Fragment mojej recenzji został umieszczony na okładce powieści "Skazaniec. Z bestią w sercu" Krzysztofa Spadło


Moja recenzja została zamieszczona na okładce powieści "Wojownicy. Odwet Wysokiej Gwiazdy" Erin Hunter

Fragment mojej recenzji „Korony śniegu i krwi” został umieszczony na okładce powieści Elżbiety Cherezińskiej – "Niewidzialna korona"

wtorek, 28 listopada 2017

Książeczki z dźwiękiem Urszuli Kozłowskiej

"Nieśmiały kotek"
Wydawnictwo: Wilga
Warszawa 2017
Ilustracje: Arleta Strzeszewska
Oprawa: twarda
Strony twarde
Liczba stron: 10
ISBN: 978-83-280-4600-9










"Mały piesek"
Wydawnictwo: Wilga
Warszawa 2017
Ilustracje: Arleta Strzeszewska 
Oprawa: twarda
Strony twarde
Liczba stron: 10
ISBN: 978-83-280-4601-6


Jakiś czas temu – a konkretnie z okazji Dnia blogera – pokazywałam Wam niektóre z ukochanych książek Arii i Rebeki. Wśród nich znalazło się kilkanaście pozycji z wydawnictwa Wilga, w tym wiele autorstwa Urszuli Kozłowskiej. Obecnie na rynku, poza standardowymi wersjami tychże, można znaleźć książeczki z dźwiękiem. Tym razem kilka słów o nich.
"Nieśmiały kotek" i "Mały piesek" to wspaniałe, bardzo lubiane przez wiele dzieci – i ich rodziców – wierszowane opowieści o zwierzątkach. Zwierzaki mają ludzkie cechy i potrzeby, choć żyją w swoim świecie. Rzadko w tych książeczkach, naprawdę wyjątkowo, pokazani są ludzie. Niektóre z opowieści, jak choćby o indyku, znam już właściwie na pamięć. Dziewczynki je po prostu kochają. Rymy są łatwe do zapamiętania, całe opowieści z morałem, a na dodatek bardzo zabawne i wzruszające. 
Fantastyczna jest również szata graficzna książeczek. Przy czym warto zauważyć, że niektóre tytuły, w tym również bajka o wesołym piesku mają dwie wersje graficzne. Wcześniejsza o psiaku, gdyby ktoś był zainteresowany, nosi tytuł "Wesoły piesek". 
Trudno orzec, czy bardziej podoba się w tych książkach ich treść, czy ilustracje. Są to typowe książeczki dla małych dzieci. Całe z tektury, strony się nie mają prawa pognieść. Mogą co najwyżej zostać obślinione i obgryzione na rogach, a potem się rozwarstwiają, ale to chyba normalne u maluchów. Kartonowe strony są błyszczące i przyjemne w dotyku, co również jest nie bez znaczenia. 
Dodatkową atrakcją jest dźwięk. W przypadku kotka jest to miauczenie, u pieska szczekanie. W związku z umieszczeniem w książkach mechanizmu umożliwiającego usłyszenie tych odgłosów książki są nieco cięższe. Ostatnia strona jest tak gruba jak cała reszta książeczki, co w pierwszej chwili dla moich Dziewczynek było nieco frustrujące. Myślały, że dalej coś jeszcze jest i pokazywały, że chcą te strony rozkleić. Na szczęście szybko im przeszło i są zachwycone tym, że mogą teraz przy oglądaniu obrazków słyszeć kotka i pieska.
Jeszcze słów kilka o samym tekście. Jak wspomniałam wcześniej – wiersze są rymowane, łatwo zapadają w pamięć i naprawdę przyjemnie się ich słucha. Do tego po każdych ośmiu wersach jest powtarzalny refren. Poza głównymi bohaterami w historyjkach występuje mnóstwo innych zwierząt. To nie tak, że koty żyją tylko z kotami, a psy z psami. Uważam, że to bardzo ważne i przydatne. Szczególnie, że można dialogi czytać na głosy, udając różne zwierzaki (krowa mówi wolno, jakby muczała, świnka chrumka, a gąska mówi przez nos itp.). Moje Dzieciaki to uwielbiają. A w ilustracjach można się naprawdę zakochać i nie wyobrażam sobie tych książek bez nich. Aria i Rebeka mają wielką frajdę z oglądania, często pokazują swoje ulubione zwierzaki i nauczyły się na tych książkach niemal całego zwierzyńca. Teraz natomiast mają dodatkowo dźwięk. Genialne rozwiązanie, które gorąco polecam.

Książkę przeczytałam dzięki życzliwości WydawnictwaWilga

czwartek, 23 listopada 2017

Winlandia – George Mackay Brown

Wydawnictwo: Wiatr od Morza
   Gdańsk 2017
Oprawa: miękka
Liczba stron: 309
Tytuł oryginału: Vinland
Przekład (z angielskiego): Michał Alenowicz
ISBN: 978-83-943523-5-6
 
 
 
 
Czyż nie jest piękna ta okładka? Zakochałam się w niej od pierwszego wejrzenia. Byłam przekonana, że to jakiś stary obraz, tymczasem to rewelacyjnie obrobione zdjęcie. Już od początku wiadomo, że czeka nas kolejna literacka uczta.
Polska premiera powieści miała miejsce niespełna miesiąc temu, tymczasem światowa w... 1992 roku. Tak, 25 lat temu. Tyle musieliśmy czekać, by poznać niezwykłą historię urodzonego na Orkadach Ranalda Sigmundsona, XI-wiecznego wikinga. Opowieść bardzo poetycką, z jednej strony wciągającą niczym wir w oceanie, z drugiej spokojną niczym pasące się na łąkach owieczki. 
Autor w ogóle, ośmielę się napisać, w Polsce nieznany, a doprawdy wybitny. W swym życiu wydał kilka tomów wierszy, dziewięć zbiorów opowiadań, liczne utwory dla dzieci, dramaty i pięć powieści. Poza tym mógł się pochwalić bogatym dorobkiem dziennikarskim. Dziwne doprawdy, że wcześniej o nim nie słyszałam, postanowiłam jednak nadrobić zaległości i za jakiś czas sięgnąć ponownie do jego twórczości. Pisząc o Orkadach, pisze o świecie, który doskonale znał. Tam się urodził i tam spędził niemal całe swe życie, tam tworzył i tam umarł. Bo wszystko może się w życiu zmienić, zmieniają się ludzie, zmienia się władza, ale ziemia zawsze pozostaje...
Akcja "Winlandii" rozpoczyna się, gdy Ranald jest młodym chłopcem. Nie chce wyruszać na morze, choć takie plany snuje jego ojciec. Boi się wielkiej wody, woli pozostać na lądzie. Matka również nie zamierza puszczać syna w niebezpieczną podróż przez morza i oceany, woli, by zaopiekował się ziemią, która należy do jej ojca. Ten jej opór stanie się przyczyną, dla której Sigmund zabierze syna na swój statek. I tak rozpocznie się wielka przygoda chłopca z Orkadów. Zobaczy wiele miast i portów, spotka go niejeden sztorm, pozna całe mrowie ludzi, w tym nawet zasiądzie do stołu z norweskim królem. Przede wszystkim jednak postawi stopę na nowym lądzie, razem z załogą Leifa Erikssona odkryje Winlandię i będzie tam próbował zbudować osadę. To właśnie Winlandia stanie się z jednej strony jego siłą napędową, z drugiej pewnym marzeniem (powrót na nią), tęsknotą, wciąż przyciągającą myśli, wciąż niedającą spokoju duszy. 
Pewnego dnia jednak podróże ustaną, a Ranald powróci na ląd. Odnajdzie matkę, odzyska ziemię, obsieje ją i stanie się rolnikiem. Czy wspomnienie mórz i oceanów pozwoli mu spełnić marzenie o dobrej i uczciwej pracy na roli? Czy założenie rodziny, małżeństwo i kolejno pojawiające się dzieci zagłuszą tęsknotę za ponownym postawieniem stopy w Winlandii? 
Całe życie Ranalda to zwyczajne dni i nadzwyczajne przygody. Przeplatają się. Zmieniają, jak zmienia się człowiek. Z wiekiem, z doświadczeniem, w wyniku nowo pozyskanej wiedzy. I tych tragicznych dla Orkadów walk pomiędzy jarlami. To właśnie one spowodują nagłe i nie dla wszystkich zrozumiałe wycofanie się Ranalda z życia publicznego i jego niechęć do władzy i wszelkiej polityki. Więcej jednak nie napiszę, by nie popsuć Wam lektury.
"Był pewien chłopiec, który mieszkał na Orkadach, w osadzie zwanej Hamnavoe. Chłopiec miał na imię Ranald. Ojcem Ranalda był Sigmund Promiennousty (...)." Tak zaczyna się ta historia. Muszę przyznać, że pokochałam ją już od tych pierwszych zdań. Takich prostych, takich bezpośrednich, jakbym słuchała sagi śpiewanej przy ognisku przez jakiegoś barda. Poetycka, wyśmienita w każdym calu, piękna, mądra, nie rozczulająca, ale chwytająca za serce i pobudzająca do głębokiej refleksji książka, którą z czystym sercem mogę polecić każdemu. Choć przyznaję, że nie takiego zakończenia się spodziewałam. Po dłuższym jednak zastanowieniu doszłam do wniosku, że ono po prostu takie właśnie musiało być, żeby cała powieść zyskała dodatkowy sens. Bo każde inne zakończenie mogłoby tylko wszystko popsuć.
Narrator powieści jest wszechwiedzący, mimo to większość wydarzeń widzimy z perspektywy samego Ranalda. Co jakiś czas jednak, szczególnie od momentu jego wycofania się z życia publicznego, możemy poznać tło historyczne, zwłaszcza różne "przepychanki" między jarlami, z opowieści osób, które Ranalda odwiedzały i mu o nich opowiadały. Daje nam to możliwość poznania szerszego kontekstu całej opowieści. Szczególnie, że przecież o historii Orkadów w szkołach nie uczą.
"Winlandia" jest doskonała pod każdym względem. Z jednej strony ukazuje nam jednostkę – nietuzinkowego bohatera, którego proces dojrzewania i zmiany możemy obserwować, z drugiej zaś – społeczność średniowiecznych ludzi północy. To, czerpiąca wprost z "Sagi o Orkadach" i "Sagi o Grenlandczykach", wyśmienita literatura z najwyższej półki.
 
 
 



Za egzemplarz recenzencki dziękuję Wydawnictwu Wiatr od Morza

czwartek, 12 października 2017

Religia dla dzieci od Centrum Kultury i Tradycji Wiedeń 1683

"Mój mały mszalik"
Katarzyna Robaczewska
Wydawnictwo: Centrum Kultury i Tradycji Wiedeń 1683
Lublin 2015
Oprawa: miękka
Liczba stron: 55
Ilustracje: Jacek Przybylski
ISBN: 978-83-935242-7-3










"Jam jest Pan Bóg twój. Katechizm dla dzieci o Dekalogu"
Bogna Białecka
Wydawnictwo: Centrum Kultury i Tradycji Wiedeń 1683
Lublin 2016
Oprawa: miękka
Liczba stron: 40
Ilustracje: Jacek Przybylski
ISBN: 978-83-935242-9-7

Dzisiaj krótko o dwóch pozycjach dla dzieci, które mogą pomóc w przekazaniu im wiary. Oczywiście to tylko niewielki wycinek tego, co jest dostępne na rynku, warto więc zapoznać się z szerszą ofertą. Osobiście czekam na jeszcze jedną książkę od tego wydawcy i mam nadzieję, że okaże się równie dobra. Choć nie mówię, że nie mogłoby być lepiej. Po kolei jednak.
"Mój mały mszalik" to niedużych rozmiarów książeczka, która ma na celu wyjaśnienie dzieciom obrzędów Mszy Świętej. Bogato ilustrowana ukazuje po kolei najważniejsze momenty Mszy, tłumacząc, co się wówczas dzieje, a także, jak należy postępować. Czyli jednym słowem dziecko dowiaduje się, "o co we Mszy chodzi" i co samo powinno robić. Każdy fragment zajmuje jedną stronę, obok znajduje się barwna, ładna ilustracja. Zważywszy na profil wydawcy, nie powinno nikogo dziwić, że zarówno opis, jak i grafiki są charakterystyczne dla tzw. Mszy trydenckiej. 
Na tym jednak nie koniec. Ostatnie 20 stron to antyfony do Mszy Świętej, modlitwy po każdej cichej Mszy Świętej, Katechizm i modlitwy wieczorne. Wszystko to (poza Katechizmem) w układzie łacińsko-polskim, może więc być bardzo przydatne również dla dorosłych.
Książeczka jest naprawdę starannie wydana i wydaje się, że w kolejnych latach będzie niezmiernie przydatna. Na razie dziewczynki wysłuchały tego, co czytałam i z chęcią zapoznały się z ilustracjami.
"Jam jest Pan Bóg twój. Katechizm dla dzieci o Dekalogu", jak sama nazwa wskazuje, jest katechizmem traktującym o Dziesięciu Przykazaniach. Omówienie każdego z nich rozpoczyna się od cytatów z Pisma Świętego, nawiązujących do danej treści. Tych cytatów jest zawsze kilka, co przy okazji pokazuje, że Biblia jest spójnym dziełem moralnym. Po cytatach znajdujemy opis różnych sytuacji i problemów, na które można napotkać we współczesnym świecie i które to prowadzić mogą do postępowania niezgodnego z Dekalogiem. Co właśnie jest niezmiernie ważne, opis ten jest mocno osadzony w naszych realiach, co ułatwi dzieciom zrozumienie wielu kwestii i odpowiada często na pytania, o co właściwie w danym przykazaniu może chodzić w naszej zwykłej codzienności. Na koniec jedno, dwa dania podsumowania, a następnie pytania. Można by je nazwać kontrolnymi, ale skłaniam się raczej do stwierdzenia, że są to kwestie do przemyślenia lub przedyskutowania z rodzicami czy katechetą. 
Książka również jest ilustrowana, każdemu przykazaniu przyporządkowano jedną ładną pracę. Co jest dodatkową korzyścią, to to, że nawet dorosły (i to mający dobrą formację) skorzysta na lekturze tej książeczki właśnie dzięki jej współczesnemu podejściu i pytaniom na końcu.
Niestety "Jam jest Pan Bóg twój. Katechizm dla dzieci o Dekalogu" roi się od błędów, które redaktor mógłby spokojnie wyeliminować, gdyby tylko chciał. Moim zdaniem jest ich zdecydowanie za dużo – szczególnie, że jest to książka dla dzieci, a więc osób, które dopiero uczą się poprawnie władać językiem. Książki dla najmłodszych powinny być wydawane z jeszcze większą starannością niż te dla dorosłych. Tutaj komuś się podwinęła noga. Może kolejne wydania (jeśli takie się pojawią) zostaną poprawione. Należy mieć na to nadzieję, bo jest to naprawdę wartościowa pozycja, którą chętnie polecę wielu rodzicom.

 

wtorek, 10 października 2017

Ostatnia chowa klucz – Ałbena Grabowska

Wydawnictwo: Zwierciadło
Warszawa 2017
Oprawa: miękka ze skrzydełkami
Liczba stron: 307
ISBN: 978-83-65456-86-1








Pierwsza w dorobku Ałbeny Grabowskiej powieść kryminalna zapowiadała się od samego początku na prawdziwą perełkę. Czy rzeczywiście sprostała wymaganiom i spełniła oczekiwania?
Kto zna Pretty Little Liars ("Słodkie kłamstewka" vel "Kłamczuchy") ten z pewnością będzie miał takie same przemyślenie co do początku powieści. Cztery nastolatki zbierają się na opuszczonym strychu. Jedna z nich ma przystąpić do "paczki", ale czeka ją najpierw swoista inicjacja. Po zakończonym spotkaniu, które jest dość przerażające, następuje... porwanie. Która z dziewczyn zaginie i co się z nią później stanie? Tutaj już wszystko jest inaczej niż w PLL. 
Polska, nienazwana miejscowość w okolicy Warszawy. Można by się pokusić o jej znalezienie, bo często padają nazwy ulic i ich umiejscowienie względem siebie. Nie ma to jednak większego znaczenia. Jesteśmy w pobliżu Wisły, mamy początek XXI stulecia. Główne bohaterki na początku powieści mają szesnaście lat. Oznacza to, że jestem od nich niewiele starsza, może rok, może trzy. W każdym razie pozwoliło mi to na dodatkowe poczucie bliskości i ułatwiło wczucie się w klimat. Całkiem dobrze jeszcze pamiętam to, co czuły licealistki na początku millenium.
Historia opowiedziana jest z perspektywy jednej z uczestniczek feralnego spotkania, Marzeny.  Dzięki temu głębiej wchodzimy w jej umysł i serce, a jednocześnie nie wiemy wszystkiego, a jedynie to, co ona sama odkryje. Prywatne śledztwo prowadzi z różnymi skutkami, czasem wie (przynajmniej tak się nam i jej wydaje) więcej od policji, innym razem jakby przestaje się interesować przestępcą i skupia na własnym życiu, miłości, związku. Uważam jednak, że takie spojrzenie na sprawę jest bardzo dobre i narrator wszechwiedzący mógłby nam jedynie popsuć odbiór całej opowieści.
Każdy rozdział ma swoisty prolog i epilog. Prolog to słowa porywacza, epilog – kogoś, kto go zna i postanawia naprawić wyrządzone przez niego zło. Do samego końca nie wiemy, kim te postaci są. Odkryjemy to dopiero na dwóch ostatnich stronach.
Ałbena Grabowska, poza wyśmienitą akcją, daje nam również niesamowitą galerię barwnych postaci, z których każda, nawet najbardziej niepozorna, ma w tej historii do odegrania niebagatelną rolę. Niezapomniani na długo jeszcze pozostaną Świętszy Paweł, Pikuś, Mimoza i Adamsowa. Bo Marzena ma takie zboczenie – niemalże wszystkim w swym otoczeniu nadaje jakieś przezwiska.
W powieści codzienne przeżycia nastolatki – zakochanie, niezrozumienie się z rodzicami, szkoła, nauczyciele – przenikają się z iście kryminalną intrygą, w której samym środku znajduje się Marzena. Czy nastoletnia miłość okaże się silniejsza od przyjaźni? Czy może jednak to przyjaźń i lojalność zwyciężą? I jak cała ta historia wpłynie na dalsze życie, wchodzących w dorosłość, bohaterów?
Kto porwał i dlaczego? Kim była tajemnicza osoba, która postanowiła pokrzyżować porywaczowi szyki? Tego dowiemy się dopiero na dwóch ostatnich stronach. Stronach... zamkniętych w kopercie, którą należy rozciąć dopiero w ostatniej chwili. Ciekawy pomysł, który dodaje powieści smaczku i jeszcze bardziej trzyma w napięciu. Bo nie można poznać zakończenia od razu. no chyba, że postanowisz na początku otworzyć kopertę. Ale wówczas cała intryga i czytanie nie mają już większego sensu. Szkoda sobie psuć te kilka(naście w moim wykonaniu) godzin wyśmienitej lektury.
Sprawcę wykryłam dość szybko. A potem z 10 razy zmieniałam zdanie, by w końcu... przekonać się, że trafiłam, a Autorka nieźle potrafi zakręcić, by kryminał można było uznać za naprawdę udany. Bardzo spodobało mi się również to, że zakończenie jest współczesne  – ten przeskok o mniej więcej 15 lat wiele daje. Pozwala bowiem poznać dalsze losy wszystkich bohaterów i dopiero naprawdę na samiutkim końcu rozwiązać zagadkę. Dzięki niemu możemy przeczytać jak tamte tragiczne wydarzenia wpłynęły na kształtowanie się ich charakterów i losy ich wszystkich.
Znalazłam, niestety, kilka błędów logicznych i mam wrażenie, że w niektórych miejscach nastąpiło jakieś zagięcie czasoprzestrzeni. Poza tym żadnych krytycznych uwag. Należy zatem mieć nadzieję, że to nie ostatni kryminał Ałbeny Grabowskiej.




Książkę przeczytałam dzięki życzliwości Wydawnictwa Zwierciadło

wtorek, 12 września 2017

Wyjątkowe terminarze od wydawnictwa Jedność

Wydawnictwo: Jedność
Kielce 2017
Oprawa: twarda z gumką (4 wersje kolorystyczne)
Liczba stron: 320
Tekst: Agnieszka Porzezińska
Ilustracje: Ola Makowska
ISBN: 978-83-7971-790-3





Jako że jestem wielką fanką planowania, kocham wszelkiej maści kalendarze, terminarze, plannery i listy, skusiła mnie tegoroczna oferta wydawnictwa Jedność i postanowiłam wypróbować czegoś nowego, mimo że od lat byłam wierna innemu plannerowi (nie podam tutaj nazwy, choć niektóry wiedzą). Tym sposobem w moje ręce trafiły dwa naprawdę wyjątkowe terminarze. Jeden z nich ma szanse stać się moim ukochanym, choć...
Zacznijmy od początku. Komplet składa się z "Terminarza wyjątkowej mamy" i "Terminarza wyjątkowej dziewczyny". Oczywiście nikt nie musi kupować kompletu, można nabyć jeden z terminarzy i to w zupełności wystarcza, jeśli nie macie się potrzeby kupowania dla siebie i kogoś jeszcze. 
Czym poza zwykłym kalendarzem wyróżniają się terminarze od Jedności? Co sprawia, że są w pewien sposób wyjątkowe i mogą stanowić doskonałą konkurencję dla tych wszystkich plannerów, którymi na początku roku kalendarzowego i szkolnego jesteśmy właściwie zasypywani we wszystkim sklepach? Jak wyglądają jednościowe terminarze w środku?
Każdy tydzień zajmuje dwie strony i jest przedstawiony graficznie w bardzo ładny sposób. Subtelny, delikatny, bardzo kobiecy, a jednocześnie praktyczny. Nie ma co prawda rozpisanych godzin, co dla osób, które mają naprawdę dużo godzinowo zaplanowanych zajęć może to stanowić pewien dyskomfort. Z drugiej jednak strony terminarz dziewczyny zawiera plany lekcji, a w terminarzu dla mam jest aż 10 planów lekcji na jesień i tyle samo na drugi semestr szkoły. Spokojnie więc zajęcia powtarzalne można umieścić tam.
Na dole każdej prawej strony jest również mały kalendarz z podglądem na cały miesiąc. Ponadto w niedziele i uroczystości kościelne – cytat z Ewangelii czytanej tego dnia. 
Każdy miesiąc rozpoczyna się od przedstawienia postaci świętego bądź błogosławionego. Tutaj ciekawostka – różnią się te osoby między terminarzami. Są dopasowane do potrzeb wieku matki i córki. Przeczytałam wszystkie biogramy i uważam, że dopasowanie jest idealne. Wszak czego innego oczekują od życia i szukają w nim dorosłe kobiety, "matki dzieciom", a czego innego nastolatki.
Ponadto w terminarzu można znaleźć całe mnóstwo różnych porad, jest coś dla ciała i coś dla ducha. I tu znów – różnice między terminarzem dla mamy i dla córki. 
Całkiem sporo miejsca na notatki, tzw. "bazgroły". Do tego różne gry i kolorowanki. Już nie mogę się doczekać momentu, kiedy znajdę chwilę wolnego na kolorowanie. Na końcu kilka przydatnych modlitw oraz typowo kobiece tematy – m.in. kalendarzyk menstruacyjny, rozmiarówki ubrań i butów oraz leki z naturalnej apteki.
Bardzo dobrym pomysłem jest wprowadzenie różnych kolorów w kolejnych miesiącach. Dzięki temu od razu z boku widać, gdzie kończy się jeden miesiąc, a zaczyna następny, co może być bardzo pomocne. Dodatkowo terminarz ma również tasiemkę-zakładkę, której (choć mogło by się zdawać, że jest już ona od dawna standardem) w niektórych kalendarzach brakuje.
Terminarze dostępne są w czterech kolorach: fioletowym, różowym, niebieskim i żółtym.Terminarz mamy jest w formacie A5, terminarz dziewczyny jest mniejszy.
Jednym słowem ideał. Niestety, ma jeden mankament. Liczę na to, że w przyszłym roku zostanie poprawiony. Wówczas zdecydowanie przerzucam się na stałe na "Terminarz wyjątkowej mamy". Zupełnie jednak nie pojmuję, dlaczego miesiące lipiec i sierpień są jedynie w skrócie, tzn. na jednej stronie cały miesiąc? Czy my, matki, mamy wtedy wolne? Wydaje mi się, że nawet jeśli by pominąć fakt, że należy wówczas dzieciom zagospodarować czas, który na ogół zajmuje im szkoła, to przecież mamy również swoje życie. Imieniny, urodziny, rocznice, wyjazdy, własne zajęcia. Dlaczego nie ma na nie miejsca? Nawet kalendarze nauczycielskie uwzględniają porę letnią.
Gorąco polecam wypróbować, również tym, którzy już przywykli do pewnej kalendarzowej rutyny. Może tego właśnie potrzebujemy – świeżości i trochę innego spojrzenia na naszą codzienność.





Książkę przeczytałam dzięki życzliwości Wydawnictwa Jedność

środa, 6 września 2017

Płomienna korona – Elżbieta Cherezińska

Wydawnictwo: Zysk i S-ka 
Poznań 2017
Cykl: Odrodzone Królestwo, tom III
Oprawa: miękka ze skrzydełkami
Liczba stron: 1082
ISBN: 978-83-8116-058-2




Trzy lata czytelnicy czekali (z pewnością z niecierpliwością, jak i ja) na zakończenie cyklu "Odrodzone Królestwo". I oto jest "Płomienna korona". Elżbieta Cherezińska znów przenosi nas w czasy rozbicia dzielnicowego, dając o 300 stron więcej niż miały poprzednie tomy. Dzieje się, oj dzieje, jak to na piastowskie średniowiecze przystało!
Władek wraca z banicji i stara się o połączenie polskich ziem. Rzecz w tym, że... wciąż coś traci. Miasta, dzielnice. Pomorze! Och, strasznie mu współczułam. Na lekcjach historii wyglądało to zdecydowanie mniej dramatycznie. Urodził się, powalczył, zdobył koronę, odbudował królestwo, spłodził syna, któremu zostawił koronę. Dobrze, to spore uproszczenie, ale... Władek Cherezińskiej to zupełnie inna postać i właśnie takiego Łokietka wolę.
W "Płomiennej koronie" widzimy trochę więcej świata, nie tylko Polskę. Więcej zawirowań, zdaje się, jest w Czechach niż w Polsce. Tam dopiero możemy obserwować naprawdę niesamowite intrygi. I to również wśród kobiet, wszak po śmierci Wacława III nie pozostał żaden męski spadkobierca. 
Tak jak żaden człowiek nie jest samotną wyspą, tak żaden kraj nie żyje w oderwaniu od tego, co dzieję się naokoło jego granic. Szczególnie kraj, który de facto nie istnieje i granic nie posiada. Dlatego tak ważne jest ukazanie wydarzeń w Czechach, na Węgrzech, czy na ziemiach będących pod zwierzchnictwem Zakonu Szpitala Najświętszej Marii Panny Domu Niemieckiego w Jerozolimie. Jak się okazuje nawet obrona Akki nie pozostaje bez wpływu na losy rozbitej Polski.
Jakub Świnka, który w pierwszym tomie wybijał się na czoło bohaterów, został tu potraktowany trochę po macoszemu. Już nie jest pierwszoplanową postacią, przez większość powieści w ogóle się nie pojawia, jest co najwyżej wspominany. Zdecydowanie więcej możemy teraz poczytać o krzyżakach, jest także wątek templariuszy i joannitów. Cherezińska wprowadza nową osobę wśród cichych ludzi i jest to postać naprawdę nietuzinkowa. Pojawią się oczywiście również herbowe bestie, kapłani Trzygłowa, zielone dziewczyny od Dębiny. Ludzie Starej Krwi i... ktoś o wiele, wiele od nich starszy.
Ubawimy się czytając o "intrygach" i ploteczkach wśród klarysek. Zresztą i tam pojawi się prawdziwa tajemnica, która będzie powodowała wypieki na naszych policzkach. Och, poznać ją, co za gratka...
Moimi zdecydowanie ulubionymi bohaterami tej części cyklu są Rikissa, bis regina oraz Michał Zaremba. Choć jeszcze kilka osób bardzo polubiłam, to córka Przemysła jest najbliższa memu sercu (jak w pierwszym tomie Kinga). Michał zaś, cóż... Kryje w sobie niesamowitą tajemnicę.
W recenzjach poprzednich tomów pisałam, że głównym ich bohaterem jest Polska (zresztą zdanie to z recenzji "Korony śniegu i krwi" znalazło się później na okładce "Niewidzialnej korony"). Tym razem tego nie powtórzę. To powieść przede wszystkim o Władysławie Łokietku i o władzy. Nie o Polsce, a o koronach, nie tylko o koronie polskiej.
"Nie daj Boże zjazd piastowski!" – można by podsumować wszystkie intrygi, zdrady, zabójstwa. Ja tam jednak cieszę się niezmiernie, że Cherezińska pisze o moich kochanych Piastach. I niech pisze dalej. Czy będzie ciąg dalszy? Niby Autorka nie mówi nie, a nawet... W końcu tyle pytań pozostało bez odpowiedzi. Ja natomiast z niecierpliwością czekam na powieść o królu Jadwidze.
Rozdziały, jak w poprzednich tomach, rozpoczynają się zawsze od wskazania, o kim dany fragment opowiada. Pomaga to nie pogubić się wśród tych wszystkich Henryków, Władysławów, Jadwig i Elżbiet. Niestety zrezygnowano tym razem z drzew genealogicznych, co jest, moim zdaniem, posunięciem bardzo niefortunnym. Cieszy mapa na wyklejce, ale to za mało.
No i problem podstawowy. Czas, który upłynął od lektury "Niewidzialnej koron" sprawił, że wiele już zapomniałam. Początki czytania były trudne, nie od razu umiałam się odnaleźć w tym bogato przedstawionym, pełnym ciekawych postaci, świecie. Gdybym dysponowała nadmiarem czasu, najpierw chętnie przeczytałabym powtórnie poprzednie tomy. Jednak przy dzieciach to niemożliwe. Polecam jednak, jeśli ktoś dopiero zaczyna "przygodę" z "Odrodzonym Królestwem", przeczytać wszystkie trzy tomy jeden za drugim. Przerwy lekturze nie służą, szczególnie trzyletnie.
Powieść napisana jest ładnym językiem. Postaci są przekonujące. Wydarzenia opisane tak barwnie, że czujemy, jakbyśmy byli ich świadkami. Akcja trzyma w napięciu, choć niby wiadomo, że Władysław i tak zwycięży i zostanie królem, a jego następcą będzie Kazimierz, który rodzi się dopiero gdzieś w połowie książki. Co do treści nie mam absolutnie żadnych zastrzeżeń. Do tego dochodzi jeszcze cudna okładka, która oczarowała nawet moje siedemnastomiesięczne córeczki.
Polecam z całego serca.









Książkę przeczytałam dzięki uprzejmości Zysk i S-ka:

czwartek, 31 sierpnia 2017

Dla dzieci – niestandardowo

Dzisiaj Święto Blogerów. Ja, niestety, chronicznie na nic nie mam czasu. Cud, że udaje się cokolwiek czytać i recenzować. Wiadomo, dzieci zajmują właściwie każdą chwilę. 
Dlatego dzisiaj niestandardowo, nierecenzencko, a polecajkowo. I oczywiście rodzicielsko. Czyli kilka zdjęć książek, które w ostatnim czasie czytałyśmy, oglądałyśmy, którymi się bawiłyśmy. Tych, które zdecydowanie polecam. Wiadomo, to nie wszystkie, ale staram się przynajmniej część książek recenzować, więc o innych możecie poczytać we wcześniejszych postach (i kolejnych, już niebawem). Zatem oto kilka moich propozycji. Przyjemności w oglądaniu, choć zdjęcia są robione telefonem i ich jakość odbiega od idealnej, za co Was najmocniej przepraszam. Nawet nie wiem, w którym pokoju może się obecnie znajdować aparat fotograficzny...










Dodatkowo a całego serducha polecamy ukochaną serię książeczek o zwierzątkach, które towarzysza nam od pierwszych dni życia Ariuni i Rebeczki. Mamy ich obecnie 12, a wiem przynajmniej o 6, których nam jeszcze brakuje. Oto okładki części z nich.












I na sam koniec, najulubieńsze książeczki ostatnich dwóch tygodni, czyli prezent imieninowy. Jedyne "zabawki, przy których Bliźniaczki potrafią się skupić dłużej niż 3 minuty. Świetna zabawa i naprawdę dużo nauki., Ciekawe przy każdym kolejnym oglądaniu.