Fragment mojej recenzji został umieszczony na okładce powieści "Skazaniec. Z bestią w sercu" Krzysztofa Spadło

Fragment mojej recenzji „Korony śniegu i krwi” został umieszczony na okładce powieści Elżbiety Cherezińskiej – „Niewidzialna korona” (wyd. Zysk i S-ka)

środa, 3 października 2012

Szewc z Lichtenrade - Andrzej Pilipiuk

Kolejne spotkanie z Pilipiukiem zakończyło się kupnem następnej książki jego autorstwa i to chyba najlepsza recenzja.
„Szewc z Lichtenrade” to antologia, na którą składają się opowiadania:
– Wunderwaffe
– Traktat o higienie
– Ślady stóp w wykopie
– Parowóz
– Ludzie, którzy wiedzą
– W okularze stereoskopu
– Sekret Wyspy Niedźwiedziej
– Yeti ciągną na zachód
– Świątynia oraz tytułowy
– Szewc z Lichtenrade.
Sporo więc tego, tym smaczniej się czyta. Od początku jednak, czyli (jak w poprzednim poście) od okładki. Fabryka słów w ostatnim czasie mocno eksperymentuje i na dobre jej to wychodzi. Książki Pilipiuka wydane przez fabrykę są naprawdę małymi dziełami sztuki. Chce się je oglądać i dotykać non stop. Ja przynajmniej tak z nimi mam najnowsza antologia w żadnym razie nie odbiega od tego trendu.
Pokrótce o każdym opowiadaniu, y na zakończenie podsumować pozycję jako całość, z czym nie będzie najmniejszego problemu, ponieważ to znakomity, wielosmakowy tort z wisienką na szczycie.
„Wunderwaffe” to… alternatywne światy, w których losy świata po pierwszej wojnie światowej potoczyły się zgoła odmiennie. Gdzieś w tym równoległych świecie również jest Adolf Hitler i jego ma odnaleźć główny bohater. Nie takiego wodza się jednak spodziewa, nie takiego świata, nie takiego zakończenia natomiast spodziewamy się my. Porywająca wizja tego, co by było, gdyby… i jak przystało na Pilipiuka – przewrotna. Jak czekolada z dodatkiem chili.
„Traktat o higienie” to natomiast powrót do pozytywistycznego świata, który przywołuje wspomnienie „Ludzi bezdomnych” Żeromskiego (do Żeromskiego właśnie wróciłam i czytam obecnie „Przedwiośnie”, więc niedługo znajdzie się „na tapecie”). Koniec dziewiętnastego wieku, zapadła jakaś wieś w powiecie chełmińskim, lekarz, felczer i sołtys starają się opanować epidemię… wszawicy. Niełatwa o sprawa w tak zacofanym światku, gdzie baby (i nie tylko) noszą kołtuny, a myją się ludziska raz od święta na Wielkanoc, jak Bozia nakazała. Zadanie utrudnione tym bardziej, że po wsi hasa coś po nocy, a legendy mogą czasem okazać się bardziej prawdziwe, niżby tego miejski doktor chciał. To ciekawie skonstruowana przypowieść, w której zabobon okazuje się wcale nie taki głupi, a doktor Paweł Skórzewski nie taki wyuczony i wolny od przesądów.
„Ślady stóp w wykopie” to z kolei spotkanie z doktorem (tym razem archeologiem, a nie lekarzem) Olszakowskim i magistrem Stormem, którzy biorą udział w wykopaliskach. Ot, szukają czegoś ciekawego, może nas zaskoczą… Zaskoczy nas przede wszystkim sam wykop i zakończenie. Szokujące, powodujące ciary na plecach, trochę przerażające… Pozostawiające z nadzieją, że gdzieś w kolejnych opowiadaniach uda się rozwiązać te zagadkę i jakoś pozytywnie zakończyć niezbyt przyjemną historię. Czy tak będzie? Przekonacie się jedynie, czytając antologię od deski do deski.
„Parowóz” to nawiązanie, choć luźne, do pierwszego opowiadania. Choć nie od początku to wiadomo, dlatego nie mogę za dużo napisać, by nie zdradzić za wiele. Rzecz dzieje się we wsi Michałowice, gdzie ludzie od dziesięcioleci umierają… częściej, niż gdzie indziej. Badanie ksiąg parafialnych tylko potwierdzi te przypuszczenia, jednak do rozwiązania zagadki będzie potrzeba sporo samozaparcia bohaterów i… trochę alkoholu.
W „Ludziach, którzy wiedzą” ponownie spotykamy Roberta Storma (to moja ulubiona postać w tej antologii) – zapalonego archeologa, miłośnika historii i niewyjaśnionych, dziwnych zagadek przeszłości, zbieracza wszystkiego, co stare. Tym razem przyjdzie mu się zmierzyć z… duchem i to nie byle jakim, bo duchem samego szwedzkiego najeźdźcy z czasów potopu. Będzie się działo. Natomiast postać jest tak genialna, tak cudownie opisana, że można się w tym człowieku niemal zakochać, choć rzeczywiście jego zrozumienie kobiet graniczy z wiedza na poziomie przedszkola. Mimo to, jest ciepła i interesująca postać, która nie przepuści okazji, by pomóc komu się da, a sama historia wciąga, jak rwąca rzeka.
Jedno z bardziej nostalgicznych dzieł Pilipiuka to „W okularze stereoskopu”. To sentymentalna podróż do przeszłości, widziana oczami młodego chłopca, który pomaga swemu sąsiadowi. Pan Aleksander był przyjacielem jego dziadka i teraz potrzebuje, by ktoś się nim zajął – zrobił zakupy, posiedział z nim, porozmawiał. W ten sposób Piotrek pozna magię starego urządzenia, które sprawia, że człowiek może się oczami wyobraźni przenieść do innego świata. Ciepłe, przyjemne opowiadanie o sile uczuć i wspomnień. Podwójnie retro – dzieje się w latach osiemdziesiątych, a wspomnienia dotyczą schyłku dwudziestolecia międzywojennego i czasów okupacji. Łezka się na końcu w oku zakręciła, a to raczej przy czytaniu Pilipiuka rzadkość.
„Sekret Wyspy Niedźwiedziej” chyba najmniej mi się podobał, choć to dziwne, bo przecież carska Rosja to mój klimat. Nie, żeby mi się to opowiadanie nie podobało – po prostu przy pozostałych wypada najsłabiej, co nie znacz, że jest słabe. To ciekawa szpiegowska historia, w której zamiast złego szpiega wrogiego mocarstwa bohaterowie próbują wytropić… zagadkowy gatunek gęsi. Przygód kilka na statku i wyspie, ciekawe postaci, które aż się proszą, by jeszcze o nich napisać. Do końca można się zastanawiać, czy w świcie wykreowanym przez autora to właśnie waśń o gęś Filaretowa nie stanie się zarzewiem pierwszej wojny światowej!
„Yeti ciągną na zachód” to kolejne spotkanie z Robertem Stormem. Tym razem do rozwiązania ma jeszcze ciekawsza zagadkę historyczną. Otóż wypatruje na targu rupieci starą metalową tabliczkę i – jak to on – nie może się oprzeć pokusie, by dowiedzieć się czegoś więcej o tajemniczej organizacji, która nazywa się Państwowy Instytut Kryptozoologii w Warszawie. Uśmiałam się przy zakończeniu co niemiara, a wcale nie wydawało się to możliwe. Temat bowiem całkiem poważny, poszukiwania niczego sobie, znów – oczywiście – nieudolne umizgi do Marty, której Robert nie może dogodzić, ale żeby tak się to zakończyło. Wspaniały pomysł, genialne poprowadzenie akcji, wstrząsające zakończenie.
Kolejne wykopaliska, tym razem nie w mieście. W „Świątyni” znowu nasze drogi krzyżują się z archeologiem Olszakowskim, który tym razem stara się znaleźć starą świątynię. Przeszkadzać mu w tym będą lokalne władze, a pomocną dłoń wyciągną… szwedzcy szamani. Jak się zakończy ta historia pełna magii i wywoływania duchów?
Dochodzimy zatem do ostatniego, tytułowego opowiadania. „Szewc z Lichtenrade” to nietypowa postać. Żył do niedawna, był niemieckim żołnierzem w okupowanej Polsce. Był też szewcem, nic w tym chyba dziwnego, choć u Pilipiuka nic nie jest oczywiste. Jak to się stało, że po powrocie do Niemiec stal się nagle genialny w swym rzemiośle, a następnie nagle stoczył się na samo dno i jaki ma to związek z mordowanymi w Polsce szewcami i zaginionymi szewskimi narzędziami? Zagadkę rozwikła nie kto inny, jak Robert Storm, tym razem z aktywną pomocą Marty i kilku znajomych, których poznał przy wcześniejszych poszukiwaniach.
To wspaniała lektura, pełna wymyślnych historii, pięknie napisana, intrygująca i wciągająca. Ciarki na plecach wzbudzają ilustracje, powodując, że „Szewca z Lichtenrade” można zaliczyć do nurtu mystery stores w najlepszym sorcie. Na dodatek wiedza, jaką w każdym opowiadaniu przekazuje nam autor jest przeolbrzymia. Moja książka cała jest zalepiona małymi kolorowymi karteczkami, ponieważ ciągle znajdowałam jakąś ciekawostkę, którą warto sobie zapamiętać, o której trzeba koniecznie coś doczytać, którą bez wątpienia należy zgłębić. Wspaniała literatura najwyższych lotów. Jakby tego było Malo – znalazłam jedynie dwa błędy – jeden polegał na braku przecinka, także korekta spisała się doskonale, zupełnie nie psując odbioru tego znakomitego dzieła. To nietuzinkowa pozycja, którą każdy miłośnik dobrej literatury i historii powinien mieć na swojej półce.

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz