym bohaterem jest Christian, mimo że – jak wspomniałam – historię opowiada nam Ana.
Christian Grey – młody, ambitny i pracowity właściciel olbrzymiej firmy. Ma w garażu kilka samochodów i własny śmigłowiec. Kocha szybowce i chyba niczego się nie boi. Chociaż… ok – boi się dotyku. Skrywa głęboko w sobie jakieś mroczne sekrety i kocha, po prostu kocha panować nad wszystkim wokoło. I wszystkimi. A w szczególności nad nią – kobietą, która go oczarowała i której chce dać z siebie coś więcej. Dotychczas jego wiązki były krótkie i nieudane i… opierały się jedynie na seksie. Nie tym waniliowym (cóż to za dziwne określenie?), ale takim rodem z filmików BDSM.
Proponuje jej układ i właściwie przez 600 stron ona się nad tym zastanawia. On chce, by była jego "Uległą". Ona chce, by on ją kochał. Kompromis? Ciężki do wypracowania. Możliwy? Któż to wie. Z pewnością ja nie mam pojęcia, ponieważ to dopiero pierwszy tom trylogii, a do kolejnego dopiero zasiądę. Długa droga jeszcze zanim się dowiem.
No to krótką charakterystykę postaci już mamy. Co ich w ogóle może łączyć? Podobno przeciwieństwa się przyciągają. Nie wiem, ale z pewnością pan Grey jest ciekawym osobnikiem. Gdzieś w środku tego pięknie ukształtowanego, opalonego i wysportowanego ciała jest serce, które przed laty zostało bardzo zranione. Dawno, dawno temu, zanim jeszcze został adoptowany w wieku czterech lat. Nienawiść do samego siebie, smutne utwory, które gra na fortepianie, zmienność nastroju i ten strach przed dotykiem… Co jeszcze kryje ta niesamowita osobowość?
Tak, chciałabym móc posłuchać, jak gra na fortepianie. Niemożliwe? Prawda. Jednak Capitol Records wydało wspaniały dodatek – płytę z utworami muzycznymi wybranymi przez autorkę (płyta dostępna była z miesięcznikiem „TWÓJ STYL”). To piętnaście niesamowitych utworów, z których część znajduje się w powieści. Być może pozostałe pojawią się na kartach dwóch kolejnych tomów – liczę na to. Muszę przyznać, że to w ostatnim czasie moja ulubiona płyta (stała się nią jeszcze zanim sięgnęłam po powieść). Podobnie, jak Christian uwielbiam muzykę klasyczną i owszem… seks pry Spem In Alium Tallisa to piękne marzenie.
Rynek wydawniczy i czytelniczy oszalał na punkcie „Fifty Shades of Grey™” (zwróćcie uwagę na ten trademark). Dlaczego? Czy to książka naprawdę tak znakomita? Czy to dzieło epokowe? Nie, jednakże wbija w fotel, przyprawia o rumieńce i zagryzanie dolnej wargi, zupełnie tak, jak to czyni główna bohaterka. Zarwana noc? O, tak. Szał? Jak najbardziej. Buzujące hormony? A jakże.
„Kobiety na jej punkcie szaleją. Mężczyźni wiele zawdzięczają” – głosi napis na tylnej okładce. Czy oszalałam? Nie, nie przesadzajmy. Chociaż muszę przyznać, że oderwać się od lektury nie mogłam za żadne skarby świata i już dzisiaj zdobyłam kolejne tomy (skończyłam lekturę wczoraj wieczorem). „Biblioteki apelują, by wycofać ją z obiegu” – czytamy dalej. Osobiście nie widzę w tej powieści niczego tak sprośnego, by trzeba ją było wycofywać z bibliotek. To powieść dla ludzi, ale ludzi dorosłych. Nie nadaje się dla licealistek, ani gimnazjalistek. Seks w powieści? Jest, chyba można się tego było spodziewać. Jest go dużo, bardzo dużo. Seksualnością ocieka niemal każda strona. Czy to źle? Czy to dobrze? Zależy, czego oczekiwaliście po tej lekturze. Dla mnie tego seksu było tak akurat, skoro powieść jest reklamowana jako erotyczna. Czy zaczyna coś nowego na rynku? Owszem – mnóstwo już mamy jakichś „podróbek” innych utworów, którzy chcą zostać poniesieni na tej fali. Nawet tytuły ich książek niezbyt są wyszukane i bardzo mocno nawiązują do „Pięćdziesięciu twarzy Greya”. Nie ma się co dziwić – autorka nieźle na tej powieści zarobiła i stała się naprawdę sławna.
Jeszcze tylko jedna uwaga – bardzo podobały mi się maile wymieniane przez bohaterów. Właściwie jedynie z nich można w jakikolwiek sposób dowiedzieć się, co naprawdę czuje Christian Grey – a to niezmiernie fascynujące. Z resztą rozumiem w tej kwestii Anastasię – mi także łatwiej jest napisać, co czuję, niż to powiedzieć prosto w oczy.
Kończmy już – okładka mi się podoba, choć przyznam, że dopiero dzisiaj dotarło do mnie, co się na niej znajduje. To chyba dobrze – jest tajemnicza, a kiedy już się przeczyta powieść i zda sobie sprawę , jaki ten element jest ważny dla bohaterów – cóż, nawet okładka jest erotyczna.
Znalazłam zaledwie jeden błąd, choć kto wie, czy buzujące hormony nie oślepiły mnie kilkukrotnie. W każdym razie – korekta spisała się na medal.







poniedziałek, 8 kwietnia 2013

Powiastki Beatrix Potter - Beatrix Potter

Wydawnictwo: Wilga
Warszawa 2010
Oprawa: twarda z obwolutą (w tekturowym etui)
Przekład: Małgorzata Musierowicz
Ilustracje: Beatrix Potter
Liczba stron: 400
ISBN: 978-83-259-0108-0


Przeurocza księga (bo trudno ją zwać książką),  która przeniesie Was w magiczny świat pełen przyjaznych (prawie zawsze) zwierząt. Cudowna, bajeczna i rozkoszna, a przy okazji mądra – tymi słowy najkrócej można określić tę właśnie pozycję, czyli „Powiastki Beatrix Potter”.
Uwielbiam baśniowe światy, ten jednak, który stworzyła Potter zachwycił mnie jeszcze bardziej, niż mogłam się tego spodziewać. Powiastki są przezabawne, a jednocześnie klimatyczne, urocze i napisane tak, że bawią i uczą zarówno dzieci, jak i dorosłych. Jakże nie pokochać Piotrusia Królika, albo panny Mopci? Jak nie marzyć o takich wspaniałych pomocników, jakich miał Krawiec z Gloster, czy nie śmiać się z głupotki (bo to nie głupota) Księżnej? Wszelkie „ochy” i „achy” oraz śmiech będzie towarzyszył Wam przez całe 400 stronic.

Historyjki opowiedziane przez panią Potter zapadają w pamięć, a czyta się je niezmiernie łatwo i z olbrzymią przyjemnością. Nie potrafię jednak wyobrazić sobie, że nie byłyby pięknie ilustrowane przez samą autorkę. Te ilustracje – zarówno rysunki, jak i kolorowe obrazki – są integralną częścią tej niesamowitej przygody. Właściwie – z tego, co można przeczytać w krótkiej biografii tej niezwykłej kobiety – to od nich wszystko się zaczęło.
W „Powiastkach Beatrix Potter” znajdziemy przeróżne wiejskie zwierzątka – króliczki, kotki, psy, gęsi i kaczki, żaby, prosiaki i konie. Ponadto też zwierzątka leśne – lisy, wiewiórki i borsuki. Są też myszki i szczury. Wszystkie one zaś takie ludzkie, takie wspaniałe – jak nasi przyjaciele. Narysowani i namalowani  wielką miłością – to po prostu widać. Beatrix Potter kochała zwierzęta i miała prawdziwy talent do ich opisywania – tak piórem, jak i pędzlem. Do tego scenki rodzajowe są jak wyjęte z życia.
Na końcu księgi znajdują się utwory publikowane po raz pierwszy. I one zachwycają, niemniej od swych znanych angielskiemu czytelnikowi poprzedników.
Szkoda i o wielka, że kiedy byłam dzieckiem te powiastki nie były dostępne. Z pewnością pokochałabym wszystkie futrzaste stworzenia przedstawione przez panią Potter. Choć, jak widać, na te miłość nigdy nie jest za późno!
Najbardziej podobały mi się historyjki o króliczkach i chyba ich jest najwięcej, choć i te o kotkach (jestem typową kociarą) były przerozkoszne.
Och, długo by pisać i rozczulać się, tak wspaniały to prezent dla każdego czytelnika – tak małego, jak i dużego. W końcu, zgodnie z filozofią Małego Księcia – każdy z nas na zawsze ma w sercu dziecko.
Historyjki – choć można je czytać w dowolnej kolejności – zostały nam zaprezentowane zgodnie z datami ich pierwszych publikacji – a więc od roku 1902 do 1930. Wszystkie one w pewnym względzie się łączą, nawiązują do znanych już z poprzednich powiastek postaci, czy miejsc. Poznajemy losy kolejnych członków rodzin przemiłych zwierzaczków i ich perypetie.
Księgę wydrukowano na pięknym kredowym papierze (i to w Singapurze, sic!), zamknięto w twardej eleganckiej oprawie, na której wytłoczono Piotrusia Królika. Do tego wszystkiego dotrzymujemy jeszcze śliczną obwolutę, którą widać powyżej, a całość mieści się w kartonowym etui. Wspaniałe!
Z pewnością jest to księga do czytania dla dzieci,  nie przez same maluchy – przynajmniej, kiedy mówimy o tych naprawdę małych – jest bardzo ciężka. Czterysta stron, gruby papier i twarda obwoluta – to chyba dlatego, by rodzice spędzali więcej czasu ze swoimi pociechami. To absolutnie nie są minusy wydania.
Jeśli już miałabym się czegoś uczepić to braku justowania, które zawsze straszliwie mnie razi i denerwuje. Nie znoszę go z całego serca i muszę przyznać, że… „Powiastki…” są tak cudowne, iż tym razem nawet mi nie przeszkadzało! Pierwszy raz w życiu się nie złościłam z tego powodu, a to już doprawdy niesamowite osiągnięcie.
Nie znalazłam absolutnie ani jednego błędu! A może… po prostu tak wciągnął Mnie ten wspaniały świat pełen ciepła i miłości, że po prostu moja czujność została uśpiona, kiedy fantazja się rozbudziła? Gorąco polecam!



czwartek, 4 kwietnia 2013

Kronika koszmarów - Michał Gacek



Wydawnictwo: Atropos*
Kraków 2008
Oprawa: miękka
Liczba stron: 163
ISBN: 978-83-927239-0-5

„Kronika koszmarów” to debiut Michała Gacka. Dziewięć zróżnicowanych opowiadań łączy dreszczyk emocji towarzyszący ich czytaniu. Rzeczywistość przedstawiona przez autora to świat, jaki znamy oraz świat, którego się obawiamy – czasami otwarcie, czasami skrycie, nieraz nawet nie zdając sobie z tego do końca spawy. Tajemniczy, trochę przerażający, fantastyczny. Opowiadania poruszają tematy ciężkie, nie dając żadnej odpowiedzi na zadawane pytania – zmuszają jedynie do myślenia, do zastanowienia się nad tym, co nas otacza, czego się obawiamy i… dlaczego tak się dzieje. Michał Gacek dotyka naszych lęków, uwalnia je i… no cóż, dalej musimy już sobie z nimi radzić samodzielnie.
Nie brak tu tematów tabu – kazirodczych marzeń, pedofilii, magii, czy prawdziwego obłędu (w klinicznym tego słowa znaczeniu).
„Pora karmienia” to przerażająca historia traktująca o codziennym problemie – czyli możliwych skutkach zdrady. Czy tajemnicza kobieta jest rzeczywiście więziona przez swego męża, a jej uczucie względem Adam prawdziwe i czyste? Jak wielką rolę odgrywają pozory? Czy naprawdę widzimy jedynie to, co chcemy zobaczyć w drugim człowieku? Wiele pytań doprawionych przerażającą wizją i niebyt przyjemnym zakończeniem Nie radze czytać w czasie posiłku.
„Królicza łapa” z kolei traktuje o tym, jaki wpływ na człowieka może mieć będący blisko pedofil. Nawet, jeśli nie pamięta, nawet, jeśli do końca nie wie, czego się obawia, dlaczego, jaki jest tej obawy przyczyna – Tomasz nie lubi jeździć do domku letniskowego i nie chce myśleć o starym Pawle, któremu pomagał pewnego lata. Mimo to jednak pewnego dnia skusi się na „powrót do korzeni”. Znana od dawna zależność między katem i ofiarą jest w tym przypadku prawdziwa, mimo że towarzyszy jej tajemnicza, rozrastająca się wokoło doku Pawła grzybnia, która na końcu okaże się znacznie bardziej istotna, niż to się może początkowo zdawać. Nie mogę jednak nie zadać pytania, które naszło mnie zaraz po zakończeniu lektury tego tekstu – dlaczego dziewczyna, a późniejsza narzeczona Tomasza nie dostała imienia? W końcu aż tak nieistotna dla jego historii nie była…
„Człowieka ze szkła” czytałam z dużym napięciem, choć z pewnością nie nazwałabym tego opowiadania koszmarem. Być może tytuł zepsuł w pewnym stopniu frajdę, od razu bowiem można się było domyśleć, że Jakub jest nie do końca ludzki. Szkoda, bo sam tekst jest świetny i zdecydowanie przypadł mi do gustu.
Magia i wiara pojawiająca się znów w opowiadania „W cieniu”. Przerażająca wizja, mówiąca o zależności córki od ojca (i ojca od córki) – tajemniczy korze, który wedle legend jest porożem samego diabła, okultyzm ze starych ksiąg, domek na odludziu i dziewczyna, która jest właściwie niewidzialna (Jak? Przekonajcie się sami.). To jedno z tych opowiadań, przy których rzeczywiście się bałam.
Genialne opowiadanie „Muzyk”, którego zakończenia nie sposób przewidzieć, zapadnie mi na długo w pamięci. Świetne połączenie legend, mitów i baśni z wiarą chrześcijańską, polską wsią i urzekającą muzyką. Och, wspaniałe, a jednocześnie koszmarne. Podróż do wnętrza studni, tajemnicze stwory wylatujące z wewnątrz, dziwne osoby pojawiające się we wsi, okrutne pokutne biczowanie… Trudno wybrać, które z opowiadań zawartych w „Kronice koszmarów” jest najlepsze, jednak „Muzyk” z pewnością należy do czołówki.
Ciężarna kobieta. Przesiąknięta pleśnią i brudem piwnica pełna słoików z domowymi zaprawami. Paskudne stworzenie przypominające olbrzymią gąsienicę. Oto „Nieproszone”. Brrr… Jak bardzo matka związana jest ze swym nienarodzonym dzieckiem i co odczuwa na myśl, ze pewnego dnia ono się urodzi i nie będzie już jej częścią? I czy to dziecko jest rzeczywiście… ludzkie? Świetny tekst, zdecydowanie można go opatrzyć etykietką „groza”. Na same wspomnienie mam już dreszcze. Próba wejścia w kobiece ciało (i poniekąd duszę) wyszła autorowi naprawę rewelacyjnie.
„Handlarz” przeraża na całej linii. Chyba właśnie poprzez połączenie tego, co zwyczajne z tym, co  założenia przynajmniej nietykalne. Porwany, wieziony w bagażniku samochodu handlarz… Cóż mu zrobią? Tortury? Bolesna śmierć? Czego chcą oprawcy? Nie to jednak okaże się najstraszniejsze w tej zagmatwanej historii, mówiącej tak naprawdę o… wielkiej miłości. Czy wiemy, czego sobie czasami życzymy? Należałoby się chyba nad tym porządnie zastanowić – czy nasze marzenia i życzenia nie są czasami Zyt pochopnie wypowiedziane i co by się stało, gdyby jakaś moc była w stanie je spełnić.
„Mieszkanie z widokiem do wewnątrz”… Hmmm… Początkowo miałam wrażenie, że to powtórka z „Poddasza” Pilipiuka. Ostatecznie okazało się, że to zbieg okoliczności, historia Michała Gacka opowiada o czymś innym, traktując przede wszystkim o obędzie spowodowanym zamieszkaniem w tajemniczym mieszkaniu. Mimo to – „Poddasze” bardziej mi się podobało, a „Mieszkanie z widokiem do wewnątrz” uważam za tekst najsłabszy w „Kronice koszmarów”, choć nie znaczy to wcale, że zły.
Dobiegając do końca – „Młodsza siostra” to znów temat tabu – kazirodcze zauroczenie – połączone z magią, wiedźmami i nie do końca wyjaśnioną więzią, która łączy bliźniaczo urodzone dzieci. Świetny tekst, który niemalże spowodował, że straciłam paznokcie – kusiło, by trochę je poobgryzać. Genialna kreacja Łucji!
Nie znajdziecie w „Kronice koszmarów” aż ta dużo krwi i ludzkich chrapów, jak można by przypuszczać. Groza, która bije od stron tego zbioru jest zupełnie inna – psychologiczna, bo i autor psychologią się na c dzień zajmuje. Mrok, tajemnice, nieznane i fantastyczne stwory przeplatają się tu ze zwyczajną codziennością. Mamy i miasto i  wieś. Wykształconych ludzi sukcesu, studentów i wiejskie społeczeństwo. Wszystko to w zakrzywionej rzeczywistości, w której nie ma rzeczy niemożliwych. Dziwne skrzypienie może oznaczać przecież buszujące za ścianą szczury, ale także i jakąś tajemną moc, a urzekająco piękna kobieta okazać się może tak aniołem, jak i wiedźmą. Niecodzienne okoliczności, niecodzienne miejsca, niecodzienne sytuacje, a jednak przecież tak nam bliskie. To, czego się boimy, co nas przeraża i każe podrywać się z fotela późnym wieczorem, albo mocniej zakrywać głowę kołdrą, gdy budzi nas w środku nocy. Wyśmienity debiut!
Minusy? Za mało, ciągle niedosyt, bo i przecież „Endemia” długa nie jest, a kolejnej pozycji autora nie ma. Coś jeszcze? Cóż, korekta mogłaby być znacznie lepsza, delikatnie mówiąc.

wtorek, 2 kwietnia 2013

Wampir z M-3 - Andrzej Pilipiuk

Wydawnictwo: Fabryka słów
Lublin 2011
Oprawa: miękka ze skrzydełkami
Liczba stron: 330
Ilustracje: Andrzej Łaski 
ISBN: 978-83-7574-223-7





Znów zachwycona, znów opiewająca wielki talent Andrzeja Pilipiuka, jego lekkie pióro, humor i grację? Cóż, mogę wydawać się nudna, nic jednak na tonie poradzę. „Wampir z M-3” zauroczył mnie, jak wszystkie dotychczas czytane przeze mnie pozycje tego autora.
Wampiry w komunistycznym społeczeństwie? Zabobon w ateistycznej Polskiej Rzeczpospolitej Ludowej? Rany, to mógł wymyśleć rzeczywiście jedynie Pilipiuk! Wymyślił i pokazał – jak zawsze – w genialny sposób.
W czasie, kiedy papier toaletowy jest papierem deficytowym, ludność stoi za kawałkiem mięsa długi, długie godziny, a mięsiwo wydawane jest na kartki, kiedy w Pewexie można zakupić (za dolary) gruzińską herbatę, a na bazarze Różyckiego turecki dżins – do pewnej warszawskiej szkoły uczęszcza Gosia Brona. Kocha się w piosenkarzu Limahlu i wcale jej to nie przeszkadza tkwi w niezbyt fortunnym związku z kolegą z klasy, Konradem. Dodajmy do tego jeszcze jej głupkowatego brata Radka, który – o dziwo – jest studentem, ojca w partii i babcię, która całymi dniami siedzi w swoim pokoju i można by ją dzisiaj nazwać prawdziwym moherem. Ciekawe? O, ciekawe to się zacznie dopiero, kiedy Gosia odbierze sobie życie i przemieni się w wampira – czy raczej, wampirkę.
Pilipiuk świetnie radzi sobie z wampiryzmem – nawiązując do tak ważnych w obecnej chwili dla kultury masowej pozycji, jak „Zmierzch”, czy „Czysta krew”. Nie pomija także swego własnego Jakuba Wędrowycza, pamięta o Harrym Potterze i Van Helsingu. Wyobraźcie to sobie? Prawdziwy czerwony dywan oskarowy dla postaci dziwnych i paranormalnych! Co ciekawe, w odróżnieniu od wizji wampira, która jest promowana w ostatnim dziesięcioleciu – wampiry w wersji Palowskiej nie czują popędu seksualnego, co okazuje się osobistą małą tragedią dla nastoletniej Gosi, która w tym czasie próbuje pomóc nowym przyjaciołom odnaleźć tajemniczą księgę pod tytułem „Necronomicon”, która ma przypomnieć wampirom o ich wielkiej sile.
Przygody głównej bohaterki i jej ferajny są przezabawne, a jednocześnie pokazują społeczeństwo lat osiemdziesiątych ubiegłego stulecia. Warszawę tuż przed zmianą systemu właściwie. Tak inną do tej, którą mi przyszło poznać w ostatnich latach. Pilipiuk bawi się konwencją i bohaterami, a także postaciami, które gdzieś, kiedyś pojawiły się już w jego twórczości oraz z legendami, baśniami, historiami, które opowiadali sobie nas ojcowie. Spotkamy tu więc i historię czarnej Wołgi, która porywa dzieci i Van Helsinga, który poluje na wampiry (no i, oczywiście, Jakuba Wędrowycza). Jeden z wampirów niemalże zostanie wysłany na ziemską orbitę gdyż PRL – chcąc pokazać światu swą siłę – buduje rakietę kosmiczną na podstawie… opowieści Stanisława Lema! Jeden z wampirów natomiast to… pierwowzór Pana Samochodzika.
„Wampir z M-3” to historia, jakich wciąż mało i szkoda strasznie, że liczy sobie zaledwie 330 stron. Gdyby miała dwa razy tyle z pewnością cieszyłabym się bardziej. Gorąco jednak polecam, ubawicie się po pachy, a przy okazji dowiecie kilku nowych ciekawostek a propos nieumartych. Jest to książka lekka, którą czyta się szybko, zabawna, a zarazem tocząca ciekawą dyskusję z modą na wampiry z Zachodu. Bo któż, jeśli nie Polak, mógłby wymyśleć, że hrabia może się przyjaźnić z komunistą, skoro oba żyją już obok siebie od około stulecia?
Powieść, czy też zbiór opowiadań, bo trudno tak właściwie stwierdzić, czym jest „Wampir z M-3” bardzo gorąco polecam, nie tylko fanom twórczości Wielkiego Grafomana. Jedyne zastrzeżenie, jakie mam do tej pozycji to znajdujące się w środku ilustracje, które z pewnością miały być zabawne, a jednak… cóż, mi do gustu nie przypadły Zdecydowanie najgorsze ze wszystkich wydanych przez Fabrykę słów pozycji tegoż autora.