Fragment mojej recenzji został umieszczony na okładce powieści "Skazaniec. Z bestią w sercu" Krzysztofa Spadło


Moja recenzja została zamieszczona na okładce powieści "Wojownicy. Odwet Wysokiej Gwiazdy" Erin Hunter

Fragment mojej recenzji „Korony śniegu i krwi” został umieszczony na okładce powieści Elżbiety Cherezińskiej – "Niewidzialna korona"

środa, 24 września 2014

Okopy Świętej Trójcy – Marek Nowakowski

Wydawnictwo: Zysk i S-ka
  Poznań 2014
Oprawa: twarda
Liczba stron: 225
ISBN: 978-83-7785-479-2






Urodzony w 1935 Marek Nowakowski zmarł 16 maja 2014 roku. Został pochowany na warszawskich Powązkach. Był pisarzem, publicystą, scenarzystą i aktorem. Publikował m.in. w "Zapisie", "Gazecie Polskiej" i "Nowej Kulturze". Należał do Stowarzyszenia Pisarzy Polskich, a w 2006 roku został odznaczony Krzyżem Komandorskim Orderu Odrodzenia Polski. Aresztowany w 1984 roku, zawsze otwarcie przeciwko komunizmowi, po jego upadku bardzo krytyczny wobec nowej Polski – innej, niż sobie wyobrażał. W 2005 roku wchodził w skład honorowego komitetu wyborczego Lecha Kaczyńskiego (kandydującego na urząd prezydenta), a w 2010 Jarosława Kaczyńskiego (kandydującego na urząd premiera). Autor licznych zbiorów opowiadań i kilku innych książek. Znany najbardziej jako autor "Raportu o stanie wojennym". Na podstawie jego opowiadania powstał film zatytułowany "Gonitwa" (1971).
"Okopy Świętej Trójcy" to zapis przeprowadzonych na przestrzeni dwóch lat 21 rozmów Marka Nowakowskiego z Krzysztofem Świątkiem oraz jednej rozmowy z Grzegorzem Eberhardtem. Jak w podtytule – o życiu i ludziach. A także o polityce i literaturze. Swoisty testament prawdziwego polskiego inteligenta. Skarbnica wiedzy i cytatów.
"Okopy Świętej Trójcy" to moje pierwsze spotkanie z Markiem Nowakowskim. Pierwsze, choć raczej nie ostatnie. Chętnie zapoznam się z innymi pozycjami tego Autora. Zresztą nie tylko jego. Wypisałam sobie w czasie lektury kilka tytułów i kilka nazwisk, po które zamierzam sięgnąć. Bo "Okopy..." to także skarbnica-bibliografia. Na jej podstawie można by skomponować całkiem długą listę książek do przeczytania, co w moim wypadku jest już bardzo niebezpiecznie...
Skąd tytuł, możecie zapytać. Nazwa "Okopy Świętej Trójcy" została użyta m.in. w "Nie-Boskiej komedii" Krasińskiego i tam oznaczała ostatni przyczółek arystokracji. U Nowakowskiego rozumiałabym pod tym pojęciem raczej ostatni przyczółek inteligencji – takiej "prawdziwej", dziewiętnastowiecznej, która doszczętnie została starta z powierzchni ziemi wskutek działań hitlerowców i sowietów w latach 1939-1940. Taką inteligencję Autor miał jeszcze okazję poznać, taką szanował do końca swoich dni, za taką tęsknił. I chyba miał nadzieję, gdzieś w głębi serca, że jeszcze się odrodzi. Choć był, jak sam przyznawał, pesymistą. W dzisiejszej młodzieży widział osoby biegnące w wyścigu szczurów – chcące jedynie dostatnio żyć, bez problemów, na jak najwyższych stanowiskach. Zamknięci przed innymi, żyjący w swoim świecie, z nosami w komórkach, z oczami wlepionymi w ekrany komputerów. Gorzkie podsumowanie pokolenia przełomu ustrojów, jakby nie patrzyć – mojego pokolenia.
W swych rozmowach Nowakowski i Świątek poruszali wiele tematów – politycznych, światopoglądowych, społecznych, literackich. Rozmawiali o wielkich tego świata i tych "maluczkich". O Gustawie Herlingu-Grudzińskim, Stefanie Kiesielowskim, Marii Dąbrowskiej i Janie Józefie Szzepańskim, ale także o paserze, którego zwano Kiciuchem, czy Benku Kwiaciarzu. O tych, o których pamiętają twórcy encyklopedii i o tych, o których już wszyscy zapomnieli. To niesamowita podróż po XX-wiecznej Warszawie – jej zakamarkach, tych istniejących i tych, których już nie ma. O tych tytułowych Okopach, które przestały już istnieć, a które były wyznaczone nie tylko fizycznymi miejscami na mapie polskiej stolicy, ale przede wszystkim – ludźmi, z którymi Nowakowski się tam spotykał.
"Okopy..." to niesamowite i niespotykane spojrzenie na Polskę (i Warszawę) XX i XXI wieku. Krytyczne, nostalgiczne, marzycielskie i pesymistyczne. Wszystko na raz, choć Nowakowski był bardzo konsekwentny w swych opiniach. Nie cierpiał oportunizmu, gardził pięciem się po szczeblach kariery za wszelką cenę. Cenił honor. Przede wszystkim zaś kochał Polskę taką patriotyczną miłością, jaka dzisiaj nie jest już w modzie. I bardzo szanował ludzi inteligentnych. Inteligentnych bezinteresownie, nie po to, by móc się pokazać, zrobić karierę, lśnić na salonach, ale dla samej pasji i chęci zdobywania wiedzy, rozumienia świata. Najlepiej chyba oddają to jego własne słowa: "Erudycja – nie po to, żeby błyszczeć w gronie rozmówców, ale by karmić duszę. Sam jako szczeniak widywałem takich ludzi – dziś nazywam ich bezinteresownymi inteligentami."
Wszystkie te rozmowy, które składają się na "Okopy..."  prowokują do zadania sobie licznych pytań co do kondycji dzisiejszego społeczeństwa. Dokąd zmierzamy? Czy jest to dobry kierunek? Ile jesteśmy gotowi oddać, by dotrzeć do celu? Czy ma to w ogóle jakiś sens? Z Markiem Nowakowskim można się było nie zgadzać, ale nie sposób nie szanować jego spostrzegawczości, jego wiedzy o świecie oraz języka, jakim się posługiwał. Choć w niektórych jego wypowiedziach widziałam człowieka, z którym chętnie stanęłabym w szranki w dyskusji to... muszę przyznać, że choć wiem, iż to ja mam rację – z pewnością swoimi argumentami i sposobem wypowiedzi Pan Marek starłby mnie z powierzchni ziemi.
Gorąco polecam lekturę, tym bardziej, że wydanie jest po prostu bezbłędne. Oklaski dla korekty i redakcji, które nie przepuściły żadnej literówki.






Książkę przeczytałam dzięki życzliwości Wydawnictwa Zysk i S-ka



Książka przeczytana w ramach Wyzwania





Święta droga – Piotr Wesołowski

Rok: 2014
Ebook, format pdf
Liczba stron: 235
ISBN: 978-83-940299-2-0
 


Pamiętacie "Przymierze" Piotra Wesołowskiego? Oto dalsza historia Konrada, Karola i pozostałych bohaterów tamtej niesamowitej opowieści.
Na początku trochę się pochwalę, bo jestem bardzo dumna i szczęśliwa, że Autor docenił moją recenzję wcześniejszej powieści. Otóż, moi Drodzy, w ramach wstępu i przypomnienia, o co chodziło w "Przymierzu", Pan Piotr Wesołowski zamieścił niemalże całą moją recenzję. Muszę przyznać, że jest to dla mnie wielki zaszczyt.
O ile "Przymierze" było powieścią łączącą elementy science-fiction i political-fiction, o tyle "Święta droga" idzie dalej, dodając jeszcze kwestie teologiczne, religijne, światopoglądowe. Zwijcie, jak chcecie, bo właściwie sama nie do końca potrafię określić, w jakim kierunku najbardziej uderzają. W każdym razie – dalsze dzieje naszych bohaterów będą dotykać kwestii wiary i miejsca kościołów w dzisiejszym świecie. Myślę, że dla części czytelników, książka ta znajdzie się na półce zatytułowanej "kontrowersyjne". U mnie tam właśnie "stoi", przed czym i sam Autor przestrzegał.
Miało być tak pięknie. Wygraliśmy wojnę, staliśmy się prawdziwym mocarstwem. Z pomocą Bajtka i technologii dawno wymarłej rasy kosmitów Polska odzyskała swoje miejsce na Ziemi. Potęga, duma, radość. Huczne obchody. Wszystko się układa lepiej, niżby się można spodziewać. Polacy są szczęśliwi, bogaci, nie muszą już emigrować za chlebem. Nigdzie gospodarka nie jest tak zadowalająca, jak w kraju nad Wisłą. Występujemy z Unii Europejskiej, która przestaje być dla Polaków rajem. U nas dzieje się lepiej, żyje dostatniej, spokojniej. Jednak nie wszystkim się to podoba. Zarówno w kraju, jak i poza jego granicami. Wrogowie siedzą cicho, jak pod miotłą i wyczekują na odpowiednią chwilę, by uderzyć. Ich atak jest totalny...
Ziemi nie ma... Zostało już tylko kilku mężczyzn na statku kosmicznym. Nie ma szans na przyszłość. Jedyne, co im pozostaje to... wrócić do przeszłości i naprawić wszystko samodzielnie. Tym samym Konrad i Karol trafiają na Kujawy, do IX wieku, kiedy ziemiami włada Siemowit i chrześcijaństwo wśród Słowian tych terenów nie jest jeszcze znane.
Początkowo bohaterowie starają się niczego w przeszłości nie zmieniać, ale już samo ich pojawienie się przed wiekami jest wystarczającą kroplą wody, by wywołać prawdziwą powódź. Trochę się zdziwiłam, że tak łatwo przyszła im zmiana nastawienia i tak chętnie postanowili wspomóc swych przodków, wprowadzając do plemiennej wspólnoty wiele udogodnień, których nie powstydzili by się dziewiętnastowieczni ludzie. Ten element oczywiście sprawił, że akcja była jeszcze bardziej porywająca, ale trochę mi jednak przeszkadzały np. te szklane okna wśród Słowian (bo przecież właściwie nie Polaków jeszcze) w czasach przed panowaniem Mieszka I. Sami oceńcie, kiedy przeczytacie powieść.
Tak, akcja jest naprawdę wciągająca i cała historia jest bardzo dynamiczna. Dzięki temu czyta się szybko. Ani się obejrzałam i już widziałam ostatnią stronę. "Święta droga" poniekąd odpowiada na pytanie, co by było, gdyby Peruna uratował nie Leszko (którego zresztą mamy teraz okazję dużo lepiej poznać), ale jakiś, powiedzmy, Wania, czy inny Anatol.
Był taki moment, że obawiałam się, w jakim kierunku Autor pójdzie dalej. Na szczęście skierował się na inne tory, niż się spodziewałam i dalej snuł już naprawdę ciekawą historię. Mimo wszystko jednak wydaje mi się, że obarczenie chrześcijaństwa wszystkim, co złe w dzisiejszym świecie, to przynajmniej "lekka" przesada. Pozostawiam to Waszej ocenie, każdy może mieć własne zdanie i ja je cenię. Możemy podyskutować, do czego zachęcam, ale pod warunkiem, że najpierw przeczytacie "Świętą drogę". 
Książka oczekuje na wydanie, oczywiście poinformuję Was, kiedy już będzie dostępna. Mam jedynie nadzieję, że do tego czasu zostaną poprawione liczne literówki, których – jak zwykle – muszę się uczepić, bo mi strasznie przeszkadzały. 
Powieść jest kontrowersyjna, ma wartką i ciekawą akcję, a niektóre pomysły Autora po prostu powalają na kolana (w pozytywnym tego znaczeniu). Polecam zatem.





Za książkę dziękuję Autorowi


wtorek, 16 września 2014

Anglicy na pokładzie – Matthew Kneale

Wydawnictwo: Wiatr od Morza
Gdańsk 2014
Oprawa: miękka
Liczba stron: 525
Przekład (z angielskiego): zbiorowy pod redakcją
Krzysztofa Filipa Rudolfa i Michała Alenowicza
Tytuł oryginału: English Passengers
ISBN: 978-83-936653-6-5





Piękna okładka, wydawnictwo, któremu dopinguję od pierwszych dni, Eden i Tasmania. Czy może być ciekawsza mieszanka? Otóż może, a to częściowo za sprawą samego Autora, częściowo – Michała Alenowicza, który wpadł na iście szatański pomysł dotyczący przekładu. Na dodatek na tym nie skończył, ale doprowadził projekt do końca i dzisiaj Ty, Czytelniku, możesz go ocenić. Ja wystawiam szóstkę z plusem – zdecydowanie jedna z trzech najlepszych książek, jakie miałam okazję czytać w tym roku. Po kolei jednak.
Tasmania przez długie lata była dla Europejczyków nieznanym światem. Jeszcze bardziej tajemniczym niż Australia. To, co przybysze uczynili z nowym lądem i jego ludnością można zaś nazwać tylko w jeden sposób – ludobójstwo, całkowita zagłada rdzennych Aborygenów. Nie ma żadnego usprawiedliwienia i na zawsze już powinniśmy się wstydzić tamtych dni, kiedy biali – dla sportu, dla własnego bezpieczeństwa, dla możliwości zdobycia nowych terenów i z wielu jeszcze różnych powodów – mordowali Aborygenów, a dzieci, które oszczędzali, oddawali na "wychowanie" Kościoła. Całkowita zagłada ludności i ich kultury, którą ówcześni mieszkańcy Europy uważali za tak niską, że właściwie nieistniejącą. Tragedia, która się wówczas rozgrywała stała się właśnie główną osią powieści Matthew Kneala.
Akcja rozgrywa się na przestrzeni około trzydziestu lat, w większości na statku, którym nasi bohaterowie płyną z Anglii na Tasmanię oraz na samej Wyspie. Czego jednak tam szukają? Otóż pewien, nie najmłodszy już, pastor nazwiskiem Wilson dochodzi do wniosku, że właśnie na Tasmanii odnajdzie biblijny Eden i postanawia udowodnić swe racje. Przygotowuje ekspedycję, w której udział – pod jego "dowództwem" – wezmą: jeszcze młody, podobno inteligentny, a na pewno leniwy lekkoduch Timothy Renshaw oraz chirurg, praktyk i teoretyk, spisujący notatki do nowej książki – doktor Potter. Tych trzech w ostatniej chwili będzie musiało wynająć inny statek, niż dotychczas planowano – w Indiach wybuchły zamieszki i wszystkie statki zdatne do użytku zarekwirowała angielska armia. Nie zapominajmy, że mamy połowę XIX wieku, brytyjskie imperium rozrosło się na pół świata i wcale nie zamierza się skurczyć z powodu "jakichś zbuntowanych Hindusów".
Ten, bardzo ograniczony, wybór pada na Sincerity – statek pod dowództwem kapitana Illiama Quilliana Kewleya z wyspy Man. Zresztą całą załogę tworzy całkiem barwna "zgraja" Mańczyków, którzy nie są zbyt zadowoleni z tego, że po pokładzie ich statku pałętają się Anglicy. Tym bardziej, że w poszyciu Sincerity ukryte są bele tytoniu, antałki z brandy i kolorowe szkiełka, które z pewnością nie spodobały by się wielebnemu pastorowi. Już swoje przeżyli, namęczyli się nieźle, by uniknąć złapania przez celników, a teraz przyjdzie im jeszcze płynąć na sam kraniec świata, po to tylko, by móc sprzedać kontrabandę. Cóż – Mańczycy z Anglikami się nie polubią i to żadna tajemnica.
W ten sposób przedstawiłam kilkoro z narratorów tej niesamowitej, barwnej, wspaniałej i gorzkiej w odbiorze powieści. "Anglicy na pokładzie" to historia opowiedziana aż przez 21 osób! 21 narratorów, każdy piszący innym językiem, każdy patrzący na świat swoimi oczami, każdy wychowany i doświadczony na swój własny sposób. Wrażenie niesamowite. Tym bardziej, że polskie wydanie jest totalnie bezprecedensowe. Przetłumaczenia powieści podjął się bowiem zespół 21 tłumaczy – każdego bohatera przekładała inna osoba. W pierwszej chwili nie byłam w stu procentach pewna, czy to dobry pomysł – na pewno dość ryzykowny. Okazał się po prostu wyśmienity! Premierę książki zaś Wiatr od Morza zaplanował na 30 września – czyli Międzynarodowy Dzień Tłumacza.
Jeśli obawiacie się, że akcję powieści będziecie oglądać jedynie oczami białych ludzi, nie macie powodu. Jednym z głównych bohaterów jest także Peevay – zrodzony z matki Aborygenki i białego poławiacza fok. Poczęty w wyniku gwałtu, żyje gdzieś pomiędzy – ani biały, ani tubylec. Nikt go tak do końca nie akceptuje, a matka... Cóż, ta relacja jest bardzo skomplikowana.
Tak różne spojrzenia na sytuację sprawiają, żeotrzymujemy naprawdę szerokie spektrum. Zapoznamy się bowiem z opiniami m.in. pastora, doktora-rasisty, mieszańca Peevaya, władz na Tasmanii, czy zbrodniarzy, którzy byli osadzeni w tamtejszych obozach. Bo trzeba pamiętać, że Tasmania nie tylko nie była rajem na Ziemi, ale dla wielu była prawdziwym piekłem, a jej biali mieszkańcy to w dużej mierze były osoby skazane za naprawdę poważne zbrodnie.
Trochę mało wśród narratorów kobiet, ale przecież to XIX-wieczna, wiktoriańska, imperialna Anglia, gdzie kobiety miały inną rolę do spełnienia, niż dzisiaj. Dobrze, że choć kilka dopuszczono do głosu, a ich głos uważam za jeden z najważniejszych w tej powieści.
Kneale świetnie poradził sobie z ukazaniem różnic w pojmowaniu i postrzeganiu świata pomiędzy Europejczykami a Aborygenami. Nie zatrzymał się jednak na tym. Bardzo zgrabnie przedstawił także różnice między Mańczykami a Anglikami. Muszę przyznać, że pozostaję pod olbrzymim wrażeniem.
W ogóle nie spodziewałam się, że Wiatr od Morza tak szybko się rozwinie i to na taką skalę. Kiedy w czasie zeszłorocznych Warszawskich Targów Książki zapowiadali wydanie pierwszej powieści – nie mogłam przewidzieć, że w ciągu niecałego półtora roku będą mieli na swym koncie tyle wyśmienitych i wybitnych pozycji, ani tym bardziej, że pokuszą się o tak wielkie przedsięwzięcie translatorskie. Naprawdę godne podziwu.
Wisienką na torcie jest przepiękna, klimatyczna okładka, którą zaprojektował Michał Alenowicz. Grafiki do niej (jak i i wszystkie pozostałe materiały graficzne) są natomiast dziełem Alexeya Pavlutsa.
Żeby nie było, że kadzę, czas na uwagi. Jest tylko jedna – bo choć otrzymałam egzemplarz recenzencki, a więc przed stateczną korekta, to znalazłam tylko trzy literówki, które z pewnością zostaną poprawione do daty premiery –  dlaczego służący Pottera raz nazywa się Hooper, a innym razem Hopper?
Chyba nie macie wątpliwości co do tego, że "Anglików na pokładzie" polecam całym sercem? Kupujcie i czytajcie, bo naprawdę warto!








Za egzemplarz recenzencki dziękuję Wydawnictwu Wiatr od Morza


Rud€ – Ewa Gogolewska-Domagała

Wydawnictwo: sumptem Autorki, druk: SOWA
Puck 2014
Oprawa: miękka
Liczba stron:328
ISBN: 978-83-939742-0-7



"Rud€" to kontynuacja powieści Ewy Gogolewskiej-Domagały pt. "Blondie$". Pierwszą część przyjęto bardzo ciepło, a przez czytelników portalu Granice.pl została uznana za książkę roku 2010. Jeśli jednak "Blondie$" nie czytaliście – nie martwicie się na zapas. Ja również mam to dopiero w planach. "Rud€" natomiast – choć powieść nawiązuje do bohaterów i zdarzeń z pierwszej części – można pochłonąć bardzo szybko i wszystko doskonale zrozumieć nawet, jeśli nie miało się okazji zapoznać z powieściowym debiutem Autorki.
Jak być może już zdążyliście zauważyć, nie przepadam za literaturą, którą ktoś szumnie nazwał "kobiecą".  Wydaje mi się na ogół głupiutka, naiwna i po prostu kiepsko napisana. Ewa Gogolewska-Domagała udowadnia jednak, że nawet w tej "szufladce" można znaleźć całkiem dobre pozycje. Całkiem dobre? Nawet bardzo dobre, choć do ideału tej powieści jeszcze daleko, ale o tym za moment.
"Rud€" to powieść w większości o kobietach, choć nie tylko. Mnie osobiście najbardziej wzruszyła historia Huberta i nad jego losem uroniłam trochę łez. Powieść zaczyna się jednak od przedstawienia dwóch przyjaciółek – Clementine i Nicole. Obie mieszkają w Belgii i choć przyjaźnią się od lat, każda z nich jest inna. Nicole to singielka, która chadza własnymi drogami i daleko trzyma się od stałych związków. Za to bardzo lubi protestować. Przeciwko czemu? Wszystkiemu, co się da. Clementine to ułożona kobieta koło trzydziestki, matka dwójki dzieci, od roku wdowa. Nagła i niespodziewana śmierć ukochanego Angela wpędziła ją w depresję i w ramach "kuracji" udaje się (razem z dziećmi) na kilkumiesięczny urlop do Tunezji. W pięknym, pięciogwiazdkowym hotelu pozna śliczną Samirę, z którą zwiąże się na wiele lat i która stanie się dla niej kimś w rodzaju młodszej siostry. Piękny dla turystów kraj nie jest jednak tak cudowny, jak można przypuszczać oglądając fotografie w katalogach biur podróży. Poniżenie, ból, niedocenienie – to tylko część z uczuć, z jakimi borykają się tamtejsze muzułmanki, mimo że Tunezja uchodzi za jeden z bardziej zeuropeizowanych krajów muzułmańskich.. A Clementine? Cóż, i jej los nie oszczędzi, gdy pewnego dnia jej ukochane dzieci zostaną porwane, a jej przyjdzie ścigać je choćby i na krańce.... Ojej, chyba się rozpędziłam.
Niektóre wątki są wyśmienite, inne po prostu dobre. Niektóre można by trochę bardziej rozwinąć, ale ogólnie cała powieść to świetne czytadło i to na dodatek z wieloma ciężkimi tematami, z którymi trzeba się zmierzyć. Czy wylejecie nad książką wiele łez to zależy jedynie od Waszej wrażliwości. To słodko-gorzka powieść, w której przeplata się humor i dystans do samego siebie, z obserwacją różnych narodowości oraz tragedią wielu bohaterów. Tragedią osobistą i ogólną, bo trudno nie myśleć choćby o losie tych wszystkich ciemiężonych kobiet, gdy czyta się o Samirze. Trochę smutku, trochę śmiechu, cała gama miłości. Wciągająca akcja, która sprawiła, że zawaliłam noc. Ciekawi bohaterowie. Chciałoby się napisać – nic dodać, nic ująć. Niestety, powieść ma minusy...
Choć korekta jest całkiem dobra (jedna literówka i kilka akapitów, na końcu których brakuje kropek to jeszcze nie koniec świata), to niestety odczuwalny jest tu brak redakcji. Autorka ma spore problemy z ogarnięciem czasu. Pisze przykładowo, że od jakiegoś wydarzenia minęło dziewięć lat, by na kolejnej stronie napisać, że cztery. Bohaterka wychodzi ze szpitala po zabiegu na wyrostek i bierze tabletki. Potem czytamy o kolejnych dwóch latach jej życia, by nagle... znów musiała wziąć tabletkę po zabiegu. Wiele takich błędów znalazłam, co bardzo utrudniało mi ustalenie, kiedy akcja powieści ma miejsce. Gdy wziąć pod uwagę, że najstarsze przywoływane wydarzenia to koniec wojny, a najnowsze dzieją się już kilka lat po wstąpieniu Polski do Unii Europejskiej – mamy naprawdę spory rozstrzał czasowy – to można ogłupieć. Dla jednego bohatera mija dekada, dla innego dwie. Czasowo – nie zawsze ma to sens. Nawet średnio uważny czytelnik może się pogubić. Szkoda, bo powieść czyta się naprawdę rewelacyjnie i bardzo, bardzo ciężko się od niej oderwać.
Polecam (z powyższym zastrzeżeniem), sama zaś czekam na możliwość przeczytania "Blondie$" oraz kolejnej powieści przygotowywanej przez Autorkę (mam nadzieję, że tym razem skusi się na redakcję).


 



Książka przeczytana w ramach Wyzwania



Książkę przeczytałam dzięki życzliwości Wydawnictwa SOWA
 http://www.sowadruk.pl/

niedziela, 7 września 2014

Alchemik z Hagi – Leszek Konopski

Wydawnictwo: Bellona
Warszawa 2014
Oprawa: miękka
Liczba stron: 223
ISBN: 978-83-11-12592-6





Transmutacja ołowiu w złoto, diabeł Łakota i podróże w czasie – przepraszam: chronoportacja – tego możecie oczekiwać po "Alchemiku z Hagi". Wartka akcja, ciekawe postaci, ładnie zarysowane tło. Czy można jednak powieść nazwać historyczną? Zadajcie sobie to pytanie po przeczytaniu całej recenzji, a później... sięgnijcie koniecznie po książkę.
Alchemik Dirk nie miał szczęścia do sąsiadów. Z jakichś powodów nie podobały im się jego eksperymenty, nie rozumieli wagi odkryć, które pewnego dnia mógł poczynić, przeszkadzał im smród dobywający się z jego pracowni. Pożary, które w niej czasami wybuchały również nie przysporzyły mu wielbicieli. Zawzięli się na niego nawet włodarze miejscy i w ten oto sposób zmuszony został do spakowania manatek i przeprowadzki. Trafił do tytułowej Hagi, która wówczas była nawet nie miastem, a miejscowością i w której miały go spotkać niebagatelne przygody.
Wszystko zaczęło się w sylwestrową noc, kiedy ludzkości witała nie tylko nowy rok, ale i nowe stulecie. Dirk, a właściwie Theodoricus van Woensdrecht, z pewnością nie spodziewał się, że w jednym z wiszących w jego domostwie obrazów zamieszkuje pewien sprytny diabeł, który na domiar złego posiadł tajemnicę kamienia filozoficznego. Zresztą, kamień kamieniem, złoto złotem, ale podpisanie cyrografu raczej bywa niebezpieczne. Toteż Dirk bronić się będzie zawzięcie, a Łakota kusić go będzie, przygotowując nader przyjemną "ofertę handlową".
Ciekawe postaci pierwszo- i drugoplanowe przedstawione są na barwnym tle XVII-wiecznej Holandii, która toczy wojny na wielu frontach, a jednocześnie nie przeszkadza jej to prowadzić interesów raz z jednym, raz z drugim wrogiem. Bohaterowie wypowiadają się trochę stylizowanym językiem, co widoczne jest przede wszystkim bliżej końca, gdy dochodzi do zetknięcia osób z XVII i XXI wieku. Wielki plus dla Autora, że udało mu się tak zgrabnie z tego wybrnąć.
Szkoda jedynie, że w pewnym momencie fabuła zaczęła tak galopować. Można by ją spokojnie rozciągnąć na kolejne 100 stron i rozszerzyć niektóre ciekawe wątki, choćby ten dotyczący Hester.
Nie mogłam się oderwać od lektury i powieść właściwie nie tyle przeczytałam,co pochłonęłam i była jednocześnie pysznym daniem głównym i znakomitym deserem. Niestety z małym zakalcem...
Co poszło nie tak? Redakcja. Kilka literówek to może jeszcze nie koniec świata, ale książka jest dość krótka, więc powinno być ich raczej mniej. Przede wszystkim jednak bardzo źle odebrałam, że na jednej z pierwszych stron pomylone jest imię głównego bohatera. Autorowi nie powinno się to przytrafić, a jeśli już popełnił taką skuchę – redaktor winien ją poprawić. Imiona i nazwiska bohaterów są skomplikowane i brzmią naprawdę obco, taka pomyłka zaś utrudnia ich ogarnięcie jeszcze bardziej. Szczególnie, kiedy dotyczy samego alchemika Dirka. I to największy minus.
Bardzo podobała mi się nagła zmiana narracji na pierwszoosobową, kiedy to zaczynamy widzieć zdarzenia oczami XXI-wiecznego mężczyzny. Duży plus za pewne powtórzenia w zdaniach – dzięki nim widzimy dokładnie te same miejsca oczami dwóch różnych osób i dostrzegamy razem z nimi różnice, które zaszły w otaczającym je środowisku. Ciekawy zabieg, który chyba nie był trudny, a wypadł naprawdę pozytywnie.
Trochę się pogubiłam przy podróżach w czasie, chyba zapętliłam się w pewnej chwili wraz z bohaterami. Nic to jednak nie zniechęcało do dalszej lektury, która mnie całkowicie wchłonęła.
Polecić mogę szczerze, choć nadal pozostaje pytanie postawione na początku – czy "Alchemika z Hagi" można nazwać powieścią historyczną? Moim zdaniem absolutnie nie.
Jestem ciekawa Waszego zdania.




Książka przeczytana w ramach Projektu:

Książka przeczytana w ramach Wyzwania:


Książka przeczytana w ramach Wyzwania:


wtorek, 2 września 2014

Mroczne dziedzictwo – Marian Kowalski

Wydawnictwo: RW2010
Poznań 2012
Ebook, format pdf
Liczba stron: 211
ISBN: 978-83-63598-04-4







Nigdy wcześniej nie trafiłam na żadne dzieło Mariana Kowalskiego. Teraz – kiedy wiem już, jak wiele napisał, jak wiele stworzył – zdaje mi się to dziwne. Czy warto zapoznać się z pozostałymi jego utworami? Nie wiem. Na pewno jednak mogę Wam polecić "Mroczne dziedzictwo", które na kilka dni (miałam na wakacjach mało czasu na czytanie) zaniosło mnie nad Bałtyk...
Morze pełne tajemnic, starych legend i baśni opowiadanych z dziada, pradziada. Morze, które zabrało na zawsze niejednego śmiałka i które potrafi być tak piękne, jak i przerażające. Przymorze, które kiedyś należało do Krzyżaków i gdzie przed wiekami na stosach płonęły czarownice...
Akcja powieści w większości toczy się dwutorowo. Daniel jest niemieckim dziennikarzem. Osiągnął pewien sukces, jest szanowany, znany, całkiem dobrze płacą mu za wierszówkę. Co dokładnie było powodem wyjazdu do niewielkiego miasteczka, w którym odbywała się konferencja o bytach nadprzyrodzonych nie ma większego znaczenia. Liczy się to, że w Weil der Stadt spotkał Ją. Rudowłosą. Piękną, pociągającą, tajemniczą polską rzeźbiarkę, która postanowiła stworzyć pomnik Sydonii, dawno już nieżyjącej kobiety skazanej na straszliwą śmierć na stosie – za czary.
Różni ich niemal wszystko, a jednak Daniel nie potrafi wyrzucić z głowy wspomnień dotyczących Ognistowłosej. Całkowicie zawładnęła jego umysłem. Nie potrafi pracować, nie może się skupić, popada w coraz większą niełaskę. I można by się żalić nad jego losem, gdyby nie to, że biedną Irenę spotyka znacznie więcej przykrości. Ból zdaje się być wpisany nie tylko w życie tej pięknej kobiety, ale w krew, która płynie w jej żyłach. Jaki udział mają w tym wszystkim przybyli z dalekich kazachskich stepów teściowie? Jakie mroczne dziedzictwo w sobie noszą?
Szalejący z pragnienia Daniel, szalejąca ze strachu i nawiedzana przez duchy zmarłych przed wiekami Irena, ogarnięty szaleństwem poszukiwania skarbu wikingów Emil – mąż Ireny... Tragedia za tragedią. Wiele śmierci, wiele niewyjaśnionych tajemnic. Cmentarz kryjący niejeden sekret. I pewna książka, która może okazać się ważniejsza, niż początkowo myślicie. Wszystko to w urokliwym majątku Wedlów, gdzieś niedaleko Niechorza.
Jeśli strony elektronicznej książki mogłyby wydzielać zapach, "Mroczne dziedzictwo" pachniało by (śmierdziało?) strachem. Napięcie, ciarki na plecach i ciągła niepewność, co dalej.. Te uczucia towarzyszyły mi podczas czytania tej niesamowitej powieści. Powieści napisanej pięknym językiem, przemyślanej w każdym szczególe, przyciągającej niczym magnes.
Dodatkowym atutem "Mrocznego dziedzictwa" jest zróżnicowana narracja. Historię Daniela poznajemy dzięki jego własnej opowieści. Narracja trzecioosobowa pojawia się w przypadku dziejów Ireny. Kiedy bohaterowie są razem – bywa różnie.
Bardzo podoba mi się pomysł napisania takiej historii. O Pomorzu, o naszych mitach, naszych legendach, postaciach z przeszłości, które na wieki zapadły w lokalną pamięć, a o których dzisiejsza, coraz bardziej globalizowana, Polska, zdaje się, zapomniała.
Nieczęsto się to zdarza, ale... nie mam żadnych negatywnych uwag dotyczących tej książki.



Książkę przeczytałam dzięki życzliwości Wydawnictwa RW2010

niedziela, 31 sierpnia 2014

Londyńskie wakacje A.D. 2014 (Loncon3)



Tydzień minął już od naszego powrotu z brytyjskiej stolicy, półtora tygodnia odkąd zakończył się Loncon3, czyli tegoroczny Worldcon. Czas więc najwyższy, by opowiedzieć Wam o tych niesamowitych i pełnych wspaniałych chwil dziesięciu dniach.
Moja relacja dotyczy nie tylko samego konwentu, ale całego wyjazdu do Londynu, dowiecie się więc także, co mnie zachwyciło w tym mieście, co warto zobaczyć, a co można ewentualnie ominąć. Oczywiście – są to słowa całkowicie subiektywne, możecie się z moją opinią nie zgadzać, mieć swoje zdanie. Wszak – różne są gusta i nie wypada o nich ponoć dyskutować. Pragnę jednak podzielić się z Wami moimi wrażeniami z miasta powszechnie w Polsce znanego pod nazwą… Lądek Zdrój ;)
Lotnisko w Luton szybko poradziło sobie z przyjęciem gości z Polski, odprawa była miła i profesjonalna (choć zaliczyłam „masaż” na jednej z bramek). Choć musieliśmy trochę poczekać na autobus, by dojechać do Londynu (bardzo dużo chętnych, a kurs wypada jedynie raz na pół godziny, w związku z czym „załapaliśmy się” dopiero na trzeci z kolei), wszystko poszło zgodnie z planem i dotarliśmy na miejsce, gdzie przesiedliśmy się na metro. Och, londyńskie metro. Paryskim byłam dotąd zachwycona, ale przyznaję, że londyńskie urzekło mnie jeszcze bardziej – a to dlatego, że w dużej części (przynajmniej te linie, z których korzystaliśmy) jeździ częściowo tylko pod ziemią, a częściowo na powierzchni, dzięki czemu: nie miałam problemów z podróżowaniem w ciemności i poczuciem, że mam nad sobą całe miasto, a poza tym mogłam w czasie podróży oglądać miasto, które jest naprawdę olbrzymie.
Metro ma jeden minus… Koszty przejazdu są po prostu zabójcze. Nawet dla miejscowych, a co dopiero dla nas, przyjezdnych z niezbyt bogatych krajów. Na szczęście była możliwość zakupienia biletów tygodniowych i to już w Polsce, dzięki czemu troszkę oszczędziliśmy (przyjemność podróżowania po Londynie w ciągu tych dziesięciu dni wyniosła około 400 złotych na osobę…). Kiedy jednak przyszło nam dwukrotnie kupić jednorazowe bilety, mile się zaskoczyliśmy. Otóż na każdej stacji metra są biletomaty, a przy nich stoi pracownik, który pomaga niezbyt „ogarniętym” klientom zorientować się, co i jak. Już po samym błądzącym wzroku potrafił poznać, że jesteśmy pierwszego dnia trochę zagubieni, pomógł, doradził, wytłumaczył rzeczowo i cierpliwie, jakie bilety kupić, jak działają, ile zapłacić, gdzie pójść dalej. Po prostu wyższa klasa. Kiedy dodać do tego, że jadąc metrem na bieżąco słuchaliśmy informacji dotyczących każdych, nawet minutowych opóźnień na trasie, byliśmy na bieżąco informowani o zmianach (nawet na miesiąc wcześniej wiedzieliśmy, że na niedzielę planowane są remonty na naszej linii i że musimy podróżować inaczej)… Przepraszano nas nawet za hamowanie pomiędzy stacjami! Zupełnie inna kultura podróżowania.
W ogóle ludzie, których napotkaliśmy na swej drodze byli bardzo serdeczni, otwarci i chętni do pomocy.
Londyn przywitał nas… angielską pogodą. W ciągu zaledwie kwadransa ze trzy razy rozkładałam i składałam parasol, aż się znudziłam i postanowiłam moknąc. Moja długa za kostki spódnica zbuntowała się przeciw temu i niestety nie nadawała do założenia w kolejnych dniach. Uff, jak dobrze, że zawsze taszczę wszędzie dobrze zaopatrzoną walizkę ;)
Pierwszy pełny dzień w Londynie, czyli środę, rozpoczęliśmy od obejrzenia zmiany warty pod Pałacem Buckingham. Futrzaste czapy, czerwone uniformy, błyszczące złotem instrumenty zrobiły bardzo miłe wrażenie. Pogoda dopisywała, świeciło słońce, było dość ciepło, tylko tłum ludzi trochę przeszkadzał takiej niewysokiej istotce, jak ja. Musiałam się nieźle nagimnastykować, by cokolwiek zobaczyć, ale było warto.
Kolejne godziny spędziliśmy w British Museum. Zdecydowanie polecam Wam odwiedzenie go. Niestety nie udało nam się obejrzeć całości, choć byliśmy tam aż do zamknięcia – zostało nam jeszcze kilka sal. Jednak zarówno British Museum, jak i National Gallery, którą odwiedziliśmy kilka dni później – to miejsca, do których naprawdę warto zajrzeć i pokontemplować zebrane tam dzieła sztuki. W pierwszym – rzeźbę, sztukę użytkową i kilka nadzwyczaj ciekawych wystaw czasowych (m.in. teraz o chorobach, leczeniu i podejściu do chorób, jakie mają różne kultury i systemy religijne), a w Galerii – obrazy, m.in. „Słoneczniki” Van Gogha. W BM mogłam zobaczyć także maskę pośmiertną napoleona, wykonaną dwa dni po jego zgonie. Dla mnie było to niesamowite przeżycie, jako że Napo jest moim idolem od lat.
W czwartek rozpoczynał się konwent, więc by uniknąć długich kolejek i tracenia ważnych dla nas punktów programu, już w środę pojechaliśmy się akredytować. Nie zajęło nam to dłużej niż minutę i już byliśmy szczęśliwymi posiadaczami identyfikatorów oraz informatorów dotyczących konwentu. Czujnie ich strzegliśmy, jako że za wyrobienie duplikatu identyfikatora musielibyśmy, w razie zgubienia, czy kradzieży, zapłacić… 30 funtów (czyli około 160 złotych!).
Wieczorem, gdy zapadał zmierzch, a miasto rozświetliło się milionami świateł, podjechaliśmy nad Tamizę, obejrzeliśmy Tower, przeszliśmy się po Tower Bridge, zadumaliśmy na chwilę nad losem żołnierzy, którzy zginęli w pierwszej wojnie światowej, a na cześć których wokół Tower „posadzono” w ostatnim czasie 888.246 ceramicznych czerwonych maków. Wielka Brytania nie zapomniała o setnej rocznicy wybuchu Wielkiej Wojny.
Londyn nocą jest urokliwy i nastraja bardzo pozytywnie. Te wszystkie światła, ludzie spacerujący w parach i grupkach, śmiechy dochodzące przez otwarte drzwi pubów. Miasto żyje przez całą dobę.
Do ExCeLa, w którym odbywał się Loncon3 dojechać można DLR, czyli linią kolejową, która powstała w celu ułatwienia transportu pomiędzy konkretnymi dokami na kanale. Do dzisiaj wyraźnie widać, że okolica była portowa, zostało mnóstwo zabudować z dawnych czasów. Z ExCeLa rozpościera się przepiękny widok na cały kanał i jego okolice, można też zrobić sobie bardzo przyjemny spacer nad kanałem, co któregoś dnia uczyniłam. ExCeL jest budynkiem naprawdę potężnym i nowoczesnym pod każdym względem, co wcale nie razi w połączeniu ze starą portową zabudową. W ogóle cały Londyn tak jest zagospodarowany, że nowe i nowoczesne stoi obok starego i klasycznego, a nie tylko nie razi, ale wręcz pięknie się komponuje. Bardzo mi się takie zagospodarowanie przestrzeni miejskiej podobało. Dodatkowo jeszcze nie spodziewałam się, że brytyjska stolica jest taka zielona, że tyle tam skwerków, parków, drzew, wszędzie w oknach stoją doniczki i skrzyneczki z kwitnącymi kwiatami, nawet na latarniach porozwieszano bujnie kwitnące rośliny. Bardzo urokliwe i klimatyczne.
Wracając do ExCeLa – budynek ma zaplecze na bardzo wysokim poziomie, odpowiadające wszelkim potrzebom i wymaganiom początku XXI wieku. Sale są przestronne, wygodne, zaopatrzone w sprzęty audiowizualne, klimatyzowane. W każdej przygotowano specjalne miejsca dla osób niepełnosprawnych i takich, które mają jakikolwiek problem z poruszaniem się. Można też było wynająć specjalne wózki, które ułatwiały pokonywanie dużych dystansów (na długości ExCeLa znajdują się aż trzy stacje DLR). Do tego mnóstwo restauracji, kafejek, sklepików. Dużo ubikacji. Darmowe połączenie z Internetem. Żyć, nie umierać. Jedyne zastrzeżenie – za mocno podkręcona klimatyzacja sprawiała, że marzłam nie tylko na zewnątrz (jako, że mieliśmy typowo angielską pogodę przez większość pobytu), ale i w środku.
Na czterech poziomach, w wyznaczonych sektorach miały miejsce się prelekcje, dyskusje panelowe, wystawy, przedstawienia, konkursy. W piątek odbył się wspaniały koncert orkiestry filharmonii. Zagrali członkowie Londyńskiej Symfonii, Filharmonii Królewskiej oraz Filharmonii Londyńskiej, zaśpiewała Sarah Fox (sopran), a dyrygował Keith Slade. Usłyszeliśmy m.in. tematy z „Supermana”, „Doktora Who”, „Star Treka” i „Gwiezdnych wojen”. Naprawdę niezapomniany wieczór.
Swoje prace w strefie artystycznej wystawili m.in. Chris Foss, Chris Achilleos, Bruce Pennington, Jim Burns i Sophie Klesen. Poza tym, że można było podziwiać obrazy i grafiki kilkudziesięciu artystów – można było je również zakupić (licytacja). Niestety ceny były, jak na moją kieszeń, za wysokie, cieszę się jednak niezmiernie, że miałam okazję obejrzeć tyle wspaniałych dzieł.
Na Loncon zaproszono całe grono znamienitych gości, a wśród nich Johna Clute’a, Malcolma Edwardsa, Chrisa Fossa, Stephena Baxtera, Adriana Tchaikovsky’ego oraz Georga Martina  – tak, tego od „Gry o tron”. (Jednym z gości honorowych był Iain M. Banks, który niestety zmarł w zeszłym roku, w związku z czym na Londonie uczczono jego pamięć.) Można było ich wysłuchać, porozmawiać, otrzymać autograf, a nawet wypić kawę. Z wielką radością udałam się po autografy do Stephena Baxtera, Ann i Jeffa Vandermeerów, Iana Watsona i Briana W. Aldissa (który w czasie konwentu obchodził swoje 89. urodziny). 
Razem z Michałem ustawiliśmy się też w długiej kolejce do G. Martina. To było prawdziwe wyzwanie, ponieważ musieliśmy się tam stawić dwie godziny – wcześniej byliśmy gdzieś pomiędzy trzecią a czwartą dziesiątką, a Autor przyjął jedynie 200 osób, później kolejka została zamknięta. Każdemu podpisywał tylko jedną książkę, więc możemy się uważać za szczęściarzy. U niektórych Autorów były ograniczenia ilościowe, u innych nie. Nieraz były to np. trzy, czy dwie pozycje. Tak samo u Artystów. Zdobyliśmy jednak naprawdę pokaźną ilość autografów (ja chyba 10, Michał – 70).
Kilka książek kupiłam (Michał znacznie więcej). No dobrze, nie kilka – słownie dwie. Kolejne dwie dostałam od Autorki, Amandy Bridgeman (plus jednego ebooka). Poza tym obłowiłam się całkiem pokaźnie w ciągu ostatnich dwóch dni. W wiosce fanowskiej przez cały czas trwania konwentu znajdowała się „biblioteka”. Można było wybrać książki z naprawdę pokaźnych zbiorów, pożyczyć, usiąść przy jednym z kilkunastu chyba stolików i spokojnie poczytać. Od niedzielnego popołudnia, książki te można było ze sobą zabrać do domu i już nie oddawać. W ten sposób znowu powiększyłam swoje zbiory, m.in. o „Santaroga Barrier” Franka Herberta i wybór najlepszych opowiadań Murraya Leinstera (którego opowiadanie „Piaszczysta planeta” niedawno tłumaczyłam; teraz pracuję nad kolejnymi dwoma tekstami tego Autora).
Wzięliśmy również udział w tanecznych wydarzeniach: Swing Dance i Regency Dance (tu jedynie jako widzowie) oraz w Maskaradzie. Muszę przyznać, że polskie maskarady wypadają jednak znacznie lepiej i ta londyńska nie zrobiła na mnie większego wrażenia. Patrząc na przebrania niektórych osób na konwencie, spodziewałam się zobaczyć na scenie znacznie więcej. W ogóle takie moje przemyślenie w kwestii strojów – stosunkowo mało osób jak na tak duży konwent w ogóle było przebranych. Z czego to wynika? Nie jestem do końca pewna. Może chodzi o to, że w Stanach i niektórych krajach Europy istnieją konwenty poświęcone cosplayowi i to tam można zobaczyć najciekawsze przebrania. W porównaniu jednak do np. Pyrkonu – pod tym kątem Loncon nie wypadł najlepiej.

Na Worldconach od lat przyznawana jest jedna z najbardziej prestiżowych nagród za utwory fantastyczne, czyli Hugo Award. Nazwa jej pochodzi od Hugo Gernsbacka, założyciela magazynu „Amazing Stories”. W tym roku przyznano jednak nagrody nie tylko za rok 2013, ale również za… 1938 – nazwane Retro Hugo. Uroczyste gale miały miejsce w piątek i w niedzielę. Szczególnie w pamięć zapadnie mi na długie lata właśnie ceremonia przyznania Retro Hugo. Z dwóch powodów – po pierwsze dlatego, że jedną z nagród otrzymał sir A. C. Clarke (uroniłam łezkę), po drugie dlatego, że gala była fantastycznie wyreżyserowana i przygotowana w klimacie schyłku lat ‘30 (wykorzystanie fragmentów „Wojny światów” to po prostu fenomenalny pomysł!). Nie wymienię wszystkich zwycięzców, odeślę Was do list: Hugo za 2013: http://www.loncon3.org/index.php; Retro Hugo: http://www.loncon3.org/1939_retro_hugo_results.php.
Ogólny klimat konwentu, z mojej perspektywy, był bardzo pozytywny. Ludzie uśmiechali się do siebie, pomagali sobie, szczególnie kiedy widzieli, że ktoś miał przy identyfikatorze przyczepioną informację, że to jego pierwszy Worldcon. Co od razu rzuciło mi się w oczy, to to, że średnia wieku była znacznie wyższa niż na wszystkich konwentach, w których dotychczas uczestniczyłam. Brakowało tzw. gimbazy (co mi, osobiście, bardzo odpowiadało). Wynika to z pewnością z faktu, że taki międzynarodowy konwent jest dużo droższy. Już sam przelot do Wielkiej Brytanii nie należy do najtańszych, a i akredytacja była dość kosztowna.
Chciałam jeszcze zwrócić uwagę na kilka punktów programu, które z takich, czy innych względów na wspomnienie zasługują specjalnie i które na długo zapadną mi w pamięć. Nie sposób po prostu omówić tu wszystkiego, bo któż chciałby czytać kolejne kilka stron…
Na początek więc czwartkowy panel „The Domestication of Spock”, w którym udział wzięli Jude Roberts, Nick Hubble, Mary Anne Mohanraj i Justina Robson. Zastanawiali się nad koniecznością udomowienia „potworów” w literaturze i filmie (a także życiu codziennym) i powodami, jakimi kierują się autorzy, by mniej lub bardziej zmieniać swe postaci z przerażających – a czasem odrażających – potworów w domowych i potulnych partnerów na całe życie. Bardzo ciekawy temat, który chyba dotąd na polskich konwentach się nie pojawił.
Wzięłam udział również w dwóch punktach programu dotyczących języka. Na panelu „Uniwersal Language: Good Or Bad?” Bettina Beinhoff, Aliette de Bodard, Anna Feruglio Dal Dan, Jesi Pershing i Michael Burianyk próbowali odpowiedzieć sobie na pytania, czy wprowadzenie uniwersalnego języka byłoby dobre dla ludzi i w ogóle możliwe oraz czy miałby to być język pomocniczy, czy może miałby się stać podstawowym, a z czasem natywnym dla wszystkich Ziemian. Dyskutanci nie byli zgodni co do powyższych kwestii, dzięki czemu ta godzina była naprawdę pasjonująca. Udało mi się również dostać na eksperyment prowadzony przez Bettinę Beinhoff z Anglia Ruskin University. Dotyczył on tworzenia języków sztucznych oraz rozpoznawania języków – podobieństw między nimi, różnic, sposobów budowania i odbierania przez słuchaczy. Było to bardzo ciekawe doświadczenie, choć przyznaję, że dla mnie trochę… dołujące. Miałam duży problem z rozpoznaniem słuchanych języków i właściwie pewna jestem, że dobrze rozpoznałam jedynie… klingoński.
Kolejne dwa punkty, na które warto było się udać dotyczyły steampunku i Urban fantasy. Oba panele zostały rewelacyjnie poprowadzone przez Gillian Redfearn. Naprawdę sporo dowiedziałam się o obu tych gatunkach i skomponowałam niekrótką listę pozycji, z którymi ponoć naprawdę warto się zapoznać. Lista książek do przeczytania nieustannie rośnie, szkoda tylko, że czasu jeszcze nie potrafię odpowiednio rozciągnąć…
Piątkowe i sobotnie przedpołudnia poświęciłam dwóm panelom dotyczącym religii. Na jednym z nich goście dyskutowali o wpływie religii na sf i fantasy, na to, jak jest przedstawiana w fantastyce, ile fantastyka z niej czerpie; na drugim zaś zastanawiali się nad jej przyszłością w świecie coraz bardziej zlaicyzowanym i rozwiniętym naukowo i technologicznie.
Bardzo ciekawa była również dyskusja na temat przenoszenia literatury na mały ekran. Wzięli w niej udział ludzie, którzy zetknęli się w swej pracy z tymi właśnie mediami – piszą powieści, komiksy, scenariusze odcinków seriali. Niewiarygodne jak różnymi prawami rządzi się pisanie przykładowo opowiadań od pisania scenariuszy i jak trudne jest przeniesienie tekstów pisanych na ekran telewizora.
Byłam bardzo ciekawa krótkiego wykładu na temat statków kosmicznych zainspirowanych prozą sir Arthura C. Clarke’a (dla tych, którzy nie wiedzą – jestem jego ogromną wielbicielką i to dzięki jego twórczości w ogóle zainteresowałam się fantastyką). Dwudziestominutowa prelekcja zaowocowała kolejną listą pozycji do przeczytania, choć przecież Clarke’a czytam od lat i mam już za sobą kilkadziesiąt powieści. Bardzo dziękuję Kelvinowi Longowi za jego niezmiernie ciekawe spojrzenie na temat i za to, że mogłam choć przez chwile posłuchać o moim ulubionym Autorze. Cieszę się, że na Lonconie pojawili się przedstawiciele Institute for Interstellar Studies, dzięki którym mogłam zrobić sobie zdjęcie z… Monolitem.
W poniedziałek wybrałam sobie jedynie dwa punkty programu, oba jednak zdecydowanie zasługują na wspomnienie. Z okazji dziesiątej rocznicy pojawienia się na ekranach nowej wersji serialu „Battlestar Galactica” półtorej godziny poświęcono na odczyt trzech prezentacji dotyczących tego, co w tym okresie działo się wokoło kultowego już serialu. Tematy dotyczyły nowego spojrzenia na space operę, gry planszowej powstałej na bazie serialu oraz social media i subkultury celebrytów. Po odczytach doszło do dyskusji. Z sali padało mnóstwo ciekawych pytań dotyczących „BSG”, które pozwoliły mi na nowe spojrzenie na ten, bardzo przeze mnie lubiany (i oglądany już dwukrotnie) serial. Kto ma ochotę zagrać ze mną w battlestarową planszówkę (i ma grę, ponieważ swojej nie posiadam)?
Zakończyłam Loncon3 panelową dyskusją dotyczącą… prawa w literaturze fantastycznej. Zupełnie się nie spodziewałam, że dyskusja wkroczy na takie tory, na jakie wkroczyła i że można znaleźć tyle prawnych problemów do rozwikłania w literaturze tego gatunku. Z pewnością bliżej jeszcze się temu zagadnieniu przyjrzę i zwrócę na nie uwagę w czasie czytania kolejnych pozycji fantastycznych.
Kończąc konwent fantastyczny, udaliśmy się do Muzeum Nauki, wszak bez nauki nie ma sf. Gorąco polecamy to niesamowite, w dużej mierze interaktywne miejsce. Fakt, że poświęcają jedną gablotę A. C. Clarke’owi, a inną modelowi statku Enterprise jest dodatkowym atutem, taką… wisienką na torcie.
Słońce świeci, deszczyk nie pada, białe obłoczki wędrują po błękitnym niebie i nawet przenikliwy chłód nie jest w stanie odebrać nam radości ze spaceru po Londynie. Docieramy do Trafalgar Square, podziwiamy kolumnę Nelsona, fasadę National Gallery, do której za chwilę wejdziemy. Przed budynkiem mnóstwo atrakcji dla turystów i tylko jakoś razi taki wielki niebieski kogut na postumencie. Chociaż… kolor ma taki, jak moje paznokcie u stóp, więc powiedzmy, że go toleruję ;)

Po zwiedzeniu Galerii udajemy się jeszcze wieczorową porą, by zobaczyć Big Bena, Parlament i Westminster Abbey oraz Downing Street. Deszcz jednak trochę pokrzyżował nam plany, choć i tak warto było zobaczyć te wielkie dzieła sztuki pięknie podświetlone. Szybciej jednak, niż byśmy chcieli, wracamy do domu.
Wtorek, coraz bardziej odczuwamy koniec wakacji i fizyczne zmęczenie. Najpierw poszliśmy pod siedzibę MI5 – o tej chwili marzyłam od czterech lat, jestem szczęśliwa, że się udało.
Wracamy jednak do Big Bena, oglądamy budynki w dziennym świetle. Tym razem liczymy na słoneczną pogodę, ale… cóż, Londyn, znów pada. W planach mamy jeszcze Katedrę Westminsterską, Katedrę św. Pawła, Temple. W końcu wyszło słońce i troszkę się ociepliło. Wędrujemy miastem i podziwiamy je. Jestem Londynem coraz bardziej zauroczona. Frytki w Macu smakują, jak w każdym miejscu na świecie. Chyba nigdy nie leżały obok ziemniaków, ale jakoś mi to nie przeszkadza. Najważniejsze są widoki.

W Londynie trwa ciekawa artystyczna akcja, którą śledzimy od kilku tygodni. Mieliśmy plan, udało nam się go zrealizować nawet z bonusami. O co chodzi? Różni artyści stworzyli bardzo ciekawe ławki, inspirowane przede wszystkim literaturą (i kilka ogólnie kulturą). Są wyznaczone całe trasy, przy których te ławki stoją, a jest ich ponad pięćdziesiąt. Jest co oglądać i co podziwiać. Niektóre z nich to prawdziwe dzieła sztuki. Zobaczyliśmy prawie trzydzieści i nie żałuję bólu nóg, jakiego się nabawiłam w poszukiwaniu kolorowych ławek.
Środa – właściwie ostatni dzień, bo w czwartek rano czeka nas wyjazd na lotnisko. Pojechaliśmy do Greenwich. Ciekawe muzeum, choć nie wszędzie udało nam się wejść (część była płatna, a my mieliśmy pewne budżetowe założenia, w których trzeba się było zmieścić). Niesamowitym przeżyciem była możliwość „obmacania” meteorytu, który przyleciał na ziemię jakieś… 4,5 miliarda lat temu!
Dodatkowo punkt widokowy, na który się wdrapaliśmy dawał nam możliwość obserwowania przepięknej panoramy Londynu. Pogoda dopisała, swetry poszły w odstawkę, chodziłam w bluzce bez rękawka, słonko świeciło. Wokół zieleń parku, na horyzoncie całe miasto, pomiędzy drzewami hasały wiewiórki, które w ogóle się nas nie bały i podchodziły na wyciągnięcie ręki. Po prostu mały raj na ziemi. Aż żal było stamtąd wyjeżdżać.
Tate Modern, czyli muzeum sztuki współczesnej nie przypadło mi do gustu, ale też nie spodziewałam się, że będzie inaczej. Zupełnie nie rozumiem tych dziwnych prac, na których właściwie nie wiadomo, czego szukać. Nie znajduję ich głębszego znaczenia, nie zauważam piękna… Gust ma się swój i nic tego nie zmieni. Na całe muzeum jedynie jedna rzeźba i jeden plakat (no ej, Lenin z zeppelinem w tle – rewelacja!) przypadły mi do gustu, a reszta mogłaby w ogóle nie istnieć.
 
Kolejny spacer, tym razem brzegiem Tamizy, w poszukiwaniu ławek i chwili oddechu. Weszliśmy do kilku teatrów, zapoznaliśmy się z proponowanymi przez nie spektaklami. Zrobiliśmy pamiątkowe zdjęcia pod Globe Theatre i udaliśmy się powoli pod Old Vic Theatre, do którego kupiliśmy (jeszcze w Polsce) bilety na spektakl zatytułowany „The Crucible” przedstawiający historię sprawy czarownic z Salem. Główną rolę grał (a właściwie jeszcze przez dwa tygodnie gra) Richard Armitage, nie mogło więc mnie zabraknąć. Sztuka okazała się fenomenalna i polecamy ją każdemu, kto będzie miał okazję ją zobaczyć. Teatr zrobił na nas również bardzo pozytywne wrażenie, a sam RA… cóż, jak to Rysiu <3 Po spektaklu autografy, zdjęcia…
Ostatnia nocna podróż metrem, spanko i rano podróż powrotna na lotnisko, na którym spędziliśmy dość znaczną część dnia. Późnym popołudniem w czwartek dotarliśmy do domu, do Janek. Zadowoleni, bardzo bardzo szczęśliwi, z mnóstwem wspomnień i wieloma łupami w naszych ciężkich walizach (moja w drodze powrotnej ważyła pięć kilo więcej niż w tamtą stronę). Zmęczeni i pozytywnie zakręceni. A w domu czekały na nas kolejne niespodzianki, ale to już zupełnie inna historia…
Podsumowując – Loncon3 uważamy za bardzo udany konwent, a cały wyjazd do brytyjskiej stolicy za wspaniałe wakacje. Piękne, zielone miasto, które w wysmakowany sposób łączy klasykę i tradycję z nowoczesnością, mili i serdeczni ludzie, zieleń i (wbrew temu, przed czym nas ostrzegano) bardzo smaczne jedzenie. Totalnie zakochałam się w angielskich czekoladkach. Minusy? Pogoda mogłaby być lepsza, choć nie mogę narzekać – zmoczyło nas właściwie tylko raz, reszta to były mżawki. Drogo, bardzo drogo, ale i tak wrócimy.
Na koniec jeszcze chciałam podziękować Andrei i Amitowi, którzy nas ugościli i znosili nasze nocne powroty i poranne wyjścia i dzięki którym w Londynie czuliśmy się właściwie jak w domu. Dziękujemy, Kochani <3

I jeszcze trochę zdjęć, których już nie zmieściłam w tekście, a którymi pragnę się z Wami podzielić: