Fragment mojej recenzji został umieszczony na okładce powieści "Skazaniec. Z bestią w sercu" Krzysztofa Spadło


Moja recenzja została zamieszczona na okładce powieści "Wojownicy. Odwet Wysokiej Gwiazdy" Erin Hunter

Fragment mojej recenzji „Korony śniegu i krwi” został umieszczony na okładce powieści Elżbiety Cherezińskiej – "Niewidzialna korona"

wtorek, 26 maja 2015

Mrok i mgła – Stefan Türschmid


Wydawnictwo: Dom Wydawniczy REBIS
Poznań 2015
Oprawa: miękka
Liczba stron: 448
ISBN: 978-83-7818-685-4











Choć głównymi bohaterami są Sonia Buriagina i Józef Stalin, można też powiedzieć, że mamy w tej powieści do czynienia z bohaterem zbiorowym, swoistym, tak charakterystycznym dla komunizmu, kolektywem. Bo choć Sonia ma czytelnikowi ukazać okrucieństwo totalitarnego systemu, to z nią ma się czytelnik zżyć, jej dopingować, ją polubić, jej współczuć, nad nią się czasem litować – to przecież jest ona symbolem, jest jedną z milionów – zarówno na początku opowieści, jak i na jej końcu.
Autor wyśmienicie poradził sobie z ukazaniem radzieckiej Rosji oczami dwóch różnych osób, mianowicie młodej dziewczyny wierzącej w ideały i starszego mężczyzny, który – choć czysto teoretycznie o te ideały walczył – widzi w nich niebezpieczeństwo i tępi ideowców w obawie przed tym, by nie odebrali mu władzy. Młodość i wiara (w socjalizm i komunizm, proszę nie mylić z wiarą w Boga), a z drugiej strony dojrzałość i zimna kalkulacja. Kobieta i mężczyzna. Ona – kochająca i pełna zaufania, on – przepełniony goryczą i widzący wszędzie czającą się zdradę. Pomiędzy nimi Kraj Rad, Wojna Ojczyźniana, zimna wojna. Świat zmierzający ku zagładzie...
Sonia pochodzi z rodziny o komunistycznych tradycjach. Oboje rodzice należą do Partii, a ukochana babcia Olga walczyła o socjalizm jeszcze w czasach caratu. Sonia, niemalże ślepo wierząca w Stalina, który przecież, parafrazując, "wielkim wodzem był", robi swoją małą nastoletnią karierę w Komsomole. Pewnego dnia nawet... widzi przejeżdżający przez ulice Leningradu samochód, z którego okna kiwa do niej sam Generalissimus. Przeżywa pierwszą miłość, pierwsze rozstania, pierwsze tajemnice. Wszystko wydaje się piękne – wszak komunizm to ustrój prowadzący Rosjan do raju. Dlaczego więc aresztowano jej ojca, a potem matkę, dlaczego musiał zginąć ktoś bliski? Przecież byli dobrymi komunistami, a Stalin się nie myli. Nie myli się NKWD. Z pewnością ci wszyscy pozostali aresztowani byli zdrajcami, ukrytymi imperialistami, których należało zamknąć, wysłać do obozów pracy, gdzie zrozumieją prawdę, gdzie docenią pracę i uwierzą w komunistyczne ideały. Przecież NKWD się nie myli, może tylko te dwa, trzy razy, kiedy do więzienia trafili bliscy Soni. Reszta, reszta na pewno znalazła się w areszcie zasłużenie.
Młodość i pewna naiwność tak naturalna w młodym wieku w połączeniu z ustrojem, który zdawał się być idealny w teorii i który przecież chwalony był również w innych krajach Europy sprawią, że Sonia długo jeszcze  nie dostrzeże prawdy. Czym bowiem jest prawda? Czy kiedy wreszcie przejrzy na oczy, nie będzie już za późno? Czy można zwyciężyć z taką machiną śmierci, jaką stworzono w Kraju Rad?
Stalin... doskonale zdający sobie sprawę z tego, że daleko już odszedł od ideałów, że system, na którego czele stoi jest okrutny i tępi każdy przejaw wolności. Bliskich współpracowników należy się co jakiś czas pozbywać, by ich władza nie stała się zbyt silna. Wszak im są słabsi, a społeczeństwo bardziej ogłupione – tym łatwiej rządzić. Jednak wie również, że każda moneta ma dwie strony. Mogą się pojawić tacy, którzy będą chcieli pozbyć się jego. Bowiem z wiekiem przychodzi świadomość, że miłość do Wodza bywa przez niektórych jedynie udawana i że nawet wśród najbliższych są tacy, którzy chętnie zajęliby jego miejsce.
Dwa różne światy, można by powiedzieć. W jednym kraju, który nieuchronnie dąży do zguby. Szczególnie pod koniec wojny, kiedy zaczyna się na dobre wyścig zbrojeń, a każdy z bloków chce jako pierwszy skonstruować bombę atomową, termojądrową, a w końcu wodorową. Który z wywiadów sojuszniczych państw pozyska Sonię?
Türschmid snuje przed czytelnikami historię jednocześnie fascynującą i przerażającą. W niektórych momentach miałam wrażenie, że czytam naukowe opracowania na temat ubeckich więzień w Polsce w latach tuż po wojnie. Naprawdę było to straszne. Język, którego używa Autor jest barwny i idealnie oddaje klimat powieści oraz charakter jej bohaterów i nastrój konkretnych scen. 
Ludzkie dramaty, upadek ideałów, wielkie nadzieje zaprzepaszczone przez śmierć milionów ludzi – w walce na froncie, w bombardowanych domach i w domowych pieleszach, na skutek panującego głodu i braku najbardziej podstawowych środków do życia. W końcu zderzenie kompletnej nędzy z suto zastawionymi stołami partyjnych i wojskowych prominentów. Wiecznie żywe widmo zesłania do łagrów i rosnący strach przed wojną atomową. A wszystko to widziane oczami dwojga zupełnie różnych i obcych sobie ludzi, którzy "spotkali się" dosłownie na ułamek sekundy.
"Mrok i mgła" to mocna, dobrze napisana, trzymająca w napięciu powieść ku przestrodze. Powinien przeczytać ją każdy.
Wydanie przygotowano z dużą starannością. Okładka jest niesamowicie wytrzymała  wiem, gdyż czytałam książkę w wielu różnych miejscach, niekoniecznie na nią uważając jak należy, a wygląda jak nowa. Korekta i redakcja na piątkę. Polecam.











Książkę przeczytałam dzięki życzliwości Domu Wydawniczego REBIS
http://www.rebis.com.pl/ 


poniedziałek, 18 maja 2015

Targi, targi i po targach czyli WTK A.D. 2015 za nami

Tym razem nie będę się rozpisywać. Nie raz już "katowałam" Was bardzo długimi reportażami z różnych książkowych imprez i wyjazdów. Raz, że po Targach dużo jest do zrobienia, a doba nie chce się rozciągnąć, dwa, że nie jestem pewna, jak przyjmujecie takie wyczerpujące ilością słów teksty – postanowiłam więc napisać tylko kilka słów i zakończyć całość całkiem przyjemnymi zdjęciami potargowmi.
Chyba jeszcze dotąd nie udało mi się tyle razy obejść całego Stadionu Narodowego. W czwartek pobiłam własny rekord – siedem "kółek". Jeśli dodać do tego noszenie ciężarów (książki, książeczki, książunie), to mam za sobą całkiem niezły trening fizyczny. Pewnie dlatego czuję się, jakby po mnie przynajmniej jakiś czołg przejechał i to kilkukrotnie. Odkryłam nowe mięśnie w moim ciele, z których istnienia nie zdawałam sobie nawet sprawy (choć w dzieciństwie ludzka anatomia była moim hobby). Było jednak warto, oj było.
Ciekawe dyskusje – m.in. o stanie czytelnictwa w Polsce, czy o wypracowaniu pewnych zasad pomiędzy tłumaczami literackimi a wydawnictwami – dziesiątki wydawnictw, które naprawdę mają bogatą ofertę, spotkania z autorami (dziękuję szczególnie panu Wiosce i panu Wodołazkinowi), autografy, konkursy, wspaniałe nagrody. Niezapomniane rozmowy z innymi blogerami i przedstawicielami wydawnictw. Naprawdę moc wspaniałych wspomnień, które – mam nadzieję – zaowocują owocną współpracą. Mam już dla Was kilka niespodzianek, także śledźcie bloga i szukajcie nowości.
Poniżej zdjęcia moich nowych książek. Część od wydawnictw, część z wymiany książkowej portalu lubimyczytac.pl, kilka wygrałam w konkursie zorganizowanym przez portal granice.pl :)




A dla tych, którzy jeszcze nie widzieli – tak oto prezentuje się pierwsza, blogowa, strona mojej nowej wizytówki :)


niedziela, 17 maja 2015

Francuska opowieść – Krystyna Mirek

Wydawnictwo: Filia
Poznań 2015
Oprawa: miękka ze skrzydełkami
Liczba stron: 342
ISBN: 978-83-8075-007-4
 
 
 
 
 
 
 
Pamiętacie opowieść o Berenice zwanej Beatą, która miast wymarzonych wakacji na Krecie, spędzanych w ramionach ukochanego mężczyzny, została tam sprzątaczką i zrozumiała, że jej związek jest toksyczny i należy go zakończyć? Być może i Was zmyliła Krystyna Mirek i myśleliście, że to już koniec perypetii bohaterów "Szczęście all inclusive". Niezależnie od tego, czy ulegliście temu złudzeniu, czy nie – oto dalsze losy Bereniki, Jakuba i Oliwii (a w tle także kilka słów o Agnieszce i Kostasie).
Na powrót ze słonecznej Krety Berenika czekała z wytęsknieniem, bo choć to przecudna wyspa, to jednak serce rwało się do domu i Jakuba, którego oświadczyny przyjęła. Wystrojona wsiadła do samolotu, marząc już o romantycznym powitaniu na lotnisku, o wspaniałym zakończeniu wakacyjnego romansu i szczęśliwym życiu u boku zaradnego mężczyzny, jakże innego od Kacpra. Lądowanie okazało się jednak twarde i Beacie przydał się twardy... wiecie co. Zderzenie z rzeczywistością spowodowało u niej wielki zalew wątpliwości. Bo czy Jakub na pewno jest tym jednym jedynym? Jakie mają gwarancje, że ich związek będzie szczęśliwy i przetrwa długie lata, dopóki śmierć ich nie rozłączy? Jak może być tego pewna widząc kłócących się wciąż, właściwie bez powodu, rodziców? Oglądanie pleców Jakuba, kiedy ten próbuje napisać zaległy artykuł wywołuje u niej mnóstwo wspomnień z czasów, kiedy Kacper też wciąż "próbował", "pisał", "starał się", a ona musiała zając się bardziej przyziemnymi sprawami – rachunkami, zakupami, domem – rezygnując jednocześnie ze swoich marzeń. Czy rzeczywiście kobiety wchodzą dwa razy do tej samej rzeki i nie potrafią znaleźć wymarzonego mężczyzny? Przecież Agnieszce się udało. Może jednak ona wyczerpała pulę i dla pozostałych kobiet nie ma już szans...
Kolejna ciepła i mądra powieść autorstwa Krystyny Mirek przenosi nas tym razem do pięknej, południowej Francji. Słońce, winnica i stary zamek, w którym żyje tajemniczy pan hrabia. Stary, kamienny dom, koty, wredny zarządca i na dodatek... Oliwia i Kacper – oto podróż przedślubna Bereniki i Jakuba. Co będzie dalej? Przekonajcie się sami.
Autorka wprowadza nowe postaci, które odegrają niebagatelną rolę w życiu znanych nam już bohaterów, a w niektórych chwilach wysuną się wręcz na pierwszy plan. Wzruszy Was z pewnością tragiczna historia Aleksa i jego rodziny. Nie wątpię, że i romantyczna opowieść sprzed lat, która zaważyła na losach hrabiego i jego winnicy zakręci Wam łezkę w oku. Trochę rozbawi też chemia, która wywiązuje się od pierwszej chwili pomiędzy Kacprem i piękną Marie, choć ona nie zna polskiego, a on francuskiego. Cóż, mowa ciał bywa czasem znacznie ważniejsza...
Krystyna Mirek skupia się tym razem na temacie poczucia bezpieczeństwa. Każdy z nas przecież czegoś się obawia, szczególnie w chwilach, w których życie niesie zmiany. są jednak na świecie ludzie pewni siebie, którzy zdają się nie bać niczego. Taką osobą jest Oliwia – kobieta sukcesu, budząca postrach i poważanie pani redaktor poczytnego czasopisma. Do wszystkiego doszła sama, dzięki własnej ciężkiej pracy. Skrywa jednak tajemnice z dzieciństwa, tajemnice, które może odkryć tylko ktoś bardzo dobrze potrafiący czytać z ludzi. 
Są też i tacy, którzy nigdy w siebie nie uwierzyli. Którzy zawsze i na każdym kroku zdają się wszystkich zawodzić. Którzy wciąż, cokolwiek by nie robili, dostają "kopa w tyłek" – od innych, albo po prostu od życia. Którzy nawet dla najbliższych są skończonymi zerami, niewartymi niczego. Do nich zaliczyć można Aleksa. Czy znajdzie w sobie siłę, by uwierzyć we własne siły i podjąć właściwą decyzję? Czy będzie się kierował przede wszystkim dobrem swoich małych córeczek, czy znów uprze się i postawi po prostu na swoim, niezależnie od tego, jak wiele osób przy tym skrzywdzi?
"Francuska opowieść" bowiem to także powieść o podejmowaniu wyborów i radzeniu sobie w trudnych życiowych sytuacjach.
Żaden ludzki związek nie jest prosty. To ciągłe kompromisy, rozmowy, czasami próba sił. Jednak prawdziwa miłość jest w stanie zwyciężyć wszystko. Czy wyjazd do słonecznej Francji okaże się dla Bereniki i Jakuba lekarstwem, czy może unaoczni im, że nie są dla siebie stworzeni? Czy Oliwię i Aleksa rzeczywiście coś połączy, potwierdzając regułę, że kto się czubi ten się lubi, czy to jedynie przyciąganie się dwóch ciał, które nie są w stanie być ze sobą? Czy zraniona w przeszłości Marie będzie potrafiła odnaleźć szczęście w ramionach wiecznego chłopca, który w gruncie rzeczy myśli jedynie o sobie?  I w końcu, czy hrabia znajdzie ukojenie i spokój duszy w ostatnich dniach swego życia?
Najnowsza powieść Mirek wydaje mi się jeszcze jeszcze dojrzalsza od wcześniejszych. Widać, że Autorka z każdym kolejnym tekstem głębiej wnika w ludzką duszę i serce. Zdaje się być doskonałym psychologiem. Dotyka tematów, które są powszechne, a o których jednak się nie mówi ani nie pisze/czyta. W mądry sposób, pełen ciepła i delikatnego humoru, roztacza przed czytelnikami nie tylko widok pięknych winnic, ale również niezbadane ścieżki ludzkich uczuć. Już nie mogę się doczekać jej kolejnej powieści.
Czy mam jakieś zastrzeżenia? Chciałabym napisać, że nie. Niestety, nie ma tak dobrze. W książce znalazłam zdecydowanie zbyt wiele literówek, by móc ją pod tym kątem ocenić jako dobrą. Komuś się chyba trochę przysnęło.
 
 
 
 
 
 

środa, 13 maja 2015

Meczet Notre Dame rok 2048 – Elena Czudinova

Wydawnictwo: Varsovia
Warszawa 2012
Oprawa: miękka
Liczba stron: 310
Tytuł oryginału: Мечеть Парижской Богоматери. 
La Mosquée Notre Dame de Paris:
année 2048
Przekład (z rosyjskiego): Aleksandra Lewandowska
ISBN: 978-83-61463-03-0
 
 
 
 
 
 
 
Powieść napisana w 2004 roku odbierana mogła być wówczas jako futurystyczna. Czy dziś nadal można ją tak postrzegać? W pewnym sensie tak, choć przez tę dekadę wiele się wydarzyło. Niestety, wiele wskazuje również na to, że obawy Autorki mają poważne podstawy i jeśli Europa nie zastanowi się poważnie nad kwestią poprawności politycznej, a Kościół nad zrównywaniem wszystkich religii... pewna wariacja przedstawionej przez Czudinovą fabuły może stać się rzeczywistością tak naszą, jak i naszych dzieci i wnuków.
Głównym miejscem akcji jest Francja, choć Autorka wspomina również o innych państwach. Często przewija się tutaj Rosja, ważną rolę odgrywają Grecja i Serbia, w pewnym momencie okazuje się także, że Polska jest poniekąd... centrum chrześcijańskiego świata. Jednak kraje te pojawiają się "jedynie" we wspomnieniach bohaterów, choć ich historia na przestrzeni lat, czy nawet wieków jest tym, co tych ludzi ukształtowało i sprawiło, że w ostatecznej walce staną na swoich pozycjach. 
Paryż to strefa szariatu. Euroislam jest silny, jak nigdy dotąd. Chrześcijańska Europa poszła w zapomnienie, gdy powoli państwa oddawały coraz więcej władzy muzułmanom. Gdy w 2030 papież abdykował i Tron Piotrowy pozostał pusty (choć, jak się przekonacie wraz z jednym z głównych bohaterów, nie do końca była to prawda), wyznawcy Allaha osiągnęli zwycięstwo. Palono książki, zamknięto kina, ocenzurowano Internet, kobietom nakazano nosić parandże i być całkowicie posłusznymi mężom. Kościoły już wcześniej zamykano, klasztory podlegały kasacji. Powstawały w nich meczety. Tak też się stało z piękną, gotycką katedrą Notre Dame, która jest przecież także pewnym symbolem nie tylko wiary, ale i długowiecznej kultury europejskiej. Teraz (czyli w roku 2048) nosi ona nazwę meczetu Al-Franconi.
Książkę można czytać i postrzegać w dwóch wymiarach. Pierwszym z nich jest akcja – dość wartka, interesująca, na końcu naprawdę mocno trzymająca w napięciu. Ładnie się rozwijająca i dobrze skonstruowana. Trzeba przyznać, że Autorka miała ciekawy pomysł i całkiem dobrze poradziła sobie z jego realizacją. Choć może nie jest to dzieło wybitne pod kątem literackim, jest naprawdę dobre. Jednak już po kilkunastu stronach wiedziałam, że "Meczet..." czytam zupełnie pod innym kątem. Mianowicie najważniejsze są tu postawy bohaterów, ich przemyślenia i dyskusje, a także – co się z tym wiąże – edukacyjny aspekt tekstu. 
Bohaterów nakreśliła Czudinova wielu, choć można z łatwością wymienić kilka najważniejszych osób. Będą to więc Rosjanka Sonia Sevazmiou, Serb Słobodan, Francuzi: ksiądz Lotair, Jeanne, Eugene Olivier i Valerie, czy prawowierni: Kassim, Asette, Zinab i Abdullah. Ukazując świat ich oczami, Autorka pokazała różne postawy ludzi wobec wyborów, jakich przychodzi im dokonywać. Zobrazowała też Paryż pełen skrajności – bogate domy prawowiernych, szczególnie imama meczetu Al-Franconi i straszliwe warunki, w jakich żyją ci, którzy się nie chcieli "nawrócić". Obraz paryskiego getta, choć pojawia się jedynie w swoistych przebłyskach, jest przerażający. Powraca wspomnienie gett tworzonych przez faszystowskie Niemcy, nie sposób się przed tym obrazem uchronić. Równie okropna jest scena, w której dochodzi do ukamienowania starszego mężczyzny, którego skazano na tę okrutną karę za... wytwarzanie wina. Świat, w którym przyszło żyć bohaterom Czudinovej jest z jednej strony straszliwy, a z drugiej bardzo realny. Można o tej powieści powiedzieć, że jest futuryzmem, który powoli staje się rzeczywistością.
Autorka na samym początku zastrzega, że wszystko, co opisała jest wytworem jej wyobraźni i nie utożsamia się z opiniami swych bohaterów. Jednak nie sposób nie uznać, że powieść jest swoistym ostrzeżeniem. Przy czym, jeśli czytać uważnie, dochodzi się do wniosku, że wbrew wszystkiemu, Autorka wcale nie nawołuje do nienawiści muzułmanów, do zamykania się przed nimi. Przestrzega przed niebezpieczeństwem, jakie niesie ze sobą islamizacja Europy, ale przecież pięknie wykazuje, że nienawiść i chęć zemsty wcale nie dają człowiekowi radości i poczucia spełnienia. Że zemsta wcale nie jest słodka, że słodsze jest... wybaczenie.
Książka na poziomie edukacyjnym jest natomiast prawdziwą perełką. W samej treści, jak w licznych przypisach Autorka, Tłumaczka i Redakcja przekazują czytelnikowi naprawdę sporą dawkę wiedzy o historii, filozofii i religii. Osobiście jestem osobą, która żywo interesuje się historią i współczesnością Kościoła. Chyba jeszcze nigdy dotąd nie spotkałam się w beletrystyce z taką ilością informacji dotyczących liturgii i różnic między Kościołem czasów trydenckich a Kościołem tzw. posoborowym (czyli po soborze watykańskim II), choć dużo na ten temat czytam. Żadna powieść nie zwraca na to tyle uwagi. Zresztą to nie tylko kwestia zwracania uwagi na szczegóły – w powieści Czudinovej te szczegóły to nie tylko dodatek, czy tło – one są niezmiernie ważne nawet dla samej akcji książki, a niektórzy bohaterowie w nich właśnie dopatrują się... przyczyn, dla których islam opanował zachodnią Europę.
W pewnym sensie mistyczne zakończenie jest jakby zwieńczeniem licznych symboli, do których zaliczyć można choćby wiek księdza Lotaira (33 lata, jak Chrystus umierający na krzyżu), stygmaty Valerie, czy powrót chrześcijan do katakumb (niczym za czasów apostolskich). 
"Meczet Notre Dame..." nie jest książką łatwą, nie czyta się jej szybko, połykając kolejne strony. Czytelnik co chwile przystaje, by zastanowić się nad sensem tego, o czym właśnie przeczytał. Choć owszem, są takie fragmenty, które czyta się raczej z zapartym tchem i raczej jedynie dla dobrej, wartkiej akcji, ale ich jest jednak mniej. Aktualność tematu i bardzo ciekawa konstrukcja powieści sprawiają, że jest to książka, po którą warto sięgnąć, choć korekta i redakcja zdawała się w niektórych momentach trochę przysypiać. Na szczęście tych momentów było niewiele. Być może... osoby za nie odpowiedzialne również w tym czasie przeżywały głębokie przemyślenia nad przyszłością Europy i świata.
 
 
 
 
 
 
 
Książkę przeczytałam dzięki życzliwości Wydawnictwa Varsovia

 
 
 
 
 
 
 

sobota, 9 maja 2015

Laur – Jewgienij Wodołazkin

Wydawnictwo: Zysk i S-ka
Poznań 2015
Oprawa: miękka ze skrzydełkami
Liczba stron: 353
Tytuł oryginału: лавр
Przekład (z rosyjskiego): Ewa Skórska
ISBN: 978-83-7785-600-0







Kiedy jakiś czas temu zobaczyłam tę okładkę, zauroczyła mnie ona. Rosyjskobrzmiące nazwisko Autora również było plusem. Jeśli nie liczyć kolejnej przygody z "Mistrzem i Małgorzatą", dawno już nie czytałam niczego wschodniego. Kiedy jeszcze doczytałam, że powieść otrzymała nagrodę literacką "Wielka Księga", a Wodołazkin nazywany jest "rosyjskim Umberto Eco"... nie miałam wątpliwości, że książkę te po prostu przeczytać muszę. Tak oto rozpoczęła się moja niesamowita podróż przez średniowieczną Rosję i ludzką duszę. Podróż, w której moim przewodnikiem był niejaki Arsenij z Rukinej słobodki.
Głównego bohatera poznaje czytelnik jako małego chłopca i raczej zainteresowanie swe kieruje początkowo w stronę jego dziadka, Christofora. Już jednak od pierwszych stron domyśla się, że Arsenij przerośnie dziadka w boskiej i ludzkiej wielkości. Kim zatem byli ci niepozorni ruscy ludzie, którzy mieszkali w Rukinej słobódce gdzieś na przełomie XV i XVI stulecia? Uzdrowicielami, Bożymi mężami, znachorami, uczonymi, jurodiwymi? Chyba wszystkim po trochu. Przede wszystkim jednak wyjątkowo spostrzegawczymi i ciekawymi życia ludźmi, których miłość do bliźniego zbliżała do nieba.
Gdy Christotof umiera, Arsenij niejako "zajmuje" jego miejsce. Teraz do niego przychodzą chorzy poszukujący złagodzenia bólu. Początkowo jedynie fizycznego, szybko jednak okazuje się, że Arsenij posiada dar znacznie większy niż jego dziadek. Być może zostałby w Rukinej słobodce do końca swych dni, niosąc pomoc potrzebującym sąsiadom. Być może znalazłby tam żonę, spłodził dzieci, przedłużył ród i znalazł spokój. Jednak życie komplikuje się znacznie, gdy pewnego dnia do drzwi jego chaty puka Ustina, dziewczyna, której nikt inny wpuścić nie chce, gdyż jest jedyną ocalałą ze wsi wymarłej z powodu morowego powietrza. Tak, średniowiecze to czas wielu epidemii, a moru bał się każdy logicznie myślący, nawet jeśli nie był specjalnie rozgarnięty. Ustina pokaże Arsenijowi, czym jest miłość, ale również całkowicie odmieni jego losy. To z jej powodu wyruszy on w daleką podróż, a wszystkie jego czyny, aż do późnej starości i śmierci włącznie powodowane będą chęcią zapewnienia jej zbawienia.
Jeśli to nie zachęciło Was do sięgnięcia po książkę, być może zainteresujecie się nielinearnością czasu, przejściami od Arsenijowej teraźniejszości do teraźniejszości, którą znamy my. Być może skuszą Was liczne "złote myśli", od których powieść się roi, a które jednak nie powodują przesytu, a jedynie kierują czytelnika wgłąb jego duszy. Bo ruska dusza Arsenija, którego znano pod wieloma imionami (Rukiniec, Medyk, Ustin, Ambroży i w końcu Laur), jest niejako odbiciem duszy każdego z nas. Choć akcja w zdecydowanej większości dzieje się w XV i XVI wieku, to przeżycia i przemyślenia bohaterów stworzonych przez Wodołazkina są bardzo aktualne. Tak samo jak strach przed końcem świata, którego oczekiwano w roku siedmiotysięcznym od stworzenia świata (czyli  AD 1500). Bo czyż nie boimy się tego, że wszystko się zakończy? I czy w obliczu tego końca warto jest się czymkolwiek przejmować, o cokolwiek dbać, o cokolwiek martwić? Czy jeden dzień czyni różnicę? A jeśli jednak koniec nie nadejdzie, a na czyny i słowa będzie już za późno?
"Laur" jest powieścią, której nie czyta się szybko, jest historią, którą się kontempluje, którą się rozważa, nad którą się zamyśla i zatraca. Nie nadaje się raczej dla osób, które w książkach czytają jedynie dialogi i szukają w nich wartkiej akcji. Zresztą dialogi nie są tu zaznaczone myślnikami, stąd ciężko je odnaleźć komuś, kto nie czyta dokładnie całości. To bardzo udany zabieg, ponieważ czytelnik nie rozprasza się spoglądaniem w dół i doczytywaniem dalszego ciągu rozmowy, z pominięciem tego, co pomiędzy. A zarówno w samych dialogach, jak i w narracji każde słowo ma znaczenie. 
Arsenij nie leczył, on uzdrawiał. Zioła i leki były jedynie dodatkiem, ale cudów dokonywał dzięki głębokiej wierze – swojej i tych, którzy do niego przychodzili z prośbą o pomoc. Niósł na swych barkach wielką odpowiedzialność za ludzkie zdrowie i życie, a także za zbawienie dusz, o które nie potrafił zatroszczyć się za życia. Szukał odpowiedzi na trudne pytania, jak i my dzisiaj szukamy. Przemierzył większość znanego w owych czasach świata, by w końcu zatoczyć swoisty krąg i wrócić do źródeł. 
Język powieści jest przepiękny, widać w nim prawdziwy kunszt artysty, a nie tylko osoby, która chce za pisarza uchodzić. Wodołazkin jest rzeczywiście Artystą pióra. 
Do wydania nie mam właściwie żadnych uwag. Poza cudowną okładką, która mnie do tej książki przyciągnęła w pierwszej chwili, na pochwałę zasługują również korekta i redakcja. Tłumaczenie jest tak piękne, że czasem zupełnie zapominałam o tym, iż książka, którą czytam, jest przekładem. Dodatkowym atutem są również przypisy, które pozwalają lepiej zrozumieć późnośredniowieczną Rosję.
Jest to książka naprawdę wybitna, jedna z tych, których cena okładkowa w żaden sposób nie pokrywa się ze wspaniałą zawartością stronic i wydaje się wręcz symboliczna. Wszak 34,90 zł to rzeczywiście cena niezbyt wygórowana za tak wyśmienite, inteligentne, porywające i skłaniające do wejrzenia wgłąb siebie dzieło.
Za tydzień kolejne Warszawskie Targi Książki, a na nie zawita nie kto inny, jak właśnie Jewgienij Wodołazkin. Nie mogę już się doczekać spotkań z człowiekiem, który stworzył tak nieprawdopodobnie głębokie i zarazem literacko piękne dzieło.



Książkę przeczytałam dzięki życzliwości Wydawnictwa Zysk i S-ka

wtorek, 5 maja 2015

Sweetland – Michael Crummey

Wydawnictwo: Wiatr od Morza
Gdańsk 2015
Oprawa: miękka
Liczba stron: 372
Przekład (z angielskiego): Michał Alenowicz
Tytuł oryginału: Sweetland
ISBN: 978-83-936653-7-2






Michael Crummey znów zabiera nas w niezwykłą wyprawę do Nowej Funlandii, choć tak naprawdę przekonacie się, że zwiedzając wyspę Sweetland de facto  podróżujecie po sercu i umyśle głównego bohatera, Mosesa Louisa Sweetlanda. Czy wyspa wzięła swą nazwę od nazwiska jego przodków (czyt. Swietlund, stare szwedzkie nazwisko), czy może pierwsi osadnicy nazwali się tak, by stworzyć pewną więź z wyspą – Autor nie wyjaśnia do końca genezy tego eponimu. Jakkolwiek, trudno byłoby nie dopatrzyć się głębokich więzów łączących Sweetlanda ze... Sweetland.
Powieść jest jednocześnie oszczędna i magiczna, zupełnie jak okładka polskiego wydania. Urzeka, a jednak gdzieś w środku czytelnik odczuwa jakiś nieokreślony lęk. O bohaterów, o samą wyspę, czy może o coś więcej? Trudno orzec. Może w tym właśnie tkwi kunszt Crummeya – że jednym zdaniem (nie mówiąc o całej powieści) potrafi wywołać w czytelniku całą gamę, czasem zupełnie sprzecznych, uczuć. 
Kiedyś Sweetland była zamieszkiwana przez szczęśliwych ludzi. Ciężko pracujących Nowofunlandczyków, którzy jednak zawsze potrafili sobie poradzić. Wszystko jednak uległo zmianie po wejściu memorandum na połów dorsza. Teraz ludzie ledwie wiążą koniec z końcem, często na długie miesiące są zmuszeni opuszczać rodzinne domy i za pracą udawać się na stały ląd. Kiedy więc rząd proponuje im sowitą rekompensatę za to, że opuszczą wyspę, niektórzy przyjmują to za dobrą monetę. Inni wahają się krócej bądź dłużej, jednak tych, którzy mówią zdecydowane "nie" jest coraz mniej. Wśród nich oczywiście Moses. 
Czy opiera się ze względu na przywiązanie, na wspomnienia, na miłość, jaką darzy własny dom i kawałek ziemi, na której on stoi? Czy może to bardziej przekora? Może złośliwość? Czy chce zostać dlatego, że pragnie umrzeć tu, gdzie się urodził, czy też może chodzi o obietnicę złożoną Jessemu, wnukowi siostry? Bo nie ma wątpliwości, że od domu, przyjaciół, wyspy i wszystkiego innego, Jesse jest dla Sweetlanda najważniejszy.
Na początku miałam lekki problem ze zrozumieniem, kto jest kim, szczególnie w stosunku do głównego bohatera. Na wszystko jednak przyszła pora i okazało się, że Crummey doskonale wiedział, kiedy powinien dołożyć kolejny klocek do tej swojej nostalgiczno-melancholijnej układanki. Powoli, powoli, akcja brnie ku oczywistemu zakończeniu, gdy nagle... Autor, niczym sprawny chirurg, wykonuje cięcie, które całkowicie zmienia życie na wyspie. Poleje się krew, choć nie będzie to typowa dla amerykańskich filmów sieczka, ale wzruszająca, pełna napięcia scena, która zaważy na losach wielu bohaterów, a później... Później Crummey zacznie niejako drugą opowieść.
Jak wspomniałam akcja powieści jest powolna. Choć to nie do końca prawda. Można w przypadku tej książki mówić o dwóch równoległych opowieściach – głównej, która rozpoczyna się od ostatniej fazy pertraktacji rządu z mieszkańcami wyspy i drugiej, niby pobocznej, która okazuje się tą ważniejszą, a która przenosi nas w przeszłość Sweetlanda. Retrospekcyjna opowieść o głównym bohaterze pozwala bowiem zrozumieć jego serce i duszę, jego wybory, charakter, przyjaźnie, które zawarł na przestrzeni swego długiego życia. Wszystkie wspomnienia, od dzieciństwa i tragicznej, tajemniczej śmierci brata począwszy, a na ostatnim Bożym Narodzeniu skończywszy, dają nam obraz tego, jakże ciekawego i doświadczonego przez życie, człowieka.
Crummey wspaniale buduje postaci. Wyłaniają się poniekąd z mgły, niczym statki u wybrzeży Nowej Funlandii. Natomiast opisane w retrospekcjach wydarzenia charakteryzują się dużo bardziej wartką akcją. Ciekawy jest również sposób zapisu dialogów w tych scenach – nie zaczynają się one klasycznie od myślników. W pierwszej chwili nie byłam tym zachwycona. Wiadomo, utrudnia to na początku odróżnienie rozmów od narracji. Natomiast bardzo szybko się do tego zabiegu przyzwyczaiłam i uznałam, że jest jednocześnie piękny i logiczny. Dzięki niemu czuło się, że te rozmowy Sweetland rzeczywiście pamięta, że poznajemy jego wspomnienia, a nie historię opowiedzianą przez narratora.
"Sweetland" to opowieść o samotności, przywiązaniu, o ludzkim życiu przepływającym gdzieś między palcami, ale także o nieustannej walce, sile woli i ducha. O schyłku pewnego zamkniętego świata, którego wyspa i jej ostatni mieszkaniec są symbolami.
Powieść napisana jest po prostu rewelacyjnie. Pięknym, obrazowym językiem, który tworzy niezapomniany klimat. Przekład autorstwa Alenowicza to również prawdziwe mistrzostwo. Nie czytałam książki w oryginale, ale nie wydaje mi się, by można ją przetłumaczyć z większą miłością i kunsztem. Jeśli do tego dodacie jeszcze klimatyczną okładkę (do której oryginalna się zupełnie nie umywa) i wykonane na ocenę celującą korektę i redakcję (mam egzemplarz przed ostateczną korektą, a znalazłam zaledwie dwa błędy) to otrzymujecie książkę naprawdę z najwyższej półki.
Jedyne, czego zupełnie w powieści Crummeya nie zrozumiałam to to, dlaczego właściwie rząd postanowił wysiedlić Sweetland, a jej mieszkańcom zaoferował sowite zadośćuczynienie. Wszak nic się później na wyspie nie działo, po prostu... zakończyła w pewnym sensie swój żywot. Choć... może o to właśnie chodziło, o uśmiercenie pewnego starego porządku świata, świata, który nie ma już prawa istnieć w XXI wieku?




Za egzemplarz recenzencki dziękuję Wydawnictwu Wiatr od Morza