Fragment mojej recenzji został umieszczony na okładce powieści "Skazaniec. Z bestią w sercu" Krzysztofa Spadło


Moja recenzja została zamieszczona na okładce powieści "Wojownicy. Odwet Wysokiej Gwiazdy" Erin Hunter

Fragment mojej recenzji „Korony śniegu i krwi” został umieszczony na okładce powieści Elżbiety Cherezińskiej – "Niewidzialna korona"

sobota, 15 września 2012

Baron i łotr - Kamil Gruca vel sir Robert Neville

Przyznam, że nieczęsto mi się to zdarza, ale zupełnie nie wiem, od czego zacząć. Książka ta powoduje u mnie rozdwojenie jaźni. Mam bardzo mieszane uczucia i nie potrafię powiedzieć, które przeważają szalę. Postaram się ładnie i składnie, co z tego wyjdzie – liczę, że całkiem rzeczowa opinia…
Myślałam, żeby – niestandardowo – rozpocząć od minusów, a zakończyć pozytywnym akcentem, zmieniłam jednak zdanie. Patrzę na okładkę i nie mogę oderwać od niej wzroku. Jest naprawdę przepiękna, zachęca, podszeptuje „czytaj, czytaj, środek jest tak pyszny, jak ja.” Kawał świetnej roboty.
Idziemy więc dalej. Pierwsze pięćdziesiąt, czy sześćdziesiąt stron były dla mnie prawdziwą męczarnią. Najlepszym dowodem na to jest fakt, że brnęłam przez nie aż trzy dni. Zupełnie nie mogłam się połapać, kto jest kim. Który baron czy pan na włościach ma jak na imię, ani kto jest kim w stosunku do kogo. Czytałam dialogi i nie potrafiłam w żaden sposób rozstrzygnąć, kto z kim rozmawia. Ciężko było, jak naprawdę rzadko kiedy. A szkoda, bo język ładny, temat zapowiada się ciekawie, recenzja na czwartej stronie okładki doprawdy zachęcająca. Szkoda…
Na szczęście dalej było już tylko lepiej. Właściwie ponad dwieście stron przeczytałam w jeden dzień. Wciągnęłam się i kiedy ostatecznie udało mi się ustalić, kto jest kim, okazało się, że powieść jest doskonała. Ach, gdyby nie te pierwsze stronice.
Rzeczywiście, idąc za opinią okładkową, Kamil Gruca (vel sir Robert Neville) „piórem włada sprawnie jak prawdziwym mieczem”. Należy tu bowiem wspomnieć, że już w wieku 14 lat autor dołączył do Drużyny Łuczniczej Drabów Pieszych z Pruszkowa, gdzie rozpoczął naukę tradycyjnego łucznictwa i fechtunku. W 2006 roku został czempionem Ligi Rycerskiej!
Wracając do powieści. Rzecz dzieje się w roku 1415. Pod Azincourt francuskie wojska poniosły klęskę. Anglicy korzystają, jak mogą, grabiąc to, co zostało na polu bitwy. To jednak tylko tło. Najważniejsze są dzieje kilku rycerzy, którzy podążają śladem tytułowego łotra – Huxleya, który teraz każe się nazywać Haquelinem. Zdradziecki baron porwał – dla okupu, rzecz jasna – zacną pannę Marię Rambures, córkę poległego w tej wielkiej bitwie, mistrza kuszników. Pościg trochę potrwa, pozwalając nam lepiej poznać bohaterów (a ci okazują się naprawę ciekawi). Ich perypetie wciągają, wzruszają i rozśmieszają. Bardzo dobrze się to czyta.
Jednocześnie będziemy mogli śledzić losy Marii. Spotkamy także jej siostrę, Julię, która jest więziona na zamku pana Vaartbruta. Bardzo przyjemnego wątku dostarczy nam również… sir Robert Neville, ukochany Marii Rambures. Rycerz, który odniósł ciężkie rany w walce, spędza czas pod opieką braci zakonnych. Posiłkując się określeniem samego autora, to „typowy błyskotliwy młody filozof wsadzony wbrew woli w zbroję.” Rzeczywiście, jego postać zmusiła mnie to wytężenia szarych komórek, ponieważ dysputy filozoficzne, które prowadzi z bratem Marcinem są nie lada wyzwaniem dla czytelnika nieobeznanego naprawdę dobrze w kwestiach filozoficznych. Tu naprawdę olbrzymi plus dla autora. Nadal nie potrafię sobie poradlić z rozwikłaniem problemu konieczności i asertoryczności według Arystotelesa i Teofrasta…
Ogólnie książkę mogę polecić, chociaż podpowiadam, że na początku należy się wykazać sporą cierpliwością. Być może rozrysować sobie jakaś mapę myśli? Może natomiast przeczytanie „Panów z Pitchfork”, debiutu Kamila Grucy (jak odmienić to niestandardowe nazwisko?) byłoby najlepszym rozwiązaniem. Hmmm… Szkoda, że o istnieniu tej powieści dowidziałam się dopiero po zakończeniu „Barona i łotra”. Szkoda, że na okładce nie ma ani najmniejszej wzmianki, że „Baron i łotr” jest niejako drugą częścią dylogii, ciągiem dalszym. Z pewnością pisałabym wówczas o mniejszej ilości minusów.
Jak już wspomniałam na początku – okładka zrobiła na mnie piorunujące wrażenie w pierwszej chwili i… nadal robi spore, choć patrzę na nią już od tygodnia – dzień w dzień. Ukłony dla autora fotografii i projektanta okładki. Powieść poza tym jest w całości ładnie wydana. Elegancki, gruby papier, lekko pożółkły, co dodaje mu klimatu. Czcionka idealna do czytania w każdych warunkach. Błędów znalazłam do dziesięciu. Może nie za dużo, ale jednak trochę ich było. W większości literówki polegające na powtórzeniu krótkich wyrazów. Coś, co nawet zwykły Word podkreśla jako powtórzenie, więc z pewnością można było tego uniknąć.
Do piątki, czy szóstki jeszcze trochę brakuje, ale myślę, że ostatecznie mogę postawić całkiem dobrą czwórkę, nawet z plusikiem, chociaż nad nim się jeszcze zastanowię.




środa, 12 września 2012

Śmierć w Breslau - Marek Krajewski

Przypuszczam, że każdy z Was gdzieś kiedyś słyszało o tej książce. Od niej zaczęła się moda na Wrocław. Na Wrocław w fantastyce i fantastykę we Wrocławiu. Gdyż kryminały są zaliczane do ogólno pojętej fantastyki. „Śmierć w Breslau” natomiast to nie tylko kryminał, to kryminał genialny, mądry, bawiący się z czytelnikiem drobnymi niuansami, bogato osadzony w realiach czasu i, oczywiście, miejsca.
Rozpoczynamy naszą podróż od Drezna w 1950 roku, by za chwilkę cofnąć się do tytułowego Breslau. Mamy rok 1933. Breslau nie leży w granicach Polski – jest miastem niemieckim, a w Niemczech władze przejął właśnie Adolf Hitler. Zapowiada się ciekawie? Owszem, a jest tylko coraz lepiej.
Paskudne morderstwo nastoletniej baronówny odrywa zastępcę szefa Wydziału Kryminalnego Prezydium Policji, radcę Eberharda Mocka od fascynującej gry w szachy w niecodziennym towarzystwie i miejscu, które raczej z turniejami szachowymi się nie kojarzy. Dlaczego ktoś rozpruł młodej dziewczynie brzuch, zgwałcił, wpuścił jej w trzewia okropne skorpiony i na dodatek zabrał jej bieliznę? To tylko niektóre z zagadek, które przyjdzie rozwiązać panu radcy. Dołączą do tego problemy natury osobistej, nowy współpracownik i coraz trudniejsze stosunki z władzami, w których do głosu zaczynają coraz częściej i nachalniej dochodzić hitlerowcy.
Historia zbudowana została drobiazgowo i cały czas trzyma w napięciu, gwarantując czytelnikowi kilka niespodziewanych zwrotów akcji. Jej rozwiązanie na pewno Was zaskoczy. Ja tak bardzo nie mogłam się go doczekać, że kompletnie zawaliłam noc – po prostu musiałam doczytać do ostatniej strony.
Bohaterowie są intrygujący, realistyczni i… czasami trudno stwierdzić, czy pozytywni, czy nie. Bo czyż można dobrze mówić o mężczyźnie, który regularnie zdradza żonę, chadza do burdelu i nie omieszka skorzystać z każdej szansy na to, by się wybić, awansować, zająć lepsze stanowisko? A jednak… w jakiś sposób polubiłam tych ludzi, mimo, że z pewnością miałabym opory, by się z nimi przyjaźnić w realnym świecie. Krajewski nie pokazuje świata w dwóch kolorach – nikt nie jest do końca ani biały, ani czarny. Jak to w życiu bywa. Tym bardziej więc może się wydawać, że ta historia jest rzeczywistością, a nie tylko zmyśloną opowieścią autora.
Drobiazgowe pokazanie nam niemieckiego przedwojennego Breslau otwiera oczy. To nie tylko ulice i domy, restauracje, dworki, sklepiki i parki. To także panujący wówczas klimat – tak meteorologiczny, jak i ideowy. Wszakże wojna już niedługo, choć pewnie nikt się jej jeszcze wówczas nie spodziewał. Dziękuję również za spis ulic i placów na końcu książki – dzięki temu można z łatwością odnaleźć miejsca, o których czytamy na współczesnej mapie Wrocławia. To taki mały słowniczek – nazwa niemiecka użyta w powieści (zgodnie z tym, jak to wyglądało w 1933) i obecna. Świetny pomysł, który jeszcze bardziej pozwala zgłębić wiedzę o tym fantastycznym mieście.
Skorpiony? Karaluchy? Węże? Tak, trochę wszelakiego paskudztwa tu znajdziemy, niestety. A może stety… Skorpiony robią duże wrażenie i pomagają budować napięcie. Karaluchy pokazują, jak wyglądały ówczesne czynszowe kamienice w „peryferyjnym niemieckim mieście”. Wszystko to istotne jest więc dla budowania klimatu, dla oddania rzeczywistości i… dodania odrobiny orientalnego smaczku w mieście, które dla nas dzisiaj nie ma już w sobie chyba takiej magii.
Ponadto, książka jest cudownie wręcz wydana przez Wydawnictwo Znak. Twarda oprawa z ciekawą grafiką, a właściwie dwiema, ponieważ tylnia okładka pokazuje kolejną interesującą postać. Grube, eleganckie strony, dbałość o szczegóły w zdobieniach i coś, czego jeszcze nigdy wcześniej nie spotkałam, a co mnie ujęło. Numeracja stron – numery są jedynie na stronach parzystych, ale… podwójne. Czyli np. na stronie 16 mamy numer 16/17. Taka mała ciekawostka, która zapada w pamięć.
Byłam tak pochłonięta lekturą, że zupełnie nie zwracałam uwagi na błędy. W każdym razie nic nie rzuciło mi się w oczy. Chyba, że w niemieckich nazwach, ale tego nie byłabym w stanie wyłapać, a jest ich tu – z oczywiste przyczyny – całkiem sporo.
Nie mogę się doczekać, kiedy w moje łapki wpadnie kolejny tom opowiadający o losach Eberharda Mocka.

poniedziałek, 10 września 2012

Najdziwniejsze kraje. Poznać i zrozumieć człowieka

Liczyłam na coś innego. Cóż, przeliczyłam się i… na dobre mi to wyszło. Myślałam, że „Najdziwniejsze kraje” to pozycja podobna do innych krajoznawczych. Przeczytam w niej o niesamowicie ciekawych dzikich ludach, nieprawdopodobnie dziwacznych zwierzętach, urzekająco pięknych miejscach zapadających w pamięć. Tymczasem…
Książka ta porusza bardzo poważne problemy, dotyka tematów, o których za często się nie mówi, które w pewnym stopniu stanowią temat tabu. Jakich?
Traktuje o tym, jak władcy krajów trzeciego czy nawet czwartego świata wyprzedają należącą do państwa ziemię zagranicznym inwestorom. Cóż w tym dziwnego? Co strasznego? Otóż, ten niebagatelny proceder prowadzi czasami do wyprzedania nawet połowy gruntów nadających się w danym państwie pod uprawę. Co natomiast mają począć mieszkańcy żyjący z uprawy roli? Kto pomyśli o nich, kiedy w rachubę wchodzą naprawdę grube pieniądze?
Sporo w tej niewielkiej książeczce informacji dotyczących Azji. Przerażają tu jednak nie dzikie pantery żyjące w tamtejszych dżunglach, ale ludzie, którzy dla swoich braci i sióstr są niczym wilki. Czasami strach mnie ogarniał, kiedy zdawałam sobie sprawę, jak niedaleko są te kraje. Jak blisko… jak szybko możnaby się w nich znaleźć przy dzisiejszych możliwościach podróżowania, a jak daleko kulturowo się znalazły.
Fascynujący był esej – bo cała ta książeczka składa się z 17 esejów – o rewolucji kulturowej, która nastąpiła w Japonii w drugiej połowie dziewiętnastego wieku. Jej powody, jej sukcesy i uchybienia, wszystko, co przecież w dwudziestym wieku odbiło się na historii, gospodarce i kulturze całego globu. Aż trudno nieraz uwierzyć, że niecałe dwieście lat temu był to całkowicie zamknięty kraj, gdzie „obcy barbarzyńcy”, czyli Europejczycy i Amerykanie byli naprawdę niemile (i rzadko) widziani.
Esej traktujący o tym, kto obejmie duchową władze w Tybecie po obecnym Dalajlamie przysporzył mi chyba najwięcej problemów ze względu na nieznane określenia. Gubiłam się w imionach i stanowiskach. To, oczywiście, nie wina autora, ale pewnie mojej ignorancji. Doczytam jeszcze trochę o tych kwestiach, ponieważ temat jest naprawdę bardzo interesujący i zawiły. Świetnie też ilustruje, jakie panują układy i powiązania pomiędzy Tybetem i komunistycznymi Chinami.
Bez wątpienia największe wrażenie zrobił na mnie esej pod tytułem „Polowanie na białych Murzynów”. Wstrząsnął mną do głębi, hoc nie on jeden. Ale chyba najdłużej zapadnie mi w pamięci.
Gorąco polecam również zapoznanie się z tekstem o Eurabii, który daje sporo do myślenia i przedstawia naszą codzienność z trochę innej perspektywy, choć można się mu przeciwstawiać i mieć do niego wiele moralnych zastrzeżeń.
Najważniejsze chyba jest to, że autorzy tej pozycji pokazali nam świat z innego punktu widzenia. Nie rozpisywali się tu o zabytkach, które warto zobaczyć, historii, którą należy poznać, ani bohaterach, o których powinniśmy przeczytać. Przedstawili problemy, które palą ludzi zamieszkujących ciekawe rejony świata. Zadają też pewne istotne pytanie między linijkami swych tekstów – czy wyjeżdżając na zagraniczne wakacje, myślisz w ogóle o ludziach, którzy tam żyją? O ich problemach? Ich zgryzotach? Ich boleściach? A jeśli nie, to czy nie jest na to najwyższy czas?
Uważam, że jest to jednak z tych pozycji, które naprawdę warto mieć w swojej biblioteczce, a nie tylko pożyczyć i przeczytać. To niewielka książeczka, do której warto co jakiś czas wracać. Choćby po to, by nie popaść w totalną znieczulicę.
„Najdziwniejsze kraje. Poznać i zrozumieć człowieka” została wydana „pod patronatem” Focus Cywilizacje. Można ją zakupić w księgarniach, bądź z czasopismem (numer wrześniowy) oraz w sprzedaży wysyłkowej, choć z pewnością pojawi się również na Allegro.
Jedyne zastrzeżenie, jakie mam – dlaczego nie wyjustowano tekstów w ramkach? Czyta się to ciężko, nieprzyjemnie i psuje cały efekt. Zamiast skupić się na ważnych tematach w nich poruszanych, wkurzałam się, że moje biedne oczy muszą biegać po krzywych linijkach, jakby nie wystarczyło im już szare tło. Reszta książki jest naprawdę dobrze złożona, znalazłam bodaj dwa (niewiele znaczące) błędy, ale te tabelki mnie dobiły. A że jest ich dużo, to niestety za nie stawiam spory minus.

czwartek, 6 września 2012

Coś na progu #3

Trzeci numer dwumiesięcznika „Coś na progu” (numer specjalny) jest doprawdy niezwykły. Poza jednym artykułem i (tradycyjnie już) komiksem znajdziemy w nim aż jedenaście opowiadań. Z powodzeniem więc można go zakwalifikować nie tylko jako czasopismo, ale i zbiór opowiadań.
Zgodnie z założeniem – fantastyka spotyka się tu z horrorem, kryminał z opowieściami niesamowitymi, a do tego wszystkiego mamy jeszcze okazję przeczytać wywiad z… Arturem Conan Doylem.
Przyciągająca wzrok okładka, poręczna wielkość – „Cocia” można włożyć spokojnie do damskiej torebki, a nawet do kieszeni (sprawdziłam). Genialnie wykonana, pulpowa oprawa graficzna każdego tekstu dodaje jeszcze smaczku.
Co mamy w środku merytorycznie? Solomona Kane’a, pogromcę zła, który tym razem spotyka na swej drodze pewnego bardzo rozsierdzonego ducha, którego celem „życiowym” jest… zemsta. Ciemno, strasznie, chłodno. Ciarki na plecach mile widziane i raczej nie da się ich uniknąć.
Bram Stocker opowiada pewien epizod dotyczący najbardziej znanego w historii literatury hrabiego, czyli Drakuli. Z tym, że nie liczcie na bliskie spotkanie z wampirem, tajemnicze ugryzienia i wszystko to, co dzisiaj kojarzy nam się z wampiryzmem. O, nie. To opowiadanie z pewnością Was zaskoczy.
Trzecie opowiadanie z gatunku horror to „Gwiazda McIlvane’a”. Zupełnie nowe (choć historia napisana w 1952 roku) spojrzenie na ludzkość i… kosmitów. Bo dlaczego zawsze muszą być oni humanoidalni? W końcu niejeden człowiek podważał już to założenie, a jednak… wszędzie takich właśnie mieszkańców kosmosu spotykamy. Co, jeśli jesteśmy jedyni w swoim rodzaju (co wcale nie znaczy, że lepsi od innych), a technologia stworzona przez obcych działa na nas zupełnie inaczej, niż mogliby się tego spodziewać? I jakie zrodziło skutki? Nieprawdopodobnie genialna historia o poszukiwaniu miejsca dla siebie i zrozumienia. Gorąco polecam.
Dwa opowiadania oznaczono szyldem „opowieści niesamowite”. Jest to ciekawa przygoda profesora Challengera, drugiego po Holmesie ważnego bohatera, którego stworzył Conan Doyle. Cóż, ze wszystkich opowiadań zawartych w „Cosiu” ta chyba najmniej przypadła mi do gustu, ponieważ okazała się zbyt przewidywalna. Może to upływ czasu. Dzisiaj tyle już widziano, słyszano, czytano. Historie, które szokowały w czasach, gdy pisał Doyle, niekoniecznie zaskakują dzisiaj. W każdym razie nie jest to opowiadanie, które można porównać do genialnych utworów o szalonym nieco detektywie ze Scotland Yardu.
Natomiast „Zielony księżyc” Fritza Leibera to… majstersztyk w każdym calu. Zaskakuje non stop, zwroty akcji są niespodziewane i szokujące, opowiadanie trzyma napięciu przez każdą sekundę i na długo jeszcze zapada w pamięć i męczy szare komórki. Utwór ma już ponad pięćdziesiąt lat i możnaby się spodziewać, że się nieco przeterminował, a jednak nic w tym rodzaju. Nadal żywe są nasze strachy przed apokalipsą wynikającą z zagrożenia atomowego, a „Zielony Księżyc” idealnie wpasowuje się w różne scenariusze takiej zagłady, przestrzegając, dając jednocześnie nadzieję, a później… To już musicie doczytać sami.
Przechodzimy do działu science fiction, a tu spotkanie z mistrzem Frankiem Herbertem. „Brakujące ogniwo” to opowiadanie, które stoi u podwalin jego powieści „Twórcy Bogów”. Ciekawe, nietuzinkowe, ale jakby czegoś mu brakowało. Najgorsze, że w tym niedługim tekście błędów naliczyłam więcej, niż na pozostałych 90 stronach razem wziętych. Przykro… Tłumaczenie takie sobie – następnym razem będzie lepiej. Skąd wiem? Nie powiem J
Dużo lepiej w tej kategorii wypadło opowiadanie „Koszt życia”, choć i ono mnie nie poraziło. Spodziewałam się jakiegoś wielkiego zakończenia, a tu… Pomijając jednak samo zakończenie – jest to bardzo dobra pozycja, która daje do myślenia. Ładnie napisana, ciekawie przedstawiony świat przyszłości, porusza ważne problemy. Warto do niej zajrzeć.
Kryminałów w tym „Cosiu” mamy dwa i oba są bardzo wysokich lotów. „Podpalenie oraz…” Hammetta to świetnie poprowadzona intryga. Kalifornia, lata przypuszczalnie dwudzieste (nie sprecyzowano, ale można się domyślić po niektórych poszlakach; wszakże to kryminał, więc poszlaki są pożądanym zjawiskiem). Tajemnicze podpalenie, w którym ginie dziwny właściciel domu. Kilku podejrzanych, którzy jednak wydają się niezdolni do popełnienia takiej okrutnej zbrodni. Jakie tajemnice skrywają, jakie zależności? Kryminał przez duże K.
„Przygody Sherlocka Holmesa i Nata Pinkertona w Rosji: Tajemnica Fontanki” to już historia wielkiego kalibru, nie tylko dlatego, że jest najdłuższa w tym zbiorze. Który ze znanych detektywów okaże się lepszy i odkryje tajemnicę znikającej łodzi i porwanej księżniczki Olgi? Z pewnością ich równoległe śledztwa pozwolą Wam puścić wodze fantazji i zapoznać się jeszcze lepiej z metodami dochodzeniowymi z czasów, gdy CSI nie miało jeszcze nic do gadania. Świetnie napisana, żywiołowa opowieść, idealnie oddająca realia epoki, z genialnym przestępstwem i wcale nie takim prostym rozwiązanie zagadki. Godna samego Conan Doyle’a, choć autorem jest Paweł Orłowiec.
Doyle’a w tym numerze sporo, ale właściwie nie ma się co dziwić – wszakże wielkim pisarzem był i położył podwaliny pod współczesny kryminał. Tak więc po jego opowiadaniu i po utworze, w którym występuje jego główny bohater – czas na… wywiad z zaświatów. Jeśli macie ochotę bliżej poznać sir Artura, z pewnością Was nie zawiedzie.
Na deser errata – opowiadanie Pawła Pollaka. Proste i… przerażające. Bardzo smaczny deser traktujący o tym, jak ze zwykłego nieszczęśliwego człowieka rodzi się morderca. I jakie konsekwencje swego zbrodniczego czynu musi czasami ponieść. Ku przestrodze, nie tylko niezadowolonym mężom i żonom.
Wisienką na tym przepysznym torcie pełnym tajemnic i grozy jest komiks Krzysztofa Chalika.
Nie ma co – zbiór opowiadań, jak się patrzy. Dobrze dobrane, ciekawe, wzbudzające wiele emocji utwory. Trzymające w napięciu, mądre, ozdobione jeszcze rysunkami, wydane w poręcznej formie. Nic dodać, nic ująć. Ja mam swoje typy na najciekawsze (mogę zdradzić, że są to: „Gwiazda McIlvane’a, Zielony Księżyc i Przygody Sherlocka Holmesa i Nata Pinkertona w Rosji: Tajemnica Fontanki), Wy z pewnością również swoje znajdziecie, ale najpierw musicie przeczytać. Na dodatek – wszystko o za jedyne… 8,90 zł!