Fragment mojej recenzji został umieszczony na okładce powieści "Skazaniec. Z bestią w sercu" Krzysztofa Spadło

Fragment mojej recenzji „Korony śniegu i krwi” został umieszczony na okładce powieści Elżbiety Cherezińskiej – „Niewidzialna korona” (wyd. Zysk i S-ka)

poniedziałek, 19 listopada 2012

2586 kroków - Andrzej Pilipiuk

Wydawnictwo: Fabryka słów
Lublin 2012
Oprawa: miękka
Zbiór opowiadań
Liczba stron: 517
Ilustracje: Maciej Dębski
ISBN: 978-83-7574-702-7




Nie sposób nie zacząć od okładki, ale tak to już jest z książkami wydawanymi ostatnio przez Fabrykę Słów. Ta do „2586 kroków” jest wprost genialna. Piękna, subtelna, elegancka, w stylu retro, jednocześnie pobudza wyobraźnię i powoduje, że włosy na całym ciele stają dęba. Efekt ten wzmocniony jest jeszcze przez okładkę tylną – strzykawka, która na niej widnieje (a także opinie na temat zbioru opowiadań) poruszają zmysły i sprawiają, że dreszczyk emocji rośnie z każdą sekundą.
Jednak nie po okładce sądzimy książkę, dlatego warto przyjrzeć się zawartym w niej – aż – czternastu opowiadaniom. Jak zwykle – najpierw krótka recenzja każdego z nich z osobna, następnie podsumowanie zbioru jako całości.
Książkę otwiera tytułowe opowiadanie „2586 kroków”, w którym spotykamy doktora Piotra Skórzewskiego. Bardzo podoba mi się to, że autor nawiązuje do swoich bohaterów w różnych opowiadaniach i w różnych ich zbiorach, dzięki czemu – choć nie są to powieści o nich – możemy ich spotkać częściej, niż tylko raz, czy dwa. Tym razem nasz bohater udaje się do dalekiej i zimnej Norwegii, gdzie przyjdzie mu walczyć z… demonem choroby. Jest to prawdziwy majstersztyk wśród opowiadań grozy – naprawdę bałam się, czytając je. Nadal też nie znalazłam w sobie odwagi, by iść i liczyć kroki. Chyba nigdy nie odnajdę…
„Samolot do dalekiego kraju” to trochę zabawna, trochę nostalgiczna opowieść o włóczędze, który uważa, że jest… królem… nieistniejącego kraju. Już na samym początku domyśliłam się, że kraj ten jednak istnieje i nie było to specjalnie trudne, ale i tak opowiadanie mi się bardzo spodobało, a zakończenie wcale nie było takie proste do przewidzenia. Kiedy jeden z bohaterów pakował drugiego w walizkę i nadawał pocztą lotniczą – wcale nie było mi do śmiechu i rzeczywiście bałam się o jego życie.
W „Wieczornych dzwonach” znów spotykamy się z widmem epidemii, która wyniszcza okolicę. To nieprawdopodobne, w jaki sposób Pilipiuk potrafi budować napięcie. Polsko-ruskie pogranicze to jeden świat, ale jest jeszcze inny, równoległy, z którego wedle miejscowych legend przyszła choroba. Jedno z lepszych opowiadań w zbiorze – nie potrafię powiedzieć, czy ono mi się podobało najbardziej, czy „2586 kroków”. Istotna wydaje się również różnica pomiędzy tymi opowiadaniami. W pierwszym Pilipiuk stosował sporo lekarskich terminów, rozmawiali ze sobą lekarze, ludzie, którzy na chorobach i lekach doskonale się znają. W drugim, choć głównym bohaterem jest znów doktor Skórzewski – więcej uwagi poświęcił stosunkom społecznym oraz konkretnym ludziom ich zachowaniom, niż możliwościom farmaceutycznym. W „Wieczornych dzwonach” ważniejsze jest zachowanie człowieka, a także Rachmana (tego z równoległego świata).
„Parszywe czasy” to zaledwie cztery strony. Przewrotne, pełne humoru, a jednocześnie dające do myślenia opowiadanie o ateiście-komuniście, który postanawia skorzystać z okazji i… sprzedać duszę, żeby przypadkiem nie dostała się do piekła. Niestety, zakończenia się domyśliłam, niemniej jednak opowiadanie bardzo mi się spodobało, choć mogłoby być trochę dłuższe. Z drugiej jednak strony – fakt, że jest tak krótkie sprawia, że – bez roztrząsania szczegółów i tworzenia czegoś na siłę – w jasny sposób przekazuje, w czym tkwi problem.
„Szansa” to opowiadanie totalnie zakręcone, odważę się nawet zaklasyfikować je do nurtu weird fition. Co się stanie, jak wrócimy do przeszłości? Cóż, każdy ma jakieś teorie w tej kwestii i każdy dzisiaj słyszał  paradoksie dziadka. W tym opowiadaniu natomiast zamiast dziadka mamy Omelajna Mitrofanowa, Piora Stołypina i Wojciecha Jaruzelskiego!
„Mars 1899”? Co by się stało, gdybyście nagle dowiedzieli się, że właśnie w 1899 udało się znaleźć życie na Marsie i wszystko, co wiecie o czerwonej planecie to kłamstwa, mające na celu niedopuszczenie Was do prawdy? Ciekawy pomysł, ładna realizacja, chociaż to opowiadanie mnie jakoś nie porwało w przestworza. Może to dziwne, bo było nawet nominowane do nagrody im. Janusza A.Zajdla.
Dziesięć stron pełnych humoru w najlepszym wydaniu! „W moim bloku straszy” to opowiadanie genialne, choć właściwie trudno je opowiadaniem nazwać. Ma formę listu pewnego starszego faceta – komunisty, do prezydenta, premiera służb specjalnych, w którym to liście opowiada o tym, że w jego bloku dzieje się coś niepokojącego, z czym z pewnością mają do czynienia jacyś kosmici, a może obcy wywiad… Świetne, zabawne do łez. Naprawdę, popłakałam się na zakończenie. Wspaniały dodatek, szczególnie, że większość opowiadań jest na znacznie poważniejsze tematy i akurat ten zbiór w sporej mierze jest zbiorem opowiadań grozy – taki zabawny przerywnik jest po prostu znakomity.
„Atomowa ruletka” to alternatywna historia po raz kolejny. Pilipiuk zdaje się uwielbiać tę formę i… wychodzą spod jego pióra prawdziwe majstersztyki takich opowiadań. Wystarczy czasami zmienić mały szczegół, a historia potoczy się zupełnie inaczej. Czasem jednak jest do tego potrzebna… podróż w czasie. To trzymające w napięciu opowiadanie, najdłuższe w tym zbiorze, a jednak tak szybko się kończy. Kiedy Polska zwyciężyła wojnę, stała się prawdziwym mocarstwem. Drżą przed nami Rosjanie i Amerykanie, nasze głowice jądrowe rozmieszczone są na Kubie. Cały świat trzęsie portkami, byleby nam tylko nie podpaść. A jednak znajdują się i tacy, którzy – wiele ryzykując – postanawiają zadbać o wolność swoich narodów, które ujarzmione są przez Polaków. Takim właśnie bohater jest Paweł, który pragnie wolności dla Ukraińców. Świetny pomysł, ukazanie tego, jak różnie można postrzegać świat w zależności od tego, po której stronie stołu się zasiada. Bo przecież powinno być to super, że Polska jest wielka i silna, prawda? A jednak okazuje się, że nie dla każdego jest to piękne i dobre. Że potrafimy narzekać na zaborców z osiemnastego i dziewiętnastego wieku, a jednocześnie, Polacy, kiedy są przy władzy, są wcale nie lepsi. No i postać Hansa Klossa oraz drugi literacki nobel dla polskiego poety Krzysztofa Kamila Baczyńskiego… Chylę czoła przed pomysłowością Pilipiuka.
„Wiedźma Monika to opowiadanie, które przenosi nas w czasy średniowieczne. Na stosie ma spłonąć tytułowa bohaterka, gdy do wsi dociera wielki inkwizytor. Postanawia poddać ją własnemu przesłuchaniu. Opowiadanie nie powala, przynajmniej w porównaniu do poprzednich wypada tak sobie. Natomiast zakończenie jest genialne i absolutnie niespodziewane i choćby dlatego opowiadanie to koniecznie trzeba przeczytać.
„Griszka” z kolei traktuje o tej niesamowitej i nadal bardzo tajemniczej postaci początków dwudziestego wieku, jaką był Rasputin. Czy był wielkim oszustem, czy może po prostu zagubionym człowiekiem o potencjale lidera, za którym szli ślepo nawet członkowie carskiej rodziny? Pilipiuk ma swoją wizję tego wielkiego czarownika, diabła, rozpustnika. Jaką? Specyficzną, jak to Pilipiuk, inną niż wszyscy, ciekawą, godną poznania.
„Bardzo obcy kapitał” to znów list Tomasza Ettera. List ciekawy zabawny. Szkoda jedynie, że autor nie rozwinął odpowiedzi w taki sam genialny sposób, jak w „W moim bloku straszy”. Tym razem odpowiedź jest krótka, rzeczowa i… nieciekawa. Jeden z dwóch najgorszych utworów w całym zbiorze.
Wampiry, wilkołaki, zombie i upadłe anioły są teraz w modzie, więc czemuż autor taki, jak Pilipiuk nie miałby się nimi zajmować? Wszakże napisał już trylogie o kuzynkach Kruszewskich, ukazując nam postać wspaniałej księżniczki-wampira. Wraca tu do tematu, choć z zupełnie innej strony. Otóż wampiry rzeczywiści istnieją (i wilkołaki też), ale żyją w świecie równoległym. Rzadko do naszego zachodzą, bo i po co. Jedynie tacy, którzy raz już wypili ludzką krew. I takiego właśnie ćpuna, dla którego najwspanialszym narkotykiem jest ludzka krew musi wyśledzić i zgładzić w naszym świecie wampirzyca Vlana. Opowiadanie jest fantastyczne i naprawdę wciąga, a także śmieszy do łez. W końcu dla Vlany nasz świat jest równie dziwaczny, jak dla kosmitów, gdyby pewnego dnia postanowili odwiedzić nasza niebieską planetę.
Przedostatnie opowiadanie „Szambo” mnie… zaskoczyło. Nie podobało mi się, było nudne, nic się w nim właściwie nie działo, a zakończenie było bardzo przewidywalne. Pierwszy utwór Pilipiuka, który mnie absolutnie nie przekonał, nie podobał mi się i wręcz mnie zniesmaczył. Szkoda, zaniża – i to naprawdę mocno – poziom całego zbioru, który jest genialny. „Szamba” na pewno nikomu nie polecę. Po prostu wszystko tu jest już dobrze znane jakichś książek, czy filmów, których tytułów nie sposób nawet przywołać z pamięci, takie były przeciętne, a do tego jeszcze wszystko to jakieś takie dołujące. Szkoda. Chociaż… nie można przecież pisać samych majstersztyków, prawda?
„Strefa” to już ostatnie opowiadanie – moim zdaniem świetne. Pomysł, by powrócić do tematu Czarnobyla jest, moim zdanie, naprawdę dobry. Jednak to nie tylko pustkowie, ale coś więcej. Zachodzące tam mutacje są niesamowite, o czym przekonuje się pod koniec inspektor Ihor Biłyj. Czy to nie jest niesamowite, że poza człowiekiem wykształcił się na Ziemi drugi gatunek, który potrafi czytać? Musicie do tego opowiadania zajrzeć, koniecznie!
Zbiór jest bardzo udany, trzyma w napięciu, w wielu wypadkach opowiadania w nim zawarte pełne są grozy, a jednocześnie specyficznego poczucia humoru, które przewija się we wszystkich chyba utworach Pilipiuka. Ukierunkowanie na Europę wschodnią, na Polskę i jej najbliższych sąsiadów, na Ukrainę i carską Rosję – sprawiają, że opowiadania te są inne od tego, co serwuje nam dzisiaj pop-kultura. Pilipiuk ni pisze o Amerykanach (chyba, że w przypadku, kiedy trzęsą przed nami gaciami), ani o Niemcach (chyba, że się nas boją i są państwem przez nas okupowanym). Tworzy niesamowite klimaty w alternatywnych rzeczywistościach, bawi się podróżami w czasie, w ciekawy sposób ukazuje ludzki strach przed straszliwa chorobą i śmiercią.
Znalazłam niewiele ( pięć chyba) błędów, zupełnie więc nie miały znaczenia, przy tak grubym tomiszczu nasyconym wspaniałą literatura najwyższych lotów. Okładka, jak już wspomniałam, powalająca. Ładne sa również w środku ilustracje, chociaż większe wrażenie robiły na mnie te zawarte w zbiorze opowiadań „Szewc z Lichtenrade”.



Brak komentarzy:

Prześlij komentarz