Fragment mojej recenzji został umieszczony na okładce powieści "Skazaniec. Z bestią w sercu" Krzysztofa Spadło

Fragment mojej recenzji „Korony śniegu i krwi” został umieszczony na okładce powieści Elżbiety Cherezińskiej – „Niewidzialna korona” (wyd. Zysk i S-ka)

poniedziałek, 24 kwietnia 2017

Gar'Ingawi. Wyspa szczęśliwa, Tom 1. Oczekiwanie – Anna Borkowska

Wydawnictwo: Zona Zero
Warszawa 2017
Oprawa: miękka ze skrzydełkami
Liczba stron: 190
ISBN: 978-83-947599-0-2






Kiedy zaproponowano mi tę książkę, miałam wątpliwości. Czy zdążę przy dzieciach przeczytać kolejną pozycję i jeszcze napisać dla Was kilka słów o niej? Przekonałam się jednak dość szybko. Posiadam dwie inne książki Anny Borkowskiej – nie powieści, ale książki naukowe. Jest ona bowiem nie tylko benedyktynką (tak, zakonnicą piszącą fantasy), ale również naukowcem, ma tytuł doctor honoris causa KUL i wydała kilkadziesiąt książek. "Gar'Ingawi. Wyspa szczęśliwa" to jej fantastyczne dzieło spisane w stanie wojennym. Aktualne tak samo dzisiaj, jak wówczas. Kultowe i na szczęście wznowione. Podzielone tym razem na trzy tomy i już teraz mogę Wam zdradzić, że z wielką niecierpliwością czekam na kontynuację.
W wielkim skrócie jest to powieść przede wszystkim o wielkiej tęsknocie człowieka do boga (Boga?). To jednak naprawdę ogromny skrót, bo na tych niecałych 200 stronach, które już za mną (a to przecież dopiero jedna trzecia powieści) dzieje się naprawdę wiele. Przyznam, że pierwsze 20-30 stron nie było przyjemnością. Nie mogłam się zupełnie połapać kto jest kim. Takie wrzucenie trochę na głęboką wodę, bo świat, o którym czytamy jest stworzony przez Autorkę od podstaw i trzeba się z nim zapoznać. Trochę pomagają mapki i bardzo cieszę się, że zostały w książce zamieszczone. Bez nich chyba dłużej zajęłoby mi ogarnięcie całego terenu, na którym rozgrywają się szalone i fascynujące przygody głównych bohaterów.
Wyspa szczęśliwa... Mieszkający na niej lud żyje w spokoju i (podtytułowym) oczekiwaniu. Choć właściwie powinnam napisać Oczekiwaniu. Na kogo czekają? Na tajemniczego Ora, który mniej więcej raz na cztery, pięć pokoleń przemierza wyspę wszerz. Kim jest? Skąd pochodzi? Co właściwie robi i dlaczego przybywa właśnie na Gar'Ingawi? Tego wszystkiego mam nadzieję dowiedzieć się w kolejnych tomach powieści. Na razie wiemy jedynie, że wszyscy na niego czekają i są po prostu szczęśliwi. Niczym się nie przejmują, niczego właściwie nie boją. Nie znają pojęć takich jak kara czy zabójstwo, nie pragną władzy. Czekają na mityczną postać, na swoistego zbawcę. Raz po raz na wyspę przybywają przedstawiciele innych ludów, podbijają ją, wprowadzają jakieś swoje zwyczaje, ale... nigdy nie zabijają wiary, nie potrafią zwyciężyć z Oczekiwaniem. Aż do czasu, kiedy pojawia się... Or. Czy jest prawdziwy? My, czytelnicy, od razu wiemy, że nie. Mieszkańcy wyspy, przynajmniej niektórzy, też się o tym przekonają. Większość jednak uwierzy w przybycie Ora i to wówczas zacznie się prawdziwa przemiana Gar'Ingawi i wielka przygoda, która wyśle nas na inne lądy i na rozległe morza i każe nam razem z nastoletnim Tagunem poszukiwać bliskości z bogiem. Zaprowadzi nas też do pięknego, cudownego Larri, w którym sama chciałabym zamieszkać, gdyby tylko było rzeczywiste. Do Larri, które mnie całkowicie urzekło, choć droga do niego to prawdziwa droga krzyżowa...
"Gar'Ingawi. Wyspa szczęśliwa" to niesamowita, pełna nieoczekiwanych zwrotów akcji i wyrazistych postaci powieść, na której wznowienie warto było czekać. Ja nie czekałam, bo wcześniej się z tym tytułem nie spotkałam, ale po poruszeniu w Sieci, jakie zauważyłam, było trochę osób, które... oczekiwały. Książkę mogę z czystym sercem polecić miłośnikom fantastyki, ale także tym, którzy wcześniej niespecjalnie ten gatunek lubili. To powieść o poszukiwaniu, o głębokiej wierze, o strachu, o misji i powołaniu i odwiecznej walce dobra ze złem. Z pewnością znajdą w niej coś dla siebie osoby wierzące i poszukujące. Oraz takie, które po prostu lubią literaturę z najwyższej półki – napisaną pięknym językiem (właściwie językami, bo Borkowska stworzyła własne języki na potrzeby powieści) historię tratującą o ważnych dla każdego sprawach. Rzeczywiście ci, którzy porównują Borkowską do Tolkiena mają dużo racji. Polecam gorąco.
Kilka literówek znalazłam, ale nie było źle. Ostatnio mam szczęście do książek, które są naprawdę porządnie wydane. 








Książkę przeczytałam dzięki uprzejmości Zona Zero i Fronda:

sobota, 8 kwietnia 2017

Alicja w krainie czasów. Czas odzyskany – Ałbena Grabowska

Wydawnictwo: Zwierciadło
Warszawa 2017
Cykl: Alicja w krainie czasów
Tom III
Oprawa: miękka
Liczba stron: 305
ISBN: 978-83-65456-52-6








Trzeci, długo przeze mnie wyczekiwany, tom trylogii "Alicja w krainie czasów" dotarł do mnie, kiedy Dziewczynki ząbkowały, a na domiar złego właśnie nastąpiła zmiana czasu na letni. Może właśnie dlatego było mi tak ciężko i ta historia usatysfakcjonowała mnie mniej od poprzednich. Może byłam zbyt zmęczona i dlatego w pewnym momencie pogubiłam się już w kryminalnej intrydze. A może... coś jednak nie do końca wyszło.
Zakończenie trylogii to powieść sensacyjno-szpiegowska. W połowie dzieje się w czasie II wojny światowej, druga część akcji rozgrywa się po dwóch dekadach od zakończenia działań wojennych. Alicja, wciąż piękna, "młoda", potrafi nadal zakręcić wokół palca wielu mężczyzn. Przyciąga ich, wykorzystuje jak przystało na szpiega i robi swoje. Robi swoje bardzo dobrze, jest świetną agentką – szanowaną, cenną, wykorzystywaną w wielu delikatnych akcjach, w których poza doskonałym warsztatem niezmiernie przydaje się również wdzięk osobisty. I, oczywiście, wciąż pracuje w szpitalu, gdzie również przysługuje się dobrej sprawie.
Wciąż jednak jest samotna po śmierci ukochanego Daniela. Czy jeszcze kiedyś pokocha, czy na zawsze pozostanie wdową, przy której wiernie stać będzie jedynie "młodszy braciszek", Franek? Cóż, kilku mężczyzn się przy niej pojawia, ale czy któryś zawładnie sercem kobiety, której czas się nie ima? Musicie się przekonać sami. 
Bogata galeria nowych postaci w niczym nie ustępuje tym, które poznaliśmy i pokochaliśmy wcześniej. Są bohaterowie pozytywni i negatywni, są i tacy, co do których niemalże do ostatniej strony nie potrafimy się zdecydować. I ci są najciekawsi, to rzecz oczywista. 
Wzrusza w tej powieści wątek Kodorowa (choć wcale nie piszę, że Alicja wraca na "stare śmieci"), bawią próby znalezienia jej jakiegoś mężczyzny, na które to wpada rodzina Franka, wstrząsa praca w szpitalu dziecięcym w okupowanym Paryżu, powoduje przyspieszone bicie serca scena na pewnym moście. Wiele emocji towarzyszy najnowszym przygodom naszej Alicji vel Aliny. Wszystko to zaś opisane z polotem, ciepłem i pewną dozą dobrego humoru (tam, gdzie to możliwe, bo trudno żartować sobie na wojnie). 
Zachwycił mnie wątek bułgarski i aż żałuję, że nie było go więcej. Szkoda również, że historie dzieci ze szpitala nie zostały pociągnięte dalej, choćby w jakichś wspomnieniach czy niespodziewanych spotkaniach po latach. Aż chciałoby się przeczytać jeszcze jeden tom, w którym Autorka rozwinęłaby te tematy. Bardzo podobał mi się również epilog. Naprawdę rewelacyjny pomysł.
Podsumowując zatem – zakończenie trylogii jest ciekawe, ale trzeba je czytać naprawdę uważnie, bo można się pogubić. I, niestety, jest nieco słabsze od poprzednich tomów. Nie trzyma już tak w napięciu, choć to właśnie ta powieść ma wątki sensacyjne i jest osadzona w najciekawszym okresie. Liczyłam na coś trochę bardziej porywającego, bo można się tego było spodziewać po dwóch wcześniejszych tomach. Choć nadal polecam, bo Autorka ładnie pozamykała wszystkie wątki. I czekam na kolejną jej powieść.





Książkę przeczytałam dzięki życzliwości Wydawnictwa Zwierciadło

wtorek, 21 marca 2017

Wielkanoc z Jednością


"Wielkanoc"
Bogusław Nosek, Ola Makowska
Wydawnictwo: Jedność
Kielce 2017
Oprawa: twarda
Liczba stron: 16
ISBN: 978-83-7971-633-3











"Wielkanocna historia"
Juliet David
Wydawnictwo: Jedność
Kielce 2017
Oprawa: twarda
Liczba stron: 40

Tytuł oryginału: The Easter Story
Przekład (z angielskiego): Katarzyna Schmidt
Ilustracje: Elina Ellis
ISBN: 978-83-7971-648-7





Wielkanoc, choć jest najważniejszym chrześcijańskim świętem, nie jest tak "rozpropagowana" jak Boże Narodzenie. Może to i dobrze, pozwala to ją głębiej przeżyć. Ta swoista moda na Boże Narodzenie zaraz po Święcie zmarłych powoduje, że zanim w Wigilię zaświeci pierwsza gwiazdka wielu z nas ma już Świąt po dziurki w nosie. Z Wielkanocą jest inaczej. Jest spokojniejsza, poprzedzona czasem wyciszenia, jakim jest Wielki Post. Warto w tym okresie zagłębić się w lekturę wartościowych książek. I, oczywiście, pokazać je również dzieciom. Naprzeciw tym oczekiwaniom wychodzi m.in. wydawnictwo Jedność.
Chciałabym podzielić się z Wami moimi odczuciami dotyczącymi dwóch książeczek z Jedności, które opowiadają historię Zmartwychwstania. Dlaczego aż dwóch? Ponieważ bardzo się od siebie różnią.
Pierwsza z nich przeznaczona jest dla zupełnych maluchów. Moje jedenastomiesięczne Bliźniaczki są w niej zakochane. Grube tekturowe karty są doskonałe do samodzielnego oglądania. Dziewczynki więc same sobie przewracają kary, oglądają, dotykają. Ogólnie bardzo lubią książki, ale nie wszystkimi są tak zainteresowane. Co zatem jest tu takiego niezwykłego? Naprawdę piękne, wyraźne ilustracje, które są dopasowane do ich wieku. Choć na niektórych dzieje się naprawdę wiele, można zawsze skupić się na postaci Jezusa – i to kolejny plus. Poza tym książeczka jest opowieścią wierszowaną, wiersz się rymuje, co jest bardzo pozytywne, ponieważ maluszki uwielbiają wierszowane historie. Czyta się szybko, ogląda długo. Świetna zabawa, poprzez którą już od najmłodszego dzieciaczki poznają historię zbawienia. Rewelacyjna pozycja dla takich młodych "czytelników".
Druga z książeczek przeznaczona jest dla dzieci nieco starszych. Ma już zwyczajne, papierowe strony i znacznie więcej tekstu. Nie jest on już rymowany i chwilę zajmuje przeczytanie całości. Oczywiście dla starszaków to już nie taki problem, usiedzieć te kilka(naście) minut i posłuchać. Zresztą i moje Młode słuchały, z tym że na dwie raty, bo jednak całość okazała się dla nich za długa. I tę pozycję można pochwalić za piękną szatę graficzną, co w książeczkach dla dzieci jest bardzo ważne. Tekst, oczywiście, bardzo dobrze przystosowany do wieku kilkulatków (w opisie dla dzieci od lat trzech). Czyta się przyjemnie, a jednocześnie nawet dorosły może się wzruszyć. Opowieść obejmuje wydarzenia od wjazdu do Jerozolimy po obietnicę powrotu Jezusa na ziemię, a każda historia jest zatytułowana, tak więc łatwo jest się odnaleźć i ewentualnie powrócić do wybranych fragmentów. Pozwala to na lekturę pewnych partii, bez konieczności dumania, gdzie zacząć i gdzie skończyć. Myślę, że dla rodziców kilkulatków to świetna pomoc.
Obie książeczki moim Dziewczynkom przypadły do gustu. Oczywiście drugiej nie oglądają same, pokazuję im obrazki i czytam z pewnej odległości, ponieważ mogłyby podrzeć kartki. Widziałam jednak, że i nią są żywo zainteresowane. Książki te w piękny sposób pozwalają dzieciom zapoznać się z najważniejszą historią chrześcijan i pokazują im, że Wielkanoc to nie tylko pisanki, kurczaki i baranki, ale coś znacznie, znacznie ważniejszego. Jestem niemalże pewna, że do obu wrócimy jeszcze w tym Wielkim Poście kilka razy, a i zapewne w następnych latach wykorzystam te książeczki do nauki religii.







Książkę przeczytałam dzięki życzliwości Wydawnictwa Jedność

piątek, 17 marca 2017

Ostatnia wizyta – Jacek Ostrowski


Wydawnictwo: Od deski do deski
Warszawa 2017
Oprawa: miękka ze skrzydełkami
Liczba stron: 296
ISBN: 978-83-65157-07-2






Wstrząsająca opowieść oparta na prawdziwych wydarzeniach z początku lat 70. Płock i Konin epoki końca Gomułki. Niewyjaśniona do końca sprawa porwania i (domniemanego?) zabójstwa płockiej lekarki, Stanisławy Krzemińskiej. Sprawa, która przez długie miesiące była na ustach wielu – milicjantów, dziennikarzy, polityków i zwyczajnych ludzi. Opisana w sposób, jakiego nie powstydziłby się sam Dostojewski.
Jacek Ostrowski ponownie próbuje rozwikłać tajemnicę swego rodzinnego Płocka, gdzie mieszkała Krzemińska. Pokazuje nam jednak także Konin, a to za sprawą głównego bohatera. Zbigniew Pielach vel Iwan Siemieniuk to prawdziwy potwór, trzęsą przed nim portkami wszystkie płockie (i nie tylko) szychy. Dopiero by się przestraszyli, gdyby poznali jego mroczną przeszłość i dowiedzieli, kim naprawdę jest i do czego jest zdolny... Już od pierwszych stron czujemy, że go nie polubimy. Oschły i podły wobec żony, nieprzyjemny wobec każdego napotkanego człowieka, do którego nie ma jakiegoś interesu, agresywny, tonący w długach uśpiony agent KGB, który ma na rękach wiele przelanej krwi i całe mnóstwo szemranych interesów, za które powinien siedzieć. To najkrótsza charakterystyka tego typka spod ciemnej gwiazdy. Jednak Ostrowski kreśli jego portret przez całą powieść, ujawniając co jakiś czas nowe przewiny Pielacha. Obok, niejako w opozycji, widzimy jego żonę Hankę – zlęknioną katoliczkę, która nie miała już siły żyć i próbowała popełnić samobójstwo. To, co się zdarzy w ich domu w najbliższych miesiącach będzie największą udręką właśnie dla jej umęczonej duszy. Choć na co dzień stara się nie wchodzić mężowi w drogę, choćby dla dobra dzieci – które wybyły z domu i niezbyt chętnie się w nim pojawiają, czemu nie można się dziwić – tym razem wielokrotnie mu się narazi. Ostatecznie jednak... Cicho sza, przekonajcie się sami.
Doktor Krzemińska to kobieta około pięćdziesiątki, zresztą i Pielach jest w podobnym wieku. Przyszło im spotkać się w czasie wojny i miał na jej punkcie swoistą obsesję, jednak dawno już o niej zapomniał. Historia tymczasem zatoczyła krąg, gdy odezwali się do niego mocodawcy z KGB – jedyne osoby na całym świecie, których Pielach się rzeczywiście boi. I choć przeklina ich za to, że sobie o nim przypomnieli, choć ma im za złe niewynagrodzone lata służby, choć za jego usługi znów nie chcą odpowiednio zapłacić – zrobi, co rozkażą. A rozkazują porwanie starszej kobiety, która ma wtyki pomiędzy byłymi żołnierzami AK, pomiędzy wichrzycielami chcącymi obalić ludową demokrację w Polsce. A tego z kolei obawia się KGB. Napędzona strachem akcja rozwija się początkowo wolno, by nagle niespodziewanie przyspieszyć i pognać niczym pociąg (może nie TGV, bo przecież dużo u Ostrowskiego przemyśleń i wspomnień). Nie jest to jednak z pewnością pociąg PKP.
Porwanie, ukrycie kobieciny, znęcanie się nad nią, tortury, koniec, który może być nawet wybawieniem. A w tle Polska czasów, o których moje pokolenie jedynie słyszało, które może zobaczyć na filmach, ale którego nie może już pamiętać. Drobiazgowo oddana PRL, którą czuć, czytając kolejne strony "Ostatniej wizyty". Smutna, szara, niezbyt ciekawa rzeczywistość, której początki były okupione hektolitrami polskiej krwi. W tym swój udział miał również Zbigniew Pielach i często o tym wspomina,
Ostrowski rewelacyjnie oddaje klimat tamtych dni, a także w niesamowicie drobiazgowy sposób charakteryzuje swoich głównych bohaterów – Zbigniewa i Hankę. Jego opisy zezwierzęcenia, niemalże całkowitej utraty człowieczeństwa tego potwora przyprawiają o dreszcze. 
Co się stało z ciałem doktor Krzemińskiej? To już jedynie domysły Ostrowskiego. Ciała rzeczywiście nigdy nie odnaleziono, a Pielach nigdy nie przyznał się do zabójstwa. Zgodnie z panującą wówczas zasadą, że "nie ma ciała, nie ma zabójstwa", starał się zaplanować zbrodnię doskonałą. Niemalże mu się udało. Wpadł, ponieważ... był potworem.
Genialnym pomysłem było umieszczenie w książce fragmentów powieści, którą tworzy, na podstawie swych własnych doświadczeń, sam Pielach. Pozwala to na jeszcze głębsze wejrzenie do jego psychiki i dostrzeżenie, jak on sam ustosunkowuje się do swych wcześniejszych zbrodni. 
"Ostatnia wizyta" to książka nietuzinkowa i, moim zdaniem, najlepsza powieść Ostrowskiego, najbardziej dojrzała i najbardziej wstrząsająca. I to nie dlatego, że oparta jest na faktach, ale dlatego, że Autor wykazał się prawdziwym kunsztem i talentem. 
Uwagi krytyczne? Pod koniec trochę mi się nie podobało, że nagle Hanka zaczęła zwracać się do męża Iwan i wszyscy niby wiedzieli, że nazywa się on Siemieniuk. Tak znikąd, bez wytłumaczenia. Najbardziej uderzył mnie opis na tylnej okładce. Może to zboczenie zawodowe, wszak z wykształcenia jestem prawnikiem – ale powieść można stworzyć na podstawie akt sądowych, a nie aktów. Na podstawie aktów można co najwyżej stwierdzić, czy sportretowana na nich osoba jest ładna, albo czy malarz/fotograf potrafi tworzyć akty. Poza tym – znakomita lektura. Polecam z czystym (wstrząśniętym) sercem.








Książkę przeczytałam dzięki uprzejmości wydawnictwa Od deski do deski:


środa, 8 marca 2017

Niebo dla akrobaty – Jan Grzegorczyk

Wydawnictwo: Zysk i S-ka 
Poznań 2017
Oprawa: miękka ze skrzydełkami
Liczba stron: 238
ISBN: 978-83-65676-02-3






Pierwszy post w tym roku, a mamy już marzec. Trochę Was, moi Drodzy, zaniedbuję i mam tego pełną świadomość. Jednak nie starcza mi nieraz czasu nawet na to, by włączyć komputer. Zresztą nieraz nie mam czasu na czytanie, a tym bardziej na recenzowanie. Jednak teraz się to trochę zmieni, bo w tym roku przeczytałam już kilka naprawdę wybitnych książek, a także kilka po prostu dobrych i o wszystkich chciałabym kilka słów napisać. Na pierwszy rzut idzie jednak zbiór opowiadań, tak przeze mnie cenionego (co widać po liczbie recenzji), Jana Grzegorczyka.
Dziesięć wyśmienitych tekstów, które poruszają do głębi i każą przystanąć w naszym zabieganym życiu. Zastanowić się nad jego prawdziwym sensem. Nad relacjami, jakie mamy z innymi, szczególnie z naszymi najbliższymi – rodzicami, dziećmi, małżonkami. Jak patrzymy na sąsiadów, czy pomagamy bezdomnym, czy przypadkiem krzywo nie spoglądamy na tych, którzy się jakoś wyróżniają. Czy potrafimy nieść bezinteresowną pomoc, uśmiechnąć się do mijanego przechodnia, powiedzieć dobre słowo odwiedzanemu choremu. I jeszcze nad wieloma innymi kwestiami, do których opowiadania te są doskonałym wstępem.
Grzegorczyk pisze pięknie, a jednocześnie prosto. Bez patosu, a jednak wywołuje łzy. Pokazuje, że nie jest nam wcale potrzebne wielkie wzruszenie niczym z amerykańskiego kina patriotycznego. Że czasami wystarczy zwyczajny uśmiech, ciepła herbata, upieczona dla kogoś szarlotka. Tego też uczą się pielęgniarki i wolontariusze, którzy trafiają do hospicjum. Bo to właśnie tam rozgrywa się akcja większości opowiadań, tam życie spotyka się ze śmiercią. Tam w końcu trafiają ludzie, dla których  ciała nie ma już ratunku. Którzy jednak potrzebują ratunku dla ducha. A nieraz tym ratunkiem okazuje się po prostu zwyczajne bycie kogoś obok, nawet kogoś obcego.
Każde opowiadanie napisane zostało w pierwszej osobie, ale każde jest opowieścią innego bohatera. Są nimi pielęgniarki, siostry z hospicjum, ksiądz, jeden z odwiedzających. Dziesięć historii i dziesięciu narratorów. Ich historie się przeplatają, wszak wszyscy oni są złączni niezwykłym węzłem. Jednak galeria postaci jest znacznie bogatsza – są tu przecież także pacjenci i ich bliscy. Czy zawsze bliscy? To już trochę inna sprawa, ale żeby dowiedzieć się, co mam na myśli, musicie sięgnąć po książkę. 
Samotność, marzenia, utracone lata. Pamięć, zapomnienie, żal do siebie i do innych. Szukanie wybaczenia i wybaczanie. Nawrócenie, odwrócenie, wywrócenie wszystkiego do góry nogami. O tym i wielu innych ważnych sytuacjach, o tym, co dzieje się w ludzkim sercu, gdy ciało umiera, o tym co dzieje się w serach tych, którzy pozostają. I jak sobie z tym odchodzeniem poradzić.
Temat trudny, poruszający, opisany został w bardzo delikatny i wyważony sposób. Tak, by nikogo nie dotknąć, nie zranić, a jednak dać nadzieję. Na co? Na cud? Można to nazwać i cudem. Nie chodzi jednak o to, że śmiertelnie chory nagle cudownie ozdrowieje. Raczej o to, że może, nawet w ostatniej chwili, uratować kawałek czyjegoś życia, dać komuś coś z siebie, mały kawałeczek nieba, do którego być może za chwilę sam trafi. Bo w hospicjum pacjenci nie tylko dostają, oni także bardzo wiele dają tym, którzy przy nich czuwają. 
Książka została bardzo starannie przygotowana do wydania, nie można się przyczepić do żadnych błędów czy innych wydawniczych i drukarskich bubli. Jest po prostu taka, jakie książki być powinny. A czy rzeczywiście uzdrowiła wiele dusz, tak jak można przeczytać na tylnej okładce – tego nie wiem. W mojej głowie (i moim sercu) pozostanie jednak na długo. 
Pamiętajcie – życie to akrobacja...






Książkę przeczytałam dzięki uprzejmości Zysk i S-ka:

wtorek, 13 grudnia 2016

Dziennik Coachingowy. 365 pytań do Twojego coacha – Kamila Rowińska i Kamila Kozioł

Wydawca: Rowińska Business Coaching, 2014
Oprawa: miękka
Liczba stron: łącznie ok. 400
Ilustracje: nie podano
ISBN: 978-83-938479-4-5; 978-83-938479-5-2;
978-83-938479-6-9;
978-83-938479-7-6






Nigdy nie lubiłam słowa coach. Zawsze mnie irytowało. Pewnie dlatego, że ogólnie zawsze irytowało mnie... istnienie coachów. Dlaczego zatem postanowiłam skorzystać z tej szansy i przez okrągły rok "pracować" z coachami? 
Namówiła mnie przyjaciółka. Gdyby zaprosiła mnie na szkolenie coachingowe, to pewnie powiedziałabym "nie". Ona jednak, wiedząc po części jakie jest moje nastawienie do tematu, podeszła mnie niejako. Podarowała mi cztery tomy "Dziennika coachingowego". I okazało się, że to był strzał w dziesiątkę. Cóż, chyba zna mnie lepiej niż ja sama.
Myślę, że zanim zabrałam się do pracy minęły jakieś dwa tygodnie. Nie pamiętam dokładnie. W każdym razie pierwszy wpis widnieje pod datą 9 lutego 2015, a ostatni 8 lutego 2016. Tak, wiem, zaraz będzie rok odkąd skończyłam pracę. Czy to znaczy, że coś poszło nie tak? Nie, po prostu końcówka ciąży, pojawienie się na świecie Bliźniaczek, ogólny chaos, entuzjazm, strach, zmęczenie... Wiecie – macierzyństwo nie sprzyja pisaniu długich recenzji. Uznałam jednak, że najwyższy czas, by podzielić się z Wami moimi spostrzeżeniami z rocznej pracy z "Dziennikiem...".
Każdy tom odpowiada mniej więcej jednemu kwartałowi, nie są to jednak oderwane od siebie części. Tworzą jedną zwartą całość, z którą pracę możecie rozpocząć w dowolnym dniu w roku. Nie sposób jednak zacząć od połowy, czyli np. od trzeciego tomu, i... nie widzę większego sensu, by w ogóle zaczynać, jeśli się nie jest gotowym na całość. Po prostu treści pięknie ze sobą korespondują, nawiązują do różnych poprzednich i następnych zadań i rzeczywiście są jakby jednym długim, naprawdę długim, spotkaniem. Wejrzeniem w siebie. 
Tryb jest cykliczny, choć nie do końca. Wygląda to mniej więcej tak: po określeniu swojego miejsca, celu i rzeczywistości przechodzimy do cyklicznych: afirmacji, następnie celów, a potem wdzięczności. Dalej następuje jeden, dwa dni z innymi zadaniami i znowu kolejno afirmacje, cele i wdzięczność. Kolejna porcja nowości i afirmacje... Myślę, że już rozumiecie. Z jednej strony ta cykliczność może w pewnym momencie trochę nużyć, z drugiej nagle odkrywamy, że zmieniamy cele, bo już je spełniliśmy, że jesteśmy wdzięczni za drobiazgi i zaczynamy się cieszyć nawet z tego, że... mamy czym oddychać. To niesamowite wrażenie, gdy w życiu będącym pasmem trudności i strachu nagle odkrywasz, że masz tak wiele rzeczy i, przede wszystkim, osób, za które powinieneś być wdzięcznym.
Proste? Nie do końca. Niektóre zadania wykonuje się w kilka minut, ale niektóre są takie trudne, że de facto zajmują cały dzień, a i tak nie jesteś potem pewien, że zrobiłeś wszystko. I nie chodzi o to, że siedzi się z "Dziennikiem..." całą dobę. Robisz swoje, ale dumasz, myślisz, "rozkminiasz", szukasz odpowiedzi. Z pozoru proste pytanie okazuje się ciężkim orzechem do zgryzienia. Ponieważ życie nie jest łatwe, odnalezienie siebie i odkrycie, czego się naprawdę chce to żmudna praca i... właściwie dopiero sam jej początek.
Jeśli o mnie chodzi to uwielbiałam większość zadań. Pozwoliły mi one na poukładanie wielu spraw, z którymi nie potrafiłam się wcześniej uporać. Wyznaczeniu prawdziwych, realnych celów i terminów ich wykonania. Nadto zaczęłam dostrzegać drobnostki, dzięki którym świat jest piękny. Szczerze – zastanawiam się, czy za rok albo dwa nie zakupić "Dziennika..." raz jeszcze i nie przejść przez tę całą drogę po raz drugi. To byłoby ciekawe doświadczenie. 
Zadania są jasno określone (chyba tylko jednego z 365 nie zrozumiałam) i naprawdę mądre.
Dodatkowe atuty: ciekawe ilustracje, które po prostu cieszą oko, cytaty motywacyjne, które zostały doskonale dobrane, miejsce na własne myśli, które często i chętnie uciekają, jeśli ich się od razu nie zapisze.
Minusy: trochę mało miejsca na zapisywanie tego, co jest zadaniem. Często musiałam naprawdę ściskać wypowiedzi, żeby się zmieścić, a i tak nieraz musiałam pisać gdzieś po bokach, bo miejsca po prostu nie starczało. 
Afirmacje: nie, nie, nie. Irytowały mnie niesamowicie. Początkowo traktowałam to jako ćwiczenie pamięci. Jak wiele z 26 afirmacji będę w stanie zapisać z pamięci. Jednak to nie miało sensu, ponieważ ja po prostu zupełnie nie wierzę w moc afirmacji i zamiast mnie podbudowywać, sprawiały, że się wkurzałam i niecierpliwiłam. Po ośmiu miesiącach odpuściłam i przestałam je zapisywać. I pewnie zrobiłabym to samo, gdyby było ich tylko pięć. 
Dlaczego nie podano, kto wykonał ilustracje, których są całe setki – tego wyjaśnić nie umiem i mam nadzieję, że w kolejnych wydaniach zostanie ten błąd naprawiony.
Podsumowując zatem: "Dziennik coachingowy" jest dla wszystkich, którzy czują, że muszą sobie ułożyć życie, że jakieś sprawy są nie do końca załatwione, że sami nie wiedzą, do czego dążą. To idealna wręcz pozycja dla każdego, kto potrzebuje drastycznej zmiany wprowadzanej w delikatny sposób, wymagający jednak systematycznej i poważnej pracy nad sobą.

czwartek, 8 grudnia 2016

O czym szumią wierzby – Kenneth Grahame

Wydawnictwo: Zysk i S-ka 
Poznań 2016
Oprawa: twarda z obwolutą
Liczba stron: 271
Tytuł oryginału: The Winds in the Willows
Przekład (z angielskiego): Maria Godlewska
Ilustracje: Inga Moore
ISBN: 978-83-65521-75-0






Pewnego dnia spokojny, mieszkający w swej norce Kret zaczyna czuć coś dziwnego. Nie sprawiają mu już przyjemności wiosenne porządki, bielenie ścian zdaje się dość nudne, choć przecież nigdy wcześniej nie było. Co się dzieje? Otóż poczciwe, futrzaste stworzonko niespodziewanie zaczyna odczuwać chęć do poznania świata i przeżycia przygody. Przypomina Wam to coś? Owszem, trudno nie pomyśleć o słynnym hobbicie Bilbo Bagginsie, który wyruszył w świat, za przygodą właśnie. Jednak "O czym szumią wierzby" to nie książka zainspirowana opowieścią o dzielnym hobbicie, o nie. Kenneth Grahame swoją historię, powstałą dzięki spisaniu "opowieści do poduchy", które opowiadał synowi, wydał niemalże trzydzieści lat przed Tolkienem. I trzeba przyznać, że jest ona znacznie, znacznie ciekawsza (i to nie tylko dlatego, że nie jestem fanką powieści o hobbitach).
Tak oto zaczyna się wielka przygoda Kreta. Poznaje on wiele zwierząt z otaczającej jego norkę okolicy. Najpierw dzielnego Szczura, dzięki któremu będzie mu dane przeżyć nie tylko całe mnóstwo przygód, ale również siłę prawdziwej przyjaźni... na dobre i na złe. Wśród grona bliskich mu zwierzątek znajdą się również mądry Borsuk i szalony, kompletnie nieodpowiedzialny Ropuch (którego przygody są chyba najciekawsze).
Choć w pierwszej chwili może się wydawać, że "O czym szumią wierzby" to po prostu bajka dla dzieci, warto się w nią wgłębić. Uczy ona nie tylko o sile przyjaźni i potędze marzeń, ale również ukazuje mnóstwo ludzkich przywar i życiowych prawd, mimo że została napisana już ponad sto lat temu. Choć technologia poszła do przodu, dokonało się kilka znaczących przewrotów społecznych, medycyna odmieniła oblicze ludzkiego życia... to człowiek tak naprawdę niewiele się zmienił. Nadal w każdym z nas drzemie głód przygód, a równocześnie wielka potrzeba odnalezienia swego "kawałka podłogi". Chcemy być sławni, kochani, podziwiani, pragniemy, by coś po sobie pozostawić, a tak naprawdę czujemy się wciąż samotni i potrzebujemy drugiego człowieka. Tacy też są bohaterowie Grahame'a. Czasami znudzeni, czasami zgubieni, innym razem butni i dumni, a kolejnego dnia po prostu potrzebujący ramienia do wypłakania się. Dobrzy i źli, ciepli i odpychający, dzielni, uczciwi, złośliwi, waleczni, podstępni. Piękny portret człowieczeństwa ukazuje nam ta cudowna grupa futrzaków.
Powieść napisana jest przepięknym językiem, który urzeka w każdym zdaniu. Przekład Marii Godlewskiej wspaniale oddaje klimat opowieści z początków ubiegłego wieku. Jest elegancki, a jednocześnie bardzo przystępny. W powieści można co i rusz znaleźć sporą dawkę dobrego, angielskiego humoru, co jest olbrzymim plusem całości (tak jakby jeszcze jakieś dodatkowe plusy były konieczne...). 
Wydanie jest po prostu boskie i żadne inne słowa tego nie oddadzą. Te ilustracje to prawdziwy majstersztyk. Dokładnie tak wyobrażałam sobie świat opisywany przez Autora. Na dodatek poza wieloma całostronicowymi ilustracjami niemal na każdej stronie jest jakiś obrazek – a to postać, a to jakiś ładny, sielski widoczek. Tę książkę można nie tylko czytać, ale również oglądać niczym album pełen przepięknych prac. I jeszcze ten cudowny zapach druku... Rozmarzyłam się na to wspomnienie. 
Jeśli jeszcze szukacie prezentu na Święta, nie tylko dla dziecka, to właśnie go widzicie. Zresztą co tu dużo mówić, "O czym szumią wierzby" plasuje się na 16. miejscu na liście The Big Read BBC, która to lista obejmuje dwieście książek wszech czasów. Po prostu wstyd tego dzieła nie znać i nie mieć na swojej półce, a najnowsze wydanie Zysku jest naprawdę wyjątkowe.






Książkę przeczytałam dzięki uprzejmości Zysk i S-ka:

poniedziałek, 5 grudnia 2016

Perła. Afrykański przypadek księdza Grosera – Jan Grzegorczyk

Wydawnictwo: Zysk i S-ka 
Poznań 2016
Oprawa: miękka ze skrzydełkami
Liczba stron: 396
Ilustracje: Andrzej Załecki
ISBN: 978-83-65676-00-9






Chciało by się rzec, że to z dawna wyczekiwana książka, Powieść, na którą czekało się niecierpliwie. Oj, chętnie bym tak napisała, jednak... Już dawno pogodziłam się z myślą, że "Cudze pole" kończy opowieść o księdzu Wacławie. Na szczęście tym razem się pomyliłam, a Jan Grzegorczyk dostarczył mi nie tylko wielu mocnych wrażeń, ale również udowodnił, że każda kolejna jego książka jest jeszcze lepsza od poprzedniej. Niewielu się to udaje, szczególnie w cyklu.
Wacław, co chyba nie dziwi, gdy zważyć na fakt spisania kolejnych jego przypadków, przeżył... gwoździowanie. Tak, za żadne skarby nie chce tego przykrego zdarzenia nazywać krzyżowaniem, choć wielu tak je własnie określa. W tym niektórzy bardzo nieprzychylnie. Jak zwykle zresztą, Groser spotyka na swej drodze tyle samo dusz życzliwych, co i takich, które chętnie widziałyby go w piekle, a jeszcze lepiej urządziłyby mu piekło na ziemi. Rzecz w tym, że tak wygląda życie każdego, kto choć raz wychyli się przed szereg, a jak już doskonale wiemy, Groser wychyla się co i rusz.
W "Perle" pojawi się kilka nowych postaci, ale w większości, mimo wszystko, będą tu osoby dobrze nam znane. 
I tak, śledztwo w sprawie gwoździowania będzie się toczyło przez całą powieść, nie zdradzę Wam jednak kto okaże się winnym. Mogę jedynie nadmienić, że po drodze ucierpi przynajmniej kilka osób.
Przypadek afrykański... Cóż, w Afryce zaledwie kilkadziesiąt stron, ale rzeczywiście wyjątkowa to była podróż i to nie tylko dla samego Grosera, ale również dla mnie. Choć najmocniejsze uderzenie, również w dosłownym tego słowa znaczeniu, będzie później, pod koniec powieści.
Grzegorczyk buduje napięcie z każdą kolejną stroną, choć przecież już pierwsze zdania są bardzo mocne i wydaje się, że już nic bardziej wstrzymującego oddech nie wymyśli. Zaskakuje jednak i to bardzo pozytywnie. Znów pokazuje nam całą "plejadę gwiazd". I znów nikt nie jest zdecydowanie dobry czy zły. Czasem zaś okazuje się, że siedzący od dwóch dekad w więzieniu recydywista ma sumienie czystsze od... księdza. Historia każdej postaci daje do myślenia i zmusza, by choć na chwilę zastanowić się, po której "stronie mocy" my jesteśmy i jak Autor sportretowałby nas.
"Perła" różni się od poprzednich tomów tym, że jest bardziej nakierowana na wnętrze Wacława, na jego przeżycia i przemyślenia niż na jego działanie. Tutaj dzieje się więcej u innych, u Wacława... dzieje się, owszem, ale ukazane to jest jednak bardziej z perspektywy tego, jak on wszystko widzi, odczuwa. Uważam, że to był bardzo trafiony pomysł.
W powieści pojawiają się również, i to nawet dość często, maile – w szczególności od Magdy, która wyrusza, wraz z mężem, do Syrii. Korespondencja Grosera jest ciekawa i wiele wnosi do całej historii. I, jak być może wiecie, w moim odczuciu jest wielkim plusem, ponieważ mam wielką słabość do powieści epistolarnej. 
Czym jest tytułowa perła? Grzegorczyk zwiedzie Was kilkukrotnie zanim napisze, o co właściwie chodzi. A może... może tych pereł jest w powieści po prostu znacznie więcej?
Najnowsza część historii Grosera rozkłada na łopatki, trzymając cały czas w napięciu. Trudno się od niej oderwać, choć życie do tego zmusza. Jednak wciąż gdzieś z tyłu głowy jakiś piskliwy głosik zdaje się nadawać: "weź książkę, weź książkę, czytaj dalej... co też się dzieje u Grosera".
Miłym dodatkiem są ilustracje. Pięknie wykonane, wzbudzają cała masę uczuć. Idealnie pasują do tej powieści.
Kilka błędów, niestety, znalazłam. Nie zaburzały jakoś mocno przyjemności płynącej z lektury, ale myślę, że można ich było uniknąć. Może w kolejnym wydaniu.





Książkę przeczytałam dzięki uprzejmości Zysk i S-ka: