Fragment mojej recenzji został umieszczony na okładce powieści "Skazaniec. Z bestią w sercu" Krzysztofa Spadło


Moja recenzja została zamieszczona na okładce powieści "Wojownicy. Odwet Wysokiej Gwiazdy" Erin Hunter

Fragment mojej recenzji „Korony śniegu i krwi” został umieszczony na okładce powieści Elżbiety Cherezińskiej – "Niewidzialna korona"

poniedziałek, 20 kwietnia 2015

Wielki chłód – Katarzyna Rygiel

Wydawnictwo: Zysk i S-ka
Poznań 2015
Oprawa: miękka ze skrzydełkami
Liczba stron: 384
ISBN: 978-83-7785-382-5
 
 
 
 
 
 
Nie lubię zimy, nie znoszę marznąć. Kiedy tylko nadchodzą pierwsze ciepłe dni, chowam zimowe ubrania i na wierzch wyjmuję wiosenne i letnie. Kocham ciepło. Dlaczego więc, kiedy słonko przyjemnie przygrzewało, z tarasu słychać było śpiew ptaków, a pierwsze rośliny zazieleniły się pięknie w doniczkach, ja czułam taką niezdrową fascynację tą książką? Dlaczego ta okładka przyzywała mnie dniem i nocą, bym w końcu się spięła i zaczęła czytać? Co stało się, kiedy wreszcie uległam pokusie? Przeczytajcie i dowiedzcie się, dlaczego najnowsza powieść Katarzyny Rygiel tak właśnie działa.
Po krótkim prologu, który wprowadza w dziwną i lekko mrożącą krew w żyłach atmosferę, możemy przeczytać takie oto zdania: "Nienawidziłem zimy. Tej ponurej, przygnębiającej i przyprawiającej o dreszcze pory roku, która w naszej szerokości geograficznej zwykle rozciąga się ponad miarę". Zupełnie jakby tej postaci włożyć w usta moje własne słowa, czyż nie?
Na tylnej okładce, dużymi i czerwonymi literami, które pięknie odbijają się od jasnoszarego, zaśnieżonego tła i mogą imitować krew, zadano pytanie o to, czy łatwo pomylić fikcję z rzeczywistością. Pytanie to kluczowe, gdyż do ostatniej niemal strony nie wiemy, czy Janusz Krzyżanowski przypadkiem nie zagubił się gdzieś pomiędzy i czy rzeczywiście to, co napisze w najnowszej swej powieści ma wpływ na jego prawdziwe życie. Czy uśmiercenie bohatera książki może zaowocować śmiercią żony? Może ktoś robi sobie z niego niewybredne żarty? Cóż, żarty żartami, ale kiedy Anna rzeczywiście znika, nawet policja zaczyna się zastanawiać nad tym, gdzie jest granica między rzeczywistością a fikcją. Wszak zaginiona kobieta, na dodatek matka dziesięciolatka, to już nie tylko pojawiające się tu i ówdzie kolorowe, plastikowe zapalniczki, których kupna Janusz nie potrafi sobie przypomnieć.
Powieść toczy się trzema równoległymi torami. W pierwszym z nich poznajemy Janusza Krzyżanowskiego, autora średnio poczytnych powieści kryminalnych, jego najbliższych oraz nadkomisarza Sobolewskiego, który prowadzi śledztwo w sprawie zaginionej Anny, byłej żony Janusza i matki jego dziesięcioletniego syna. Historia ta opowiedziana jest przez trzecioosobowego, wszechwiedzącego narratora, który jednak bardzo umiejętnie dozuje czytelnikowi wiedzę, trzymając go cały czas w napięciu. 
Drugi tor to książka, nad którą pracuje Janusz. Jej głównym bohaterem jest prywatny detektyw, Albert Fuz, który jest jednocześnie pierwszoosobowym narratorem tej powieści. Wszystko zaczyna się komplikować, kiedy niespodziewanie tworzony przez Krzyżanowskiego scenariusz książki odbija się, niczym w lustrze, w jego codziennym życiu. A to spotyka on rudą piękność, która jest tak podobna do tworzonej przez niego zaginionej Karoliny, a to znajduje w domu kolorowe zapalniczki, których z takim upodobaniem używa Albert. Gdy pewnego dnia u jego drzwi staje syn i informuje go, że mama gdzieś zniknęła, Janusza ogarnia prawdziwy strach. Już wcześniej "czuł się prześladowany", teraz jednak gra toczy się o znacznie wyższą stawkę. Czy Annę rzeczywiście ktoś porwał, tak jak fikcyjną Karolinę? Co się stanie, gdy Janusz uśmierci swą bohaterkę? Jaką moc mają słowa zapisane w pliku testowym, do którego przecież nikt obcy nie ma dostępu?
Trzeci tor jest jeszcze bardziej skomplikowany. Czytelnik staje się bowiem świadkiem przesłuchania mordercy. Kim jest ten człowiek, kogo zabił? Nie wiemy. Nie wiemy niemalże do samego końca, co jeszcze dodaje całej powieści dodatkowej pikanterii.
Trzy tory są bardzo czytelne – napisane różnymi czcionkami tak, by czytelnik nie miał wątpliwości, w której rzeczywistości się znajduje. Autorka postarała się, byśmy nie czuli się aż tak zagubieni, jak biedny Janusz, choć... sama wiedza to jedno, kiedy głos z tyłu głowy podszeptuje, że nic nie jest pewne, skoro sami widzimy, że dzieje się coś naprawdę niepokojącego. Kryminał okazał się dla Rygiel niewystarczający, wplotła więc w niego drugą jeszcze historię kryminalną. Przenikają się one w sposób mrożący krew w żyłach, czemu sprzyja jeszcze typowo polska, zimowa atmosfera wielkiego miasta, jakim jest zasypana śniegiem Warszawa, w której – jak to bywa – drogowcy nie radzą sobie z tym, że w styczniu spadł śnieg.
Intryga goni w tej powieści intrygę, a nieprzyjemne, nocne gonitwy wśród padających z nieba białych płatków i usypanych wzdłuż chodników zasp są niczym wyjęte z koszmaru. Do tego wszystkiego Rygiel stworzyła wiarygodnych i bardzo ciekawych psychologicznie bohaterów, których poznawaniem naprawdę się rozkoszowałam. 
"Wielki chłód" to jednak nie tylko świetny kryminał, ale także bardzo udana powieść psychologiczna i historia tworzenia się więzi między synem i ojcem, który dotąd był tylko "ojcem weekendowym". Do tego jeszcze należy dodać świetnie skonstruowaną, uzasadnioną i zrozumiałą dla czytelnika nienawiść wypływającą z zazdrości i poczucia zdrad, jaka jest udziałem trójkąta Janusz-Anna-Dorota (siostra Anny). Te emocjonalne aspekty opowieści są niezmiernie ważne dla całej fabuły.
Poza tym, że częściowo narracja jest pierwszoosobowa, a czasami trzecioosobowa – w zależności od tego, w której rzeczywistości znajduje się czytelnik – bardzo ciekawe okazało się użycie nawiasów. Ogólnie rzecz biorąc jestem zagorzałą przeciwniczką korzystania z dobrodziejstwa tego znaku w tekstach literackich. Preferuję myślniki. Tym bardziej więc zdziwiło mnie, że nawiasy umieszczane przez Autorkę z wielką namiętnością – bo jakże inaczej to nazwać – nie tylko mi nie przeszkadzały, ale znajdowały uzasadnienie i tworzyły dodatkowy klimat, którego nie stworzyłyby myślniki.
Książka jest rewelacyjnie wydana, zarówno pod względem korektorskim, jak i redakcyjnym. Do tego jeszcze ta niesamowita, magiczna wręcz – a przecież właściwie tak zwyczajna – okładka. Same plusy. Jeśli zaś ktoś lubi Sin City... Cóż, bywały takie chwile, że czułam ten sam klimat czytając "Wielki chłód". Jest to książka, którą po prostu trzeba przeczytać.
 
 
 
 
 
 
 
Książkę przeczytałam dzięki życzliwości Wydawnictwa Zysk i S-ka
 

czwartek, 16 kwietnia 2015

Ab ovo – Rafał Bąk



Wydawnictwo: Varsovia
Warszawa 2011
Oprawa: miękka
Liczba stron: 373
Ilustracje: Rafał Bąk
ISBN: 978-83-61463-02-3









Tym razem zacznę od okładki, ponieważ trudno przejść obok niej obojętnie. Robi wrażenie tym większe, kiedy się ją dotyka i pod opuszkami palców wyczuwa delikatne linie pięknego wzoru wisiorka, który nosi główny bohater powieści. Okładka oczarowała mnie całkowicie, a motyw naszyjnika zainspirował do stworzenia własnej biżuterii nawiązującej do pomysłu Autora.
Nie po okładce jednak sądzić należy książkę, przechodzę więc do treści powieści Rafała Baka, by zakończyć kolejnym artystycznym akcentem.
Historia zaczyna się dość normalnie. Od razu poznajemy głównego bohatera, Jana Suma, który jest jednocześnie pierwszoosobowym narratorem. Całą opowieść poznajemy zatem z jego perspektywy. Jan jest tatuażystą (choć Autor używa określenia tatuator, które nie przypadło mi do gustu). Jak każdy człowiek, miewa lepsze i gorsze dni, czasami denerwuje się na żonę, nieraz wkurzają go klienci, innym razem jest zbyt zmęczony, by pobawić się z dziećmi. Stara się jednak być jak najlepszym człowiekiem, mężem i ojcem. W pracy też sobie radzi. Nie tak dawno wraz z całą rodziną wyprowadził się z Warszawy na cichą wieś, gdzie szukał spokoju i wytchnienia. Jan boryka się bowiem z jeszcze jednym problemem – jest alkoholikiem. I choć od dawna nie pije, alkohol wpływał na jego życie wielokrotnie.
Pewnego dnia Jan wybiera się do kościoła i tam właściwie rozpoczyna się jego wielka przygoda – wędrówka przez Europę i przez czas. Spotkany w jednej z kościelnych ław anioł poinformuje go bowiem, że ma do wykonania nie lada misję. Nie od razu wyjawi jej cel, ale obieca Janowi jedno – że będzie on chroniony, a pomocny mu w tym będzie wisior, którego ma nigdy nie zdejmować. Tak, ten właśnie, który zdobi okładkę książki.
Jan niespodziewanie przeniesiony zostaje do średniowiecza, w początki XV stulecia. Ziemiami, które uznaje za czysto polskie władają Krzyżacy, którzy przygotowują się do zdobycia jeszcze większej władzy. Jednak nie tylko Zakon jest mu wrogiem. Stawka jest znacznie wyższa, a poza wspaniałym zakonnym rycerstwem w szranki z Polakiem z XXI wieku i jego poplecznikami staną wysłannicy szatana. Stoczona zostanie walka, która zaważy na losach całego świata. Czy Jan wraz z Ramonem, Lamontem i Mikołajem oraz kilkoma innymi dzielnymi śmiałkami pokona siły zła, przechyli szalę zwycięstwa na stronę wojsk polsko-litewskich i da szansę na zbawienie upadłym aniołom, które chcą wrócić na łono Ojca?
Powieść jest napisana bardzo zgrabnie i wyśmienicie się ją czyta. Interesujący pomysł, wartka akcja, ciekawi bohaterowie – wszystko to sprawia, że "Ab ovo" jest lekturą wartą polecenia. Bez wątpienia też Autor przyłożył się do badań nad czasami, które opisuje – nad strojami, zwyczajami, czy językiem. Choć, niestety, nie udało mu się uniknąć kilku drobnych pomyłek (jak choćby rozpisywanie się o kiltach, które pojawiły się dopiero jakieś sto lat później).
Bardzo ciekawa zdaje się w pierwszej części warstwa językowa powieści. Od razu widać, że rozmówcy pochodzą z różnych epok, wynikają z tego różne interesujące, a czasami zabawne historie. Później się to zmienia, a to za sprawą wisiora, który okazuje się również... urządzeniem tłumaczącym. Nie spodobało mi się to. Kiedy nagle wszyscy zaczęli mówić do siebie w zrozumiały sposób, a i odbiór wypowiedzi pozostałych poprzez Jana stał się taki, jakby rozmawiał z nam współczesnymi – historia straciła sporo uroku i naturalności. Szkoda, bo zapowiadała się językowa perełka.
Bohaterowie przemierzą Europę – częściowo konno, częściowo na "zaczarowanym"" statku. Napotkają na swej drodze nowych sprzymierzeńców i wrogów. Nikt nie jest w powieści Bąka biały ani czarny. Znajdziecie tu wiele odcieni szarości, bo każdy z nas ma w sobie zalążek dobra i zalążek zła. Nawet anioły.
Jezus umarł na zbawienie ludziom. Czy i upadłe anioły mają na nie szansę, czy na zawsze już pozostaną z piętnem, które wyryło się na nich, kiedy postanowiły przystąpić do buntu szatana?
Dzisiejszy świat bardzo różni się od tego, który znali ludzie średniowiecza. Dało to Autorowi możliwość opisania wielu dylematów moralnych, które były udziałem Jana. Szczególnie tak różne podejście do zadawania śmierci ma w tej powieści duże znaczenie i daje do myślenia również czytelnikowi.
Korekta i redakcja spisały się bardzo dobrze. Moje odczucia w kwestii okładki już znacie. Zarówno ją, jak i zawarte wewnątrz książki liczne grafiki stworzone zostały przez samego Rafała Bąka, możemy więc zobaczyć, jak wyglądają bohaterowie – tacy, jakich on sobie wyobrażał, kiedy o nich pisał. To ciekawe doświadczenie i naprawdę wyśmienity pomysł. Na dodatek grafiki są naprawdę rewelacyjne.
Czy mogę się czegoś przyczepić? Owszem. Denerwowało mnie, że Jan jest tak świetnym znawcą pojęć marynistycznych, świetnie potrafi z daleka ocenić rodzaj broni, zbroi czy hełmu noszonego przez średniowiecznego rycerza, a zupełnie nie radzi sobie choćby z prostym przeliczeniem centymetrów na cale. Jego wiedza była bardzo rozległa, choć nie została niczym wytłumaczona. Wręcz przeciwnie – można było wnioskować, że o średniowieczu, uzbrojeniu i statkach Jan wie niewiele, a jednak dokładnie potrafił opisać je z najdrobniejszymi nawet szczegółami. Bywało to strasznie irytujące.
Książkę zatem mogę szczerze polecić każdemu, kto lubi dobrą intrygę i ciekawą przygodę.







Książkę przeczytałam dzięki życzliwości Wydawnictwa Varsovia



wtorek, 7 kwietnia 2015

Mistrz i Małgorzata – Michaił Bułhakow

Wydawnictwo: Dom Wydawniczy REBIS
  Poznań 2012
Oprawa: twarda
Liczba stron: 521
Tytuł oryginału: Мастер и Маргарита
Przekład (z rosyjskiego): Andrzej Drawicz
ISBN: 978-83-7510-854-5
 
 
 
 
 
 
Jesiotry, jak wykazał Bułhakow, mogą być pierwszej i drugiej świeżości. Kto wie, może i nawet bywają trzeciej. Wszak w sowieckiej Rosji wszystko możliwe... Bez wątpienia jednak, czy to przy pierwszym, drugim, czy którymkolwiek kolejnym czytaniu "Mistrza i Małgorzaty", lektura ta jest świeżości pierwszej. Wciąż zachwyca, wciąż wciąga, za każdym razem ukazując coś nowego. Nie sposób o tej powieści nie myśleć, a tym bardziej wstyd jej nie znać. Zmierzyć się jednak z recenzowaniem dzieła, o którym powstały całe tomy, dzieła, na którym wyrosły pokolenia, którym ekscytują się – całkowicie zasłużenie – miliony, to sprawa o tyleż niebezpieczna, co trudna. Jak bowiem ten ogrom myśli uporządkować, opisać, ocenić? I to jeszcze w taki sposób, by czytelnika recenzji nie zanudzić, a z drugiej strony nie pójść na łatwiznę?
Nie moim zadaniem jest tutaj napisanie pięknej interpretacji tej powieści. Zresztą "Mistrz i Małgorzata" to historia, której interpretować się, moim zdaniem, nie powinno. Żyje własnym życiem, chodzi, niczym Behemot, własnymi ścieżkami i każdy odbiera ją na innym poziomie. Interpretacje pozostawię więc lepszym ode mnie znawcom literatury, szczególnie rosyjskiej. Szczególnie, że przecież dzieła nie przeczytałam w oryginale, a jak sama z doświadczenia wiem – w przekładzie, choćby i najlepszym – czasami coś ginie, a czasami powstaje coś nowego. Słów kilka o przekładzie znajdziecie zresztą na końcu tego wydania i przyznaję, że naprawdę warto te kilka stron przeczytać.
Jeszcze przed tygodniem byłam przekonana, że nie ma Polaka, który by tej historii nie znał. Mylić się jest jednak rzeczą ludzką i przyznaję się do tego. Wielkie było jednak moje zdziwienie, kiedy dowiedziałam się, że są ludzie, którzy nie tylko "Mistrza i Małgorzaty" nie czytali, ale nie wiedzą nawet, o czym ta powieść jest, nic im nie mówi imię Wolanda czy Behemota, a i sławny jesiotr drugiej świeżości nic dla nich nie oznacza. Tym bardziej więc poczułam, że napisać o tej wyśmienitej, wiecznie zachwycającej, wciągającej, inteligentnej i klasycznej powieści po prostu muszę (szczególnie, że właśnie tamtego dnia zakończyłam lekturę).
Moskwa lat 30. ubiegłego stulecia to jedno z dwóch miejsc akcji dzieła Bułhakowa. Drugim jest Jerozolima, również lata trzydzieste, tyle że pierwszego wieku. Sowiecka Rosja, której mieszkańcy w większości dawno już "przestali wierzyć w bajeczki o Bogu" współistnieje tu niejako z dworem Wolanda – szatana jak się patrzy – i z Jerozolimą czasów, gdy jej namiestnikiem był nie kto inny, a Poncjusz Piłat. Trzy różne rzeczywistości przenikają się, tworząc iście magiczną atmosferę, czasem wręcz psychodeliczną, szczególnie, że niektórzy bohaterowie na dłużej czy krócej trafiają na "wczasy" do zakładów dla obłąkanych. To właśnie ta wielowarstwowość powieści stanowi jedną z przyczyn jej fenomenu na przestrzeni ostatnich dekad. Niech się zastanowią autorzy, którzy swe "dzieła" piszą przez kilka miesięcy, niech przemyślą sprawę i wezmą pod uwagę, że stworzenie tego wielowymiarowego, wspaniałego utworu zajęło Autorowi, bagatela, trzynaście lat.
Tytułowy Mistrz to jakby autoportret twórczy Bułhakowa. Jego zmagania, podejmowane próby pisarskie, trudności z tworzeniem sztuki – wszystko to spotkało Autora, zanim udało mu się swe dzieło skończyć i opublikować.
Historia Mistrza i Małgorzaty, która dla ratowania swego kochanka zgadza się zostać wiedźmą i służyć na balu u szatana Wolanda przeplata się z czterema rozdziałami tworzonego przez Mistrza dzieła o Jeszui Ha-Nocri, Poncjuszu Piłacie i Mateuszu Lewim. Dzieła, co oczywiste, zahaczającego o herezję, a i tak w Rosji sowieckiej niemożliwego do zaakceptowania. 
Dlaczego tak bardzo oburza Wolanda opinia Berlioza, że ludzie w Boga nie wierzą, bo Boga nie ma? Czy nieoczywiste jest, że jeśli nie ma Boga, nie ma też szatana? Czy Woland może sobie pozwolić na to, by umarła wiara w niego? O, nie! W tej sytuacji musi moskwiczanom udowodnić, że nadprzyrodzone siły istnieją, że nie wszystko zostało wyjaśnione przez sowiecką naukę. Towarzyszy mu w tym zadaniu całkiem zgrana ekipa rzezimieszków i huncwotów: Korowiow, Azazello i kocur Behemot. Namieszają oni niemało, dojdzie więc do wielu niesamowitych wydarzeń – niektórych tragicznych, innych mrożących krew w żyłach, innych jeszcze powodujących u czytelnika salwy śmiechu, aż do łez.
Zupełnie inny klimat panuje w swoistej powieści w powieści, czyli w historii Jeszui i Piłata. Jej akcja przebiega powolnie, w upalnej Jerozolimie nikt się specjalnie nie spieszy. Nie zdarzy się tu nic śmiesznego, a bohaterowie tej opowieści będą iście tragicznymi postaciami, wszyscy bez wyjątku. 
Bułhakow ukazał na stronach swej powieści świat pełen ludzkich przywar, z którymi człowiek, jako istota niedoskonała, walczy od zarania dziejów. i czy walczy, czy nie – z niektórymi zwyciężyć jako gatunek nie potrafi. Może dlatego w końcu Wolandowi udaje się jego wielki pokaz.
Autor nie szczędzi nam czarnego humoru, szczególnie w wykonaniu wspólników Wolanda. Trzeba przyznać, że wspaniale sobie z nim poradził. Zresztą cała warstwa językowa powieści zasługuje na najwyższe oceny. Bogactwo nietuzinkowych powiedzonek, które przeszły już do popkultury oraz pomysły i fantazyjność, którymi wykazał się Bułhakow to kolejne bardzo mocne strony tej historii.
Dodatkowym plusem tego wydania jest nowe tłumaczenie, które powstawało m.in. w oparciu o pięciotomowe wydanie "Dzieł zebranych" Bułhakowa (o czym pisze w swym posłowiu tłumacz). Doskonale wykonana korekta i redakcja tekstu, a także przepiękna okładka pozwalają nazwać tę pozycję książką, która powinna się znaleźć na półce każdego Polaka.

 
 
 
 
 

Jak zostałam wiedźmą. Opowieść autobiograficzna dla dorosłych i dzieci – Dorota Masłowska

Wydawnictwo: Wydawnictwo Literackie
Kraków 2014
Oprawa: twarda
Liczba stron: 167
Ilustracje: Marianna Sztyma
ISBN: 978-83-08-05362-1








Długo zabierałam się do napisania tej recenzji, możecie mi wierzyć. Co już miałam siadać i pisać, to powracała, niczym bumerang, myśl, że może jednak powinnam sobie odpuścić i po prostu pozostawić tę książkę ukrytą gdzieś głęboko w mojej duszy. Na tyle głęboko, by nigdy się stamtąd nie wydostała i nie męczyła innych. Doszłam jednak do wniosku, że zgodnie z zasadą "czytam i recenzuję", skrobnę słów kilka także o książce, która nie tyle mi do gustu nie przypadła, ile wywoływała we mnie same najgorsze uczucia, zniesmaczyła mnie mocno i na dodatek miała o całe 167 stron za wiele. Plusy tej lektury? Jeden – książkę pożyczyłam, a to znaczy, że nie musiałam wydać na nią ani grosza. Dobrze, bo bym do dzisiaj płakała po straconych pieniądzach.
Dorota Masłowska jest jeszcze młodą kobietą (o ile się nie mylę, moją rówieśniczką), ale już od pewnego czasu wywołuje niemałe zamieszanie, a jej teksty budzą skrajne emocje. Już 9 lat temu otrzymała prestiżową nagrodę Nike. Dlaczego więc jej "opowieść autobiograficzna" tak odrzuca, że chciałoby się ją wrzucić do niszczarki (swoją drogą – szkoda sprzętu, bo okładka twarda...)?
O czym zatem ta bajka dla dorosłych i dzieci (Panie, broń dzieci przed tym koszmarkiem!)? Chyba w założeniu miała być krytyką konsumpcjonizmu i coraz słabszych relacji między rodzicami i dziećmi. Owszem, gdy się bardzo skupić, gdy mocno chcieć, to tę krytykę znajdujemy, ale jest ona tak głęboko ukryta w jakiejś dziwacznej warstwie tekstu, który jest nie do przełknięcia, że po prostu ginie. Czytelnik więcej energii poświęca na przetrwanie lektury, na niewkurzanie się na ciągłe zmiany rytmu tekstu, na straszny język i te wywrzeszczane (pisane DUŻYMI LITERAMI) wypowiedzi...
Być może jestem tradycjonalistką. Nie, nie być może. Jestem tradycjonalistką. Lubię, kiedy ktoś, kto chce, by mówić o nim Pisarz, umiał pisać. By używał słów, zwrotów, zdań zrozumiałych. By pisał po polsku, by pisał ładnie i składnie. By w końcu – zdecydował się, czy pisze wierszem, czy też może preferuje prozę. Masłowska próbuje poezji, wychodzi jej to nieudolnie, już, już łapie rytm, coś zaczyna się wykluwać, a tu nagle bach! trach! i znowu jakiś koszmarek, znowu brak rymu, znowu zdanie na dwa wiersze. 
Na każdej stronie właściwie spotykamy taki bajzel na kółkach, który potęguje jeszcze nagromadzenie przeróżnych bazgrołów. Wiem, dzisiaj na ostro, ale inaczej się nie dało, bo ilustracje do tej książki to kolejne mniejsze i większe koszmarki. W życiu bym tej książki dziecku nie pokazała, gdyż nie chcę brać na siebie odpowiedzialności za traumę jakiegokolwiek malucha. Sama muszę się uporać ze swoją. Jakże bowiem dziecku dać do rączek książkę, w której obrzydliwie brzydka wiedźma poluje na dzieci korzystając z pomocy "bachorołapu"?
Dziwi mnie, że Wydawnictwo Literackie podjęło się wydania tej pozycji. To było z pewnością spore ryzyko, nawet z takim nazwiskiem na okładce. Być może kiedyś sięgnę po jakąś inną książkę Autorki, jednak nie stanie się to prędko i z pewnością będę bardzo ostrożna.






Książka przeczytana w ramach Wyzwania:

Z krwi i kości – William Lashner

Wydawnictwo: Akurat
  Warszawa 2015
Oprawa: miękka ze skrzydełkami
Liczba stron: 446
Tytuł oryginału: Blood and Bone
Przekład (z angielskiego): Jerzy Malinowski
ISBN: 978-83-7758-584-9
 
 
 
 
 
Na dole okładki możecie zauważyć kilka słów autorstwa Harlana Cobena. Ten znany i ceniony autor twierdzi mianowicie, że od thrillerów Lashnera nie sposób się oderwać. Nie wiem, jak to jest z pozostałymi powieściami Lashnera, jednak w przypadku "Z krwi i kości" Coben ma rację bez dwóch zdań.
Głównym bohaterem tej niesamowitej i porywającej powieści łączącej wartką akcję i sensacyjną intrygę z elementami psychologii zdaje się być Kyle Byrne (choć – jak przeczytacie poniżej – nie jestem tego pewna), 26-letni obibok z bagażem przeszłości. Młody, ale już nie najmłodszy mężczyzna, który mógłby wiele osiągnąć, gdyby tylko chciał. Rzecz w tym, że nie chce i... dobrze mu z tym. Właśnie wyrzucają go z kolejnej roboty, dom, który odziedziczył po matce zajęty został jakiś czas temu przez bank. Mieszka u przyjaciółki, szlaja się po barach, wplątuje w mniejsze i większe tarapaty. Posiada jedynie stary, czerwony sportowy samochód, w którym wozi, w malutkim pudełku trzymanym w schowku, odrobinę prochów zmarłego czternaście lat temu ojca. Musiał być z nim bardzo związany, pomyślicie. Musiał go bardzo kochać, niesamowicie tęskni za tą bliskością... Nic bardziej mylnego. Liam Byrne był starszym facetem, adwokatem, żonatym, całkiem dobrze życiowo ustawionym, bezdzietnym, jeśli nie liczyć Kyle'a – syna urodzonego przez kochankę. Chłopak ledwie znał ojca, a jednak tęskni za nim mimo tylu lat od jego śmierci. Szczególnie teraz, kiedy pochował także matkę, a na dodatek dowiedział się o morderstwie, którego ofiarą padł nie kto inny, jak Laszlo Toth – dawny wspólnik ojca.
Właśnie w tym momencie życia Kyle'a spotykamy jego i pozostałych bohaterów najnowszej powieści Lashnera. Śmierć Laszla Totha stała się punktem zapalnym, a skrywana od lat tajemnica, która może zaszkodzić wielu wpływowym osobom, może właśnie z powodu tej śmierci wyjść na jaw, choć przecież ta, która zleciła zabójstwo miała nadzieję na wyciszenie sprawy raz na zawsze. Kim jest i dlaczego tak bardzo boi się pewnej teczki, która zaginęła jeszcze przed śmiercią Liama Byrne'a? Tego dowiedziecie się pod koniec powieści, choć na różne ślady – tak naprowadzające na prawdę, jak i mylące – napotkacie w trakcie lektury znacznie wcześniej.
Teczka jest tym, za czym podążają wszyscy bohaterowie "Z krwi i kości". To o nią toczą się boję, to z jej powodu już kilka osób pożegnało się z tym światem. I wygląda na to, że to jeszcze nie koniec. Kim właściwie jest tajemniczy O'Malley, którego nazwisko winno widnieć na okładce tej teczki i komu może zaszkodzić jej zawartość? Czy Liam Byrne rzeczywiście zmarł na zawał, czy może, podobnie jak Laszlo Toth, został zamordowany? Czy możliwe, że akt zgonu został sfałszowany, by ukryć zbrodnię? Nic w powieści Lashnera nie jest oczywiste, naprawdę trudno przewidzieć koleje losu bohaterów i teczki. Autor trzyma czytelnika w napięciu od pierwszej do ostatniej strony, choć przyznaję, że samo zakończenie niespecjalnie przypadło mi do gustu. 
Kyle to postać, która jest trudna do polubienia. trochę naiwny, zdecydowanie żyjący przeszłością, niepotrafiący sobie poradzić z jej demonami. Kompletnie niedbający o "tu i teraz", o przyszłości nie wspominając. Z drugiej strony to po prostu głęboko zraniony chłopak, który chce znaleźć miłość i akceptację. W każdym razie, choć bardzo przekonujący (Lashner rewelacyjnie zarysował jego charakter), Kyle nie należy do osób, które chciałabym mieć w swoim otoczeniu.
Choć Robert Bobby Spangler to zdecydowany antybohater, na którego odcisk nie chciałabym nadepnąć, to właśnie on jest najciekawszą postacią tej powieści. Dyskryminowany, poniżany, zwodzony przez kobietę, której miłości pożądał, starszy pan, którego nikt nie posądzałby nawet o zabicie muchy, okazuje się prawdziwie diaboliczną osobistością. Na dodatek robi to wszystko pod dyktando "Jej" – tej, dla której teczka będzie oznaczała koniec wszelkich marzeń. I choć to Ona wydaje wyroki i skazuje ludzi na śmierć, to Bobby zajmuje się "brudną robotą". Gardzi za to Nią i sobą, a jednak kocha ją nadal i nadal pragnie. Aż pewnego dnia przestaje być prawnikiem Robertem Spanglerem i przeistacza się w Bobby'ego, dla którego smak krwi i żar płonących budynków (w których są ludzie) to już nie tylko nic strasznego, ale wręcz coś, co dodaje energii i siły do dalszego życia. Bobby został wykreowany po prostu wyśmienicie i choćby dla samej tej jednej postaci należą się Lashnerowi brawa.
Niektórzy ludzie, jak Kyle czy Bobby bardzo mocno tkwią w przeszłości, nie potrafią sobie poradzić ze sprawami, które kiedyś zostały nierozwiązane. Wciąż poszukują wyjaśnienia, licząc, że ono pomoże im odnaleźć pełnię szczęścia. Niestety życie nie jest takie proste, a jedna teczka, która mogła rzucić światło na prawdę sprzed kilku dekad staje się zarzewiem prawdziwej wojny, w której zwycięsko wyjdą tylko ci, którzy przeżyją.
Niezwykle istotną rolę w powieści Lashnera odgrywają także kobiety, choć ich miejsce jest bardzo różne. Pochodzą z różnych światów, mają różne ambicje, ale prawda jest taka, że bez nich tajemnicza teczka byłaby po prostu zwyczajnym kawałkiem starego kartonu, w którym mieści się kilka równie starych i niezbyt już wartościowych kartek papieru. Teczka powstała z powodu kobiety, została ukryta dzięki kobiecie i bez udziału kobiet jej sekret nie ujrzałby nigdy światła dziennego.
Powieść została napisana ładnym, przystępnym językiem, który idealnie współgra z wartką akcją i bogatymi przemyśleniami wielu bohaterów. Lashner potrafi budować klimat opowiadanej historii i dostosowywać go do różnych sytuacji. Tłumaczenie również zasługuje na pochwałę, a i do korekty i redakcji przyczepić się nie sposób. 
Czy jest więc coś, co mi się nie spodobało? Owszem – romantyczny wątek (na szczęście w większości trzecioplanowy) z udziałem Kyle'a i licznej policjantki Lucii Ramirez. Na upartego można dostrzec przesłanki do jego stworzenia, ale nie pasował mi do całości.
Ostatnia sprawa – moim skromnym zdaniem na okładce powinna siedzieć kobieta, a nie mężczyzna. Wszak w tej historii to kobiety pociągają za sznurki.
 
 
 
 
 
 
 
Książkę przeczytałam dzięki życzliwości Wydawnictwa Akurat

 

poniedziałek, 30 marca 2015

Rok 1863. Opowieść o miłości, wojnie i gotowaniu – Aleksandra Katarzyna Maludy

Wydawnictwo: Novae Res
Gdynia 2015
Oprawa: miękka
Liczba stron: 264
ISBN: 978-83-7942-600-3
 
 
 
 
 
 
Zaskoczyła mnie ta powieść pod wieloma względami. Czy pozytywnie? Przeczytajcie recenzję.
Zawsze obawiam się trochę książek, które dostaję z wydawnictwa jeszcze przed ostateczną korektą. Szczególnie, jeśli są to debiuty. Nigdy nic nie wiadomo. W dzisiejszych czasach, gdy wydać książkę może każdy (jeśli dysponuje odpowiednimi funduszami), wszystko jest możliwe i wierzcie mi – widziałam już takie "perełki", że po dziesięciu czy dwudziestu stronach odkładałam i pisałam do wydawnictwa, że mimo najszczerszych chęci "tego się po prostu czytać nie da". W domyśle – wolałabym dostać stosik prac gimnazjalistów, bo przynajmniej rozumiałabym brak redakcji, a i często poziom osób, które jeszcze się uczą, jest wyższy od niektórych domorosłych pisarzy. Boję się więc czasami i z rezerwą podchodzę do pewnych tytułów. Tak było i tym razem – tekst przed korektą, powieść debiutantki. Na szczęście Autorka sprawiła mi bardzo miłą niespodziankę i "Rok 1863" po prostu "połknęłam" niemalże za jednym zamachem.
Już po pierwszym akapicie książki, zakochałam się w języku, którym operuje Aleksandra Katarzyna Maludy. Dla każdego, kto zaczytywał się w Żeromskim i lubi starą polską szkołę będzie to zrozumiałe i  oczywiste. 
Podtytuł powieści wiele zdradza, ale co najważniejsze – jest zgodny z tym, co czytelnik znajduje na stronicach książki. Miłość, wojna i gotowanie to po prostu życie ówczesnych Polaków. Okrucieństwo walk powstańczych, krew, pot i łzy przeplatają się tu z codziennością – z młodzieńczym zauroczeniem drugim człowiekiem i ideałami, z prawdziwą romantyczną miłością, z koniecznością przeżycia, które wiąże się przecież nierozerwalnie z jedzeniem. Autorka w piękny sposób ujęła istotę walki niepodległościowej. Wszak to nie tylko "ganianie się" po lasach z bronią w ręku, to także opatrywanie rannych, udzielanie schronienia powstańcom, żywienie rodziny i podległych chłopów (pamiętajmy, że w latach '60 XIX stulecia w Polsce pańszczyzna była nie tylko powszechna, ale i nakazana przepisami zaborcy). Mężczyźni szli do lasu, a kobiety pozostawały w domu i walczyły na swój sposób. Bo, że walczyły, nie można mieć wątpliwości. Dbając o starszych, piastując i wychowując dzieci w patriotycznym duchu. Bywały pielęgniarkami, bywały łączniczkami. Ciekawe, że tak rzadko współcześni pisarze sięgają po temat powstania styczniowego (nie mówiąc już o zwycięskim powstaniu wielkopolskim), kiedy tak popularnym motywem jest powstanie warszawskie. Czymże się one różniły w swych ideach i w oddaniu powstańców?
Akcja powieści dzieje się w głównej mierze w Drozdowie, majątku należącym do państwa Zagórskich. Jedną z głównych bohaterek jest panna Aniela Zagórska, którą czytelnik poznaje już na pierwszej stronie. To ją Autorka uczyniła postacią, na której pięknie przedstawia proces dojrzewania – od romantycznego, pełnego wzniosłych idei patriotyzmu, który dziewczyna łączy z przywdziewaniem czarnej sukienki, poprzez pierwsze młodzieńcze zauroczenie walecznym Hipolitem, aż po pozytywistyczną pracę w majątku, kiedy to zostaje właściwie sama, a mężczyźni, na których dotąd się opierała albo są w lesie, albo zależni od jej dobrej woli. Anielka nigdy nie przestanie wierzyć w słuszność powstania i walki o odzyskanie niepodległości, ale diametralnie zmieni się jej podejście do życia. Walka przestanie się kojarzyć z romantyczną poezją, Słowackim, Mickiewiczem i ginącą w boju Emilią Plater. Okaże się raczej cierpiącymi żołnierzami, mężczyznami bez kończyn, straszliwą śmiercią i bezwzględnym odwetem ze strony zaborcy. Zresztą taką niesamowitą przemianę, wręcz lekko przerysowaną i bardzo mocno przeżywaną, opisze Autorka w przypadku panny Emilki Werybówny.
Aleksandra Katarzyna Maludy nie przedstawia nam swej opinii na temat słuszności czy też niesłuszności wybuchu powstania styczniowego. Prezentuje nam jednak wiele ludzkich postaw, wśród których znajdziemy zarówno bohatersko walczących powstańców, jak i ich przeciwników. Nikt nie jest tylko biały, albo tylko czarny. Życie to wszelkie odcienie szarości, każdy człowiek może zmienić zdanie, każdy może upaść, każdy może powstać. Każdy ma dni lepsze i gorsze. I choć służąca w Drozdowie Józefowa uważa, że na wszystkie niepokoje najlepsza jest legumina czekoladowa, kiedy w oddali słychać strzały, a ukochani mężczyźni w każdej chwili narażają swe życie, nawet ten wspaniały słodycz nie jest w stanie przesłonić lęku.
Postaci stworzone w powieści są barwne i różne. Jednocześnie zdają się bardzo realne. Nawet, jeśli na początku wydają się idealistami, takimi papierowymi bohaterami, których należy uważać za wielkich, bo przecież życie za Ojczyznę oddawali, Autorka pokazuje nam, że są tylko ludźmi, że również mają chwile zwątpienia, że też się boją – czasem o siebie, czasem o najbliższych, czasem o losy Polski, gdyby powstanie upadło.
W powieści "Rok 1863..." nie ma jednak sprawiedliwości. Umierają często dobrzy, zostają przy życiu złoczyńcy. Dlaczego? Gdyż takie bywa życie. Chciałoby się móc napisać inaczej, ale powstanie upadło i taka jest historyczna prawda. Upadło, a wielu wspaniałych ludzi na zawsze spoczęło pod kopczykami ziemi i zamarzniętego śniegu. Wielu mogił nie udało się już odnaleźć. Część z tych, którzy przeżyli, skazana na katorgę albo zsyłkę, na lata całe "przepadła" na Syberii, wielu z nich na zawsze już pozostało w tamtej obcej ziemi.
Bez ocen, łącząc patos przygotowań, sromotną klęskę i zwyczajne ludzkie troski dnia codziennego, Autorka oddała w ręce czytelników powieść niezwykłą. Tym bardziej, że okrasiła ją licznymi przepisami ze staropolskiej dworskiej kuchni, a wszystko to opowiedziała pięknym językiem oddającym klimat epoki. 
Mam kilka zastrzeżeń co do korekty, liczę, że błędy zostaną poprawione, choć przyznaję – było ich naprawdę niewiele (i raczej to błędy redakcyjne, niż korektorskie). 
Co mi się nie podoba? Okładka, która w żaden sposób nie nawiązuje do treści powieści. Ale to już moje bardzo subiektywne odczucie.


 
 
 
 
 

sobota, 28 marca 2015

Yggdrasil. Struny czasu – Radek Lewandowski

Wydawnictwo: RW2010
Poznań 2014
Cykl: Yggdrasil, tom 1
Liczba stron: 281
Ebook, format pdf, epub, mobi
ISBN: 978-83-7949-096-7







Zachęcona krótkim opowiadaniem pod tytułem "Yggdrasil. Tygrys szablozęby", sięgnęłam po pełnowymiarową powieść, która jest pierwszym tomem cyklu.
Prolog wita nas pięknym i czystym science fiction. Przyznaję, że tym początkiem Autor narobił mi smaku, ponieważ już od pewnego czasu nie czytałam czystego sf (pomijając te teksty, które tłumaczyłam z anielskiego) i już straszliwie się za tym gatunkiem stęskniłam. W czasie lektury całej powieści nie mogłam nie dostrzec wspaniałych podobieństw do mojego ukochanego sir A. C. Clarke'a i jego wyśmienitej "Odysei czasu", do której być może uda mi się w tym roku powrócić. Zarówno nagłe przeniesienie w czasie pewnej grupy ludzi, jak i zakończenie "Yggdrasilu..." przywoływało konstrukcję "Odysei" i było nie mniej interesujące.
O czym zatem ta powieść, której okładka daje być może pewne wskazówki, ale jest również wielką niewiadomą? Wszystko zaczyna się około roku 3000. Dokładnej daty nie znamy, ale jest już z pewnością po 2941. Czytelnik staje się świadkiem zebrania korporacji NOVA, na którą z całego znanego wszechświata zasiedlonego przez ludzi przybyli przedstawiciele najważniejszych osobistości z Federacji. Odkrycie, o którym poinformuje ich profesor Noel, odmieni oblicze świata i to w sposób, którego z pewnością nikt się nie spodziewał.
Opis zebrania i technologii, a także drogi, którą przeszła ludzkość w przeciągu dziewięciu wieków dzielących nas od omawianego zdarzenia to, jak już zauważyłam, kawałek naprawdę dobrego sf. Czy szkoda, że Autor nie poszedł dalej tym tropem? Nie, ponieważ chyba nie takie było jego zmierzenie, przynajmniej w pierwszym tomie cyklu. Liczę jednak, że w kolejnych jeszcze nie raz zaskoczy nas technologiczno-społecznymi nowinkami z przyszłości. Choć przyznaję – do tej przyszłości nie chciałabym trafić, gdyż jest bardzo depresyjna. 
Co takiego odkrył profesor Noel? Udowodnił istnienie rzeczywistości alternatywnych oraz... cofnął się w czasie. Niezupełnie on, bo tak naprawdę wysłał do przeszłości jedynie wiązkę danych i sprzęt, ale... rozpoczął wielką i nieprawdopodobną wędrówkę przez czas, którą czytelnik będzie oglądał oczami pewnego wikinga, mieszkającego w wiosce Słowian. 
Wiking ma na imię Eryk i jest siostrzeńcem Bolesława Chrobrego. Próżno jednak szukać w tej historii Bolesława i jego dzielnych wojów, próżno liczyć na opisy zjazdu gnieźnieńskiego, czy innych ważnych w polskiej historii wydarzeń. Dlaczego? Ponieważ Eryk wraz z jego szwedzkimi kompanami i całą wioską, do której trafił trochę przypadkowo... zostają przeniesieni w czasy paleolitu!
Więcej fabuły nie zdradzę. Wiedzcie jednak, że akcja powieści jest dość wartka. Czasami, przyznaję, Autor miał chyba gorsze chwile, ponieważ niektóre sceny straszliwie rozwlekał, ale w większości, opowieść czytało się bardzo dobrze. Szczególnie od momentu, gdy na horyzoncie pojawili się przedstawiciele Starej Rasy z Wierzbą na czele. Wierzba z kolei nasunęła mi oczywiście skojarzenie "Korony śniegu i krwi" Cherezińskiej, czyli opowieści o Piastach i ludziach Starej Krwi. Wszystko się ze sobą łączy...
Język, którego Lewandowski używa jest stylizowany na staropolski, choć nie wydaje mi się, by Słowianie z końca X wieku mówili właśnie w ten sposób. Inna sprawa, że mało który czytelnik byłby w stanie zrozumieć cokolwiek z języka ówczesnych, więc i tak bardzo cieszy, że Autor postanowił choć trochę stylizować język na dawny, by zbudować lingwistyczny klimat. Używa także staropolskich oraz nordyckich wyrażeń, które czasami są tłumaczone (w bardzo interesujący i nowatorski sposób wpisany w fabułę powieści – ale nic więcej nie napiszę, przekonajcie się sami). Na końcu książki znajduje się słowniczek z tymi wyrażeniami i ich znaczeniem, a także z panteonem bóstw nordyckich.
Ogólnie rzecz biorąc, powieść jest bardzo interesująca i dobrze napisana. Miałam kilka uwag (szczególnie jedną, dotyczącą Alfa Centauri, ale przemilczę), lecz nie sposób nie wystawić tej historii dobrej oceny. Nie powiem jednak, że jest porywająca. Ma wyśmienite momenty, które nie pozwalają się od niej oderwać, ale i takie, które miałam ochotę przeskoczyć (na szczęście tego nie robiłam). Czytałam powieść dość długo, bo chyba przez pięć dni, ale to mogło wynikać również z tego, że to ebook, a ebooki zawsze zajmują mi więcej czasu.
Brak jednej kropki to jedyne, czego mogę się przyczepić jeśli chodzi o wydanie. Wielkie brawa dla wydawnictwa za świetną korektę, redakcję i elektryzującą okładkę.










Książka przeczytana w ramach Wyzwania:

środa, 25 marca 2015

Wytwórnia smakowitych lodów Vivien – Abby Clements

Wydawnictwo: Zysk i S-ka
Poznań 2015
Oprawa: miękka ze skrzydełkami
Liczba stron: 359
Tytuł oryginału: Vivien's Heavenly Ice Cream Shop
Przekład (z angielskiego): Anna Mackiewicz
ISBN: 978-83-7785-482-2
 
 
 
 
 
 
 
Piękna okładka w stylu vintage i wytwórnia lodów – na dodatek smakowitych – w tytule... Po prostu nie można się oprzeć tej pokusie (szczególnie, gdy jest się na diecie i o słodkościach można jedynie czytać).
Tak, katowałam się przez ponad 350 stron, katowałam i katowałam, ślinka mi ciekła, co chwilę, wraz z bohaterkami, wymyślałam nowe smaki słodkości, pyszności i wszystkich kuchennych cudowności, które będę mogła uszykować już za dwa tygodnie (i wciągnąć raz, dwa). Katowałam tę część mego umysłu, która jest odpowiedzialna za jedzenie, ale dokarmiałam całą pozostałą, ponieważ powieść Abby Clements jest po prostu wyśmienita.
Lubię historie rodzinne i to żadna tajemnica. Uwielbiam pichcić i wie o tym każdy, kto choć trochę mnie zna. Na samą myśl o pieczeniu poprawia mi się humor. A lody? Ach, jakie pyszne, takie gładkie, aksamitne, rozpływają się w ustach i przypominają beztroskie, wspaniałe, upalne lato. Autorce udało się w niesamowity sposób oddać ten cudowny i błogi nastrój, mimo że większość fabuły ma miejsce w niezbyt słonecznej Anglii. I choć lodziarnia Vivien znajduje się na wybrzeżu, można powiedzieć, że niejako w kurorcie morskim, to klimat i okolica średnio sprzyjają biznesowi lodziarskiemu. Kiedy więc Vivien umrze i swój interes, a przy okazji oczko w głowie i życiowy dorobek w postaci wytwórni lodów pozostawi dwóm wnuczkom, dziewczyny będą się musiały nieźle postarać, by na tym nie stracić. Szczególnie, że początki są trudne, a poza czysto biznesowymi kwestiami dochodzą jeszcze liczne problemy natury rodzinnej, z upartą i zazdrosną ciotką na czele, a także nieudane związki, zdrady i złamane serca. 
A wszystko zaczęło się tak pięknie. Anna miała spokojną, bezpieczną pracę, niedawno doczekała się awansu, teraz zakupiła własne cztery kąty – całkiem spore, przestronne, blisko babci Vivien, z widokiem na morze. Miała się wprowadzić z ukochanym Jonem. Wszystko było jak w bajce. Jej młodsza siostra, Imogen, robiła wspaniałe zdjęcia podwodne, piła drinki z parasolkami i była pod niebiosa zakochana w pewnym przystojniaku imieniem Luka i ani myślała wracać do zimnej i deszczowej Anglii, kiedy słońce tak cudownie grzało jej skórę na azjatyckiej plaży wyspy Koh Tao.
Lodziarnia jest czymś znacznie więcej niż miejscem pracy. Jest spuścizną po ukochanej babci, jest miejscem, w którym wychował się ojciec głównych bohaterek, w końcu jest spokojną i radosną przystanią dla sąsiadów i przyjaciół. Czasami jest nawet czymś więcej niż dom. Jak więc można pozwolić, by ją zamknięto?
Dziewczyny wiele poświęcą, by Wytwórnia smakowitych lodów Vivien odzyskała swój blask i przyciągała amatorów mrożonych słodkości. Anna uda się nawet na kurs do Florencji, by poznawać tajniki produkcji wspaniałych lodów włoskich domowej roboty. Po wielu perypetiach, czasem zabawnych, czasem smutnych, czasem wynikających z pecha, czy złośliwości innych, a nieraz po prostu ze zwykłej ludzkiej pychy i głupoty siostry McAvoy spełnią swe marzenia. Czy jednak czytelnik jest w stanie przewidzieć takie zakończenie? Ja nie byłam.
Powieść Clements to orzeźwiająca, pełna optymizmu historia o miłości i przywiązaniu, o trudach, na które napotyka każda rodzina, gdy przychodzi jej się zmierzyć ze śmiercią tej osoby, która była sercem tej rodziny. O oczekiwaniach względem kolejnych pokoleń i podążaniu za własnymi marzeniami. O wybaczaniu i szacunku do drugiego człowieka. O tradycji i w końcu o... przepysznych lodach. I jak to bywa w kuchni – czasami jest słodka, innym razem zaś trochę słona. W tym właśnie cały jej urok.
Powieść całkowicie mnie urzekła i nie potrafiłam się od niej oderwać. I tylko w kilu miejscach denerwowały jakieś niezbyt układne zdania. Nie wiem, czy rzeczywiście takie kiepskie były w oryginale, czy to kwestia tłumaczenia (choć wydaje się, że to drugie). Na szczęście takich sytuacji było nie więcej niż pięć w całej książce, więc nie popsuło mi to przyjemności z wybornej lektury.
Minusy? Zawiodłam się zamieszczonymi z tyłu przepisami na domowe lody. Niestety, wszystkie one przewidują konieczność posiadania specjalnej maszyny do lodów. Straszna szkoda – już miałam nadzieję, że na majówkę przyrządzę coś naprawdę wyjątkowego.
Wydawnictwo postarało się i trzeba to przyznać. Bardzo dobra korekta i ta okładka, o której nie można nie napisać. Nawet ukochany jamnik Vivien, Hepburn, znalazł się pod drzwiami lodziarni (choć umaszczony inaczej, niż to opisano). Fantastycznie. Z ciekawości poszukałam, jak wygląda oryginalna okładka i muszę przyznać, że nie umywa się do polskiej.
 
 
 
 
 
 
Książkę przeczytałam dzięki życzliwości Wydawnictwa Zysk i S-ka