Fragment mojej recenzji został umieszczony na okładce powieści "Skazaniec. Z bestią w sercu" Krzysztofa Spadło


Moja recenzja została zamieszczona na okładce powieści "Wojownicy. Odwet Wysokiej Gwiazdy" Erin Hunter

Fragment mojej recenzji „Korony śniegu i krwi” został umieszczony na okładce powieści Elżbiety Cherezińskiej – "Niewidzialna korona"

piątek, 14 listopada 2014

Jacek Ostrowski czy Jack Sharp? Autor "Mężczyzny z tatuażem" o sobie słów kilka...

Witam ;)
Dzień dobry.
Zacznijmy klasycznie, czyli od początku. Kiedy zaczął Pan pisać?
To był rok 1982 i od razu zmierzyłem się z trudniejszą formą, napisałem powieść. Ciężkie wyzwanie pod wieloma względami, maszyna do pisania Łucznik, proszę nie mylić z maszyną do szycia i każda większa pomyłka mściła się pisaniem strony od nowa. Książka liczyła sobie dobrze ponad dwieście stron, a w niej… – konflikt nuklearny i garstka ludzi organizujących ucieczkę z Ziemi. Pomysł niezły, wykonanie już gorsze – tak to oceniam po latach. Trzeba było to dopracować, ale nikt mnie nie ukierunkował, nie podpowiedział, co poprawić. To były inne czasy, jedynie kilka wydawnictw i małe pole manewru przy próbie wydania, poległem. Teraz trochę żałuję, że za szybko się poddałem. Za drugim podejściem już było inaczej. Po pierwsze zacząłem pisać opowiadania, lepsze, gorsze, ale w myśl powiedzenia – trening czyni mistrza – szkoliłem warsztat. Napisałem ich sporo i wróciłem do powieści.
Co jest największym atutem książek Pana autorstwa?
To jest trudne pytanie. Co dla jednego odbiorcy jest atutem, to dla drugiego może być wadą. Nigdy wszystkich nie zadowolę. Zawsze mówię, że książki piszę dla czytelników, bo pisanie dla siebie nie ma dla mnie sensu. Mogę śmiało powiedzieć, że w moich powieściach mnóstwo się dzieje i dobrnięcie do ostatniej strony nie jest dla czytelnika wielkim wyzwaniem. Chcę czytelnikowi dać ciut relaksu, oderwać go od trudów codziennego życia, pozwolić zapomnieć się na chwilę i przenieść do innej krainy, nieraz ciut zaczarowanej. „UT”, „Posiadłość w Portovenere” są takimi książkami. Prócz tego podrzucam skrycie, a innym razem jawnie pewne zagadnienia, informacje zmuszające odbiorcę do własnych przemyśleń. Staram się, żeby lektura moich książek to nie był tylko i wyłącznie relaks, ale przy okazji coś jeszcze, jakaś wartość dodana.
Kiedy znajduje Pan czas na pisanie?
Z tym różnie bywało. Kiedyś jeden z dziennikarzy Gazety Wyborczej zatytułował wywiad ze mną „Żona klnie, a ja piszę”, to trafnie odzwierciedla sytuację pisarza. Coś powstaje czyimś kosztem. Kiedy piszę nową powieść to wtedy odrywam się od rzeczywistości, żyję tylko książką. To jest wielkie wyzwanie dla mózgu, trzeba wszystko zaprojektować, zbudować głównego bohatera, intrygę, zazębiające ją koła, to wszystko musi się kupy trzymać i ja to muszę mieć w głowie. Nie potrafię pracować z notatkami, cała powieść jest tylko i wyłącznie w mojej głowie i dopiero wtedy przelewam ją na papier. 
Co jest największym paliwem, które napędza Pana do pisania?
Proszę teraz nie oczekiwać, że przyznam się do ćpania, picia gorzały, czy do pochłonięcia wywaru z kilograma liści herbaty. Nic z tego. Nie ma używek, nie ma żadnych dopalaczy. Lubię pukać palcami w klawiaturę i mam pretekst, bo taka powieść to pół miliona znaków, lub więcej. A tak już na serio, przecież to jest taka zabawa w pana Boga. Tworzę ludzi, daję im osobowości, nieraz kieruję nimi niczym marionetkami, jestem panem ich życia i śmierci. Czy to nie jest piękne? To jest naprawdę super zabawa, a jeszcze jest piękniej, kiedy w to wszystko wkręcę czytelnika. :)
Co Pana inspiruje? Powoduje, że siada Pan i pisze?
Oczywiście podstawą jest pomysł. Później wszystko idzie jak z płatka. Tworzę przysłowiowego Kowalskiego, daję mu duszę i ciało. Oczekuję od niego czegoś i on ode mnie. Nie mogę go tak zostawić, jestem mu winien zbudowanie jego historii. Daję mu charakter, lepszy gorszy, ważne, żeby mieścił się w szablonie, bo kiedy za bardzo wyjdzie poza jego ramy nie będzie akceptowany przez czytelnika, nie polubi go, bo nie znajdzie w nim cząstki siebie samego. Teraz Kowalski musi zapracować na siebie. Ja mu tylko pomagam, nadzoruję jego zachowania, nieraz ustawię do pionu. Jednak wciąż go lubię, bo jeśli autor przestaje darzyć sympatią swojego bohatera to historia zaczyna kuleć. To wszystko muszę jak najszybciej utrwalić na papierze i dlatego siadam i piszę.   
Ile czasu zajęło Panu napisanie „Mężczyzny z tatuażem”?
To było najbardziej zwariowane moje literackie przedsięwzięcie. Skończyłem pisać „Posiadłość w Portovenere” i doszedłem do wniosku, że czas spróbować czegoś innego. Romans stanowczo odrzuciłem, pisanie o miłości to było wbrew mojej naturze. Może napisać powieść sensacyjną? Czemu nie, to jest jakieś wyzwanie, inna konstrukcja, inne wymagania odnośnie tempa akcji, to mogło być to. Tak jak zawsze chciałem jednak coś w swojej książce przekazać, czymś zaciekawić, sprawić to, żeby czytelnik choć na chwile się zadumał. Kilka dni przemyśleń i zaczęło coś w głowie kiełkować. Miałem bohatera, mroczne tajemnice Watykanu i nieraz bardzo skomplikowane relacje niemiecko żydowskie. Teraz wystarczyło to tylko powiązać. „Mężczyzna z tatuażem” powstała bodajże w miesiąc. Mogę tu pomylić się o kilka dni. Następnie leżakowała niczym wino około roku i zabrałem się za poprawki. To trwało około dwóch tygodni.
Wiem, że lubi Pan dobre filmy, muzykę, szybką jazdę samochodem i podróże. Skąd takie pasje i jak wpływają na Pańską twórczość?
Faktycznie, kocham film, dobrą muzykę filmową, nieraz szaleńczą jazdę samochodem i podróże. W filmie urzeka mnie bogactwo przekazu, od muzyki, poprzez przestrzeń, efekty specjalne, a kończąc na plastyce postaci. Jazda samochodem podkręca mi adrenalinę do maksimum, to jest prawdziwy odlot. Podróże zaś wietrzą mój umysł i tworzą miejsce na nowe pomysły. :) Wracając do filmu, to kilka lat temu napisałem parę scenariuszy, które być może kiedyś doczekają się realizacji. Nie wiem, skąd się biorą moje pasje, może ich zalążkiem jest moja niespokojna dusza, pochodzenie, wciąż szukam nowych wyzwań, staram się realizować w różnych dziedzinach. Proszę mi wierzyć, trudno byłoby je zliczyć. Ostatnio pasjonuję się architekturą i według własnego projektu wykonałem skomplikowane konstrukcyjnie schody i nie mniej zaawansowany technicznie piętrowy taras, wszystko z drewna. Moje pasje wciąż mnie nakręcają. :)
Jaką literaturę najbardziej lubi Pan czytać i dlaczego?
Obecnie jedyną literaturą, którą czytam są instrukcje obsługi urządzeń domowych i często ich nie rozumiem, tyle tam dziwnych nowych słów. Owszem, do tej pory pochłonąłem mnóstwo powieści, ale teraz mało czytam. Nie dlatego, że nie mam na to czasu, ale żeby bezwiednie nie przejąć nawyków innego pisarza. Mam swój styl, ponoć rozpoznawalny i to jest skarb, który muszę chronić. Odnośnie ulubionych książek to kocham starą gwardię, czyli Mann, Remarque, Hemingway, Waltari i wielu innych. Z polskich pisarzy uwielbiam Sienkiewicza, Lema. W książkach Sienkiewicza czuć nawet zapach ukraińskich stepów, w dziełach Manna, Remarqua, Hemingwaya jest to „coś”, czego nie widzę u większości współczesnych pisarzy. Wyrosłem na tej literaturze, ona pomogła mi się ukształtować, pomogła zrozumieć świat. Trudno jest mi nie napisać kilku słów o Mika Waltari. Jego książki są mi duchowo wyjątkowo bliskie, a „Egipcjanin Sinuhe” jest według mnie najlepszą książką na temat starożytnego Egiptu.     
Pana ulubiona książka z dzieciństwa to…
Bajki i to kilku autorów, ale głównie Andersen i bracia Grimm. To są te pierwsze książki, później był Sindbad Żeglarz, Dzieci z Bullerbyn, Przygody Tomka Wilmowskiego, powieści Karola Maya, Juliusza Verne’a. Trudno wymienić wszystkie, tyle ich przeczytałem, większość wspaniałych. Ona pobudzały moją wyobraźnię, sprawiały, że życie nabierało ciekawych barw. Możliwe, że ich lektura daje dziś wymierne efekty w postaci moich powieści.  
Ulubiona książka własnego autorstwa to…
Na dzień dzisiejszy to jest powieść „Transplantacja”, która powinna się ukazać w kwietniu przyszłego roku. Mogę jedynie zdradzić, że mój bohater byłby wspaniałym kolegą profesora Religi, choć jego podejście do przeszczepów jest ciut inne. :) Jest to pierwsza powieść, kiedy byłem zmuszony zwrócić się o konsultacje do specjalistów z dziedziny medycyny. Jeśli chodzi o ulubioną książkę z już wydanych, to na pierwszym miejscu stawiam „UT”. Powieść ukazała się w 2012 roku i przemknęła niczym meteor, prawie niezauważona, a szkoda. Mam jednak nadzieję, że jak gwiazda betlejemska jeszcze powróci. Inspiracją do jej powstania była moja wyprawa do Toskanii. Wtedy narodził się pomysł, żeby mały podupadły toskański hotelik stał się niemym świadkiem wielu ciekawych wydarzeń.  
To może jeszcze ulubiony film.
Film to jest temat rzeka. Trudno jest mi wskazać ulubiony film. Lubię oglądać wszystkie gatunki, od komedii po dramaty psychologiczne. Cenię świetny pomysł, realizację, grę aktorską, no i oczywiście muzykę wciąż traktowaną po macoszemu w polskim kinie. Te wszystkie składniki tworzą film, a jeśli są świetne, to wtedy powstaje arcydzieło. Wymienię kilka filmów, które wywarły na mnie duże wrażenie. Pierwszy z nich to „Odyseja kosmiczna 2001”. Pamiętam, że pierwszy raz oglądałem ją w kinie. Bezpośrednio po jej obejrzeniu byłem bardzo zawiedziony, uważałem że głupio wydałem pieniądze kupując bilet i zmarnowałem czas. Kiedy wróciłem do domu wciąż myślałem o filmie, w nocy nie mogłem zasnąć, a rano stwierdziłem, że to był najlepszy film jaki dotąd widziałem. Taka metamorfoza nie przytrafiła mi się nigdy więcej. Przy okazji trudno nie wspomnieć o „Gwiezdnych Wojnach”, Obcym, komediach z Louisem de Funesem, czy filmach Polańskiego. Z polskich filmów bardzo lubię „Dzień świra”, filmy Barei i jeszcze kilka kultowych pozycji.   
Pyta Pan retorycznie: „Jak walczyć z przyjemnymi nałogami?”. No właśnie – jak?
Ja wiem, jak z nimi walczyć. Kiedyś byłem palaczem, ale to już historia i to od lat. Trzeba dokonać wyboru między krótszym, a dłuższym życiem. Kiedy jest się młodym, o tym się nie myśli, ale z wiekiem sytuacja diametralnie zaczyna się zmieniać, zaczynamy bardziej cenić zdrowie i życie. Sama walka z przyjemnym nałogiem może być ciekawa, bo to zawsze jest wielkie wyzwanie, próba charakteru. Oczywiście mówiłem o szkodliwych nałogach, bo są i takie, które aż tak nam zdrowia nie rujnują. Wtedy może nie warto z nimi walczyć? :)
Jest Pan autorem kilku książek. Dlaczego „Mężczyznę” postanowił Pan wydać pod pseudonimem, skoro wcześniejsze pozycje wydane są pod Pańskim nazwiskiem?
Pisarz ma ten przywilej, że może kilka razy debiutować, oczywiście żartuję. Od lat wciąż analizuję specyfikę polskiego rynku i nie tylko księgarskiego. Polacy często z większą chęcią sięgają po obce wyroby, nie mają zaufania do swoich producentów, twórców. To źle, ale ja tego nie zmienię. Tę teorię potwierdzają niektóre komentarze pod recenzjami „Mężczyzny z tatuażem” w których internauci szczerze wyznali, że do sięgnięcia po książkę skłoniło ich obco brzmiące nazwisko, że po powieść sensacyjną polskiego pisarza nigdy by nie sięgnęli. Inną sprawą jest gatunek literacki tak odmienny od moich pozostałych książek. Jack Sharp pisze powieści sensacyjne, a Jacek Ostrowski pozostałe.
O sobie mówię, że jestem „kocią mamą”. Wiem, że Pan hoduje psy. Jest Pan takim „psim tatą”?
Raczej jestem ojczymem. Nie poświęcam im tyle czasu, na ile zasługują i mam z tego powodu duże wyrzuty sumienia. Mam nadzieję, że w niedalekiej przyszłości poprawię się.
Co skłoniło Pana do napisania „Mężczyzny z tatuażem”? Wiem, że to jedyny Pański utwór w tych „klimatach”.
Jak już wcześniej wspomniałem to była chęć spróbowania czegoś innego. Czytając opinie na temat powieści można stwierdzić, że mi się to udało. Jednak nie wiem, czy Jack Sharp napisze następną książkę. Być może jakaś Jadwiga Goździk napisze „Miłość nad przepaścią”? Kto wie. :) Na dzień dzisiejszy powraca Jacek Ostrowski z nową powieścią „Transplantacja”, a co będzie za rok, to sam nie wiem.
Co myśli Pan o współczesnej polskiej literaturze? Jak widzi jej rozwój w najbliższych latach? Będzie dobrze, czy nie?
Raczej unikam wypowiadania się na temat innych pisarzy i dlatego powiem ogólnie. Według mnie w polskich książkach jest za dużo brutalności, seksu i wulgarności, a za mało treści, proporcje są zupełnie zachwiane. Wydaje mi się, że nie tędy prowadzi droga do serca czytelnika, ale może się mylę, może jestem niedzisiejszy w swoich poglądach. Jednak jeśli ten trend się utrzyma to niebawem wraz z kryminałem otrzymamy słoiczek z krwią ofiary i reklamówkę z jej głową. Czy na pewno jest to dobry kierunek?
Dziękuję bardzo.
Zapraszam serdecznie do zapoznania się z recenzją „Mężczyzny z tatuażem” na Dune Fairytales:

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz