Moje
kolejne spotkanie z twórczością Dominiki Buczak utwierdziło mnie w przekonaniu,
że to autorka z najwyższej półki, która potrafi wciągnąć czytelnika w akcję, a
jednocześnie pięknie pokazać ludzką psychikę i uwikłanie człowieka w otaczający
go świat. Jednak lektura „Całego piękna świata” w dużej mierze różniła się od
moich wcześniejszych doświadczeń. To bowiem powieść zgoła inna od „Placu
Konstytucji” i „Dziewczyn z Placu”.
Polska
powojenna, świeżo liżąca swe rany. Czy jednak na pewno Polska? Czy Lichtenwalde
może ot, tak, z dnia na dzień, stać się Porębą? Tylko dlatego, że ktoś wydał odpowiedni
dokument? A co z ludźmi, którzy tam od lat mieszkali, uprawiali ziemię, chowali
swoich zmarłych? W jak sposób odpowiadają za okrucieństwo tych, którzy szli mordować,
rabować, niszczyć? Zaraz, zaraz… ale przecież wysyłali na front swych synów.
Głosowali na Kanclerza. Cieszyli się z niemieckich zwycięstw. Dzisiaj boją się
radzieckiego wojska, tych wygłodzonych, wyposzczonych, zdziczałych hord, które
przychodzą, by palić, by zabierać, by gwałcić. Ten horror niemieckich kobiet,
ale i polskich przecież, tych „wyzwalanych” przez sojuszników, bardzo mocno w
tej powieści wybrzmiewa, o czym jeszcze wspomnę później.
Wróćmy
zatem… Polska tuż po wojnie. Kotlina kłodzka. Piękne widoki, góry, lasy,
ciągnące się jak okiem sięgnąć, obfitujące w dary przyrody i będące owocem
pracy ludzkich rąk pola i sady. Całe piękno świata widziane z ogrodu przy domu
Evy i Petera. Domu, który ma się teraz stać nowym początkiem dla Dorki i
Stacha. Dwie rodziny, dwa światy, dwa zgoła odmienne doświadczenia, również te
wojenne. Niemieckie małżeństwo z trójką dzieci, dumne ze swej ziemi, z
potomków, których poczęli dla Fuhrera. I to polskie, bez dzieci, których Dorka
nie może donosić. Bo choć marzy o zostaniu matką, żadne dziecko nie chce
poczekać na swój czas i odchodzi jeszcze zanim przyszło. Dramat osobisty w
połączeniu z rodzinną tragedią, z którą nie potrafi sobie poradzić. Dwa
małżeństwa: jedno młodziutkie, drugie starsze. Niemcy i Polacy. Nienawidzą się,
choć właściwie się nie znają. Niemcy nie mogą pogodzić się z tym, że Polacy
zajmą ich dom. Polacy w Niemcach upatrują całego zła świata. Jedni i drudzy
mają swoje racje. A przyjdzie im żyć razem, zanim ci pierwsi nie zgodzą się w
końcu wyprowadzić, opuścić rodzinnej wsi, jak zrobiło to już większość ich
sąsiadów. Dwie rodziny, dwie historie (choć historii w tej powieści jest
znacznie więcej) i jeden dom. Dom, nie tylko dom. Bo Dom to coś więcej niż budynek
i okoliczne zabudowania. To coś więcej niż sad, ogród, pola. Dom to zapach świeżo
upieczonego chleba. To biała pościel rozwieszona na wietrze i słońcu. To śliwki
z sadu. To „dzień dobry” wypowiedziane z uśmiechem i „dobranoc” od ukochanej
osoby. To poczucie bezpieczeństwa. Och, tego ostatniego nie zaznaje żadna z
tych rodzin.
Polska
ludowa zapewnia Dorkę i Stacha, że spełni ich marzenia. Własny kąt, dobra praca,
usamodzielnienie się. Poczucie, że są częścią społeczności i że od nowa tę Polskę
budują. Taką, która będzie dla nich prawdziwą ojczyzną. Nie zabraknie więc w
powieści Buczak aparatczyków, zmieniana rzeczywistości (ot, choćby poprzez zawieszanie
nowych szyldów z polskimi napisami – brzydkich i niechlujnych, ale przecież polskich),
czy w końcu rozliczania Niemców ze zbrodni dokonanych na narodzie polkim.
Na
pierwszy plan wysuwają się tu dwie żeńskie postaci: Dorka i Eva, choć Buczak nie
pomija i mężczyzn. Petera również przychodzi nam bardzo dobrze poznać.
Obserwujemy też zmiany w dorastającej, prawdopodobnie autystycznej, córce Evy i
Petera. Poznajemy w końcu historię niektórych z ich sąsiadów, głównie tych niemieckich,
ale nie tylko.
Wojna
zmieniła wszystko i wszystkich. Ale po wojnie wcale nie nastał pokój. Choć
podpisano traktaty, choć podzielono ziemie, wojna wcale się nie skończyła. Szczególnie
dobitnie i boleśnie odczuły to zgwałcone kobiety, którym przyszło urodzić, a potem
przez lata wychowywać dzieci sowieckich zwycięzców. Kwestia gwałtów
popełnianych przez idącą ze Wschodu armię jest tu poruszana w wielu historiach.
Poznajemy losy kilku kobiet i ich zmagania z macierzyństwem. Mamy Evę, która,
jak przystało na dobrą Niemkę, dała swemu krajowi synów. Córka raczej się
Rzeszy na wiele nie przyda, bo żyje we własnym świecie, ale synowie… Mamy
Helgę, która rodzi dziecko niepełnosprawne i zostaje poddana przymusowej
sterylizacji. Przeżywa prawdziwy dramat, gdy przed wysokim trybunałem zapada
wyrok. Jest Dorka, która nie może donosić ciąży, a tak bardzo pragnie zostać matką.
Są kobiety, które uległy urokowi Stacha i z pewnością ich dzieci są i jego. W
końcu mamy Weronikę, która stara się być radosną i spokojną, a przecież co noc
tuli do snu swego synka, który ma czarne włoski i czarne oczy, zupełnie jak ci
mężczyźni, którzy pewnego dnia zhańbili ją w piwnicy jej własnego domu. Strach
kobiet przed poruszaniem tego tematu jest niemal tak wielki jak strach przed
samymi Rosjanami. I to budzi nasz sprzeciw, nas, dzisiaj. A jednocześnie wydaje
się zrozumiałe, że wolały o tym nie mówić, być może nawet temu zaprzeczać. Pokazuje
to, jak straszna jest wojna, nawet jeśli nie zabiera życia ukochanych nam osób.
Ba, nawet jeśli czasami daje nowe życie.
Niezmiernie
ciekawie czytało mi się fragmenty, w których Buczak przedstawiała spojrzenie na
świat oczami Evy. Niby ten sam świat, niby te same miejsca i ta sama sytuacja,
a jakże inaczej rozumiana przez Niemkę. Nie jestem przyzwyczajona do takiej
narracji. Tym bardziej więc było to dla mnie świeże doświadczenie. Dało dużo do
myślenia. Istotna jest też opowieść o wypadku Petera – ukazanie jak zwykły
wypadek, który zdaje się być niesamowitą tragedią, może później uratować komuś
życie. Bo czyż, w obliczu takiej hekatomby jak druga wojna światowa, nie lepiej
było nie mieć ręki i móc zostać w domu z rodziną, zamiast iść na front i ginąć?
Historia Petera pokazuje jasno, że nieraz niepotrzebnie się czymś zamartwiamy i
wyolbrzymiamy problemy, by potem przekonać się, że wcale nie były tak poważne,
a być może miały nawet jakiś cel.
Ważnym
tematem powieści jest również dojrzewanie bohaterów. Do akceptacji zmian, do
samodzielności, do podejmowania decyzji i liczenia się z ich konsekwencjami.
Symboliczne niemalże staje się tu przeistoczenie Dorki w Dorotę.
Buczak,
zdaje się, stara się pokazać czytelnikowi, że ludzie są do siebie często bardziej
podobni, niż przypuszczają. Dzielą nas sztuczne granice, wojny wypowiedziane na
szczytach władzy, traktaty i dyrektywy wydane przez rządzących. Wszyscy jednak
zdajemy się szukać w życiu tego samego: bezpieczeństwa, miłości, spełnienia. To
jest całe piękno świata.
Powieść
napisana jest pięknym, subtelnym językiem. Delikatność formy kontrastuje z
brutalnością treści, kontrast ten jednak wypada na plus. Lekkość pióra Buczak
jest bardzo mocną stroną tej książki, podobnie jak wykonana przez nią
historyczna kwerenda. Czułam się tak, jakbym rzeczywiście przebywała czas jakiś
w Porębie, widziałam to, na co każdego ranka spoglądała Eva, co miało stać się codziennością
Doroty. Czułam zapachy z ich kuchni, widziałam choinkę niemieckiej rodziny i
sypialnię, w której zamieszkali Polacy. W końcu przytłaczał mnie ból, jaki niektórzy
bohaterowie w sobie nosili.
„Całe
piękno świata” to powieść do bólu prawdziwa, trudna, a jednocześnie będąca tak
subtelnie i delikatnie opowiedzianą historią, że chylę czoła. To książka
wyjątkowa. No i ta okładka, która urzekła mnie od pierwszego wejrzenia. Nic
dodać, nic ująć, tyko czytać.
Całe piękno świata – Dominika Buczak
Wydawnictwo Literackie
Kraków 2022
Ebook na Legimi
Liczba stron: 291
ISBN: 978-83-08-07750-4