Fragment mojej recenzji został umieszczony na okładce powieści "Skazaniec. Z bestią w sercu" Krzysztofa Spadło


Moja recenzja została zamieszczona na okładce powieści "Wojownicy. Odwet Wysokiej Gwiazdy" Erin Hunter

Fragment mojej recenzji „Korony śniegu i krwi” został umieszczony na okładce powieści Elżbiety Cherezińskiej – "Niewidzialna korona"

wtorek, 23 listopada 2021

Nasze ważne sprawy – Jennifer Moore-Mallinos

 

Wydawnictwo: Jedność
Kielce 2021
Oprawa: twarda
Liczba stron: 96
Tytuł oryginału: A whole bunch of values
Przekład (z j. angielskiego): Karolina Tudruj-Wrożyna
Ilustracje: Julia Seal
ISBN: 978-83-8144-462-0
 

 



Kolejna książka od Jedności o wartościach jest przeznaczona raczej dla młodszego czytelnika. Powiedziałabym, że w wieku przedszkolnym. Spokojnie możecie ją podarować (i poczytać) już swojemu trzylatkowi. 

To bogato ilustrowana pozycja pokazująca dzieciom, co jest w życiu naprawdę ważne. Podtytuł głosi "O szczęściu, przyjaźni i innych wartościach". Na okładce widzimy dzieci wymieniające niektóre z nich: uczciwość, wdzięczność, hojność, troskę o świat i miłość.

W środku znajdziecie ich aż 45. I każda zostanie przedstawiona ustami dzieci, z ich perspektywy, w ich życiu, w konkretnej sytuacji. To bardzo mocna strona tej pozycji. Dzieci mówią do dzieci, jednocześnie nie siląc się na wielkie opowieści, ale pokazując swoje życie. Sytuacje, które same przeżyły, z którymi nieraz musiały się zmierzyć. Zabawne, przyjemne, bolesne, smutne. Przeróżne. A każda z nich wiąże się z jedną konkretną wartością, nad którą rodzice mogą się pochylić w rozmowie ze swoim szkrabem. 

Opis każdej wartości to zaledwie kilka linijek, dzięki czemu nie można się tą książką zmęczyć. Duża czcionka będzie też przydatna, jeśli po tę pozycję sięgną dzieci uczące się dopiero czytać. Każdy mini-rozdział jest przepięknie zilustrowany. Dodatkowym atutem są też pogrubienia tekstu w najważniejszych miejscach. Nie sposób przecenić również pytań. Jakich? Otóż na końcu historyjki zawsze znajduje się jedno (czasem dwa) krótkie pytanie. Wprost do dziecka, któremu się czyta. O to czy i ono miało w życiu podobną sytuację. A może zupełnie odmienną, ale taką, w której dana wartość odegrała jakąś rolę. A jeśli nie, to jak myśli, jak by się wówczas zachowało. Taka refleksja może się zresztą przydać i dorosłym.

To książka, którą spokojnie można tylko oglądać (wizualnie jest piękna). O której można mówić. Którą można czytać. O której można dalej dyskutować. Może być jedynie ciekawie opowiedzianymi historyjkami o wartościach, albo i przyczynkiem do długich rozmów z dziećmi. Wszystko zależy od czytelników – tych małych i tych większych. Grunt, że porusza naprawdę ważną tematykę w bardzo przystępny, przyjemny sposób. Zapadający w pamięć zarówno dzięki konkretyzacji sytuacji, jak i dzięki przepięknym ilustracjom Julii Seal.

Jeden błąd, który znalazłam, nie jest w stanie w żaden sposób wpłynąć na moją bardzo pozytywną ocenę tej pozycji. Szczególnie, że wymienione w niej wartości to nie tylko te najbardziej oczywiste, ale i takie, być może, rzadziej przychodzące na myśl jak choćby prostota, pokora, dotrzymywanie obietnic, umiar, czy wytrwałość.


Dla starszaków natomiast polecam inne pozycje od Jedności, mianowicie: Księgę wartości i dobrych obyczajów oraz Wartości w życiu rodziny.







Książkę przeczytałam dzięki życzliwości Wydawnictwa Jedność

środa, 17 listopada 2021

Historie z Biblii – Anna Małgorzata Jóźwik

 

Wydawnictwo: Jedność
Kielce 2021
Oprawa: twarda
Liczba stron: 40
Ilustracje: Ola Makowska
ISBN: 978-83-8144-512-2
 


 

Wydawnictwo: Jedność
Kielce 2021
Oprawa: twarda
Liczba stron: 40
Ilustracje: Ola Makowska
ISBN: 978-83-8144-511-5
 




Wydawnictwo Jedność daje nam piękny prezent nie tylko na Mikołajki. Myślę, że już same okładki przyciągają wzrok na tyle, że chce się zapoznać z tym, co w środku. Zresztą nie ma się co dziwić, książeczki ilustrowała Ola Makowska, którą uwielbiamy od dawna. Każda z nich jest piękna, bardzo precyzyjna, barwna, budząca mnóstwo emocji, idealnie komponująca się z treścią.
Rzeczywiście, dzisiaj zaczęłam trochę inaczej, ale rzeczywiście zwróciłam uwagę na te dwie pozycje właśnie ze względu na okładki. Dopiero potem postanowiłam, że chcę zapoznać się z treścią. I to był strzał w dziesiątkę. Obie bowiem są rewelacyjne. Być może komuś z Was takie zdanie wystarczy, by już kupować. Dla tych, który się jeszcze wahają – mam kilka bardziej szczegółowych uwag.
Każda z książek składa się z siedmiu rozdziałów opowiadających o różnych bohaterach. Dla dziewczynek o Bożych kobietach, dla chłopców – o mężczyznach. Są tam postaci znane nam zarówno z kart Starego, jak i Nowego Testamentu. Te najpopularniejsze, jakby można rzec, i te mniej znane. Przyznajcie, że niewiele przedszkolaków (a dla takich dzieci te książki polecam, o czym jeszcze poniżej) zna dobrze historię Noemi i Rut, Lidii, Gedeona czy Trzech młodzieńców, którzy odmówili posłuszeństwa królowi Nabuchodonozorowi. Prawda?
Poczynając od Miriam, siostry Mojżesza, dziewczynki zapoznają się z życiem kobiet, które postawiły na Boga. Nie było im łatwo w takim zwykłym, ludzkim kontekście. Jako kobiety w kraju o wyjątkowo patriarchalnym podejściu niewiele mogły zdziałać. A jednak Bóg je prowadził. W ten sposób Miriam ocaliła swego braciszka, który wyprowadził z Egiptu cały lud izraelski, Anna wymodliła syna, który stał się pewnego dnia wielkim prorokiem, któremu przyszło w udziale namaszczenia Dawida na króla Izraela. Maria i Marta musiały wybrać pomiędzy obowiązkiem, wychowaniem i przyzwyczajeniem a Jezusem. Z kolei Lidia wiele zaryzykowała, wybierając drogę chrześcijańską w świecie, dla którego Jezus był dla wielu wrogiem numer jeden. 
Chłopcom Anna Małgorzata Jóźwiak również proponuje niesamowitą przygodę wraz z wyjątkowymi mężczyznami. Pokazuje jak z biednego, sprzedanego przez rodzonych braci chłopca Józef wyrasta na doradcę samego wielkiego faraona i dzięki dobremu sercu i mądrości wybacza swym złoczyńcom i pomaga im w biedzie. Razem z Dawidem, niewielkim chłopaczkiem, pokonają niezwyciężoną armię Filistynów, a z Pawłem Apostołem zawędrują do Macedonii, by przekonać się, że głoszenie wiary w Zbawiciela może przynieść wiele bólu, ale zawsze daje wolność. 
Historie nie są długie, mają po około trzy do pięciu stron. Każda z nich jest bogato ilustrowana. Dodatkowym atutem jest krótkie podsumowanie po każdym rozdziale, w którym autorka wskazuje na najważniejsze cechy danej postaci i zachęca czytelników, by i w sobie je odnaleźli i pielęgnowali. Przyznam, że te kilka zdań na temat każdego z biblijnych bohaterów trafia do głębi serca. Ja zrobiłam sobie zdjęcia niektórych z nich, by zawsze mieć je w telefonie. Są bardzo życiowe, niesamowicie aktualne. Dzięki nim dzieci od razu widzą, że historie biblijne to nie tylko opowiastki sprzed wieków, ale również (albo i przede wszystkim) opowieści o Prawdzie, która dzieje się także tu i teraz.
Pisałam, że moim zdaniem książeczki te są przeznaczone dla przedszkolaków. Mam jedno zastrzeżenie, mianowicie co do opowieści o Trzech młodzieńcach. Zostawiłabym ją chyba dla chłopców w wieku szkolnym, bo dla młodszych może być nieco zbyt drastyczna. Choć oczywiście każdy rodzic sam powinien zdecydować, na ile jest jego dziecko gotowe. Wiadomo, że programy telewizyjne i gry komputerowe już takim maluchom proponują dość agresywne treści.
Książki są bardzo porządnie wydane, w twardych, lakierowanych oprawach, na kredowym papierze. O ilustracjach już pisałam, jestem pod dużym wrażeniem. W każdej z nich znalazłam po dwa błędy, więc nie jest najgorzej. Mogę z czystym sercem polecać.







Książkę przeczytałam dzięki życzliwości Wydawnictwa Jedność

sobota, 13 listopada 2021

Dom Holendrów – Ann Patchett

Wydawnictwo: ZNAK
Warszawa 2021
Oprawa: twarda
Liczba stron: 336
Tytuł oryginału: The Dutch House
Przekład (Z j. angielskiego): Anna Gralak
ISBN: 978-83-240-7335-1
 
 



Spodziewałam się literackiej uczty, jako że to nie moje pierwsze spotkanie z Ann Patchett i się nie zawiodłam. Jej "Dom Holendrów" jest równie dobry jak "Dziedzictwo". A może nawet lepszy.

Gdybym miała w jednym zdaniu, czy nawet jednym tylko akapicie opisać, o czym jest ta książka, z pewnością by mi się nie udało. Jest w niej bowiem tyle różnych wątków, tyle symboliki, tyle wiążących się ze sobą kwestii, wydarzeń wynikających z siebie nawzajem. Powieść po prostu zachwyca wielowątkowością, w której jednak nie sposób się pogubić, co jest zadaniem dla autora niezwykle trudnym. Widać od razu, że warsztat Patchett ma doskonały.

Już na pierwszy rzut oka urzeka okładka i jest ona niesamowicie osadzona w treści. Prawdziwą przyjemność sprawiło mi szukanie, z czego wynikają poszczególne jej elementy. Myślę, że wiele osób ma w tej kwestii podobne odczucia. 

Narratorem powieści jest Daniel. Opowiada o życiu swoim i swej rodziny. Osoby, z którymi miałam okazję rozmawiać o książce uważają w większości, że główną bohaterką jest Meave, jego starsza siostra. Ja jednak nie jestem taka pewna. Postaci nietuzinkowych i niezmiernie ważnych dla całej fabuły jest tu bowiem wiele.

Akcja rozgrywa się na przestrzeni kilku dekad, w Stanach Zjednoczonych. Jest to bez wątpienia rodzinna saga, obfitująca w niesamowite zwroty akcji, tak jednak bogata w przemyślenia, tak głęboko osadzona w ludzkich tragediach, że nie sposób porównać ją do popularnych sag, w których jednak pierwsze skrzypce wiedzie akcja i romans. Tutaj najważniejsze zdają się psychologia i socjologia. 

Wracając jednak do akcji i postaci. Matka Daniela i Meave odchodzi z domu, gdy chłopiec jest jeszcze mały. Nie do innego mężczyzny. Czuje, że musi wyruszyć do Indii, nieść pomoc potrzebującym. Dlaczego nie postrzegamy tego jako coś pozytywnego? Cóż, kobieta opuszczająca własne dzieci, małe dzieci po to, by zajmować się obcymi dziećmi jest postacią przynajmniej dyskusyjną. Próba jej oceny, wyjaśnienia jej wyborów, w końcu być może zapomnienia krzywd i wybaczenia przewija się przez całą powieść.

Choć fabuła "Domu Holendrów" jest wciągająca, to nie ona stanowi o wartości książki i dlatego nie będę jej opisywać. Zresztą nie chciałabym psuć Wam przyjemności z lektury. Zwrócę jednak uwagę na kilka kwestii, które szczególnie dotknęły mojego serca i zapadły mi w pamięć.

Należy pamiętać w czasie lektury, że oczekiwania wobec mężczyzn i kobiet w tamtych czasach (akcja rozpoczyna się zaraz po zakończeniu wojny i rozwija przez kolejne dekady) były zupełnie inne niż teraz. Caroline pragnęła zostać żoną lekarza. Było to dla pewną niej nobilitacją. Nie powinniśmy jej za to źle osądzać, wiele kobiet chciało dobrze wyjść za mąż. Mąż miał być stabilizacją, dać bezpieczeństwo, dom, pieniądze. kobieta miała opiekować się mężem, dziećmi i domem. Takie były wobec nich oczekiwania. Czy właściwe? Nie mnie to oceniać. Rzecz w tym, że z naszej współczesnej perspektywy lubimy oceniać decyzje ludzi żyjących kiedyś, a potem bohatera nie lubimy za to, że robił coś, co w danym okresie było postrzegane za normalne, zdrowe, zgodne z modą czy wręcz doceniane jako wartość wyższa od innych. W bardzo subtelny sposób, między wierszami, Patchett nam to wypomina.

Maeve jest dla Danny'ego niczym matka i Caroline w pewnym momencie tak ją traktuje, jak upierdliwą teściową, na niej się może wyżywać, a kiedy jej zabraknie, nie ma już na kogo zwalać win za nieudane małżeństwo i w końcu się ono rozpada, bo całe negatywne nastawienie zostaje skierowane przeciw Danielowi.

Matka Daniela i Meave z kolei wprowadza nas w temat oddania się potrzebującym kosztem własnej rodziny. Trudno jednoznacznie orzec, czy to postać pozytywna, czy negatywna. Ja nie potrafiłam się do niej przekonać, choć pewnie znajdą się czytelnicy, którzy odbiorą ją inaczej. Poświęcenie się pracy na różnych poziomach, zarówno matki, jak i ojca jest kolejnym ważkim wątkiem w tej opowieści. Ciekawe, że ojca oceniamy surowo, ale dla matki nie mamy litości. Czy to uczciwe?

To także powieść o potrzebie rozmowy, o niespełnieniu, o życiu przeszłością (często wręcz traumatyczną, naznaczoną bólem i żalem), w końcu właśnie o matce marnotrawnej, o czym wspomniano na tylnej okładce.

Bohaterem jest poniekąd również, czego można się domyślać po tytule, sam dom. Amerykanie wciąż się przeprowadzają, za pracą, za rodziną, za nowymi możliwościami, a ten dom pokazywał, że wszystko może być mocno osadzone i niezmieniane przez pokolenia. Tak, jak często w domach starszych Polaków. Różnice kulturowe są tu mocno widoczne. Dom był zupełnie inny od tych, które bohaterowie znali, ma przeszklony na wylot hall, ma salę balową na piętrze, aż trzy kondygnacje, mnóstwo schodów. Jest nietypowy zarówno dla budownictwa amerykańskiego, jak i holenderskiego, a niemałe znaczenie mają również jego elementy zdobnicze, przywiezione na specjalne zamówienie wcześniejszych właścicieli z samej Europy, która zdaje się być jakąś wyjątkową krainą (nawet zaraz po wojnie). Dom możemy też rozumieć znacznie szerzej. Jako azyl. Dom naszego dzieciństwa, niezależnie od trudnych chwil, które przecież każdemu się przytrafiają, często bywa tą przystanią, którą z rozrzewnieniem wspominamy, do której chcielibyśmy wracać, która jest jakimś wzorem, do której dążymy. Pojawia się w powieści również ciekawy wątek swoistego domowo-samochodowego stalkingu (więcej nie zdradzę, przeczytajcie sam, co kryje się pod tym pojęciem).

W domu Holendrów bliższe kontakty mają członkowie rodziny ze służbą niż z sobą nawzajem. Czy to znak czasów? Absolutnie nie. To oznaka straszliwej nieumiejętności nawiązania naprawdę głębokich kontaktów. Uciekania przed problemami. Nie mówienia o swoich potrzebach. "Dom Holendrów" to bowiem chyba przede wszystkim powieść o tym, że musimy nauczyć się rozmawiać. Bez rozmowy nie da się budować relacji. Brak rozmów w związkach doprowadził do tego, że bohaterom wciąż było czegoś za mało, albo wciąż za dużo. Pojawiało się i rozwijało totalne niedopasowanie między nimi. Nawet gdy pragnęli się nawzajem uszczęśliwiać, nie wychodziło im to i napięcie między nimi oraz przepaść rosły.

Zresztą książka ta przesiąknięta jest też subtelnie i delikatnie ukazywanymi symbolami. Symbolem takim jest noga ojca rodziny. I to na różnych płaszczyznach.  Dom z wieloma schodami. Samochód jako swoisty azyl. Portret Meave.

To w końcu, co najmocniej widać w przypadku samego Daniela, powieść o szukaniu siebie, swojej drogi w życiu. Można to górnolotnie nazywać misją czy powołaniem, ale chodzi też o takie zwyczajne miejsce w społeczeństwie. Poszukiwanie tego, kim jestem, czego właściwie chcę, czego oczekuję od innych, z jakimi oczekiwaniami mogę i powinienem się mierzyć co do mojej osoby. I w końcu jak pogodzić sprzeczne oczekiwania, co dla Daniela i Meave było kwestią mającą reperkusje przez całe ich życie i aż dziw, że mimo to byli z sobą tak zżyci i mieli tak dobry kontakt.

W czasie lektury brakowało mi chyba jakiegoś bohatera stricte pozytywnego, wszyscy oni są mniej lub bardziej tragiczni. Chyba najbardziej pozytywna jest Meave, choć przecież widzimy bardzo dokładnie jej ciemną stronę, która w dużym stopniu przesądza o dalszych losach jej i Daniela, a nawet pozostałych członków tej trochę patchworkowej, jak byśmy dzisiaj powiedzieli, rodziny. Zemsta na macosze, którą sobie dokładnie zaplanowała jest czymś, co trudno jednoznacznie ocenić. Choćby dlatego, że o tamtej kobiecie tak niewiele wiemy. Skąd przybyła, co się stało z jej poprzednim mężem, jakie miała pobudki poza "dobrym zamążpójściem", by wżenić się w tę rodzinę. Jednocześnie przecież widzimy, że ojciec Daniela i Meave nie potrafił z nikim zbudować dobrej relacji. Ani z kobietą, która nie umiała postawić w domu na swoim, ani z taką, która tym domem de facto rządziła. Jego żony różnią się od siebie diametralnie, a z żadną z nich nie umiał by szczęśliwy. 

Powieść czyta się rewelacyjnie, właściwie połyka się książkę, a jednocześnie tak wiele myśli się jej poświęca. Minęły już trzy miesiące od lektury, a ja wciąż do niej wracam myślami. Jest bardzo mocna, dotyka na wielu różnych poziomach i zmusza do przedefiniowania pewnych pojęć, do zastanowienia się nad tym, jak żyjemy i dlaczego nieraz coś nie wychodzi tak, jak byśmy tego pragnęli. Choć opowiada historię sprzed lat jest niesamowicie aktualna. Polecam z całego serca!

 

 




Książkę przeczytałam w ramach Dyskusyjnego Klubu Książki

wtorek, 9 listopada 2021

Położna. O mojej cioci Stanisławie Leszczyńskiej – Maria Stachurska

 

Wydawnictwo: Burda Książka
Warszawa 2020
Oprawa: twarda
Liczba stron: 320
ISBN: 978-83-8053-645-6
 

 

Zabrałam się do lektury książki, ponieważ chciałam zapoznać się z nią zanim pójdę do kina na film. Do dzisiaj nie dane mi było tego filmu zobaczyć, ale jestem wdzięczna za możliwość przeczytania książki. Myślę, że jest ona bardzo ważna i bardzo aktualna w swoim wydźwięku. Szczególnie dzisiaj, gdy na nowo rozgorzała debata dotycząca aborcji.

Choć na okładce napisano, że to "pierwsza pełna biografia" położnej z Auschwitz-Birkenau, ja określiłabym tę pozycję bardziej jako opowieść rodzinną bardzo mocno osadzoną na faktach. Choć widać, że w niektórych momentach autorka musiała dodać coś od siebie, być może coś dopowiedzieć, coś nawet wymyślić. Dlaczego nie zgadzam się z nazywaniem "Położnej" biografią? Ponieważ nie ma w niej żadnych przypisów, żadnych odnośników do konkretnych źródeł (jeśli pominąć wspominany często "raport"). Nie sposób stwierdzić, które informacje wynikają z kwerendy dokumentów, a które są rodzinnymi wspominkami, zasłyszanymi – teraz czy dawniej – przez autorkę. Dla mnie nie umniejsza to wartości pozycji, czyni ją bardziej przystępną dla czytelnika, lżejszą w czytaniu (choć przecież temat jest niezwykle trudny), bardziej kładącą nacisk na ogólne przesłanie życie Stanisławy Leszczyńskiej niż na suche fakty. Trudno jednak obronić tezę, że jest to biografia, tym bardziej pełna.

"Miałam 16 lat kiedy odeszła. Pamiętam wiele, ale moje wspomnienia były zbyt ubogie, by mogła powstać z nich książka. Kiedy po śmierci jej synów zostałam zasypana dokumentami, wspomnieniami i zapiskami o cioci Stasi – poczułam, że jest to swoistego rodzaju testament, który należy wypełnić. Pokazać światu, kim naprawdę była słynna położna z Auschwitz-Birkenau. Napisać nie o ikonie tylko o prostej kobiecie, bo taka była: pełna ciepła i zrozumienia dla każdego człowieka." Tak oto swoją opowieść o cioci rozpoczyna Maria Stachurska (prywatnie m.in. mama Ani Lewandowskiej i teściowa Roberta). Każdy rozdział rozpoczyna się od krótkiej scenki zainscenizowanej przez autorkę. Te momenty są beletryzowane, ukazują główną bohaterkę w działaniu, w  otoczeniu najczęściej rodziny. Nie możemy wiedzieć czy wydarzenia tam opisane miały miejsce, czy Stachurska chciała nimi jedynie uwypuklić pewne cechy Leszczyńskiej, uczynić ją jeszcze bardziej ludzką (czy to możliwe?). W każdym razie dodają całości lekkości i, moim skromnym zdaniem, są taką chwilą na wzięcie oddechu.

Kim zatem była Stanisława Leszczyńska, nasza polska służebnica Boża? Zobaczymy ją na przestrzeni wielu dekad, Stachurska nie skupia się li tylko na czasie spędzonym w obozie. Opowieść rozpoczyna od dzieciństwa, w którym miał miejsce bardzo ciekawy epizod. Szkoda, że nie napisała o nim więcej. Chętnie poczytałabym jeszcze o latach, które Stasia spędziła w Brazylii i jaki miały one wpływ na jej późniejsze życie. 

Ciężka praca położnej szła w parze z życiem rodzinnym. Stanisława, mocno osadzona w Bożej miłości, w drugim człowieku zawsze dostrzegała Jezusa. Niosła pomoc potrzebującym,, nie patrząc na zawartość portfela. Była bardzo szanowana w Łodzi. Posyłano po nią do rodzących w różnych porach dnia i nocy, a ona zawsze pędziła. Przygotowana, choć zaspana, profesjonalna, choć zmęczona. Niezależnie od narodowości czy wyznania rodzącej.

Gdy wybuchła wojna była już, można rzec, kobietą ustatkowaną, po czterdziestce, mężatką, matką dorosłych dzieci. Miała duże doświadczenie w pracy położnej. Odbieranie porodów było dla niej nie tylko chlebem powszednim, ale codzienną misją do wypełnienia i czyniła to z wielką miłością i szacunkiem zarówno dla położnic jak i nowonarodzonych dzieci. Choć widziała różne domy i przyjmowała na świat noworodki w różnych warunkach, z pewnością nigdy nie spodziewała się tego, co czekało ją w obozie.

Opisy dotyczące Oświęcimia są przerażające, przejmujące grozą. Przewód kominowy, który służył za łózko ginekologiczne. Natychmiastowe uśmiercanie dzieci pochodzenia żydowskiego. Odbieranie aryjsko wyglądających noworodków matkom i wysyłanie ich do Niemiec, położnice wędrujące z nowonarodzonymi kruszynkami do komór gazowych. Brak środków przeciwbólowych czy higieny były dla tamtych matek chyba najmniejszym zmartwieniem. A ona? Ona trwała przy ich. Trzymała za rękę. Modliła się z nimi i za nie. Nie dziwne więc, że nazywały ją mamą, bo nią właśnie dla nich była. Tą, która w całej tej grozie nie zatraciła człowieczeństwa. Która za wszelką cenę starała się uratować życie drugiemu człowiekowi. Która do końca nie traciła nadziei. Uratowała wiele dzieci. M.in. dzięki temu, że tatuowała im niewielkie znaczki tuż po urodzeniu i zapisywała, które dziecko otrzymało jaki znaczek. W ten sposób, jak miała nadzieję, matki będą mogły odnaleźć po wojnie odebrane im dzieci. Była niezłomna w swym działaniu. Również po wojnie.

Dwanaście lat po wojnie napisała swój raport. Dokument, w którym opisała tamte dni. Położna z Auschwitz. Numer więźniarki 41335. Stanisława Leszczyńska. Człowiek już za życia uważany za świętego. Dla wielu ciężarnych i położnic w obozie po prostu mama.

Choć można zarzucić książce, że ma luki, przedstawia postać Stasi na tle rodziny, pracy, Polski, która zmieniała się na przestrzeni kolejnych dekad. Stachurska tworzy piękną, wciągającą, ciepłą rodzinną opowieść o kobiecie niezwykłej. Pisze ładnym językiem, dba o szczegóły, odmalowuje historię dotąd mało znaną. Ilustruje to wszystko całkiem licznymi fotografiami. 

Jeśli jesteście zainteresowani postacią Stanisławy Leszczyńskiej to poza książką Stachurskiej i filmem kinowym na jej podstawie możecie jeszcze znaleźć na naszym rynku inne tytuły: "Położna z Auschwitz" Magdy Knedler i "Anioł życia z Auschwitz" Niny Majewskiej-Brow. Rodzina jednak autoryzowała dotąd jedynie książkę, o której dzisiaj piszę. Dwóch pozostałych na razie nie czytałam, choć pewnie po nie sięgnę.

Należałoby "Położńą" rozpowszechnić, nie tylko w Polsce, by jak najwięcej ludzi poznało heroizm Stanisławy Leszczyńskiej. Miejmy nadzieję, że tak się stanie choćby w związku z trwającym od 1992 roku procesem beatyfikacyjnym. Polecam z całego serca.