Fragment mojej recenzji został umieszczony na okładce powieści "Skazaniec. Z bestią w sercu" Krzysztofa Spadło


Moja recenzja została zamieszczona na okładce powieści "Wojownicy. Odwet Wysokiej Gwiazdy" Erin Hunter

Fragment mojej recenzji „Korony śniegu i krwi” został umieszczony na okładce powieści Elżbiety Cherezińskiej – "Niewidzialna korona"

piątek, 27 września 2013

Trufle. Przypadki księdza Grosera – Jan Grzegorczyk

Wydawnictwo: Zysk i Spółka oraz W Drodze
Poznań 2007
Oprawa: miękka ze skrzydełkami
Liczba stron: 353
Ilustracje: Andrzej Załecki
Seria: Przypadki księdza Grosera, tom II
ISBN: 978-83-7506-117-8



"Trufle" to druga część tryptyku o życiu (bo trudno tu mówić o przygodach), czy – jak to nazywa sam autor – o przypadkach księdza Grosera. Kto nie zna "Adieu", niech rusza do księgarni, bądź włączy sobie allegro i zakupi tę książkę (bądź ewentualnie pożyczy od kogoś). Trudno bowiem zrozumieć złożoność tak całej historii, jak i poszczególnych jej wątków oraz przede wszystkim bohaterów – bo to opowieść o ludziach – jeśli nie zapoznało się z "Adieu".
Akcja rozpoczyna się niemal od raz po wydarzeniach opisanych w pierwszym tomie. Ksiądz Wacław udaje się do Francji, na swego rodzaju wygnanie. Jedzie tam, oczywiście, na rowerze. To już ósma jego podróż na kółkach po Europie. Francja przywita go słonecznym ciepłem i przyjemnym zapachem lawendy oraz... pożarami lasów i atakiem dzikich świń. Aiguebelle zaś to XII-wieczny klasztor trapistów, w którym znajdzie schronienie, przyjaciela Michała i wskazówkę na dalsze życie. Zanim jednak odnajdzie tajemniczy kamień w kształcie serca czek go wiele dni przemyśleń i zmagań, poszukiwania odpowiedzi na pytania ważne i błahe, godziny modlitwy i słuchania... głosu z nieba. 
Nagłe i niespodziewane wezwanie do powrotu do kraju zburzy być może ten spokój, ale będzie ważnym znakiem, że ksiądz Wacław ma tu jeszcze niejedno do zrobienia. Zadanie, które przypadnie mu w udziale jest nie byle jakie – budowa nowego kościoła. Na dodatek musi współpracować z kolegą z lat seminaryjnych, którego dał nam Grzegorczyk poniekąd poznać już w pierwszym tomie – z Krystianem Palecznym, zwanym wśród kolegó Warginem. Na szczęście z "wygnania" z Niemiec powraca także ksiądz Paweł – również z wieloma nowymi doświadczeniami.
"Trufle" to bowiem nie tylko powieść o Groserze – tym razem postaci pierwszoplanowych jest kilka, a historia każdej z nich wciąga, zmusza do głębokich przemyśleń i zapada w pamięć. Ot, choćby spotkanie Wargina z młodszą o piętnaście lat siostrą i swoista spowiedź, w której to ona jest spowiednikiem. Czy też częste, głębokie rozmowy Pawła z siostrą Łucją pracująca w hospicjum, albo poszukiwanie akceptacji i miłości przez siostrę Zuzannę.
"Trufle" to jednak nie tylko historia stanu duchownego, o nie. To coś znacznie więcej. Bo przecież każdy ksiądz i każda zakonnica to taki sam człowiek, jak Ty, czy ja. Zniewolony przez liczne wady, więziony wśród marzeń i wyobrażeń o sobie i innych, niewolny od uprzedzeń, gotowy do łatwych, szybkich i pochopnych sądów, szukający, znajdujący, rozumiejący, zagubiony, stęskniony, samotny, potrzebny, a może niepotrzebny nikomu... Poza tym Grzegorczyk opowiada historie także bohaterów spoza stanu klerykalnego. Bo parafia Męczenników to całe nasze społeczeństwo w przekroju. Ludzie bogaci, żyjący na zamkniętych osiedlach pilnowanych przez strażników. Ludzie biedni, którzy nie mają co do przysłowiowego garnka włożyć. Ci, którzy chcą utrzymać pozory szczęścia rodzinnego i wierności w związku i ci, którzy biją własne żony i dzieci. Czyż może być coś bardziej przerażającego niż kilkuletnia dziewczynka, która gotując ojcu zupę wrzuca do niej trutkę, modląc się jednocześnie do Anioła Stróża, by tata umarł i już więcej nie bił mamy? Świat jest pełen zła, a jednak – jeśli tylko chcieć – można w nim dostrzec moc dobra. Bo i bogaty może okazać miłosierdzie i biedny może okazać się oszustem. Nie wolno sądzić książki jedynie po jej okładce. Najważniejsze jest to, co siedzi głęboko w sercu człowieka. Grzegorczyk o tym pisze na okrągło, zaznaczając również jak ważna jest postawa ewangeliczna – tak samych osób duchownych, jak i każdego z nas.Znamienne są słowa Wacława w rozmowie przyjacielem, Cybulą: "Jak chcesz biedakowi głosić kazania, najpierw zapytaj, czy nie jest głodny." Wydaje się, że Autorowi nie chodzi jedynie o głód fizyczny, jestem tego niemal pewna.
W "Truflach" poznajemy wielu nowych bohaterów. pojawi się więc wspomniany w pierwszej części Norbert – jeden z czterech przyjaciół z seminarium, o którym wcześniej wiedzieliśmy jedynie, że "zrzucił sutannę". W "Truflach" odgrywa bardziej znaczącą rolę, choć nadal nie czuje, że odnalazł w życiu pełen sens. Nadal poszukuje swojego miejsca na ziemi, co musi być bardzo trudne dla kogoś, kto "kiedyś był księdzem". Czy księdzem w ogóle można "przestać być" zdaje się pytać Autor.
Bardzo ciekawe, wstrząsające i otwierające oczy są losy sióstr getsemanek, które odgrywają olbrzymią rolę w życiu Waclawa i Pawła. ich losy będą się przeplatać przez całe 350 storn i mam nadzieję, że ich kontynuację znajdę w trzecim tomie tryptyku.
Jan Grzegorczyk prowadzi nas w świat, którego tak naprawdę nie znamy. większość społeczeństwa lubi sobie żartować, że "ksiądz to ma klawe życie". Nie ma żony, nie ma domu, nie ma wydatków. Ma gosposię, mieszkanie, za które mu płaca, dobre jedzonko, ciepłą, pewną posadkę i niczym się nie przejmuje. Autor obala te mity. Pokazuje księży jako zwykłych ludzi, którzy borykają się  z wieloma problemami, na dodatek jeszcze niemającymi wsparcia od tej żony, czy męża. Są samotni w swym cierpieniu, w swym bólu, w swym poszukiwaniu. Wysłuchują setek, o ile nie tysięcy problemów innych, radzą, pomagają, a sami... ze swoim życiem muszą toczyć ciągłą walkę. walkę samotną, którą – niestety – nieraz przegrywają. A księdza tak łatwo obarczyć winą za wszystko, tak łatwo skrytykować, skreślić. Być może ci wszyscy, którzy postrzegają sutannę jako ucieczkę przed prawdziwym życiem powinni zapoznać się z proza Grzegorczyka, który stawia wiele trudnych pytań i na niewiele z nich udziela nam prostej odpowiedzi, zmuszając, by czytelnik wszystko sam dokładnie rozważył we własnym sumieniu.
Czy Wacław będzie w stanie stawić czoło kolejnym przeciwnościom? Czy pomówienia o pedofilię i molestowanie małej Agatki go załamią, czy wzmocnią? Czy uda się postawić kaplicę i przytulisko dla bezdomnych, które mają stać się podwalinami nowego kościoła? I jaką w tym wszystkim rolę będą miały kamień i żmija z okładki? Tego wszystkiego dowiecie się czytając "Trufle".
Dobra korekta i dużo grafik to dodatkowe plusy tej niesamowitej książki. Gorąco polecam, sama zaś lada chwila zabieram się za czytanie "Cudzego pola", które właśnie dzisiaj rano przyszło do mnie pocztą.

sobota, 14 września 2013

Nasza tysiącletnia Europa - Jerzy Kłoczowski

Wydawnictwo: Świat Książki
Warszawa 2010
Oprawa:twarda
Liczba stron: 248
Mapy: Zofia Żuchowska
ISBN: 978-83-247-1607-4



Rzadko to robię, a może nawet nie robiłam wcześniej, zacznę jednak recenzję od kilku słów o Autorze.
Jerzy Kłoczowski (ur. w 1924 roku) to polski historyk, profesor nauk humanistycznych, senator I kadencji. Kawaler Orderu Orła Białego.Odznaczony ponadto: Krzyżem Virtuti Militari, Krzyżem Walecznych i Srebrnym Krzyżem Zasługi z Mieczami, ukraińskim Orderem "Za Zasługi"trzeciego stopnia. Jest również laureatem Nagrody Pojednania Polsko-Ukraińskiego, laureatem nagrody im. A. Jurzykowskiego, nagrody specjalnej „Przeglądu Wschodniego”, Nagrody Obojga Narodów Polski i Litwy, nagrody „Rzeczpospolitej” im. J. Giedroycia, medalu za zasługi dla KUL. Jest doktorem honoris causa Uniwersytetu w Grodnie, Akademii Kijowsko-Mohylańskiej, Wolnego Uniwersytetu w Berlinie i Uniwersytetu Sorbona w Paryżu.
Kończąc to krótkie introduction – Podczas II wojny światowej był żołnierzem AK i uczestnikiem powstania warszawskiego, podczas którego stracił prawą rękę. W latach 1945–1948 studiował na Uniwersytecie im. Adama Mickiewicza w Poznaniu oraz na Uniwersytecie Mikołaja Kopernika w Toruniu. W 1950 uzyskał stopień naukowy doktora i został wykładowcą KUL. W 1967 został profesorem nadzwyczajnym (otrzymując tytuł naukowy profesora), a w 1974 profesorem zwyczajnym. W pracy naukowej zajmuje się historią Polski przedrozbiorowej i dziewiętnastowiecznej, historią chrześcijaństwa w Polsce i dziejami zakonów oraz historią Europy Środkowo-Wschodniej.
"Nasza tysiącletnia Europa" – co należy mocno podkreślić – to nie podręcznik akademicki, ani nawet książka historyczna. To pozycja, którą powinien przeczytać nie tylko każdy Polak, ale każdy Europejczyk. Traktuje ona bowiem nie tylko o historii Europy, ale przede wszystkim o jej kulturze, rozwoju społeczeństw, wiary, gospodarki, nauki. To nie tylko dogłębne i inteligentne spojrzenie w dziesięć minionych wieków, ale także wysnucie z niego ważnych wniosków, wniosków mających pomóc w tworzeniu przyszłości.
Profesor Kłoczowski przedstawia historię kontynentu przez pryzmat społeczeństwa, które go zamieszkiwało na przestrzeni wieków. Poglądów, wierzeń, myśli, która to społeczeństwo napędzała. I choć to książka naukowa, nie sposób się od niej oderwać, czyta się ją, jak porywającą powieść. Ja zarwałam dwie nocki, żeby móc ją skończyć, tak się wciągnęłam. Mimo, że nie ma tam opisów bitew, ani wielkich spisków. Spojrzenie oczami Profesora na "Rzeczpospolitą Chrześcijańską", która następnie przekształciła się w "Europę" można nazwać spokojnie magicznym. To spojrzenie mądre i wnikliwe, wymagające doskonałej znajomości tematu i przenikliwości umysłu. 
Książka jest podzielona właściwie na cztery duże rozdziały, nie mniejsze jednak znaczenie ma tu sam wstęp, który bardzo wiele wnosi i bez znajomości którego trudno raczej – o ile to w ogóle możliwe – zrozumieć ciąg dalszy. Kolejno książka omawia: w rozdziale pierwszym – europejskie korzenie (greckie, rzymskie, judaistyczne i chrześcijańskie oraz barbarzyńskie), z drugim – "Rzeczpospolitą Chrześcijańską" (X-XIII wiek), w trzecim – tzw. "długie średniowiecze", czyli wieki XIV-XVIII, aż w końcu w czwartym wieki XIX i XX, kończąc niejako historią i przyszłością Unii Europejskiej.
Tysiąc lat to, mówiąc kolokwialnie, szmat czasu i trudno zmieścić choćby te najważniejsze zagadnienia na niecałych trzystu stronach. Z pewnością więc Autor musiał wiele wątków pominąć, to jednak, na co położył nacisk, zbadał i wyjaśnił bardzo precyzyjnie i dokładnie.
Zwraca bardzo dużą uwagę na kolosalne znaczenie chrześcijaństwa w tworzeniu się europejskiego społeczeństwa. Wprowadza terminy, z którymi – jak wynika z treści książki – zaznajomieni są "wielcy znawcy tematu" z całej Europy. Ja jednak nie byłam, mimo mojej pasji historycznej. Ot, choćby spojrzenie na Europę jako na "Rzeczpospolitą Chrześcijańską", albo pojęcie "długiego średniowiecza". Jako szanowany mediewista, stara się pokazać średniowiecze inne, niż w szkolnych podręcznikach, w których nadal jeszcze pokutuje iście dziewiętnastowieczne podejście do tematu "ciemnych wieków". Wydaje mi się, że "Nasza tysiącletnia Europa" powinna stać się lekturą obowiązkowa w klasach maturalnych. Byłby to dobry początek dla wielu młodych ludzi, wchodzących w dorosłe życie.
Książka zawiera również trzy kolorowe wkładki z ilustracjami i zdjęciami, które dodają jej kolorytu, a także bardzo pomocne w rozeznaniu sytuacji mapy. Jest też kilka tabel, owszem ciekawych, choć nie wnoszących jakoś kolosalnie wiele do treści samej publikacji.
Książka wydana została przez Świat Książki, w twardej prawie, na ładnym papierze, korekta spisała się świetnie, znalazłam trzy błędy i to trochę chyba na siłę szukałam, bo tylko jeden rzeczywiście rzucił mi się mocno w oczy.

Pamiętnik Świętego Mikołaja - Nicholas F. Christmas/J.M. & V.C. Tannenbaum

Wydawnictwo: Olesiejuk
Ożarów 2010
Oprawa: twarda
Liczba stron:156
Tytuł oryginału: Santa's Diaries
Przekład (z angielskiego?): Anna Zdziemborska
ISBN: 978-83-7708-406-9




Rewelacyjna, oszałamiająca, wstrząsająca i przezabawna zarazem opowieść, która snuje sam Święty Mikołaj. Pamiętnik z całego jednego roku – od Bożego Narodzenia (nazywanego Dniem BN) do następnej Wigilii. Wzloty (nie tylko zaprzęgiem reniferów) i upadki, stresy, radości, problemy z wagą, z żoną, z pracownikami, reniferami, nowym PRem (sic!), och ileż ciekawostek z życia Nicholasa F. Christmasa w tej niewielkiej książeczce!
Nie przeszkadza nawet to, że tekst nie jest wyjustowany. Rany, co się ze mną dzieje? Ta pozycja nie całkowicie oczarowała. Wszystko w niej wygląda, jak prawdziwy pamiętnik. Są tu nie tylko wpisy samego Mikołaja, ale także przypięte przeróżne notatki, przyklejone kolorowe karteczki, wydarte karty z kalendarza, listy, które otrzymuje. Jejku, ile wiedzy.
Czy mieliście pojęcie, że MIkolaj utrzymuje stały kontakt z Zajączkiem Wielkanocnym, Zębową Wróżką i Bałwankiem Śnieżnym oraz czuje się zagrożony przez Grupę Halloween? Albo, że martwi go fakt, iż w czerwcu dzieci prawie o nim nie pamiętają? Że ma problemy z wagą podjadaniem słodyczy, za co wciąż go goni żona, Mamuśka C.? Albo, że… A nie, nie powiem, co jeszcze. Książeczka ma zaledwie 160 storn i całe mnóstwo rysunków i zdjęć (Mikołaj uważa, że ma talent fotograficzny i myśli o karierze w tym kierunku, kiedy przejdzie na emeryturę). Graficznie jest po prostu ósmym ludem świata. Twarda oprawa imitująca skórkę, piękne zdjęcie, „złocone” brzegi stron. Fantastyczny prezent dla każdego i to nie tylko na Boże Narodzenie. Do czytania świetna też o każdej porze roku.

Na zachętę opis z tylnej okładki:

Może się wam wydawać, że praca Świętego Mikołaja to bułka z masłem, ale uwierzcie, że trwa ona całą dobę przez okrągły rok. Ma swoje wady: zajadam stres słodyczami, co roku mam problem ze zdobyciem wszystkich prezentów, których pragną dzieci, renifery wymagają permanentnego szkolenia motywacyjnego, a sanie bez przerwy trafiają do serwisu. Moja żona, chociaż to kochana kobieta, bezustannie zamęcza mnie najnowszymi dietami i programami ćwiczeń . A na dodatek ostatnio mam konsultantki od PR, które wszędzie depczą mi po piętach i nakłaniają do popularyzowania mojego wizerunku.
Dlaczego więc robię to, co robię? Dlatego, że nic nie cieszy mnie bardziej niż świadomość, że dzieci, budzące się na całym świecie w bożonarodzeniowy poranek, poczują odrobinę magii.

Przyjemnej lektury, moi Drodzy!

Wampir z MO - Andrzej Pilipiuk

Wydawnictwo: Fabryka słów
Lublin 2013
Oprawa: miękka ze skrzydełkami
Liczba stron: 382
Ilustracje: Andrzej Łaski
ISBN: 978-83-7574-866-6



„Wampir z MO” to zbiór jedenastu opowiadań – powiązanych ze sobą czasem bardziej, czasem mniej. Bez wątpienia też jest to kontynuacja wydanego przed dwoma laty „Wampira z M-3”. Czy można czytać najnowszą książkę Pilipiuka bez znajomości tej poprzedniej? Myślę, że można, chociaż czytelnik straci sporo ciekawych smaczków, a ostatecznie prawdopodobnie i tak zechce przeczytać „Wampira z M-3”.
Znów spotykamy praskie wampiry – w większości bohaterowie są ci sami – ślusarz Marek, spawacz Igor, Hrabia Prut, Dziadek, nastoletnia Gosia i jej tak-jakby-chłopak, czyli wilkołak Greg. Do tego nawiedzona babcia Gosi i brat dziewczyny – trochę przygłupawy studencik, który donosi do UB, major Nefrytow i cała zgraja praskich kiziorów i innych „elementów” z Różyca i fabryki na Druciance.
Tytuł zbioru to także tytuł pierwszego rozdziału – wielkiej komedii pomyłek w iście Pilipiukowym stylu. Jak to możliwe, że wampir Marek został wplątany z tak parszywą prowokację i jeszcze wyszedł z tego „żywy” i z kilkoma rolkami papieru toaletowego – jak wiemy, bardzo bardzo deficytowego produktu w Polsce lat osiemdziesiątych? Pomysłowość Pilipiuka nie zna granic!
„Zenek” to nie tylko tytuł, ale i nowa postać. Autor wprowadza do swego świata zombie. Cóż, nie wierzę w zombie, nie lubię zombie, nie czytam i nie oglądam nic o zombie. Panie Andrzeju, ale mi Pan psikusa zrobił! Muszę jednak przyznać, że Zenek jest całkiem-całkiem, nawet można by go polubić, chociaż rzeczywiście inteligencją nie grzeszy.
„Gość z Ameryki” to genialny wręcz pastisz „Zmierzchu”, czyli to, co było zapowiadane już przy promocji wcześniejszego tomu. Pani Meyer powinna przeczytać o tym, jak praskie wampiry odnoszą się do jej pomysłów wegetarianizmu i wysysania niewinnych sarenek. Dodatkowo powraca motyw zmiany wampirów w nietoperze, świetna akcja z próbą odzyskania pyłu diamentowego z amerykańskiego gościa, no i… rozwiązanie zagadki czasów ubiegłego ustroju – teraz już wiemy, skąd się brała pamiętna stonka ziemniaczana.
W „Sąsiadach” Marek i Igor będą się starali wykurzyć z sąsiedniego mieszkania zainstalowanych tam Ubeków i przywrócić własność pani Michalakowej. Będzie się działo! Nie próbujcie jednak tych ekscesów – nawet, jeśli Wasi sąsiedzi są bardzo upierdliwi.
„Wizyta” to genialna powiastka o… Świętym Mikołaju. Naprawdę – musicie to przeczytać. Boki zrywać!
„Hrabina” to kolejna komedia omyłek. Tym razem w roli przodującej hrabia Prut i oczekiwana przez niego dawna miłość. Hrabina Delfina chce odwiedzić Polskę, w której spędziła swą młodość na… podbijaniu męskich serc i uwodzeniu arystokratów, ot, choćby króla Stasia. Przygotowania pełną para doprowadzą do różnych ciekawych wydarzeń, a zakończenie może niektórych zaskoczyć. Przyznam jednak, że się go spodziewałam. Czyżbym za często już czytywała Pilipiuka?
Z opowiadania „Meandry patriotyzmu” dowiemy się, co stało się z rosyjską bombą atomową, a „Wyprawa” zaprowadzi nas do niekończących się hal Drucianki, pełnych niezwykłych anomialii. To opowiadanie wydawało mi się w czasie lektury najsłabsze i zabrało najwięcej czasu. Średnio miałam ochotę je kontynuować. Teraz jednak, kiedy o nim myślę, widzę kilka fantastycznych pomysłów, na które wpadł Autor i które – mam nadzieję – jeszcze rozwinie. Ponadto to właśnie w „Wyprawie” bardzo często nawiązuje do bohaterów i miejsc opisanych w innych swych dziełach. Czytelnik obeznany z jego twórczością na pewno je wypatrzy i to doceni.
„Bajka o wilku” jest całkiem zakręcona, ale pewnie niezbyt długo zapadnie mi w pamięci. Ot, całkiem miły przerywnik.
„Kostnica”… Czy wampira można zabić w wypadku samochodowym? Co się stanie z Gosią, kiedy zaaferowana perspektywa randki, wpadnie pod auto? Przyjaciele ruszą oczywiście na pomoc, ale będzie ich to wiele kosztowało. Czy Markowi uda się w końcu zmienić w stado nietoperzy, czy może Pan Andrzej znów nas zaskoczy?
„Ostatni krew” – cóż. Zbiór zaczął się rewelacyjnym powiadaniem i takim też się zakończył. Doprawdy majstersztyk.
Ogólnie pozycje oceniam bardzo wysoko. Dzieje warszawskich bytów bionekrotycznych wciąga, jak narkotyk, a przy okazji bawi, uczy i rozładowuje napięcie. No dobra – nadal nie wierzę w zombie, ale jeśli istnieją, to „Ostatnia krew” jest najlepszym opowiadaniem z obu zbiorów.
Oczywiście, jak to w Fabryce słów – świetna oprawa, dobra korekta, interesujące ilustracje Andrzeja Łaski. Podobały mi się bardziej, niż w „Wampirze z M-3”.
Raczej nie jest to książka, do której się wraca, chociaż kto wie – może do niektórych opowiadań kiedyś powrócę. Zdecydowanie jednak warto ją przeczytać. Pilipiuk udowadnia, że jeszcze nie skończyły mu się świetne pomysły. Ciekawe, czy napisze coś jeszcze o Marku, Igorze i Gosi…

wtorek, 3 września 2013

Polcon 2013 za nami - preview

Jeszcze chwilę potrwa, zanim uda mi się zebrać i napisać reportaż z tych trzech dni polconowych, w czasie których byłam na konwencie (niestety, bez soboty, a więc i Gali Zajdlowej). Jako mały aperitif proponuję Wam więc kilka słów Klaudii "Foki" Heintze – jednej z najbardziej znanych i rozpoznawanych osób w fandomie, prezes Śląskiego Klubu Fantastyki (która, swoją drogą prowadzi również bloga: http://www.sabbathofsenses.com/). Oddaję głos Foce:

"Ludzie albo hejtują Polcon, albo usiłują go niemiłosiernie pudrować. Obu opcji nie pojmuję.
Owszem, Polcon 2013 to była jedna z najgorzej zorganizowanych imprez, na jakich byłam w ostatnich latach. Ale to wrażenie nie wynika z tego, że była zła obiektywnie, tylko z tego, jak wysoko wywindowaliśmy poziom organizacji tego typu spędów przez ostatnie lata. Niewiele jesteśmy w stanie wybaczyć... Szczególnie kiedy do głównego koordynatora nie można się dodzwonić przez cały czas trwania imprezy, nawet kiedy kurnik naprawdę zaczyna płonąć.
Nie możemy jednak zapominać, że organizatorzy wpakowali w Polcon mnóstwo pracy, serca i dobrej woli. Nie przekreślajmy tego, że program był dobry (pomimo wpadek, a raczej wypadek), że lokalizacja była świetna, że jak już brakło szkoły, to ktoś jej w panice poszukał. Nie negujmy tego, że znakomita większość organizatorów była nie tylko zaangażowana, ale też po prostu miła. Nie zapominajmy o tym, że gala Zajdlowa odbyła się w sali nie tylko zdolnej pomieścić wszystkich chętnych, ale też prestiżowej. I że zaczęła się punktualnie. Doceńmy drobiazgi: że identy się nie zrywały, opaski były ładne, barek na terenie uczelni był otwarty, a orgowie narysowali na chodnikach strzałki jak w podchodach. To nie jest sarkazm - to jest fajny pomysł. A na pewno lepszy, niż brak oznaczeń.
Widzę wpadki, ale też doceniam i szanuję pracę orgów. Zawsze.
Konkluzja jest taka - pora na progres. Na dzielenie się doświadczeniami, na uświadomienie sobie, że fandom nie dzieli się na "nas" i "Was"; że wszyscy dmuchamy w tę samą trąbę. Może to właśnie dzięki tym wpadkom wykluwająca się od lat idea bliskiej i stałej współpracy ponadklubowej i ponadterytorialnej wreszcie zaczęła przybierać formę realnego przedsięwzięcia. I być może właśnie rodzi się najpiękniejsza idea ostatnich lat: fandom, w którym będziemy potrafili nie tylko wyciągnąć rękę, ale też wyciągniętą rękę przyjąć."

poniedziałek, 12 sierpnia 2013

Przepiórki w płatkach róży - Laura Esquivel

Wydawnictwo: Znak
Kraków 2013
Oprawa: miękka
Liczba stron: 237
Tytuł oryginału: Como aqua para chocolate
Przekład (z hiszpańskiego): Elżbieta Komarnicka
ISBN: 978-83-240-2411-7



Miałam 19 lat, kiedy przeczytałam tę powieść. Przez kolejne 11 lat szukałam jej na księgarskich półkach. Bezskutecznie. Kiedy już niemal straciłam nadzieję... okazało się, że właśnie planowana jest premiera nowego wydania. Cudownie! Nie czekając ani chwili, zamówiłam ją sobie i otrzymałam właściwie jeszcze przed oficjalną empikową premierą (dobrze mieć konto na empik.com). Nie minął dzień, a zabrałam się za lekturę, jednocześnie obawiając się trochę tego, co wyniknie, kiedy zmierzę się ze wspomnieniem i czy nie okaże się przypadkiem, że powieść w mojej pamięci idealizowałam. Nic z tego! Wciągnęłam się znów, całkowicie, absolutnie, w stu procentach i jeszcze troszkę. Nie mogłam się oderwać, chciałam jeszcze, nadal chcę jeszcze, bo dwanaście miesięcy, na które jest podzielona powieść Laury Esquivel to za mało. Chcialoby się, by rok miał przynajmniej dwadzieścia cztery miesiące...
Cóż więc tak mnie w tej powieści zachwyca? 
"Przepiórki w płatkach róży" to nietypowa opowieść. Snuje się onirycznie, przywołując zapachy kuchni meksykańskiej i ekstatycznych, erotycznych doznań. Autorka skupia się na uczuciach, marzeniach, snach. Opowieść można spokojnie zakwalifikować do gatunku realizmu magicznego, aż chciałoby się, by Wojciech Siudmak zainspirował się nią w którejś ze swych prac. Och, cóż to by było za dzieło sztuki!
Kim są bohaterowie? Przede wszystkim to Tita, która miała w życiu pecha – urodziła się jako najmłodsza córka i jej przeznaczeniem było opiekować się matką aż do jej śmierci, co uniemożliwiało Ticie wyjście za mąż i założenie własnej rodziny. Kto wie, czy byłoby to takie tragiczne, gdyby nie fakt, że Tita się zakochała. Zakochała na całego, z wzajemnością, a jej ukochany... otrzymał pozwolenie za wzięcie sobie za żonę jej starszej siostry! Kto wie, czy ta miłość by nie wygasła, gdyby nie to, że Tita i Pedro są dla siebie po prostu stworzeni i nie podlega to żadnej dyskusji. Kto wie...
Jednak Tita kocha nie tylko Pedra. Kocha jeszcze kuchnię i wszystko, co się z nią wiąże. Urodziła się na kuchennym stole i w kuchni się wychowała. Zna każdy jej sekret. Jest genialną kucharką i smakiem swych potraw potrafi wzbudzić w ludziach niespodziewane emocje. Nawet doprowadzić do tego, by jej siostra nago biegała po polach i pozwoliła się porwać żołnierzowi (mówimy tu o czasach rewolucji meksykańskiej 1910-1917). Kuchenne rewolucje panny De la Garza napsują krew jej matce, Mamie Elenie oraz nielubianej siostrze, Rosaurze. Jednocześnie jednak zaprowadzą nas w świat pełen niezwykłych aromatów, które na długo pozostaną w naszych sercach i głowach.
Słów kilka o tytule. "Como aqua para chocolate" oznacza dosłownie "jak woda na czekoladę" i można od razu zauważyć,że niewiele ma wspólnego z polskim tytułem. W języku hiszpańskim "działać na kogoś, jak woda na czekoladę" oznacza wywoływać w kimś pożądanie, a to tytuł idealnie pasujący do powieści. Jednakże po polsku niewiele by to znaczyło,dlatego tytuł został zmieniony – dokładnie na taki, jaki nosi trzeci rozdział. Ma to jednak duże znaczenie, sami przekonacie się, kiedy przeczytacie, co też działo się w rodzinie De la Garza po zjedzeniu sławnych już przepiórek w różanych płatkach skropionych krwią zakochanej i odtrąconej dziewicy.
Książka została bardzo ładnie wydana, korekta spisała się właściwie na medal, a ja wciąż nie mogę wyjść z podziwu, jak delikatna jest okładka, jaką przyjemność sprawia jej głaskanie...
Otwierając "Przepiórki w płatkach róży" przeniesiecie się w magiczny, pełen niesamowitych, egzotycznych zapachów świat wypełniony marzeniami i miłością, wyśmienitym jedzeniem i pożądaniem. A na zakończenie... kiedy zamkniecie książkę, zasiądźcie do obejrzenia filmu Alfonsa Arau z 1992. Nie zabierajcie się jednak do niego przed lekturą – możecie nie zrozumieć, o co w nim chodzi, możecie się zagubić, a w odpowiedniej kolejności... Cóż – będzie to prawdziwa uczta Lukullusa. 

Syberia 2012. Dziennik podróży - Adrian Dlaboga

Wydawnictwo: SOWA
Warszawa 2013
Oprawa: miękka
Liczba stron:147
Fotografie: Adrian Dlaboga
ISBN: 978-83-64033-80-3






Z niektórymi książkami mam problem. Nie lubię ich, ponieważ nie potrafię jednoznacznie określić, czy je polecam, czy może jednak nie. "Syberia 2012. Dziennik podróży" należy właśnie do nich. Waham się, mam dość mieszane uczucia. Dlaczego? O tym już za chwilę.
Tak o swojej książce pisze sam Autor:
"Książkę moją kieruję dla podróżników, którzy chcą poznać specyfikę narodu rosyjskiego, a Sybiraków w szczególności oraz przyrodę Syberii, z którą chcą się przymierzyć. Znajdziecie w niej Państwo zarówno walkę z tą przyrodą, jak również atmosferę w słynnej kolei transsyberyjskiej. Jest to pewnego rodzaju przewodnik, w którym starałem się przekazać wiele praktycznych informacji zdobytych podczas mojej podróży, przebytej zarówno samochodem terenowym Land Rover Defender jak i koleją."
Zachęcające? A jakże. Dla każdego, kto lubi podróżować i czytać o podróżach. Muszę przyznać, że ta część Autorowi naprawdę dobrze wyszła. Książkę czyta się jednym tchem, wciąga dokładnie jak syberyjska rzeka, która uwięziła samochód pana Adriana. Jest klimatyczna, pełna napięcia i przygód, opisuje znakomicie każdy aspekt tej nietuzinkowej podróży.  Do tego jest bardzo bogata w naprawdę dobrze zrobione fotografie, których jest całe mnóstwo. Aż chce się wsiąść w samochód i pojechać na Wschód. Choć z pewnością nie samotnie, czy w dwuosobowym zespole, jak to zrobił Autor. Podziwiam go za odwagę, a jednocześnie zastanawiam, czy od początku ten wyjazd nie był skazany na niejaką klęskę właśnie dlatego, że brało w nim udział za mało osób. Cóż, treść i oprawa graficzna to olbrzymi plus tej pozycji i z ręką na sercu daję im wysokie noty.
Co więc nie podobało mi się w "Syberii..." do tego stopnia, że się waham? Procent zawartości błędów w błędach przekracza normy dobrego smaku... Cóż, już w trzeciej linijce na pierwszej stronie jest dość znaczący błąd, a potem jest już tylko coraz gorzej. Korekta się nie spisała? Nie o to chodzi. Jest to książka wydana w ramach self-publishingu, korekty nie było w ogóle i to widać. Oj, widać. Myślę, że nawet kogoś, kto na ogół nie zwraca na to uwagi, będzie to denerwować. To moje jedyne zastrzeżenie, ale niestety znaczące, ponieważ odbiór książki jest dość ciężki, kiedy błędy rzucają się w oczy, niczym odłamki lodowe w czasie śnieżnej zamieci na Syberii. Szkoda, bardzo szkoda.
Czy więc warto? Jeśli nie macie uczulenia na błędy ortograficzne, jeśli ich nie widzicie, albo jesteście na nie znieczuleni – koniecznie postarajcie się o tę opowieść. Jeśli sprawia Wam to problem... cóż – wybór należy do Was, choć rzeczywiście dla treści i zdjęć warto zapoznać się z historią opowiedzianą przez pana Adriana.

Książkę przeczytałam dzięki życzliwości Wydawnictwa SOWA

poniedziałek, 5 sierpnia 2013

Tajemnice Pigalonii - J. J. Renert

Wydawnictwo: SOWA
Warszawa 2013
Oprawa: miękka
Liczba stron: 288
Przekład (z pigalońskiego): Jarek Krawczyk
Ilustracje: Joanna Ziombka
ISBN: 978-83-64033-20-9





Niesamowita, wciągająca, zabawna – całkowicie uzależniająca świńska opowieść, którą z czystym sercem można polecić każdemu, kto lubi dobrą literaturę.
Przenosimy się do Pigalonii. Gdzie to jest? Otóż Pigalonia to wyspa, piękna, stworzona przez Świniowida kraina, którą, rzecz jasna, zamieszkują wszelkiej maści świnie. Nie da się z niej jednak tak łatwo wydostać. Otaczają ją morza, a może tylko jedno morze... Wszakże nie ma to wielkiego znaczenia. Grunt w tym, że terytorium ma kształt trójkąta i żyją w nim całkiem szczęśliwe świnie.
Inteligentne, rozmowne, mające swą filozofię, wiarę, religię, politykę, a nawet nieźle zorganizowaną armię, tajne archiwa, Wielkiego Kapłana Świniowida, coroczne zawody w Taplaniu, prezydenta, Biały Chlew, Pętogon... Z moralnością może bywa nieco gorzej, ale cóż... My, kuloczaszkowce nie jesteśmy wcale dużo lepsi...
Świniom wiedzie się więc całkiem, całkiem. Wszakże tak wiele im nie trzeba – ot, błota przede wszystkim, dobrych pomyj (a najlepiej Glempomyja) i swobody. Prezydent jest lubiany, w piglamencie nawet spokojnie, wszystko jakoś się kręci. Może nie tak, jak zakręcony świński ogonek, ale to chyba nawet lepiej. Nagle cały dotychczasowy spokój zostaje wystawiony na wielką próbę – prezydenta Stanleya McPiga posądzono o... stosunki ryjalne z sekretarką, na dodatek w Gabinecie Owalnym! Przypomina Wam to coś? Szybka akcja odwołania, zesłania i przejęcia władzy przez Wielkiego Kapłana (wcale nie tak wielkiego wzrostem) Ni Czi, a następnie niezaplanowane usunięcie Wielkiej Kurtyny, która odgradzała Pigalonię od reszty świata to dopiero początek prawdziwie dzikich przygód.
"Tajemnice Pigalonii" wyjaśniają nam, skąd się wzięły dziwne zniknięcia w okolicy Trójkąta Bermudzkiego, kto zaatakował World Trade Center, skąd się wziął wielki kryzys bankowy rozpoczęty od załamania się banku Lehman Brothers. To nic! Kto wymyślił komputery? Świnie wszakże! Kto rozwinął technologię na tyle, by człowiek mógł polecieć w kosmos? No, jakże – świnie! Macie jeszcze jakieś głupie pytania, czy ruszycie swoimi mózgami w kulistych czaszkach i dotrze do Was wreszcie, że bez Świni nie ma człowieka?!?
Powieść jest przezabawna, a jednocześnie bardzo mądra. Dotyka tematów na czasie, odziera człowieka z zasłony niewinności i wyższości, zadaje ważne pytania. Co, jeśli nie jesteśmy na tej planecie jedynymi myślącymi i naprawdę inteligentnymi istotami? Nie wspominając już o tym, że ten drugi gatunek może się pewnego dnia na nas zemścić. A może już to robi, tylko jesteśmy zbyt głupi, by zdać sobie z tego sprawę? Poza tym powieść daje sporo do myślenia w kwestiach stanu moralności dzisiejszych władz oraz tego, czym się kieruja w swych działaniach zwykli obywatele.
Autor (o nim słów kilka za moment) opowiada barwną i pełną humoru (czasem naprawdę świńskiego) historię, której bohaterowie są stworzeni doprawdy fantastycznie. Szczerze mówiąc, pomijając błoto i brud, których osobiście bardzo nie lubię, chętnie spędziłabym kilka dni wakacji w PigCity. Nie chciałabym chyba tylko spotkać na swojej drodze Kosmoświń, czyli świń z kosmosu, z tymi ich straszliwymi anihilatorami.
Język pigaloński również jest skonstruowany bardzo przyzwoicie i miałam początkowo problem jedynie ze zrozumieniem wypowiedzi Wielkiego Kapłana. Mąż mi jednak podpowiedział, że tak być musi, bo przecież im bardziej on zagmatwany, tym większy prestiż, bo przecież żaden szanowany wyznawca prawdziwego Świństwa (sic!) nie przyzna się, że nie rozumie, a tylko Kapłan urośnie w jego oczach jako ten, który tak mądrze się wyraża. Wielki plus dla Autora.
Autor przysporzył mi chyba najwięcej problemu. Kim jest pan J. J. Renert? Jak głosi krótka notka na tylnej okładce:
.
J. J. Renert to słynny pigaloński pisarz, który w niewyjaśnionych okolicznościach opuścił swój kraj po pierwszym ataku wojsk USA.  Prawdopodobnie porwany. Podejrzewa się, że to właśnie J. J. Renert był więziony w tajnych ośrodkach CIA na Mazurach w Polsce. Jarek Krawczyk odnalazł dziwne zapiski sporządzone pismem staropigalońskim. Udało mu się rozszyfrować ten alfabet oraz przetłumaczyć powieść Renerta na język polski. 
 
. 
Ja mam na ten temat swoją  teorię spiskową, jednak się nią z Wami nie podzielę. Pozwalam Wam popuścić wodze fantazji, jednocześnie gorąco polecając spotkanie ze Stanleyem i całą przewspaniałą bandą mieszkańców Pigalonii (i nie tylko).
Słów kilka o samym wydaniu. Intrygująca okładka, rewelacyjne ilustracje w środku, które nadają książce charakteru ni to pamiętnika, ni to sprawozdania z wydarzeń. Ładny papier, czcionka idealna na wakacje. Jedynie dwie literówki, więc korekta spisała się właściwie na medal. Jedyne, co mnie denerwowało w niektórych momentach, to zapis dialogów. Jakby brakowało im drugiego myślnika przy wypowiedziach przerywanych komentarzem autora. Może jednak tak być powinno, wszakże to tłumaczenie z pigalońskiego. Ogólnie książka ma u mnie bardzo wysoką notę, a przypowieści w niej zawarte, kawały i powiedzonka weszły już do mojego codziennego słownika. Nie mogę po prostu przestać się śmiać i bawić pigalońskim słowem. Coś niesamowitego (szczególnie, że ja naprawdę nie lubię komedii, fars i śmiesznych historii).


Książkę przeczytałam dzięki życzliwości Wydawnictwa SOWA





sobota, 20 lipca 2013

Tysiąc dni w Orvieto - Marlena de Blasi

Wydawnictwo: Wydawnictwo Literackie
Kraków 2010
Cykl: III tom
Oprawa: miękka ze skrzydełkmi
Liczba stron: 405
Przekład: Małgorzata Hesko-Kołodzińska
ISBN: 978-83-08-04416-2





Długo odwlekałam przeczytanie trzeciego tomu włoskich przygód Marleny de Blasi. Nie dlatego, że poprzednie mi się nie spodobały. Bynajmniej. o prostu obawiałam się czytania kolejnej opowieści o smakołykach z Włoch, kiedy jestem na ścisłej i długotrwałej diecie. Strach okazał się mieć wielkie oczy, a "Tysiąc dni w Orvieto" mówi o jedzeniu chyba najmniej ze wszystkich tych powieści. Co nie znaczy, że nie znajdziemy tam dojrzewających na słońcu brzoskwiń, dziko rosnących ziół, czy prawdziwie włoskiego makaronu z pesto z oliwek.

Marlena i Fernando postanawiają – za namowami Barlozzo – poszukać nowego domu. Zasiedzieli się już w San Casciano, czas zmienić otoczenie, ruszyć przed siebie, nie oglądać się w tył. W końcu Toskania miała być tylko przystankiem na ich wspólnej drodze w poszukiwaniu szczęścia. Trwa to i trwa, a kiedy już tracą nadzieję, że znajda coś odpowiedniego trafia się okazja nie do odrzucenia. Może to ich powinno zdziwić, może przestrzec, że warunki są zbyt dobre. Jednak decydują się, wpłacają pieniądze, choć dom jest częściowo na sprzedaż, częściowo do wynajęcia i z optymizmem czekają na rozpoczęcie remontu Palazzo Ubaldini. Poczekają ponad rok, zanim robotnicy w ogóle pojawią się w byłej sali balowej, a jeszcze dużej, zanim będą mogli w niej zamieszkać. Trafiają do mieszkania zastępczego – całkiem miłego miejsca. Całkiem, gdyby nie pleśń i kosmicznie wręcz mała kuchnia. Szczególnie dla Marleny...

No i tyle z fabuły. Nie o fabułę jednak w powieści chodzi, nie w tej przynajmniej. "Tysiąc dni w Orvieto" to podróż do wnętrza siebie do swoich marzeń, swoich celów, swoich obaw. O miłości, przyjaźni, dziwnych zawiłościach życia różnych ludzi, różnicach międzykulturowych i... wspaniałym, dojrzewającym w słońcu  jedzeniu.  Orvieto to średniowieczne miasteczko w południowo-zachodniej Umbrii. Miejsce, które zachwyca, a przez europejczyków nazywane jest Divina (Boskie). Wszystko tu jest jednak inne niż w niewielkiej toskańskiej miejscowości, z której przybywają, niż w Wenecji, czy w Stanach. Począwszy od ludzi i... na ludziach kończąc. Bo przecież nieważne gdzie się jest, ważne, z kim.

Oczekiwanie na remont, nagła odmowa wydawcy, z którym Marlena podpisała umowę. Do tego jeszcze problemy z wypożyczeniem kuchni. Odwołane wycieczki turystyczne, na których bohaterowie zarabiają. W pamięci niedawna strata ukochanej Flori. Los płata naszym bohaterom niezbyt wyszukane figle, sprawiając, że ich życie bardziej niż dotychczas staje się dolce e salata (słodkie i słone). Przyjdzie im się zmierzyć z niejednym kamieniem na drodze ku szczęściu. Na drodze, na której pojawią się tak fantastyczni ludzie, jak Miranda od Biustu, czy Neddo. Jak pasterze Luca i Orfeo, czy szlachcianka Tilde Niemałe zamieszanie wprowadzi także marchese Edgardo d'Oofrio, a ostateczną wielką ucztę w gronie przyjaciół uświetni grający Brahmsa skrzypek. A wmawiano im, że orvietanie są niemili i niechętni przybyszom, do czego Marlena niemal dała się przekonać.

W czasie czytania wydawało mi się, że jest to najlepsza z trzech powieści z serii. Teraz mam pewne wątpliwości. minęło kilka dni od ukończenia lektury i ni potrafię powiedzieć, czy przypadkiem bardziej nie podobało mi się "Tysiąc dni w Toskanii". Jednak najsłabszym ogniwem była zdecydowanie pierwsza powieść. W trzecim tomie jest może mniej o jedzeniu, bohaterowie skupiają się chyba więcej na uczuciach nie związanych z rozkoszami żołądka. Być może dlatego, że odwlekający się remont im nie sprzyja.

Gorąco polecam tę wzruszającą i ciepłą historię rozgrywająca się w średniowiecznym miasteczku w samym środku Italii. Jeśli nie zachęciła Was jeszcze moja recenzja, to może pomoże piękna okładka, z której bije tyle ciepła i radości życia, co z całej historii. Ja natomiast z miłą chęci sięgnę w niedługim czasie po kolejną powieść de Blasi – "Lavinia i jej córki" (podobno w pewnym stopniu kontynuację serii).

Nikt nie przyjdzie - Robbie Garner, Toni Maguire

Wydawnictwo: Amber
Warszawa 2013
Cykl: Skrzywdzone
Oprawa: miękka
Liczba stron: 302
Przekład: Julia Wolin
ISBN: 978-83-241-4595-9



Czytałam, to co napisali na tylnej okładce, słuchałam tego, co mówiła mi przyjaciółka, która mi te książkę poleciła. Spodziewałam się więc poniekąd, co będzie się dziać na jej stronach... Ale nie spodziewałam się TEGO...

Jeden molestujący opiekun, jedna sadystyczna zakonnica... ok – człowiek to człowiek, nie każdy jest święty... nawet, gdy nosi habit. Wiedziałam, że takie rzeczy się na świecie działy, że pewnie nadal się dzieją... Ale wszyscy... Cały personel???!!! Tyle czasu i nikt... Plotki? To jest tak nieprawdopodobne, że normalnie nie mogę. Ja – etatowa płaczka... nie uroniłam żadnej łzy...

To zaś zdarza się jedynie w sytuacji, kiedy jestem zbyt wstrząśnięta ogromem cierpienia i łzy po prostu nie płyną, bo nic by nie znaczyły. Czytam, czytam i nadal nie wierzę, wiec czytam dalej. Im dalej, tym mniej wierze... Łzy nie płyną, tu nie ma co się wzruszać. To nie jest wzruszająca powieść... To jest wstrząsające, szokujące, zupełnie niespodziewane uderzenie w tył głowy. Nie ma łez, jest tylko schylona głowa... W obawie, że to może być prawda...

Przeczytałam całość w jedno popołudnie. Nie mogłam się oderwać, w nadziei na jakąś iskierkę radości... Nie znalazłam jej.Teraz chce mi się płakać. Może to te łzy, które nie potrafiły się pojawić w trakcie lektury?

O czym jest – zapytacie –powieść, która tak głęboko mnie poruszyła i wywołała taki natłok myśli, tyle uczuć, które nie miały siły się wydostać? O ludzkim cierpieniu, o świecie, który jest po prostu zły. o świecie – choć opowiadanym przez dorosłego mężczyznę – widzianym oczami dziecka. Bezbronnego, potrzebującego opieki, miłości i szacunku. Wzorców. Przede wszystkim jednak bliskości tych, których kocha. Matki, ojca, braci. Wszystkiego tego mu brakuje.

Robbie i jego rodzeństwo wychowują się w patologicznej rodzinie. Mieszkają na Devonshire Place w St Helier, stolicy Jersey. John, najstarszy z chłopców wie, że ma innego ojca. Być może także mały Davie nie jest synem Stanleya. A maleńka Denise? Gloria (nie mówią do niej mama, ani matka, po prostu Gloria) pali, pije, przyjmuje "wujków", krzyczy, bije i nie ma czasu na zajmowanie się domem. Wszystkie obowiązki przejmuje najstarszy syn – na początku powieści zaledwie siedmioletni. Stanley, jej obecny, niby-stały partner pracuje całymi dniami, stara się, jak może, jednak nie wytrzymuje w pewnej chwili i podejmuje próbę samobójczą.

Kończy się przygoda. Nie ma już domu. Bo jakikolwiek by nie był, był ich domem. Byli razem. teraz zostali rozdzieleni. O losach niemowlaka dowiemy się dopiero na ostatnich stronach powieści. Johna władze wysyłają do ośrodka Haut de la Garenne. Robbie i Davie trafiają do sierocińca Sacre-Coer... Tamtego dnia rozpoczyna się, trwające dla Robbiego dziesięć lat, piekło...

Poniżenie, kary, ciemna komórka, molestujący pracownik, bicie, głodzenie... Zakaz zabaw, a przed wszystkim dojmująca samotność i tęsknota Oraz nieustająca nadzieja, że Stanley wydobrzeje i po nich przyjdzie, że pewnego dnia znów będą wszyscy razem. Że wróci ich świat. Jednak... nikt nie przychodzi, a jak się okazuje, sierociniec nie jest jeszcze najgorszym miejscem na tym ponurym świecie.
Robbie opowiada swą historię, choć przez całe dorosłe życie starał się o niej zapomnieć, wyprzeć się jej. Schować gdzieś głęboko i do niej nie wracać. Świat jednak miał wobec tych okropnych wspomnień inne plany i niejako zmusiło go, by do nich sięgnął. Spokojny, toczący ustabilizowane życie, lubiący rutynę, która pozwalała mu zachować logikę codzienności słyszy pewnego dnia w telewizji, że w murach Haut de la Garenne odnaleziono zwłoki dziecka, prawdopodobnie nie jedyne. Wszystkie wspomnienia wracają, jak za dotknięciem czarodziejskiej różczki. Tyle, że czarownik był po tej złej stronie, stronie ciemności, poniżenia, wzgardzenia, odrzucenia. Po stronie pełnej nienawiści i bezbronności. Dzieci, które "bardziej niż inne potrzebowały miłości, zrozumienia i ochrony", otrzymały dokładny negatyw...

Najbardziej chyba przeraził mnie ogrom... tyle bólu, tyle strachu, tylu ludzi i nikt nie pomógł tym dzieciom... Jedynie na końcu byłam bliska płaczu, kiedy Robbie odkrył, że matka przyszła po małą Denise i zostawiła tylko synów. Nie zapadła się pod ziemię, nie zniknęła, nie zabrali jej. Po prostu ich nie chciała, a dziewczynkę wzięła do domu...
Miałam problem z ustaleniem miejsca i czasu. Nigdzie nie podano dat. Domyśliłam się jedynie, że cała ta straszliwa historia działa się w latach pięćdziesiątych, być może zahaczając o początek lat sześćdziesiątych. W każdym razie chłopcy przychodzili na świat w latach wojny i tuż po jej zakończeniu, a cała opowieść snuje się na przestrzeni dekady. Początkowo myślałam, że to Stany Zjednoczone, okazało się, że nie. Jersey to jedna z wysp Normandzkich. Jersey zostało zajęte przez hitlerowskie Niemcy 1 maja 1940 roku i było okupowane aż do zakończenia działań wojennych w Europie.
Znajdowałam trochę błędów,nawet całkiem poro literówek, ale zupełnie się na nich nie skupiałam z racji wstrząsającej historii, która miałam przed oczami. Myślę jednak, że wydawnictwo Amber mogłoby się postarać o lepszą korektę.  

Nie mogę jednak nie zwrócić uwagi na błędnie przetłumaczony tytuł. "Nobody Came" oznacza dokładnie "Nikt nie przyszedł", a nie "Nikt nie przyjdzie". To istotna różnica w tej historii, nawet bardzo. Nie rozumiem takiej zmiany...






piątek, 12 lipca 2013

Adieu. Przyapdki księdza Grosera – Jan Grzegorczyk

Wydawnictwo: Zysk i S-ka
Poznań 2007
Oprawa: miękka
Liczba stron: 286
Seria: Przypadki Księdza Grosera, tom I
ISBN: 978-83-7506-782-8




"Nigdy nie wiemy, co nas prowadzi do Boga – powiedział. – Nieraz idziemy do Niego przez grzech i upadek."

Kiedy zważyć, że w pierwszym rozdziale ksiądz Groser – czyli właściwie Wacław Olbrycht – zastanawia się, czy nadal ma powołanie i czy odejście z kapłaństwa nie byłoby najlepszym rozwiązaniem... zdanie to pasuje, jak ulał. jednak nie zostawia sutanny, służy nadal, choć przyjdzie mu się tułać między jedną parafią, a drugą i to całkiem sporo czasu. Ponieważ Wacek (tak, księża też mają imiona, też mają zainteresowania i prywatne życie, jak każdy z nas) jest nie tylko kapłanem, ale również pisarzem. I to pisarzem dość poczytnym, choć pisuje dla prasy. trafne, mądre jego spostrzeżenia nie zawsze jednak radują zwierzchników, co przysparza mu wielu problemów. Przestać pisać? Może byłoby to jakieś rozwiązanie, jednak... "Życie nie jest konieczne, ale pisanie tak. Czy ktoś wiedziałby dzisiaj kim była Faustyna Kowalska, gdyby nie pisała swojego dzienniczka?"
Powieść "Adieu" jest mądra, zaskakująco prosta, a jednocześnie głęboka. Językiem, którym może dotrzeć do każdego czytelnika, Grzegorczyk przekazuje nam wiele prawd. Ot, choćby i taką, że księża są ludźmi, a nie jakimiś nadzwyczajnymi istotami bez grzechu. Upadają, jak każdy. Podnoszą się, by upaść ponownie,po czym znów wstają. A noszą w sobie znacznie więcej – bo także i nasze grzechy. Ukazując nie tylko jednego Wacława, ale również jego kolegów z seminarium, z jednej, czy drugiej parafii, zwierzchników – Autor maluje przed nami pejzaż polskiego duchowieństwa u progu drugiego millenium. Bo powieść pisana jest właśnie wtedy, kiedy Polaka zajmowała afera dotycząca poznańskiego arcybiskupa Paetza, kiedy bał się, że atak na World Trade Center może się powtórzyć także na polskiej ziemi, kiedy zastanawiał się, co przyniesie nowe tysiąclecie. Tematy te są aktualne także i dzisiaj, po upływie dekady ponad, ponieważ nadal są aktualne. Jak nie Paetz to inny. Jak nie WTC to wojna w Afganistanie, w Iraku. Jak nie nowy wiek, to kalendarz Majów...
Przede wszystkim jednak Grzegorczyk pięknie kreśli przed nami to, jak żyje przeciętny polski ksiądz. Gdyż widzimy w powieści kilka przykładów i każdy z nich jest inny. Żaden do końca dobry, żaden do końca zły. Wiele odcieni szarości w kapłańskim stanie. W kontekście posługi, przyjaźni, dochowania celibatu. Wiary, ewangelizacji. Życia rodzinnego. Powieść bowiem traktuje o wielu codziennych problemach, z którymi spotykamy się na co dzień w każdym z polskich domów. Nawet jeśli wydaje nam się on idealny – nadal przecież obowiązuje moralność wyznawana przez panią Dulską, a prawdy niejednokrotnie dowiedzieć się można jedynie w konfesjonale, albo... kiedy jest już za późno, by nieść pomoc. Grzegorczyk porusza więc takie tematy tabu jak alkoholizm, zdrada, złamanie celibatu, dążenie do bogactwa i wpływów, czy narkomania i samobójstwa. Nie boi się trudnych rozważań, a jednocześnie nie filozofuje nadmiernie, używając do tego wszystkiego prostego języka. Dociera do nas, otwiera oczy na bolesną prawdę, nie starając się moralizować. Do nas należy decyzja, którego z bohaterów polubimy, bo żadnego z nich Autor nie przekreśla. Tak, jakby żadnego z nich nie przekreślił Chrystus. Znamienne są tu słowa: "Według mnie każdy samobójca jest człowiekiem chorym, bo stracił instynkt samozachowawczy. A Bóg chorego człowieka nie opuszcza."
Osobiście nie mogę się doczekać, kiedy zakupię drugi tom z serii i poznam dalsze losy księdza Wacława.
Wydanie trafiło mi się idealne, bo pocket. poręczne, w sam raz do torebki, lekkie, laminowane. Super. Dodatkowym plusem jest to, że kosztowało zaledwie 14,99 PLN i znalazłam w nim tylko jedną literówkę. Co mnie najbardziej zaskoczyło – to brak jednego z ostatnich rozdziałów w spisie treści. Chyba jakiś drukarski chochlik się zabawił, ponieważ korekta spisała się na medal.
Pozostaje mi jedynie polecić Wam tę lekturę jako bardzo mądrą i pouczającą książkę, która otwiera oczy na wiele spraw dotyczących polskiego kapłana i Kościoła rozumianego jako wspólnota wierzących.