Fragment mojej recenzji został umieszczony na okładce powieści "Skazaniec. Z bestią w sercu" Krzysztofa Spadło

Fragment mojej recenzji „Korony śniegu i krwi” został umieszczony na okładce powieści Elżbiety Cherezińskiej – „Niewidzialna korona” (wyd. Zysk i S-ka)

wtorek, 15 maja 2012

Kuzynki - Andrzej Pilipiuk

Młoda blondynka z grubym warkoczem pracuje nad tajnym komputerowym projektem dla CBŚ. Jej niemalże rówieśniczka jest lektorką francuskiego i nauczycielem wfu w jednym w krakowskich prywatnych liceów dla dziewcząt. Śliczna szesnastoletnia Serbka zostaje uratowana przez polski batalion KFOR przed niechybną śmiercią z rąk żądnych krwi albańskich oprawców. Co łączy te trzy nadzwyczajne kobiety i kim jest dziwny mężczyzna, który nosi się zgodnie z moda z przed stuleci i pojawia się jednej z krakowskich piwnic, by pić piwo z wielkiego kufla?
Oj dzieje się, dzieje. Tak się zaczytałam, że ledwie zauważyłam, iż sięgnęłam już po drugi tom, a w ciągu jednego dnia połknęłam chybcikiem 300 stron.
Niespodzianek co niemiara, zwrotów akcji wcale nie mniej. Wszystko napisane ładnym, ale współczesnym aż do bólu językiem. Wartka akcja, nietuzinkowe postaci, wybory, przed którymi stają też niełatwe. Powieść porywa i naprawdę nie można się od niej oderwać. Nawet burczenie w brzuchu nie przeszkadza, nie powoduje konieczności zajrzenia do lodówki – szkoda czasu na jedzenie, kiedy tyle się dzieje w naszym grodzie Kraka.
Pilipiuk świetnie buduje napięcie – nic dziwnego – w końcu jest jednym z najbardziej poczytnych autorów w Polsce, a takim się nie staje bez powodu. Jako archeolog z wykształcenia i historyk z zamiłowania nie szczędzi nam wielu ciekawostek z dziejów pradawnych – w tak ciekawy sposób, że chyba nawet osoby naprawdę nielubiące historii będą czuły satysfakcję. Opowieść snuje się w niesamowitym klimacie pełnym podchodów i badań, nie tylko alchemicznych. Warzenie piwa, wędzenie szynki, strzelanie z nagana, treningi z szablą,picie herbatki z samowaru na łące i próby zyskania większej ilości kamienia filozoficznego to tylko niektóre z atrakcji, na które natkniemy się na stronicach tej powieści.
Która z postaci przypadła mi najbardziej do gustu? Trudno powiedzieć, ponieważ wszystkie są na swój sposób wyjątkowe. Nawet antybohater, Dymitr, wywołał u mnie pewne pozytywne odczucia i to nie tylko dlatego, że mam chorą słabość do rosyjskich imion.
Podoba mi się bardzo, że akcja powieści dzieje się w Polsce. Co prawda Krakowa nie znam zupełnie (byłam tam przez dwa dni, w 1994 roku i nic nie pamiętam poza Dzwonem Zygmunta i ulewnym deszczem), ale to nadal bardziej nasze podwórko, niż np. Nowy Jork, czy Chicago (i znacznie łatwiej nadrobić braki w wiedzy topograficznej i zwiedzić te zakątki). Nawet, kiedy pojawiają się zagraniczni bohaterowie, to mają polskie korzenie, albo przynajmniej ich pobyt tutaj jest w stu procentach uzasadniony, choćby wcześniejszymi doświadczeniami. Bohaterowie są naturalni, mimo swoich niecodziennych zdolności – to nie tylko postaci zapisane na papierze. Są różni, jak różni są prawdziwi ludzie. Każde z całą masą ciekawych doświadczeń, niezależnie od tego, czy żyje od tysiąca, czy dwudziestu kilku lat.
No i mistrz Sędziwój – iście genialny i zacny człek. Pomagający mu dominikanie – nawet jeśli spotykamy ich tylko dwa, czy trzy razy i właściwie jedynie przez moment – tworzą wspaniały, nieco mroczny, klimat tajemnicy z przed wieków, pilnowanej skutecznie przed wrogami w klauzurze.
Cóż – olbrzymia, tłusta szóstka w dzienniku – taka, jaką zwykła stawiać Stasia  Kruszewska.
Minusy? Literówek sporo, brak kropek na końcach zdań razi w oczy. Korekta się nie spisała. Liczyć pozostaje, że w nowszym wydaniu te błędy poprawiono.
No i jeden podstawowy minus… Dlaczego tylko tyle stron??? Na szczęście są jeszcze dwa kolejne tomy. 
Warto również zauważyć, że Pilipiuk ma niesamowity dystans do samego siebie i środowiska, w którym żyje. Nie jeden raz w wesoły i trochę prześmiewczy sposób traktuje współczesną literaturę fantastyczną, której przecież jest jednym z głównych  autorów w Polsce. Nie podając oczywiście swojego nazwiska prześmiewa jeden ze swych największych tytułów samego siebie natomiast nazywając Grafomanem. Zazdroszczę takiego podejścia :)
Zmykam czytać ”Księżniczkę”.

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz