Fragment mojej recenzji został umieszczony na okładce powieści "Skazaniec. Z bestią w sercu" Krzysztofa Spadło

Fragment mojej recenzji „Korony śniegu i krwi” został umieszczony na okładce powieści Elżbiety Cherezińskiej – „Niewidzialna korona” (wyd. Zysk i S-ka)

poniedziałek, 21 listopada 2016

Boże Narodzenie z wydawnictwem Jedność

"Jezus malusieńki. Opowieść o Bożym Narodzeniu"
Julia Stone
Wydawnictwo: Jedność
Kielce 2016
Oprawa: twarda
Liczba stron: 32
Tytuł oryginału: The Christmas Story for Little Angels
Przekład (z angielskiego): Karolina Tudruj-Wrożyna
Ilustracje: Dubravka Kolanovic
ISBN: 978-83-7971-527-5











"Kreatywne zabawy świąteczne. Szopka na Boże Narodzenie"
Joanna Góźdź
Wydawnictwo: Jedność
Kielce 2016
Oprawa: miękka
Liczba stron: 60
Ilustracje: Ola Makowska
ISBN: 978-83-7971-571-8






Boże Narodzenie to prawdziwie magiczny czas. Wszędzie, gdzie się nie obejrzeć, jesteśmy bombardowani tą prawdą. Świąteczne piosenki w marketach, śnieżynki, domki Świętego Mikołaja, pisanie listów do Laponii, piękne choinki... Zaraz, ale przecież nie o to w tym wszystkim chodzi. Bo Bożego Narodzenia nie obchodzimy na część Mikołaja i wielkiego wora pełnego prezentów. Czy byłeś grzeczny przez cały rok, czy też nie – Boże Narodzenie to dzień, którego by nie było, gdyby dwa tysiące lat temu w pewnej stajence nie urodził się On. Boży Syn, oczekiwany od wieków Król Żydowski.
Chcesz tę historię opowiedzieć swojemu dziecku? Pomoże Ci w tym bogata oferta wydawnictwa Jedność, w tym dwie książki, które dotarły również pod naszą strzechę. Moje Dziewczyny zachwycone, a wiem, że uradowany będzie ktoś jeszcze. Nie mówiąc już o tym, jaka będzie w pewnym momencie frajda, gdy wszystkie dzieciaki w rodzinie dorosną do tego, by razem tworzyć bożonarodzeniową szopkę.
Nie chcę jednak zajmować Wam zbyt wiele przedświątecznego czasu. I tak, wiem, że do Wigilii jeszcze nieco ponad miesiąc. Ale już za kilka dni wkraczamy w Adwent i warto ten czas spędzić z rodziną, a nie przed komputerem.
"Jezus malusieńki..." to wspaniała, ciepła opowieść o tym, jak narodził się Jezus. Napisana językiem idealnie dostosowanym do małego słuchacza czy czytelnika. Do tego zawierająca prześliczne ilustracje, które wprowadzą maluchy w cudowny klimat i przybliżą historię biblijną. Moje siedmiomiesięczne Córeczki były zauroczone, nie mogły oderwać oczu od obrazków, choć nie pozwalałam im dotykać książeczki (z tego były trochę niezadowolone), ponieważ nie jest ona przeznaczona do zabawy przez takie szkraby. Strony są zwyczajne, papierowe, nie tekturowe, dlatego po prostu czytałam, siedząc między nimi i pokazywałam im ilustracje. Ilustracje, które i mnie rozczulały. Naprawdę kawał dobrej edukacyjnej roboty w pięknym wydaniu. I już nie będę się czepiała braku tej jednej kropki, która powinna być, a jej nie ma... z "Jezusa malusieńkiego..." bije tyle ciepła i miłości, że każde niedociągnięcie (a jest tylko to jedno) ujdzie Wydawnictwu płazem. Autorka i Ilustratorka to idealnie zgrany zespół. Gorąco polecam dla dzieci w każdym wieku.
Drugą propozycją jest książeczka, która nie tylko opowiada historię narodzin Jezusa, ale dokładnie, krok po kroku, pokazuje jak stworzyć z dzieciakami szopkę bożonarodzeniową. Również Młodym czytałam, ale były już chyba trochę zmęczone. Tekstu jest znacznie więcej, książka jest przeznaczona raczej dla trochę starszych pociech niż moje. Znajdziecie tu również piękne ilustracje, które z pewnością spodobają się Waszym dzieciom. No i to, co jest tu równie ważne jak sama opowieść – budowanie szopki. Wiele postaci do wykonania, w większości z plasteliny (która jest dołączona do zestawu), "wykroje" do części wykonywanych z tektury czy materiałów, określenie stopnia trudności. Dzięki temu dokładnie wiecie, czy Wasz czterolatek jest w stanie samodzielnie wykonać figurkę, czy lepiej by zrobił ją sześciolatek, a może nawet będzie niezbędna Wasza pomoc. Wprost nie mogę się doczekać chwili, kiedy razem z Córkami zaczniemy lepić i pewnego dnia zobaczymy całe piękne Betlejem, wykonane w całości naszymi rękami. Będzie pięknie, a ta książeczka z pewnością stanie się jedną z naszych ulubionych.
Jeśli więc chcecie spędzić czas Adwentu w miłej, rodzinnej atmosferze i pokazać Waszym dzieciom, na czym rzeczywiście polega Boże Narodzenie, przelać na nie nieco tej wspaniałej i podniosłej atmosfery – zapraszam Was w niesamowitą podróż ze świątecznymi propozycjami wydawnictwa Jedność.





Książkę przeczytałam dzięki życzliwości Wydawnictwa Jedność

środa, 9 listopada 2016

BLW i nie tylko – żywienie dzieci

Bobas lubi wybór
Wydawnictwo: Mamania
Warszawa 2011
Tytuł oryginału: Baby-led Weaning: helping Your Baby To Love Good Food
Przekład (z angielskiego): Aleksandra Sekuła, Anna Rogozińska, Anna Zdrojewska-Żywiecka
Oprawa: miękka
Liczba stron: 247
ISBN: 978-83-62829-02-6












Sekret zdrowego dziecka
Wydawnictwo: Penelopa
Warszawa 2014
Oprawa: miękka
Liczba stron: 151
ISBN: 978-83-62908-91-2





Dzisiaj pierwsza z zupełnie inaczej pisanych recenzji. Będzie takich więcej i to już wkrótce. Na czym polega różnica? Nie piszę o jednej książce, a o dwóch czy trzech. Tematycznie. Dzisiaj temat żywienia, za jakiś czas polecę Wam dwie książki, bez których nie wyobrażam sobie ciąży i pierwszego półrocza życia dzieciaczka.
"Bobas lubi wybór" czyli BLW to metoda karmienia niemowląt, a właściwie metoda odstawiania ich od pokarmów mlecznych. Czy jeszcze dokładniej – rozszerzania diety o produkty niemleczne, ponieważ mleko i tak przez pewien czas (minimum do ukończenia przez malucha pierwszego roku życia) się podaje. W każdym razie – BLW to dokładnie Baby-led weaning, czyli odstawianie prowadzone przez dziecko. Jednym słowem książka ta traktuje o tym, jak zachęcić dziecko do tego, by samo sięgało po jedzenie, by je poznawało, jadało urozmaicone, zdrowe i ciekawe posiłki i nie grymasiło przy stole. Jednocześnie podpowiada rodzicom (i innym opiekunom), jakich błędów żywieniowych uniknąć. Czy książka ta jest w stanie pomóc w wychowaniu dzieci, które nie będą niejadkami (jak głosi hasło na okładce)? Trudno powiedzieć. Wszak każde dziecko jest inne i ja bym tak nie generalizowała. Oczywiście rozumiem, że takie hasło się sprzedaje, a z poradnikami tak już bywa, że... muszą się sprzedawać. 
Dlaczego sięgnęłam po tę pozycję? Ponieważ wszyscy wokoło zachwalają metodę BLW, a ja zupełnie nie byłam do niej przekonana. Czy teraz jestem bardziej? Hm, dzisiaj pierwszy dzień BLW za nami i było naprawdę przyjemnie. Bałagan nawet całkiem mały, choć wiadomo, Dziewczyny się w końcu rozkręcą i będzie pewnie więcej do sprzątania. Książka jednak przekonała mnie do tego, że warto podjąć próbę i pokazać dzieciom fantastyczny i bogaty świat kulinarny, a nie tylko na okrągło proponować im papki wielowarzywne czy wieloowocowe. 
Książka ma zarówno plusy, jak i minusy, Pozytywne jest w niej to, że przedstawia metodę krok po kroku, zaczynając od krótkiej opowieści o tym, jak karmiono kiedyś, jak się to wszystko zmieniało i jakie są najnowsze zalecenie WHO. To ważne dla rodziców, którzy się na BLW decydują – dla spokoju ich sumień, dla upewnienia, że robią dobrze, ale i dlatego, że dostają do ręki swoisty oręż do walki z tymi, którzy "wiedzą lepiej", jak opiekować się ich dzieckiem. I nie chodzi mi o to, by nagle stanąć okoniem i powiedzieć naszym mamom i babciom, że mają się nie wtrącać, a wszystko co one robiły, robiły źle. Jednak świat się zmienia, nowe badania poszerzają naszą wiedzę i po prostu należy z tego korzystać. Szczególnie, gdy w grę wchodzi dobro naszych maluchów. Po przeczytaniu tej książki z pewnością każdy będzie doskonale wiedział, co powiedzieć tym bardziej opornym, by przekonać ich, że przynajmniej warto spróbować. Krok po kroku Autorki prowadzą nas od definicji i historii BLW, poprzez pierwsze próby, mnóstwo zasad, o których należy pamiętać, choć wydają się nieraz całkiem naturalne (a nieraz wręcz przeciwnie), do wspólnych rodzinnych posiłków, a kończą na ogólnych informacjach dotyczących zdrowego żywienia. Podają podstawowe zasady żywieniowe – niestety trochę zbyt ogólnikowo, a także pomysły na posiłki dla dzieciaków. Z tyłu znajduje się również, dość przydatna moim zdaniem, tabela składników odżywczych w konkretnych pokarmach. Minusy? W kółko Macieju... Rozumiem, że można o czymś w jednej książce napisać dwa razy. Dobrze, to poradnik, więc trzy, tak dla przypomnienia najważniejszych spraw. Ale nie w kółko to samo? W niektórych momentach miałam już po prostu dosyć. Czy Amerykanie są naprawdę tak głupi, że trzeba im wszystko tyle razy powtarzać? W moim odczuciu zupełnie niepotrzebne są też historie rodziców, które właściwie wszystkie wyglądają tak samo – kiedyś karmiliśmy tradycyjnie i była tragedia, teraz odkryliśmy BLW i jest cudownie. Naprawdę, wystarczyły by dwa, trzy przykłady. 
W książce znajduje się również kolorowa wkładka ze zdjęciami dzieciaczków jedzących zgodnie z zasadami BLW. Ogląda się to całkiem przyjemnie, ale w niektórych przypadkach można się przerazić, szczególnie jeśli należy się do grupy rodziców, którzy naprawdę lubią porządek...
Przejdźmy zatem do kolejnej pozycji. Częściowo jest to książka bardzo naukowa, ale właśnie dlatego bardzo ważna – nie traktuje tematu składników odżywczych po łebkach, jak np. "Bobas Lubi Wybór". Napisana przez polską lekarkę, pediatrę i alergologa, osobę od lat zajmującą się również zdrowym odżywianiem i problematyką otyłości. Zawiera świetne omówienie wszystkich składników odżywczych – bardzo dokładnie, ze wskazaniem, co jest korzystne dla organizmu, a co nie. Znajdziecie tu również szczegółowe zasady karmienia – tak dzieci, jak i dorosłych. Jest to więc książka traktująca temat nie tylko dogłębniej, ale również znacznie szerzej. Dodatkowym plusem jest omówienie problematyki otyłości zarówno z perspektywy zapobiegania jej, jak i walki z nią, gdy już wystąpi. Ponadto na końcu jest również kilka pomysłów na domowe pyszne i zdrowe jedzenie, przystosowane do naszego polskiego podwórka (bez amerykańskich udziwnień wymagających robienia zakupów w wielu sklepach i szukania produktów, za które trzeba zapłacić krocie, a których zastępników nie potrafimy znaleźć). Minusy? W niektórych momentach lektura trochę nuży, jeśli nie jest się w nią całkowicie zaangażowanym, ale tak już bywa z pozycjami bardziej naukowymi niż popularnymi. Przyczepić się tu jednak muszę do "pomocy redakcyjnej". Naprawdę nie wiem, na czym ona polegała, ale napisać, że jest kiepska, to bardzo delikatne i grzeczne. Pod tym względem jest raczej fatalnie i to jedyny (dla mnie, niestety, poważny) błąd, który potrafię tu wskazać.
Jeśli więc chcecie dowiedzieć się czegoś ciekawego o żywieniu, szczególnie jeśli macie małe dzieci, gorąco polecam obie lektury, które się pięknie uzupełniają i pozwalają zobaczyć tematykę żywienia z szerszej perspektywy.

wtorek, 18 października 2016

Saga Grzech pierworodny (26 tomów) – Anne-Lise Boge




Wydawnictwo: Elipsa
Warszawa 2006 (1. wyd.) – 2007 (2. wyd.)
Oprawa: miękka
Tytuł oryginału: Arvesynd 
Poszczególne tomy przekładali różni tłumacze
Łączna liczba stron: ok. 5000



Dzisiaj urodziny bloga. Piąte, okrągłe. Zatem coś specjalnego i zupełnie innego niż dotychczas. Nie recenzja pojedynczej książki, ale całej serii, obejmującej, bagatela, 26 tomów!
Muszę przyznać, że zabieram się do tej recenzji od bardzo dawna, mianowicie od lutego (a mamy już przecież drugą połowę października). Dlaczego? Nie jest łatwo opisać tak rozległą historię, która składa się w jedną całość, choć czytana jest, jakby nie spojrzeć, na raty. Dodatkowo, jak pewnie już wiecie, na ten okres przypadła końcówka ciąży i pojawienie się na świecie moich ślicznych Córeczek, więc czasu wciąż nie starcza. Pomyślałam jednak, że to naprawdę dobra okazja, by opowiedzieć Wam o Mali Buvik i jej życiu. O sadze, po której przez kolejne dwa miesiące nic mi się nie podobało.
Wszystko rozpoczyna się od pewnego fatalnego spotkania. Na weselu Mali wpada w oko bogatemu Johanowi, który, nawet jej nie znając, postanawia, że zostanie ona jego żoną. Szanowany właściciel ziemski jest wielką szansą dla młodziutkiej i biednej Mali, a szczególnie dla jej zadłużonego ojca. I to właśnie dlatego dziewczyna ostatecznie zgadza się na zamążpójście, choć przez wiele, wiele lat będzie tego żałowała. Życie u boku pana ze Stornes to pasmo upokorzenia, bólu i nieszczęścia. Gdy więc w majątku pojawia się pewnego dnia miły, czarujący, radosny i czuły Jo, Mali zaczyna czuć motyle w brzuchu. Chwila zapomnienia zaważy na przyszłości całych pokoleń zamieszkujących Stornes i okoliczne majątki.
Nie chciałabym zdradzać za wiele z fabuły, byście mogli czerpać jak najwięcej radości z lektury. Napiszę jedynie, że akcja rozgrywa się w pierwszej połowie XX wieku, w Norwegii i obejmuje cztery pokolenia. Znajdziecie więc na stronach kolejnych tomów całą plejadę gwiazd – część bohaterów pokochacie, część znienawidzicie. Niektórzy będą Was irytować, innych będziecie żałowali. Z pewnością jednak na długo pozostaną w Waszej pamięci. Och, do dzisiaj nie mogę Stornesów wyrzucić z głowy choć już tyle miesięcy i lektur za mną. 
Anne-Lise Boge pisze takim językiem, że strony się po prostu połyka. Jej opisy są żywe, postaci naturalne, opowieść wielowątkowa i zagmatwana jak na dobra sagę przystało. Jest tu miłość, wierność, zdrada, śmierć, narodziny (Mali jest w pewnym stopniu również akuszerką). Jest spory kawałek historii Norwegii, a poniekąd również całej Europy ogarniętej dwiema wojnami i dwiema dekadami pokoju. W końcu piękne widoki, mroźne, ciemne zimy, kiedy właściwie nie widać słońca i krótkie lata kończące się wspólnymi pracami na pastwiskach. Połowy ryb i pewna szopa na łodzie, która wielokrotnie będzie ważna dla całej opowieści. To również wspaniały portret norweskiego społeczeństwa ówczesnych czasów – tradycji, kuchni, historii – jednym słowem, codziennego życia doprawionego delikatnie szczyptą wielkiej polityki.
Jak dla mnie rewelacja! Niedługo zabieram się za kolejną sagę Autorki. Mam nadzieję, że będzie równie wciągająca i zapadająca w pamięć, szczególnie że pojawia się w niej również Mali.
Poniżej okładki kilku wybranych tomów. 



















czwartek, 13 października 2016

Królowa – Elżbieta Cherezińska

Wydawnictwo: Zysk i S-ka 
Poznań 2016
Oprawa: miękka ze skrzydełkami
Liczba stron: 590
ISBN: 978-83-65521-38-5







Dalszy ciąg fascynującej opowieści o moich ukochanych Piastach, a szczególnie Świętosławie i naszym pierwszym królu, Bolesławie.
"Żadna sztuka stracić życie na wojnie. Prawdziwy wyczyn to je zachować, nie tracąc honoru." I na tych dwóch, wypowiedzianych przez Bolza, zdaniach mogłabym poprzestać, ponieważ wyśmienicie oddają klimat "Królowej". Wojen bowiem w tej powieści wiele – i dosłownie i w przenośni.
Walka o cesarski tron, wojny czeskie, sprzymierzenie się wszystkich wrogów – to tylko niektóre przeciwności, na które natknie się książę Bolesław, który dąży do stworzenia silnej Słowiańszczyzny i niezależnej Polanii. Podboje angielskie, walki o władze w Skandynawii... Zdrady, romanse, śluby, śmierci. Mnóstwo śmierci i mnóstwo zdrad. I ciągłe, nieustające próby, by schrystianizować zarówno Europę środkową, jak i północną.
Życie Świętosławy zostaje wywrócone do góry nogami, kiedy pewien zaufany człowiek zdradza jej tajemnicę. Giną po kolei jej bliscy, a ona... dostaje koronę kolejnego królestwa. Dlaczego zatem nie jest szczęśliwa? Gdzie popełniła błąd?
Bolesław jest bliski osiągnięcia celu, kiedy jednak zupełnie się tego nie spodziewa, otrzymuje cios prosto w plecy. Jak to się dzieje, że wśród najbardziej oddanych przyjaciół znajduje się zdrajca?
Dzieci dorastają, a rodzice – jak to rodzice – wraz z nimi przeżywają ból. Bolesław i Świętosława chcą dla swych potomków jak najlepiej, ale nie każdemu jest dane, by spełniać swe marzenia. Drogi Bolesława i jego pierworodnego syna, Bezpryma, coraz bardziej się rozchodzą. Świętosława i Olof również widzą świat z zupełnie różnych perspektyw. A jej młodsze dzieci? 
Odmalowane z wielką pieczołowitością początki polskiej państwowości i toczących się procesów, które ukształtowały dzisiejszą Europę środkową i północną to dokładnie to, czego oczekiwałam po tej lekturze. Czytając "Królową" miałam wrażenie, jakbym tam była, widziała, słyszała... Do tego całe mnóstwo intryg, niespodziewanych zwrotów akcji, barwnych postaci. 
Wydaje się, że na stronicach tej księgi dzieje się jeszcze więcej niż w "Hardej". Na dodatek mniej jest północnej poezji, która mnie raczej rozpraszała i nie dość, że nie wnosiła niczego istotnego, to po prostu zupełnie nie trafiła w mój gust. Myli się jednak ten, kto pomyśli, że "Królowa" nie jest poetycka. Oj, jest i to bardzo. 
Ponadto postaci są bardziej dopracowane niż w pierwszej części. Nikt już nie jest tylko biały czy tylko czarny. Charaktery są nie tylko cechą wrodzoną, ale również wypadkową życiowego doświadczenia, może dlatego z wiekiem bohaterowie Cherezińskiej stają się bardziej... ludzcy. A Świętosława to już nie ta harda dziewczyna, która nikomu nie pozwala na działanie niezgodne z jej wizją – do dojrzała, mądra kobieta, która bacznie obserwuje otaczający ją świat i potrafi wysnuwać wnioski, również z działań innych osób. Oj, przydałaby nam się teraz taka Sigrida, przydała. 
I co chyba również nie bez znaczenia – tym razem Cherezińska skupia się bardziej na Polanii i cesarstwie, mniej tu wikingów i północnych wojen. Nie, żebym coś przeciwko wikingom miała, jednak zdecydowanie wolę wątki piastowskie.
Do wydania mam nadal tę samą krytyczną uwagę, co przy "Hardej" – nieszczęśnie zrobione drzewa genealogiczne, z których tak naprawdę niezbyt wiele wynika.
Z pewnością chętnie obejrzałabym film (czy nawet serial) nakręcony na podstawie tej niesamowitej dylogii. Bardziej prawdopodobne jest jednak, że wkrótce otrzymamy zakończenie trylogii "Odrodzone Królestwo", na które chyba wszyscy miłośnicy prozy Cherezińskiej z wielką niecierpliwością czekają. 




Książkę przeczytałam dzięki uprzejmości Zysk i S-ka:

poniedziałek, 10 października 2016

Musza góra – Bohdan Głębocki

Wydawnictwo: Media Rodzina
Poznań 2014
Oprawa: miękka
Liczba stron: 559
ISBN: 978-83-8008-009-6





Trochę mi ta lektura zajęła. Jednak nie dlatego, że źle się czyta. Po prostu permanentny brak czasu młodej matki Bliźniaczek (ja młoda może nie jestem, ale mamą zostałam niedawno), a także brak sił (fizycznych i mentalnych). Kto nie ma dzieci, ten nie pojmie. Mówię Wam – nawet, kiedy są takie kochane jak Aria i Rebeka (czyli nasze Księżniczki), nawet jeśli przesypiają praktycznie całą noc i niewiele płaczą to wysysają energię do upadłego. I rzeczywiście po całym dniu zabaw, spacerów, karmienia, przewijania, przebierania, tańczenia dla nich (np. do Smerfnych hitów) i czytania im bajeczek i wierszyków... człowiek zamyka oczy na stojąco. Albo odmiennie – zasnąć nie może, ale jak tu włączyć lampkę i czytać skoro obok śpi drugi zmęczony rodzic. Tak więc trwało to długo (ponad dwa miesiące), ale się udało i jestem zadowolona. Czułam, że to będzie ciekawa lektura i się nie pomyliłam. Przejdźmy zatem do meritum.
W powieści przeplata się kilka historii. Z początku trochę trudno się połapać w bohaterach, ale z czasem nie tylko z łatwością ich rozpoznajemy, ale odkrywamy,że ich losy w różny sposób splatają się. Wszystkich łączy Poznań w latach trzydziestych ubiegłego wieku. Właściwie w powietrzu czuć już zbliżający się konflikt zbrojny. Na pewno przeczuwają go mundurowi, których na stronicach "Muszej góry" przewinie się wielu.
Do grona głównych bohaterów należy z pewnością detektyw Kaczmarek, były poznański policjant, który, chcąc podleczyć nieco firmowy budżet, przyjmuje nowe zlecenie. Do głowy mu nie przyjdzie, że to kiepska sprawa, którą wielu zapłaci własną krwią i już nie ujrzy wschodzącego słońca. Nie lada rolę będzie miała do odegrania również jego wychowanica i pracownica. Ich śledztwo zazębi się w pewnej chwili z postępowaniem prowadzonym przez aspiranta Szuberta. A co z kapitanem owianej sławą :dwójki", Mieczysławem Apfelbaumem? Jakie będzie jego miejsce w tej zagmatwanej, trochę przerażającej, trochę zabawnej, z pewnością dostarczającej mnóstwo wrażeń opowieści? 
W "Muszej górze" jest właściwie wszystko – rzeczowo odmalowane przedwojenne miasto (dlaczego nikomu z bohaterów się ówczesny Poznań nie podoba i wszyscy na niego narzekają?!), wiele różnych perspektyw (polska, żydowska, niemiecka), zagadka, której czytelnikowi nie sposób rozwikłać. Zarysowany mocno problem polskiego antysemityzmu tuż na przednówku wojny, nazistowski tajny projekt, tajemnicze moce i... kopanie na cmentarzu. 
Czy są jakieś minusy? W pewnym momencie poczułam jednak pewien przesyt. Autor chciał dobrze, ale za dużo magii jak dla mnie – golem, duchy, demony, wilkołak, berserkerzy... Można by spokojnie połowę z nich usunąć, a powieść nie tylko nadal byłaby wciągająca, ale wręcz ciekawsza. Sądzę jednak, że wielu się to niecodzienne połączenie spodoba.
Niestety to nie wszystko. Autor popełnił również kilka błędów. Uparcie nazywa poznaniaków poznańczykami, po czym nagle, ni stąd ni z owąd czytamy o poznaniakach. Lekarz, bądź co bądź człowiek z pewnej wyższej klasy, inteligent (pamiętajmy, że jeszcze wtedy nie każdy mógł iść na studia) w rozmowie z Kaczmarkiem wypowiada się językiem typowym bardziej dla ejbra z Rybak niż pana doktora. Dlaczego Autor pisze o Niemcach szwaby zamiast Szwaby też nie potrafię pojąć. Kwiatków takich jest nieco więcej, nie miejsce jednak, by zabierać chleb redaktorom Wydawnictwa. Sprawia to niestety, że – bądź co bądź – bardzo zajmującą książkę czyta się, wciąż zastanawiając się, czy przypadkiem i w warstwie społecznej i historycznej nie ma jakichś podobnych błędów, których czytelnik, nie będący zaznajomionym z owym okresem na poziomie historyka, po prostu nie wyłapie.
Ogólnie rzecz ujmując – "Muszą górę" naprawdę warto przeczytać. Polecam. Myślę jednak, że dobrze by było zapoznać się nieco lepie z ówczesnym Poznaniem i panującym w nim klimatem. Na szczęście dla nie-poznaniaków jest z tyłu książki słowniczek zawierający wyrażenia gwarowe, niemieckiego pochodzenia, a także w jidysz i określenie współczesnych nazw miejsc, które nazywają się inaczej niż w dwudziestoleciu międzywojennym (to akurat przydatne nawet dla rodowitych poznaniaków).


sobota, 8 października 2016

Alicja w krainie czasów. Czas opowiedziany – Ałbena Grabowska

Wydawnictwo: Zwierciadło
Warszawa 2016
Cykl: Alicja w krainie czasów
Tom II
Oprawa: miękka ze skrzydełkami
Liczba stron: 377
ISBN: 978-83-65456-23-6








Mówią, że drugi tom cyklu jest zawsze najsłabszy. Ałbena Grabowska udowadnia, że nie warto używać takich określeń jak "zawsze". "Czas opowiedziany" nie tylko w niczym nie ustępuje pierwszemu tomowi "Alicji w krainie czasów", on jest po prostu jeszcze lepszy. 
Alicja, po wybuchu, w którym próbowała zakończyć swe życie, zostaje wysłana do Wiednia, do kliniki neurologicznej. To tam naprawdę zacznie się prawdziwa przygoda dorastającej panny. Niegościnność i bariera językowa nie tylko jej nie zniechęcą, ale spowodują, że znajdzie w sobie siłę, by walczyć. O co? O dalsze życie. O osiągnięcie czegoś. O spełnienie marzeń, odnalezienie prawdziwej siebie. A pomoże jej w tym nie kto inny, jak Sigmund Freud we własnej osobie. To pod jego wpływem, za jego namową i za jego wstawiennictwem Alicja Księgopolska – kobieta, Polka – rozpocznie studia medyczne na wiedeńskim uniwersytecie i nie raz, nie dwa pokaże zaborcom, że nie warto z nią zadzierać.
Wiedeń okaże się dla Alicji na długi czas dość łaskawym miejscem i bezpieczną przystanią, choć niestety wszystko pewnego dnia ulegnie zmianie. Jakiej? Tego nie napiszę. Dość zdradzić, że jej status społeczny zmieni się diametralnie, kiedy Europę ogarnie wojenna zawierucha. Zanim to jednak nastąpi Alicja przeżyje zawód miłosny, utratę kilku bliskich osób i niemalże całkowite zerwanie więzów z tymi, których przez długie lata miała za swych rodziców.
Więcej z fabuły nie zdradzę. Napiszę jedynie, że "Czas opowiedziany" toczy się na przestrzeni około czterech dekad i pięknie pokazuje ówczesną Europę zachodnią – Austrię i Francję (to z Wiednia Alicja zawędruje do Paryża, choć po drodze odwiedzi jeszcze kilka innych miejsc).
Drugi tom cyklu to opowieść o sile intelektu i dobrym sercu. O przyjaźniach, miłościach, zdradach. To wspaniale zilustrowana "wielka historia" widziana oczami zwykłej (choć naprawdę niezwykłej) kobiety. To w końcu opowieść... szpiegowska. Tak, dobrze przeczytaliście. 
Na stronicach książki znajdziecie całą plejadę ciekawych postaci, zarówno fikcyjnych, jak i rzeczywistych. Oprócz Freuda największy wpływ na życie Alicji będzie miała... Coco Chanel, choć i Alicja dla niej będzie bardzo ważną osobą. Poza tym wspaniała ciotka Kundzia, tajemnicza Emily, kochający Franek, zakochany Jacob i... Alina, o której więcej ani słowa.
Autorka wspaniale snuje swą opowieść, raz zwalniając, innym razem przyspieszając akcję. Choć przyznam, że ostatnie 30 stron powieści przeleciało zbyt szybko. Chyba jednak wolałabym się bardziej rozkoszować latami '30. Miałam wrażenie, że wszystko jest takie w pośpiechu, jakby to miał być jakiś epilog do całości, a nie końcówka drugiego tomu. Z drugiej jednak strony, przygotowywałam się na wielkie "bum" na zakończenie i... dostałam je. Dorównuje wybuchowi kończącemu pierwszy tom, choć jest zupełnie innego rodzaju. I to jest naprawdę cudowne.
Wyśmienite są nawiązania do literatury światowej opisywanych czasów. Bohaterowie, nie tylko Alicja, czytają książki i można niemalże poczuć ówczesny klimat, to, co ludzi zajmowało, fascynowało, co było w literaturze swoistą nowością. Zresztą aspekty społeczno-obyczajowe są w tej powieści bardzo ważne i przeplatają się z historiami różnych osób. Bo "Czas opowiedziany" to już nie tylko opowieść o Alicji, to wiele równoległych historii i to jest chyba największy plus tej powieści. Płynne przechodzenie od jednej do drugiej opowieści, a wszystkie pięknie połączone niesamowitą obecnością naszej rodaczki.
Podobają mi się również uśmiechy do czytelników, którzy Autorkę znają trochę lepiej. Na stronicach powieści pojawiają się Alina (imię jej córki), Franek (synek Autorki i bardzo ważna osoba w całej tej historii; Pani Ałbeno – czy możemy liczyć na książeczkę o prawdziwym Franku?), Bułgaria (stamtąd pochodzi rodzina Grabowskiej). To tylko niektóre takie "perskie oczka", które puszcza do nas, a które udało mi się odnaleźć. 
Jednym słowem – nie mogę się doczekać zakończenia cyklu. Jeśli Ałbena Grabowska nie zawiedzie – a wątpię, by miało to miejsce – "Czas odzyskany" może się okazać jeszcze ciekawszy. Przynajmniej takie mam wrażenie po zakończeniu lektury drugiego tomu. Zatem pozostaje mi jedynie czekać z cierpliwością (a o to w tej sytuacji trudno) na tom trzeci.




Książkę przeczytałam dzięki życzliwości Wydawnictwa Zwierciadło

środa, 31 sierpnia 2016

31 sierpnia czyli... święto blogerów


Dzisiaj Dzień blogerów. Wypada coś napisać... Czy tylko wypada? Nie, bardzo chciałam napisać. Od dawna, ale... wciąż nie mam czasu. Podziwiam wszystkie blogujące matki. Naprawdę, jesteście niesamowite! I nie ma co mówić, że mnie jest trudniej, bo mam bliźniaki. Są również blogujące mamy bliźniaków. Zresztą mamy, które rodziły pojedynczo, często mają kilkoro dzieci w różnym wieku, często też dawno już wróciły do pracy. Nie, nie jest trudniej. Po prostu jeszcze nie opanowałam tej umiejętności. Nie mam czasu na czytanie, a nawet gdy go znajdę – czasu na recenzowanie naprawdę brakuje. Najpierw był płacz na mleko i tulenie. Teraz czas poświęcam na spacery, zabawy, lulanie z powodu płaczu wywołanego ząbkowaniem... No i oczywiście na czytanie – bajek. Dziewczynki uwielbiają słuchać. Przeczytałyśmy już mnóstwo książeczek z wierszykami, kilkanaście bajek, kilka książeczek z opowieściami biblijnymi. Teraz na tapecie jest powieść "O czym szumią wierzby", a także... "Dzieci Diuny". Bo "Diunę" i "Mesjasza Diuny" już Aria i Rebeka poznały. Także powolutku, po kawałku czytamy. Nieraz dwie strony na dzień, nieraz dwadzieścia. Nadal jednak brakuje czasu na pisanie o książkach. Dlatego chciałam Wam dać krotko znać, co może Was czekać do końca roku – o ile się wyrobię. Tzn. pokazać Wam książki, które już za nami. Co jeszcze nas czeka – to wielka niewiadoma, chociaż mam już kilka pozycji na oku :)
Oto okładki tych książek, które zamierzam zrecenzować dla Was do końca 2016. Jak Wam się podobają?













Dziękuję wszystkim, którzy tu zaglądają. Również za to, że nie odlubiliście bloga tyko dlatego, że ostatnio niewiele się na nim dzieje. Kochani, w ciągu tych niespełna pięciu lat powstało łącznie 506 postów. Jest co czytać. Dzięki za cierpliwość i... trzymajcie kciuki, żebym jeszcze wiele książek zrecenzowała.



wtorek, 23 sierpnia 2016

Bóg liczy łzy kobiet – Małgorzata Okrafka-Nędza

Wydawnictwo: Fronda 
Warszawa 2016
Oprawa: miękka ze skrzydełkami
Liczba stron: 180
ISBN: 978-83-8079-081-0






Przyznaję, że się trochę bałam. Ja, młoda matka, miałam przeczytać książkę o zgwałconej dziewczynie i tym, jak walczyła o życie dziecka pochodzącego z tego gwałtu. Miałam czytać o tym, jak na takie "sowieckie bękarty" patrzyli ówcześni Polacy. Tak, obawiałam się, że może mi to zająć sporo czasu, że wciąż będę robiła przerwy, ryczała jak głupia... Książkę przeczytałam "za jednym zamachem". Nie dało się oderwać. I nic, że zarwałam noc (a sen przecież przy niemowlakach jest święty). Po prostu musiałam wiedzieć, co będzie dalej. To chyba najlepsza rekomendacja tej pozycji, wypada jednak napisać coś więcej.
Pelagia była młoda, zakochana, prawie szczęśliwa. Na tyle przynajmniej, na ile można być szczęśliwą dziewczyną, żyjąc w ogarniętym wojną kraju. Ukochany był u boku, w domu rodzice i rodzeństwo. Bieda, jak to w czasie wojny, ale radość z tego, że najbliżsi żyją i mają się wcale nieźle. I ten Groszek – taki niepozorny, ale taki obrotny, taki niby cichy, ale dający nadzieję na tyle radości w przyszłym życiu. Niestety wszystko się zmieniło, kiedy jego aresztowano, a ona stała się ofiarą sowieckiego oficera. Najgorsze miało jednak dopiero nastąpić. Niechciana ciąża, dziecko, które rosło w środku, a do którego nie czuła miłości. A jednak... nie usunęła, choć wszyscy ją namawiali. Choć w majestacie prawa wolno jej było, choć zdawała sobie sprawę, że będzie naprawdę ciężko. I okazało się, że tak naprawdę nie urodzenie i wychowanie córki było najtrudniejsze w życiu Peli.
Leżąc na przysłowiowym łożu śmierci (choć o łożu nie ma tu mowy, nie w przypadku Peli), opowiada swą historię ukochanej wnuczce. Nie potrafi powiedzieć prawdy córce, która była owocem gwałtu. Liczy, że wnuczka zrobi to za nią. Opowie o tamtym wydarzeniu sprzed wielu dekad, ale i o późniejszych losach Pelagii. O nieszczęśliwej miłości, o wierności, marzeniach, nadziejach, ranach zadanych przez drugiego człowieka. O tym całym bólu, o trudnościach, upokorzeniach, strachu. I o ciągle pogodnej kobiecie, która mimo wszystko szła do przodu – dla siebie i swojego dziecka, które kochała ponad wszystko. I o bezgranicznej miłości matki do córki, o dobru wbrew wszystkiemu i wszystkim. 
Wzruszająca, pouczająca powieść Okrafki-Nędzy to książka, którą powinien przeczytać każdy Polak. Bo mamy to do siebie, że uwielbiamy narzekać. Na bolące plecy, na zbyt niskie zarobki, na głupiego sąsiada, na to, że za ciepło albo za zimno... Tymczasem żyją wśród nas (a przynajmniej żyli) ludzie, których los potraktował naprawdę okrutnie, a którzy nigdy złego słowa na nikogo i na nic nie powiedzieli. Którzy są zawsze uśmiechnięci, serdeczni, pomocni, tryskają dobrym humorem. Chowają swój ból wewnątrz, nie chcąc nim bez potrzeby powodować litości czy smutku u innych. Taka była Pelagia. Nikt nigdy by się nie spodziewał, ile w życiu przeszła. Należy brać z niej przykład.
To również ważny głos w debacie dotyczącej aborcji. Myślę, że naprawdę warto go poznać i zastanowić się, o czym często jest w ogóle mowa...
Książka jest niesamowita. Fabuła cały czas trzyma w napięciu. Czytelnik po prostu czuje, że ci ludzie naprawdę żyli, że to wszystko wydarzyło się rzeczywiście. I choć ta relacja jest przecież prawdziwa to mogłaby zostać napisana inaczej – sucho, nudno, jak wiele biografii, Tymczasem jest porywającą opowieścią o walce o dobro. 
Jedynym negatywem z mojej strony jest ocena okładki. Zupełnie nie pasuje do historii, jest taka jakaś... lekka, zbyt współczesna, zbyt kolorowa. Wygląda trochę jak okładka romansidła, którym powieść "Bóg liczy łzy kobiet" z pewnością nie jest. 
Czytajcie!





Książkę przeczytałam dzięki życzliwości Wydawnictwa Fronda