Fragment mojej recenzji został umieszczony na okładce powieści "Skazaniec. Z bestią w sercu" Krzysztofa Spadło


Moja recenzja została zamieszczona na okładce powieści "Wojownicy. Odwet Wysokiej Gwiazdy" Erin Hunter

Fragment mojej recenzji „Korony śniegu i krwi” został umieszczony na okładce powieści Elżbiety Cherezińskiej – "Niewidzialna korona"

sobota, 19 marca 2016

Dobroczynne masaże dla maluszków. 35 masaży dla dzieci w wieku 0-3 lat – Gilles Diederichs

Wydawnictwo: Jedność
Kielce 2016
Oprawa: twarda 
Liczba stron: 40
Tytuł oryginału: Massages pour bebe. 35 massages pour les 0-3 ans
Przekład (z francuskiego): Monika Szewc-Osiecka
Ilustracje: Atelier Aout a Paris, Muriel Douru
ISBN: 978-83-7971-328-8










Jeszcze nie książka dla dzieci, ale dla rodziców wszystkich maluchów. Z pewnością przyda się każdemu, kto chce, by jego niemowlę (ale i starsze dziecko) dobrze się rozwijało, było spokojne, radosne i uśmiechnięte.
"Dobroczynne masaże dla maluszków..." to jedna z czterech (przynajmniej dotychczas, bo być może ukaże się ich więcej) niedługich, acz bardzo wartościowych książeczek z serii "Szczęście mojego dziecka". W najbliższym czasie pojawią się recenzje dwóch kolejnych (szukajcie po etykietach).
35 różnych masaży proponowanych przez Autora ma przynieść dzieciom ukojenie, wspomóc koordynację ruchową i rozwój poszczególnych części ciała, zrównoważyć napięcie mięśni, rozluźnić stawy, zrelaksować dziecko, w końcu budować więź między rodzicami a maluszkiem. Każdy z masaży jest dokładnie, krok po krok, opisany. Bardzo pomocne są tu również ilustracje obrazujące kolejne etapy masażu, ułożenie dziecka i dłoni masującego go rodzica. Do każdego masażu dodano jedno, dwa zdania komentarza dodatkowego, nazwanego poradą – mają one ułatwić bądź też urozmaicić dany masaż. 
Książeczka jest napisana i zilustrowana bardzo przejrzyście. Oczywiście Autor zaznacza, których masaży nie należy wykonywać na dzieciach zbyt małych, z którymi zacząć nieco później, jak je modyfikować, by jak najlepiej oddziaływały na rosnące ciałko i rozwijający się umysł dziecka. Poręczna wielkość, twarda oprawa, przejrzystość – to niekwestionowane plusy tej pozycji. Pozwalają na korzystanie z niej nawet w trakcie masażu, dzięki czemu niewprawiony w masowaniu rodzic nie musi się martwić, że o czymś zapomniał albo wykonuje masaż niewłaściwie – może mieć książeczkę cały czas przed oczami. 
Właściwie nie mam żadnych uwag negatywnych jeśli chodzi o tę pozycję. Drażniło mnie jedynie nazywanie receptorów punktami refleksyjnymi. 
Gorąco polecam wszystkim rodzicom (i przyszłym rodzicom).




Książkę przeczytałam dzięki życzliwości Wydawnictwa Jedność

piątek, 19 lutego 2016

Blog wiecznie żywy?

Miałam marzenie – publikować dziesięć recenzji miesięcznie. Czytać dużo i dzielić się z Wami moimi przemyśleniami i uwagami dotyczącymi książek. Przez ostatnie dwa lata właściwie się udawało. Teraz czytam mniej.
Miałam też inne marzenie – zostać mamą. Niedługo się spełni. Trochę niecierpliwie, z wielką radością ale i strachem oczekuję moich dwóch córeczek. Wiem, że teraz będę czytać przede wszystkim dla nich. 
Czy to znaczy, że blog umrze? Myślę, że nie. Z pewnością jednak zwolnię obroty. Właściwie mogliście to już zauważyć. Rzadko teraz coś publikuję. Czytam mniej, a jeszcze mniej piszę. Obecnie jestem w trakcie lektury 26-tomowej sagi "Grzech pierworodny". Kończę już. Czy ukaże się recenzja? Nie wiem. Być może tak, choć nie nastawiałam się na to. Kusi jednak trochę, by podzielić się z Wami moimi wrażeniami z tej niesamowitej lektury. Może więc jakiś tekst o całości napiszę. Kiedy? Nie mam pojęcia. Dzisiaj liczą się tylko Dziewczynki. 
Czy blog umrze? Nie, blog – jak i ja – wybiera się na długi urlop. Zaglądajcie na niego jednak – co jakiś czas na pewno pojawi się nowy tekst, nowa recenzja. Może trochę więcej z literatury dziecięcej...


środa, 3 lutego 2016

Siostry. Kresy. Zsyłka. Wielki świat – Agnieszka Lewandowska-Kąkol

Wydawnictwo: Fronda
Warszawa 2016
Oprawa: miękka
Liczba stron: 208
ISBN: 978-83-8079-032-2
 
 
 
 
 
 
 
Wzruszająca, bolesna, trudna, piękna, dotykająca za serce... Można by tak dalej wymieniać, a i tak nie odda się wszystkich uczuć, jakie targają czytelnikiem, kiedy wyrusza w sentymentalną podróż z Ludmiła, Barbarą i Heleną. Oparta na prawdziwych życiorysach, najnowsza książka Agnieszki Lewandowskiej-Kąkol na długo zapada w pamięć.
Wszystko zaczęło się w pociągu z ZSRR do Polski... Nie, zaraz, zaczęło się znacznie wcześniej, trzy dekady wcześniej, a pociąg jechał dokładnie w drugą stronę i w bydlęcych wagonach wywoził Polaków na Wschód. Wśród tych zsyłanych na katorgę były trzy siostry i ich matka. Ta ostatnia nie doczekała amnestii z 1941 roku, jej dzieci natomiast spotkał bardzo różny los. Nierozłączne dotąd, dziewczęta zostały wystawione na wiele prób, a sama wojna okazała się li tylko jednym z etapów ich długoletniej i bolesnej podróży. Czy uda im się po latach spotkać i odbudować więź, która została przerwana, kiedy były jeszcze młodziutkie? Czy dorosłe kobiety z doświadczeniem będą potrafiły się odnaleźć i to nie tylko w sensie geograficznym, ale przede wszystkim mentalnym i emocjonalnym?
Miłość Barbary zaskakuje siostry cieszące się z amnestii. One marzą o powrocie do ukochanej Polski i o walce o jej odzyskanie. Ona kocha Rosjanina, wroga, waha się, co począć. Zostaje – ponieważ on kocha swoją ojczyznę. Helena i Ludmiła wyruszają w podróż, by przyłączyć się do armii generała Andersa i dalej walczyć o Polskę. Jednak i im przyjdzie się rozdzielić, a zanim znów się spotkają ich losy skomplikują się jeszcze bardziej.
Wojna się skończy, przyjdzie upragniony pokój, który jednak daleki jest od tego, o czym młode dziewczęta marzyły. Życie pisze własne scenariusze. Miłość, zazdrość, samotność. Przyjaźń, zawód, próba znalezienia swego miejsca na świecie. Szukanie własnej tożsamości, kariery, wychowywanie dzieci. Niby zwyczajne, a jednak tak trudne. W Afryce, w Kanadzie, w Związku Radzieckim – na każdym kroku przeszkody. Różne, to oczywiste, ale wciąż są. Czasem stawia je los, czasem inni ludzie, czasem sami kopiemy dołki pod sobą. Nie uniknęły tego również tytułowe siostry.
Autorka już wcześniej przekonała mnie do tego, że warto sięgać po jej książki. Jej pozycja umocniła się po "Siostrach" i dzisiaj wiem, że sięgnę również po te powieści Agnieszki Lewandowskiej-Kąkol, których dotąd nie czytałam.  
Opis losów dziewcząt/kobiet jest poruszający do głębi. Trudności, z jakimi się im przyszło zmagać czasem okrutne. Wszystko zaś przedstawione bardzo plastycznie i emocjonalnie, a jednocześnie prosto. Nie ma tu zbędnego patosu. Jest po prostu życie. I głęboki rys charakterologiczny bohaterek, co jest olbrzymim plusem tej książki. 
Nie mam absolutnie żadnych zastrzeżeń. Powieść "Siostry" to literatura z najwyższej półki, którą każdemu mogę z serca polecić. Ostrzegam jednak, że nie jest to tekst przyjemny, nie wprawi Was w pozytywny nastrój i na pewien czas będzie drążył w Was korytarze emocji i przemyśleń.
 
 
 

Książkę przeczytałam dzięki życzliwości Wydawnictwa Fronda

wtorek, 12 stycznia 2016

The best of 2015

Drodzy, by zakończyć wszelkie podsumowania 2015 roku, zostało jeszcze jedno. Top 15 książek, które przeczytałam w tym czasie. Ciekawe, jak Wam się spodoba ta lista.
Spis jest nieco przypadkowy jeśli chodzi o kolejność, nie segregowałam ich od najlepszych ani do najlepszych, bo nie sposób to uczynić.



Gdańsk 1930-1945. Koniec Pewnego Wolnego Miasta
Dieter Schenk
Księga kobiet - Kobiety księgi
Bella Szwarcman-Czarnota
Skazaniec II. Z bestią w sercu
Krzysztof Spadło
Stulecie Winnych. Trylogia
Ałbena Grabowska
Cykl Demoniczny
Peter Brett
Niezłomna
Agnieszka Lewandowska-Kąkol
Wielki chłód
Kartarzyna Rygiel
Sweetland
Michael Crumney
Laur
Jewgienij Wodołazkin
Meczet Notre Dame. Rok 2048
Elena Czudinowa
Pasterz świata
Louis de Wohl
Transplantacja
Jacek Ostrowski
Skowyt
Marek Świerczek
Turniej cieni
Elżbieta Cherezińska
Na srebrnym globie
Jerzy Żuławski

piątek, 8 stycznia 2016

Wielki Bazar i Złoto Brayana – Peter V. Brett

Wydawnictwo: Fabryka Słów
Lublin 2011
Cykl demoniczny, interquel
Oprawa: miękka
Liczba stron: 210
Tytuł oryginału: The Great Bazaar & Brayan's Gold
Przekład (z angielskiego): Marcin Mortka
Ilustracje: Dominik Broniek
ISBN: 978-83-7574-539-9




 
Ta pozycja to nie lada gratka dla miłośników Cyklu Demonicznego, ale również ciekawa propozycja dla osób, które dotąd z twórczością Bretta nie miały do czynienia, a chciałyby to zmienić. W książce znajdziecie bowiem dwa opowiadania, wycięte sceny, słownik krasjański oraz grymuar runiczny, a także kolejne wyśmienite ilustracje Dominika Brońka.
Peter V. Brett tłumaczy, dlaczego zdecydował się na publikację kolejnych tekstów. Co powodowało, że pewne fragmenty historii nie znalazły się wcześniej w druku, a także dlaczego właśnie one są na tyle istotne i bliskie jego sercu, że zechciał się nimi podzielić. Warto zapoznać się z jego wypowiedziami na ten temat.
"Wielki Bazar" to opowiadanie o Arlenie z czasów, kiedy przyjaźnił się z Jardirem i Abbanem, zanim jeszcze wyruszył na poszukiwanie Słońca Anocha. Krasja wciąż wydaje mu się krainą wielkich nierówności i pogardy dla drugiego człowieka, a jednak nie potrafi on nie wracać do Pustynnej Włóczni. W opowiadaniu tym Brett pozwala nam lepiej poznać więzy łączące Arlena z Abbanem, a także zawiłości rządzące kastowym światem, którego Wielki Bazar jest świetną reprezentacją. 
"Złoto Brayana" natomiast to historia z jeszcze wcześniejszych lat, mianowicie z czasów, gdy Arlen uczył się dopiero na Posłańca. Tym razem przekona się, czym jest prawdziwy honor i jak wiele jest żądzy pieniądza wśród tych, których dotąd miał za wzór. Jednocześnie przeżyje niesamowitą przygodę w wysokich górach, ujrzy najpiękniejsze w świecie widoki i spotka na swej drodze śnieżnego demona, w którego istnienie większość ludzi wątpi. 
Dwie wycięte sceny opowiadają kolejno o Arlenie i Leeshy. Prolog, z którego, za radą redaktorki, Brett zrezygnował, ukazuje nam młodego chłopca z Potoku Tibbeta i jego marzenia, które nie mogą się spełnić, ponieważ... nie da się podróżować nocą. Leesha natomiast stanie przed trudnym wyborem i będzie musiała podjąć decyzję, czy ważniejsze jest dla niej poczucie, że ma rację czy może jednak zdrowie mieszkańców Zakątka. Obie historie są niezmiernie ciekawe, choć rozumiem doskonale, dlaczego nie znalazły się w powieściach.
Bardzo ucieszył mnie grymuar runiczny, mimo że jego nazwa jest nieco myląca. Choć rzeczywiście widzimy runy i poznajemy ich nazwy i zastosowanie, jest to przede wszystkim świetnie uporządkowany index demonów. Bardzo pomocny, szczególnie dla nowych czytelników oraz osób, które miały dłuższą przerwę w lekturze poszczególnych tomów Cyklu.
Rozwinięcie świata przedstawionego oraz świetny rys charakterologiczny Arlena to największe plusy tej pozycji. Poza tym zawsze cieszę się na nowe teksty opowiadające historie bohaterów, których polubiłam. 
Można by jednak bardziej przyłożyć się do usunięcia błędów, których jak na Fabrykę słów było tu trochę za dużo.

czwartek, 7 stycznia 2016

Rzeź bezkręgowców – Joanna Chmielewska

Wydawnictwo: Kobra
Warszawa 2008
Oprawa: miękka 
Liczba stron: 329
ISBN: 978-83-88791-88-8






Choć niektórym może się to wydać dziwne i nieprawdopodobne... to moje pierwsze spotkanie z twórczością Chmielewskiej. Jakoś tak wyszło, że w młodzieńczych latach zupełnie się na nią nie natknęłam, a później, przez długi czas, żyłam w przekonaniu (nie wiem, skąd się ono wzięło), że jej utwory skierowane są do młodzieży i jestem na nie za stara. Przekonał mnie Mąż, który od zawsze jest fanem jej twórczości i spróbowałam. Co wynikło z lektury "Rzezi bezkręgowców"?
Przyznaję, że początek nie zrobił na mnie pozytywnego wrażenia i brnęłam dalej chyba tylko dlatego, że Michał tak bardzo tę powieść zachwalał. Na szczęście potem było lepiej, znacznie lepiej. Ba! dobrze było, a nawet bardzo. Jednak pierwsze dwadzieścia czy trzydzieści stron to była droga przez małą mękę, ponieważ zupełnie nie rozumiałam, o co chodzi. Być może dlatego, że nie znałam bohaterek...
"Rzeź bezkręgowców" (jakże intrgujący tytuł) to kryminalna opowieść o współczesnym świecie massmediów, a konkretnie – polskiej telewizji. Cała akcja toczy się wokół osób z nią związanych – reżyserów, scenarzystów, pisarzy, których dzieła literackie zostały (bądź mają zostać) zekranizowane. Powieść idzie niejako dwutorowo, bo z jednej strony mamy kolejne morderstwa osób, które główna bohaterka zalicza do tzw. pijawek, z drugiej zaś zniknięcie pewnej dość poczytnej pisarki. Wszystko wydaje się w jakiś tajemniczy sposób połączone, ale jak?
Świetna intryga i ciekawi bohaterowie to mocne strony tej książki. Dodatkowymi atutami są specyficzne poczucie humoru i sposób bycia głównej bohaterki, a zarazem narratorki. Trup ściele się gęsto, jak na dobry kryminał przystało. Światek telewizyjnych celebrytów został przedstawiony w interesujący i – zdaje się – dość realistyczny sposób. Do końca też nie udaje się czytelnikowi rozwikłać zagadki, kto jest mordercą i czy na pewno jest to wciąż jedna i ta sama osoba. To, oczywiście, olbrzymi plus. Wszak im trudniej znaleźć samodzielnie sprawcę i przewidzieć, co pisarz sobie wymyślił na grande finale tym lepsza powieść kryminalna. Tu nie można mieć zastrzeżeń.
Natomiast już trochę można się przyczepić tego, że Joanna, czyli nasza główna bohaterka i narratorka, zawsze i wszędzie ma jakieś "wejścia". Szuka adresu pisarki i co robi? Idzie do banku i jakaś pani, która ją obsługuje od lat, ten adres jej daje! Prowadzący śledztwo policjant dzieli się z nią nawet najbardziej tajnymi informacjami dotyczącymi toczącego się postępowania. Ona po prostu wszystkich zna, wszyscy ją lubią (no, poza osobami, które jej szczerze nienawidzą) i chętnie jej pomagają, nawet jeśli jawnie przy tym łamią prawo. Nie ma takich drzwi, którymi Joanna nie wejdzie. Wszak okno na tyłach domostwa to też jakieś tam drzwi. 
Jeśli chodzi o samo wydanie to, niestety, znalazło się co nieco błędów, a najbardziej irytowały podwójne odstępy między słowami, które co i rusz się pojawiały. Można to było zrobić lepiej, choć jeszcze nie jest źle.
Ogólnie więc książka bardzo przypadła mi do gustu i myślę, że chętnie sięgnę po inne tytuły, które wyszły spod pióra Chmielewskiej. Może jeszcze nie teraz, ale pewnie jakoś w tym roku. Dobra intryga i ładny język, a do tego nasze polskie podwórko zdecydowanie przekonały mnie do jej twórczości.

środa, 6 stycznia 2016

Pretty Little Liars. Zepsute – Sara Shepard

Wydawnictwo: Otwarte
Kraków 2012
Tom 5. cyklu
Oprawa: miękka
Liczba stron: 312
Tytuł oryginału: Wicked. A Pretty Little 
Liars Novel
Przekład (z angielskiego): Mateusz Borowski
ISBN: 978-83-7515-194-7




 
 
Lada chwila rozpocznie się proces Iana Thomasa. Dziewczyny zaczynają się już naprawdę poważnie stresować. W końcu zeznawanie przed sądem to żadna przyjemność, a wiadomości, które wciąż otrzymują, wskazują niemalże jednoznacznie, że Ian im grozi. Dlaczego więc Wilden upiera się, że to niemożliwe i smsy są pisane przez kogoś innego?
Być może wszystko by się uspokoiło, a Kłamczuchy znalazłyby w końcu jakiś kąt dla siebie, jednak wystarczy kilka wydarzeń, by całkowicie zniszczyć ich nastoletnie życie. Na dodatek rozprawa okaże się znacznie bardziej skomplikowana, niż można by przypuszczać. 
Do Rosewood sprowadza się ojciec Hanny razem z narzeczoną i jej córką. Czy Kate i Hanna znajdą w końcu wspólny język, zakopią topór wojenny i się zaprzyjaźnią? W końcu wkrótce mają zostać przyrodnimi siostrami, a Hannie przydałaby się teraz oddana przyjaciółka. Utrata Mony to dla niej naprawdę coś strasznego.
Sporo dzieje się również w życiu Arii. Nie dość, że Meredith jest w ciąży, to jeszcze Ella znalazła sobie "chłopaka". Niby Aria się cieszy, że matka zaczyna układać sobie życie, tylko czy musi to robić akurat z Xavierem, który wpadł w oko również Arii? Nareszcie doczekałam się jakiegoś nieco głębszego rysu charakterologicznego Arii. Dotąd uważałam, że jest przez Autorkę potraktowana trochę po macoszemu, najpłyciej ze wszystkich dziewczyn.
Skład rodzin się zmienia, a tymczasem serduszko Emily znów zaczyna drgać. Maya jest już przeszłością. Widują się czasem przelotem na szkolnym korytarzu, jednak ich związek nie przetrwał. Czy nowe zauroczenie Emily ma większe szanse? Ta dziewczyna jeszcze wszystkich zaskoczy, a najbardziej chyba siebie samą. Aż nie mogę się doczekać, co też nowego będzie się z nią działo w kolejnych tomach powieści.
Książkę, jak i poprzednie, właściwie połyka się za jednym razem. Coraz mniej też przypomina ona serial, a w bohaterkach już naprawdę ciężko widzieć dziewczyny z małego ekranu. To akurat dobrze, bo nie da się nudzić, chociaż... zdecydowanie bardziej lubię kłamczuchy serialowe, bo te nastolatki, które opisała Shepard są czasami straszliwie denerwujące. A i ich rodzicom daleko do choćby średniej, o ideałach nie wspominając. 
Niestety znów napotkałam się na pewne nieścisłości i brak konsekwencji w stosunku do poprzednich tomów powieści. Szkoda, bo przecież można je na ogół wyeliminować usunięciem czy zmianą dwóch, trzech słów. A tak pozostaje pewien niesmak. Trudno, nic nie poradzę. I tak z chęcią sięgnę po szóstą część Pretty Little Liars.
 





wtorek, 5 stycznia 2016

Zaginiona – Andrzej Pilipiuk

Wydawnictwo: Fabryka słów
Lublin 2014
Tom 4. cyklu
Oprawa: miękka (z obwolutą do wyboru)
Liczba stron: 338
ISBN: 978-83-7964-010-2







Jeśli myśleliście, jak wszyscy, że trylogia składa się z trzech części... byliście w błędzie. Andrzej Pilipiuk postanowił zrobić psikusa swoim czytelnikom i napisać czwarty tom trylogii o kuzynkach Kruszewskich. Czy utrzymał poziom, zachwycił, zaskoczył, czy po prostu napisał książkę trochę na siłę? Przeczytajcie, co ja o tym myślę.
Kiedy na Pyrkonie 2014 usłyszałam o tych planach, byłam wniebowzięta. Uwielbiam Kruszewskie, jakże więc mogłam zareagować inaczej? Czas powoli mijał, a ja coraz bardziej się obawiałam, co z tego wyniknie. Czy aby na pewno to dobry pomysł? Przecież trylogia tworzyła zamkniętą całość. Zawierzyłam jednak, że Wielki Grafoman wie, co robi i mnie nie zawiedzie. Nie zawiódł, choć rzeczywiście na spotkanie z Katarzyną i Stanisławą przyszło mi trochę poczekać, gdyż jakoś specjalnie się nie spieszyłam.
"Zaginiona" to właściwie dwie mini-powieści. Pierwsza zatytułowana właśnie "Zaginiona", druga zaś "Czarne skrzypce". Obie przedstawiają losy znanych nam już bohaterek i obie są wciągające. Choć ten drugi tekst przypadł mi do gustu znacznie bardziej.
O czym tym razem? Stanisława przemeblowuje swoje lokum. Poszukuje jakiejś ciekawej mapy, która by dopełniła klimatu, pasując do morskiego wystroju jej gabinetu. Trafią na aukcję, na której pojawi się również tajemnicza, niepozorna studentka, która nieźle namiesza w całej historii. Zanim jednak kuzynki zrozumieją, że może im ona w jakiś sposób pomóc, zainteresują się nią z zupełnie innego powodu. Szczególnie, że Stasia nie czuje się najlepiej i przewiduje rychłą śmierć. Nawet czerwona tynktura jej tym razem nie pomoże. Co zatem połączy cichą i niezbyt towarzyską Anię z Kruszyńskimi? Tego Wam nie zdradzę, ale mogę powiedzieć, że historia jest przednia i nieźle zakręcona. Przygód w niej co nie miara, a i nawet trupy będą. Szkoda tylko trochę, że tym razem zabraknie Moniki.
"Czarne skrzypce" natomiast to opowieść o tajemniczej chorobie, która wesołą i pogodną nastolatkę przeistoczyła w swoiste warzywo. Na szczęście jej brat postanowił dołożyć wszelkich starań, by uratować siostrę. Nie pomogli lekarze, nie pomógł egzorcysta, więc może alchemiczka znajdzie rozwiązanie zagadki. Przy okazji kuzynki trafią w bardzo miłe miejsce, które – w przeciwieństwie do ich folwarku – odniosło pewien sukces. Co takiego mają w sobie tytułowe czarne skrzypce? Warto się przekonać.
Książka jest napisana bardzo dobrze, zresztą można się tego było spodziewać. Pełna przygód, specyficznego humoru i klimatu, do którego miłośnicy cyklu przywykli. Jest jednak trochę oderwana od poprzednich tomów. Czy to źle? Niekoniecznie. Ich znajomość nie jest bowiem konieczna do lektury "Zaginionej", co może sprawić, że po książkę sięgną również osoby nieobeznane z historią kuzynek Kruszewskich. Jednak mocno odczuwalny jest brak Sędziwoja i to chyba najsłabszy punkt tych opowieści. 
Niestety tym razem muszę się trochę przyczepić do wydania, ponieważ znalazłam zbyt wiele błędów jak na Fabrykę słów. Przywykłam do tego, że nie wypuszczają bubli, że plasują się na najwyższej półce jeśli chodzi o wydawanie książek niemal idealnych. Tym razem coś nie wyszło. Może powodem było to, że jeszcze przed ukazaniem się książki na rynku, spotkała się ona z pewną dozą krytyki – zarówno sam fakt przedłużania "na siłę" cyklu, jak i problemy z nową szatą graficzną, którą Wydawnictwo zraziło wielu swoich czytelników. Nawet ukłon w ich stronę w postaci dodatkowych obwolut pasujących do wcześniejszych wydań cyklu nie okazał się rozwiązaniem idealnym, choć w niewielkim stopniu załagodził niezbyt przyjemną sytuację.
"Zaginioną", jak przystało na tekst pióra Pilipiuka, czyta się bardzo szybko i lektura ta sprawia wiele przyjemności. Czy więc jesteś miłośnikiem kuzynek Kruszewskich, czy też nie miałeś styczności z tym cyklem – nie będziesz żałować, jeśli sięgniesz po tę książkę.




poniedziałek, 4 stycznia 2016

Podsumowanie 2015 roku i plany na najbliższe miesiące

Kochani, patrzę w kalendarz i oczom nie wierze. Tak, nastał już naprawdę nowy rok. Trochę ciężko się przyzwyczaić do nowej daty, jednak nie ma wątpliwości, powitaliśmy już na dobre 2016. Czas zatem na małe podsumowanie zeszłorocznych książkowych zmagań i osiągnięć oraz słów kilka o czekających mnie (i Was) zmianach na blogu.
W minionych dwunastu miesiącach udało mi się przeczytać około 130 pozycji. Nie mogę podać dokładnej liczby dlatego, że: po pierwsze – niektórych książek, niestety (z różnych przyczyn) nie doczytałam do końca, po drugie – mam rubrykę zatytułowaną "praca", w której zapisuję liczbę stron materiałów i podręczników, które czytam w ramach pracy. Nieraz jest to zaledwie jeden rozdział, nieraz cała książka. Postanowiłam ich jednak nie wyszczególniać, dlatego nie da się policzyć liczby przeczytanych od deski do deski pozycji. Rubryk w każdym razie mam 129. 
Łącznie od pierwszego stycznia do trzydziestego pierwszego grudnia pochłonęłam 35.819 stron. Czy to dużo? Więcej niż przed rokiem, mniej niżbym chciała. Jestem jednak i tak zadowolona, bo tak naprawdę liczy się przede wszystkim nie ilość, a jakość, a ta była naprawdę wysoka.
Na blogu pojawiło się 115 wpisów, czyli trochę mniej niż w 2014 roku. Mogło być lepiej, ale nie obiecuję poprawy.
Od wydawnictw i autorów otrzymałam do zrecenzowania aż 75 książek, co bardzo mnie cieszy, gdyż oznacza, że zaufano mi aż tyle razy. Mam nadzieję, że nikogo nie zawiodłam, a moje recenzje były rzeczowe i pomogły Wam w podejmowaniu decyzji co do wyboru lektur. 
Wzięłam udział w dwóch wyzwaniach książkowych. W pierwszym miałam przeczytać tyle książek, by wysokość ułożonej sterty wyniosła przynajmniej tyle, ile mierzę. Otóż jestem niewielka, mam zaledwie 157 cm, przeczytałam zaś tyle, że wieża książkowa przerosła mnie prawie o metr (253,4 cm). Jestem z tego wyniku bardzo zadowolona.
W drugim wyzwaniu udało mi się również osiągnąć cel, a mianowicie wypełnić wszystkie zadania. Niektóre były banalnie proste, inne bardzo trudne. Jeśli chcecie wiedzieć, które książki zaliczyły mi to wyzwanie, wybierzcie etykietę "Książkowe wyzwanie 2015".
Ponadto nawiązałam nowe współprace, m.in. z następującymi wydawnictwami: Jedność, Pascal, Nowa Baśń, SQN czy Zwierciadło. Obecnie są już chyba tylko trzy wydawnictwa, na których bardzo mi zależy, a z którymi na razie nie współpracuję. Wygląda więc na to, że idzie mi całkiem dobrze.
Na końcówce roku, bo już w grudniu, mogliście się dowiedzieć, że fragment mojej recenzji znalazł się również na okładce drugiego tomu cyklu "Skazaniec" Krzysztofa Spadło. Bardzo mnie to cieszy, ponieważ książka jest rewelacyjna i naprawdę polecam ją z całego serca.
W 2015 roku na bloga weszło ok. 19 tysięcy osób. Niestety nie zapisałam sobie, jaki był dokładny stan na 31.12.2014 (wiem jedynie, że było to niemalże 30 tysięcy wejść). Na 31.12.2015 licznik wskazuje natomiast 48.526 wejść. Blisko celu, miałam nadzieję na zakończenie roku z 50 tysiącami, nie udało się jednak. Prawdopodobnie z mojej winy, ponieważ w ostatnim czasie niewiele publikowałam.
Zakończyłam, ze względów osobistych, współprace ze Sztukaterem oraz akcją "Polacy nie gęsi i swoich autorów mają". Szkoda, ale, niestety, nie miałam wyjścia. Za dużo obowiązków na siebie wzięłam.
Plany na 2016? Pojawi się z pewnością więcej pozycji dla dzieci. Być może jakieś nowe wywiady, mam na to wielką nadzieję. Ogólnie, będzie chyba mniej wpisów, ponieważ mam coraz mniej czasu na czytanie i pisanie, a od wiosny jeszcze go ubędzie. Nie biorę też udziału w żadnym nowym wyzwaniu. Myśląc i planując realnie wiem, że i tak bym pewnie nie podołała, a na końcówce roku miała to sobie za złe. 
To chyba tyle, Kochani. Czytajcie, czytajcie, czytajcie i niech to będą naprawdę przyjemne lektury. Najlepszego z okazji zmiany kalendarza!

wtorek, 29 grudnia 2015

Wyspa delfinów – Arthur C. Clarke

Wydawnictwo: ALFA
1986
Liczba stron: 208
Tytuł oryginału: Dolphin Island
Przekład (z angielskiego): Mira Michałowska
ISBN: 83-7001-112-8



 


Odradzano mi tę książkę. Że niby nudna, że mało ma wspólnego z sf. W końcu to Clarke. Postanowiłam więc sama sprawdzić. Ostatecznie nie potrafiłam uwierzyć, że sir Arthur mógłby napisać coś słabego i niezachęcającego.
"Wyspa delfinów" to... Clarke rzeczywiście w zupełnie innym wydaniu. To powieść najbardziej młodzieżowa z jego dzieł. Nie ma tu kosmosu, przybyszów z obcych planet, statków międzygwiezdnych. Nie ma alternatywnych czasów ani światów. Nie ma wielkiego kataklizmu, który by zagrażał ludzkości. Czyli brakuje tego, do czego przywykł czytelnik obeznany z powieściami Clarke'a. Brakuje również wielkiej filozofii, szukania początku wszechrzeczy i celu życia... 
Co zatem oferuje ta historia? Otóż dobrą przygodę i młodego bohatera, który mógłby stać się w pewnym stopniu wzorem dla współczesnej młodzieży. Bohatera, który niczego się nie boi, który ma swoje zasady, a przede wszystkim... marzenia. Gdy więc tylko dostrzeże możliwość spełnienia jednego z nich, nie zawaha się zaryzykować. Drogo go to będzie kosztowało, ale... jak się okaże, warto było łapać srokę za ogon. Rozpoczyna się długa i piękna przygoda, która będzie obfitowała w poznawanie nowych osób, zawieranie niesamowitych przyjaźni i zakończy się wzięciem udziału w naprawdę nieprawdopodobnej i niezmiernie ważnej akcji. Zanim jednak do tego dojdzie, Johnny będzie się zmagał z oceanem, samotnością, bólem i strachem. Taka jest cena jego przygody.
Czy powieść sprostała moim wymaganiom? I tak i nie. Rzeczywiście jest to coś zupełnie innego, niż się spodziewałam. Zupełnie nowa jakość Clarke'a. Ciekawa, wciągająca historia, która na swój sposób urzeka, ale... nie jest tym, czego poszukuję w jego twórczości. Choć przyznaję, że lektura sprawiła mi sporo przyjemności.
Akcja powieści rozgrywa się mniej więcej w czasach nam współczesnych. Tym razem Clarke'owi średnio poszło przewidywanie przyszłości. Sprzęty, o których pisał są dzisiaj już raczej obiektami muzealnymi, a nie szczytem techniki i technologii. Nie spełniły się również jego przewidywania dotyczące zmian w systemie edukacji. To jednak tylko tło tej historii. Najważniejsze są bowiem kontakty na linii człowiek-delfin i ludzie między sobą. Tu już jest znacznie lepiej, nawet kiedy do lektury zabiera się dorosły i wyrobiony czytelnik. Choć znać, że jest to jednak opowieść skierowana bardziej do czytelnika młodszego. Zarówno pod względem fabuły, jak i języka oraz opisów związanych z technologią.
Czy polecam? Owszem, ale raczej jako ciekawą odskocznię na krótką chwilę, jeśli jesteś dorosły. Jeśli natomiast uczysz się jeszcze na poziomie gimnazjum bądź szkoły średniej - może to być dla Ciebie ciekawa przygoda i zapoznanie się z autorem, który jest ikoną sf i którego powieści należą do dzieł z naprawdę najwyższej półki.
Jeśli chodzi o samo wydanie, nie mam większych uwag krytycznych. Książka jest stara i zastanawia jedynie, dlaczego nie wznowiono wydania. Być może nie przyjęła się na polskim rynku czytelniczym w latach .... i została po prostu zapomniana?



środa, 23 grudnia 2015

Wesołych Świąt

Kochani moi, Boże Narodzenie już za chwilę. Choć śniegu w tym roku brak (ja nie narzekam), a temperatura bardziej wiosenna niż zimowa (znów nie mam nic przeciwko), to jednak... 
Jutro Wigilia, choinka, prezenty, Pasterka, śpiewanie kolęd i dzielenie się opłatkiem. Wspólna wieczerza w rodzinnym gronie, a później dwa dni wspaniałych Świąt.
Niech takie właśnie będą –  przepełnione szczęściem, radością, miłością, ciepłem rodzinnym. Niech po domu snują się wspaniałe zapachy choinki, kapusty z grzybami i piernika. Nie zapomnijcie też o tym, co najważniejsze.
Życzę Wam również, by – jak Mędrcy przynieśli Jezusowi złoto, mirrę i kadzidło – ktoś życzliwy sprezentował Wam wymarzoną książkę (a jeszcze lepiej – kilka książek) oraz byście znaleźli również trochę czasu na to, by zasiąść w miękkim fotelu i zaszyć się w świecie, którym zechciał się z Wami podzielić Autor. 
Kochani, wesołych Świąt!