Fragment mojej recenzji został umieszczony na okładce powieści "Skazaniec. Z bestią w sercu" Krzysztofa Spadło


Moja recenzja została zamieszczona na okładce powieści "Wojownicy. Odwet Wysokiej Gwiazdy" Erin Hunter

Fragment mojej recenzji „Korony śniegu i krwi” został umieszczony na okładce powieści Elżbiety Cherezińskiej – "Niewidzialna korona"

piątek, 11 września 2020

Moje emocje. Pokazuję, co czuję – Stephanie Couturier

 

Wydawnictwo: Jedność
Kielce 2020
Oprawa: miękka
Liczba stron: 52
Ilustracje: Maureen Poigninec
ISBN: 978-83-8144-267-1
 
 


 



Jeśli czytacie Dune Fairytales od jakiegoś czasu, z pewnością zauważyliście, że sporo czytamy o emocjach (a jeszcze wiele z książek na ten temat nie doczekało się, z braku czasu, recenzji). Szczególnie pozycji przeznaczonych dla dzieci, które jeszcze trudniej od dorosłych sobie z nimi radzą. Tym razem chcę napisać kilka słów o książce nieco innej od poprzednich.
Dlaczego innej? Bo to swoiste połączenie książki i zeszytu ćwiczeń. Główną bohaterką jest Zosia, choć w różnych miejscach pojawiają się także inne dzieci. Zosia, jako narrator, zwraca się bezpośrednio do dziecka, mówiąc do niego, prosząc go o zrobienie czegoś, zadając mu pytania wprost. Uważam, że to bardzo zbliża ją do czytelnika. Ja, oczywiście, mam przez to nieco utrudnioną lekturę, ponieważ muszę wszystkie "ty" zmieniać na "wy" itd, ale i tak widzę, że Dziewczynkom taka narracja bardzo się podoba. 
Jednak nie na sposobie narracji buduję moja opinię o inności tej pozycji. Poza krótkimi historyjkami, typowymi dla życia dzieciaków, na oko przedszkolnych, mamy tu mnóstwo zabawy. Są ćwiczenia ruchowe do wykonania. Są kolorowanki. Są naklejki. Rysunki do dokończenia. Puzzle do ułożenia. Szlaczki do narysowania. Różnice do znalezienia. Można by tak dalej wymieniać, bo zadania są różnorodne, a ich katalog naprawdę bogaty. 
Dzieciom towarzyszy siedem stworków uosabiających siedem emocji, które młody czytelnik poznaje. Każda emocja jest również w innym kolorze, więc nawet z boku można rozpoznać, co będzie na danej stronie. To dobry sposób na pokazanie dzieciaczkom możliwości uporządkowania różnych spraw. Ponadto ułatwia szybkie szukanie. 
Z tyłu książki znajdziemy jeszcze memory do wycięcia (proponuję skserować i dopiero wycinać i nie niszczyć książki, szczególnie, że wówczas można to memory wykorzystać ponownie, jeśli pierwsze uległoby zniszczeniu). Ciekawą sprawą jest koło emocji (również do powielenia i wycięcia), które być może pomoże dzieciom wskazać, co czują oraz (na tej samej zasadzie) kostka do gry w piekło-niebo, oczywiście z emocjami. Tego jeszcze nie wypróbowałyśmy, ale jak już się pobawimy to dopiszę coś w komentarzu do recenzji.
Jest też trochę naklejek, co dzieci bardzo lubią. Niedużo, ale wystarczy, by urozmaicić zabawę, a jednocześnie poćwiczyć motorykę małą.
Praca z tą pozycją to nie tylko poznawanie swoich emocji, ale i świetna zabawa. Ariunia i Rebeczka z wielką przyjemnością proszą o kolejne strony, wracają do materiału już "przerobionego", w różnych momentach wspominają o historyjkach.
Gdyby bardzo chcieć można by pewnie zaklasyfikować tę pozycję do książek szeroko pojętego rozwoju osobistego. Nie zrobię tego jednak. Głównie dlatego, że takich książek w znaczącej większości nie trawię i trzymam się od nich z dala. Jeśli już porównywać ją z czymś dla dorosłych, to powiedziałabym, że "Moje emocje..." przypominają nieco "Dziennik Coachingowy" Kamili Rowińskiej. Tam również trzeba było sporo popracować nad sobą, ale była to praca przyjemna, wspomagana piękną szatą graficzną. Tu również szata graficzna jest na duży plus.
Naprawdę gorąco polecam. Nie tylko tym, którzy mają z emocjami jakieś większe problemy. To doskonała nauka o emocjach w formie wyśmienitej, przyjemnej zabawy.


Tak sobie pomyślałam, że mamy na półkach naprawdę wiele książek o emocjach, w tym dużo również z Wydawnictwa Jedność. Nie mogę pisać o nich wszystkich, bo musiałabym tu siedzieć całymi dniami, ale... postaram się w najbliższym czasie zrobić zdjęcia ich okładek i umieszczę je w jednym poście, byście wiedzieli, co jeszcze polecam. Zdjęcia te pojawią się, oczywiście, również na fanpage'u, do odwiedzania którego gorąco Was zachęcam.






Książkę przeczytałam dzięki życzliwości Wydawnictwa Jedność

poniedziałek, 7 września 2020

Ze świętymi na misjach – Ks. Zbigniew Sobolewski

Wydawnictwo: Jedność
Kielce 2020
Oprawa: twarda
Liczba stron:136
Ilustracje: Ola Makowska
ISBN: 978-83-8144-379-1
 
 

 




Połączenie sił księdza Zbigniewa Sobolewskiego i Oli Makowskiej po prostu nie mogło się okazać niewypałem. Szczególnie jeśli tematem ich pracy są misje. Zresztą to już druga pozycja tego wyśmienitego duetu dotykająca problematyki. Jeśli jesteście zainteresowani, odsyłam również do mojej recenzji "Z Maryją na misjach".
Pobieżne przejrzenie spisu treści wywołało u mnie zdziwienie. Oczywiście znam pierwszych trzech świętych, ale pozostałych już nie. To jasne, że nie znam całego katalogu świętych Kościoła katolickiego, ale rzeczywiście byłam zaintrygowana. Na szczęście szybko zrozumiałam, że nie moje braki są powodem tej sytuacji. W słowie wstępnym bowiem jasno wyjaśniono, że jednym z celów tej pozycji jest pokazania młodemu czytelnikowi (a, czego jestem doskonałym przykładem, również dorosłemu), że misjonarze i święci męczennicy, którzy poświęcili swe życie niesieniu Słowa Bożego nie pochodzą jedynie z Europy i nie są tylko tymi, o których często słyszymy z ambony, czy o których uczymy się w szkole. Zatem poza Europą świętych o błogosławionych przedstawionych przez księdza Sobolewskiego reprezentują mieszkańcy Afryki, Australii i Oceanii oraz Ameryki Łacińskiej.
Książka ma podobny układ do poprzedniej publikacji. Najpierw tekst dotyczący danej osoby, pięknie zilustrowany przez, uwielbianą przez nas, Olę Makowską. Większość z nich jest długa na około cztery strony. Są i takie ciut krótsze i odrobinę dłuższe, ale nie odbiegające daleko od przedziału 4-5 stron. Następnie w kolorowej ramce przysłowia ważne w kraju pochodzenia omawianego świętego. Dalej znajdują się zadania: krzyżówki, quizy, labirynty czy wyszukiwanki i wykreślanki. W kilku przypadkach są jeszcze "żółte strony" z dodatkowymi ciekawostkami, jak na przykład z symboliką róż, kiedy omawiana jest postać świętej Róży z Limy.
Ogółęm to 17 fascynujących biografii naprawdę wyjątkowych ludzi, którzy swe życie – czasem w dosłownym tego słowa znaczeniu – oddali służbie Słowu Bożemu i pracy misyjnej.
Hasła do krzyżówek oraz quizy naprawdę nie są proste. Bez dodatkowej wiedzy, książek i Internetu nie będzie łatwo. Czy to źle? Nie, książka jest dedykowana raczej dla dzieci uczęszczających już do szkoły, potrafiących samodzielnie czytać i pisać, a one z pewnością sobie poradzą z poszukaniem potrzebnych informacji. Taka potrzeba może natomiast być dla nich świetnym ćwiczeniem i zaowocować chęcią pozyskania jeszcze większego zasobu wiadomości.
Książka napisana jest pięknym, ale bardzo przystępnym językiem. W ciekawy sposób przedstawia całe bogactwo chrześcijańskich bohaterów. Przyznać jednak należy, że choć język jest przystępny to ilość nagromadzonych informacji może zniechęcić młodsze dzieci do słuchania. Dlatego ja na razie książkę odkładam na półkę "na czas szkolny", a teraz Dziewczynki mogą sobie oglądać obrazki i zadawać pytania. Czytanie je nieco znudziło, mają dopiero cztery lata i choć czytamy już długie formy (np. "Dzieci z Bullerbyn" czy "Akademię Pana Kleksa"), to jednak muszą w nich być dzieci, żeby Aria i Rebeka poczuły więź. Jeśli chodzi o misjonarzy, to na razie zostajemy (z wielkim uwielbieniem) przy doktor Wandzie Błeńskiej i ojcu Janie Beyzymie.
Osobiście jestem książką zachwycona. Choć jest ona przeznaczona raczej dla młodego czytelnika, dowiedziałam się z niej bardzo wiele. A i rozwiązywanie zadań, odpowiadanie na zagadki i szukanie wyjścia z labiryntów to zabawa, którą zawsze bardzo lubiłam i ceniłam. Nic się w tej kwestii nie zmieniło.
Gdyby jeszcze nie to jednostronne justowanie, które doprowadza mnie do oczopląsu, to byłaby to pozycja idealna...






Książkę przeczytałam dzięki życzliwości Wydawnictwa Jedność

czwartek, 3 września 2020

Nowi książkożercy już na Was czekają!

 

"Inka ze Srebrnej Groty"
Tekst: Barbara Wicher
Wydawnictwo: Wilga
Warszawa 2020
Oprawa: miękka ze skrzydełkami
Liczba stron: 24
Ilustracje: Łukasz Silski
ISBN: 978-83-280-7567-2
 
 

 
 
 

"Koko uczy się migać"
Tekst: Anna Paszkiewicz
Wydawnictwo: Wilga
Warszawa 2020
Oprawa: miękka ze skrzydełkami
Liczba stron: 48
Ilustracje: Marta Kitka
ISBN: 978-83-280-7568-9
 

 

 

Seria "Książkożercy" od Wilgi przeznaczona jest przede wszystkich dla dzieci, które rozpoczynają swoją przygodę z samodzielnym czytaniem. Książki te są jednak tak ładne i ciekawe, że idealnie nadają się również dla młodszych czytelników, którzy słuchają czytających dorosłych i oglądają ilustracje.
Na górze każdej książeczki zaznaczony jest poziom. Poziomy są trzy (A, B i C) i w zależności od tego książki mają różną długość. Zmienia się zarówno liczba stron, jak i liczba zdań na stronie. Poza tym bardzo istotną sprawą jest naprawdę duża czcionka, która ułatwia młodym czytelnikom lekturę. Na końcu każdej książeczki znajduje się lista pytań, które mają na celu sprawdzenie, ile dziecko zrozumiało i zapamiętało z przeczytanej opowieści. Poza tym pytania te są idealnym przyczynkiem do wielu ciekawych rozmów, warto więc z nich skorzystać.
Różne pozycje z serii napisane są i zilustrowane przez różnych autorów, ale wszystkie są piękne. Bardzo estetyczne, z ładnymi ilustracjami, które przyjemnie się ogląda, które nie są nachalne, jak w niektórych książkach dla dzieci. Takie... ciepłe, dzięki czemu nadają się idealnie nawet dla trzylatków.
W nauce czytania nie chodzi jednak tylko o czytanie kolejnych słów i zdań, ale przede wszystkim o wspaniałą przygodę polegającą na poznawaniu nowych, fascynujących przygód i bohaterów. I to najmocniejsza strona tej serii, choć wszystkie pozostałe też są mocne. Fabuły tych książeczek są porywające, nietuzinkowe. Jednocześnie w ciekawy sposób przedstawiają pewne zagadnienia, których być może sami byśmy dziecku nie przekazali. Bo to tematy nieraz trudne. 
"Inka ze Srebrnej Groty" opowiada o tym, jak mogły wyglądać początki sztuki wśród ludzi prehistorycznych. Jest rewelacyjnym przyczynkiem do dyskusji o tym, czym w ogóle jest sztuka, czemu służy, jak ewoluowała. Ale też i o tym, jak wyglądało życie ludzi pierwotnych, czym się zajmowali, co jedli, jakimi zasadami w życiu się kierowali. Moje Córki zwróciły na przykład uwagę na to, że... nie wolno malować po ścianie, ani wyciągać psu kości z pyska. Natomiast głównym wątkiem tej historyjki jest powstawanie pierwszych malowideł skalnych. Czyż to nie świetny sposób, by porozmawiać z dziećmi o tym, jak bardzo różni się nasz świat od tego, w jakim przed tysiącami lat żyła bajkowa Inka?
"Koko uczy się migać" to opowieść o gorylu, który nauczył się języka migowego, porozumiewał nim ze swoją opiekunką i innymi ludźmi. Swego czasu zadziwił cały świat, pokazując, że zwierzęta mogą być znacznie bardziej rozwinięte, zarówno intelektualnie, jak i emocjonalnie, niż dotąd sądzono. To historia o miłości, o potrzebie kochania, o oddaniu, o tym, że należy szanować każde życie. I o słuchaniu innych, o słuchaniu o potrzebach innych. Wzruszająca, wyciskająca łzy opowieść o niezwykłej małpie, która odmieniła spojrzenie człowieka na otaczający świat. I genialny "pretekst", by poruszyć z dzieciakami tematy różnych niepełnosprawności, sposobów porozumiewania się w językach innych niż mówiony, czy czytany. Jedyny minus, to jeden błąd w zapisie fonetycznym. Nie powinno go być, ale mogę przymknąć oko.
Przyjemnym akcentem są naklejki znajdujące się na końcu książeczek.Wiadomo, dzieci kochają naklejki. Nasze naklejki z Koko wykorzystaliśmy jako plakaty upiększające domek dla Barbie. Jest w nim teraz jeszcze przyjemniej.
Podsumowując: książki z serii "Książkożercy" to mądre, piękne i doskonale dopracowane opowiadania, które idealnie nadają się na rozpoczęcie przygody z samodzielnym czytaniem, i które nadają się równie świetnie dla czytelników od trzech lat.
Mogę je śmiało i z czystym sercem polecić, co też czynię.
 
 
 




Książkę przeczytałam dzięki życzliwości Wydawnictwa Wilga

czwartek, 27 sierpnia 2020

Doktor Bogumił – Ałbena Grabowska

 

Wydawnictwo: Marginesy
Warszawa 2020
Trylogia: Uczniowie Hippokratesa, tom 1
Oprawa: miękka ze skrzydełkami
Liczba stron: 512
ISBN: 978-83-66500-63-1
 



Twórczość Ałbeny Grabowskiej poznałam, kiedy napisała drugi tom "Stulecia Winnych". Wówczas też miałam przyjemność i zaszczyt przeprowadzić z nią wywiad (możecie go znaleźć tu). Od tego czasu śledzę jej literackie poczynania, kilkakrotnie udało nam się również spotkać i porozmawiać. Oczywiście oglądam serial na podstawie jej bestsellerowej sagi i, choć podoba mi się, zdecydowanie wolę wersję książkową. Nic więc dziwnego, że kiedy tylko dotarła do mnie wieść, że Ałbena Grabowska zaczyna kolejny cykl, od razu chciałam się z nim zapoznać. Zatem przedstawiam Wam "Doktora Bogumiła", książkę bardzo ważną dla samej autorki, traktującą o lekarzach,bo i ona jest z wykształcenia i wieloletniej praktyki lekarzem. 
Autorka świetnie poradziła sobie oddając klimat XIX-wiecznej Polski (tak, wiem, że Polski nie było wówczas na mapach). Pięknie opisała nie tylko światek medyczny, ale i inne grupy społeczne. Jednak klimat wyczuwalny jest nie tylko na poziomie fabuły, charakterystyk bohaterów, czy opisów miejsc, ale również w języku i kompozycji powieści. Rozdziały są długie, mają około 50-60 stron. Cała powieść ma 500 stron i zaledwie siedem rozdziałów. Choć nie do końca. Ponieważ pomiędzy nimi są jeszcze "krótsze" przerywniki, o których za chwilę. Poczułam się trochę jak przy lekturze "Ziemi obiecanej" Reymonta, którą kończę, a która niesamowicie mi się podoba. Do tego dochodzą jeszcze opisy, czego w danym rozdziale czytelnik się dowie. Rewelacja, jak w starych powieściach z XIX i początków XX stulecia! To naprawdę nadaje klimat lekturze. Niby drobiazg. a tak wiele zmienia.
Język samej powieści nie jest sztucznie archaizowany, ale bardzo literacki, ładny. To nie jest współczesne romansidło pisane przez grafomankę, ale literatura z wyższej półki, którą należy smakować. Wspomniałam o przerywnikach. Ciekawym elementem kompozycyjnym powieści jest to, że pomiędzy rozdziałami mówiącymi o perypetiach głównych bohaterów możemy poczytać o realnych lekarzach, którzy kładli podwaliny pod nowoczesną medycynę. Takich pionierów w tej dziedzinie. Zarówno takich, którzy w swoim czasie zostali uznani, jak i takich, którzy zakończyli życie jako przegrani, czasem z poczuciem, że to oni przysporzyli pacjentom cierpienia, albo przyczyniali się do śmierci dziesiątek ludzi działaniem, które miało ich uleczyć.
Przejdźmy do głównej części powieści, czyli do opowieści o tytułowym doktorze Bogumile i jego otoczeniu. Bogumił Korzyński pochodził ze wsi, "cudem" otrzymał spadek po zmarłej ciotce, co pozwoliło mu na kształcenie się na Uniwersytecie Wileńskim. Tam właśnie został lekarzem. Niestety, z Wilna musiał uciekać (dlaczego, nie zdradzę, żeby nie psuć Wam przyjemności czytania) i w ten oto sposób zastajemy go w Warszawie. Właściwie poznajemy go w Krakowie,do którego udał się na pokazową sekcję zwłok. Tak, tak! Pokazowe sekcje zwłok dla lekarzy w tamtych czasach to mogło być naprawdę coś! Smród, brud, robaki podgryzające wnętrzności, latające wokoło muchy, krew i fragmenty ludzkich tkanek na ubraniach i butach lekarzy...Brrr! Poczujecie się jak w prawdziwej mordowni!
Po powrocie do domu Bogumił zostaje po raz trzeci ojcem (znowu dziewczynki!) i otrzymuje pracę w Szpitalu Dzieciątka Jezus. Wydawałoby się, że spełnia się właśnie większość jego marzeń, ale... przed nim jeszcze wiele trudności, jak to w życiu. Będzie musiał poradzić sobie z nowymi współpracownikami, irytującą rodziną żony, bratem-nierobem, który pakuje się ciągle w nowe problemy, pewną staruszką, której tożsamości nie mogę teraz zdradzić... Czekają go nowe badania, nowe odkrycia, kilku ciekawych pacjentów i spotkania z równie intrygującymi lekarzami. Bogumił skrywa wiele tajemnic ze swej przeszłości, spróbuje również zrozumieć, co powodowało niedoszłym teściem jego żony, że spowodował wielki skandal, w którym oczernił Domicelę i niemalże zniszczył jej reputację, co w ostateczności doprowadziło do jej ślubu z Bogumiłem.
Jeśli sądzicie, że to wiele, to pomyślcie, że to jedynie wierzchołek góry lodowej. W "Doktorze Bogumile" akcja jest wartka, jest w niej mnóstwo zwrotów akcji. Niektórych tajemnic czytelnik może się domyślić wcześniej niż bohaterowie, ale to wcale nie psuje lektury. 
Bohaterami powieści są nie tylko lekarze. Niezmiernie ważnymi osobami są członkowie rodziny Domiceli oraz brat Bogumiła. A wielu z nich jest niejednoznacznych, trudnych do rozgryzienia. Tym ciekawsi są, bardziej realni. Niektórzy chcą walczyć o dobro pacjenta, są idealistami, widzą swoją pracę jako posługę. Inni myślą jedynie o wygodzie i łatwo zarobionych pieniądzach. Niektórzy uczynili więcej zła niż dobra, inni całe swe życie poświęcają niosąc pomoc bardziej potrzebującym. Mają różne zainteresowania, różne, bardzo ciekawe, historie do opowiedzenia... albo przemilczenia.
Niesamowite jest to, na jaki opór napotykali lekarze, którzy chcieli unowocześnić medycynę. Można by pomyśleć, że każdy chciałby, aby jego pacjenci nie cierpieli  i przeżywali ciężkie choroby i operacje bez bólu, a potem żyli "długo i szczęśliwie". Mycie rąk jest dla nas czynnością codzienną. Teraz, w dobie pandemii jest czymś wykonywanym kilkadziesiąt razy dziennie. Aż trudno sobie wyobrazić i uwierzyć, że w połowie XIX wieku lekarze nie myli rąk nawet wtedy, kiedy odchodzili od stołu sekcyjnego i szli badać żywych i chorych pacjentów! Włosy stają dęba, kiedy się o tym pomyśli. Ileż zarazków. Ileż chorób wywołanych brakiem higieny. Niby tak niewiele potrzeba, trochę wody i mydła, ale... tak naprawdę trzeba najpierw totalnie zmienić sposób myślenia, a na to wielu, nawet najwybitniejszych, uczniów Hippokratesa nie było gotowych.
Ciężko tu pisać więcej o fabule, gdyż to powieść wielowątkowa. Poza tym nie chcę za wiele zdradzać, bo roi się w niej od tajemnic, zagadek, zwrotów akcji, pojawiają się ludzie, których nikt by się nie spodziewał, a przeszłość każdego w końcu doścignie.
Warto jeszcze nadmienić, że to nie tylko książka o medycynie. Znajdziecie tu przyjaźń, miłość ("bo każdy chce być kochany"), oddanie, lojalność, zrozumienie, dzielenie wspólnych pasji. Będą walki bokserskie, meliny, a nawet dość widowiskowy napad na pociąg.
Jednym słowem to doskonała lektura, którą mogę polecić każdemu, kto lubi mądre książki, w których wartka akcja łączy się z bogatym panteonem bohaterów oraz wiedzą naukową, z której na ogół nie zdajemy sobie sprawy. Wszystko to ubrane w bardzo klimatyczne opisy, język i konstrukcję tekstu.
Przyznam jednak, że ostatnie akapity mnie zawiodły. Wolałabym jednak inne zakończenie. Natomiast z wielką niecierpliwością oczekuję dalszego ciągu.

 



Książkę przeczytałam dzięki uprzejmości Marginesy:


czwartek, 20 sierpnia 2020

Licząc gwiazdy – Urszula Jaksik

Wydawnictwo: Zysk i S-ka
Poznań 2020
Oprawa: miękka ze skrzydełka
Liczba stron: 296
ISBN: 978-83-8116-989-9
 




Ile cierpień może znieść jeden człowiek? Wydawałoby się, że w pewnym momencie każde kolejne jest już niemożliwe. A jednak... Fatum na Magdalenie zdaje się ciążyć od pokoleń, choć ona o swoich przodkach właściwie nic nie wie.
Wszystko zaczyna się od powrotu z wakacji na Islandii. Magda razem z synkiem Piotrusiem udają się do Warszawy. Do mieszkania Konrada. Jej męża, jego taty. Choć mieszkają na stałe w Katowicach, ona ma swoje mieszkanie właśnie w stolicy. Od lat z niego korzysta, uciekając przed codziennymi troskami. A tych życie rodzinie Kostrzewskich nie szczędzi. Najpierw ciężka choroba ich córeczki Sary, potem jej śmierć. Konrad zdaje się zupełnie sobie z tym nie radzić, wypiera ze świadomości te wydarzenia. Teraz jest gdzieś w Ameryce. Kiedy wróci, nie wiadomo. Magda dojrzewa do poważnej rozmowy z mężem, bo dociera do niej, że tak dalej żyć nie można. Rodzina powinna być razem.
Do tych wniosków doszła na Islandii, w domu na skale. W domu dziadka Einara. Niespokrewnionego z nią człowieka, który otoczył ją opieką. Pojechała tam w towarzystwie jego wnuka, Michała. Takie wakacje zorganizował im Konrad. Z tym że Magda zaczyna czuć coś do Michała, coś, czego się boi, czego nie rozumie, a co jednak sprawia, że w innym świetle zaczyna widzieć swoje małżeństwo. Na Islandii wiele sobie poukładała. Zaczęła dostrzegać siebie jako jednostkę. Szukać swojego miejsca w świecie. To w tym mroźnym, dzikim kraju, gdzie ludzie żyją znacznie bliżej Natury, Magda odnalazła spokój i chęć do zrobienia czegoś ze sobą. 
Mieszkanie Konrada jest wspaniałe, a jednak ona czuje się w nim obco (Piotruś jest zachwycony i mieszkaniem i samą Warszawą). Nie tylko dlatego, że nigdy wcześniej, będąc jego żoną, w nim nie była. To miejsce jest takie dopieszczone, takie inne od ich wspólnego lokum, takie eleganckie. I nie ma w nim żadnych zdjęć Sary, czego Magda nie potrafi pojąć ani wybaczyć. Jakby Konrad zupełnie wymazał córkę z ich życia. Są jednak liczne zdjęcia, pamiątki z wielu podróży, bibeloty, filmiki nagrywane w czasie wyjazdów. Wszystko to, co potwierdza, jak wiele Konrad w życiu osiągnął. A jednak zupełnie kłóci się to z tym, co zawsze mówił – że pamiątki nie mają znaczenia, że przeszłość się nie liczy, że ważna jest tylko rodzina i to, co się robi teraz. Magda nie potrafi rozgryźć męża.
Zrozumienie i wybaczenie nadejdzie dopiero ponad rok później. W zupełnie innych okolicznościach, których tamtego lata nie dało się przewidzieć. Tak wiele zawirowań, tak wiele strat, tyle otwartych, uchylonych furtek, które nagle się przed nią zatrzaskują. Magdę i czytelnika czeka prawdziwa jazda bez trzymanki. Okaże się bowiem, że Konrad od lat ma przerażającą tajemnicę. Sekret, który wychodzi na jaw, kiedy jest już, dosłownie, za późno, by cokolwiek zrobić. Nowa sytuacja jest dla Magdy i Piotrusia bardzo trudna. Czeka ich mnóstwo zmian. Długie poszukiwanie siebie w świecie, w którym dotąd była zawsze dla kogoś. Taka, jak chcieli ją widzieć inni. Teraz zapragnie być sobą. Ale co to znaczy?
Powieść napisana jest lekkim językiem i naprawdę trzyma w napięciu. Znajdziecie w niej doprawdy szaloną fabułę, mnóstwo zwrotów akcji, nietuzinkowe postaci. Wiele tajemnic z różnych czasów, bo nie tylko dotyczących Konrada. Bardzo podoba mi się wątek odkrywania rodzinnej przeszłości, poznawania przodków, o których istnieniu Magda nie miała pojęcia. Poznawania nie tylko ich historii, ale ich samych, osobiście. Dużo rozważań, piękne widoki na Islandii i w Andach, romans.
Czy istnieje dobre kłamstwo? Czy prawda jest ponad wszystkim? Czy da się żyć tak niewinnie, jakby chciała Magda? Tak, żeby wszystko było jasne, czyste, proste, niezakłamane? Czy człowiek może się diametralnie zmienić, a jednocześnie wciąż chcieć od życia tego samego? Wiele takich pytań padnie w czasie czytania"Licząc gwiazdy".
To naprawdę niezwykłe, ale przeczytałam tę powieść w dwa wieczory. Z tymi wszystkimi obowiązkami to niemalże niewykonalne. A jednak. Nie mogłam się oderwać. Czyta się doskonale. Gdyby wyszła dwa miesiące temu, napisałabym, że to idealna lektura na wakacje. Jako że lato dobiega końca, napiszę, że jest idealna właściwie na każdy czas. I tak właśnie jest. Polecam całym sercem!



 



Książkę przeczytałam dzięki uprzejmości Zysk i S-ka:

czwartek, 13 sierpnia 2020

Zwierzęta nocą. Nocne safari z latarką w ręku – Lisa Regan

Wydawnictwo: Jedność
Kielce 2020
Tytuł oryginału: Animals at Night
Przekład (z j. angielskiego): Karolina Tudruj
Ilustracje: Marc Pattenden
Oprawa: twarda
Liczba stron: 18
ISBN: 978-83-8144-247-3





 
W nasze ręce trafiła właśnie niesamowita książka, którą całym sercem pragnę Wam polecić. Jeśli Wasze pociechy interesują się światem zwierząt to jest to pozycja właśnie dla nich. Jeśli nie... to z pewnością się dzięki niej zainteresują.
Nauka poprzez zabawę to pierwsze hasło, które przychodzi mi do głowy, kiedy myślę o "Zwierzętach nocą...". Ta książka jest zupełnie inna od wszystkich, jakie dotychczas posiadaliśmy, a przez to przyciąga niczym magnes. Na czym polega jej niezwykłość?
Na samym początku otrzymujemy instrukcję, jak korzystać z książki... Hmmm, przecież wiecie... Otóż, nie do końca. Tu bowiem nie tylko o czytanie i oglądanie chodzi, ale o poszukiwanie. I nie takie zwyczajne, jak w książkach dla maluchów. Tutaj potrzebna jest latarka. Specjalna latarka, którą należy wycisnąć z książki (jest zatem w zestawie, nie bójcie się). Jest więc ona wykonana z grubego kartonu i "rzuca biały snop światła". Na początku bałam się, że moje żywiołowe czterolatki mogą tę latarkę szybko pognieść i zniszczyć (na przykład kłócąc się o nią), ale szybko dotarło do mnie, że to nie problem. System jest prosty, głównym elementem latarki jest biały kartonik. Jeśli nawet, z takich czy innych powodów, uległaby ona zniszczeniu, szybko sami możemy wykonać zastępczą latarkę z białego kartoniku (czy nawet zwykłego białego papieru do drukarki).
Co dalej? Dalej rozpoczyna się podróż. Najpierw dzieci dowiadują się, że istnieją różne środowiska. Niby oczywiste, ale dość istotne. Niech Was nie zmyli hasło safari w podtytule, książka nie ogranicza się jedynie do Afryki. Przemierzymy z nią różne strefy klimatyczne.
Młodzi przyrodnicy poczytają o papugach arach, jaguarach i  tapirach mieszkających w lasach deszczowych. Poznają ciekawostki o jeżozwierzach, łuskowcach i pawianach zamieszkujących afrykańską sawannę. W górach Europy spotkają się z rysiem, dzikiem i borsukiem, a na wielkich równinach natrafią na skunksa, grzechotnika i syczonia krzykliwego. Swą niezwykłą podróż zakończą z niedźwiedziami polarnymi, maskonurami i pardwami, poznając życie na Arktyce. Czyż to nie przygoda godna prawdziwego podróżnika?
Układ książki jest stały i bardzo przejrzysty. Na stronach lewych znajdują się informacje o niektórych zwierzętach zamieszkujących dane środowisko. Następnie jest wąski pasek, mniej więcej szerokości typowej zakładki. Na jego przedniej stronie dalszy ciąg ciekawostek. Na tylnej natomiast lista zwierząt do znalezienia w nocnych ciemnościach. Dalej strona, która na pierwszy rzut oka zdaje się być czarna. Należy pod nią podłożyć latarkę, a wówczas w miejscu, w którym kończy się "snop światła" zobaczymy bujne życie. 
Ciemna strona jest wykonana z folii (?), a pod nią znajduje się czarna karta. Kiedy podkładamy białą latarkę, widać dokładnie nadruk na folii. Czeka nas sporo szukania, ponieważ listy zwierzaków są naprawdę długie. Jest to więc zabawa na długie godziny. Gdyby komuś jednak poszukiwanie nie szło najlepiej, zawsze można zajrzeć do podpowiedzi z tyłu książki. Szczególnie, że chyba mało kto wie, jak wygląda pasikoniszka, skolopendra czy eland (ja nie miałam pojęcia, poza skolopendrą).
Książka jest przepięknie wydana. Na grubych kartonowych stronach znajduje się całkiem sporo ciekawostek, zamkniętych naprawdę trwałą okładką. Wszystko to na drucie, zupełnie jak kołonotatniki, dzięki czemu książka pięknie się do końca rozkłada i nie ma ryzyka, że strony zaczną się wyklejać. Ilustracje są przepiękne, a sam pomysł po prostu rewelacyjny. 
To świetna edukacyjna przygoda zarówno dla tych, którzy potrafią już czytać, jak i dla młodszych – przecież samo wyszukiwanie zwierząt i mówienie o nich to już spora dawka nauki.
Naprawdę jestem zachwycona i bardzo gorąco polecam!
 
 





Książkę przeczytałam dzięki życzliwości Wydawnictwa Jedność