Fragment mojej recenzji został umieszczony na okładce powieści "Skazaniec. Z bestią w sercu" Krzysztofa Spadło


Moja recenzja została zamieszczona na okładce powieści "Wojownicy. Odwet Wysokiej Gwiazdy" Erin Hunter

Fragment mojej recenzji „Korony śniegu i krwi” został umieszczony na okładce powieści Elżbiety Cherezińskiej – "Niewidzialna korona"

piątek, 15 czerwca 2018

Bajki dla młodszych i starszych – Ks. Zbigniew Sobolewski

Wydawnictwo: Jedność
Kielce 2018
Oprawa: twarda
Liczba stron: 92
Ilustracje: Ola Makowska
ISBN: 978-83-7971-971-6





 
 

Należy chyba zacząć od tego, jak trafiony jest tytuł tej książki. Bo choć rzeczywiście są to bajki, to ich odbiorcą może być zarówno małe dziecko, jak i dorosły. Dlaczego? Ponieważ są pięknie napisane i uniwersalne. To by mogło wystarczyć, myślę jednak, że należy się Wam kilka(dziesiąt) słów więcej.
Zbiór zawiera sześć wciągających opowieści. Wszystkie rozgrywają się w typowo bajkowych krainach, występują w nich księżniczki, książęta, smoki i czarownice. Są księżniczki piękne i brzydkie, są książęta dzielni i raczej myślący tylko o swoich wygodach, są w końcu smoki, które... Cóż, nie chcę napisać za wiele. Rzecz w tym, że bajki ks. Sobolewskiego z jednej strony mocno wpisują się w konwencję znanych nam opowieści, z drugiej są w nich nieprzewidywalne – szczególnie dla dzieci – zwroty akcji. Najważniejsze jednak jest to, że niosą za sobą wielki ładunek emocjonalny i są bardzo pouczające. Pobudzają wyobraźnię, skłaniają do myślenia i rozmawiania o ważnych sprawach.
Pięknie napisane, ładnie, barwnie zilustrowane bajki uczą dzieci tego, jak ważny jest wzajemny szacunek, miłość, odwaga, przyjaźń, zwyczajne dobre uczynki. Że czasami danie komuś bułki może być większym wyczynem, niż zdobycie warownego zamku, a ten, kto z natury swej wydaje się potworny może okazać się najlepszym, serdecznym przyjacielem. Że miłość jest w stanie pokonać wszystkie przeciwności losu, jeśli tylko kocha się szczerze i że oznacza nieraz trudne wybory. Takie, które na początku sprawiają wiele bólu, ale z miłości można naprawdę wiele.
Poruszanie ważnych wartości w bajkowej otoczce to żadna nowość. Smoki, dobre wróżki i baśniowe krainy również nie są niczym pionierskim. Jednak ten zbiór bajek ma w sobie coś, czego – mam wrażenie – brakuje niektórym współczesnym pozycjom przeznaczonym dla młodego czytelnika, a mianowicie ciepła. To nie są suche opowieści. Czuć w nich od razu wiele miłości i serdeczności. Idealnie pasują do wspólnego czytania z dziećmi. Do spędzania czasu razem, rodzinnie. Z pewnością w niejednym domu staną się przyczyną do ważnych rozmów. Choćby o tych trzech magicznych słowach, które każdego dziecka należy jak najszybciej nauczyć, czyli o "proszę", "dziękuję" i "przepraszam". 
Książka jest bardzo ładnie wydana. Znalazłam chyba tylko jeden błąd, więc jest dobrze. Ilustracje są prześliczne, Dziewczynkom bardzo się podobały. Są przemiłym dodatkiem do bajek. Dodatkiem, który nie przytłacza, ale idealnie wpasowuje się w historię. 
Nic dodać, nic ując. Kupować i czytać dzieciakom, kształtować ich charaktery i potraktować książkę jako początek pięknej wspólnej przygody.


 




Książkę przeczytałam dzięki życzliwości Wydawnictwa Jedność

piątek, 8 czerwca 2018

Znak orła. Historia Polski w opowieściach dla dzieci – Dorota Skwark

Wydawnictwo: Jedność
Kielce 2018
Oprawa: twarda
Liczba stron: 40
Ilustracje: Aleksander Panek
ISBN: 978-83-7971-970-9





 
 
Jeszcze raz książka dla dzieciaczków, jednak zupełnie inna tematycznie.
Otwieramy i widzimy od razu mapę państwa Mieszka I. Duży plus. Można powoli spojrzeć, jak kiedyś wyglądała  nasza Ojczyzna (i po chwili porównać ją z mapą III RP zawartą z tyłu). No właśnie, bo o Ojczyźnie jest ta opowieść. 
Wszystko zaczyna się od rozmowy małego Kacpra z dziadkiem, który tłumaczy mu, czym jest Ojczyzna i co to znaczy być patriotą.  Następnie narrację przejmuje... orzeł.
Tekstu jest dość dużo, jest to więc raczej książeczka dla starszych dzieci, myślę, że początki podstawówki to ten właśnie moment. Każdy temat składa się ze zwartego opowiadania (ze słowniczkiem wyjaśniającym trudniejsze terminy – duży plus) oraz dwóch stron z krótkimi tekstami przedstawiającymi dokładniej pewne zagadnienia. Przykład: Półtorastronne opowiadanie o tym, jak Polska stała się państwem chrześcijańskim za sprawą Mieszka I i jego żony Dobrawy. Następnie dwie strony ze zwięzłymi odpowiedziami na pytania o to, czy Mieszko I był królem, czym jest dynastia, jak wyglądał gród piastowski oraz co jadali mieszkańcy ówczesnego państwa polskiego.
Poza świetnie dobranymi materiałami dydaktycznymi i ciekawym ujęciem tematu, książkę należy pochwalić również za wspaniałą szatę graficzną. Zawiera mnóstwo ilustracji, które z pewnością pobudzą dziecięcą ciekawość i wyobraźnię. Ilustrator inspirował się najlepszymi dziełami, poza tym jest również sporo zdjęć z czasów współczesnych, choć opowieść de facto kończy się na...  Piłsudskim. Dlaczego nie ma słowa o polskiej waleczności w czasie II wojny światowej tego nie wiem (choć trochę szkoda). Z drugiej jednak strony – książka jest niewielka, zaledwie 40 stronic, musiano więc dokonać jakiegoś wyboru. Autorka z pewnością przemyślała sprawę i wybrała to, co jej zdaniem najważniejsze dla kształtowania patriotycznej świadomości młodego czytelnika, jednocześnie biorąc pod uwagę jego wrażliwość  i delikatność.
Tekst napisany jest ładnym, przystępnym językiem. Bez wielkiego patosu. Choć zawiera słownictwo, które nie zawsze jest proste. Tu pomagają mini-słowniczki. Dzięki temu wszystko jest zrozumiałe, a dzieci mają szansę poznać nowe wyrazy, nie ograniczając się jedynie do tego, co już znały. Uważam, że to bardzo ważne w tego typu publikacjach.
Uwagi? Może mogłoby być trochę więcej kobiet na stronach tej książki. Historię może rzeczywiście pisali mężczyźni, ale tworzyli ją razem z kobietami. Daleko mi do feminizmu (jak ja nie znoszę tego słowa), ale jest to dość odczuwalne, że nie ma tu ani wielkich królowych (poza Dobrawą), ani nawet żon ważnych postaci. A chciałabym, żeby moje córki wiedziały, że koronę nosi nie tylko król, ale i królowa.




Książkę przeczytałam dzięki życzliwości Wydawnictwa Jedność

Komunia Święta i skarb ukryty w Ciele Chrystusa – Francesca Fabris

Wydawnictwo: Jedność
Kielce 2018
Oprawa: miękka
Liczba stron: 48
Tytuł oryginału: La comunione e il tesoro nascosto nel di Cristo!
Przekład (z j. włoskiego): Krystyna Kozak
Ilustracje: Alessandra Mantovani
ISBN: 978-83-7971-882-5





 
 

Dzisiaj chciałam napisać kilka słów o naprawdę wyjątkowej pozycji. Która nie tylko nas zachwyciła, ale bardzo pozytywnie zaskoczyła mnie poziomem merytorycznym.
Temat Komunii Świętej jest wśród dzieci (szczególnie w okolicy maja) dość szeroko poruszany. Nie ma się co dziwić. Oczywiście zanim nasze dwulatki dorosną do wieku, kiedy i one przywdzieją białe sukienki (czy alby) jeszcze trochę czasu. Jestem również przekonana, że niewiele zrozumiały z tego, co im czytałam. A jednak słuchały z dość dużym zainteresowaniem. 
Szata graficzna jest w tej książce bardo ładna. Duże grafiki, barwne, ładnie komponujące się z treścią, nie przytłaczają jednak. Choć zajmują sporo miejsca, nadal stanowią "tylko" dodatek. Najważniejszy jest tekst. Najważniejsza jest Prawda.
Dwadzieścia dwa tematy opisują kolejno etapy biblijne prowadzące do sakramentu Komunii. Od samego początku Pisma Świętego, od Księgi Rodzaju, ukazują, że wszystko, co "przytrafiało się" Narodowi wybranemu było zalążkiem do tego wielkiego przymierza, do Ofiary złożonej przez Chrystusa i jego wielkiej obietnicy, że będzie z nami "po wszystkie dni, aż do skończenia świata".
Poza tekstem głównym, każdy "rozdział" ma jeszcze dwie "kolorowe karteczki". Czasami jest to "skarb w słowach", czasami "skarb w Piśmie Świętym". Pogłębiają one wiedzę na dany temat, są pewnym wyjaśnieniem, często leksykalnym, które ma za zadanie wytłumaczenie młodemu czytelnikowi niuansów związanych z językiem Biblii.
Poza tym każdy z tych "rozdziałów" ma wskazówki, które należy umieścić na załączonej z tyłu książki mapie. Mapie, która ma nas doprowadzić do skarbu. Książeczka jest bowiem tak skonstruowana, że pobudza także do aktywności, a nie jedynie czytania i biernego przyjmowania wiedzy.
Zadania do wykonania są różne, często jednak polegają na przemyśleniu pewnego zagadnienia i przedyskutowaniu go bądź to w grupie rówieśników, bądź w rodzinie. Mobilizują zatem nie tylko do głębszego spojrzenia na zagadnienie, ale również do poznania zdania na ten temat innych, bliskich osób.
Poza mapą skarbu na końcu znajdują się również mapa Kościoła i mapa ołtarza. Myślę, że dla wielu dzieciaków rzecz bardzo pomocna. Szczególnie dla tych młodszych.
Muszę przyznać, że jest to merytorycznie jedna z najlepszych książek religijnych dla dzieci, jakie miałam dotychczas w rękach. Może nie jestem wybitnym ekspertem w tej dziedzinie, choć trochę na ten temat wiem. I z głębi serca polecam.
 
 
 




Książkę przeczytałam dzięki życzliwości Wydawnictwa Jedność

poniedziałek, 4 czerwca 2018

Ostatnie konklawe – Marcin Wolski

Wydawnictwo: Zysk i S-ka 
Poznań 2018
Oprawa: miękka
Liczba stron: 400
ISBN: 978-83-8116-385-9





Proza Marcina Wolskiego nie była mi dotąd znana, choć Autor jest szanowany od wielu dekad. Cóż, nigdy nie było mi po drodze, chociaż już parę lat temu myślałam o tym, by sięgnąć po jego książki. Nadarzyła się właśnie okazja, z której postanowiłam skorzystać. Cóż, znów sięgam po temat dotyczący Kościoła, papiestwa, wreszcie konklawe. Temat niby w miarę oczywisty, opisany już przez wielu innych, a jednak... Wolski podszedł do niego z zupełnie innej strony, kompletnie niespodziewanie, trzymając w napięciu naprawdę od pierwszej do ostatniej strony.
Powiadają, że diabeł ubiera się u Prady. Co byście powiedzieli, gdyby okazało się, że jednak u krawca szyjącego stroje kościelnych dostojników? Gdyby ktoś Wam oświadczył, że diabeł nie tylko jest wśród nas, ale pragnie... zostać papieżem? 
Wszystko zaczyna się dość niepozornie. Od spotkania w pociągu głównej bohaterki, Weroniki, i "niepokojąco przystojnego mężczyzny koło pięćdziesiątki", Mariusza. Nic nie wróży wielkich dzieł, jakie przyjdzie im razem stworzyć. Nikt nie mógłby przewidzieć, że ramię w ramię stoczą bój o cały Kościół. Ona, ateistka, feministka, singielka. On, ksiądz "na wygnaniu", egzorcysta. W końcu ona... medium. Weronika miewa sny. Sny, które nie są zwyczajne, w których ukazuje jej się przyszłość. Sny, które wielokrotnie już zmieniały tory jej życia, a tym razem przywiodą ją na pole bitwy, której nie można przegrać, choć przegrana jest niemal pewna.
Co z tego wyniknie? Wiele brawurowych akcji, szpiegostwo, egzorcyzmy, zdrady, satanizm. Poleje się krew, popłyną łzy czytelników. I do ostatniej chwili nie będziecie wiedzieli, jak się ta "draka" zakończy. 
Wolski pisze raczej prostym językiem, który jest łatwo przyswajalny, co pozwala na szybką lekturę. Pierwsze 170 stron "połknęłam" w jeden wieczór, co nie jest łatwe przy naprawdę absorbujących małych dzieciach. To doskonałe political fiction z elementami nadnaturalnymi. Ciekawe biografie, trzymająca w napięciu fabuła, liczne zwroty akcji. Bohaterowie, którzy są zwykłymi ludźmi, jakich możemy spotkać codziennie na drogach naszego życia. Bo wszystko to dzieje się z dala od watykańskich korytarzy, z dala od samego konklawe. Ono pojawia się dopiero na końcu powieści, wcześniejsza akcja ma miejsce głównie w Polsce i to jedno z ciekawszych posunięć Wolskiego. Bo o przetrwanie Kościoła katolickiego i wybór dobrego następcy Piotra można walczyć nie tylko tam, gdzie mieszka papież, ale nawet w odległej Polsce. 
Paweł Lisicki napisał, że Wolski jako pierwszy stara się zmierzyć z fenomenem "rewolucji Franciszka" i jej skutkami. Widać to w wielu dyskusjach bohaterów "Ostatniego konklawe". I choć jego osobistego zdania można się jedynie domyślać, kwestia ta zdaje się być niezmiernie ważną dla całej historii, odbija się szerokim echem, choć sam papież Franciszek nie został w powieści wymienionych bodaj ani razu (mimo że pojawiają się odwołania do jego dwóch bezpośrednich poprzedników).
Czy żyjemy w czasach apokaliptycznych? Weronika, Mariusz, Rafał, Kinga i Jarek mogą Wam odpowiedzieć. Chociaż nie, nie wszyscy z nich mogą jeszcze cokolwiek powiedzieć. Chcecie dowiedzieć się więcej? Zajrzyjcie do księgarni i sięgnijcie po "Ostatnie konklawe" Marcina Wolskiego. Warto.
Niestety jak na taką książkę, za dużo pojawia się tu błędów. Często są to takie drobiazgi jak brak kropki na końcu zdania (choć i tak trochę wstyd), jest i kilka większych. Nie będę się o nich teraz rozwodziła, ale odrobinę przeszkadzało to w uczcie, jaką była lektura najnowszej powieści Wolskiego.






Książkę przeczytałam dzięki uprzejmości Zysk i S-ka:

Cudowne źródełko. Legenda świętokrzyska – Dorota Skwark

Wydawnictwo: Jedność
Kielce 2018
Oprawa: twarda
Liczba stron: 32
Ilustracje: Ola Makowska
ISBN: 978-83-7971-796-5





 
 

Tym razem zacznę nieco niestandardowo, mianowicie nie od tekst ale od szaty graficznej. To pierwsze nas zachwyciło. Oglądałyśmy książkę z wielkim przejęciem, choć Dziewczynki mają zaledwie dwa latka, a nie siedem, jak sugeruje Wydawnictwo a propos grupy docelowej. Jasne, moje Córki z pewnością zrozumiały niewiele z całej tej opowieści, a jeszcze mniej zapamiętają. Z pewnością jednak jeszcze wiele razy zajrzymy do tej książki.
Ilustracje są przepiękne. Naprawdę chwytają za serce. Dziewczynkom oczywiście najbardziej podobały się... sowy, jeż i buty (każdy ma jakieś swoje "hobby"), ale ogólnie widziałam, że cała książka zrobiła na nich pozytywne wrażenie. Wiele razy przewracały strony i wracały do tego, co już chwilę wcześniej oglądały. Nie ze wszystkimi książkami tak mają, czasami obejrzą raz i kolejne zainteresowanie nadchodzi dopiero po kilku dniach, tutaj natomiast było natychmiastowe.
"Cudowne źródełko" zostało na kilka dni odłożone i czekało na swój moment. Było gorąco, większość czasu spędzaliśmy na dworze, na zabawach w ogrodzie i różnych festynach odbywających się z okazji Dnia dziecka. Tymczasem nadszedł wielki dzień zdjęcia pieluch. Zestresowana (trzeba się przyznać) tym, zastanawiałam się, jak urozmaicić Dziewczynkom te trudne chwile, w jaki sposób je umilić. Padło na czytanie "Cudownego źródełka" i, muszę przyznać, był to strzał w dziesiątkę. 
Zainteresowanie obrazkami nadal olbrzymie, ale, co równie ważne, Aria i Rebeka z chęcią słuchały tego, co czytałam. Zajęło nam to trochę czasu, bo było kilka przerw, ale przeczytałyśmy całość w jeden dzień, co nie jest taką oczywistą sytuacją. 
Cóż zatem mogę napisać o samej legendzie? Jest to piękna, wzruszająca, pełna ciepła, mądra opowieść o miłości i przyjaźni. Oraz o tym, że warto mieć czyste serce i dobre zamiary, ponieważ dobry człowiek zostaje w życiu wynagrodzony, a zły otrzymuje ostatecznie karę. Miłość siostrzana nie zawsze bywa różowa, nieraz na pierwszy plan wychodzą zazdrość i chęć dominacji, jak to było w przypadku Bogny i Dobrochny. Nieraz siostry podzieli mężczyzna, jak to się stało w przypadku Przemka...
"Cudowne źródełko" przybliża dzieciom, i ich rodzicom, świętokrzyską legendę dotyczącą źródełka świętego Franciszka. Dopiero kiedy całą historię przeczytałam, uświadomiłam sobie, że przecież byłam tam przed dwudziestu dwoma laty. Choć nie lubię gór, a Tatry mnie nie przekonują, wakacje w Górach świętokrzyskich wspominam często i z pewną tęsknotą. Tym przyjemniej więc czytało mi się tę historię. 
Książka jest wyśmienitym pomysłem na prezent, ponieważ jest dopracowana w najmniejszych szczegółach. Przedstawia wysoką wartość literacką i edukacyjną, w przyjemny sposób ukazuje młodemu czytelnikowi piękno polskich legend i polskich gór. To kawałek naszej kultury, który nie jest ogólnie znany (chyba że w regionie świętokrzyskim). 
Polecam gorąco, także młodszym czytelnikom i ich rodzicom.
 
 




Książkę przeczytałam dzięki życzliwości Wydawnictwa Jedność

środa, 18 kwietnia 2018

W twojej książce jest potwór – Tom Fletcher

Wydawnictwo: Zysk i S-ka 
Poznań 2018
Oprawa: twarda
Tytuł oryginału: There's a Monster in Your Book
Przełożył (z angielskiego): Anna Tomczyk
Ilustracje: Greg Abbott
Liczba stron: 32
ISBN: 978-83-8116-260-9





Zamawiając tę książkę, nie do końca wiedziałam, na co się piszę. Autor, choć okazuje się, że znany doskonale polskiemu czytelnikowi, dla mnie był zupełnie obcy. Raczej też nie przepadam za pozycjami o potworach. Ale ten niebieski "diabełek" na okładce urzekł mnie od pierwszego spojrzenia i... zamówiłam.
Książka od razu wywołała falę entuzjazmu u Dziewczynek. Dzieje się tak jednak w wielu przypadkach. One po prostu mają miłość do literatury zapisaną w genach. Na ogół jednak chcą natychmiast oglądać, nie ma mowy o czytaniu, biją się o książkę, wyrywają sobie, każda chce być pierwsza. Potwór natomiast uczynił istny cud...
Moje córki usiadły na podłodze, jedna z mojej prawej, druga z lewej strony i z zapartym tchem czekały. Zaczęłam czytać przekonana, że najpóźniej na trzeciej stronie nastąpi chwytanie i wyrywanie, w najlepszym razie marudzenie. Tymczasem Dziewczynkom tak bardzo spodobały się obrazki i aktywności, do których namawia Autor, że... pozwalały mi książkę przechylać, huśtać nią, razem ze mną dmuchały w Potwora, łaskotały go w stopy, w końcu głośno, a nawet głośniej na niego krzyczały. Jakby tego było mało w pewnej chwili zawołały "wracaj", choć nigdy dotąd tego słowa nie mówiły (jesteśmy na etapie nauki mówienia i zachwyca mnie każde nowe słowo, dlatego od razu to wyłapałam). Moje córki mówią na razie niewiele czasowników, ograniczają się raczej do rzeczowników, a Potwór nauczył je czegoś nowego. Potem, zgodnie z prośbą Autora, położyłyśmy Potwora spać, zamknęłyśmy książkę i położyłyśmy na podłodze. 
Dopiero wtedy rozpoczęły się "dyskusje", bo ulubioną "kłótnią" Sióstr jest temat spania (jedna mówi "śpi", druga "nie, budzi"; "nie, śpi", "nie, budzi" i tak nawet kilkanaście minut). Odkąd jednak zaczęły pokazywać swoje własne zdanie, czyli od mniej więcej roku, o ile nie dłużej, jeszcze żadnej książki (nawet kilkustronicowej) nie udało mi się im przeczytać od początku do końca za jednym razem. I to jest chyba najlepsza rekomendacja jaką mogą dać dwuletnie szkraby.
Tekst jest bardzo przejrzysty, przyjemny, pobudza do działania i nie sposób go po prostu przeczytać i nie wykonać zawartych w nim "zadań". Jeśli dodać do tego przepiękną szatę graficzną, ślicznego i słodkiego Potwora, który od razu budzi sympatię i szycie zamiast klejenia (czyli trwałość, co w książkach dla dzieciaków jest szczególnie ważne) to otrzymujemy książkę niemal idealną. Niemal? Cóż, mogła by być dłuższa. Sama chętnie dłużej pobawiłabym się z Potworem.
Już nie mogę się doczekać, kiedy Dziewczynki chwycą książkę we własne małe rączki i zaczną nią huśtać, machać i tak dalej, żeby przegonić Potwora  z jej stron. Szczególnie że od czasu swoich drugich urodzin (dwa tygodnie temu) mają świetnie opanowane również dmuchanie.  Mam nadzieję, że w najbliższym czasie znajdę więcej takich ciekawych, przyjemnych, interaktywnych pozycji.
Polecam z całego serca!






Książkę przeczytałam dzięki uprzejmości Zysk i S-ka:

środa, 4 kwietnia 2018

Akademia Pana Kleksa – Jan Brzechwa

Wydawnictwo: Wilga 
Warszawa 2018
Ilustracje: Dorota Prończuk
Oprawa: twarda
Liczba stron: 152
ISBN: 978-83-280-4889-8










Któż z nas nie zna Pana Kleksa? Chyba każdy wychowany w PRLu  doskonale pamięta wypieki na twarzy w chwili, gdy czytał tę niezwykłą książkę, a także wówczas, gdy przyszło mu obejrzeć Pana Kleksa na ekranie telewizora. Pamiętam do dzisiaj, jak wielką frajdą i rodzinnym wydarzeniem było zasiadanie przed telewizorem i oglądanie naszych pierwszych kaset VHS, na których był "Pan Kleks w kosmosie". Nadal potrafię przytoczyć część dialogów z tego filmu, wciąż znam słowa niektórych piosenek, choć minęło już ćwierć wieku od tamtych wiekopomnych wydarzeń. W obecnej chwili pojawia się na rynku nowe wydanie "Akademii Pana Kleksa". Coś idealnie wpasowującego się w nurt komponowania biblioteczki dla naszych Dziewczynek. 
"Akademia..." to książka niezwykła z wielu różnych powodów. Język, piękna polszczyzna, którym została ta powieść spisana jest zjawiskiem coraz rzadszym. Nawet wychwalani i nagradzani współcześni autorzy książek dla dzieci nie mogą mierzyć się (przynajmniej moim zdaniem) z takim geniuszem jak Brzechwa. Tu każde słowo ma znaczenie, każde jest użyte poprawnie, każda scena jest plastyczna, każda postać niczym oglądana na żywo. Wszechobecny, popularny (i nawet całkiem przyjemny w czytaniu) Harry Potter to czarodziej, który jakiś czas temu stał się swoistą ikoną popkultury. Pan Kleks był jednak dużo wcześniej. Też czarodziej, też magiczna szkoła. A jednak wszystko jest inne. Rzecz dzieje się w Polsce. Pan Kleks nie jest zakompleksionym uczniem, ale wielkim czarodziejem i wybitnym pedagogiem. Na dodatek ma kontakt z postaciami ze wszystkich właściwie bajek.
Adaś Niezgódka, narrator i jeden z głównych bohaterów powieści, trafia do Akademii Pana Kleksa, ponieważ rodzice nie potrafili sobie poradzić z tym, że nic mu w życiu nie wychodziło. Liczą na pomoc wielkiego czarodzieja. Czy mu się uda? A może pytanie należy zadać inaczej – czy Adaś rzeczywiście potrzebuje takiej pomocy, o jakiej myślą jego rodzice?
"Akademia Pana Kleksa" to wybitne dzieło o pięknie przyjaźni i oddaniu. O cieple, miłości, magii. O dorastaniu i dojrzewaniu (bo to nie to samo). W końcu to historia pobudzająca wyobraźnię do granic niemożliwości. Zabawna, mądra, wbrew pozorom bardzo życiowa. Dla dzieci, dla młodzieży, ale nawet dla dorosłych. Może nam przypomnieć jak to jest być dzieckiem, marzyć, cieszyć się z drobnostek. Warto do niej czasami wracać.
Nowa odsłona "Akademii..." wydana została w twardej oprawie, wydrukowana na pięknym kredowym papierze. Litery są duże, co z pewnością jest pomocne dla dzieci, które uczą się czytać (oraz dla zmęczonych rodziców). Dodatkowym plusem, i to bardzo dużym, tego wydania są kolorowe ilustracje autorstwa Doroty Prończuk. Osobiście przywykłam do, znanych mi z lat dziecięcych, prac Jana Marcina Szancera. Człowieka, którego twórczość bardzo cenię i lubię. Przyznaję jednak, że to, co zobaczyłam w najnowszym wydaniu "Akademii..." jest piękne. Barwne, radosne, dokładnie ilustrujące treść obrazy są dokładnie takie, jak można by się spodziewać po kimś, kto jest wielkim miłośnikiem Pana Kleksa, po kimś kto malować nie tylko porafi i kocha, ale kto przez to tworzy coś wielkiego. Początkowo trochę się bałam, czy po otwarciu książki nie zrażę się tym, że to nie Szancer. Nic takiego się nie stało, a nowa odsłona bardzo przypadła mi do gustu. Zresztą Dziewczynkom (które dotąd jedynie słuchały Kleksowych audiobooków) również. 
Polecam z całego serca każdemu. Nawet tym, którzy – jak ja – mają na półce jakieś starsze wydania powieści.
 
 
 
 
 
 

Książkę przeczytałam dzięki życzliwości WydawnictwaWilga

wtorek, 3 kwietnia 2018

Samotnia (tom 2) – Charles Dickens

Wydawnictwo: Zysk i S-ka 
Poznań 2018
Oprawa: twarda z obwolutą
Tytuł oryginału: Bleak house
Przełożył (z angielskiego): Tadeusz Jan Dehnel
Ilustracje: H. K. Browne
Liczba stron: 688
ISBN: 978-83-8116-185-5





O ile pierwszy tom "Samotni" bardzo mi się podobał, o tyle... drugim jestem zachwycona jeszcze mocniej. Choć ma i swoje słabsze strony.
Wydaje mi się, że akcja znacznie przyspieszyła, właściwie brakuje już zdecydowanie za długich opisów. Oczywiście, opisy są. Oczywiście, jak na Dickensa przystało, bywają długie. Jednak zauważyłam, że jakoś ta długość mniej nuży, nawet przy ogólnym zmęczeniu i niecierpliwości, która ogarnie w pewnym momencie każdego czytelnika. Wszak bardzo chcemy dowiedzieć się, co też wydarzy się dalej...
Estera poznaje prawdę o swoim pochodzeniu. A przynajmniej najważniejszą jej część. Początkowo trudno jej się z tym wszystkim pogodzić, choć nie czuje urazy do matki, a pała do niej wielką miłością. Cóż, w końcu to Estera. Ona zawsze w każdym dostrzeże plusy, każdemu wybaczy, nad każdym się pochyli, każdemu zechce nieść pomoc. Ta ostatnia cecha zaprowadzi ją aż do granicy śmierci i nie pozostanie bez wpływu na dalsze losy tak jej samej, jak i kilku przynajmniej innych bohaterów "Samotni".
Również opowieść o Adzie i Richardzie nabierze kolorytu, a w ich otoczeniu pojawi się przynajmniej jeden osobnik, który będzie miał na to kolosalny wpływ. Stosunki w rodzinie stworzonej przez Johna Jarndyce'a ulegną zmianie i to nie zawsze na korzyść. Przed niektórymi pojawią się piękne perspektywy na szczęśliwe życie, przed innymi zachmurzy się niebo.
Mocną stroną drugiego tomu powieści Dickensa jest nie tylko szybsza akcja i jeszcze więcej jej zwrotów. Bo tych ostatnich doprawdy nie zabraknie. Nadal znajdziemy tu głębokie spojrzenie na angielskie społeczeństwo, wciąż opowieści o niektórych bohaterach będą tryskały poczuciem humoru, o innych Autor opowie z ironią, jeszcze innych przedstawi w sposób chłodny. Pojawią się na scenie nowe postaci, a także rozwinięte zostaną wątki tych, których obecność została wcześniej jedynie zasygnalizowana, bądź nie mieliśmy pojęcie, w jaki sposób de facto wpiszą się w całość historii. 
Oprócz wątku Estery najbardziej przypadło mi do gustu opowiadanie o panu George'u. Choć i Caddy wciąż wnosi niemało ciepła i radości, mimo że jej losy nie zawsze pozostają przecież różowe. Wspaniałe są również, dla mnie często zupełnie niespodziewane, zwroty akcji. Zaskoczona byłam przynajmniej kilka razy, a to dla mnie bardzo ważne w czasie lektury. Fabuła zbyt łatwa do przewidzenia jest po prostu... nudna. 
Zakończenie okazało się całkowicie nieprzewidywalne. W całej rozciągłości. Piękna wisienka na przepysznym literackim torcie.
Nadal mamy tu do czynienia z pięknym językiem, przemyślaną, doskonale skonstruowaną fabułą, bohaterami z krwi i kości, wspaniałymi ilustracjami, naprzemienną narracją Estery i wszechwiedzącego Autora oraz z portretem współczesnego mu społeczeństwa. Niestety w tym tomie, co już nie jest winą Dickensa, znalazłam bardzo dużo błędów i to już niemal od pierwszych stron. To właściwie jedyny, choć znaczący, minus drugiego tomu "Samotni".
Na zakończenie Wydawnictwo "częstuje" nas kilkoma słowami od tłumacza. Zdziwiłam się bardzo, że tłumaczenie to ma już niemalże 45 lat. Warto tym bardzie zapoznać się również z tymi kilkoma stronami zapisanymi w 1973 roku – rzucają one światło na pewne ciekawe kwestie związane nie tylko z samą powieścią.
Jeśli pominąć błędy, to drugi tom "Samotni" prezentuje się jeszcze lepiej od pierwszego i polecam lekturę każdemu, kto dotarł do końca pierwszego tomu. Choć wydaje mi się, że to polecenie jest zbędne – wszak każdy, kto przeczytał już wcześniejsze ponad sześćset stron z pewnością będzie chciał czytać dalej. Choćby po to, by dowiedzieć się czy proces Jarndyce przeciwko Jarndyce dobiegnie końca i jaki będzie miał wpływ na dalsze losy poznanych już bohaterów.
 






Książkę przeczytałam dzięki uprzejmości Zysk i S-ka: