Fragment mojej recenzji został umieszczony na okładce powieści "Skazaniec. Z bestią w sercu" Krzysztofa Spadło


Moja recenzja została zamieszczona na okładce powieści "Wojownicy. Odwet Wysokiej Gwiazdy" Erin Hunter

Fragment mojej recenzji „Korony śniegu i krwi” został umieszczony na okładce powieści Elżbiety Cherezińskiej – "Niewidzialna korona"

poniedziałek, 17 listopada 2014

KONKURS!!!




Już niedługo, niedługo na blogu pojawi się piękna równiutka liczba – 30 tysięcy wejść. Z tej okazji proponuję Wam konkurs. Myślę, że warto wziąć udział, bo nagroda jest wspaniała. Zapraszam zatem i życzę powodzenia :)

Zasady konkursu:

  1. Organizatorem konkursu jest blog Dune Fairytales.
  2. Fundatorem nagrody jest Wydawnictwo RW2010.
  3. Konkurs rozpoczyna się  od dziś czyli 17 listopada 2014 r.  i trwa do dnia, w którym licznik bloga wskaże trzydziestotysięczne wejście. Wyniki pojawią się dwa dni później.
  4. Nagrodą w konkursie jest zasilenie konta, z którego można pobierać ebooki RW010 na kwotę 100 złotych (dla tych, którzy konta nie posiadają: zwycięzca musi je sobie wyrobić, co jest całkowicie bezbolesne i zajmuje dosłownie momencik). Tak więc wygraną są książki (ebooki) warte 100 złotych.
  5. Zwycięzca będzie jeden. Zostanie wybrany (nie wylosowany) przeze mnie, Ewę Chani Skalec, właścicielkę Dune Fairytales.
  6. Osoby anonimowe (tzn. nie posiadające konta) też mogą wziąć udział w konkursie. Muszą jednak podpisać się w poście i nie zapomnieć o podaniu swojego maila.
  7. Aby wziąć udział w konkursie należy w komentarzu pod tym postem:

*      zgłosić się przez standardowe „Zgłaszam się”

*      podać swojego maila (do kontaktu w razie wygranej)


*  wykonać zadanie konkursowe: Skomentuj dowolną recenzję na blogu. Wygrywa osoba, której komentarz spodoba mi się najbardziej, tak więc – wysil się trochę. Komentarz w stylu „Fajna recenzja”, „Podoba mi się”, ani nawet „Do kitu” raczej nie ma szans na zwycięstwo.

Do dzieła!

 Sponsor:


sobota, 15 listopada 2014

Architekci kultury śmierci – Donald de Marco, Benjamin D. Wiker

Wydawnictwo: Fronda
Warszawa 2014
Oprawa: miękka
Liczba stron: 391
Przekład (z angielskiego) Grażyna Waluga
Tytuł oryginału: Architects of the Culture of Death
ISBN: 978-83-64095-45-0
 
 
 
 
 
 
 
Lektura tej książki nie jest ani łatwa, ani przyjemna. Nie dlatego, że książka napisana jest źle. Tego z całą pewnością napisać o niej nie można. Porusza jednak tematy co najmniej kontrowersyjne i trudne. Autorzy podejmują zaś polemikę nie tylko ze współczesnymi "filozofami", ale także z uznanymi od dziesięcioleci (a nawet i dłużej) autorytetami, jak choćby Nietzsche, Marks, czy Darwin. Kim więc są ci, którzy odważyli się na napisanie i wydanie tak poważnego dzieła?
Donald de Marco jest Kanadyjczykiem, filozofem, etykiem, profesorem. W swoim dorobku ma kilkadziesiąt artykułów i aż 21 książek dotyczących apologetyki chrześcijańskiej. Benjamin Wilker z kolei to Amerykanin, etyk, autor wielu pozycji z dziedziny etyki chrześcijańskiej. Obaj więc są naukowcami mającymi doświadczenie w pisaniu prac, które wymagają przeprowadzenia badań i głębokiej analizy tematu. Podeszli do sprawy jak zwykle, czyli profesjonalnie.
Prezentowana pozycja przedstawia 23 osobistości, które Autorzy uznali za tytułowych architektów "kultury śmierci". Z prostego matematycznego równania wynika, że każdemu z nich poświęcono około 15 stron. Trudno powiedzieć, że to dużo, wszak o niektórych z nich powstały całe opasłe tomiska. Nie w tym jednak rzecz, nie taki cel przyświecał Autorom. Chcieli bowiem ukazać "kulturę śmierci" jako taką, jako zjawisko, a także powody jej pojawienia się i drogi, jakimi podążała i nadal podąża. Przedstawiając krótkie biogramy, starali się wyjaśnić skąd wynikały takie, a nie inne poglądy omawianych filozofów. Biografie te miały na celu osadzenie postaci na gruncie społecznym, historycznym, politycznym, a także rodzinnym. Nic bowiem nie powstaje z próżni. "Kultura śmierci" również nie pojawiła się znikąd. 
Kto zatem zasłużył sobie, zdaniem de Marco i Wikera, na ten niechlubny tytuł? Wszystkich wymieniać nie ma sensu, zajrzyjcie do książki, a przekonacie się sami. Autorzy dokonali natomiast podziału tych 23 osób na siedem grup. I tak poczynając od czcicieli woli, omówili ewolucyjnych eugeników, świeckich utopistów i ateistycznych egzystencjalistów, by przejść do poszukiwaczy przyjemności i propagatorów seksu, a skończyć na sprzedawcach śmierci. Już same nazwy grup wywołują spore wrażenie, prawda?
W "Architektach..." znajdziecie postaci doskonale znane i takie, o których nie mówi się szerzej. Choć miałam historię filozofii na studiach (i zdawałam egzamin dwukrotnie, więc musiałam spędzić nad podręcznikami naprawdę sporo czasu), niektóre z nazwisk wypisanych na tylnej okładce absolutnie nic mi nie mówiły. Tym chętniej więc sięgnęłam do środka. Okazało się jednak, że nie mniejsze wrażenie robiły na mnie rozdziały o tak znanych osobistościach jak choćby Schopenhauer czy Freud. 
Autorzy sięgnęli do wielu materiałów źródłowych, podeszli do tematu ściśle naukowo, fundując nam całkiem sporo przypisów odsyłających do dzieł zarówno omawianych myślicieli, jak również ich krytyków (w szerokim tego słowa znaczeniu). Nie omieszkali cytować nawet fragmentów dzieł Szekspira!
W swej książce de Marco i Wiker wykazują jednoznacznie, że "kultura śmierci" ma swoje korzenie w odrzuceniu Boga. Świat, w którym dla Boga nie ma miejsca stara się znaleźć sobie filozofię, na której mógłby się oprzeć. Coś, w co mógłby uwierzyć. 
Jednocześnie Autorzy zadają bardzo ważne pytanie: Co sprawia, że omówione filozofie stały się dla ludzi atrakcyjne na tyle, by za nimi podążyć? To chyba najważniejsze przesłanie tej, liczącej niemal 400 stron, pracy. Wszak samo naukowe omówienie myśli nie ma większego sensu, jeśli nie zadać sobie pytania o to, dlaczego ludzie poszli za taką myślą, a nie wybrali innej. Czy bowiem filozofia, która nie ma zwolenników mogłaby okazać się w jakikolwiek sposób niebezpieczna?
Książka jest bardzo dobrze wydana, czego zresztą się spodziewałam. Okładka natomiast robi naprawdę spore wrażenie. Nic dodać, nic ująć. Czytać, choć ostrzegam – zajmuje to sporo czasu i nie jest z pewnością miłą i łatwą lekturą.
 





Książkę przeczytałam dzięki życzliwości Wydawnictwa Fronda

Książka przeczytana w ramach Wyzwania:
 

piątek, 14 listopada 2014

Podarunek – Krystyna Mirek


Wydawnictwo: Filia
Poznań 2014
Oprawa: miękka ze skrzydełkami
Liczba stron: 375
ISBN: 978-83-7988-248-9








To moje trzecie w ostatnim półroczu spotkanie z prozą Krystyny Mirek i nie potrafię powiedzieć, które z nich było najprzyjemniejsze. Każde wnosi do życia trochę radości, trochę smutku, sporo dojrzałych uwag na temat świata i przemyśleń, którymi zdecydowanie warto się zainteresować. Do tego jeszcze wartka akcja, wspaniale stworzeni bohaterowie i piękny język, którym posługuje się Autorka. Jej kolejna powieść to rzeczywiście prawdziwy podarunek.
Niestandardowo zacznę dzisiaj od okładki, ponieważ całkowicie mnie urzekła. Owszem, to, co jesteście w stanie zobaczyć jest ładne. I ja taką okładkę widziałam choćby na fanpage;u Autorki. Ładna, jak na Filię przystało. Romantyczna i radosna – idealnie pasująca do twórczości Krystyny Mirek. Kiedy jednak książkę wyjęłam z paczki i mogłam się jej przyjrzeć na żywo... na mojej buzi pojawił się banan, w nozdrza uderzył zapach piernika, a w uszach usłyszałam dźwięk dzwoneczków z zaprzęgu Świętego Mikołaja. Sezon przedbożonarodzeniowy uważam zatem za oficjalnie otwarty. Co mnie tak urzekło? Musicie zobaczyć sami, gdyż nie da się tego opisać słowami, ani oddać na fotografii. Naprawdę olbrzymi plus za okładkę.
"Podarunek" to nie tylko świetny prezent pod choinkę. To również – i przede wszystkim – bardzo udana, ciepła, pełna miłości powieść, nad którą uśmiechniecie się wiele razy, a kilkukrotnie uronicie też łzy. Jak w prawdziwym życiu, które bywa słodkie i słone zarazem. 
Marta wydaje się być szczęściarą. Ma męża, dwójkę dzieci, dobrą pracę. Teściowa-hetera to niezbyt udany "bonus" w małżeństwie, ale wszystko można przetrwać. Tak przynajmniej jej życie wygląda z zewnątrz. W rzeczywistości nie jest szczęśliwa. Mąż stał się ostatnio oziębłym Obcym Człowiekiem, z którym nie da się rozmawiać, który zobojętniał tak na żonę, jak i na dzieci. Te natomiast wchodzą w okres pierwszych buntów i przestają już przypominać te słodkie aniołki, które jeszcze nie tak dawno tuliła do serca i woziła w wózeczku. Na domiar złego ta nieszczęsna teściowa-hetera. Marcie marzą się prawdziwe Święta Bożego Narodzenia. W rodzinnej atmosferze, z uśmiechami na twarzach, w pachnącym domu, w którym wszystko będzie przygotowane tak, jak ona zaplanuje. Nie teściowa, ale ona, Marta. Dość ma już tych smutnych posiłków z matką swego męża, która co i rusz wyrzuca jej, że coś zrobiła źle, że coś jej nie wyszło, że sobie nie radzi. Niestety, samotna starsza pani nie daje za wygraną. Marta ma dość. Skoro mąż przedkłada matkę ponad żonę, to... niech zamieszka z matką. Wypędzenie Krzysztofa z domu w wigilijny wieczór zdaje się być początkiem końca, a jednak... staje się początkiem czegoś nowego i zupełnie niespodziewanego. Rzucone do gwiazd życzenie zostanie spełnione w zupełnie inny sposób, niż Marta mogłaby to sobie wyobrazić. Przyniesie zaskoczenie dla wszystkich, choć życie nie będzie usłane różami. Stara prawda mówi, że małżeństwo to ciągła praca dwojga ludzi, nawet jeśli mężczyzna świeci jedynie "światłem odbitym" swej żony. 
"Podarunek" jednak to nie tylko opowieść o Marcie. Spotkacie tu również Kaję, która marzy o radosnym, pełnym adrenaliny życiu bez zobowiązań, o niezależności finansowej i przystojnych mężczyznach. Wszak należy się to osobie, która skończyła studia i pracuje, czyż nie? Niestety... tonie w długach, nie potrafi oszczędzać, a na domiar złego właśnie zostaje sama. To się nazywa Boże Narodzenie! 
Jeśli myślicie, że to powieść o zawiedzionych kobiecych marzeniach i poszukiwaniu idealnego mężczyzny, mylicie się. "Podarunkowi" daleko do klasyki Harlequinów. To mądra historia kilku osób, które na ten sam problem patrzą z różnych perspektyw. Bo czy na pewno Marta jest taka nieszczęśliwa, a jej mąż taki oziębły? Czy na pewno Eleonora,znienawidzona teściowa Marty, to taka wiedźma? I czy rzeczywiście wszystko w życiu Kaja przelicza na pieniądze? 
Krystyna Mirek stawia bardzo celne diagnozy całemu społeczeństwu oraz wskazuje na to, dokąd zmierzamy i robi to w charakterystyczny dla siebie sposób. Szuka rozwiązań, nie narzeka, nie chowa głowy w piasek. W końcu szczęście można znaleźć tuż za rogiem, tylko... trzeba umieć szukać i chcieć je znaleźć. Tak naprawdę chcieć, wiedząc, że łączy się to często z postawieniem całego życia do góry nogami i pewnym poświęceniem. Szczęście jest wszędzie, ale nie rozdają go za darmo. Trzeba za nie zapłacić.Cena bywa gorzka, ale nagroda jest zawsze słodka. Przekonajcie się sami.
Krystyna Mirek wysoko plasuje się wśród współczesnych autorek. Bardzo ją polubiłam za jej "Szczęście all inclusive" i "Pojedynek". Teraz upewniłam się, że nie był to przypadek i Autorka utrzymuje wysoki poziom. Bardzo cieszy mnie, że są osoby, które z takim optymizmem potrafią napisać naprawę dobrą jakościowo i językowo powieść. Dodatkowo Filia postarała się o rzetelną korektę i redakcję. Znalazłam jedynie dwie literówki na prawie 400 stron, czyli dobry wynik. Nic dodać, nic ując – polecam zakupić i przeczytać. A gdy już będziecie zakopani w kocyk, z książką w ręku i parującą herbatką na stole... zwróćcie w czasie lektury uwagę na pewną tajemniczą babcinke, która potrafi nieźle zamieszać w cudzym życiu i być swego rodzaju Świętym Mikołajem. Przyjemnej lektury, Kochani.



Autorka udzieliła mi wywiadu:



Książka przeczytana w ramach Projektu:


Książka przeczytana w ramach Wyzwania:

Jacek Ostrowski czy Jack Sharp? Autor "Mężczyzny z tatuażem" o sobie słów kilka...

Witam ;)
Dzień dobry.
Zacznijmy klasycznie, czyli od początku. Kiedy zaczął Pan pisać?
To był rok 1982 i od razu zmierzyłem się z trudniejszą formą, napisałem powieść. Ciężkie wyzwanie pod wieloma względami, maszyna do pisania Łucznik, proszę nie mylić z maszyną do szycia i każda większa pomyłka mściła się pisaniem strony od nowa. Książka liczyła sobie dobrze ponad dwieście stron, a w niej… – konflikt nuklearny i garstka ludzi organizujących ucieczkę z Ziemi. Pomysł niezły, wykonanie już gorsze – tak to oceniam po latach. Trzeba było to dopracować, ale nikt mnie nie ukierunkował, nie podpowiedział, co poprawić. To były inne czasy, jedynie kilka wydawnictw i małe pole manewru przy próbie wydania, poległem. Teraz trochę żałuję, że za szybko się poddałem. Za drugim podejściem już było inaczej. Po pierwsze zacząłem pisać opowiadania, lepsze, gorsze, ale w myśl powiedzenia – trening czyni mistrza – szkoliłem warsztat. Napisałem ich sporo i wróciłem do powieści.
Co jest największym atutem książek Pana autorstwa?
To jest trudne pytanie. Co dla jednego odbiorcy jest atutem, to dla drugiego może być wadą. Nigdy wszystkich nie zadowolę. Zawsze mówię, że książki piszę dla czytelników, bo pisanie dla siebie nie ma dla mnie sensu. Mogę śmiało powiedzieć, że w moich powieściach mnóstwo się dzieje i dobrnięcie do ostatniej strony nie jest dla czytelnika wielkim wyzwaniem. Chcę czytelnikowi dać ciut relaksu, oderwać go od trudów codziennego życia, pozwolić zapomnieć się na chwilę i przenieść do innej krainy, nieraz ciut zaczarowanej. „UT”, „Posiadłość w Portovenere” są takimi książkami. Prócz tego podrzucam skrycie, a innym razem jawnie pewne zagadnienia, informacje zmuszające odbiorcę do własnych przemyśleń. Staram się, żeby lektura moich książek to nie był tylko i wyłącznie relaks, ale przy okazji coś jeszcze, jakaś wartość dodana.
Kiedy znajduje Pan czas na pisanie?
Z tym różnie bywało. Kiedyś jeden z dziennikarzy Gazety Wyborczej zatytułował wywiad ze mną „Żona klnie, a ja piszę”, to trafnie odzwierciedla sytuację pisarza. Coś powstaje czyimś kosztem. Kiedy piszę nową powieść to wtedy odrywam się od rzeczywistości, żyję tylko książką. To jest wielkie wyzwanie dla mózgu, trzeba wszystko zaprojektować, zbudować głównego bohatera, intrygę, zazębiające ją koła, to wszystko musi się kupy trzymać i ja to muszę mieć w głowie. Nie potrafię pracować z notatkami, cała powieść jest tylko i wyłącznie w mojej głowie i dopiero wtedy przelewam ją na papier. 
Co jest największym paliwem, które napędza Pana do pisania?
Proszę teraz nie oczekiwać, że przyznam się do ćpania, picia gorzały, czy do pochłonięcia wywaru z kilograma liści herbaty. Nic z tego. Nie ma używek, nie ma żadnych dopalaczy. Lubię pukać palcami w klawiaturę i mam pretekst, bo taka powieść to pół miliona znaków, lub więcej. A tak już na serio, przecież to jest taka zabawa w pana Boga. Tworzę ludzi, daję im osobowości, nieraz kieruję nimi niczym marionetkami, jestem panem ich życia i śmierci. Czy to nie jest piękne? To jest naprawdę super zabawa, a jeszcze jest piękniej, kiedy w to wszystko wkręcę czytelnika. :)
Co Pana inspiruje? Powoduje, że siada Pan i pisze?
Oczywiście podstawą jest pomysł. Później wszystko idzie jak z płatka. Tworzę przysłowiowego Kowalskiego, daję mu duszę i ciało. Oczekuję od niego czegoś i on ode mnie. Nie mogę go tak zostawić, jestem mu winien zbudowanie jego historii. Daję mu charakter, lepszy gorszy, ważne, żeby mieścił się w szablonie, bo kiedy za bardzo wyjdzie poza jego ramy nie będzie akceptowany przez czytelnika, nie polubi go, bo nie znajdzie w nim cząstki siebie samego. Teraz Kowalski musi zapracować na siebie. Ja mu tylko pomagam, nadzoruję jego zachowania, nieraz ustawię do pionu. Jednak wciąż go lubię, bo jeśli autor przestaje darzyć sympatią swojego bohatera to historia zaczyna kuleć. To wszystko muszę jak najszybciej utrwalić na papierze i dlatego siadam i piszę.   
Ile czasu zajęło Panu napisanie „Mężczyzny z tatuażem”?
To było najbardziej zwariowane moje literackie przedsięwzięcie. Skończyłem pisać „Posiadłość w Portovenere” i doszedłem do wniosku, że czas spróbować czegoś innego. Romans stanowczo odrzuciłem, pisanie o miłości to było wbrew mojej naturze. Może napisać powieść sensacyjną? Czemu nie, to jest jakieś wyzwanie, inna konstrukcja, inne wymagania odnośnie tempa akcji, to mogło być to. Tak jak zawsze chciałem jednak coś w swojej książce przekazać, czymś zaciekawić, sprawić to, żeby czytelnik choć na chwile się zadumał. Kilka dni przemyśleń i zaczęło coś w głowie kiełkować. Miałem bohatera, mroczne tajemnice Watykanu i nieraz bardzo skomplikowane relacje niemiecko żydowskie. Teraz wystarczyło to tylko powiązać. „Mężczyzna z tatuażem” powstała bodajże w miesiąc. Mogę tu pomylić się o kilka dni. Następnie leżakowała niczym wino około roku i zabrałem się za poprawki. To trwało około dwóch tygodni.
Wiem, że lubi Pan dobre filmy, muzykę, szybką jazdę samochodem i podróże. Skąd takie pasje i jak wpływają na Pańską twórczość?
Faktycznie, kocham film, dobrą muzykę filmową, nieraz szaleńczą jazdę samochodem i podróże. W filmie urzeka mnie bogactwo przekazu, od muzyki, poprzez przestrzeń, efekty specjalne, a kończąc na plastyce postaci. Jazda samochodem podkręca mi adrenalinę do maksimum, to jest prawdziwy odlot. Podróże zaś wietrzą mój umysł i tworzą miejsce na nowe pomysły. :) Wracając do filmu, to kilka lat temu napisałem parę scenariuszy, które być może kiedyś doczekają się realizacji. Nie wiem, skąd się biorą moje pasje, może ich zalążkiem jest moja niespokojna dusza, pochodzenie, wciąż szukam nowych wyzwań, staram się realizować w różnych dziedzinach. Proszę mi wierzyć, trudno byłoby je zliczyć. Ostatnio pasjonuję się architekturą i według własnego projektu wykonałem skomplikowane konstrukcyjnie schody i nie mniej zaawansowany technicznie piętrowy taras, wszystko z drewna. Moje pasje wciąż mnie nakręcają. :)
Jaką literaturę najbardziej lubi Pan czytać i dlaczego?
Obecnie jedyną literaturą, którą czytam są instrukcje obsługi urządzeń domowych i często ich nie rozumiem, tyle tam dziwnych nowych słów. Owszem, do tej pory pochłonąłem mnóstwo powieści, ale teraz mało czytam. Nie dlatego, że nie mam na to czasu, ale żeby bezwiednie nie przejąć nawyków innego pisarza. Mam swój styl, ponoć rozpoznawalny i to jest skarb, który muszę chronić. Odnośnie ulubionych książek to kocham starą gwardię, czyli Mann, Remarque, Hemingway, Waltari i wielu innych. Z polskich pisarzy uwielbiam Sienkiewicza, Lema. W książkach Sienkiewicza czuć nawet zapach ukraińskich stepów, w dziełach Manna, Remarqua, Hemingwaya jest to „coś”, czego nie widzę u większości współczesnych pisarzy. Wyrosłem na tej literaturze, ona pomogła mi się ukształtować, pomogła zrozumieć świat. Trudno jest mi nie napisać kilku słów o Mika Waltari. Jego książki są mi duchowo wyjątkowo bliskie, a „Egipcjanin Sinuhe” jest według mnie najlepszą książką na temat starożytnego Egiptu.     
Pana ulubiona książka z dzieciństwa to…
Bajki i to kilku autorów, ale głównie Andersen i bracia Grimm. To są te pierwsze książki, później był Sindbad Żeglarz, Dzieci z Bullerbyn, Przygody Tomka Wilmowskiego, powieści Karola Maya, Juliusza Verne’a. Trudno wymienić wszystkie, tyle ich przeczytałem, większość wspaniałych. Ona pobudzały moją wyobraźnię, sprawiały, że życie nabierało ciekawych barw. Możliwe, że ich lektura daje dziś wymierne efekty w postaci moich powieści.  
Ulubiona książka własnego autorstwa to…
Na dzień dzisiejszy to jest powieść „Transplantacja”, która powinna się ukazać w kwietniu przyszłego roku. Mogę jedynie zdradzić, że mój bohater byłby wspaniałym kolegą profesora Religi, choć jego podejście do przeszczepów jest ciut inne. :) Jest to pierwsza powieść, kiedy byłem zmuszony zwrócić się o konsultacje do specjalistów z dziedziny medycyny. Jeśli chodzi o ulubioną książkę z już wydanych, to na pierwszym miejscu stawiam „UT”. Powieść ukazała się w 2012 roku i przemknęła niczym meteor, prawie niezauważona, a szkoda. Mam jednak nadzieję, że jak gwiazda betlejemska jeszcze powróci. Inspiracją do jej powstania była moja wyprawa do Toskanii. Wtedy narodził się pomysł, żeby mały podupadły toskański hotelik stał się niemym świadkiem wielu ciekawych wydarzeń.  
To może jeszcze ulubiony film.
Film to jest temat rzeka. Trudno jest mi wskazać ulubiony film. Lubię oglądać wszystkie gatunki, od komedii po dramaty psychologiczne. Cenię świetny pomysł, realizację, grę aktorską, no i oczywiście muzykę wciąż traktowaną po macoszemu w polskim kinie. Te wszystkie składniki tworzą film, a jeśli są świetne, to wtedy powstaje arcydzieło. Wymienię kilka filmów, które wywarły na mnie duże wrażenie. Pierwszy z nich to „Odyseja kosmiczna 2001”. Pamiętam, że pierwszy raz oglądałem ją w kinie. Bezpośrednio po jej obejrzeniu byłem bardzo zawiedziony, uważałem że głupio wydałem pieniądze kupując bilet i zmarnowałem czas. Kiedy wróciłem do domu wciąż myślałem o filmie, w nocy nie mogłem zasnąć, a rano stwierdziłem, że to był najlepszy film jaki dotąd widziałem. Taka metamorfoza nie przytrafiła mi się nigdy więcej. Przy okazji trudno nie wspomnieć o „Gwiezdnych Wojnach”, Obcym, komediach z Louisem de Funesem, czy filmach Polańskiego. Z polskich filmów bardzo lubię „Dzień świra”, filmy Barei i jeszcze kilka kultowych pozycji.   
Pyta Pan retorycznie: „Jak walczyć z przyjemnymi nałogami?”. No właśnie – jak?
Ja wiem, jak z nimi walczyć. Kiedyś byłem palaczem, ale to już historia i to od lat. Trzeba dokonać wyboru między krótszym, a dłuższym życiem. Kiedy jest się młodym, o tym się nie myśli, ale z wiekiem sytuacja diametralnie zaczyna się zmieniać, zaczynamy bardziej cenić zdrowie i życie. Sama walka z przyjemnym nałogiem może być ciekawa, bo to zawsze jest wielkie wyzwanie, próba charakteru. Oczywiście mówiłem o szkodliwych nałogach, bo są i takie, które aż tak nam zdrowia nie rujnują. Wtedy może nie warto z nimi walczyć? :)
Jest Pan autorem kilku książek. Dlaczego „Mężczyznę” postanowił Pan wydać pod pseudonimem, skoro wcześniejsze pozycje wydane są pod Pańskim nazwiskiem?
Pisarz ma ten przywilej, że może kilka razy debiutować, oczywiście żartuję. Od lat wciąż analizuję specyfikę polskiego rynku i nie tylko księgarskiego. Polacy często z większą chęcią sięgają po obce wyroby, nie mają zaufania do swoich producentów, twórców. To źle, ale ja tego nie zmienię. Tę teorię potwierdzają niektóre komentarze pod recenzjami „Mężczyzny z tatuażem” w których internauci szczerze wyznali, że do sięgnięcia po książkę skłoniło ich obco brzmiące nazwisko, że po powieść sensacyjną polskiego pisarza nigdy by nie sięgnęli. Inną sprawą jest gatunek literacki tak odmienny od moich pozostałych książek. Jack Sharp pisze powieści sensacyjne, a Jacek Ostrowski pozostałe.
O sobie mówię, że jestem „kocią mamą”. Wiem, że Pan hoduje psy. Jest Pan takim „psim tatą”?
Raczej jestem ojczymem. Nie poświęcam im tyle czasu, na ile zasługują i mam z tego powodu duże wyrzuty sumienia. Mam nadzieję, że w niedalekiej przyszłości poprawię się.
Co skłoniło Pana do napisania „Mężczyzny z tatuażem”? Wiem, że to jedyny Pański utwór w tych „klimatach”.
Jak już wcześniej wspomniałem to była chęć spróbowania czegoś innego. Czytając opinie na temat powieści można stwierdzić, że mi się to udało. Jednak nie wiem, czy Jack Sharp napisze następną książkę. Być może jakaś Jadwiga Goździk napisze „Miłość nad przepaścią”? Kto wie. :) Na dzień dzisiejszy powraca Jacek Ostrowski z nową powieścią „Transplantacja”, a co będzie za rok, to sam nie wiem.
Co myśli Pan o współczesnej polskiej literaturze? Jak widzi jej rozwój w najbliższych latach? Będzie dobrze, czy nie?
Raczej unikam wypowiadania się na temat innych pisarzy i dlatego powiem ogólnie. Według mnie w polskich książkach jest za dużo brutalności, seksu i wulgarności, a za mało treści, proporcje są zupełnie zachwiane. Wydaje mi się, że nie tędy prowadzi droga do serca czytelnika, ale może się mylę, może jestem niedzisiejszy w swoich poglądach. Jednak jeśli ten trend się utrzyma to niebawem wraz z kryminałem otrzymamy słoiczek z krwią ofiary i reklamówkę z jej głową. Czy na pewno jest to dobry kierunek?
Dziękuję bardzo.
Zapraszam serdecznie do zapoznania się z recenzją „Mężczyzny z tatuażem” na Dune Fairytales:

wtorek, 11 listopada 2014

Mężczyzna z tatuażem – Jack Sharp (Jacek Ostrowski)

Wydawnictwo: Varsovia
Warszawa 2014
Oprawa: miękka
Liczba stron: 303
ISBN: 978-83-61463-11-5








Okładka książki może być myląca. Ot, choćby w tym przypadku zdawać się może, że jej autorem jest zagraniczny pisarz, gdy tymczasem jest nim Polak piszący pod pseudonimem. Na portalu lubimyczytac.pl znajdziecie taką informację odnośnie jego pochodzenia: "płynie w nim gorąca krew: słowiańska, macedońska, litewska, a także niemieckich Żydów." Zaciekawieni? Będzie tylko lepiej, wszak to nie biografia Autora i trzeba przyznać, że nawet ta "wymienianka" wydaje się blada przy jego powieści.
Skoro już zaczęłam od okładki, to może w tym kierunku będę kontynuować. Okładka robi bowiem bardzo pozytywne wrażenie, choć po przeczytaniu powieści – już mniejsze. Dlaczego? Ponieważ mimo ładnie skonstruowanego kolażu robiącego czytelnikowi smaczek – nie zgadza się z treścią. Przedstawiony w historii mężczyzna miał tatuaż na nadgarstku, czy też ewentualnie przedramieniu. Cały czas tak go sobie wyobrażałam, tak wynikało z opisów. Tatuaż był piękny, zwracający uwagę, ale z pewnością elegancki i subtelny, a ten na okładce jest po prostu... kolorowy i tyle. Może wynika to z tego, że mam wielką słabość do czarnego tatuażu, a niespecjalnie podoba mi się kolorowy, ale i tak nie pasuje mi on na okładkę tej powieści. Wiem, wiem – czepiam się...
Przejdźmy jednak do sedna sprawy, czyli zawartości "Mężczyzny z tatuażem". Wszystko zaczyna się od pewnej wycieczki do Portugalii, którą Paul Lemaitre i jego żona Jacqueline wygrali w konkursie smsowym. Przyjemny wyjazd okazuje się początkiem niebezpiecznej gry, w którą wplącze się Paul. Jako dziennikarz marzący o sławie, o artykule na pierwszą stronę gazety, o awansie i szacunku – nie może, po prostu nie może oprzeć się pokusie. Kiedy na oczach małżeństwa zostaje popełnione morderstwo, Paul postanawia zbadać tę sprawę. Już od pierwszej chwili jego dziennikarski nos węszy aferę, która zaprowadzi go ostatecznie w miejsca, których nie spodziewał się odwiedzić i odkryje tajemnice ukrywane od czasów II wojny światowej. Akcja powieści pędzi nieraz jak pociąg TGV, co nie powinno dziwić, gdy zważyć, że państwo Lemaitre są Francuzami. 
Paul podróżuje po wielu europejskich krajach, a zagadka, nad którą pracuje zaprowadzi go nawet do Ameryki Południowej. Co łączy tajemniczego mężczyznę zrzuconego z klifu, z Żydówką i jej Niemieckim mężem? Jakie więzy na dekady splotły losy neonazistów i Watykanu? Dlaczego każdy człowiek, który dokłada do tej całej układanki choć jeden klocek, umiera niemal natychmiast po rozmowie z Paulem? 
Trup ściele się gęsto, a zagadka wcale nie zbliża się do rozwiązania. Na dodatek niebezpieczeństwo grozi nie tylko Paulowi i spotykanym przez niego ludziom, ale także ukochanej Jacqueline. Nic więc dziwnego, że nie popiera ona śledztwa męża, a ich związek zostaje bardzo nadszarpnięty.
Autor porusza w powieści wiele kontrowersyjnych tematów, łącząc historię ze współczesnością, akta Watykanu i III Rzeszy z nowoczesną technologią, miłość z nienawiścią. Na dodatek cały czas, niemalże do ostatniej strony nie wiemy, kim jest tajemniczy mężczyzna z tatuażem, który podąża krok za krokiem za nieustraszonym dziennikarzem. Czy stoi po jego stronie, czy chce go zgładzić? Jaka jest właściwie jego historia?
"Mężczyzna z tatuażem" jest powieścią kilkuwątkową (bo nie jestem pewna, czy pojęcie "wielowątkowa" byłoby tu na miejscu). Poznajemy więc w jednej z warstw niesamowitą historię Racheli i jej dzieci, w innej – życie Paula i Jacqueline, a także fragmenty wspomnień tytułowego mężczyzny. Jakby przy okazji Autor częstuje nas smaczkami wielkiej historii. 
Przyznaję, że nieraz myślałam sobie "nie, to niemożliwe, za łatwo mu idzie", albo "jaki właściciel gazety wydałby tyle kasy na pracę jednego dziennikarza?". Paulowi, mimo że wciąż napotykał na kłody (i trupy), szło czasami rzeczywiście za łatwo. Za wszystko płaciło wydawnictwo. Latał po świecie wte i wewte, wydawał kupę kasy, nie mając żadnej gwarancji, że coś z tej historii uda się opublikować. Mało prawdopodobne w dzisiejszym świecie, którym rządzi pieniądz. Aż w końcu... wszystko nabrało sensu i nie mogę zarzucić Autorowi, że przesadził. Tego się nie spodziewałam.
Znalazłam w powieści dwie niekonsekwencje i w kilku miejscach miałam wrażenie, że czasoprzestrzeń została jakoś zaburzona. Nie powiem, że próbowałam sobie to rozpisać, czy rozrysować, bo nie miałam czasu. Poza tym chciałam czerpać przyjemność z lektury, a nie burzyć ją iście dziennikarskim śledztwem. Za żadne skarby nie mogłam tylko zrozumieć (i nadal nie mogę), po co komu do zrozumienia baz Mossadu jidysz. Ale to tylko takie małe czepianie się, które bardzo lubię...
Bohaterowie Sharpa są żywi, z krwi i kości, to nie tylko papierowe postaci, o których się zapomina zaraz po odłożeniu książki. Oczywiście największe wrażenie robi tytułowy mężczyzna i jego historia. Opowiedziana zresztą w bardzo ciekawy sposób. Wyszło to Autorowi rzeczywiście wyśmienicie.
Zakończenie... Zupełnie nieprzewidywalne! Nawet nie traćcie czasu na dumanie, jak się ta historia skończy, bo z pewnością nie uda Wam się rozwikłać zagadki, którą proponuje Sharp. Prawdziwe mistrzostwo. Duża pomysłowość i świetne poprowadzenie akcji w taki sposób, by na samym końcu wykonać zwrot o 180 stopni i ponownie zaskoczyć czytelników. Lubię takie opowieści trzymające w napięciu do ostatniego zdania.
Ostatnim plusem "Mężczyzny z tatuażem" są... przypisy. Niektóre trochę bez sensu, szczególnie w dzisiejszych czasach, gdy pod ręką właściwie każdy ma telefon z dostępem do Internetu i sam może sobie poszukać, kim byli np. Edith Piaf, Francisco Franco, czy co znaczy słowo goj – jednak mam sentyment do przypisów. Przypominają mi one lekturę przygód Tomka autorstwa Alfreda Szklarskiego. Pamiętam, że czytając tamte książki więcej można się było dowiedzieć właśnie dzięki lekturze przypisów, niż samej opowieści. To na tych przypisach dzieci i młodzież mojego pokolenia uczyły się o fantastycznym, nieznanym i pełnym tajemnic świecie, który dzisiejsi młodzi "podziwiają jedynie" na ekranach swych komputerów.
Zapraszam również do zapoznania się z wywiadem, który przeprowadziłam z Autorem. Wywiad dostępny jest na Dla każdego... coś dobrego, pod adresem http://fairyliterature.blogspot.com/2014/11/jacek-ostrowski-czy-jack-sharp-autor.html




poniedziałek, 10 listopada 2014

Czerwona ofensywa – Piotr Langenfeld

Wydawnictwo: WARBOOK
Ustroń 2014
1 tom serii
Oprawa: miękka
Liczba stron:315
ISBN: 978-83-64523-04-5
 
 
 
 
 
 
Wiecie już być może, że historia jest moją wielką pasją i odwzajemnioną miłością. Jak każdy chyba lubię sobie również gdybać. Co by było, gdyby... Chyba między innymi dlatego tak cenię sobie prozę Pilipiuka – ponieważ nie boi się gdybania. 
Historia alternatywna zaliczana jest dzisiaj do gatunku fantastyki i chyba słusznie. Choć przyznać trzeba, że czasami napisanie takiej opowieści może się okazać trudniejsze niż "po prostu" opisanie tego, co rzeczywiście miało miejsce. Doskonała znajomość sytuacji społeczno-politycznej, możliwości poszczególnych stron konfliktu (bo najczęściej mamy z nim, w mniejszym czy większym stopniu, do czynienia), wybujała wyobraźnia, która jednak tkwi w realiach. Oto cechy, którymi musi się charakteryzować autor zasiadający do pracy nad historią alternatywną. Szczególnie, jeśli zamierza wywrócić do góry nogami nie jeden kraj, ale właściwie całą planetę. Czy Piotr Langenfeld jest takim autorem i czy jego "Czerwona ofensywa" rozpoczyna udany cykl? Przekonajcie się.
W naszej prawdziwej Polsce data 8 maja, o dziwo, nie odbija się szerokim echem. Owszem, niby wszyscy wiedzą, że zakończono działania wojenne w Europie, że II wojna światowa się skończyła. Jednak zdecydowanie wolimy świętować odzyskanie niepodległości po zaborach oraz opłakiwać rocznicę ataku hitlerowskich Niemiec na Polskę, niż ich pokonanie. Tak więc dzień ten nie różni się specjalnie od innych, choć był dniem zwycięstwa nad okrutnym totalitaryzmem. Być może tak niechętnie o nim mówimy, bo wiemy, że dla Polski i Polaków okupacja się tak do końca nie skończyła? Że zostaliśmy poniekąd sprzedani Stalinowi? A co gdyby... Gdybyśmy mieli szansę na dalszą, otwartą walkę z Sowietami? I to jeszcze z pomocą zachodnich sojuszników? Ciekawe... Czytając "Czerwoną ofensywę", zastanawiałam się, czy Autor bardziej chciał wyeksponować realną groźbę czerwonej rewolucji w Europie Zachodniej, czy właśnie szansę na to, by Polacy nie musieli przeżywać PRLu. 
Otóż w świecie, który wykreował Langenfeld wojna skończyła się tylko pozornie. Choć Alianci balują, opijają swe zwycięstwo i zaczynają czuć pierwszy oddech pokoju... Stalin nie śpi. Planuje inwazję, o jakiej świat nie słyszał. Prawdziwy Blietzkrieg w wydaniu sowieckim. Zainstalowani dawno szpiedzy, plan, który musi się powieść, a przede wszystkim element zaskoczenia – one mają zagwarantować Dobremu wujkowi Stalinowi szybkie zwycięstwo, a Europie przynieść "dary" komunizmu. Nikt nie chce słuchać Polaków, którzy donoszą, że w ZSRR "coś się dzieje". Coś niepokojącego. Kto by słuchał Andersa, kiedy wiadomo, że czuje niechęć do sojuszników, że cały czas stara się odzyskać Polskę, że nie godzi się na jałtańskie ustalenia, że nie chce, by biały orzeł w koronie został zastąpiony sierpem i młotem?
Zaskoczenie i kompletny brak przygotowania – oto odpowiedź wolnej, Zachodniej Europy na atak ze strony nie tak dawnych sojuszników. Sowiety prą do przodu, na zachód, na zachód, na Ren, za Ren, dalej, przed siebie. Grabiąc, paląc, nie biorąc jeńców, pozostawiając po sobie łzy i zgliszcza. Źli Sowieci. Jak ich pokonać, gdy brak broni i ludzi, bo przecież tylu posłano do walki z Japonią, by i USA mogły odetchnąć? Pada nawet propozycja, by uzbroić Niemców!
Atak Armii Czerwonej poprzedzić mają natarcia Ludowego Wojska Polskiego. Wszak w razie porażki (w konkretnej potyczce, bo nikt nie zakłada porażki totalnej, możliwe jest tylko zwycięstwo), zginą najpierw Polacy. Po co od razu słać na front towarzyszy-Rosjan? Polacy stają więc po dwu stronach frontu – część z nich w LWP, część wśród zachodnich wojsk. Przyjdzie im dokonać niełatwego wyboru. Na kogo postawią i dlaczego? Jak na tym wyjdą?
Nie wiem, czy takie było założenie Autora, czy tak po prostu wyszło – trzeba przyznać, że zabieg okazał się ciekawy, acz nie do końca przekonujący. Powieści na kanwie historycznej zazwyczaj opowiadają losy bohatera, bądź bohaterów wykreowanych. Mniejsze bądź większe znaczenie mają wówczas postaci historyczne i w różnym stopniu są przedstawione. Langenfeld natomiast rewelacyjnie oddał takie osoby jak Truman, Anders, Montgomery, Eisenhower, czy Patton. Napięcie w czasie ich rozmów jest niesamowite. Gorzej natomiast poradził sobie z tymi, którzy mieli chyba w założeniu popychać akcję do przodu. Postaci te są jakby jednowymiarowe. Wiadomo, że Polak będzie dobry, Sowiet zły, Polak honorowy, Rusek zapity itd. Bohaterami nie wstrząsają żadne osobiste potyczki z przeszłości. Czegoś brakuje. Żaden nie zapada specjalnie w pamięć.
Powieść nadrabia bardzo w płaszczyźnie opisów walk i broni. Autor rzeczywiście odrobił zadanie domowe z historii. Zresztą nie powinno to dziwić, kiedy zapozna się z jego dotychczasowym dorobkiem. Opisy bitew trzymają w napięciu, niemalże słychać armatnie wystrzały, niemal czuć w ustach słonawy posmak krwi. W uszach dudni, w nos wdziera się dym. Olbrzymi plus.
Powieść chyba ma leczyć nasze narodowe kompleksy. Czy to źle? Niekoniecznie. Zależy od tego, czego poszukujecie w lekturze. Zresztą tak naprawdę trudno oceniać całość, kiedy... jest to dopiero początek. Może w drugim tomie Langenfeld zwrócił większą uwagę na bohaterów, którzy chyba mają być pierwszoplanowymi postaciami.
Odpowiadając na zadane na początku pytanie: Langenfeld świetnie poradził sobie z fabułą i ukazaniem żywych postaci historycznych. Dobrze poszło mu z wprowadzeniem spisku, mocną stroną powieści są sceny batalistyczne i drobiazgowy opis broni. Gorzej, niestety, jest z głównymi bohaterami, wśród których ze świecą szukać prawdziwego człowieka, w którego żyłach płynie krew, który nie jest biały albo czarny (czy w tym przypadku... czerwony).
Książka jest bardzo ładnie wydana, choć kilka błędów znalazłam. Na szczęście nie psuły nadto przyjemności z lektury. Czy polecam? Owszem. Sama zaś wkrótce sięgam po drugi tom, który leży już na półce i czeka na swą kolej.
 
 
 
 
 
 
Za możliwość przeczytania książki dziękuję Wydawnictwu WARBOOK

 
 

wtorek, 4 listopada 2014

English matters #49/2014 oraz numer specjalny 11/2015

Wydawnictwo: Colorful media
Poznań 2014
ISSN: 1896-4184

















"English matters" było dla mnie wielkim odkryciem. Angielski jest moją pasją od... 23 lat. Od trzech – tłumaczę w parze polski-angielski. Muszę przyznać, że troszkę się obawiałam, iż pismo może mieć za niski poziom. Zaryzykowałam i okazało się, że zrobiłam dobrze. Bogate słownictwo, podręczne słowniczki, możliwość wysłuchania tekstów i ciekawe tematy poruszane w piśmie to tylko niektóre plusy. Po kolei jednak.
Numer 49/2014 jest po prostu wyśmienity. Benedict Cumberbatch w roli Sherlocka nie mógł okazać się temat kiepskim. Na dodatek wszystkie artykuły dotyczące tych postaci zostały świetnie napisane. Ścieżka kariery aktora i jego podejście do życia często zaskakuje fanów, tak jak zaskakiwał bohater stworzony przez sir Arthura Conan Doyle'a. Przegląd postaci występujących w jego twórczości przez pryzmat współczesnego serialu BBC zdaje się rewelacyjnym materiałem do poznania nowego słownictwa.
Bardzo zainteresował mnie, z oczywistych względów, artykuł poświęcony blogowaniu i vlogowaniu. Nie miałam pojęcia, że vlogi są dzisiaj tak powszechne i mają tak wielki wpływ na społeczeństwo. Chyba warto się im przyjrzeć. Może nawet zacznę od tych, o których wspomniał Dan Sandford.
Kolejny świetny tekst dotyczy... słowotwórstwa, czyli tego, co tygryski lubią najbardziej. Wymyślanie nowych wyrażeń jest w literaturze bardzo powszechne. Czy wiecie ile takich neologizmów wymyślił np. Shakespeare albo Dickens? Nie? To sięgnijcie po "English matters" i odkryjcie piękny świat tworzenia słów, które na zawsze wchodzą do języka.
Jeszcze dwa artykuły w tym numerze zwróciły moja uwagę. Jeden dotyczył dronów, druki Pekinu. Wydawało mi się, że całkiem sporo wiem o dronach, okazało się jednak, że jestem już mocno nie na czasie. Nie dawałam sobie sprawy z tego, że są one tak często używane w cywilnych celach. Jeśli zaś chodzi o tekst dotyczący stolicy Chin – mnóstwo przydatnych słów opisujących wielkie miasta i nowe, nieznane kultury. Z pewnością będą w użytku w czasie kolejnej zagranicznej podróży.
Numer specjalny zatytułowany jest "Women only". Jak wiecie – odrzucają mnie etykietki "tylko dla kobiet". W pierwszej chwili wydawało mi się, że nie znalazłam nic dla siebie. Przekartkowałam jednak drugi raz i szczerze się zdziwiłam. Natrafiłam m.in. na artykuł dotyczący tego, jak duże znaczenie dla zapracowanych i wciąż zabieganych kobiet ma Internet i w jak wielu sprawach może być pomocny. Czasem nawet nie spodziewamy się, w jakich. Trochę mniej wciągnął mnie tekst o naturalnych kosmetykach, które można samodzielnie wykonać, wykorzystując znajdujące się w kuchni składniki. Nie był nudny, ale nie powalił mnie na kolana. Choć z pewnością zwrócił uwagę na kilka nieużywanych słów i wyrażeń.
Zaciekawiły mnie również wywiady przeprowadzone z kilkunastoma mężczyznami w różnym wieku i z kilku krajów dotyczące tego, jaka jest kobieta ich marzeń. Ja już swego mężczyznę ze snów spotkałam, więc "artykuł" zainteresował mnie wyłącznie teoretycznie, ale był bardzo interesujący i bogaty leksykalnie.
Najbardziej przypadł mi z numeru specjalnego tekst o Nottingham. Zawsze czułam słabość do Robin Hooda (choć ostatnio chyba jednak większą do Gaya, ale to już inna bajka). Mnóstwo ciekawych słówek, a do tego naprawdę interesujący artykuł o miejscach, które warto zobaczyć, gdy jest się w pobliżu. Cóż, legenda zakapturzonej bandy z lasów Sherwood wiecznie żywa.
Numery są, jak można zauważyć tematyczne co ma swoje duże plusy. Oczywiście, gdy trafić na temat, który jest dla nas mało interesujący, robi się mniej... kolorowo. Ja bałam się tego, co zobaczę w piśmie dla kobiet i okazało się, że jest w nim całkiem sporo interesujących i mądrych tekstów, powiedzmy, okołokobiecych. Warto było zaryzykować.
Pismo wydawane jest na ładnym papierze, który na dodatek jest całkiem wytrzymały (przynajmniej na wodę), co wypróbowałam, trzymając oba numery w łazience, gdzie wilgotność i temperatura raczej nie sprzyjają przechowywaniu książek i pism. 
Ciekawa szata graficzna ułatwia korzystanie z tekstów. Każdy artykuł drukowany jest w kolumnach. Na dole strony znajdują się słowniczki, które również są oznaczone numerami kolumn – tak, że łatwo od razu znaleźć poszukiwane słowo. Działa to także w drugą stronę. Gdy zaczniecie czytać słowniczek – bez problemu znajdziecie słówko w tekście, ponieważ będzie ono w odpowiedniej kolumnie, a na dodatek jest podkreślone. Prosty, a jakże przydatny i wygodny patent.
Artykuły są pisane przez osoby, które naprawdę dobrze władają językiem. Zresztą czuwa nad nimi korekta native speakera. 
Niektóre z tekstów można odsłuchać na stronie wydawnictwa, albo ściągnąć w formacie mp3 (po wpisaniu kodu zawartego w artykule). W wielu miejscach możecie znaleźć również kody QR, które przeniosą Was w różne ciekawe miejsca w sieci.
Jednym słowem – niezależnie od tego, jaki poziom angielskiego reprezentujesz – warto sięgnąć po "English matters". Możesz traktować magazyn jako pomoc naukową, albo po prostu ciekawe pismo. Ja nie żałuję.




Magazyny przeczytałam dzięki życzliwości Wydawnictwa Colorful Media