Fragment mojej recenzji został umieszczony na okładce powieści "Skazaniec. Z bestią w sercu" Krzysztofa Spadło


Moja recenzja została zamieszczona na okładce powieści "Wojownicy. Odwet Wysokiej Gwiazdy" Erin Hunter

Fragment mojej recenzji „Korony śniegu i krwi” został umieszczony na okładce powieści Elżbiety Cherezińskiej – "Niewidzialna korona"

czwartek, 19 listopada 2020

Zimowa magia (pod redakcją Abi Elphinstone)

 

Wydawnictwo: Wilga
Warszawa 2020
Tytuł oryginału: Winter Magic
Przekład (z j. angielskiego): Barbara Górecka
Oprawa: miękka
Liczba stron: 382
ISBN: 978-83-280-8053-9
 


 

Chyba już Wam kiedyś wspominałam, że jestem Christmas freakiem. Wszystko, co bożonarodzeniowe budzi we mnie jakiegoś szalonego elfa i powoduje pikawkę. Jednym z moich największych życiowych marzeń jest mieć dom ozdobiony jak na amerykańskich filmach. Wiecie, choinka, kolejka, całe świąteczne miasteczko, na zewnątrz przystrojone lampkami chojny... Co roku coraz bliżej ziszczenia tego marzenia!
Tymczasem powróćmy do książek. Zaczynamy recenzje zimowo-świątecznych lektur dla dużych i małych czytelników. Na początek coś dla dzieci, ale nieco starszych, raczej już szkolnych, więc na razie przeczytałam jedynie ja. Moje Córeczki są jeszcze za małe. Dlaczego? Czytajcie dalej, wszystko wyjaśnię.
Przyznam szczerze, że okłada, którą widzicie powyżej nie oddaje rzeczywistości. Średnio mi się podoba. Na szczęście naprawdę wygląda dużo lepiej. Jest przepiękna. Byłam urzeczona, kiedy wyjmowałam ją z paczki. Od razu poczułam zapach świerków i drobiny mrozu na palcach. I tak już pozostało do końca lektury, bo od pierwszej do ostatniej strony jest doprawdy zimowo.
"Zimowa magia" to zbiór 10 opowiadań i jednego wiersza stworzony przez uznanych i popularnych autorów literatury dziecięcej, zebranych przez Abi Elphinstone, autorkę "Podniebnej pieśni". Teksty są bardzo różnorodne, napisane w różnych konwencjach, poruszające przeróżne tematy. Jedne podobały mi się bardziej, inne mniej, nie potrafię jednak powiedzieć, który jest moim faworytem. Wśród opowiadań znajdziecie baśnie, fantastykę, opowieści grozy (oczywiście odpowiednie dla dzieci), kryminał... Sami widzicie, że będzie się działo i trudno się przy takim wyborze nudzić.
W pierwszym opowiadaniu, "Noc na Lodowym Jarmarku" przenosimy się w czasie. Wszystko zaczyna się zwyczajnie i dość smutno, a potem główną bohaterkę czeka niesamowita przygoda, której skutki mogą zaważyć na czyimś życiu. Czy kawałek starego piernika może odmienić czyjeś losy? Czy zamarznięta Tamiza okaże się naprawdę bajkowym miejscem? I jak wydostać się z mroźnego XVIII-wiecznego Londynu do współczesności? Razem z przygodą i ściganym młodym chłopcem, Maya odkryje pewne tajemnice, które nie pozostaną bez wpływu na jej codzienne życie. Opowieść jest piękna i bardzo mądra, porusza temat pozostawienia ukochanej babci w domu opieki, niezrozumienia starszych ludzi, nadgorliwego dbania o chore dziecko. To nie tylko przygoda dla przygody, sztuka dla sztuki. To kawałek świetnej literatury, z którego młody czytelnik może się sporo nauczyć.
W "Magii zimowego przesilenia" razem z księżniczką Evelyn i jej przyjaciółką Samanthą odwiedzamy elfy ze Smalandu. Nie, nie, nie ma tu żadnego słodkiego elfiego brokatu, pyłu, czy czegoś tam. Jest... epidemia śmiertelnej choroby i, jak się okazuje, jedynie Samantha ma szansę ją pokonać. Musi jednak najpierw uwierzyć w siebie i co nieco pokombinować. Czy uda jej się uratować święto i całą elfią rasę? Możecie się domyślić, wszak to opowieść dla dzieci, ale znajdziecie w opowiadaniu niejedną niespodziankę.
"Głos pośród śniegu" jest częścią powieści "The Other Alice" i tym tekstem, który zrobił na mnie najsłabsze wrażenie. Do połowy zupełnie nie widziałam, o czym czytam, zasnęłam nawet kilka razy. Potem było lepiej, a zakończenie było całkiem dobre i zaskakujące, ale kiepskie wrażenie pozostało. Może Wam spodoba się bardziej.
"Zimne serce" jest tym opowiadaniem, przy lekturze którego zdałam sobie sprawę, że moje Dziewczynki poczekają na tę książkę jeszcze kilka dobrych lat. To naprawdę opowiadanie grozy i może zbyt młodego czytelnika przerazić. Jest piękne, nadaje całemu zbiorowi niesamowitego charakteru, to taki tekst z pazurem, ale naprawdę nie dla maluchów. Żyjący od niemal tysiąca lat pod ziemią, ludzie, którzy nie widzieli słońca i są od pokoleń przekonani, że takie życie to kara za radość... Naprawdę prejmujące wrażenie.
"Casse-Noisette" to opowieść o pierwszym wystawieniu na scenie "Dziadka do orzechów" Piotra Czajkowskiego. Dzisiaj to jeden z najbardziej znanych i cenionych baletów, ale początkowo nie spotkał się z pozytywnym odbiorem i o tym jest ta historia. Historia napisana przepięknie, z prawdziwie świątecznym klimatem godnym carskiego Petersburga. To także opowieść o spełnianiu się świątecznych marzeń, o miłości siostrzanej i pomocnej dłoni, która nieraz daje znacznie więcej, niż wskazywałby nominał banknotu. Daje nadzieję.
"Ktoś taki, jak królowa śniegu" to kolejna nieco przerażająca historia. O miłości i zniechęceniu. O poczuciu zawiedzenia, smutku, żalu, poczuciu winy. Kończy się dobrze, ale zanim dochodzimy do zakończenia, zdarzy się mnóstwo nieco magicznych, a na pewno smutnych rzeczy. Opowiadanie porusza również temat różnego radzenia sobie ze śmiercią bliskiej osoby, w tym przypadku taty i tego, jak to wpływa na pozostałych członków rodziny. 
"Pokój z widokiem na góry" z kolei rozwesela i pokazuje, że nawet w złych momentach można doszukać się czegoś pięknego. To świetny kryminał dla starszaków, nawet ja czytałam go z wypiekami na twarzy. Czułam się jakbym oglądała zimową opowieść ze Scooby-Doo.
"Śnieg" to jednostronicowy wiersz. Bardzo ładny i klimatyczny, czyta się go z przyjemnością. I nostalgią, tęsknotą za Starym Misiem i... śniegiem.
"Wnętrze góry" jest przepisaną na nowo legendą o grajku,, który najpierw przepędza atakujące ludzi szczury, a potem (z powodu braku zapłaty za wykonaną usługę) zabiera z wioski dzieci. Wspaniała reinterpretacja tej, chyba dość mało u nas znanej, historii.
"Książka spełniająca życzenia" opowiada o dziewczynce i jej dwóch babciach. To doskonałe pokazanie dwubiegunowości świata, jak go często widzą dzieci. Ponadto ważna lekcja na temat tego, żeby uważać, czego naprawdę sobie życzymy. Czy kończy się dobrze? I tak i nie, ale na pewno potrafi sporo nauczyć. I naprawdę bardzo podobała mi się kreacja Babci Rower i Babci Auto. Rewelacyjny pomysł!
"Śnieżny smok" Abi Elphinstone jest opowieścią przerażającą. Czułam się trochę tak, jakbym czytała Dickensa (którego swoją drogą uwielbiam), choć z dużą dozą magii. Zanim w opowieści pojawia się tytułowy smok, widzimy okropne traktowanie dzieci w domu dziecka i serce rozpryskuje się z bólu na drobne kawałki. Jak strasznie jest pomyśleć,, że w niektórych domach dziecka naprawdę dzieci traktowane są jak nie tylko niepotrzebne, ale wręcz przeszkadzające dorosłym elementy wystroju... To opowiadanie to mistrzowskie połączenie prozy dickensowskiej z "Niekończącą się opowieścią". 
Cały zbiór czyta się wyśmienicie i jest to prawdziwa zimowa uczta czytelnicza. Czuć od tej książki mrozem, śniegiem i pachnącymi choinkami. Przed oczami migają kolorowe lampki, w uszach grają melodie ze świątecznych jarmarków. A jednak, przy całej tej magii, zauważamy drugiego człowieka. Zmarzniętego, niekochanego, zaniedbanego. Szukającego zrozumienia, próbującego zmierzyć się z problemami. Człowieka młodego, człowieka starego, nie ma znaczenia. Człowieka, który potrzebuje drugiego człowieka.
Wspominałam na początku i przypomnę, to nie jest książka dla małych dzieci. Są w niej ważne treści i piękne opowieści, ale niektóre sceny są naprawdę przerażające. Sam ich koncept może dziecko przestraszyć i zniechęcić do czytania. Dziesięć lat to chyba odpowiedni moment, choć pewnie są dzieci, które wcześniej zaczynają taką poważniejszą lekturę. Sami osądźcie. W każdym razie naprawdę warto posiadać "Zimową magię" w swojej biblioteczce. To piękna i mądra książka w bardzo zimowym klimacie. Szczególnie na nasze, bezśniegowe ostatnimi czasy, zimy.
 


 





Książkę przeczytałam dzięki życzliwości Wydawnictwa Wilga

piątek, 6 listopada 2020

Przyrodnia siostra – Jennifer Donnelly

 

Wydawnictwo: Zysk i S-ka
Poznań 2020
Oprawa: miękka ze skrzydełkami
Liczba stron: 395
ISBN: 978-83-8202-019-9
 
 
  


Bardzo lubiłam oglądać serial "Once Upon a Time". Pamiętam, jak wielkie wrażenie robiły na mnie pierwsze (choć nie tylko) odcinki. Opowiedziane na nowo baśnie pokazywały nowe oblicza znanych postaci. Drugie dno, trzecie dno, czwarte dno. Tłumaczyły, dlaczego złe macochy były złe, zwracały uwagę, że zło czasami nosimy w sobie. A przede wszystkim utwierdzały w przekonaniu, że każdy zasługuje na wysłuchanie, na wybaczenie, na drugą szansę. Na szczęście. Pokochałam Bellę i Rumpela. Uwielbiałam Reginę i Kiliana. Po prostu szalałam za Ruby. Jedną ze słabiej, moim zdaniem, zaprezentowanych postaci była Ella, czyli Kopciuszek, która pojawiła się dopiero w ostatnim sezonie. Z wielką radością zasiadłam zatem do najnowszej powieści Jennifer Donnelly, by i na tę klasyczną historię spojrzeć inaczej.
Cóż, Elli i tu wiele nie ma. Bo to nie książka o niej, ale o jej przyrodnich siostrach, przede wszystkim zaś o najmłodszej z nich, Isabelle. Jednej z tych "brzydkich sióstr królowej", które przez lata upokarzały biedną Ellę, wykorzystywały ją do ciężkich prac, wyśmiewały się z niej, same pławiąc się w bogactwach... A pewnego dnia postanowiły oszukać księcia i... Tak wiemy doskonale, co zrobiły. Tavi ucięła sobie piętę, Isabelle palce u stopy. Wszystko po to, by zmieścić się w maleńkim pantofelku, który tajemnicza dziewczyna zgubiła, uciekając z balu. Kłamstwo ma jednak, nomen omen, krótkie nóżki i prawda szybko wychodzi na jaw, choć towarzyszący księciu diuk upuszcza szklany bucik, który rozpryskuje się na drobne kawałki. W chwili, w której Ella wyrusza z księciem do zamku, zaczyna się nasza opowieść. Tam gdzie znana i kochana przez wielu baśń właściwie powinna się kończyć.
"Przyrodnia siostra" to nie bajka dla dzieci. To bardzo pogłębiony rys psychologiczny postaci. Próba wytłumaczenia, skąd bierze się zło. Gdzie się lęgnie i dlaczego wychodzi. Jak łatwo z przyjaciela uczynić wroga, kiedy w sercu pojawia się zazdrość. I jak łatwo zniszczyć tym komuś życie. Z pewnością czeka Was w czasie lektury niejedna niespodzianka, jeśli o te kwestie chodzi. 
Isabelle jest główną bohaterką tej opowieści i przyznam bez bicia, polubiłam ją. Nie mniej niż Felixa czy Tavi. Jest osobą bardzo nieszczęśliwą, nie umiejącą się odnaleźć w otaczającym ją świecie. Zupełnie do niego nie pasuje. I nawet nie bardo chce się dopasować. Ale kocha swoją matkę i dla niej jest zdolna na wiele poświęceń. A Maman z pewnością nie jest w tej powieści postacią pozytywną. Właściwie nie wiemy do końca dlaczego. Jest wspomniane jednym zdaniem, że poczuła (sic!) zazdrość i dlatego zaczęła źle traktować pasierbicę, ale jej postać jest drugoplanowa, może nawet trzecioplanowa i raczej słabo opisana.
Wracając do Isabelle. Kiedy czytałam "Przyrodnią siostrę" musiałam sobie co jakiś czas przypominać, że to jedna z tych złych dziewuch, które znęcały się nad Kopciuszkiem. Isabelle nie jest opisana w superlatywach, Autorka nie stara się jej wybielić, a jedynie poszukać przyczyn, dla których stała się ona tym, kim była. Mówi nam, że każdy zasługuje na usprawiedliwienie się, na poproszenie o wybaczenie, na drugą szansę. Nie na wybielenie, nie na zapomnienie o grzechach i błędach, ale na pojednanie i możliwość rozpoczęcia nowego życia. Każdy zasługuje na odnalezienie swojego szczęścia. 
Isabelle wciąż goni za niedoścignionym. Jest brzydka. Przynajmniej tak uważają wszyscy dookoła z Maman włącznie. Chciałaby być piękna, bo... wiadomo, pięknym jest łatwiej. Pięknym wszystko uchodzi na sucho. Pięknego wszyscy lubią, wszyscy kochają. Brzydki nie ma szans. Po prostu jest brzydki. Jeszce gorzej, jeśli jest dziewczyną na wydaniu. I ma matkę mającą wielkie aspiracje. Isabelle chce być śliczna, ale w głębi serca czuje, że to nie jest dla niej najważniejsze. Bo przecież była kiedyś szczęśliwa. Jeździła wówczas konno, wdrapywała się na drzewa, bawiła w piratów. Czytała mądre książki o dawnych generałach. Marzyła... wszystko to zostało jej odebrane. Kawałki serca pomalutku zostały wycięte. Teraz musi je odnaleźć. Tego żąda od niej, w zamian za piękno, baśniowa królowa.
Baśniowa królowa to jedna z moich ulubionych postaci w tej powieści. Kim jest? Znacie ją doskonale. To dobra wróżka, czarodziejska mama chrzestna (Fairy Godmother), czy jak ona się w bajce o Kopciuszku w polskiej wersji nazywała. Wydaje mi się jednak, że nie został wykorzystany cały jej potencjał. Z drugiej strony – w baśni również nie pojawia się tak znowu często.
Próba odszukania fragmentów swego serca jest niełatwa, wymagająca popatrzenia wgłąb siebie i często przyznania się do prawdy, której nie chce się znać, zaakceptować. Niezmiernie ważny jest również wątek przeznaczenia, które zostało napisane dla Isabelle przez trzy wiedźmy. Od tego zresztą rozpoczyna się powieść, od razu wprowadzając nas w świat magii i fantastyki, a jednocześnie zadając tak niezmiernie ważne egzystencjalne pytanie. Autorka wyśmienicie odmalowała również postaci Przeznaczenia i Szansy. To genialne charaktery toczące odwieczną walkę. Czy jest możliwe, że to jednostkowe decyzje i czyny każdego z nas mają większy wpływ na ścieżkę, którą namalowało nam przeznaczenie? Czy wystarczy, że dostaniemy szansę? A jak to było z Isabelle i Tavi? Nie mamy przecież wątpliwości, że przy niewielkiej szansie, którą od Baśniowej królowej otrzymała Ella, wykorzystała ją ona najlepiej jak to możliwe, całkowicie odwracając koleje swego losu.
Poza tematem szukania siebie jest też w powieści sporo o łamaniu stereotypów. Nawet pozytywne postaci podchodzą do życia bardzo stereotypowo. Zresztą nie powinno to zbytnio dziwić, wszak akcja toczy się we Francji końca XVII wieku, kiedy to o prawach kobiet do samostanowienia nie śniło się chyba nawet królowym. Czy głód serca ma szansę wygrać w walce z przypisanym miejscem w społeczeństwie? Czy prawdziwa pasja, wielki talent niespotykana inteligencja mogą znaczyć więcej niż śliczna buzia, czy jednak są jedynie przeszkodami, często pogardzanymi, wyśmiewanymi rzez innych, ukrywanymi przez tych, których "dotknęły"?
Powieść jest pięknie napisana. Elementy baśniowe czy fantastyczne przelatają się ze zwykłą opowieścią, którą można by zaklasyfikować jako obyczajówkę. Powiedziałabym że jest jednak lekturą bardziej skierowaną do młodego czytelnika, choć mogłaby spodobać się i starszym, ale pod warunkiem, że lubią takie fantastyczne klimaty (jak ja). No i ta cudowna okładka, która zapowiada prawdziwie baśniową ucztę. Z całego serca polecam!



 



Książkę przeczytałam dzięki uprzejmości Zysk i S-ka:

środa, 28 października 2020

Ogród kobiet – Carla Montero

 

Wydawnictwo: Dom Wydawniczy REBIS
Poznań 2019
Tytuł oryginału: El jardin de las mujeres Verelli
Przekład (z j. hiszpańskiego): Wojciech Charchalis
Oprawa: miękka
Liczba stron: 444
ISBN: 978-83-8188-059-6
 
 





 

Na grudniowe spotkanie Dyskusyjnego Klubu Książkowego zdecydowaliśmy się przeczytać "Ogród kobiet" Carli Montero. Na spotkaniu październikowym usłyszałam, że jest to jedna z tych książek, po przeczytaniu których (a nawet w czasie lektury) będę co chwilę biegała do kuchni, by wypróbować kolejne przepisy (ciekawostka: tytuły rozdziałów to nazwy dań). Owszem, jeden przepis sobie wynotowałam, nie jest to jednak powieść podobna do tych tworzonych przez Marlenę de Blasi, nie przypomina też "Wytwórni smakowitych lodów Vivien". Prawda jest taka, że się ją pochłania, ale w zupełnie innym znaczeniu. Na pewno jednak po zakończeniu czujemy się przyjemnie nasyceni.
Akcja rozpoczyna się w Barcelonie, gdzie mieszka jedna z dwóch głównych bohaterek i jednocześnie narrator powieści, Gianna. Właśnie zmarła jej babcia, ukochana kobieta, która wychowała ją po tragicznej śmierci matki. Razem z bratem, Carlo, Gianna zastanawia się, co robić. Został im w spadku sklep, którego żadne z nich nie zamierza prowadzić. Gianna jest architektem, osiąga sukcesy, kocha swoją pracę. Carlo mógłby zajmować się sklepem, w którym, bądź co bądź, sprzedawane są głównie słodkości, bo jest kucharzem, ale... mieszka na stałe w Paryżu i wcale nie planuje powrotu do rodzinnego miasta. Sklep będzie więc trzeba sprzedać, z tym że wiąże się z nim tyle wspomnień i rodzinnej historii. Został założony przez prababkę, która w drugiej dekadzie XX wieku wyemigrowała z Włoch do Hiszpanii. 
Gianna, choć życie zawodowe układa jej się rewelacyjnie, czeka ją być może nadzorowanie dużego projektu architektonicznego w Chinach, nie czuje się komfortowo w życiu prywatnym. Od kilku lat spotyka się z aktorem, który wciąż nie potrafi odejść od żony. Gia nie radzi sobie z tym, choć nie przyznaje się do tego zbyt często. Zagmatwane życie bez rodziców odcisnęło na niej swoje piętno i nie umie zadbać o równowagę między pracą, miłością a przyjaźnią. Teraz wszystko ma się zmienić.
Śmierć ukochanej babci, odkrycie tajemniczego, ukrywanego od wielu dekad pamiętnika prababki, niechciana ciąża, która może zburzyć wszystko, co Gianna przez tyle lat w pocie czoła wypracowała. W końcu zdecydowanie nieprzyjemna reakcja kochanka i szefowej na jej stan doprowadzają do tego, że Gia postanawia wyruszyć w podróż i odkryć sekrety swej prababci, Giovanny.
W tym miejscu akcja zaczyna toczyć się dwutorowo. W jednej warstwie wraz z Gią zwiedzamy współczesną Ligurię, a konkretnie niewielką miejscowość Castelupo i leżące nieopodal San Remo. Gii przyjdzie zmierzyć się z przeszłością i podjąć ważne decyzje co do swej przyszłości. Wszyscy mówią "usuń, będzie łatwiej", "nie kombinuj, nie potrzebujesz teraz dziecka". I ona się z nimi zgadza. Dziecko w tym momencie nie jest "dobrym pomysłem". Dlaczego więc wciąż nie umawia się do lekarza, tylko wyjeżdża do Włoch? Przecież podjęła już decyzję. 
Oglądamy też Castelupo oczami młodziutkiej Giovanny. Dziewczyna z bardzo ubogiego domu, wychowywana właściwie przez macochę Cygankę, po śmierci ojca musi spłacić jego długi. Trafia na służbę do zamku hrabiego Ruggii, gdzie zakochuje się w jego młodszym synu, Luce. Z wzajemnością zresztą. Nie będzie to jednak miłość łatwa, co można przewidzieć, choć utrudnienia wcale nie są takie oczywiste. Poza sprzeciwem hrabiego i wszelkimi oczywistymi problemami wynikającymi z zasad obowiązujących w tamtym czasie, dochodzi jeszcze problem wybuchu wojny i udziału w niej wojsk włoskich. Ten wątek jest bardzo ważny dla przyszłości całej rodziny Verelich, o czym powoli przekonuje się również Gia. Tymczasem Giovanna, którą najbliżsi nazywają Anice, musi się zmagać ze swoją, jakże trudną, codziennością. Na szczęście poza Luką ma jeszcze prawdziwych przyjaciół, Manuelę i Pina. I potrafi leczyć. Tym zaskarbia sobie serdeczność sąsiadów
Wojna, jak każdy konflikt zbrojny, burzy spokojne życie Castelupo i zamku wilka, siedziby Ruggiów. Narastają spory pomiędzy najbliższymi, a trzeba powiedzieć, że relacje Luki z ojcem były zawsze mocno napięte. Ludzie giną na polach bitew. Inni powracają, straszliwie okaleczeni. Fizycznie, ale i psychicznie. Dzisiaj niemal każdy wie, czym jest PTSD, wówczas o zespole stresu pourazowego nikt nie miał pojęcia. Nikt zatem nie potrafił sobie z nim poradzić. Nawet Anice nie umiała zaradzić problemom, które po powrocie z frontu Wielkiej wojny miał Luka. Jego traumy zaważyły natomiast na całym ich życiu. 
Gia również poznaje nowych ludzi. Do Castelupo przyjeżdża Enzo, który chce odrestaurować stary zamek i otworzyć go dla gości. Ma też chrapkę na Gię, choć ona nie zdaje się być zainteresowana. Wszak dopiero co rozstała się, będąc przecież w ciąży, z wieloletnim partnerem. Na jej drodze stanie też grupka wyjątkowych, a jednak tak przecież zwyczajnych, kobiet, z którymi połączy ją serdeczna przyjaźń. I Mauro, kuzyn jednej z nich, dziwny, zamknięty w sobie człowiek, z którym trudno rozmawiać, a który od jakiegoś czasu zamieszkuje młyn należący, jak się okazuje, do rodziny Verellich. Losy Gii, Enza i Maura splotą się na długo i zaowocują wieloma zmianami, których żadne z nich nie mogło się spodziewać.
Mauro jest także niesamowicie interesującą postacią. Spokojnie można powiedzieć, że zmaga się z prawdziwymi demonami przeszłości, a pobyt w więzieniu zdaje się dla niego doświadczeniem chyba najmniej  bolesnym spośród nich. Niesamowite jest nie tylko porównywanie losów Gii i Anice, ale chyba nawet bardziej tego, co przeżyli Luca i Mauro. Tutaj Autorka pokazała prawdziwy kunszt. Psychologiczne portrety tych mężczyzn są wyjątkowo głębokie, rzecz szczególnie rzadka w prozie kobiecej. 
Choć czy "Ogród kobiet" można nazwać prozą kobiecą? Na pewno nie powinniśmy rozważać tej powieści jako romansu. Jest czymś na pograniczu literatury obyczajowej, mocno osadzonej w historii i kładącej naprawdę duży nacisk na psychologię. Zdecydowanie można o niej powiedzieć,  że to świetnie napisana saga rodzinna (choć nie do końca, bo przecież niewiele dowiadujemy się o babci Lucii i matce, której imienia chyba nawet nie poznajemy) o pogłębionym rysie psychologicznym czwórki głównych bohaterów. 
"Ogród kobiet" porusza wiele ważnych tematów i trauma jest tylko jednym z nich. Montero dużo pisze o wolności, zadając pytanie, czym ona właściwie jest. Życie nazywa ciągłym uczeniem się pokonywania strachu. Pyta czy dziecko jest przeszkodą na drodze do osiągnięcia sukcesu zawodowego. I w druga stronę, czy dążenie do robienia kariery musi stać na drodze założeniu rodziny i spokojnemu oraz poukładanemu życiu rodzinnemu. Czy życie w mieście koniecznie stoi w opozycji do życia na wsi. W końcu jakie są miejsce i rola kobiety we współczesnym świecie – współczesnym zarówno z perspektywy Gii, jak i Giovanny.
To doprawdy przepięknie napisana historia, w której znalazłam głębię uczuć i mnóstwo ważnych spraw do przemyślenia. Oraz ogrom cytatów,  którymi będę się z Wami dzieliła na fanpage'u, więc zaglądajcie na niego częściej. Szczerze polecam (i ne mogę się już doczekać dyskusji o tej powieści).
 




Książkę przeczytałam w ramach Dyskusyjnego Klubu Książki

czwartek, 22 października 2020

Boot. Wielka przygoda małego robota – Shane Hegarty

 

Wydawnictwo: Wilga
Warszawa 2020
Tytuł oryginału: Boot. Small Robot, Big Adventure
Przekład (z j. angielskiego): Maria Lalik
Oprawa: miękka
Liczba stron: 240
Ilustracje: Ben Mantle
ISBN: 978-83-280-7580-1
 





 

Książka, o której chcę Wam dzisiaj opowiedzieć to nie tylko wyśmienita przygodówka dla dzieci, ale również pierwszy tom serii, czeka nas zatem więcej spotkań z małym i zabawnym robotem imieniem Boot.
Taki właśnie jest główny bohater. To niewielki robot-zabawka. Został zakupiony, kiedyś, nie wiadomo kiedy, jako prezent dla dziewczynki. Sprawił jej wielką radość i bardzo go kochała. Jednak... coś się wydarzyło. Coś, co doprowadziło go na złomowisko. W straszne miejsce, gdzie paskudny Flint rozmontowuje sprzęty i zgniata je na miazgę, bądź przerabia na części do innych urządzeń. Taki los czeka też Zabawnego (nazwa serii robotów). Jednak... budzi się on nagle i wcale nie podoba mu się pomysł zostania kupką metalu.
Pierwsze słowo, jakie wpada mu "do głowy" to Boot, stwierdza zatem, że to jego imię. Ma też fragmentaryczne wspomnienia. Dokładnie – dwa i pół wspomnienia. Z nich wie, że kiedyś należał do Beti. Trzeba zatem dziewczynkę odnaleźć, szczególnie, że w bocznej szufladce znajduje jej naszyjnik. Czuje się zobowiązany go wrócić.
Zaczyna się przygoda i to bez trzymanki. W świecie, w którym rozgrywa się akcja, roboty są codziennością ludzi. Wykonują za nie przeróżne prace i mają przeróżne kształty. Istnieje jednak bardzo ważna zasada – robot musi mieć właściciela. Jeśli robot właściciela nie posiada, zawsze może zostać złapany przez złomiarza i jego roboty-ciachacze. Boot dowiaduje się tego w bardzo bezporedni i nieprzyjemny sposób.
Szukanie Beti jest bardo trudne, bo jak znaleźć dziewczynkę w wielkim mieście, nie mając niemalże wskazówek? Boot jest jednak naprawdę zdesperowany. Na swej drodze spotyka mnóstwo innych robotów, z których wiele również ostało w taki czy inny sposób odrzuconych przez społeczeństwo. Robotów, które uznano za niesprawne, a które przejawiają iście ludzkie uczucia.
Droga do właścicielki będzie długa i kręta. Boot i jego nowi przyjaciele napotkają mnóstwo trudności. Wciąż będą też ścigani przez rozwścieczonego Flinta, który nie może znieść myśli, że taki mały Boot jest pierwszym robotem, który zdołał mu uciec. Przyjaciele (a jest to niesamowita galeria przeróżnych, fizycznie i charakterologicznie, robotów) będą mieli wzloty i upadki. Będą żyć nadzieją i popadać w depresję. Czuć samotność, złość, miłość, tęsknotę, zniechęcenie...
Całą historię poznajemy z perspektywy Boota, który jest pierwszoosobowym narratorem. A opowiada naprawdę pięknie. Wyśmienicie pokazuje nam swoje czucia, których dotąd nie znał, których nie rozumie, których dopiero się uczy. Z całą świadomością, że nie powinien ich, jako robot, mieć. Wczuwamy się w jego sytuację, odczuwamy jego rozterki.
"Boot. Wielka przygoda małego robota" to historia o przyjaźni, poszukiwaniu własnej osobowości, odpowiedzialności za innych, panowaniu nad uczuciami i emocjami. Jednym słowem to wzruszająca opowieść o tym, co naprawdę najważniejsze w życiu.
Książka jest przepięknie zilustrowana przez Bena Mantle'a. Na średnio co trzeciej stronie możemy podziwiać klimatyczne, śliczne ilustracje w odcieniach szarości, które idealnie odwzorowują bohaterów poznawanych w książce. Widać, że ilustrator bardzo przyłożył się do tego, by oddać wspaniały klimat tej opowieści. 
Książka wydrukowana jest w niewielkim formacie, dlatego ma tak wiele stron Dodatkowo duża czcionka i liczne ilustracje zwiększają jej objętość. Nie zrażajcie się zatem grubością, ponieważ czyta się bardzo szybko i jak ktoś ma czas i siłę to "połknie" powieść w dwie godziny. Myślę również, że świetnie poradzą sobie sami  młodzi czytelnicy, ponieważ duża czcionka jest idealna na etapie wczesnej nauki czytania.
Nie mogę już doczekać się dalszej części.

 





Książkę przeczytałam dzięki życzliwości Wydawnictwa Wilga

piątek, 16 października 2020

Nie bój się, dziadku! – Paweł Pawlak

 

Wydawnictwo: Wilga
Warszawa 2020
Oprawa: twarda
Liczba stron: 48
Ilustracje: Paweł Pawlak
ISBN: 978-83-280-8037-9







 
W nasze ręce trafiła kolejna książka dotykająca problemu radzenia sobie z uczuciami i emocjami. Tym razem głównymi bohaterami są króliczka Stefcia i jej dziadkowie, a szczególnie tytułowy dziadek.
Mama Stefci musi jechać w delegację, w związku z czym zawozi córeczkę do dziadków, gdzie ta ma spędzić trzy dni. To da niej nic nadzwyczajnego, ponieważ praca mamy wymaga dość częstych wyjazdów. I choć nie jest to główny, ani nawet specjalnie istotny, wątek tej opowieści już w tym miejscu widać, że książka dotyczy ważnych spraw, o których z dziećmi trzeba rozmawiać. Nie ma się co oszukiwać, że takie delegacje są rzadkością, szczególnie kiedy rodzice mają do wyboru wyjazdy albo utratę pracy. Niestety nie dowiadujemy się, gdzie jest tata Stefci, choć taka informacja mogłaby być przydatna. Z drugiej strony dzieci same mogą dopowiedzieć sobie część historii i zastanowić się nad różnymi jej wariantami. Pierwsza strona książki i już całkiem sporo przyczyn do ważnych rozmów z maluchami.
Stefcia cieszy się z tego, że znów będzie miała ładny widok z babcinego pokoju. Będzie mogła oglądać najpiękniejsze w okolicy kwiaty. Wiemy już jednak, że coś niepokoi Stefcię w dziadku, nie wiemy jednak co. Króliczki docierają w końcu do domu dziadków i tu Stefcię czeka niemiła niespodzianka. Pokój babci jest obecnie niedostępny, w związku z czym najbliższe trzy noce będzie spała w myśliwskim pokoju dziadka. Skrzypiące schody i myśliwskie trofea na ścianach nie napawają jej optymizmem, ale Stefcia nie chce nikomu sprawiać kłopotu. Cieszy się, że zabrała ze sobą książkę o dziewczynce, która niczego nie chciała się bać.
Niestety czytanie dziewczynce nie wychodzi, a ponury pokój wywołuje u niej nieprzyjemne uczucia. Ma problemy ze spaniem. Sytuacji nie polepsza wiadomość o złodzieju kwiatów, który grasuje po okolicy. Mówią o tym wszyscy napotkani na ulicy sąsiedzi, kiedy razem z babcią Stefcia idzie na spacer.
Teraz dowiadujemy się, choć w nieco zakamuflowany sposób, ddaczego Stefcia może nie przepadać za swoim dziadkiem. Dziadek uważa bowiem, że miejsce dziewczynek jest w kuchni. Na szcęście ulega wnuczce i pozwala jej przyjść do warsztatu i pomagać sobie w budowaniu pułapki na złodzieja. Znowu temat poboczny, ale jakże ważny, któremu można i należy poświęcić sporo czasu. Niekoniecznie w trakcie lektury, ale przy okazji, nawet kilkanaście dni po przeczytaniu książki. Ja zresztą często w różnyh tematach nawiązuję do postaci z książek, które czytalismy bądź czytamy. Zupełnie poza czasem przeznaczonym na czytanie.
Ostatnia noc jest najgorsza, na szczęście następnego dnia wieczorem po dziewczynkę ma przyjechać mama. Tymczasem dziadek kończy robienie pułapki. Niestety, dochodzi do spięcia i w piwnicy, do której przed chwilą weszła Stefcia, gaśnie światło. Dziewczynka jest oczywiście przerażona, ale... znacznie bardziej boi się dziadek, który nie spodziewa się spotkać nikogo w piwnicy. Stefcia znajduje go później na dachu, przestraszonego i jakby mniejszego niż zwykle. I to ona pociesza dziadka, a nie odwrotnie. Ona wykazuje odwagę i tłumaczy, że czasami można się trochę bać i żeby się dziadek nie przejmował. A kiedy dochodzi do rodzinnego spotkania przy herbatce i dziadek chce przyznać się do tego, że to on w strachu podeptał piękne babcine kwiaty, Stefcia przerywa mu i przypomina, że strach jest częścią naszego życia, a każdemu należy się wybaczenie i druga szansa. 
Wszystko kończy się dobrze. Dziadek przestaje polować i zaczyna robić zdjęcia. Złodziej zostaje złapany i okazuje się szalonym artystą, któremu dziadek udostępnia swoje fotografie kwiatów. Mama zaś wciąż nie może wyjść z podziwu jaką ma dojrzałą, mądrą i dobrą córeczkę. I przyrzeka rzadziej jeździć w delegacje, by spędzać z nią więcej czasu.
Książka ma w sobie tak wiele wartości, porusza tak różnorodne zagadnienia, a przy tym jest napisana pięknie i ciekawie. Ponadto jest ona idealnym pretekstem do rozmów o różnych stereotypach i to nie tylko z dziewczynkami, ale i z chłopcami. Charakteryzuje się również oryginaną techniką ilustracji – wklejankami tworzącymi barwne i ciekawe kolaże. Jednym słowem to książka ważna i piękna pod każdym względem i z pewnścią spodoba się młodym czytelnikom, a także pomoże im rozumieć, że strach ma często wielkie oczy. Polecam!
 
 





Książkę przeczytałam dzięki życzliwości Wydawnictwa Wilga

czwartek, 15 października 2020

Dyrektorium o katechizacji – Papieska Rada ds. Krzewienia Nowej Ewangelizacji

Wydawnictwo: Jedność
Kielce 2020
Tytuł oryginału: Direttorio per la catechesi
Przekład (z j. włoskiego): Aleksandra Soroka-Kulma
Oprawa: miękka ze skrzydełkami
Liczba stron: 248
ISBN: 978-83-8144-443-9
  
  



Nakładem wydawnictwa Jedność ukazało się niedawno polskie tłumaczenie "Dyrektorium o katechizacji". W odróżnieniu od poprzedniego Dyrektorium z 1997 roku, to przygotowane zostało przez Papieską Radę ds. Krzewienia Nowej Ewangelizacji, co nie pozostaje bez skutków widocznych w jego treści. Po lekturze można również zauważyć, że dokument ten czerpie z nauczania papieża Franciszka zawartej min. w Evangelium gaudium.
Dyrektorium składa się z 3 części i podzielone jest na 12 rozdziałów. Kolejno mówi o katechezie w ewangelizacyjnej misji Kościoła, procesie katechizacji oraz katechizacji w kościołach partykularnych.
Dokument ten zwraca uwagę na szerokie pojmowanie katechizacji i katechetów, kładzie duży akcent na rodziców jako katechetów (rodzice jako aktywny podmiot katechezy), a z drugiej strony zwraca uwagę na to, że i oni powinni się nieustannie kształcić (poruszono również temat katechezy z dorosłymi, z osobami starszymi, z osobami z niepełnosprawnością, z imigrantami i emigrantami, z osobami zmarginalizowanymi), ponieważ aby przekazywać swym dzieciom wiarę, sami muszą posiadać wiedzę i umieć ją przekazać. Akcent kładziony na rolę rodziny stawiany jest przy równoczesnym zwróceniu uwagi na fakt, że religia w szkole to jedynie pewien etap, który ma prowadzić do Kościoła, ale rodzice nie mogą "zwalać" na szkołę całej odpowiedzialności za wychowanie religijne swoich dzieci. Nie ukróci to toczących się od lat debat na temat tego, czy religia w szkole jest lepszym czy gorszym rozwiązaniem od religii w salkach przykościelnych, ale być może wskaże na to, co jest w tej kwestii najważniejsze.
Poruszane są również w Dyrektorium kwestie tolerancji, a także relacji międzywyznaniowych, a nawet międzyreligijnych. Ważne miejsce znajdują lokalne tradycje i lokalna pobożność.
Zgonie z wytycznymi, KEP ma za zadanie powołać odpowiednią komisję, która ma dbać o wydawanie aktualnych podręczników do religii. Dyrektorium już w pierwszej części zwraca uwagę na fakt, że to biskupi są pierwszymi katechetami (za adhortacją Pastores gregis Jana Pawła II) i spoczywa na nich pierwsza odpowiedzialność za katechizację w diecezjach, katechetom poświęcając zresztą ponad 50 stron tekstu. Katecheta ma być  bowiem świadkiem wiary.
Mocno zaznaczone jest powołanie kerygmatyczne katechezy, katecheza jako forma ewangelizacji oraz metodologia w katechezie i różne jej formy. Szczególnie to ostatnie zagadnienie jest szeroko omówione w części trzeciej dokumentu. Gołym okiem widoczne jest bardzo współczesne spojrzenie na temat i dążenie do znalezienia różnych dróg katechizacji i ewangelizacji w świecie XXI wieku – świecie, w którym konteksty społeczno-kulturalne mają niemały wpływ na wygląd Kościoła jako wspólnoty.
Książka wydana została na pięknym papierze w lekko kremowym odcieniu, który jest wprost idealny do czytania. Jest on nawet przyjemny w dotyku, co nie zdarza się często. Bardzo spodobała mi się różowa czcionka, która występuje w tytułach kolejnych części i rozdziałów. Nie wiem dlaczego, ale w jakiś sposób przypomina mi podręczniki do religii z pierwszych lat mojej szkolnej edukacji (tak, jestem sentymentalna). Książkę kończą dwa indeksy: dokumentów i tematyczny, ułatwiające poruszanie się po dokumencie.
Już odzywają się głosy (wszak Dyrektorium ukazało się w marcu i można je było przeczytać w oryginale już wówczas), że dokument ten jest w wielu kwestiach rewolucyjny. Czas pokaże jak bardzo i czy to rewolucyjne spojrzenie na katechizację zostanie przyjęte czy odrzucone w życiu codziennym (nie tylko katechetów).  Bez wątpienia jednak, choć Dyrektorium skierowane jest głównie do biskupów, jest lekturą ważną dla każdego z nas – każdego, który w taki czy inny sposób jest katechetą. Naprawdę warto się zapoznać z jego treścią.






Książkę przeczytałam dzięki życzliwości Wydawnictwa Jedność