Fragment mojej recenzji został umieszczony na okładce powieści "Skazaniec. Z bestią w sercu" Krzysztofa Spadło

Fragment mojej recenzji „Korony śniegu i krwi” został umieszczony na okładce powieści Elżbiety Cherezińskiej – „Niewidzialna korona” (wyd. Zysk i S-ka)

wtorek, 10 grudnia 2013

Oko Jelenia. Srebrna Łania z Visby – Andrzej Pilipiuk

Wydawnictwo: Fabryka słów
Lublin 2008
Cykl: Oko Jelenia, tom II
Oprawa: miękka
Liczba stron: 368
Ilustracje: Rafał Szlapa
ISBN: 978-83-7574-016-5




Drugi tom cyklu "Oko Jelenia" jest bardziej nastawiony na przygodę, niż pierwszy. Takie przynajmniej miałam wrażenie w czasie lektury pierwszych stu stron. Potem zaczęłam w to wątpić, by znów przekonać się, że pierwotne przeczucie na ogół jest właściwie i nie ma co za bardzo nad nim dumać.
Większość akcji toczy się w Nidaros, w którym "zatrzymali się" nasi bohaterowie. Na szczęście Markowi i Staszkowi udaje się odbić Helę z rąk okrutnego kata, jednak nie zostaje ona bez uszczerbków na zdrowiu – tak fizycznym, jak i psychicznym. Mniej więcej połowa powieści dotyczy właśnie następstw dni spędzonych w lochach katowskich. W połowie mniej więcej okazuje się, że nasza trójka musi się rozdzielić. Marek ma się udać do Bergen w poszukiwania alchemika Sebastiana, Hela i Staszek zaś do Uppsali. Obie te podróże obfitują w mnóstwo nieprzewidzianych sytuacji, które są ciekawe zarówno pod względem fabularnym, jak i pozwalają nam lepiej poznać psychikę bohaterów, ich wcześniejsze doświadczenia oraz spojrzenie na życie. Jeśli chodzi o fabułę, więcej nie pisnę słowa, by Wam nie psuć uczty.
Pilipiuk spisał się na medal, choć oczywiście nikt nie jest idealny. Zacznę więc od minusów, które mniej, czy bardziej rzuciły mi się w oczy. Nadal nie mogę pojąć, jak to się stało, że zwykli faceci z końca XX, czy też początku XXI wieku mają tak rozległą wiedzę w tak różnych dziedzinach. W przypadku Staszka jest to zupełnie nielogiczne, szczególnie, że przecież obaj byli raczej nieudacznikami w swoich czasach i niczego nie udało im się osiągnąć. Staszek, który był średnim uczniem, jak mawiali nauczyciele – zdolnym, ale leniwym – nagle wpada na pomysł, że wyhoduje... penicylinę. Nic to, że wpada na ten pomysł, ale nagle okazuje się, że pomijając pewne niewielkie przeciwności losu niemalże mu się to udaje. Ja nie wiem, ale mnie w szkole nie uczyli o tym, jak penicylina została wynaleziona, ani tym bardziej jak ją wyhodować w domowych warunkach. Nie przypominam sobie, żeby to słowo choćby raz padło na jakimkolwiek przedmiocie, a zdecydowanie w szkole uważałam, byłam pilna, wsłuchana w nauczycieli i wszystkim zainteresowana... Dziwne to jakieś... Natomiast rozległa wiedza historyczno-kulturowa Marka czasem powala. Gdyby chociaż Autor w pierwszym tomie napisał, że Marek, choć został informatykiem, to tak naprawdę pasjonował się historią, był miłośnikiem starej broni, czytał książki, oglądał filmy... Cokolwiek. Nic. Nada. Informatyk, jak się teraz okazuje, raczej dość kiepski – dlatego poszedł uczyć do szkoły – i nagle potrafi po jednym spojrzeniu określić, z jakiego drewna została wykonana jakaś broń, zna się właściwie na wszystkim w XVI wieku... Nie, to mi się nie podoba. Brak tu logiki,a szkoda, bo właściwie wystarczyło kilka zdań w pierwszym tomie, by to się kupy trzymało. Ponieważ wszystkie te ciekawostki, które padają z ust bohaterów są naprawdę świetne i wiele się można dzięki nim nauczyć.
Drugi (i na szczęście ostatni) minus to samo tytułowe Oko Jelenia. Wydawać by się mogło, że cykl to taka jakby powieść drogi, w której bohaterowie maja do wykonania swoisty quest. No i niby tak, tyle, że w typowych historiach tego typu doskonale wiemy, czego szukamy, dlaczego tego szukamy, często też, gdzie to coś jest. Inaczej jest u Pilipiuka. Mgliste pojęcie o istocie Oka. Gdzie jest to już jakaś wyższa matematyko-geografio-historia. No i dlaczego? Po pierwsze – dlaczego jest tak ważne? Po drugie – dlaczego Skrat nie mógł sam go odnaleźć, skoro ma przecież tyle niesamowitych zdolności? Trochę to dziwne, bo jak dobrze pomyśleć, to Oko Jelenia nie ma dla czytelnika, przynajmniej na tym etapie, większego znaczenia. Ja zupełnie o nim nie pamiętałam, nie myślałam, dopóki nazwa jego nie padła pod koniec powieści z ust Petera Hansavrittsona. Wówczas dopiero przypomniało mi się, że bohaterowie właśnie tego Oka szukają.
Przechodzimy więc do plusów, których jest sporo i które zawsze radują me serduszko. W końcu łącza się wątki przybyszów z przyszłości z wątkiem Hanzy. Marek poznaje Petera Hansavrittsona, by razem z nim udać się w podróż do Bergen. Jednocześnie coraz lepiej poznajemy Inę. Opowiada ona o swej planecie, o różnicach między jej gatunkiem, a człowiekiem. Tłumaczy też, skąd czerpie wiedze o ludzkości – tu już poleciała na całego i to bardzo ciekawe. Wiele tłumaczy, naprawdę. Aż strach się bać, że jeśli kiedyś przyjdzie nam się zmierzyć z jakąś kosmiczną potęga, mogą korzystać z tych samych źródeł i dojść do podobnych wniosków...
Dla podkręcenia turbinek pojawia się jeszcze Bractwo Świętego Olafa, które dostarczy nam trochę wrażeń archeologicznych. Mam olbrzymią nadzieję, że Pilipiuk pociągnie dalej ten wątek, ponieważ można go świetnie rozwinąć, jednocześnie zapoznając polskiego czytelnika z wiedza historyczną i legendami norweskimi.
Jeszcze dwa mocne uderzenia tego tomu. Estera... Żydówka, która żyje gdzieś wewnątrz Heleny. Pojawiła się w pierwszym tomie dosłownie na sekundę, po to chyba tylko, by nie stać się deus ex machina w tym drugim tomie. Teraz natomiast jest nie tylko ważna dla samej fabuły, ale także dla poznania istoty różnych uczuć. Między innymi zmusi nas do dokładnego przemyślenia, kim jest człowiek, czym są jego wspomnienia, czym jest dusza...
Ostatnia kwestia i już zaraz kończę. Teologia u Pilipiuka? Ciekawe. Kim jest Bóg, jak to jest, że wierzono w niego na tak różne sposoby? Co oznacza pojęcie "prawdziwy Bóg". Ina ma ciekawe wytłumaczenie i myślę, że warto się z nim zapoznać. Ponadto pięknie wpisuje się w te rozważania natura scalaka. Co właściwie jest na nim zapisane? Wspomnienia, marzenia, sny, dusza? A co, jeśli trochę przy nich pogrzebać? Tu przyciąć, tam uwypuklić? Czy nadal będę tym samym człowiekiem, czy już nie? Pilipiuk zadaje w tym tomie wiele ważnych pytań egzystencjalnych, jednocześnie karmiąc nas świetnie napisaną powieścią doprawioną szczyptą humoru, przede wszystkim zaś pełną przygód i historycznych ciekawostek. Jego bohaterowi są wyraziści – w tym tomie jeszcze bardziej, niż w poprzednim – i niewiele można tej książce zarzucić. Czytać więc tylko, czytać.
Jeśli chodzi o samo wydanie, cóż... W końcu to Fabryka słów, więc piękna oładka, rewelacyjna w ogóle szata graficzna, ilustracje Rafała Szlapy, dobra korekta, niewiele błędów. Tu raczej same plusy, można wymieniać i wymieniać, ale po co? Lepiej zabrać się za trzeci tom.





Andrzej Pilipiuk na Dune Fairytales:
Pozostałe:

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz