Fragment mojej recenzji został umieszczony na okładce powieści "Skazaniec. Z bestią w sercu" Krzysztofa Spadło


Moja recenzja została zamieszczona na okładce powieści "Wojownicy. Odwet Wysokiej Gwiazdy" Erin Hunter

Fragment mojej recenzji „Korony śniegu i krwi” został umieszczony na okładce powieści Elżbiety Cherezińskiej – "Niewidzialna korona"

niedziela, 9 marca 2014

Moc Akvamarynu – Julia Bardini

Wydawnictwo: Białe Pióro
Warszawa 2014
Oprawa: miękka
Liczba stron: 138
Ilustracje: Ilona Ejsmont i Agnieszka Kazała
ISBN: 978-83-64426-01-8





Julia Bardini – urodziła się 2 września 1999 roku w histo­rycznym miasteczku Sarzana, w słonecznej Italii. Wesołe i beztro­skie dzieciń­stwo wywoły­wało promienny uśmiech na jej twarzy do 11 roku jej życia. Małżeń­skie problemy jej rodziców przyczy­niły się do przyjazdu Julii wraz z mamą do utęsk­nionej ojczyzny jej rodzi­cielki – Polski. We wrześniu 2010 roku Julia zasiadła w szkolnej ławce w 6 klasie szkoły podsta­wowej w Tomaszowie Mazowieckim. Dziew­czynka wiedziała, że będzie ciężko, bo słabo pisała i mówiła po polsku; myliła znaczenie wyrazów, źle je wymawiała. Zamknęła się w swoim świecie fantazji, zbudo­wanym na bazie przeczy­ta­nych w dużej ilości książek fantasy, począt­kowo tylko w języku włoskim, a następnie powoli języku polskim. Julia jest niezwykle upartą i konse­kwentną w działaniu dziew­czynką, posta­no­wiła napisać książkę w języku polskim.
Julia napisała swoją książkę. Co więcej, wydała ją. Jednak wiemy, że w dzisiejszych czasach, gdy ktoś zapłaci, wydać może właściwie wszystko. Nie zawsze da się to czytać. W przypadku Julii Bardini i jej "Mocy Akvamarynu" zasada ta jednak nie ma zastosowania. Bo choć Autorka jest bardzo młoda, choć jeszcze niedawno nie radziła sobie z językiem polskim, to jej powieść jest znakomitym przykładem tego, że jak ktoś chce i się stara, to nie ma dla niego rzeczy niemożliwych. "Moc Akvamarynu" nie jest lekturą wybitną, jest jednak historią bardzo ciekawą i do tego naprawdę dobrze napisaną. Bez żadnego ale. Jeśli zaś wziąć pod uwagę wiek Autorki – jest lekturą genialną. W ostatnim czasie wpadło w moje ręce kilka książek nie najwyższych lotów, o czym wkrótce się przekonacie – kiedy się zepnę w sobie i zmuszę do napisania ich recenzji. Tym bardziej więc ta, niedługa przecież, opowieść urzekła mnie i na jeden wieczór przeniosła do świata pełnego magii, fantastycznych syren i ciepłego słońca mojej ukochanej Sycylii...
Chyba jeszcze nie miałam okazji czytać o syrenach, choć przecież są one tak często spotykane w popkulturze (pomijam, oczywiście, klasyczną mitologię, z której się wywodzą, choć tak inne..). Kiedy więc zaczynałam czytać, nie wiedziałam, na co mogę liczyć. Tym bardziej, że i Autorka młodziutka i debiut literacki. Wiemy, jak to bywa z debiutami. Troszeczkę się bałam, że będzie to bardzo dziecinna powiastka. Nie jest. Oczywiście, gdyby pisał tę powieść autor dorosły, znany i ceniony, z pewnością bardziej bym się czepiała. Pamiętam jednak, za jakie teksty literackie ja byłam chwalona w wieku Julii, za jakie dostawałam szóstki w szkole i... były one dalekie temu, co otrzymałam tym razem.
W dużym skrócie – jest to historia, w której świat, jaki znamy, przeplata się z magicznym. Główni bohaterowie to Polacy, Włosi i właśnie Syreny. Choć podział nie jest taki prosty. Jeśli do dzisiaj byliście przekonani, że jesteście zwykłymi ludźmi, możecie się pewnego dnia zdziwić. Magia jednak istnieje, a w ciepłych morzach, pośród ukwiałów żyją syreny, które przyjaźnią się z delfinami. Od dawna jednak obawiają się Jego. Kogo? Ach, to długa historia, a imienia Jego nikt nie wymawia. Wiedzą jednak, że to postać zgoła zła, do cna zepsuta, żądna władzy... Ktoś, kto na świat ześle klęski, a kiedy się to stanie – zapanuje Zło. Do walki z Nim stają właśnie nasi główni bohaterowie.
Autorka bardzo ładnie splata różne wątki. Jej powieść jest wielokulturowa – jak rodzina, z której pochodzi Julia. Na początku trochę mnie denerwowało, że syrenka ma na imię Alina, mimo że żyje we włoskich wodach, a siostra Marka Jankowskiego... Annabel. Szybko jednak się do tego przyzwyczaiłam. Muszę przyznać, że bohaterowie bardzo szybko przypadli mi do gustu i razem z nimi przeżywałam wszystkie przygody, które były ich udziałem. A mieli ich co nie miara. Niestety, jak to w życiu bywa, nie wszystkim się udało. To olbrzymi plus – że nawet tak młoda Autorka nie boi się zabić swoich bohaterów, nie słodzi zanadto, nie tworzy jakiejś różowej papki niezdatnej do przeżucia. "Moc Alvamarynu" ma głębszy sens. Jest dobrze napisana, choć widać, że warsztat potrzebuje jeszcze szlifu. Wciąga, jak morski wir i aż chciałoby się, by wciągnął na tyle głęboko, byśmy mogli spotkać wśród tych wód taką piękną Alinę...
Dodatkowym atutem książki są ilustracje, a właściwie szkice delfinów i syren. Bardzo mi się podobały.
Będę z pewnością śledzić dalsze losy Julii Bardini i mam nadzieję, że uda jej się jeszcze kiedyś przenieść mnie w równie magiczny świat. Życzę jej powodzenia i... trochę zazdroszczę. Wam natomiast polecam "Moc Akvamarynu", która już wkrótce pojawi się nakładem Wydawnictwa Literackiego Białe Pióro.




Książkę przeczytałam dzięki życzliwości Wydawnictwa Literackiego Białe Pióro


Książka przeczytana w ramach Wyzwania:


Książka przeczytana w ramach wyzwania:




środa, 5 marca 2014

Niewolnica – A. M. Chaudiere

Wydawnictwo: Warszawska Firma Wydawnicza
Warszawa 2013
Tom I
Oprawa: miękka
Liczba stron: 568
ISBN: 978-83-7805-689-8





Jest rok 2052. Przed czterdziestu laty wydarzyła się katastrofa. Jaka? Dowiemy się w trakcie lektury. Co jest najważniejsze? Doszło do przesunięcia kontynentów, zalania dużej części z nich, wytworzenia się nowych pustyń, wypiętrzenia gór... A władzę nad tym Nowym Światem przejęli w dużej mierze magowie. Brzmi ciekawie? Trudno zaprzeczyć.
W tym świecie żyje między innymi Arina – dwudziestojednoletnia magiczka (z potężnego Rodu Veilleur), która przed ośmioma laty została pojmana przez potężnego, groźnego i brutalnego maga Aszarte, imieniem Azazel. Zniewolona... Teraz jest jego niewolnicą, nałożnicą, która mu służy i w tym winna upatrywać sensu swego życia. Niewola u Aszarte to nie przelewki. Szczególnie, jeśli trafi się na Azazela. Kim właściwie są Aszarte? To magowie, którzy czerpią moc z zadawania cierpienia. Brzmi okrutnie? Wierzcie mi, dopiero kiedy poznacie historię Ariny, zrozumiecie, jak bardzo...
Historia zdaje się na początku dość prosta i przewidywalna, choć świat przedstawiony jest bardzo skomplikowany i niestandardowy. Powieść ma jednak niemalże sześćset stron i już chwilę za setną odkryjemy, że ta prostota jest myląca. Od nienawiści do miłości prowadzi jeden krok, linia jest cienka i łatwo ją przekroczyć. Czy jednak rzeczywiście możesz pokochać człowieka, który pastwił się nad Tobą przez osiem lat? Który zabija, bije, dostarcza tylu cierpień innym i to każdego dnia... Znany jest w psychologii syndrom ofiary, która identyfikuje się ze swym oprawcą, broni go, a nawet potrafi obdarzyć ciepłymi uczuciami. Nie jestem psychologiem, nie będę rozwijać tego wątku, wiem jednak, że nie jest to niemożliwe. Co jednak, jeśli ta miłość jest zakazana nie tylko przez prawo Aszarte, ale przez los? Jeśli skazana jest na zgubę? Czy to w ogóle miłość? Tyle pytań...
Powieść podzielona jest na cztery części (plus króciutki epilog), które stanowią o pewnych etapach życia Ariny, bo to ona jest główną i tytułową bohaterką "Niewolnicy". Być może tytuł powieści nie robi aż takiego wrażenia, jak tytuł tej pierwszej części... "Jarzmo zniewolenia"... Przechodzą mnie ciarki, kiedy czytam te dwa słowa. Rzeczywiście bowiem jarzmo zniewolenia, w które popadła Arina to nie tylko fizyczna niewola, niemoc podejmowania decyzji o własnym działaniu. To również, a nawet przede wszystkim, niewola psychiczna, duchowa. To postrzeganie siebie jako rzeczy, która służy innemu człowiekowi. Beznadzieja, brak perspektyw na lepsze jutro, brak kontroli nad sobą i możliwości działania w obronie najbliższych. Najlepiej chyba zobrazuje to cytat z powieści: "On mnie uprowadził, zniewolił, podporządkował sobie. Uczynił moje życie koszmarem, a mnie samą swoim przekleństwem." Autorka naprawdę bardzo dobrze odmalowała (bo nie tylko naszkicowała) psychikę niewolnicy.
Chyba nadszedł czas na przedstawienie Autorki, choć zazwyczaj piszę o autorach w innym miejscu. A. M. Chaudiere to pseudonim literacki polskiej pisarki, mieszkanki Rzeszowa, pracującej obecnie w szkole, architekt krajobrazu. Jest to jej debiut literacki i to debiut niebagatelny. Przyznać należy, że ta dwudziestopięciolatka ma talent i dużo do powiedzenia. Czekam więc z niecierpliwością na drugą część "przygód" Ariny, nad którą obecnie pracuje. Jak doczytałam dzisiaj – właśnie przekroczyła magiczną połowę, więc kto wie, może w tym roku doczekamy się dalszej historii.
Wracając jednak do historii. Czy miłość (jeśli to w ogóle miłość) przetrwa? Tego nie zamierzam zdradzać. Powiem jedynie, że w życiu Ariny wiele się zmieni, pojawi się jeszcze przynajmniej dwóch adoratorów, zyska przyjaciół i popleczników... Cieszyć się? Cóż, upadek boli bardziej, jeśli spada się z wysoka... Nie sposób natomiast nie zauważyć, że "Niewolnica" to w dużej mierze opowieść o podnoszeniu się po kolejnych upadkach. O walce do końca. O trwaniu przy sobie i dla siebie. Zawsze, cokolwiek by się działo.
W powieści nie ma wytyczonych jasnych granic, kto jest dobry, a kto zły (gatunkowo). Każda postać odpowiada za swe czyny, niezależnie od tego, czy jest magiem (Aszarte, czy też magiem z Akademii Morza Deszczów), człowiekiem, czarownicą, wampirem, czy elfem. Tak, sporo nadprzyrodzonych postaci spotkacie na kartach tej książki. Magowie, ludzie i wampiry pojawiają się od samego początku. Czarownice i elfy dopiero pod koniec. Przyznam, że nie odniosłam pozytywnego wrażenia, kiedy się pojawiły (takie Deus ex Machina). Choć chyba powinnam się do tego przyzwyczaić – jako fanka serialu "True Blood". W każdym razie – wiemy, jak powstał Nowy Świat, nie bardzo jednak mogłam się zorientować, skąd nagle pojawiło się tyle istot nadprzyrodzonych. Czyżbym nieuważnie czytała? Czy może Autorka pominęła ten wątek, uznając, że to czytelnika nie zainteresuje? A może... szykuje odpowiedzi na te pytania w drugim tomie...
Trzecia i czwarta część powieści opowiadają o życiu w Akademii Morza Deszczów. Poznajemy więc wielu nowych bohaterów. Jedyne, czego mi tutaj zabrakło to odpowiedzi, co się stało z Cath po wydarzeniach na pustyni. Obiecała sobie bowiem nadal pilnować Ariny, dowiedzieć się, co się dzieje z jej przyjaciółką i... przez następne trzysta stron słuch o Cath zaginął... Szkoda...
Kończąc o części fabularnej – zakończenie. Chyba nie myślicie, że je zdradzę. O, nie! Powiem natomiast, że zaskakuje, wbija w fotel i całkowicie pozostawia czytelnika z przysłowiową opuszczoną szczęką. Cóż, gdzieś tam w tekście pojawiały się małe podpowiedzi, coś mogło nas naprowadzić na takie wydarzenia, a jednak nie... Nie spodziewałam się, choć też nie liczyłam na jakiś wielki happy end. Chociaż, kiedy czytałam, nie wiedziałam jeszcze o drugim tomie.
Okładka. Na pierwszy rzut oka robi niesamowicie pozytywne wrażenie. Ten jedyny odcień zieleni, który naprawdę lubię, do tego delikatne, błyszczące złoto i Ona... Właśnie... Ona już nie jest taka idealna. Ani nie pasuje za bardzo do książkowego opisu, ani nie wygląda zbyt naturalnie. Lepiej więc na okładkę patrzeć z lekkiego oddalenia – wówczas naprawdę wygląda przepięknie, tajemniczo i magicznie. Cała książka jest graficznie doprowadzona do perfekcji. Te wszystkie drobiazgi, zdobienia, czcionka, którą spisane są tytuły rozdziałów. Wprowadza nas to do świata pełnego magii. Na końcu książki znajdziemy również mapki – jedna wyjaśnia nam, jak wygląda świat AD 2052 i bardzo ułatwia zrozumienie wielkiej katastrofy, która zmieniła oblicze Ziemi. Druga przedstawia Akademię Morza Deszczów. Na koniec jeszcze pomocny słowniczek. Na dodatek znalazłam bodaj tylko dwie literówki, czyli na sześćsetstronicowe tomiszcze, tyle, co nic.
Największy minus książki to język. Ładny, przystępny, poetycki. Wszystko na pierwszy rzut oka wydaje się idealne. Jeśli jednak przyjrzeć się bliżej, to widać, że Autorka nadużywa pewnych wyrazów, których używać w ogóle nie powinna, ponieważ znaczą one zupełnie coś innego. Jedna literka, której dodanie wydawać by się mogło niewielkim zabiegiem upiększającym i sprawiającym, że język brzmi bardziej staroświecko i dostojnie, może sprawić, że zdanie kompletnie traci sens. Tak jest na przykład z zastępowaniem wyrazu "wszelkie" przez wyraz "wszelakie", czy też zdecydowanie złe użycie słowa "tudzież". To chyba jednak jedyny poważny minus "Niewolnicy". Mam tylko nadzieję, że w kolejnym tomie A. M. Chaudiere zrezygnuje z tych "upiększaczy". Bardzo mnie one denerwowały i psuły odbiór całości.
Jednym słowem – gorąco polecam lekturę, bo choć może się Wam wydawać, że to zwykły romans paranormalny, kolejny erotyk, czy średnie fantasy – "Niewolnica" jest naprawdę dobrą powieścią psychologiczną, ubraną w bardzo ładny, magiczny strój.




 Za książkę dziękuję Autorce

wtorek, 4 marca 2014

W nieznane Światy. Powieść fantastyczna – Władysław Umiński

Wydawnictwo: Nakładem Księgarni Polskiej
Kazimierza Grendyszyńskiego
Petersburg 1895
Oprawa: twarda
Liczba stron: 239
Ilustracje: Ksawery Pillati
ISBN: brak (książka oryginalna z XIX wieku)







Na samym początku chciałabym zwrócić Waszą uwagę, że grafika, którą widzicie z boku to nie okładka. Dość wyraźnie to widać, jednak, gwoli perfekcyjności... Okładka jest brzydka, szaro-buro-zielono-nie-wiadomo-jaka. Ot, stara, ponad stuletnia twarda tektura, wcale niczym nie zachęcająca. Powieść została jednak zilustrowana pięknymi grafikami Ksawerego Pillatiego i oto możecie podziwiać jedną z nich. 
Co jeszcze ważne, w kolejnych wydaniach powieść występuje pod tytułem "Na druga planetę" i łatwiej ją w ten sposób odnaleźć i zdobyć.
Historia została napisana w roku 1894, o czym traktuje notka w ostatnim przypisie. Wydana rok później i to właśnie wydanie wpadło w moje łapki. Czytając ją trzeba więc mieć na względzie poziom wiedzy technicznej i ogólnej – tak pisarza, jak i potencjalnego czytelnika. Nie wolno również zapomnieć o tym, że pisało się książki inaczej, kładąc nacisk na nieco inne zagadnienia. Styl i język tej konkretnej powieści są jednak bardzo przystępne dla czytelnika XXI wieku, co można zaliczyć jako wielki plus. Szczerze mówiąc, kiepska jestem jeśli chodzi o nauki ścisłe – należę do gatunku osób współcześnie nazywanych humanistami (proszę nie mylić z humanistami okresu Odrodzenia). Wstyd się być może przyznać, ale mimo moich 31 lat, które wykazuje dowód osobisty nadal nie rozumiem, w jaki sposób działa zegarek, nie potrafię przeliczać kilometrów na mile, ani też nie mam pojęcia na temat zależności faz Księżyca i pływów wód (choć mam całkiem sporo innych zalet)... Stąd nawet wiedza XIX-wiecznych naukowców jest dla mnie ciekawa i całkowicie mnie pochłania i zadowala, jednocześnie nie będąc zbyt trudną do objęcia, szczególnie kiedy zważyć, że zupełnie nie rejestruję liczb. Możecie do mnie mówić i mówić, a ja ich po prostu nie usłyszę, stąd... mam wiele problemów, ale to nie temat tego posta.
Kończąc jednak te wycieczki okołoosobowe, wróćmy do powieści. Czy to science fiction? W dzisiejszym tego słowa znaczeniu, niekoniecznie. Powieść fantastyczna – jak podano w podtytule – jest bardziej adekwatna. Zaczynamy bowiem od budowy niesamowitej lunety, której soczewka mierzyć ma aż dwa metry. Dla ówczesnych coś po prostu niebywałego. Po cóż ona, dowiadujemy się chwilę później. I już tu pojawia się ciekawy zabieg, polegający na wprowadzeniu antybohatera-dziennikarza i jego (niezbyt uczciwego, acz bardzo nowoczesnego jak na owe czasy i kończącego się sukcesem) śledztwa dziennikarskiego. Bardzo duży plus dla Autora. Zostajemy zalani falą różnych matematyczno-fizyczno-astronomicznych danych, przeliczeń i tym podobnych, kiedy słuchamy rozmów i rozmyślań głównych bohaterów. 
Później charakter powieści znacznie się zmienia. Z fantastycznej staje się ona bardziej książką przygodową. W niektórych momentach miałam wrażenie, jakbym wróciła do czasów dzieciństwa, kiedy to zaczytywałam się w serii o Tomku, autorstwa Szklarskiego. Przez ponad połowę opowieści oglądamy bowiem ciekawe krajobrazy, podziwiamy florę i faunę, obserwujemy zjawiska zachodzące na niebie (nieuzbrojonym w lunetę okiem). Spotykają nas różne, niekoniecznie przyjemne, przygody w dziczy, a także niedźwiedź i głęboka rozpadlina, w której dwie osoby zostają uwięzione. Dopiero pod sam koniec znów mamy okazję do zasmakowania tego, co dzisiaj nazywamy fantastyką naukową.
Czy mi się podobało? Owszem, choć przyznaję, że powieść mnie nie porwała. Chyba jednak liczyłam na coś trochę innego, to już jednak nie jest winą pana Umińskiego, że nie do końca odczytał przed ponad stu laty, jakie mam oczekiwania. Cieszę się jednak bardzo, że powieść ta do mnie trafiła, ponieważ poziom naukowości, jaki w niej znajdujemy, jest idealny dla mojego poziomu wiedzy naukowej. Pod tym względem mogłabym żyć w sławnym wieku stali i pary.
Znalazłam kilka literówek. Trochę za dużo, jak na tak cienką pozycję, ale wybaczam – wszakże w roku 1895 całą korektę i redakcję tekstu wykonywali naprawdę ludzie. Pamiętajmy, że nie mieli komputerów, specjalistycznego oprogramowania i tego wszystkiego, czym dzisiaj dysponują wydawnictwa. Zatem i tak nie jest źle.
Polecam? Polecam. Nie nastawiajcie się jednak na wielkie sf XIX, gdyż możecie się sromotnie zawieść!




sobota, 1 marca 2014

Podsumowanie lutego

Podsumowanie lutego? 2962 stron przeczytanych. Daje to 12 tytułów skończonych, plus dwa napoczęte. 18,2 cm (a średnio "muszę" miesięcznie przeczytać 15). Cztery książki z wyzwania "Czytam fantastykę". Jedna pozycja od Wydawnictwa Fronda, jedna od Sowy, trzy prosto od Autorów (Bruno Wioska, Marek Świerczek i A.M. Chaudiere). Dwie książki od wydawnictwa RW2010. Nawiązana współpraca z: Lambook, RW2010 i Frodna. Do tego dochodzi najstarsza książka, jaką miałam okazję czytać, czyli oryginalne, pierwsze wydanie powieści "Ostatni Upior w Bielehradzie..." z 1842 roku.
Przekroczyłam magiczną liczbę 9 tysięcy odwiedzających i to bardzo szybko. Pozostaje cel ze stycznia: chciałabym do końca marca dobić do 10 tysięcy. Liczę, że mi w tym pomożecie. No i chyba tyle słowem ogłoszeń parafialnych.
W marcu czeka Was wiele ciekawych nowości. Już leżą przygotowane, lista na marzec gotowa, ja nie mogę się doczekać. A Wy?

poniedziałek, 24 lutego 2014

Diuna. Dżihad Butleriański – Brian Herbert, Kevin J. Anderson

Wydawnictwo: Dom Wydawniczy REBIS
Poznań 2008
Cykl: Legendy Diuny, Część I
Oprawa: twarda z obwolutą
Liczba stron: 695
Przekład (z angielskiego): Andrzej Jankowski
Tytuł oryginału: Dune: The Butlerian Jihad
Ilustracje: Wojciech Siudmak
ISBN: 978-83-7510-099-0




Trudno zacząć recenzję książki, o której ma się tyle do powiedzenia. Myśli krążą po głowie i nie chcą się ułożyć w logiczną całość. Bo od czego zacząć? To podstawowe pytanie. Od "Diuny" Franka Herberta? Zdawałoby się logiczne, bo przecież "Dżihad..." jest prequelem. Można go czytać jako pierwszy, bo w świecie Diuny akcja w nim opisana jest najstarsza. Jednak nie sposób ciągle nie porównywać, nie wracać myślami do "oryginalnego" sześcioksięgu. Albo i choćby do napisanych wcześniej przez Briana i Kevina "Rodów...". Może jednak powinnam opuścić wszystko to, zresetować się i podejść do tematu, jakby to była pierwsza powieść ze świata? Wprowadzić Was do niej, jakbyście nigdy wcześniej się nie spotkali się z pustynną planetą, która jest centrum Duniversum... Nie, nie da się tak. Choćby dlatego, że tak ważne jest właśnie to, iż "Dżihad..." jest częścią Duniversum. Nie tylko preludium do, jest częścią, która moim zdaniem świetnie wpisuje się w całość, częścią, którą wszyscy fani "Diuny" powinni poznać. Nie zgodzę się z niektórymi ortodoksyjnymi czytelnikami, że "Legendy Diuny" niewiele mają wspólnego z "Kronikami Diuny" Franka Herberta. Zarówno "Legendy...", jak i "Rody..." (a teraz także "Wielkie Szkoły Diuny" i "Bohaterowie Diuny" oraz zakończenie serii) pióra Briana i Kevina tworzą spójną całość. Dzięki nim lepiej możemy zrozumieć to, co Wielki Mistrz Frank chciał nam powiedzieć. Osobiście bardzo się cieszę, że ktoś kontynuuje jego dzieło (bo to nie praca, to dzieło). Przejdźmy jednak do meritum, czyli "Dżihadu Butleriańskiego".
Dlaczego Dżihad, dlaczego Butleriański? Pierwsze pytania, które mogą się nasunąć. Bo choć o nim wspominano w samej "Diunie", bo choć nazwa padała i mówiono, o co w nim chodziło, nie do końca można było się dowiedzieć, co kryje się pod tą nazwą. Teraz więc mamy szansę, by odkryć rąbek tajemnicy. Dżihad czyli święta wojna. W tym wypadku tocząca się między ludźmi a myślącymi maszynami (do czego za chwilę powrócę). Butleriański? Ponieważ iskierką wzniecająca wielki płomień, zagrzewająca do walki była Serena Butler, a symbolem wojowników o wolność jej niespełna roczny synek Manion, który został zamordowany przez myślące maszyny (szczegółów nie zamierzam Wam zdradzać). Warto w tym miejscu zwrócić uwagę na Samuela Butlera, angielskiego pisarza, który już w połowie XIX wieku przestrzegał przed tworzeniem maszyn na ludzkie podobieństwo.
Miejsce akcji? Cały Wszechświat? Pewnie nie cały, bo choćby Hekate gdzieś uciekła i nikt nie wie, gdzie. Jednak bez wątpienia cały Znany Wszechświat. Wszechświat, który został podzielony jak gdyby na trzy: na Zsynchronizowanych Planetach rządzą myślące maszyny, na Światach Ligi – wolni ludzie, którzy zrzeszyli się i starają się sobie wzajemnie pomagać i chronić się przed Omniusem (o nim już za chwilkę), a na Niezrzeszonych Planetach również ludzie, choć często dzicy, nieprzychylni obcym, w dużej mierze zenszyici i zensunnici (o tych też za moment), którzy w kluczowym momencie historii uciekli, odżegnując się od znanego świata, a teraz "muszą" spłacić swój dług, często jako niewolnicy na innych planetach.
Zaczynając jednak od początku... Akcja dzieje się jakieś 11 tysięcy lat przed wydarzeniami opisanymi w "Diunie" (tam rok 10191 Ery Gildii, która jeszcze nie powstała w "Dzihadzie..."). Jednak historia ta ma zaczątki znacznie wcześniej, około 1100 lat wcześniej, by być dokładnym. Ludzie zrobili się gnuśni i leniwi. chcieli się bawić, czerpać z życia, nie pracować. Wszystkie zadania, które mogli oddali maszynom, a sami po prostu żyli. Z tym, że z czasem to życie traciło sens, stawało się zwykłą, nudną egzystencją. Grupka młodych ludzi zbuntowała się i postanowiła obalić rządy i wziąć sprawy w swoje ręce. Tak powstali Tytani. By skutki ich działań były długofalowe, postanowili pozbyć się swoich ciał i mózgi umieścili w mechanicznych powłokach. Mogli je do woli zmieniać, co pozwoliło im przetrwać setki lat. gdzie więc nastąpił błąd? Cóż, człowiek, nawet w metalicznym ciele jest stworzeniem omylnym. Jedna chwila wystarczyła, by niechcący oddali całą władzę wielkiemu komputerowemu mózgowi, którego stworzyli... Omnius zapanował, a Tytani stali się jego poddanymi. I choć nie może ich zabić, wykorzystuje ich do swych celów. A celem nadrzędnym jest zdobycie wszystkich światów i zniszczenie ludzkości...
Tak dochodzimy do chwili teraźniejszej, czyli miesięcy tuż przed wybuchem wielkiego Dżihadu. Poznajemy nie tylko Tytanów, Omniusa i niezależnego robota Erazma, który będzie miał w całej akcji olbrzymie znaczenie. Poznajemy też i ludzi: Serenę Butler i jej ojca, wicekróla Ligi Sprawiedliwych, Maniona Butlera. Xaviera Harkonnena, wojskowego, który kocha Serenę całym sercem i planuje z nią wspólne życie. Poznajemy wspaniałą, silną, złośliwą i wywyższającą się Czarodziejkę z Rossaka, Zufę Cenvę, jej partnera życiowego Aureliusza Venporta i Normę, jej córkę, która jest genialnym matematykiem, niedocenianym przez matkę i poszukującym sensu swego talentu. Spotkamy na swej drodze łowcę niewolników i handlarza organami, Tuka Keedaira i Selima, który dosiądzie wielkiego Szej-huluda. Vor Atryda może początkowo budzić dużą niechęć, a fanów "Diuny" zszokować, chociaż potrafi wzbudzić sympatię. Poza nimi jeszcze cała galeria różnych postaci. Ot, choćby wielki uczony Tio Holzman, tytan Agamemnon, kogitor Eklo... Nie będziecie się nudzić.
Jak i w oryginalnej "Diunie" wątków tu co niemiara. Niewprawiony czytelnik może się początkowo trochę gubić, choć myślę, że szybko odnajdzie właściwą drogę. W każdym razie to bogactwo światów jest olbrzymim plusem powieści. Każda przedstawiona planeta jest inna, bo nie tylko inną ma budowę, florę i faunę, ale i społeczeństwo. Liga Szlachetnych bowiem uważa na to, by każdy planetarny rząd mógł rządzić według własnych praw. To dodaje wszystkiemu smaczku, powodując liczne dyskusje, kłótnie i nieporozumienia. Bo gdy na jednym świecie ponad wszystko szanuje się wolność jednostki, a na drugim gospodarka opiera się na niewolnictwie, nie sposób po prostu dojść do porozumienia. I jak słusznie zauważają niewolnicy – jaka jest różnica pomiędzy niewolą u myślących maszyn, a tą u ludzi? W "Dzihadzie..." znajdziemy wiele takich uniwersalnych zagadnień i mądrych pytań.
Klasycznie już, jak w "Kronikach diuny" Franka Herberta, rozdziały zaczynają się od epigrafów. Czasami mają one coś wspólnego z konkretnym rozdziałem, czasami nie, zawsze jednak są to mądre zdania, nad którymi warto się choćby chwilę zatrzymać.
Minusy? Nie do końca podoba mi się obraz ludzi pustyni, mieszkańców Arrakis. Fremeni zawsze zdawali się honorowymi ludźmi, a ci tutaj... Pozostaje mały niesmak. Plusy? Och, dużo ich. Przede wszystkim chyba kogitorzy. Genialni, oddający się dumaniu przez wielki, a jednak... Jednak tak oddzieleni od otoczenia, od współczesności, od tego, co się dzieje tu i teraz, że zastanawia aż, jak mogli komukolwiek doradzać. W każdym razie kogitorzy są bardzo ciekawi.
W odróżnieniu od świata opisanego w "Rodach..." Autorzy wykreowali tym razem zupełnie nowy świat. Nie korzystali z bohaterów znanych i lubianych (bądź nielubianych), których stworzył Frank Herbert. "Dżihad Butleriański" to nowa powieść, nowy świat. Na upartego można by ją czytać zupełnie osobno, bez znajomości "Diuny", choć... taki czytelnik stracił by naprawdę dużo...
Ciekawe są stawiane przez bohaterów pytania, które zmuszają nas poniekąd, by zastanowić się nad tym, w którym momencie dziejów jesteśmy. Jak blisko nam do stworzenia Omniusa, czy wykreowania Tytanów? A także nad tym, jaka jest relacja pomiędzy Bogiem – Człowiekiem – Myślącą Maszyną.
Podsumowując samą powieść jest tu wielu bohaterów, którzy zapadają w pamięć, wartka akcja, głęboka filozofia (tylko trzeba chcieć jej poszukać). Kiedy do tego wszystkiego dodamy fantastyczną pracę, którą wykonał REBIS... Mamy naprawdę nietuzinkowa pozycję. Gruby papier, elegancka czcionka, złota oprawa, piękna obwoluta, a w środku prace samego Mistrza, Wojciecha Siudmaka. Czy można chcieć więcej? Można... chcieć przeczytać kolejne tomy. Polecam gorąco!


Brian Herbert i Kevin J. Andersona na Dune Fairytales:
 
Kevin J. Andersona na Dune Fairytales:
Książka przeczytana w ramach Wyzwania


Książka przeczytana w ramach Wyzwania


Relatywne spotkania – Bruno Wioska

Danych, które zazwyczaj tutaj podaję BRAK. Otrzymałam bowiem od Autora maszynopis. Powieść natomiast zostanie dopiero wydana. Nie wiem również, jak będzie wyglądać okładka, ani ile stron będzie książka liczyć po wydaniu (w obecnej chwili mam przed sobą 103 strony A4). Kiedy tylko otrzymam informacje o tym, dopiszę je dla Was w komentarzu.


Kordian, główny bohater tej powieści, opowiada nam o swoich wakacjach w Rzymie. Wakacjach niezwykłych, które niejednego człowieka doprowadziłyby z pewnością do utraty zmysłów. Pobyt w Wiecznym Mieście to nie tylko zabytki i powiew starożytnego świata. To, co spotyka Kordiana jest doprawdy wyjątkowe. Wszystko zaś za sprawą pewnej uroczej, pięknej i kuszącej kobiety o imieniu Lukrecja, która po raz pierwszy spotyka podczas zwiedzania Komnaty Sybilli.
Mamy środek lata, Rzym płonie. Nie, nie tak, jak za czasów Nerona. Upał leje się z nieba, niczym gorący prysznic, a na domiar złego, w cały mieście właściwie (z kilkoma wyjątkami) siada kompletnie klimatyzacja. Oszołomieni turyści pragną ochłody, której ni jak nie mogą znaleźć, bo żar i duchota doskwierają nawet przyzwyczajonym do upałów mieszkańcom miasta. Nie dziwi więc, że można mieć zwidy. Czy jednak rzeczywiście to, co spotkało Kordiana to jedynie... zwidy? "Gdy rzeczywistość staje się iluzją, a iluzja rzeczywistością" – te słowa są mottem powieści pod tytułem "Relatywne spotkania". Czy my w ogóle mamy pojęcie, czym jest rzeczywistość? Może jednak oszukujemy się całe życie, wmawiając sobie, że prawdziwe jest to, co jest łatwiejsze do zaakceptowania i zrozumienia?
Bruno Wioska napisał porywającą powieść, której akcja galopuje w niebywałym tempie. A główny bohater? Zastanówmy się dobrze, czy jest nim na pewno polski student Akademii Sztuk Pięknych, Kordian? Nie? No właśnie. Ja też sądzę, że prawdziwym głównym bohaterem jest Wieczne Miasto. Bo choć w Rzymie dotąd nie byłam (mam nadzieję, że to się zmieni, gdyż jest to jedno z moich marzeń) to czuję się jakbym g trochę musnęła. Znacznie lepiej, niż w czasie lektury jakiejkolwiek innej powieści, której akcja rozgrywała się w tym mieście.
Autor zastosował niespotykany dotąd chwyt – połączył historie z różnych pok w jedną całość. I choć w pierwszej chwili może się to wydawać zagmatwane i bezsensowne, to... jest po prostu genialne. Dzięki temu zabiegowi poznajemy Rzym z różnych okresów, spotykając historyczne postaci, oglądając zmiany, jakie zachodziły przez setki lat zarówno w zabudowie, jak i ludzkim podejściu do życia. Szybko się do tego przyzwyczajamy i zaczynamy naprawdę zadawać sobie pytanie: "co jest rzeczywistością, a co jedynie iluzją?".
Powieść napisana jest bardzo ładnym językiem. Dokładne opisy architektury, widoków, ubioru postaci – wszystko to sprawia, że szybko stajemy się współuczestnikami tej wielkiej przygody. przygody, która ma jakiś, nieznany nam i Kordianowi, cel. W pogoni za prawdą przyjdzie nam wysłuchać rozmów z takimi osobistościami dawnych czasów, jak choćby papież Aleksander VI Borgia, czy Leonardo da Vinci. Natomiast miejsce uroczej Lukrecji B. zajmie na pewien czas inna, bardziej współczesna... Lukrecja. Każda, nawet najbardziej dziwna przygoda, wizja, objawienie, senna mara, czy jakkolwiek je nazwiecie – ma głębszy sens. A wszystkiemu temu towarzyszy zapach Rzymu. Piękne!
Wartka akcja, sporo dialogów, tajemnica, wielcy ludzie, starożytne miasto widziane z wielu różnych perspektyw... Ciekawi głowni bohaterowie (mam na myśli Kordiana i Lukrecję). Przemyślany pomysł doprowadzony niemal do perfekcji. Nie wypowiadam się na temat różnych literówek i tym podobnych błędów, gdyż – jak wyraźnie zapowiedziałam – jest to manuskrypt, którego jeszcze nie tknęło fachowe oko korektora. Poza tym jednak – powieść jest doprawdy rewelacyjna i przerosła wszelkie moje oczekiwania. Gorąco polecam zakupić, kiedy tylko pojawi się na rynku wydawniczym (o czym Was poinformuję w odpowiednim czasie).


Za książkę dziękuję Autorowi


Bruno Wioska na Dune Fairytales:
Książka przeczytana w ramach Wyzwania

Ostatni Upior w Bielehradzie. Dosłówny wyciąg z kroniki czeskiej, wieku XVI. podał John of Dycalp

Wydawnictwo: Wydanie Adama Zawadzkiego
Nakładem i drukiem Józefa Zawadzkiego
Wilno 1842
Oprawa: broszurowa
Liczba stron: 126
ISBN: brak (książka stara)





Niech Was nie zwiedzie tytuł. Nie ma w nim błędów, choć na pierwszy rzut oka można dostrzec przynajmniej dwie literówki. Książeczka ta bowiem, jako powyżej podano, pochodzi z roku 1842, a więc z pierwszej połowy XIX wieku i nie sposób tego po języku, w jakim została spisana, nie zauważyć.
Udało mi się również ustalić, co – na szczęście – nie było bardzo trudne, że John Dycalp to literacki pseudonim Placyda Jankowskiego. To tak gwoli dokładności i pełni opisu bibliograficznego. 
Dużo tym razem nie będę się rozpisywać, bo i utwór krotki i w gruncie rzeczy akcji w nim niewiele. Bo cóż się dzieje? "W sławnem mieście Bielehradzie, roku pańskiego 1587, w czwartą feriją po Trzech Królach, o godzinie siódmej z rana, panowie Janek Hladko i Wszemir Welehlasny..." poinformowali władze swego miasta, iż poprzedniej nocy napotkali na swej drodze... upiora. Wszyscy więc zbierają się następnej nocy, by owego upiora również zobaczyć, a gdy okazuje się nim ich zmarły około miesiąca temu sąsiad, pan Józef Roztrzepalek, by dowiedzieć się, w jakim celu przybywa i dlaczego straszy swą małżonkę (czy też raczej wdowę) panią Mariannę.  Opowieść ta jest idealna dla każdego, kto nie lubi książek bez dialogów, ponieważ na cała jej treść składa się długie nocne przesłuchanie, które na upartego można nazwać i rozmową z rzeczonym upiorem.
Historia to ciekawa i rzeczywiście cały czas zastanawiałam się, co będzie dalej. Zaskakiwała mnie kilkukrotnie, co się bardzo chwali, szczególnie przy tekście tak niewielkich rozmiarów. Bo i stron jedynie 126, a strony te niewielkie, natomiast czcionka duża, margines nie byle jaki. Cóż, zdarzało się i tak, że na stronie mieściły się zaledwie dwa (wszak długie, ale jednak) zdania.
Język? No cóż, nie mi oceniać ten polski sprzed siedemnastu dekad, choć trochę już go poznałam czytając podobne utwory. Piękny, poetycki, tak różny od naszej współczesnej polszczyzny. I te wspaniałe, niczym we francuskiej mowie, akcenty wyraźnie zaznaczone. I te cudowne zwroty. Cóż, rozpływać się mogę jeszcze długo. Urok starej polszczyzny jest wielki, choć nie dałabym tej książeczki żadnemu niedoświadczonemu czytelnikowi (a w szczególności dziecku). Dlaczego? Bo choć piękna ta mowa, to osobie niewprawnej w dzisiejszej ortografii niezłego by mogla figla na sprawdzianach spłatać. Reguły rządzące ówczesnym językiem były tak różne od tego, czego dzisiaj się w szkołach uczymy...
Czy polecam? Owszem, z czystym sercem, bo i treść interesująca i forma przeurocza. Czy straszny ten upiór (czy też raczej upior)? Nie powiem, przekonajcie się sami.


Książka przeczytana w ramach Wyzwania

środa, 19 lutego 2014

Nell – Anna Rybkowska

Wydawnictwo: RW2010
Poznań 2014
Część I trylogii, tom pierwszy
Ebook, format epub
Liczba stron: 264
ISBN: 978-83-7949-079-0




Wyjaśnię może na samym początku, co znaczy ten trochę zagmatwany opis dotyczący trylogii. Anna Rybkowska napisała trylogię – to chyba dość jasne stwierdzenie. Zawierają się w niej te oto powieści: "Nell", :Jednym tchem" i "Zwolnij kochanie". Wydawnictwo RW2010 natomiast zaproponowało nam podzieloną powieść "Nell" – na dwa tomy. Stąd może trochę się poczułam zagubiona, ale teraz już wszystko wiem, rozumiem i czekam na tom drugi, który powinien się pojawić w marcu."Nell" natomiast ukazała się (w formie ebooka, w wyd. RW2010, bo wcześniej już można ją było zakupić w formie książkowej) jako premiera z okazji... Walentynek. Spodziewałam się więc po tej powieści wiele romantyzmu i ciepła bijącego z czystej, nieskalanej miłości... Ble, ble, ble. No dobrze, czytałam opis. wiedziałam, że może nie będzie aż tak romantycznie, jak w bajkach dla małych dziewczynek, ale nadal spodziewałam się lekkiej historii romantycznej. Czy się zawiodłam? Nie, chociaż dostałam coś zupełnie, zupełnie innego.
Autorka jest poznanianką, więc i akcja jej powieści dzieje się w dużej mierze w Poznaniu, choć również w Londynie i na angielskiej wsi. Poznań, mój kochany Poznań. Jak miło jest – dwa lata po wyprowadzeniu się z mojego miasta – przeczytać, że dzieci głównej bohaterki po zakończeniu roku szkolnego udały się z grupą przyjaciół do Starego Browaru. Serducho bije szybciej, choć tak właściwie niewiele o tym Poznaniu w powieści Rybkowskiej można przeczytać.
Natalia Skowrońska to czterdziestolatka. Od lat zamężna, od zawsze z tym samym mężczyzną, do którego obecności już przywykła i który nie potrafi jej docenić. Matka czwórki dzieci, z których najstarszy syn za chwilę rozpocznie liceum, a najmłodszy... zerówkę. po drodze jeszcze bliźniaki w wieku gimnazjalnym. Mieszkają wygodnie, mąż zapewnia pieniądze, Natalia dba o dom, któremu całkowicie się poświęciła po ukończeniu studiów na filologii angielskiej. Stara się nie stracić kontaktu z językiem i być może właśnie dlatego, dla żary, wysyła swoje zdjęcie do Wiliama Barlowa... gwiazdy rocka, o dziesięć lat od niej młodszego, szalonego człowieka, który jest idolem muzycznym jej nastoletniej córki. Nie spodziewa się, że ten jeden mail, to jedno zdjęcie, te kilka informacji, które o sobie podała – na dodatek kłamiąc dość znacznie w kwestii swego wieku i sytuacji życiowej – wywrócą jej spokojne, ustabilizowane życie do góry nogami.
Maile, długie rozmowy telefoniczne... Nagle Nell (bo on tak ją nazywa) zaczyna widzieć świat w innych barwach. Ma ochotę po raz drugi przeżyć młodość, nadrobić "stracone" lata, które poświęciła wychowywaniu dzieci, prasowaniu mężowi koszul, robieniu codziennych zakupów i zmienianiu pieluch. Potrzebuje trochę szaleństwa, trochę wolności. Chce znów poczuć, że żyje. I dlatego leci do Londynu, by zobaczyć Jego koncert. By choć na chwilę być blisko Niego. Kolejne kłamstwa przychodzą coraz łatwiej, a On okazuje się zupełnie inny, niż myślała...
Czy można się tak zakochać, nie wiedząc o drugiej osobie właściwie nic? Czy można budować jakikolwiek związek na kłamstwach? Czy to, co Nell i Wiliam do siebie czują to jest miłość, czy tylko wielka namiętność? Dla niej chęć poczucia się młodą i atrakcyjną, a dla niego zdobycie kolejnej kobiety, na którą "ma ochotę"? Jeśli to rzeczywiście miłość, to z pewnością w ich przypadku miłość toksyczna. Co postanowi Natalia, czy wróci do domu, do Poznania, do męża i dzieci? Czy zostanie z Wiliamem? Tego Wam nie powiem. Zresztą nawet, gdybym chciała, to nie mogę, gdyż i ja czekam na ciąg dalszy, nie mogąc się już doczekać, co będzie się działo.
Mocne strony powieści? Świetny psychologiczny portret dwojga głównych bohaterów. Do tego ciekawa drugoplanowa rola Sary, przyjaciółki Natalii, u której Nell się zatrzymuje w Londynie i która próbuje jej uświadomić.. A nie, nie powiem, co takiego. W każdym razie postać Sary jest bardzo ważna, bardzo wzruszająca i myślę, że odegra jeszcze niemałą rolę w dalszych perypetiach Nell i Wiliama. Za to żałuję, że Mateusz, mąż Natalii jest taki przezroczysty. Chociaż może i to się później zmieni. Liczę na to. Co jeszcze? Rybkowska pisze z polotem, tworzy swoich bohaterów z drobiazgową dokładnością, dzięki czemu są niczym ludzie z krwi i kości. Zresztą myślę, że takich Natalii i takich Wiliamów jest na świecie całkiem sporo. I takich szarych Mateuszów, którzy nie potrafią docenić ukochanych żon, którzy uważają je za pewnik, który już przy ołtarzu (czy w USC) został zdobyty i koniec.  Wszakże każdy człowiek potrzebuje, choćby od czasu do czasu, usłyszeć, że zrobił coś dobrze, że jest kochany, że jest potrzebny, że ma pomyśleć też o sobie, a nie tylko o innych...
Minusy? W pewnym momencie cytaty z piosenek Barlowa zajmowały niemal połowę rozdziałów. było to bardzo irytujące. Rozumiem raz na jakiś czas, ale nie co chwilę. Szczególnie, że nie są one najlepsze. Akurat to Autorce średnio wyszło i mam nadzieję, że w dalszej części tej hipnotyzującej powieści o chorobliwym uczuciu, które jedni pewnie będą pochwalać, a inni krytykować nie będzie już tyle "rockowych kawałków".
Czy polubiłam głównych bohaterów? Szczerze mówiąc... nie. Myślę jednak, że nie o to w "Nell" chodziło. Zresztą nie mnie oceniać Nell, jestem od niej o dekadę młodsza, wyszłam za mąż dwa i pół roku temu, nie mam dzieci. Może za dziesięć lat będę potrafiła ją zrozumieć, chociaż mam szczerą nadzieję, że tak się nigdy nie stanie.
Czy polecam? Owszem. To bardzo dobra powieść, wnikliwa psychologicznie, pełna zwrotów akcji i buzująca uczuciami, które niewiele mają wspólnego z romantyczną księżniczką i jej księciem na białym rumaku. Nie jest to jednak, gdyby ktoś się zastanawiał, historia w stylu " twarzy Greya". To coś zupełnie innego. Inteligentna, ciepła niekiedy, historia, która zadaje mądre pytania. Pytania, na które nie ma gotowych odpowiedzi.
Wydanie? Wybrałam tym razem format epub i jestem zadowolona. Bardzo dobra korekta, nie mogę sobie w tej chwili przypomnieć żadnych literówek. Jedynie brak obustronnego wyjustowania trochę zaniża ocenę, ale ogólnie rzecz biorąc – "Nell' to kawał dobrej wydawniczej roboty.



Książkę przeczytałam dzięki życzliwości Wydawnictwa RW2010


Zośkowiec – Jarosław Wróblewski

Wydawnictwo: Fronda
Warszawa 2013
Oprawa: miękka ze skrzydełkami
Liczba stron: 448
Fotografie: wiele źródeł
ISBN: 978-83-64095-06-1




Henryk Kończykowski jest symbolem swojego pokolenia. Gdyby zapytano mnie, jaką książkę napisałem, odpowiedziałbym: książkę o miłości, o gorącej, konsekwentnej miłości do Polski. Taka książka powinna powstać o każdym powstańcu. Tak napisał o "Zośkowcu" Jarosław Wróblewski, czyli autor. Co mogę napisać ja?
"Zośkowiec"... Już sam tytuł niesie w sobie dużą dawkę uczuć i przemyśleń. Człowiek, który był członkiem Harcerskiego Batalionu AK "Zośka". Jeden z tych, którzy gotowi byli oddać życie, za wolną Polskę. Jeden z tych, którzy nie tylko potrafili pięknie umierać, ale i – a nawet przede wszystkim – pięknie dla swej Ojczyzny żyć. Zośkowiec... Część z Was wie już, że moją ulubioną książką są "Kamienie na szaniec". Oparta na prawdziwej historii powieść Aleksandra Kamińskiego, którą przeczytałam już kilkanaście razy. Potem byli "Kolumbowie. Rocznik 20" Romana Bratnego oraz "Zośka i Parasol" Aleksandra Kamińskiego. I wiele innych historii o naszych Bohaterach. I powrót do źródeł, ciągłe wracanie do "Kamieni...". Teraz z niecierpliwością czekam na film, choć bardzo się go boję. Od pierwszej chwili, kiedy dotarła do mnie informacja, że moja ukochana powieść zostanie zekranizowana. Teraz tym bardziej, kiedy pojawiło się całe mnóstwo negatywnych opinii... Kiedy więc zobaczyłam tę książkę, "Zośkowca", wiedziałam, że muszę ją mieć, muszę się z nią zapoznać...
Jest to rzeczywiście pozycja niezwykła. Zaskakuje od pierwszej strony i do samego końca czytamy ją na bezdechu. Zarówno treść, jak i jej oprawa zachęcają do kontynuowania lektury, stanowiąc niezapomniane przeżycie, zmuszając do myślenia, do chwili (i to długiej) zastanowienia, do pochylenia głowy i szepnięcia chociaż... "Cześć Bohaterom!"
"Zośkowiec" to swoisty wywiad. Choć i coś więcej, znacznie więcej. Jarosław Wróblewski wykonał w tym przypadku naprawdę dobry kawał roboty. Poza wywiadem z Henrykiem Kończykowskim (ps. "Halicz"), znajdziecie w tej pozycji liczne dokumenty z omawianego okresu (rozkazy dowódców wojskowych, zeznania, listy, pamiętniki powstańcze), fotografie (z rodzinnych albumów państwa Kończykowskich, z archiwów IPN) oraz wierszyki i rysunki Jana Rodowicza (ps. "Anoda") publikowane po raz pierwszy. Już na samym początku zwraca uwaga na stronie 4 – że nie udało się Wydawnictwu ustalić praw autorskich do wszystkich fotografii i prosi ono o zwrócenie się osób, którym takie prawa przysługują. W celu, oczywiście, wypłaty stosownego wynagrodzenia. Pierwszy raz się z czymś takim spotkałam i zrobiło tona mnie bardzo pozytywne wrażenie. Bo zdjęć jest tu co nie miara. W ogóle cały "Zośkowiec" jest bardzo... multimedialny. To chyba najlepsze określenie. Są zdjęcia, są mapki (dziękuję za nie, bo w ten sposób mogłam w końcu znaczenie więcej zrozumieć), są wspomniane już rysunki. Bezpośrednie wypowiedzi "Halicza" 9czy też innych osób, którym oddano tu głos) są wyraźnie zaznaczone kolorami, dzięki czemu nie można mieć wątpliwości, kto mówi – czy jest to świadek tamtych wydarzeń, czy narrator, czyli Autor "Zośkowca". Choć czasami ma się wrażenie, że tak naprawdę autorów jest dwóch...
Wracając do "Halicza". Jest to jeden z czterdziestu czterech żyjących w obecnej chwili żołnierzy Batalionu AK "Zośka". W styczniu tego roku obchodził 90. urodziny (z tej okazji w Muzeum Powstania Warszawskiego odbyła się promocja książki). Kiedy hitlerowskie Niemcy napadły na Polskę był zaledwie piętnastolatkiem, kiedy wojna się kończyła miał dwadzieścia jeden lat i żonę, a większość jego kolegów i przyjaciół już nie żyła. Odszedł też cały świat, który znał z przedwojennego życia. Tragizm tej historii to tragizm całego pokolenia. Tragizm, o którym można mówić wzniośle i z patosem, albo... opowiadać, jak o prawdziwym życiu, które istniało. Tak, jak to zrobili wspólnie Jarosław Wróblewski i Henryk Kończykowski. Opowiedzieli prawdziwą historię tak, jak ja widział główny bohater i jego środowisko. Bez zbędnego patosu, bez konieczności zasiadania do lektury z pudełkiem chusteczek. To niebywałe, że ani razu nie zapłakałam. Nie dlatego, że opowieść jest drętwa, bo nie jest. Dlatego, że narracja poprowadzona jest w taki sposób, że zamiast zalewać się łzami, które już nikomu ulgi nie przyniosą – czytelnik zanurza się w tej opowieści, jakby stał obok "Halicza" kiedy polscy żołnierze zdobywali obóz na Gęsiówce, jakby razem z nim oglądał przedwojenny Buczacz i razem z nim tracił lata w komunistycznym więzieniu. Stajemy się częścią tej historii, a jej bohaterowie nie mieli czasu na zbędne łzy.
Co ciekawe i stanowi olbrzymi plus "Zośkowca" to to, że Autor umiejscowił Kończykowskiego w określonym miejscu i czasie. Zdefiniował go poprzez rodzinę, w której się urodził wychował, poprzez środowisko, w którym dorastał. Cofnął się nie tylko do rodziców "Halicza", ale i do dziadków, ciotek, a nawet wspomniał o pradziadkach. I co bardzo ważne – do końca o nich nie zapomniał. Przodkowie Kończykowskiego nie kończą swojego "literackiego życia" wraz z wybuchem wojny. Kończą je wtedy, gdy rzeczywiście umarli. W wolnej Polsce (ojciec pana Henryka, Stanisław Kończykowski, zmarł w roku 1985). Zresztą to bardzo ciekawa postać i cieszę się niezmiernie, że miałam okazje się o nim dowiedzieć.
Poznajemy wiec rodzinę Kończykowskich, ich oczami oglądamy przedwojenną Warszawę, Podkowę Leśna i okolice. Z nimi wybieramy się też na letnie wakacje, których ostatni dzień to także ostatni dzień II RP. To wychowanie w tym domu (czy też domach, bo mieli ich kilka, chodzi mi tu jednak o dom w rozumieniu ogniska domowego, rodziny) sprawiło, że wszyscy trzej synowie Stanisława i Heleny postanowili walczyć o swą Ojczyznę. To ich wrodzone cechy charakteru, połączone z wielkim patriotyzmem i miłością do życia sprawiły, że rodzina nigdy się nie poddała i walczyła na wszystkich frontach. Bo nie tylko z bronią w ręku. Kończykowscy to rodzina inteligencka, która zasłużyła się dla Polski zarówno w dwudziestoleciu międzywojennym, jak i później.
"Zośkowiec" to książka rzeczywiście niezwykła. Z jednej strony bardzo osobista, z drugiej bardzo rzetelna, dopracowana w najmniejszych szczegółach. W pięciu rozdziałach, na które została podzielona, przeczytamy zarówno o czasach pokoju, jak i wojny. Na koniec zaś o tym, co działo się z żołnierzami Armii Krajowej po odzyskaniu przez Polskę niepodległości w 1945 roku. To coś zdecydowanie więcej, niż można się było spodziewać. To opowieść nie tylko o wojnie i Powstaniu Warszawskim – to historia Polski. Historia, której nie wolno nam zapomnieć. Nie czas już, by rozpaczać i wszelkie niepowodzenia zrzucać na karb tej odległej o kilka dekad wojny. Czas, by pochylić czoła i pracować dla dobra tej Ojczyzny, za która tylu oddało swe (często tak młode) życie.
Zdecydowanie jest to książka, która powinna się znaleźć w bibliotece każdego Polaka, w każdej bibliotece szkolnej i... na liście obowiązkowych lektur (choć wiem, że niektórzy uważają, iż znalezienie się na tej ostatniej to wyrok śmierci dla książki, z którą to opinią ja się nie zgadzam). Pokazała mi zupełnie inny świat. W przenośni i dosłownie. Kiedy wczoraj przejeżdżałam ulicą Okopową, patrzyłam na nią oczami "Halicza" i niemal widziałam walkę stoczoną o niemiecki czołg, która rozegrała się tam w pierwszych dniach Powstania. Już nigdy ulice Warszawy nie będą takie same, jak przed przeczytaniem "Zośkowca".
Nie powiem, że mi się ta książka podobała. Należy do takiej kategorii literatury, która się nie podoba. Ona po prostu potrząsa człowiekiem, niczym workiem ziemniaków i zmusza do tego, by w końcu dostrzegł, jak ma dobrze, jak łatwo i jak wspaniale, nawet jeśli nie jest piękny i bogaty. Posiada wolność, nie musi każdego dnia martwić się o to, czy ma co włożyć do garnka i... czy przy rodzinnym stole znów nie zabraknie kogoś, kto zginął od nieprzyjacielskiej kuli, czy bomby. Jako społeczeństwo XXI wieku często nie doceniamy tego, co mamy. tego, co wywalczyli nam oni: Zośkowcy i im podobni. Ta książka o tym przypomina.



piątek, 14 lutego 2014

Przymierze – Piotr Wesołowski

Wydawnictwo: RW2010
Poznań 2012
Ebook, format pdf
Liczba stron: 249
ISBN: brak (self-publishing)









Krótko i zwięźle? Rewelacyjna powieść, od której po prostu nie mogłam się oderwać! Bardziej wyczerpująco? Już donoszę..
Wszystko zaczyna się dwanaście wieków temu na terenie obecnych Kujaw. Zupełny przypadek, zrządzenie losów, przeznaczenie? Któż to wie. Tak, czy inaczej, stało się – Leszko uratował potężnego przedstawiciela obcej rasy, Peruna, przed niechybną śmiercią. Nagroda? Przymierze między ludami. Co Leszko z tego miał? Niewiele, prawdę mówiąc. Chociaż właściwie dla niego ta historia tez zakończyła się pozytywnie. Wszakże zdobył serce ukochanej Żywii... 
23 czerwca 2013 roku, Polska, bliżej nieokreślone miejsce, wskazane przez Autora jedynie z pierwszej litery, co pozwala na różne domniemania, domysły i właściwie umiejscawia część akcji... wszędzie. Nie mamy w "Przymierzu" everymana, jest jednak coś, co można by nazwać "everywhere". Przynajmniej na początku powieści, później już bowiem dokładnie wiemy, kto gdzie przebywa. Jest to bardzo ciekawy zabieg, który dodaje całości pikanterii. Choć właściwie powieści Wesołowskiego nic dodawać nie trzeba, ponieważ jest to kawał świetnego kryminału, political-fiction i sensacji ze szczyptą starych słowiańskich podań. Bardzo, bardzo udane połączenie z Polską w roli głównej. Wróćmy jednak do szczegółów. Dwóch gliniarzy odeszło niedawno na zasłużoną policyjną emeryturę. Teraz każdy z nich zajmuje się swoim domem, choć nadal się przyjaźnią i często spotykają. W końcu łączy ich wiele wspólnych przeżyć i wspomnień. Do głowy jednak żadnemu z nich nie przychodzi, że te najważniejsze chwile jeszcze przed nimi. Chwile, które dosłownie i w przenośni zmienią oblicze świata. Wszystkiemu zaś jest winna smykałka Konrada Gajeckiego. Jego niezbyt udana próba zbudowania generatora Tesli doprowadzi do międzynarodowego spisku przeciwko Polsce, spisku, w którym główną rolę odegrają Rosjanie i Amerykanie. Będzie się działo. Szczególnie, kiedy Polacy zdobędą wiedzę techniczną wyprzedzającą najbardziej zaawansowanie ziemskie kraje o przynajmniej kilka setek lat. 
W "Przymierzu" Wesołowski łączy wszystko, co najlepsze. Mamy tu więc wątek sensacyjny i kryminalny. Są zdrady, intrygi i odwieczni wrogowie Polski. Do tego kosmiczna rasa posiadająca bardzo zaawansowaną technologię, a jakby jeszcze tego było Wam mało to dodaje ciekawy wątek mityczny. Niejeden raz w obronie polskiego lotnictwa stanie gromada Trygławów i Światowidów, które z pewnością wyobrażaliście sobie dotychczas zupełnie inaczej. Trzeba przyznać, że Autor ma bardzo bujną wyobraźnię i potrafi wyśmienicie przelać swe myśli na papier. Czytając "Przymierze" przeżywałam niesamowitą przygodę z głównymi bohaterami, a każda kolejna strona znów mnie zaskakiwała. Jednak poza wartką akcją i ciekawymi rozwiązaniami technicznymi, Wesołowski daje nam do reki bardzo dobrze napisany tekst. Jego język jest przyjemny w odbiorze, na wysokim poziomie, opisy wyczerpujące, a rozmowy inteligentne, a czasami bardzo zabawne (tam, gdzie wypada). Po prostu życie przelane na papier (załóżmy, że na papier, wszakże to ebook). Jak wielu Polaków popełnia błąd, używając słowa "tą" zamiast "tę", ale jest to jedyny błąd, jaki znalazłam. Rewelacyjna korekta!
Przez długi czas zadawałam sobie pytanie, co by się stało, gdyby Peruna uratował nie Leszko, ale powiedzmy jakiś Pierre, czy Heinrich i całe dobrodziejstwo obcej rasy przypadło by Francuzom, Niemcom, czy jakiejkolwiek innej narodowości. Autor na zakończenie zadał to samo pytanie. A Wy, jak myślicie?
Minusy? Brak wyjustowania obustronnego. Duży minus, ale jedyny. W pewnym momencie tak się kręciłam w akcję, że już nawet to mi nie przeszkadzało, a to naprawdę wielki sukces, ponieważ falujących linijek po prostu nie cierpię. 
Czytać? Jak najbardziej. Nie sądzę, by ktoś z Was się zawiódł tą lekturą. Polecam z całego serca. 




Książkę przeczytałam dzięki życzliwości Wydawnictwa RW2010

czwartek, 13 lutego 2014

Wiosna życia – Artur Kosiorowski

Wydawnictwo: Sowa
Warszawa 2013
Okładka: miękka
Liczba stron: 91
ISBN: 978-83-64033-76-6



Nie będzie długo, bo i sama książka do długich nie należy. Rzadko zdarza mi się czytać coś, co ma poniżej stu stron. Jeszcze rzadziej trafiam na tekst, który jest taki... no właśnie, jaki? Kontrowersyjny? Pełen sprzeczności, bo z jednej strony monotonny, a z drugiej tyle się przecież dzieje... Niełatwo coś takiego napisać, niełatwo też zrecenzować. 
Jeśli bowiem napisze, że "Wiosna życia" to opowieść o mniej więcej roku (może trochę dłużej, może trochę krócej) z życia autora – bo jest to autobiografia – w którym to okresie próbuje wszelakich "środków zmieniających świadomość" możecie się zniechęcić. A jest to historia bardzo ciekawa i mądra. Z drugiej strony jeśli zechcę potwierdzić okładkowy opis, że to "powieść drogi, a główny bohater to romantyczny wagabunda" to... nie do końca będzie się to zgadzać z moim osobistym odbiorem dzieła. Jak więc ująć w słowa to, co Artur Kosiorowski zmieścił na 90 stronicach swojej "Wiosny życia" (wcześniej, w formie ebooka, historia ta ukazała się pod tytułem "1983")?
Siedemnastoletni Artur, którego "wychowała ulica", włóczy się po kraju w czasie wakacji. Szkoła gdzieś tam jet w perspektywie, ale właściwie większego znaczenia to nie ma, bo przecież i tak munie wychodzi nauka. Otwarty na ludzi, chętny przygód, radosny i gotowy do niesienia pomocy. Od pewnej chwili zabójczo zakochany. Taki właśnie jest nasz bohater. Chce pomagać wszystkim, którym może. Ufa, że ludzie są dobrzy. A już z pewnością ci, którzy stają na jego drodze. Nie raz da się wykiwać i okraść, a jednak nadal wierzy. Młody idealista, dla którego nie ma rzeczy niemożliwych. Przygód będzie mieć wiele w tym czasie, który nazywa swoją wiosną życia. Przygód radosnych i smutnych, które nie zawsze dobrze się kończą.
Czyta się "Wiosnę życia" dobrze, choć niezbyt szybko. Nie dlatego, że jest to powieść nudna, o nie. Po prostu skłania do licznych przemyśleń, do przystanięcia na chwile i zastanowienia się... nad sobą, nad światem. Mi jest ta historia szczególnie bliska, jako że Autor urodził się w tym samym roku, co ja. Jest zaledwie kilka miesięcy młodszy. Jego okres dojrzewania pokrywa się więc z moim. A jednak... jest tak zupełnie, kompletnie, absolutnie...inny od tego, co ja pamietam, co ja przeżyłam, co jest częścią moich wspomnień z tamtych miesięcy. Z jednej strony więc bliskość, z drugiej całkowite przeciwieństwo. I taka jest właśnie cała "Wiosna życia", powieściowy debiut Artura Kosiorowskiego (choć nie jest to debiut literacki).
Brakowało mi tylko w zakończeniu jakiegoś takiego podsumowania... Co się z nim dzieje teraz. Czy udało mu się wyjść na prostą... I to chyba jedyny minus, ponieważ całość napisana jest bardzo ładnym językiem, korekta spisała się na medal. Wszystko tu jest na miejscu – taki pruski porządek, który bardzo lubię. Pruski porządek doprawiony szczyptą pikanterii w warstwie fabularnej i zapadający w pamięć, zmuszający do myślenia... Idealne połączenie – polecam!



Książka przeczytana w ramach Wyzwania
Książkę przeczytałam dzięki życzliwości Wydawnictwa SOWA
 http://www.sowadruk.pl/

poniedziałek, 10 lutego 2014

Dybuk – Marek Świerczek

Wydawnictwo: Ammit
Bielsko-Biała 2012
Okładka: miekka
Liczba stron: 272
Ilustracje: Marzena Podkowińska
ISBN: 978-83-935576-0-8





Z pojęciem dybuka spotkałam się w zeszłym roku, w czasie lektury drugiego tomu "Oka Jelenia" Pilipiuka (chyba bowiem w pierwszym tomie pojęcie to nie występowało). Bardzo się tym zagadnieniem zainteresowałam i zamierzałam bliżej się z nim zapoznać, jednak czasu wciąż mało i nie zdążyłam. Kiedy więc zobaczyłam, że na polskim rynku wydawniczym pojawiła się książka o tym właśnie tytule, postanowiłam dowiedzieć się o niej czegoś więcej. Krótka notka okładkowa i kilka słów o Autorze, którego powieść "Bestia" (debiut literacki) w 2007 roku została uznana przez Rzeczpospolitą za najlepszą powieść roku sprawiły, że nie miałam już wątpliwości... Chcę i koniec. Udało się.
Przyznam, że miałam pewne wyobrażenia o tym,  za co się zabieram. Jakieś oczekiwania. "Dybuk" ich nie spełnił... Zaoferował mi coś kompletnie innego, niż się spodziewałam i... chwała mu za to! Na co liczyłam, to już zostawię sobie. Dostałam jednak coś znacznie lepszego, znacznie ważniejszego, coś, co chyba do końca życia gdzieś tam we mnie pozostanie... Historię mądrą, przerażającą, trzymającą w napięciu i... na wskroś prawdziwą, choć chciałoby się wierzyć, że rzeczywistość wyglądała choć odrobinę bardziej kolorowo.
Rzecz dzieje się w Polsce w roku 1946. Działania wojenne zakończyły się mniej więcej przed rokiem. Niemcy przegrali, po polskiej ziemi paradują radzieccy zwycięzcy, tu i tam można napotkać grupę czerwonoarmijców. Do władzy dobrali się komuniści i nie zamierzają odpuścić. Ani Niemcom, ani AKowcom, ani Żydom. Nikomu. Jednym z tych, którzy staną na ich drodze jest Rem Sosnkowski, były żołnierz AK, urodzony morderca, nożownik, skazany na śmierć. Dostanie jednak szansę i ponownie wyjdzie na wolność. Zadanie, które mu powierzono nie jest jednak łatwe i przyjemne, a Rem – choć zawodowiec – nie ma najmniejszego pojęcia, w jakie bagno się pakuje...
Czym jest tytułowy dybuk, zapytacie.Podaję dokładnie za Wikipedią: "W mistycyzmie i folklorze żydowskim zjawisko zawładnięcia ciałem żywego człowieka przez ducha zmarłej osoby. Dybukiem nazywa się też samego ducha, duszę zmarłego, która nie może zaznać spoczynku (...) z powodu popełnionych grzechów, i szuka osoby żyjącej, aby wtargnąć w jej ciało." To właśnie zadanie otrzymał Rem – wytropić i zniszczyć (czyli zabić) dybuka. Nie jest to jednak praca samodzielna. Niczym Frodo, Rem ma przy sobie mniej lub bardziej zgraną, dziwaczną na pierwszy rzut oka kompanię, której skład w trakcie podróży ulega zmianom (in plus i in minus). Poznamy więc nie tylko Sosnkowskiego, ale też Ślązaka/Niemca Sigismunda von Horna, Cygana Melkiadesa, a później Żyda Barucha i piękną, młodziutką Żydówkę Judytę. Oto nasza drużyna pierścienia. W poczet bohaterów zaliczyć trzeba jeszcze samego poszukiwanego, czyli Aarona Stallmana (vel doktora von Treppfa), czy Singera, który to całą akcją zarządza.
W powieści nie znajdziecie jednak zbyt dużo mistycyzmu, magii, żydowskiej kabały. Napotkacie jednak na beznadzieję i podłość, na ludzkie cierpienie i gruzy, które zostawiła po sobie wojna. Nie chodzi jedynie o ruiny budynków, ale przede wszystkim ludzkich dusz, serc, polskiego honoru. Świerczek nie szczędzi nam bowiem tej beznadziei, z którą ówcześni Polacy spotykali się każdego dnia. Prawdziwe zezwierzęcenie, które powoduje, że Rem coraz bardziej traci nadzieję i sens. Bo przecież nie o to walczył wraz z innymi AKowcami. Nie o to modlili się, idąc do walki, polscy żołnierze. Nie o taką Polskę walczyli. I nie chodzi już tylko o zestawienie sanacyjnej II RP z komunistyczną Polską powojenną. Chodzi o to, że człowiek człowiekowi wilkiem, nawet w czasach pokoju. Na szczęście na swej drodze nasi bohaterowie spotkają kilka osób, dzięki którym nadzieja na to, że człowieczeństwo się odrodzi, że słowa takie jak "Bóg", "Honor", "Ojczyzna" znów będą ważne – że nadzieja na to jeszcze jest, jeszcze nie wyparowała do końca, wraz z unoszącym się po bombardowaniach popiołem, wraz z biedą wiosek, przez które co i rusz przechodziły kolejne armie, wraz z dymem snującym się z kominów krematoriów... A póki jest nadzieja... "Dybuk" jednak to nie powieść z happy endem. Daleko jej do tego. Ostatnie zdania zawieszają jakby akcję, nie dopowiadają do końca, co się stało. Możemy się domyślić. Możemy, ale zawsze istnieje możliwość, że było inaczej.
W powieści poza narracją trzecioosobową pojawia się również pamiętnik Aarona Stallmana. Jest to bardzo ważna część utworu, ponieważ dzięki niej możemy lepiej zrozumieć tego człowieka. Zarówno to, kim był, jaki był i dlaczego, a także to, jak bardzo różni się prawdziwy Aaron od tego osobnika, który (nawiedzony, jakby nie powiedzieć) grasuje po kraju i zabija w okrutny sposób małe dziewczynki. Pamiętnik Aarona jest wstrząsający. I to nie dlatego, że przejmuje obozową grozą, ponieważ o czasach obozowych jest w nim niewiele. Autor skupił się na młodości Aarona, na okresie dojrzewania, na życiu przedwojennym. Tym bardziej więc nieludzkie wydaje się odtrącenie i brak szacunku do chłopca, spowodowany tylko tym, że jest on Żydem. Pamiętnik ten tym bardziej zmusza nas do tego, byśmy sobie w końcu uświadomili, że antysemityzm to nie tylko problem III Rzeszy i okresu wojennego. Że on był obecny również w naszej sanacyjnej Polsce i... niestety także po zakończeniu działań wojennych. Bo przecież o tym w dużej mierze jest ta powieść – o problemie antysemityzmu w Polsce po odejściu z naszych ziem niemieckich żołnierzy.
Jednak nie tylko o tym. Świerczek nie ogranicza się tylko do jednego tematu. Bo początki PRL to bardzo wdzięczny czas dla literatów. Rozliczenie się z wojennymi "grzechami" na kilka miesięcy po zwycięstwie aliantów było chyba rzeczywiście codziennością. Każdy musiał zrewidować to, kim był, kim jest i kim chce być. Jaki morał można wyciągnąć z "Dybuka"? Między innymi taki, że nie uciekniemy przed tym, kim jesteśmy. Ani Baruch nie ma zbyt dużej szansy by zostać feldkuratem, ani z Sigismunda nie będzie raczej dobry Żyd.
Co ciekawe, Rem zdaje się postacią niemal krystalicznie czystą. Jest bohaterem, z którym chcielibyśmy się utożsamiać. Dobry, szlachetny, zawsze staje w obronie słabych i uciśnionych. Nienawidzi chamstwa, prostactwa i podłości. Przy nim można się czuć bezpiecznie, ale wiadomo, że się z nim nie zadziera. A jednak... sam o sobie nie mówi, że jest szlachetny i dobry, wręcz podkreśla, że jest urodzonym mordercą. Fałszywa skromność? Może prawdziwa? A może po prostu... obiektywne spojrzenie na siebie – oczami prawdziwego człowieka, a nie kogoś, kto pragnie się wybielić i być przykładem dla innych...
Całkiem niedawno brałam udział w dyskusji dotyczącej polskiej literatury. Wnioski były takie, że jakkolwiek ciekawa i naprawdę z wysokiej półki, nie zachwyci raczej obcokrajowców. Ani swym polotem, ani ważkością poruszanych zagadnień. Jest bowiem zbyt mocno osadzona w naszych realiach, w naszych kontekstach. Zbyt wiele w niej odniesień do polskiej historii, do polskiej martyrologii, służy często do leczenia naszych własnych kompleksów. O dziwo "Dybuk" jako powieść właśnie osadzona w bardzo polskich realiach, w czasie tak bardzo specyficznym, jak rok 1946... zdaje się być bardzo uniwersalna.
Groza miesza się tu z romansem, mistycyzm (choć w minimalnym zakresie) z sensacją. Powieść tę można czytać na kilku płaszczyznach, nie sposób jednak o niej szybko zapomnieć. Sam Autor tak mówi o swym dziele: "Wierzę, że dzięki temu, „Dybuk” może trafić do szerszego kręgu odbiorców. W warstwie fabularnej jest powieść drogi, połączona z groteskową, przygodową misją, w warstwie głębszej, to historia stawania się, wyrywania z własnych ograniczeń, ale także moralnego upadku i szaleństwa. A przy tym, służy także temu, by z uśmiechem niedowierzania przyjrzeć się żywym wciąż stereotypom. Czy Singer jest tak żałosny i słaby, jak Żydzi we wspomnieniach Stallmana? Nie, to zdeterminowany i inteligentny człowiek, choć pewnie w przedwojennych Sztetlach mentalność była inna. Czy Polacy byli antysemitami? A co z całą galerią Sprawiedliwych Wśród Narodów Świata? Stereotyp działa tak długo, jak długo ktoś się nie zastanowi. Dlatego „Dybuk” zawiera tyle niedokończonych wątków, niekonsekwencji i ahistoryczności - takich jak cytaty z „Rammstein” – chciałem, by czytelnik zatrzymywał się w czytaniu. Wracał dwa rozdziały wcześniej, by sprawdzić, czy czegoś nie pominął, by złościł się na przeinaczanie historycznych faktów. Może wtedy łatwiej wpadnie w złość na sprowadzanie ludzkiej różnorodności do głupawego stereotypu."
Cóż jeszcze mogę dodać? Mam kilka zastrzeżeń do samego wydania. Co prawda literówek szukać ze świecą, to bardzo utrudniają czytanie myślniki w dialogach. Zdarza się, że są w jakichś zupełnie dziwacznych miejscach, w których być nie powinny, natomiast brakuje ich tam, gdzie są niezbędne. Nie sądzę, by był to zamierzony zabieg. Najgorszy jest jednak brak "wcięć" na początku akapitów. Co dziwne, wcięcia owe są przy dialogach, nie ma ich jednak przy narracji. Nielogiczne to, a przede wszystkim utrudniające lekturę. 
Duży plus dla okładki, która robi wrażenie. Wieje od niej tajemnicą z odrobiną grozy, a jednocześnie zmusza do zastanowienia. Najpierw nad tym, o czym będzie powieść, później już nad tym... A nie, to już Wam zostawię. Przeczytajcie, ponieważ naprawdę warto.

 

Książka przeczytana w ramach Wyzwania