Fragment mojej recenzji został umieszczony na okładce powieści "Skazaniec. Z bestią w sercu" Krzysztofa Spadło


Moja recenzja została zamieszczona na okładce powieści "Wojownicy. Odwet Wysokiej Gwiazdy" Erin Hunter

Fragment mojej recenzji „Korony śniegu i krwi” został umieszczony na okładce powieści Elżbiety Cherezińskiej – "Niewidzialna korona"

Wszystkie posty spełniające kryteria zapytania Jaśminowa saga, posortowane według daty. Sortuj według trafności Pokaż wszystkie posty
Wszystkie posty spełniające kryteria zapytania Jaśminowa saga, posortowane według daty. Sortuj według trafności Pokaż wszystkie posty

czwartek, 31 marca 2022

O "Jaśminowej sadze", Gdańsku, Alzheimerze i nie tylko... czyli Anna Sakowicz o sobie słów kilka

 

 

Dzień dobry.

Kiedy zaczęła Pani pisać?

Pisałam od dziecka. Kiedy miałam sześć lat, pierwszy raz powiedziałam rodzicom, że będę pisarką, dlatego później wybrałam polonistykę jako kierunek studiów. Trochę jednak zajęło mi czasu, by odważyć się skonfrontować z czytelnikami to, co chowałam w szufladzie. Zawsze brakowało mi odwagi. Dopiero gdy się przeprowadziłam i musiałam zrezygnować z pracy w szkole, życie zmobilizowało mnie do tego, by zająć się pisaniem zawodowo.

Co jest, Pani zdaniem, największym atutem książek Pani autorstwa?

Sądzę, że największym atutem są moi bohaterowie. Zawsze przykładam dużą wagę do tego, by starannie ich wykreować, by nie były to postaci papierowe, ale z krwi i kości, by czytelnicy tak łatwo o nich nie zapominali. Ponadto w każdej książce staram się mówić o trudnych sprawach, choć robię to często z humorem.

Kiedy znajduje Pani czas na pisanie? Czy ma Pani jakiś system? Pisze Pani systematycznie, czy kiedy ma „natchnienie”?

Piszę systematycznie. To moja praca, więc codziennie spędzam około 10 godzin przed komputerem. Systemu nie mam, ale uważam, że ważna tu jest systematyczność i cierpliwość.

Co jest największym paliwem, które napędza Panią do pisania?

Największym paliwem są zawsze ciepłe słowa czytelników, ich spontaniczne reakcje. Na przykład dzisiaj rano dostałam wiadomość od czytelniczki, która napisała mi, że kocha „Za przyjaźń”, a inna dziękowała za „Jaśminową sagę”, bo wychowała się we Wrzeszczu i książka pozwoliła jej poczuć klimat starego Gdańska. Nic tak nie motywuje do pracy, jak takie słowa.

Co Panią inspiruje? Powoduje, że siada Pani i pisze?

Mam podpisane umowy z wydawcami, deadline chyba jest najlepszą motywacją. Ale tak na poważnie, to lubię pisać. Czasami zarzekam się, że to rzucę, że boli mnie kręgosłup, że nie rozumiem rynku wydawniczego, ale potem jakaś wewnętrzna siła pcha mnie przed komputer i każe opowiadać historie.

Skąd wziął się pomysł napisania „Jaśminowej sagi”?

„Jaśminowa saga” powstała częściowo dzięki mojemu mężowi, który jest zakochany w Gdańsku. Zbiera stare pocztówki. Mamy je wyeksponowane w ramkach na ścianie w pokoju, więc chcąc nie chcąc, ciągle na nie patrzyłam. Gdańsk z tych pocztówek jest niezwykle klimatyczny. Trudno się nim nie zauroczyć. Początkowo jednak miałam napisać powieść o Wydarzeniach Grudniowych, nawet zaczęłam to robić, ale po napisaniu stu stron stwierdziłam, że ta historia nie może ograniczać się tylko do tego okresu, że najlepsza na tę opowieść będzie saga. Tak też wymyśliłam introligatora Antoniego i jego trzy córki.

Jak długo pracowała Pani nad tymi trzema tomami powieści i ile z tego czasu poświęciła Pani badaniom, a ile rzeczywiście pisaniu?

Przygotowywałam się do napisania sagi dwa lata. Czytałam wiele wspomnień, kupowałam książki, odwiedzałam muzea, biblioteki, spacerowałam po Gdańsku. Zależało mi, by poczuć klimat miasta z różnych okresów, by oddać w powieści jego duszę i charakter. Chciałam, by książka była przekonująca. Mam nadzieję, że mi się to udało. Samo pisanie zajęło mi również dwa lata.

Wielkim atutem „Jaśminowej sagi”, moim zdaniem, jest bardzo mocne osadzenie w realiach historycznych i oddanie klimatu miejsc i czasów, o których Pani pisze. Czy pisanie powieści historycznych jest dla Pani osobiście znacznie trudniejsze od pisania historii osadzonych we współczesności? Które teksty sprawiają Pani większą radość?

Oczywiście, że jest trudniejsze. Nie jestem historyczką, uczę się historii, przygotowując się do pisania książek, ale sprawia mi to ogromną radość. Tło historyczne w powieści to zawsze wyzwanie, a ja lubię podejmować wyzwania, bo one mnie rozwijają, zmuszają do dużego wysiłku. Oczywiście pisanie powieści obyczajowych również sprawia mi przyjemność, ale jest to zupełnie inny rodzaj satysfakcji niż przy pisaniu powieści z rozbudowanym tłem historycznym.

Fot: Justyna Gross

 

Nie ocenia Pani stworzonych przez siebie postaci, zostawiając tę ocenę czytelnikowi. Daje Pani też możliwość poznania różnych punktów widzenia na różne wydarzenia. Mam na myśli choćby kwestię postrzegania PRLu przez różnych bohaterów. Czy bardzo trudno jest być takim obiektywnym w czasie pisania o takich trudnych tematach?

Czasami wymykało mi się to spod kontroli. Na szczęście moja redaktorka czuwała nad tym, by narracja była spójna. Nie jest dobrze podać czytelnikowi wszystko na tacy. Każdy z nas ma różne doświadczenia, potrafi wyciągać wnioski. Zresztą zawsze staram się unikać moralizowania w książkach, więc gdybym narzuciła swoją ocenę bohaterom, to poniekąd narzucałabym ją czytelnikowi, a tego robić nie chciałam.

Jeszcze pytanie o postaci pojawiające się na kartach powieści. Czy miała Pani na nie pomysł od razu? Jakąś charakterystykę? Czy żyli własnym życiem, rozwijali się, dojrzewali wraz z kolejnymi stronami?

Miałam na nie pomysł. Zresztą zawsze, kiedy zaczynam pisać książkę, robię charakterystykę postaci. Wiem, jaka ma być i staram się trzymać ją w ramach, by w połowie książki nie okazało się, że piszę o jednej postaci inaczej wyglądającej i noszącej różne imiona. Bohaterowie muszą się od siebie różnić i muszą być wiarygodni.

Może się to niektórym wydawać dziwne, ale moją ulubioną postacią z „Jaśminowej sagi” jest Joseph Hirsh. Bardzo skomplikowany człowiek o równie skomplikowanym życiorysie. Dlaczego właśnie taki mąż dla Stasi? Czy po pierwszym koszmarnym małżeństwie nie mogła „dostać” kogoś… spokojniejszego?

Lubienie Hirsza nie jest niczym dziwnym. 😊 Dostałam tak dużo wiadomości od czytelniczek, że już dzisiaj wiem, że stał się ulubioną postacią z sagi. Przyznam, że też uwielbiam tego bohatera. Jest pociągający, tajemniczy, trochę mroczny, ale jak kocha, to całym sercem. Wcale się nie dziwię, że zauroczył Stasię. Pokochała go jeszcze przed ślubem z Kacprem. Myślę, że spokojny mąż i spokojna Stasia to byłaby mdła para. A chciałam, by iskrzyło.

 

Fot: Karolina Rambowska 

 

Bardzo jestem Pani wdzięczna za to, że nie pisała Pani, tak jak większość obecnie, o Warszawie, ale osadziła swoje powieści w Gdańsku. Dzięki temu mogłam poznać lepiej historię tego niezwykłego miasta. Który moment z jego dwudziestowiecznej historii jest dla Pani najtrudniejszy? Z którym dla Pani osobiście wiąże się najwięcej emocji i dlaczego?

No właśnie… Uczymy się historii głównie przez pryzmat Warszawy, a mnie zależało na tym, by pokazać, jak wyglądało życie Polaków w innym miejscu. Na pewno najtrudniejszym momentem była wojna. Kiedy czytałam wspomnienia z tego okresu, to przyznam, że nie raz ocierałam łzy. Pobyt Hirsza w Stutthofie to fragmenty najtrudniejsze do napisania, ale też sytuacja Polaków w Wolnym Mieście Gdańsku była dla mnie, nie tyle trudna, co ciekawa i pełna emocji, ponieważ starałam się zrozumieć, dlaczego dzisiaj pojawia się sentyment za tymi czasami. Po Gdańsku jeżdżą samochody z oznaczeniem DA (Wolne Miasto Gdańsk). Zaciekawiło mnie to, więc zaczęłam czytać na temat tego okresu w historii. Myślę, że wiele osób nie zdaje sobie sprawy z tego, że w Wolnym Mieście Gdańsku Polaków było stosunkowo niewielu, około 10% (źródła podają różne dane) i trudno się w nim naszym rodakom żyło. Za czym więc ta tęsknota?

Czy ma Pani jakichś ulubionych bohaterów, spośród tych, których Pani stworzyła? Z którejkolwiek powieści, niekoniecznie z „Jaśminowej sagi”?

Lubię wszystkich swoich bohaterów, ale nie będę ukrywać, że najbardziej w serce zapadły mi siostry Jaśmińskie. Kasia, Stasia i Julka są dla mnie niemal realnymi postaciami.

Czy mogłaby Pani zdradzić, jaka jest Pani ulubiona saga stworzona przez innego autora? Może być książkowa albo filmowa.

Moją ulubioną sagą jest „Ósme życie” Nino Haratischwili. Po przeczytaniu powieści wiedziałam, że jeżeli kiedykolwiek będę pisać sagę, to właśnie w takim stylu, z rozmachem epickim.

Pani ulubiona książka z dzieciństwa to…

„Wio, Leokadio” Kulmowej. Nawet jakiś czas temu przeczytałam ją, by sprawdzić, czy jako dorosła osoba nadal będę się zachwycać i się nie zawiodłam. Teraz oczywiście więcej „widzę” w tej książce, ale ma tak niezwykły klimat, to „coś”, że nie da się o niej zapomnieć.

A co lubi Pani robić w czasie wolnym?

Uwielbiam jeździć na rowerze, tak najlepiej odpoczywam, wietrzę głowę. Ponadto kocham teatr (mogłabym w nim mieszkać) i kino. W wolnych chwilach też szydełkuję. Polubiłam się z szydełkiem w czasie pandemii i teraz dziergam torby i dywany.

Jeszcze nie czytałam innych serii spod Pani pióra, natomiast zamierzam w najbliższym czasie zapoznać się z „Listami do A.”. To książka, która trafiła na międzynarodową listę „Białych kruków 2020”. Jak się pracowało nad powieścią tak inną, przeznaczoną dla dzieci, a poruszającą tak trudny i delikatny temat?

Pracowało się trudno, bo w zasadzie ta książka pojawiła się we mnie nieoczekiwanie. Moja mama zachorowała na Alzheimera, a ja nie umiałam poradzić sobie z tą diagnozą i postanowiłam „nawtykać” Alzheimerowi. Obudziła się wtedy we mnie mała dziewczynka, która próbowała przegonić Pana A. Było więc dużo emocji. Płakałam, śmiałam się, pisałam „Listy” w jakimś amoku. To było trudne doświadczenie, ale uświadomiło mi, że nie mam wpływu na to, co się wydarzy, że nie ma lekarstwa, nie ma ratunku, nie będzie też cudu, a jedyne, co mogę robić, to kochać moją mamą do ostatniego dnia i zapewnić jej jak najlepszy komfort życia.

„Listy do A.” zostały też przełożone na hiszpański i rosyjski. Niewielu współczesnych polskich autorów może się pochwalić takimi przekładami. Jak się Pani czuje w tak znakomitym gronie? I jakie to uczucie trzymać w rękach swoją książkę przełożoną na obcy język?

Myślę, że każdy autor marzy o tym, by zobaczyć swoje książki przetłumaczone na inne języki. Z pewnością to niezwykłe uczucie, ale i duma, że w innych krajach są czytelnicy, którzy też chcą czytać to, co napisałam.

Czy planuje Pani pisanie kolejnych sag podobnych do „Jaśminowej”, ale których fabuła toczy się w innych miastach? Może chciałabym Pani napisać coś o powstaniu wielkopolskim? To wyjątkowe wydarzenie, o którym tak mało się mówi, a to przecież bardzo wdzięczny temat.

Obecnie pracuję nad dwutomową sagą, której miejscem akcji będzie Lidzbark (Welski). Stamtąd pochodzi moja rodzina. Po śmierci mamy, to chyba najlepszy sposób na poradzenie sobie z żałobą. Wracam więc do miejsca, gdzie się urodziła. Przy okazji odkryłam, że trafiłam w ciekawy region, pogranicze dwóch zaborów – pruskiego i rosyjskiego. A moja rodzina żyła po obu stronach granicy, byli „Krzyżakami” i „bosymi Antkami”. Do Wielkopolski nie wybieram się „literacko”, nie mam rodzinnych związków z tym regionem, więc (przynajmniej teraz) nic mnie tam nie ciągnie.

Przez przypadek do akwarium w Pani domu trafi złota rybka i jest bardzo chętna, by spełnić… jedno życzenie, specyficzne, polegające na tym, że może Pani zjeść obiad z wybraną przez siebie osobą i spędzić z nią całe popołudnie. Może to być ktoś znany, ceniony, ktokolwiek. Rybka jest magiczna, więc może to być nawet ktoś z zamierzchłej przeszłości, o kim piszą w podręcznikach do historii. Z kim zatem chciałaby Pani zjeść obiad?

Byłby to mój prapradziadek Antoni Rosiewicz, krawiec. Na nim urywa się jedna z gałęzi mojego drzewa genealogicznego. Chciałabym usłyszeć jego opowieść o przodkach. Moja kuzynka Natalia jest rodzinnym detektywem i grzebie w przeszłości, ja jej od czasu do czasu jedynie pomagam. Utknęła właśnie na Antonim i wydaje mi się, że byłaby szczęśliwa, gdybym nie „zmarnowała” tego życzenia na obiad z jakimś celebrytą. A bardzo nas ciekawi przeszłość naszej rodziny.

Co myśli Pani o współczesnej polskiej literaturze? Jak widzi jej rozwój w najbliższych latach? Będzie dobrze?

Trudne pytanie, bo współczesna polska literatura jest bardzo różnorodna, rozwija się w różnych kierunkach, ale zawsze była i jest doceniana na świecie, więc nie widzę powodów, by nie miało być dobrze. 😊

Dziękuję bardzo.

poniedziałek, 18 października 2021

Jaśminowa saga. Czas goryczy – Anna Sakowicz

 

Wydawnictwo: Poradnia K
Warszawa 2021
Jaśminowa saga, tom 3
Oprawa: miękka ze skrzydełkami
Liczba stron: 552
ISBN: 978-83-66555-67-9

 

 

Z niecierpliwością czekałam na zakończenie opowieści o gdańskim rodzie Jaśmińskich. I samym Gdańsku, bo ta saga jest również o samym mieście, nie sposób tego nie dostrzec. W subtelny sposób prowadzi nas Anna Sakowicz jego uliczkami, zaułkami, poprzez port, pomiędzy kamienicami, przez biedniejsze i bogatsze dzielnice. I przez kolejne dekady burzliwego wieku dwudziestego.

Akcja tego tomu rozpoczyna się od wydarzeń marcowych 1968 roku. Dla Jaśmińskich będzie to ważny rok, przepełniony bólem i radością. W pewnym stopniu zakończy się jakiś etap, będzie to taki czas graniczny. Szczególnie dla Stasi i Katarzyny. A jak sobie z nagonką na Żydów poradzą Joseph i Hania? Komu ta sytuacja polityczna wywróci życie do góry nogami? Ktoś odejdzie, ktoś powróci, ktoś umrze i ktoś się narodzi. Odwieczne koło życia. Pewnych prawidłowości nie da się ominąć, szczególnie w tak burzliwej historii, jaka jest udziałem mieszkańców Gdańska w ubiegłym stuleciu. 

Przemiany polityczne, gospodarcze, społeczne niepokoje nie są tu tylko tłem dla wydarzeń na łonie rodziny. Nie sposób od nich uciec, gdy jest się w samym ich środku. Nawet ci, którzy starają się robić tylko swoje, nie angażować się politycznie, nie brać udziału w strajkach, nie wygłaszają wszem wobec swoich opinii – nie są bezpieczni. Bo kiedy Polak strzela do Polaka to kto może czuć się bezpiecznie? Dlaczego, mimo że od zakończenia wojny minęły już przeszło dwie dekady, wciąż na ulicach czai się śmierć? Dlaczego wciąż bieda, wciąż strach, wciąż podzielone rodziny? Anna Sakowicz w piękny, wzruszający, i jakże prawdziwy, sposób odmalowuje życie tamtych pokoleń. Nienachalnie pokazując szczegóły, wtrącając cytaty z ówczesnej prasy, umieszczając co jakiś czas dyskusje pomiędzy bohaterami. A przecież całej panoramy i tak nie mogła ukazać, bo wiele jeszcze innych kwestii dzieliło ówczesne społeczeństwo. Tym bardziej więc wyraźnie ukazuje nam, jak trudny to był czas. Czas goryczy dla tych, którzy liczyli, że po wojnie nastanie pokój, sytuacja się ustabilizuje i w końcu będzie czuć prawdziwą wolność.

Strajk na wybrzeżu, powstanie "Solidarności", stan wojenny. Te momenty poznaczyły karty gdańskiej historii. Zaznaczyła je rozlana krew. Także krew Jaśmińskich. Co kilka lat Stasia wyjmowała pudełeczko z suszonymi płatkami jaśminu i rzucała je na trumny kolejnych członków rodziny, którzy umarli. Niektórzy naturalnie, inni tragicznie. Śmierć niektórych była przypadkiem (choć ponoć przypadków nie ma), innych wynikiem wydarzeń historycznych. Pamiętajmy jednak, że choć jedni umierali, rodzili się kolejni. Rosły następne pokolenia i one inaczej już widziały otaczający je świat. Świetnym przykładem jest tutaj Hania, która, choć przecież urodzona na początku wojny i pamiętająca strach i biedę tamtych dni bez rodziców, nie przejmuje się specjalnie niczym. Jako nastolatka zostaje mamą i korzysta z tego, że jej mąż marynarz, przysyła dolary i zagraniczne paczki. najważniejsze dla niej są, źle pojmowana, wolność, ustawienie się, korzystanie z tego, co dostaje "od życia". Jest zupełnie różna od starszej siostry. Nie chce się uczyć, bo i po co, skoro mąż daje jej wszystko? A jednak czuje się zawsze od Izy gorsza. I to właśnie to poczucie pcha ją ku dalszemu hulańczemu trybowi życia. Bo różne są przesłanki do działań bohaterów sagi Sakowicz. Bo każdy  nas jest inny. Nie ma dwóch jednostek, które by w każdej sytuacji zachowały się tak samo. 

Doskonałym przykładem są tutaj także ucieczki z komunistycznego kraju. Nie chcę Wam za wiele zdradzić, więc nie napiszę, kto wyjechał i dlaczego. Były to jednak dwie osoby i każdy z tych wyjazdów oceniam (oceniamy?) zupełnie inaczej. Bo sam wyjazd to jedno, ale znaczenie ma przecież powód i stosunki rodzinne tej osoby. Inaczej patrzymy na ucieczkę człowieka, który ma małżonka, dzieci, zobowiązania, a inaczej na młodą osobę, która nie widzi dla siebie szans w państwie  wyrzucającym ze swych granic ludzi tylko dlatego (i to zaledwie dwie dekady po zakończeniu wojny), że są Żydami.

Koniec PRLu też nie dla wszystkich okazał się czasem łaskawym. Odnalezienie się w nowej rzeczywistości bywało trudne. Szczególnie, jeśli z tą zmianą w parze szły znaczne zmiany w życiu rodzinnym. Musiało też dojść do pewnych rozliczeń z przeszłością i to jest chyba coś, czego mi najbardziej w tej powieści zabrakło (poza niezakończonymi wątkami Antosi i Heli, które nagle zupełnie znikają, jakby przestały być częścią rodziny). Rozliczenie społeczne z upadłym systemem było dla wielu rodzin kluczowym elementem, rzutującym na kolejne dekady życia dwóch, trzech pokoleń. Mam wrażenie, że nikogo na kartach książki to w żaden sposób nie dotknęło. 

Pięknie natomiast podsumowany był w pewnym momencie okres PRLu. To, jak różnie postrzegali go ludzie, którzy go przeżyli jako dorośli i jak zapamiętały go dzieci. Od lat o tym myślę, bo sama jestem jednym z tych dzieci schyłkowego etapu Polski Ludowej. Pamiętam ją zupełnie inaczej niż moi rodzice. I tu, po raz pierwszy, spotkałam się ze stwierdzeniem niemalże wyjętym z moich ust po tych długich przemyśleniach. Bardzo to celna uwaga, bo pokazuje, że nie trzeba być człowiekiem o lewicowym albo prawicowym poglądzie na świat, by zupełnie inaczej go widzieć, a potem wspominać.

Na końcu, niestety, miałam wrażenie, że zaczął się jakiś maraton, a kolejne rozdziały są tylko po to, by móc pokazać odwieczny cykl życia – w tym samym roku odchodzi ktoś i ktoś się rodzi. Rodzina kurczy się u korzeni, ale rozrasta na gałęziach. Oczywiście dzieje się to zawsze w momencie jakichś ważniejszych wydarzeń historycznych.

"Czas goryczy" to liczne dramaty: rodziców tracących dzieci, niespodziewane powroty i, mniej lub bardziej legalne, wyjazdy. To obraz społeczno-polityczny zmieniającego się Gdańska. Miasta, które zawsze chciało być europejskie, wolne. Którego mieszkańcy czuli się gdańszczanami, ale wciąż musieli komuś udowadniać swoją lojalność. To bunt przeciwko opresji władzy. To próba pokazania, jak wielką rolę w codziennym życiu rodzin i społeczności odgrywają kobiety. To perspektywa wielu osób z różnych środowisk, w różnym wieku, z różnym wykształceniem i bagażem doświadczeń. To w końcu miłość do grobowej deski, miłość od pierwszego wejrzenia – ale romantyzm romantyzmem, a życie to nie tylko buziaki i kwiatki, ale zwykła, jakże trudna nieraz, doświadczająca bólem, stresem, strachem, biedą, brakiem zrozumienia i zaufania, codzienność. I na koniec, choć przecież ważna od pierwszych stron "Czasu grzechu", miłość do książek, wszak Jaśmińscy to rodzina introligatorów.

Okazuje się, że od sztambuchów Stasi rozpoczęła się cała jej wielka historia z Josephem, ale i dzięki nim być może zakończy się strach przed klątwą, w wyniku której co pokolenie umierają w rodzinie młodzi chłopcy.

Moim ulubionym bohaterem nadal jest Joseph. Wprawdzie to saga o rodzie Jaśmińskich, ale jakoś najbardziej poruszały mnie losy Hirshów. Oboje, Joseph i Hanka, są tak złożonymi osobowościami, kryją w obie tyle mroku, a jednak kibicuje się im, pragnie się, by znaleźli szczęście, albo choćby ukojenie i spokój ducha.

Wielokrotnie w czasie lektury płakałam. Czasem ze wzruszenia, nieraz ze smutku, innym razem po prostu dlatego, że ta czy inna sytuacja przypominała mi jakąś moją rodzinną historię. Jak choćby wtedy,, gdy uświadomiłam sobie, że ksiądz Piotr Jaśmiński urodził się w tym samym roku, co mój ukochany dziadek. Ale takich momentów było sporo. Śmierć kolejnych członków rodziny to jednak nie jedyny powód do łez. Przekonacie się sami, czytając "Czas goryczy".

Dodatkowym plusem powieści jest drzewo genealogiczne znajdujące się na końcu książki. Niestety są na nim błędy, których z łatwością można było uniknąć. W ogóle w książce jest wiele błędów, nie chodzi mi tylko o literówki czy błędy gramatyczne. Mylenie imion bohaterów, godzin, gdy scena jest opisywana na następnej stronie, wieku bohaterów, dat. Redakcja się tym razem, niestety nie popisała. Mimo tego, bardzo polecam lekturę, ponieważ wciąga niczym wir i pokazuje nam świat, którego już nie ma, ale który bardzo mocno tkwi w świadomości wielu ludzi, i który jest naszym dziedzictwem.

Na marginesie niejako zapytam, czy i Waszym zdaniem na okładce książki jest Hanka, czy tylko i się tak wydaje?

 

 





Książkę przeczytałam dzięki życzliwości Wydawnictwa Poradnia K


piątek, 9 kwietnia 2021

Jaśminowa saga. Czas gniewu – Anna Sakowicz

 

Wydawnictwo: Poradnia K
Warszawa 2021
Jaśminowa saga, tom 2
Oprawa: miękka ze skrzydełkami
Liczba stron: 550
ISBN: 978-83-66555-35-8
 
 




 

Z niecierpliwością czekałam na drugi tom sagi o gdańskiej rodzinie Jaśmińskich i bardzo cieszę się, że premiera miała miejsce właśnie teraz, tuż przed Wielkanocą. Choć w tym wyjątkowym czasie trudno było znaleźć chwilę na lekturę, to książkę pochłonęłam. Bo właśnie do takich ona należy. Do powieści, które się chłonie, połyka, od których ciężko jest się oderwać i które na długo pozostają w pamięci. Dlaczego? Oto kilka głównych powodów.

Wybuchła wojna i wszystko wywróciła do góry nogami. Choć w Gdańsku już od dawna drżało w posadach i trudno było mówić o spokojnym życiu. Teraz dopiero mieszkańcy miasta dostrzegli, jak wiele potrafi ich dzielić, choć przecież są sąsiadami i znają się od pokoleń. Czy przyjaźń Antoniego i Adama przetrwa? Co stanie się z dziećmi Stasi, które są przecież w połowie Niemcami? Czy plan Josepha uratuje jego rodzinę od zguby? Już na samym początku czeka nas wiele pytań, a jeszcze ich z upływem lat przybędzie. Bo Joseph trafi do obozu w Stutthofie. Stasi, a wcześniej Maciejowi, przyjdzie spędzić niekrótki czas na przymusowych pracach, Nikodem dostanie powołanie do wojska... do Wermachtu... Iza i Julia będą pracowały w szpitalu. Tymczasem Kasia i Zygmunt stoczą niełatwe bitwy w okupowanej Warszawie, gdzie pod rządami nazistów homoseksualiści mieli tak samo trudno jak Żydzi. Antoni straci swój warsztat i to, na domiar złego, na rzecz Hansa. Czy w całym tym piekle wojenne zawieruchy znajdzie się chwila wytchnienia? Chwila spokoju, najmniejszego chociaż szczęścia? Jak poradzi sobie Stasia, kiedy na świat przyjdzie Hania, córka Żyda? Czy miłość Izy okaże się silniejsza od wojny, od narodowości, w końcu od rodzinnych przeszłych animozji?

Choć Stasia, Julia i Kasia nadal wiodą prym w tej historii, Sakowicz wiele miejsca poświęca ich dzieciom. Bo kolejne pokolenie Jaśmińskich, choć noszących już przecież nazwiska Reitzig, Zapolski i Cichońska, ma też wiele do powiedzenia. Niejednokrotnie wprowadzając chaos, strach, łzy. A i Antoni przecież ma jeszcze swoje kilka groszy do dorzucenia, choć lat mu nie ubywa. Również Carla odegra w tym tomie znacznie ważniejszą rolę, niż można by się początkowo spodziewać. Autorka pokaże nam również Piotra, brata Stasi, Julii i Kasi, który w "Czasie grzechu" był postacią raczej trzecioplanową. Pamiętajmy jednak, że trwa wojna, toczą się bitwy, codziennością Polaków pod okupacją są bombardowania, łapanki, wywózki do obozów koncentracyjnych, przydziały do pracy. Ludzie giną w różnych okolicznościach i nie macie co liczyć na to, że wszyscy Jaśmińscy spotkają się w dniu zakończenia wojny i będą świętowali zwycięstwo nad nazistami. I im przyjdzie oddać ziemi swoich bliskich. Kogo? Tego nie zdradzę, to już musicie sami przeczytać. Gwarantuję jednak wiele emocji, wiele wzruszeń.

Lepiej też poznajemy Josepha, bo już nie jest tylko ukochanym Stasi. Staje się jakby pełnoprawnym bohaterem. A może antybohaterem? To już sami oceńcie. Sakowicz pozwala nam wejść w jego psychikę, widzimy jego działania i dowiadujemy się więcej o jego przeszłości, ale Autorka go nie ocenia. A ja, choć sama nie wiem, dlaczego, wciąż mu kibicuję. Jemu i Stasi. Choć obiektywnie rzecz ujmując, raczej nie powinnam za nim przepadać. Zresztą takich barwnych (bo w żadnym razie nie można ich nazwać szarymi) postaci znajdziemy w tym tomie znacznie więcej. Takich ani czystych, ani brudnych. Bo i ten czas, czas gniewu, taki był. Mówi się, że ciężkie czasy sprawiają, że z dobrych ludzi wychodzi więcej dobra, a ze złych uwalnia się większe zło. Nie jestem co do tego przekonana. Już obecna pandemia pokazała, że świat jest wielobarwny, a tym bardziej tak straszliwa wojna jak tamta, musiała wyzwalać w ludziach wiele skrajnych emocji i zmuszać ich do niezwykle trudnych wyborów. Czasem między złem a większym złem. Między dobrem a większym dobrem. Między życiem swoim a życiem innych. I cieszę się, że ocenę każdego bohatera (może z jednym wyjątkiem) Sakowicz pozostawiła czytelnikom. 

Podoba mi się stałość Piotra,, który mimo ciężkich przeżyć wojenny, mimo szykan nowej władzy nigdy nie zwątpił, nie przestał kochać i służyć. Nic go nie złamało. Niezwykły jest wojenny związek Izy i Christophera Lentza (sic!). Dylematy i skutki tego związku bardzo wiele zmienią w życiu Jaśmińskich. Doprowadzą również do tego, że Antoni pozna mroczną historię gwałtu, którego ofiarą padła przed laty jego pierworodna. Wzruszająca i dzika jak sama Hania jest jej historia i to, jak bardzo zatrzęsła posadami tej, bądź co bądź, raczej tradycyjnej rodziny. I pojawienie się w życiu Cichońskich Antosi, córeczki, która uświadomiła Kasi, że papierowe małżeństwo dające jej wiele swobód to nie wszystko, czego potrzebowało jej serce – niezwykle ważny akcent opowieści. Antoni natomiast to taka trochę babcia Bronia ze "Stulecia Winnych" – kurczowo trzymająca się życia i będąca podporą rodziny, nawet, kiedy młodsze pokolenia w niewielu sprawach się z nim zgadzają. Wzruszająca była scena pożegnania z rodziną, kiedy leżał na łożu śmierci. 

Na stronach powieści pojawią się poczucie winy za śmierć, którą inni ponieśli, bym ja mógł być wolny (tu postać Josepha), rozważanie, czy feminizm ma coś wspólnego z prlowskim równouprawnieniem kobiet (moje przemyślenie, że te kobiety na traktorach to przecież jednak był przejaw równouprawnienia, a nie tylko wynik tego, ze wielu mężczyzn zginęło na wojnie; wszak na Wielkiej wojnie też ginęli, a jednak kobiety nie mogły w związku z tym na wiele liczyć). Wiele ważnych społecznych zjawisk, które były skutkiem wojny i zmiany ustroju. Wszystkie te szczegóły i drobiazgi nadają całości charakteru, sprawiają, że opowieść jest bardziej wiarygodna, a jednocześnie jest dobrą lekcją historii. 

W "Czasie grzechu" Sakowicz wciąż pięknie oddaje realia tamtych lat. Plastyczność i szczegółowość opisów opanowała doskonale. Sprawiają one, że czujemy się, jakbyśmy tam naprawdę byli. Sporym plusem jest też podanie na końcu źródeł, z których korzystała. Chętni mogą doczytać więcej o ówczesnym Gdańsku.

To powieść o ciągłym poszukiwaniu siebie, bo przecież gdańszczanin to kto? Polak, Niemiec? Antoni sarkastycznie mówi, że być może w pewnej chwili sojusznicy ze Wschodu każą mu udowadniać, że jest Rosjaninem. Tym ludziom było naprawdę trudno. Rany, nam, dzieciom urodzonym pod koniec PRL czy jeszcze później trudno to sobie wyobrazić. Dla nas Gdańsk jest polskim miastem. Od dziecka się tego uczymy, leży w naszych polskich granicach. Nie zastanawiamy się nad tym. Ale ówczesnym mieszkańcom tego nadmorskiego miasta portowego nieraz niełatwo było znaleźć własną tożsamość. Oni uważali się po prostu za gdańszczan i takie zaszufladkowanie, jakiego od nich wymagano było dla nich wręcz nie do pojęcia. Byli i tacy, którzy czuli się Polakami i tacy, którzy byli Niemcami. A co z rodzinami mieszanymi? Rewelacyjnym przykładem jest tutaj Iza, wnuczka Antoniego (Polaka) i Carli (Niemki). Co wybierze, gdy będzie mogła opuścić siermiężną rzeczywistość PRL i pojechać do Niemiec, by tam pracować jako lekarka? Czy czuje się Polką, czy Niemką? 

Jeśli chcecie zgłębić swą wiedzę w tej kwestii, to polecam Wam również książkę "Gdańsk 1930-1945. Koniec pewnego Wolnego Miasta".

Jest i Warszawa, ale nawet powstanie jest opisane jedynie zdawkowo. Sakowicz naprawdę skupia się na dziejach Gdańska i gdańszczan, co jest wielkim plusem tej sagi. Chciałabym przeczytać takie powieści również o innych miastach, w szczególności o moim Poznaniu. Bo o Warszawie jest duo. Można też znaleźć takie sagi o Śląsku, Krakowie, czy Kresach, ale o zachodniej Polsce brakuje. A może Wy znacie jakieś poznańskie sagi?

Mam jeden zarzut, ale jest to ogólny zarzut dotyczący większości tego typu pozycji. W czasie świątecznym rozmawiałam o tym z Mamą. Byłam właśnie w trakcie lektury, postanowiłam więc na jej przykładzie przeprowadzić pewien krótki (i mimo wszystko dość reprezentatywny) test. Powieść ma 550 stron. Sześć lat wojny i okupacji zajmuje w niej ponad 400 stron. Pozostałe 150 stron to kolejne... 23 lata! Na rok wojny i okupacji przypada niemalże 100 stron, niewiele więcej na kolejne ponad dwie dekady. Przypomina mi się od razu jedna z dyskusji (a było takich więcej) w Internecie na temat tego, dlaczego ludziom trzeci sezon "Stulecia Winnych" podoba się mniej od poprzednich. Otóż, poza zmianą aktorek (w naszym przypadku zupełnie nieistotna zmienna) chodzi o to, że skończyła się wojna i nie ma już nic ciekawego do opowiedzenia. Tak, naprawdę Polacy uważają, że po wojnie było już tyko nieciekawie i nie ma o czym opowiadać. Moim zdaniem jest odwrotnie. Lubię literaturę wojenną, okupacyjną, czytam tego na pęczki, że tak powiem. Ostatnio jednak z coraz mniejszą chęcią, ponieważ, co za dużo to niezdrowo. Zdecydowanie bardziej jestem ciekawa tych lat powojennych, tego, jak ludzie odbudowywali nie tylko miasta, ale swoje pokaleczone dusze, swoje rodziny, swoją codzienność. Mam nadzieję, że takich książek znajdzie się coraz więcej. Ostatnie 150 stron "Czasu grzechu" pozostawiły u mnie spory niedosyt. Chciałabym więcej. Na szczęście jest jeszcze szansa. Ten tom kończy się w 1968 roku. Przed nami jeszcze nagonka na Żydów, która być może nie oszczędzi Josepha, Hani, Andrzeja i Jurka. A Autorka zapowiada, że ostatni tom będzie jeszcze grubszy. Czekam z niecierpliwością na dalsze losy moich znajomych już gdańszczan, Wam natomiast gorąco polecam zakupienie "Czasu gniewu".

 

 





Książkę przeczytałam dzięki życzliwości Wydawnictwa Poradnia K