Fragment mojej recenzji został umieszczony na okładce powieści "Skazaniec. Z bestią w sercu" Krzysztofa Spadło


Moja recenzja została zamieszczona na okładce powieści "Wojownicy. Odwet Wysokiej Gwiazdy" Erin Hunter

Fragment mojej recenzji „Korony śniegu i krwi” został umieszczony na okładce powieści Elżbiety Cherezińskiej – "Niewidzialna korona"

czwartek, 28 maja 2020

Kult – Łukasz Orbitowski

Wydawnictwo: Świat Książki
  Warszawa 2019
Oprawa: miękka
Liczba stron: 480
ISBN: 978-83-813-9098-9







To już kolejna pozycja przeczytana w ramach Dyskusyjnego Klubu Książki i właśnie uświadomiłam sobie, że jeszcze ani słowem nie pisnęłam o tym, jak ten klub działa. Na początek zatem słów kilka na ten temat. Spotykamy się raz w miesiącu. Na każdym spotkaniu omawiamy jedną książkę. wcześniej jest ona wybierana, w demokratyczny sposób, poprzez klubowiczów. Wypożycza ją nam biblioteka (w naszym przypadku gminna) z Instytutu Książki i mamy spokojnie cały miesiąc na zapoznanie się z nią. Dotychczas spotykaliśmy się w bibliotece, obecnie, z powodu pandemii, łączymy się przez Internet. Dyskutować jednak o książkach nie przestaliśmy. Takich klubów jak nasz jest w Polsce coraz więcej. Może i Wy poszukacie jakiegoś dla siebie? Gorąco polecam!
W ostatniej ankiecie wybrałam inny tytuł, którym byłam bardziej zainteresowana. Ciekawe, że również Łukasza Orbitowskiego, choć dotąd nigdy jeszcze niczego jego autorstwa nie czytałam. Padło jednak na "Kult" (zdecydowała większość), o czym dowiedziałam się wieczorem, w czasie spotkania on-line. Rano tego samego dnia czytałam artykuł o objawieniach, w którym był między innymi fragment o Oławie. Niesamowity zbieg okoliczności, bo jakoś nigdy się tym tematem specjalnie nie interesowałam – zdecydowanie bardziej pociąga mnie biblistyka i liturgika, choć jakiś czas temu zajęcia o objawieniach na teologii miałam. Zatem padło na książkę, której przewodnim tematem są objawienia w Oławie...
Do pierwszego objawienia miało dojść w 1983 roku. Z oczywistych powodów nie mogę tego pamiętać, bowiem w styczniu tamtego roku dopiero pojawiłam się na tym świecie. Lata osiemdziesiąte pamiętam z perspektywy bardzo radosnego, szczęśliwego dzieciństwa spędzonego w rodzinnym gronie (w dużym mieście) i przez długi czas miałam problemy z zaakceptowaniem tego, że nie wszystkim żyło się wówczas tak sielsko-anielsko. 
Choć historia oławskich objawień rozpoczyna się w latach 80, bohaterowie sami mają swoją historię. Urodzili się zaraz po wojnie, są więc rówieśnikami mojej mamy i myślę, że to ona mogłaby powiedzieć coś więcej na temat tego, czy świat przedstawiony w dziecięcych i młodzieńczych wspomnieniach Zbyszka przypomina rzeczywistość. Z tego jednak, co czytam w Internecie, jest to rzeczywistość dobrze oddana. 
Powieść napisana  jest w formie wywiadu-rzeki, który to przeprowadza Łukasz Orbitowski z fryzjerem Zbyszkiem – bratem Heńka, wizjonera, któremu miała się objawiać Matka Boża. Wywiad ma miejsce w roku 1997, który już doskonale pamiętam – roku wielkiej powodzi, zalanego Wrocławia, ludzi, którzy z powodu wielkiej wody utracili często dorobek całego życia. Czy ta powódź to kara za niesłuchanie Heńka (i Matki Bożej)? Czy to ten wielki upadek, który miał spotkać tych, którzy nie podążyli za treścią objawień oławskich? Odpowiedzi na to pytanie w książce nie znajdziecie, natomiast gwarantuję Wam prawdziwą ucztę literacką. 
Sam pomysł, by właśnie w takiej formie opowiedzieć tę historię okazał się strzałem w dziesiątkę. Uprzedzam jednak, że do takiego wywiadu nie doszło. Co więcej – Zbyszek i Heniek są postaciami fikcyjnymi, a wiele wydarzeń opisanych na stronicach książki nie miało nigdy miejsca. Orbitowski zainspirował się postacią Kazimierza Domańskiego, ale jego historia jest bardzo różna od tego, co przytrafiło się Heńkowi. Nie będę tu wnikać w szczegóły, jeśli jesteście zainteresowani jego życiem, poszukajcie w Internecie – bez problemu można znaleźć na ten temat wiele informacji. 
Dzieciństwo i młodość Zbyszka i Heńka to wciąż powracający temat braterstwa. Braterskiej lojalności, pomocy, wzajemnej opieki. Choć to Zbyszek właściwie musiał dbać o młodszego brata, który zdawał się być lekko upośledzony. To młodzieńcze podejście zaoowocuje w przyszłości i będzie miało niemały wpływ na wszystkie decyzje podejmowane przez dorosłego Zbyszka. Bo on jako jedyny do końca pozostanie przy bracie, choć jednocześnie skrzywdzi go najbardziej na świecie. I on jedyny będzie go bronił nawet wtedy, kiedy już wszyscy się od niego odwrócili. Choć sam nie tylko nie wierzy w objawienia, ale nawet w Boga.
To dość ważna kwestia. Bo historię o objawieniach, które miały być udziałem jego brata opowiada człowiek niewierzący. Postrzegający wiarę jako swego rodzaju banialuki. Ucieczkę od codzienności może. Zupełnie jej nie pojmuje, widzi jako coś zbędnego, stare przesądy, gusła, coś dla prostego ludu, który można omamić. Choć sam nie jest partyjniakeim i w partię też nie wierzy. Jest zwykłym męskim (co podkreśla) fryzjerem. Wierzy w to, że mężczyyzna powinien mieć dom, żonę i dzieci. Że trzeba pomagać bratu, że przyjaźń jest ważna, bo jest jedyną rzeczą, którą z dzieciństwa możemy ze sobą zabrać w dorosłość. Wierzy w końu w siebie. Na pewno nie w Matkę Bożą ukazującą się na ogórdkach działkowych.
Tak, Matka Boża nie ukazała się Heńkowi w kościele, w pięknym ogrodzie czy parku, nad ładnym jeziorem czy w domowym zaciszu. O nie, pokazała się na ogródku działkowym, pośród krzaków pomidorów. Ukazywała się jeszcze wielokrotnie, nawet kiedy na działce nic już nie rosło. A na działkę – która, jak to ówczesne ogródki działkowe (wiem, bo rodzice nadal taki posiadają) wielka nie była – zaczęły walić całe tabuny ludzi. Tysiące wiernych, którzy szukali ukojenia, uleczenia (bo Heniek też uzdrawiał), dobrego słowa itd. Wszystko to w czasie ledwie po zakończeniu stanu wojennego. Nic więc dziwnego, że komunistycznym władzom Oława stała niczym ość w gardle. Nie było im to po myśli. Na dodatek pielgrzymi tarasowali drogę, śmiecili, niszczyli okoliczne ogórki, powodowali nawet spore opóźnienia pociągów. Doszło nawet do tego, że sam Jaruzelski o tym w telewizji mówił. Oława stała się z jednej strony centrum pielgrzymkowym (Dzisiaj takie miejsca cieszą się z napływu pielgrzymów, bo na nich zarabiają. Wówczas pielgrzymi wykupywali wszystko ze sklepów, które i tak świeciły pustkami i dla  Oławian naprawdę niewiele zostawało.), z drugiej – według narracji władzy – miejscem zacofanym i zabobonnym.
Podejście komunistów do tematu nie powinno raczej nikogo dziwić. Może natomiast niektórych  dziwić to, jak do całej historii tych objawień podszedł ówczesny Kościół. Można by się spodziewać, że księża w parafii zainteresują się sprawą. Otóż tak się nie stało. Nawet mimo tego, że wikarym w parafii był jeden z najlepszych przyjaciół z dzieciństwa Zbyszka, Roman. Myślę, że gdyby on postąpił od początku inaczej, okazał Heńkowi jakiekolwiek zainteresowanie, porozmawiał z nim, wszystko mogłoby się potoczyć inaczej. On jednak myślał tylko o sobie, o swoich planach, o tym, że chce się wyrwać na lepszą parafię itd. Zamiast rozmowy były wielotygodniowe zbywania, a potem było już trochę za późno, bo Heniek znalazł innych ludzi, którzy zechcieli z nim rozmawiać, słuchali go i mu pomagali. Zresztą Zbyszek też postanowił rzecz w pewnym stopniu przemilczeć, bo bał się, że jeśli powie coś stanowczego, to może stracić brata, który nagle zaczął robić wszystko po swojemu, nie potrzebując już jego pomocy. Zmienił się nie do poznania i to Zbyszka bolało najbardziej. Bo, jak twierdził, ludzie nie lubią, kiedy ich bliscy się zmieniają. 
Pielgrzymi, nazywani przez Zbyszka jeremiaszami (Jeremiasz zapowiadał upadek ludzi i gorąco napominał Żydów – to chyba stąd to określenie, ale dziwnie brzmi w ustach kogoś, kto z Kościołem ma nie po drodze) przybywali przez całe długie lata na działki. Jednak Matka Boża od początku "mówiła" Heńkowi, że powinien pobudować sanktuarium z prawdziwego zdarzenia. Wielki kościół, klasztory, dom pielgrzyma. Heniek, wbrew wszystkim i wszystkiemu dopiął swego. Co ciekawe, ten kościół, to sankturarium, nadal stoi i jest obecnie jedną z oławskich parafii. Nie tylo w książce, ale w rzeczywistości. Biedaczyna, rencista,  człowiek, który nie bardzo radził sobie w życiu i zawsze potrzebował pomocy bliskich – nagle zebrał tak wielką sumę pieniędzy, że udało mu się postawić "bazylikę" z przyległościami! Wszystko dzięki wierze.
Warto jeszcze wspomnieć o tym, że książkę napisał Orbitowski prostym językiem. W końcu mówi do nas zwyczajny, prosty fryzjer. Jest to odczuwalne i naprawdę dobrze się czyta. Do tego sam Zbyszek przedstawia całą historię w bardzo ciepły i emocjonalny sposób. I z dużą domieszką humoru, który jest tu bardzo na miejscu, a całości dodaje smaczku. Postaci wykreowane są wyśmienicie. Nie są papierowe – to prawdziwi ludzie z krwi i kości. Do połowy książki nie miałam pojęcia, czy oni naprawdę istnieli, czy są wytworem wyobraźni Orbitowskiego. Dopiero potem doczytałam prawdziwą historię Domańskiego i oławskich objawień. Tych ludzi można lubić, nie znosić, można się z nimi utożsamiać, albo utożsamiać ich z tymi, których znamy z własnego życia. Sa bardzo różni, bardzo realni, namacalni wręcz. Pokazani w przeróżnych sytacjach, mają szansę pokazać, jacy są naprawdę, ze wszystkimi odcieniami szarości. Nie jest łatwo wykreować takich bohaterów, Orbitowskiemu wyszło to doskonale.
Natomiast mam wrażenie, że niewiele było o samym "orędziu", to znaczy o treści objawień. Może trzy, może cztery razy przeczytałam jakieś pojedyncze zdanie o tym, co niby Matka Boża Heńkowi mówiła. Mało, za mało. Poza tym Heniek został pokazany w taki sposób (wiadomo, mówił o nim lojalny i kochający brat), że nie sposób go nie polubić. Lekko zagubiony, bardzo głęboko wierzący, człowiek o dobrym sercu, który niczego nie pragnie dla siebie. Bo on chciał to sanktuarium zbudować i oddać Kościołowi, tyle że Kościół go nie zechciał. Heniek to taki gość do serca przyłóż. Jego pierwowzór raczej taki nie był (z tego, co czytałam). Natomiast ukazanie Heńka właśnie jako takiego trochę ciapowatego, dobrego człowieka – przy jednoczesnym niemalże pominięciu "orędzia" ukazuje Kościół jako instytucję skostniałą i nie liczącą się w ogóle ze świeckimi. Jako ludzi, którzy patrzą na objawienia przez pryzmat tego, co im osobiście może się opłacać. Nie ma ani słowa o tym, że w tym "orędziach" były błędy dogmatyczne i teologiczne. Że ich owoce nie były do końca dobre. Że Heniek w żadnym razie nie wykazywał się pokorą i w dążeniu do swego celu nie był posłuszny Kościołowi. A to nie osoba mająca objawienia ma za zadanie rozeznawać ich autentyczność, ale Kościół. I potrzeba na to również czasu, a Heniek chciał wszystkiego od razu. Takie ukazanie całej sytuacji mnie osobiście się nie podoba. Ludzie w sieci piszą, że ta książka jest bardzo neutralna i nie pokazuje Kościoła w złym świetle. Może i nie jest agresywna, nachalna, rzeczywiście można mówić o wyważeniu, ale o dobrym świetle nie ma mowy. Dobry jest Heniek, a Kościół stoi w opozycji do niego. Wydaje się, że tak postrzega temat każdy, kto o objawieniach wie niewiele i nie czuje większej potrzeby, żeby chociaż poznać sposób, w jaki są one badane. To jedyny minus tej powieści.
Podsumowując zatem – literacko jest to majstersztyk, który wciąga na długie godziny, jednocześnie wymagając od czytelnika przemyślenia wielu spraw. Świetnie pokazuje życie małych społeczności na przestrzeni lat oraz zmian, jakie w nich zachodzą. Zwyczajnych ludzi, z których każdy chciałby w jakiś sposób zapisać się w historii. Wszystko to z dużą dozą spokoju, dobrego humoru, dystansu do trudnego tematu. Po lekturze pozostaje w głowie sporo myśli i równie wiele ważnych cytatów. Naprawdę warto przeczytać.







Książkę przeczytałam w ramach Dyskusyjnego Klubu Książki

poniedziałek, 25 maja 2020

W każdym domu na każdej ulicy – Jess Hitchman i Lili La Baleine

Wydawnictwo: Wilga
Warszawa 2020
Tytuł oryginału: In Every House, on Every Street
Przekład (z j. angielskiego): Anna Kapuścińska
Oprawa: twarda
Liczba stron: 24
Ilustracje: Lili La Baleine
ISBN: 978-83-280-7326-5








Znane wszystkim przysłowie mówi, żeby nie oceniać książki po okładce. W tym wypadku bardziej pasowałyby stwierdzenie, by nie oceniać treści po tytule. Dlaczego? Przeczytajcie recenzję jednej z majowych premier Wydawnictwa Wilga.
Okładka bardzo mi się spodobała, ponieważ razem w tytułem zapowiadają niezwykłą podróż po różnych domach. Dzieciaki będą mogły zobaczyć jak żyją inni. Prawdę mówiąc, przez tę całą kwarantannę, mam wrażenie, że moje już trochę zapomniały, jak wyglądają domy naszych znajomych. Otwieramy zatem książkę, by zajrzeć do środka...
Przemiłe dzieci pokazują nam swój dom. Po kolei zwiedzamy z nimi różne pomieszczenia i dowiadujemy się, co się w nich dzieje. Salon to nie tylko miejsce, w którym się rozmawia, ale można na przykład udawać gwiazdy rocka i śpiewać dla kota. W sypialni, poza spaniem, można budować zamki i oglądać niebo przez lunetę. Poza zabawą, w domu się rozmawia, zwierza sobie, razem bawi, wspólnie sprząta, a kiedy się nabroi, mówi się "przepraszam". Bo dom to nie tylko cztery ściany, to ludzie, którzy w nim mieszkają. A wspólne spędzanie czasu tworzy więzi i generuje mnóstwo wspaniałych wspomnień.
Dotąd wszystko jest cudownie. Ładna opowiastka, na dodatek rymowana, więc wpada w ucho. Przyjemne ilustracje. Kolorowo i w ciepłej, rodzinnej atmosferze. Jednak pojawiają się w książce zwroty, które mnie się nie podobają. Nie chcę wyjść na jakiegoś sztywniaka (ci, którzy mnie znają, wiedzą, że daleko mi do tego, szczególnie przy dzieciach), ale wspinanie się po stole, chlapanie czekoladą po kuchni i tym podobne rzeczy, to nie jest coś, co chciałabym moim dzieciom przedstawić jako fajną zabawę. W domu, w którym mieszkają dzieci wystarczająco dużo jest bałaganu, żeby jeszcze trzeba było czyścić ściany z czekolady. Obrazki też nieraz "przemycają" niezbyt fajne zachowania. Bo ok, pokazywanie języka do lustra jest śmieszne, ale związywanie komuś nóg pod stołem, żeby się przewrócił, wstając już naprawdę nie jest czymś godnym pochwały. Strasznie mnie te szczegóły drażnią. Oczywiście można dzieciom zrobić pogadankę, co jest ok, a co nie, ale trochę to trudne, kiedy przekaz całej książeczki jest taki, że właśnie te "zabawy" sprawiają, iż rodzina jest szczęśliwa...
Miałam wielkie oczekiwania co do tej książeczki i jednak trochę się zawiodłam. Trzeba do niej podejść ostrożnie. Najpierw dokładnie samodzielnie przejrzeć, przeanalizować, co nam się podoba, a czego jednak nie będziemy tolerowali, żeby nie zostać zaskoczonym przez dzieciaki w trakcie lektury. Chyba, że jesteście takimi luzakami, iż wspomniane przez mnie przed chwilą aktywności są u Was na porządku dziennym i uważacie je za atrakcyjne i zabawne.
Na końcu książki znajdują się okienka i to one sprawiają mi największą frajdę. Możemy w końcu zajrzeć też do innych mieszkań. Widzimy ich wnętrze, a przede wszystkim ich mieszkańców w naprawdę przeróżnych sytuacjach. Możemy tu do woli zaangażować naszą wyobraźnię i opowiadać, opowiadać, opowiadać... Dzieci same mogą tworzyć swoje historie, nadawać bohaterom  imiona, wymyślać, co się dzieje, kto jest kim i kogo zna. Podoba mi się ta forma. To jednak za mało, by książeczka stała się hitem w naszym domu. 
Być może może miałam za wielkie oczekiwania. Może po prostu jednak jestem za sztywna. Nie wiem, ale z pięciu fantastycznych książek, które Wam ostatnio zrecenzowałam, a które przyszły w wielkiej paczce od Wilgi, ta jest zdecydowanie najsłabsza pod każdym względem. Książka z ogromnym potencjałem, który nie został wykorzystany. Trochę szkoda, ale może Wam się jednak znacznie bardziej spodoba. Kto ma, kto czytał? Kto chciałby napisać kilka słów od siebie?

 





Książkę przeczytałam dzięki życzliwości Wydawnictwa Wilga
-

sobota, 23 maja 2020

Klub jednorożców – Suzy Senior i Leire Martin

Wydawnictwo: Wilga
Warszawa 2020
Tytuł oryginału: Unicorn Club
Przekład (z j. angielskiego): Ewa Kleszcz
Oprawa: twarda
Liczba stron: 28
Ilustracje: Leire Martin
ISBN: 978-83-280-7325-8







Czy mamy na pokładzie dzieci lubiące jednorożce? Tak? Oto książka dla Was! Nie przepadacie za końmi z rogiem na czole? Cóż, może teraz zmienicie zdanie!
Kiedy Ania się nudzi, postanawia otworzyć klub w domku na drzewie. Ma być fajnie i zabawnie. Będzie słodki poczęstunek i mnóstwo innych atrakcji. Wstęp: jedynie dwa złote!  
Plakaty informujące o pierwszym klubowym spotkaniu już wiszą, niestety o wyznaczonej godzinie nie pojawiają się żadne dzieci. Ania, smutna, rusza do domku. Ze środka dochodzą jakieś odgłosy, coś jakby zabawa...? Rzeczywiście, domek nie jest pusty. Choć nie ma w nim dzieci, to są... jednorożce! I bardzo chcą się z Anią pobawić. Tak właśnie rozpoczyna się niesamowita, i pewnie na długo niezapomniana, przygoda dziewczynki.
Jednorożce okazują się bardzo towarzyskimi, zabawnymi osobnikami, z którymi można fantastycznie spędzać czas. Jest więc naprawdę masa wyśmienitej zabawy, śmiechu i prawdziwej radości. Spotkanie dobiega końca, ale wiadomo, że zostanie powtórzone. Najpierw jednak, zanim wszyscy rozejdą się do siebie, należy posprzątać. Nie od dziś przecież wiadomo, że im lepsza zabawa, tym większy bałagan, z którym trzeba się uporać. Na szczęście w tak doborowym towarzystwie nawet sprzątanie jest, nomem omen czystą, przyjemnością.
"Klub jednorożców" – w moim odczuciu – nie przedstawia jakichś specjalnie zawiłych tematów do przegadania z dziećmi. To przyjemna, optymistyczna opowiastka, której czytanie – i oglądanie – sprawia naprawdę mnóstwo frajdy. Lubię historie z morałem, takie, które dotykają ważnych w życiu spraw, ale jestem zdania, że warto dzieciom zostawić miejsce na czystą, nieskrępowaną zabawę i nią właśnie jest lektura tej książeczki.
"Klub jednorożców" to prawdziwa feeria barw. Jest naprawdę kolorowo! Nawet tekst nie jest czarny, ale różowy (no dobrze, właściwie to fuksja). Oczywiście jednorożce również mienią się wszystkimi barwami tęczy, której także nie zabraknie pośród wspólnego malowania. Książka wywołuje, zarówno na poziomie testu jak i wizualizacji, same pozytywne emocje. Opowiadając o radości z bycia razem i ze wspólnej zabawy, emanuje szczęściem. Jest magiczna, a jednocześnie bardzo łatwo można postawić się na miejscu jej bohaterów.
Jednym słowem, to wspaniały picturebook, do którego można wielokrotnie wracać. Mogą to robić również dzieci, które same nie czytają, bo to barwna opowieść rysunkowa, której treści szybko się nauczą. Fantastyczny prezent, nie tylko z okazji zbliżającego się Dnia Dziecka.

 





Książkę przeczytałam dzięki życzliwości Wydawnictwa Wilga
-

piątek, 22 maja 2020

Kocham was równie mocno, maluszki! – Jane Chapman

Wydawnictwo: Wilga
Warszawa 2020
Tytuł oryginału: Love Enough for Two
Przekład (z j. angielskiego): Anna Byra
Oprawa: twarda
Liczba stron: 28
Ilustracje: Jane Chapman
ISBN: 978-83-280-7329-6







Jeśli Wasza rodzina ma się powiększyć i obawiacie się, że starszak może mieć problem z przyjęciem nowego dzidziusia... Jeśli dzieciaczek jedzie do dziadków (tak, wiem, że w obecnej sytuacji może to być nierealne, ale jednak pandemia kiedyś się skończy...), gdzie będą też pozostałe ich wnuki, z którymi nie mieszka na co dzień... Gdy do Was przyjeżdża bliska rodzina z dziećmi, a Wasze własne jest raczej przyzwyczajone do bycia oczkiem w Waszej głowie... To książka idealna dla Was! I dla wszystkich innych również.
Mały Momuś jest takim właśnie oczkiem w głowie swojej babci. Robi z nią wszystko i bardzo ją kocha. Ona jego również i on o tym doskonale wie. Kiedy pewnego dnia babcia obiecuje mu niespodziankę, Momuś nie spodziewa się, że będzie nią... inna wnuczka, jego kuzynka. Nie dość, że jego babcia jest też babcią Bibi, to ta maluda właściwie nic jeszcze nie umie. Nie da się z nią bawić!
Momuś obserwuje, jak babcia zajmuje się małą sówką tak, jak dotychczas nim. Używa w stosunku do niej wyrażeń, które były dotąd zastrzeżone dla niego. Nie dość, że Bibi zajmuje babci czas, to nagle okazuje się, że również jest jej ukochaną sóweczką! Miarka przebrała się jednak, kiedy nagle babcia dzieli na pół ciastko i każdemu z wnucząt daje po połowie. Dotąd dawała Momusiowi całe ciasteczko! Czy jej serce też już w połowie należy do Bibi?
Babcia, jak na sowę – mądrą głowę przystało, wyjaśnia Momusiowi, że w sercu ma miłości tyle, że starczy dla każdego z wnucząt i że wcale nie będzie jej dla niego mniej. Każde z dzieci kocha równie mocno, a ciasteczko... po prostu było ostatnie w paczce. Uspokojony Momuś dostrzega, że Bibi wcale nie jest taka zła, a nawet, że istnieją zabawy, w które mogą bawić się wspólnie i które wszystkim im sprawiają tyle samo radości.
"Kocham was równie mocno, maluszki!" to książka o zazdrości, o obawie przed odtrąceniem, a przede wszystkim ciepła opowieść o miłości, która nie ma granic. Może wielu dzieciom pomóc zrozumieć to, że najbliżsi mogą pokochać kolejną osobę, wcale nie przestając kochać ich tak samo mocno, jak dotychczas. To również historia pięknej więzi, która łączy dziadków z wnukami. Mawiają, że rodzice są od wychowywania, a dziadkowie od rozpieszczania. Może nie do końca jest to prawda, ale rzeczywiście więź z dziadkami często jest naprawdę wyjątkowa i warto o tym mówić i pisać. To już kolejna książka od Wilgi, która zwraca na to uwagę, co mnie osobiście bardzo cieszy.
Książkę ilustrowała sama autorka, można więc śmiało powiedzieć, że ma prawdziwy talent – zarówno od strony literackiej, jak i malarskiej picturebook jest wspaniały. Sówki są przesłodkie i budzą same czułe, ciepłe i przyjazne emocje, co z pewnością pomoże dzieciom się z nimi utożsamić.
Nie mam absolutnie żadnych negatywnych uwag. To pięknie napisana, namalowana i wydana książka, która powinna się znaleźć w biblioteczce każdego malucha. Bardzo wartościowa. Polecam!

 





Książkę przeczytałam dzięki życzliwości Wydawnictwa Wilga
-

czwartek, 21 maja 2020

Przyjaciele Myszki Marudy – Steve Smallman i Caroline Pedler

Wydawnictwo: Wilga
Warszawa 2020
Tytuł oryginału: I'm Not Grumpy!
Przekład (z j. angielskiego): Anna Klingofer-Szostakowska
Oprawa: twarda
Liczba stron: 28
Ilustracje: Caroline Pedler
ISBN: 978-83-280-7327-2







"Przyjaciele Myszki Marudy" to przepiękna i wzruszająca opowieść o sile przyjaźni i szczęściu płynącym z posiadania przyjaciół. 
Widzicie tę naburmuszoną mysz na okładce? Jak można mieć taką minę, kiedy przytula nas taki milutki, słodziutki borsuczek? No właśnie, nie można, ale... poznajcie Mysz Marudę!
Pewnego dnia myszka Maruda zauważa, że drzwi wyjściowe jej domku zostały zablokowane, nie czym innym, ale... wielką futrzaną pupą. Na domiar złego zwierz, do którego ta pupa należy, płacze. Och, to już zdecydowanie za dużo! Jest to z pewnością wystarczający powód, żeby sobie pomarudzić.
Nie z potrzeby serca, by nieść pomoc potrzebującym, myszka Maruda postanawia pomóc zagubionemu borsukowi i odnaleźć jego mamę. Po prostu chciałaby mieć już spokój. Rozpoczynają zatem wędrówkę, która naprawdę wiele zmieni w ich życiu. Szczególlnie jednak w życiu myszy.
Choć marudzi właściwie ciągle i nic jej nie odpowiada, złości się za każdym razem kiedy któreś z napotkanych zwierząt nazywa ją marudą. A usłyszy to określenie naprawdę sporo razy! Od wiewiórki, sowy, misia... Wszyscy oni będą bardzo zdziwieni faktem, że to właśnie myszka – znana w całym lesie ze swojego marudnego usposobienia – postanowiła pomóc borsukowi. Najbardziej jednak zdziwi się tytułowa Maruda, kiedy odkryje, czego jej wżyciu najbardziej brakowało, i co powodowało, że był taka gderliwa.
Psychologowie już od jakiegoś czasu biją na alarm, że współczesne dzieci (choć młodzi dorośli również) coraz częściej mają problemy z nawiązywaniem więzi, o budowaniu prawdziwych przyjaźni nie wspominając. Ta książka z pewnością ukaże każdemu młodemu czytelnikowi, jak ważna jest przyjaźń i że, aby ją nawiązać, trzeba się postarać. Może również być punktem wyjściowym do ważnych – i poważnych – rozmów na temat nawiązywania znajomości.
Oczywiście nierozerwalnymi częściami są tu tekst i ilustracje. Piękne, klimatyczne, ciepłe. Od razu można wychwycić jakie odczucia mają w danej chwili konkretni bohaterowie. Już po samej obserwacji zwierzęcych pyszczków widzimy zmiany, jakie między nimi zachodzą, szczególnie w przypadku myszki. Dzieciaki z pewnością będą z chęcią nie tylko czytały tę książkę, ale i oglądały oraz same ją opowiadały. Jest w niej wiele ciepła, jest przygoda, jest trochę strasznie i bardzo mądrze. W taki odpowiedni dla dzieciaczków sposób.
Wszystko to sprawia, że "Przyjaciół Myszki Marudy" czyta się – i ogląda – z wielką przyjemnością. Nie mam wątpliwości, że będzie to na dłuższy czas jedna z naszych ulubionych książek. Gorąco polecam!


 





Książkę przeczytałam dzięki życzliwości Wydawnictwa Wilga
-

środa, 20 maja 2020

Wirtualne Targi Książek dla dzieci

Dwa i pół miesiąca temu rozpoczęła się pierwsza kwarantanna. Miała potrwać dwa tygodnie, a na razie – choć powoli zaczynamy wychylać nosy z domów – pandemia w Poslce trwa "w najlepsze". Odwołano większość imprez: targów, koncertów, wystaw. Niestety ucierpieliśmy również i my, mole książkowe. Nie ma w tym roku Pyrkonu, nie ma Warszawskich Targów Książki. Jednak... Książkoholicy zebrali się w sobie i na blogu Aktywne Czytanie zorganizowano Wirtualne Targi Książek dla dzieci. Ja natomiast, czy też raczej blog Dune Fairytales, jestem jednym z patronów medialnych.
 
 
 
 
Z czym to się je? Nie ma wejściówek, każdy może zajrzeć. Bez kosztów. Wystarczy wejść na stronę https://aktywneczytanie.pl/wirtualne-targi-ksiazek-dla-dzieci-2020/ i wybrać stoisko, które nas interesuje. Targi rozpoczęły się 15 maja i potrwają aż do 5 czerwca. To dość długo, każdy zdąży się załapać. Szczególnie, że przecież za chwilę Dzień Dziecka! Pierwsze Komunie i zakończenie roku szkolnego w tym roku nie będą pewnie obfitowały w prezenty, ale chociaż na pierwszego czerwca można sprawić dzieciakom radość. A możliwości jest naprawdę wiele.
W obecnej chwili swoje stoiska wystawiło już ponad 30 wydawnictw (czy będzie więcej, nie wiem). Mniejszych i większych. Bardziej i mniej znanych. Oczywiście, to nie tyle, co na WTK, ale przecież liczy się nie tylko liczba, ale przede wszystkim jakość. 
Wystarczy zatem wejść na stoisko i przejrzeć, co też nas może zainteresować. A poza bardzo ciekawymi pozycjami (naprawdę na kilkanaście już się mocno "napaliłam") czekają nas również promocje. I to nie byle jakie, nawet 50%! Oczywiście większość to obniżki cen w okolicy 30%, ale to przecież i tak sporo, szczególnie, jeśli – jak u niektórych – można jeszcze załapać się na darmową wysyłkę.
Prawdopodobnie o Targach napiszę Wam jeszcze po ich zakończeniu, a wówczas podzielę się bardziej szczegółowo moimi spostrzeżeniami co  do konkretnych stoisk i książek, teraz jednak nie traćcie czasu i zaglądajcie na Targi. Przyjemnego buszowania po wirtualnych stoiskach!
 
 
 
 
 

wtorek, 19 maja 2020

Fale – Clare Helen Welsh i Ashling Lindsay

Wydawnictwo: Wilga
Warszawa 2020
Tytuł oryginału: The Tide
Przekład (z j. angielskiego): Agata Byra
Oprawa: twarda
Liczba stron: 28
Ilustracje: Ashling Lindsay
ISBN: 978-83-280-7328-9






Właśnie nakładem wydawnictwa Wilga ukazało się kilka naprawdę wyjątkowych książek dla dzieci. Wśród nich ta perełka, o której dzisiaj kilka słów.
Imienia głównej bohaterki nie poznajemy, co jest raczej dość specyficzne w książkach dla dzieci. Jednak w niczym to nie przeszkadza. Bo choć jest narratorem i bohaterką równocześnie to, nie skupiając się zbytnio na sobie, pokazuje nam – a w szczególności dzieciom – co jest naprawdę ważne. Jej opowieść jest wzruszająca do łez i z pewnością będzie doskonałym punktem wyjścia do wielu rozmów.
Rzecz cała traktuje o pamięci. Jakże niekomfortowo czuje się nasza narratorka, kiedy zapomina, jak się wiąże sznurowadło albo nie pamięta, gdzie zakopała swojego pluszaka. Choć to dla niej smutne i trudne doświadczenia, pozwalają jej chociaż troszkę zrozumieć, w jaki sposób może czuć się jej dziadek. Dziadek bowiem, jak to zazwyczaj dziadkowie, do najmłodszych ludzi już nie należy i miewa problemy z pamięcią. Być może takie zwyczajne, jak każdy z nas w pewnym momencie życia. Być może to coś poważniejszego. Tego nie wiemy, ale możemy z dziećmi o tym porozmawiać, wytumaczyć, że nieraz ludzie zupełnie tracą pamięć. I że w pewnym wieku tego boją się chyba najbardziej. Że nie będą potrafili rozpoznać swoich najbliższych. Dziadek naszej dziewczynki też się tego boi. I ona również jest taką perspektywą przerażona.
Jednak ta książka to nie jakaś pesymistyczna opowieść o tym, jak wszystko można stracić. O, nie! To piękna, budująca historia o tym, jak ważne są chwile z bliskimi, wspomnienia, które sobie gromadzimy. Bo przecież zwykłe zbieranie muszelek na plaży, budowanie zamków z piasku czy szukanie śpiących rozgwiazd to wspomnienia warte więcej niż niejeden skarb. Należy je pielęgnwać. Jednak najpierw trzeba takie niezwykłe, ważne chwile umieć dostrzec. I to moim zdaniem właśnie najważniejsze przesłanie tej książki. Dostrzec to, co się liczy, zanim fala przypływu zmyje wspomnienie, zanim odpływ je zabierze raz na zawsze. 
Oczywiście niezmiernie ważne są tu ilustracje. Piękne, proste, takie trochę jak senne marzenia. Albo właśnie nadmorskie wspomnienia. W kolorach złotego piasku, morskich fal, zachodzącego słońca. Wprowadzają w błogi nastrój, wyciszają, a jednocześnie, dzięki swej oszczędności, wydobywają najważniejsze szczegóły. Idealnie współgrają z tekstem, tworząc wyśmienitą opowieść.
Dostrzegać ważne chwile, dzielić się nimi z tymi, których kochamy, o tym właśnie jest ta książka. Każde dziecko powinno ją mieć. 
 





Książkę przeczytałam dzięki życzliwości Wydawnictwa Wilga
-

czwartek, 14 maja 2020

Ojcowie Kościoła i starożytne sobory – Ks. Marek Starowieyski

Wydawnictwo: PETRUS
Kraków 2020
Oprawa: twarda
Liczba stron: 340
ISBN: 978-83-7720-557-0









 
Dzisiaj kolejne – jak zawsze oszałamiające i intrygujące – spotkanie z twórczością księdza profesora Starowieyskiego. 
Tytuł książki może sugerować, że będzie ona w jakiś sposób podzielona na dwie części. Słusznie, chociaż nie do końca, ponieważ podział istnieje, ale na trzy części. Pierwsza z nich to krótkie przedstawienie Ojców Kościoła, druga rzeczywiście dotyczy starożytnych soborów, w trzeciej natomiast ksiądz Starowieyski dotyka tematu aborcji.
Z przedmowy czytelnik dowiaduje się, że zawarte w tej książce teksty to zbiór pogadanek wygłaszanych w Radiu Watykańskim w latach siedemdziesiątych ubiegłego stulecia. Publikowano je później w różnych czasopismach, a nawet w formie książkowej, teraz jednak, poddane przeróbce i uzupełnione, wydane zostały ponownie nakładem Wydawnictwa PETRUS. Jak zaznacza sam autor, nie miał on zamiaru przedstawiać całości problematyki starożytnego Kościoła, ani też robić jej syntezy. Zarówno część dotycząca Ojców Kościoła, jak i starożytnych soborów zawierają wiadomości podstawowe, są jednak opatrzone bogatą bibliografią, do sięgnięcia po którą Autor zaprasza. Każdy rozdział kończy się, krótszą bądź dłuższą, listą propozycji do dalszej lektury. Ksiądz profesor zwraca uwagę, że książka składa się z trzech różnorodnych rodzajów tekstu: z pogadanek radiowych (w niewielkim zaledwie stopniu dostosowanych do formy drukowanej), artykułów oraz studium naukowego.
Zanim jednak dojdziemy do części poświęconej Ojcom Kościoła warto przeczytać wstęp. Nie jest on krótki, ale pięknie wyjaśnia, dlaczego tak ważne jest poznanie Kościoła pierwszych wieków, jak wiele możemy się dowiedzieć, studiując pierwszych chrześcijan, ludzi tworzących podwaliny teologii, tych, którzy brali udział w synodach i soborach, w końcu, cały lud Boży pierwszych wieków. Choć skrótowo, to jednak w bardzo zgrabny sposób, ukazuje nam się ten pierwotny Kościół na arenie dziejów, wśród pogańskich  kultur, głównie judaistycznej oraz  dominujących w owym czasie: greckiej i rzymskiej. Wskazuje na znaczenie choćby hellenizacji chrześcijaństwa, co będzie również bardzo ważne przy zrozumieniu różnych aspektów w czasie dalszej lektury. W końcu, w bardzo skrótowy sposób opisuje gminę wczesnochrześcijańską i jej liturgię, która przecież była podstawą dla tychże.
Przechodząc do pierwszej części – to pięćdziesiąt portretów ludzi, których obecnie nazywamy Ojcami Kościoła. Od twórców Didache począwszy, a na św. Janie Damasceńskim kończąc. Inaczej mówiąc od początku II wieku do połowy wieku VIII. Wszystkie te portrety to teksty od 2,5 do 4 stron, a więc rzeczywiście niedługie. Jest to oczywiście wynikiem tego, że pogadanka radiowa nie może być zbyt długa, Autor natomiast nie chciał za bardzo zmieniać tekstu. Czy to dobrze? Oczywiście i tak i nie. Można te portrety czytać dość szybko, dowiemy się z nich najważniejszych rzeczy, ewentualnie ciekawostek, ale można poczuć niedosyt. Na szczęście, jak już wspominałam, pod każdym z nich znajduje się lista dodatkowych lektur do przeczytania, więc jeśli któryś z Ojców Kościoła szczególnie Was zainteresuje nic łatwiejszego, jak poszukać wymienionych pozycji i wiedzę pogłębić. Ta książka to taki aperitif – bardzo nam potrzebny, ze świetną bibliografią, co jest jej wielkim plusem. 
Wbrew zdaniu większości historyków Kościoła, jako pierwszy powszechny sobór profesor Starowieyski wymienia Sobór Jerozolimski, a więc zebranie samych apostołów które miało miejsce około roku 50. W kolejnym punkcie krótko wyjaśnia pojęcie Kościoła przedsoborowego, zwracając uwagę przede wszystkim na liczne synody lokalne, prowincjonalne i regionalne, których zadaniem było kolegialne rozwiązywanie problemów Kościoła. Ostatnim jest Sobór Konstantynopolitański  V. Wszystkie omówione sobory są wspólne dla Kościoła Zachodniego i Wschodniego. Tu również każdy rozdział kończy się proponowanymi lekturami do uzupełnienia. Rozdziałów jest już jedynie dwanaście i są nieco dłuższe od poprzednich – od 4 do 7 stron.
W ostatniej części poruszona została tematyka aborcji. Przedstawiono tę problematykę zarówno w starożytności chrześcijańskiej, jak i niechrześcijańskiej, co jest bardzo ważne dla zrozumienia ówczesnego spojrzenia na sprawę. Na omówieniu tematu i wyciągnięciu jedynego słusznego wniosku jednak nie poprzestano. Ta część składa się jakby z dwóch mniejszych, a druga to nie tylko wskazanie literatury do lektury, ale jej podanie na tacy. Wykorzystano liczne dokumenty, z którymi warto się zapoznać, aby wyrobić sobie pogląd na to, jak w starożytności podchodzono do aborcji, tego kogo można nazwać człowiekiem, czy jaki jest status dziecka w łonie matki. Autor zwraca również uwagę, że powoływanie się w dyskusjach na treść przysięgi Hipokratesa może się wiązać z różnymi nieścisłościami. Jasno odpowiada na pytanie, czy polscy lekarze składają rzeczywiście tę przysięgę i czym składana przez nich przysięga różni się od oryginału.
Książka jest tak skonstruowana, że można ją czytać jako jedną całość, albo zaglądać jedynie do tych punktów, które nas akurat interesują. W związku z tym jest w niej dużo powtórzeń, ponieważ każdy temat traktowany jest osobno. Dla osób czytających ciurkiem nie powinno to jednak być problemem – łatwiej ugruntują sobie wiedzę, a przy okazji być może dostrzegą powiązania, z których nie zdawali sobie sprawy.
"Ojcowie Kościoła i starożytne sobory" to porządnie wydana pozycja, która może zachęcić do dalszego poznawania wczesnochrześcijańskiej problematyki. Tematycznie idealna. Ładnie napisana, dzięki czemu czyta się ją jak dobrą powieść, choć jest przecież tekstem naukowym. Dodatkowo została bardzo porządnie wydana – twarda oprawa, grube, lekko żółte karty, szyte, a nie klejone. Szkoda jedynie, że jest w niej sporo błędów – literówek, niepotrzebnych znaków przestankowych albo ich brak. To jedyny  minus całości. Na szczęście nie jest w stanie zepsuć przyjemności lektury.
 






 



Książkę przeczytałam dzięki uprzejmości Wydawnictwa PETRUS
https://www.wydawnictwopetrus.pl/