Fragment mojej recenzji został umieszczony na okładce powieści "Skazaniec. Z bestią w sercu" Krzysztofa Spadło


Moja recenzja została zamieszczona na okładce powieści "Wojownicy. Odwet Wysokiej Gwiazdy" Erin Hunter

Fragment mojej recenzji „Korony śniegu i krwi” został umieszczony na okładce powieści Elżbiety Cherezińskiej – "Niewidzialna korona"

środa, 23 września 2020

Małe ogniska – Celeste Ng

 

Wydawnictwo: Papierowy Księżyc
Słupsk 2020
Tytuł oryginału: Little Fires Everywhere
Przekład (z j. angielskiego): Anna Standowicz-Chojnacka
Oprawa: miękka ze skrzydełkami
Liczba stron: 422
ISBN: 978-83-8144-267-1
 
 




 

Kolejna powieść będąca odkryciem dzięki naszemu Dyskusyjnemu Klubowi Książki. Kolejna, po którą (ze względu na okładkę) bym pewnie sama nie sięgnęła. Kolejna, za którą jestem bardzo, naprawdę bardzo wdzięczna. 
Akcja powieści rozgrywa się w idealnym miasteczku, Shaker Hights, położonym w pobliżu Cleveland. Idealnym? Takie było założenie. Ponieważ w 1927 roku (o ile nie pomyliłam dat) było to pierwsze miasto całkowicie zaplanowane. Nie tylko od zera wytyczano ulice, place i parki. Wszystko podlegało ( i niezmiennie podlega) regulacjom. Kolor domów, umiejscowienie śmietników, to, co może rosnąć w przydomowych ogródkach (tylko kwiaty, żadnych owoców czy warzyw). Oczywiście przekładało się to również na to, kto w Shaker Hights mógł mieszkać. A i samo miasto nie jest homogeniczne. Ma swoje lepsze i gorsze dzielnice, ale wszystko ma być na pozór idealne. Nawet domki dwurodzinne pobudowano w taki sposób, by mieszkania znajdowały się jedno nad drugim, a nie obok siebie, co sprawiało wrażenie, że są jednorodzinne. Dzięki temu łatwiej jest je wynająć bądź sprzedać. Ale i to nie jest takie proste, bo aby sprzedać nieruchomość należy uzyskać zgodę sąsiadów co do nowych nabywców. Shaker Hights to bowiem nie tylko idealne miasto, ale i idealna społeczność lokalna.
No dobrze, wiemy, że takie miejsca nie istnieją,. To czysta utopia. Czego nie widać na zewnątrz, gromadzi się wewnątrz. Małe pęknięcia, małe iskierki, które pewnego dnia mogą stać się zarzewiem potężnego pożaru. Tak stało się i tutaj. Akcja rozgrywa się w 1997 i 1998 roku i rozpoczyna od sceny pożaru właśnie. Płonie piękny dom państwa Richardsonów, a wszystko wskazuje na to, że podpalenia dokonała ich najmłodsza córka. Jak mogło do tego dojść? Otóż cofamy się nieco w przeszłość, mniej więcej o rok i poza rodziną Richardsonów poznajemy jeszcze kilkoro innych mieszkańców miasteczka, w tym przede wszystkim nowoprzybyłe Mię i jej córkę Pearl, które wynajmują od Richardsonów mieszkanie w dwurodzinnym domku w nieco biedniejszej dzielnicy.
Mia jest artystką, fotografem. Naprawdę utalentowaną osobą, która całe swe dorosłe życie poświęciła fotografowaniu i córce. Podróżują po kraju, zmieniając miejsca zamieszkania, kiedy tylko Mia zakończy kolejny projekt. Nigdzie nie  zatrzymują się na dłużej, posiadają absolutne minimum, a nowe mieszkania meblują tym, co znajdą na wystawkach, bądź od kogoś dostaną. Brak mebli, nawet łóżek, nie jest dla nich problemem. Choć zdjęcia Mii są fantastyczne i poruszające, nie może z nich wyżyć. Dlatego łapie się różnych dodatkowych prac. Zmywanie, sprzątanie, praca za ladą. Nic nie jest jej obce. Byleby tylko utrzymać się na powierzchni i zapewnić Pearl choćby minimum do życia. Gdzie jest ojciec i reszta rodziny? Dowiecie się w drugiej połowie powieści, ale nie zamierzam Wam psuć przyjemności z lektury.
Mia wprowadza zamęt w idealnym życiu lokalnej społeczności. Samym swoim stylem życia wybija się ponad przyjętą normalność. Dla niej najważniejsze są uczucia, a nie pozory. Choć, jak się okazuje, ma więcej tajemnic niż pozostali. Bo wszyscy w tej powieści coś ukrywają. Czasem jest to coś wielkiego, czasem jakiś drobiazg. Nigdy jednak nie wiadomo, co z tego ukrywania wyniknie.
Akcja jest porywająca. Dzieje się tu naprawdę wiele, a jednocześnie powieść jest tak nasycona psychologią, głębokimi przemyśleniami, rozważaniami nad relacjami i uczuciami. Jest zresztą reklamowana jako dająca głęboki psychologiczny wgląd w potęgę macierzyństwa. I jest to, moim zdaniem, mało powiedziane. Miłość Mii do Pearl jest tak inna od tego, co czuje pani Richardson do swoich dzieci. Wielka potrzeba posiadania dziecka przez jej przyjaciółkę Lindę zostaje przeciwstawiona porzuceniu dziecka przez Bebe. Jednocześnie okazuje się, że sprawa wcale nie jest oczywista. Rozpętuje się wielka walka, która podzieli społeczność Shaker Hightrs (a nawet rodziny wewnątrz ich bezpiecznych domów), a której pierwszą iskierkę wykrzesała Mia. Na naszych oczach rozgrywa się niesamoiwty proces, w którym o prawa do opieki nad roczną dziewczynką walczy jej biologiczna matka i opiekunowie będący w trakcie adopcji. Nie bez znaczenia pozostaje tu również temat rasizmu i tego, czy dziecku będzie lepiej z rodzoną, kochającą, samotną matką, czy z dwójką rodziców, którzy żyją w luksusie i... też ją bardzo kochają. Bo te dwie rodziny nie tylko mają swoje racje, obie po prostu mają rację. I trzeba wiertzyć, bo wszystko na to wskazuje, że obie strony w tym procesie chcą naprawdę najlepiej dla May Ling vel Mirabelle. Nie tylko dla siebie, ale właśnie dla niej. Nie można ominąć pytania o to, czym właściwie jest macierzyństwo – czy ważniejsze są więzy krwi, czy uczucia. Kto jest bardziej matką i ojcem. W końcu i Pearl pewnego dnia dowie się prawdy o swoim pochodzeniu. Jednocześnie, jakby w opozycji do tej walki o dziecko, pojawia się trudny i bolesny temat aborcji wśród nastolatek. Tym trudsniejszej, że odbywającej się w mieście, w którym wszystko powinno być idealne, a o "takich" rzeczach nie rozmawia się nawet z najbliższymi i wszystko trzeba przeżywać w samotności.
W tym względzie – zagadnienia macierzyństwa i tego, czym naprawdę jest "Małe ogniska" przypominają mi "Matki i córki" Ałbeny Grabowskiej, które przeczytałam (cóż za niesamowity zbieg okoliczności) tuż przed powieścią Celeste Ng. Choć dzieją się w zupełnie różnych środowiskach (USA i Polska), różnych czasach (połowa lat '90 i okres od końca zaborów do współczesności), choć mówią o kompletnie różnych rodzinach (pełna rodzina Richardsonów oraz cztery pokolenia samotnych kobiet wychowujących córki) to traktują to zagadnienie bardzo poważnie i pokazują przeróżne oblicza macierzyństwa.
Powieść wyróżnia się wspaniałą kompozycją odsłaniającą tajemnice z przeszłości i powoli wyjaśniającą różne zachowania kolejnych bohaterów. Bo niewiele jest tym, czym wydaje się na początku. Relacje międzyludzkie to bardzo złożona sprawa. Najlepszym tego przykładem jest relacja pani Richardson z Izzy. Pokazuje jak cienka może być linia pomiędzy troską o dziecko a gnębieniem go. Jak wiele złego mogą spowodować niedopowiedzenia i tajemnice, nieumiejętność okazywania uczuć i otwartego mówienia o nich. Zresztą wszystko to właściwie doprowadza do finalnej tragedii, bo każdy posądza o najgorsze nie tych, których należy.
Choć cytatów nie wypisałam wiele (jedynie trzy, które wkrótce będziecie mogli zobaczyć na moim fanpage'u), to są one tak głębokie, że można naprawdę godzinami się nad nimi zastanawiać. Uwielbiam takie książki. Nie moralizują, nie zasypują nas "złotymi myślami", ale docierają do głębi tematu i drążą, drążą, coraz głębiej, zmuszając nas do tego, byśmy naprawdę zwolnili i przemyśleli sprawę.
Nie tylko nie mogłam się oderwać od lektury, ale w przerwach (czytałam cztery dni) cały czas o tej książce myślałam. Ten świat stał się na krótki czas moim światem, wciągnął mnie absolutnie. Tym bardziej, że Pearl jest właściwie moją rówieśniczką. Urodziła się zaledwie rok przede mną, więc w wielu momentach czułam, jakbym chodziła z nią do szkoły. Mamy, mimo różnych życiorysów, wiele podobnych wspomnień z tamtych lat. Nostalgia za beztroskimi latami '90 zrobiła swoje.
Niestety książka ma jeden minus. Mianowicie, dość dużo błędów. Choć kiedy w pewnym momencie napotkałam czas zaprzeszły serce niemalże wyskoczyło mi z piersi. Tłumaczenie jest wspaniałe, a do czasu zaprzeszłego mam wielką słabość i chylę czoła każdemu współczesnemu autorowi (tak, tłumacze to też w pewnym sensie autorzy), który go wykorzystuje, gdzie trzeba.
"Małe ogniska" zostały uznane książką roku przez m.in. People, Washington Post, Esquire, iBooks, Goodreads czy National Public Radio. Wcale się nie dziwię. Mam nadzieję, że i w Polsce zostaną docenione.
Jestem bardzo ciekawa serialu, który powstał na podstawie powieści. Z chęcią go poznam, choć nie sądzę, by mógł być tak dobry, jak książka, tak głęboki, budzący takie emocje i przemyślenia. Jednak chyba warto go poznać.



Książkę przeczytałam w ramach Dyskusyjnego Klubu Książki

 

poniedziałek, 21 września 2020

Matki i córki – Ałbena Grabowska

 

Wydawnictwo: Marginesy
Warszawa 2019
Oprawa: miękka
Liczba stron: 362
ISBN: 978-83-66335-28-8
 
 





 

Sięgając po tę książkę miałam bardzo wysokie oczekiwania i nie zawiodłam się. Ałbena Grabowska znów okazała się prawdziwą mistrzynią, która naprawdę potrafi porwać czytelnika, zarówno treścią, jak i formą.
Cztery kobiety. Każda z nich samotnie wychowuje córkę. Każda z nich nosi w sobie wiele bólu. A jednak stara się kochać, na ile potrafi. Czy ta miłość wystarczy jej córce? Czy poczucie bycia niekochanym przez matkę położy się cieniem na życiu którejś z nich? Gdzie się w tej rodzinie podziali mężczyźni? Czy Lila ma rację podejrzewając, że z tajemniczą śmiercią jej ojca miały coś wspólnego matka, babka i prababka?
Początek powieści to mnóstwo pytań. Właściwie na wszystkie chyba otrzymujemy ostatecznie odpowiedzi, choć nijak się ich nie spodziewamy. Historie Marii, Sabiny, Magdaleny i Pauliny zwanej Lilą są zagmatwane, niesamowite, trochę nieprawdopodobne, a jednocześnie tak bardzo realne, tak bardzo możliwe... Czy któraś z nich jest prawdziwa? Pozostaje jedynie się nad tym zastanawiać. Niezależnie jednak od tego, czy Autorka wymyśliła je w całości czy zaczerpnęła z opowieści o prawdziwych losach jakichś kobiet, warto się w te historie zagłębić, bo każda nas czegoś uczy.
Maria, dziewczyna z dobrego domu, wychodzi za mąż z miłości. Mamy początek XX wieku, Polska pod zaborami, kobiety nie mają zbyt wielu praw. Ślub z miłości wśród dobrze sytuowanych rodzin jest przywilejem i wielkim szczęściem. Szczęściem, które w przypadku Marii trwa zaledwie miesiąc. Po tym czasie jej mąż zostaje oskarżony o zdradę i skazany na Sybir. Z miłości i poczucia obowiązku ona podąża za nim. Jej życie odmieni się w sposób, jakiego nie mogła podejrzewać. Kiedy, wraz z mężem i córeczką, powróci do wolnej Polski, będzie już zupełnie inną osobą. Naznaczoną biedą, samotnością, niezrozumieniem, cierpieniem, śmiercią bliskich. A przyjdzie jej pożyć jeszcze długie lata i doczekać się wnuczki i prawnuczki.
Sabina jest obiecującą skrzypaczką. Na jej koncerty przychodzą tłumy melomanów. Ma przed sobą świetlaną przyszłość. Niczego od nie oczekiwano poza tym, żeby grała. I wówczas, kiedy jest u szczytu niesamowitej kariery, Niemcy rozpoczynają swą drogę ku zdobyciu dla siebie większej przestrzeni życiowej. Wojna, a w szczególności przeżycia w obozie naznaczą ją, jak wszystkich więźniów, do końca życia. Z obozu wyjdzie inną kobietą. Z poczuciem straty, beznadziei, winy za to, co zrobiła, by odzyskać wolność. Zawsze już będzie sobie zadawała pytania o to, czy należało wówczas za wszelką cenę przeżyć, czy może zachować honor. Próbować w tym piekle znaleźć choćby namiastkę normalności, czy poddać się. Kochać czy nienawidzić. W którym momencie jej długiego życia pojawi się Magdalena? Czy to dziecko obozowe, efekt straszliwych eksperymentów medycznych przeprowadzanych na więźniarkach? Dziecko poczęte w wyniku gwałtu? Czy może owoc miłości?
Magdalena żyje w cieniu matki i babki, które przeżyły piekło. Piekło, o którym raczej nie chciały opowiadać. Jednak sposób, w jaki okazują uczucia różni się mocno od tego, jaki można uznać za standardowy. Polska pod jarzmem Związku Radzieckiego jawi się szarym kawałkiem świata, w którym nie ma przyszłości. Burzliwy związek z Jankiem nie ułatwia tego życia. Czy Magda zdecyduje się na wyjazd z ukochanym? Czy wyruszą do jego wuja do Paryża, czy może do ciotki jej przyjaciółki, do USA? A może zostaną, kiedy Magda zrozumie, że jest w ciąży?
W końcu Lila. Urodzona dokładnie w tej chwili, w której jakiś kierowca potrącił śmiertelnie jej ojca. Próbująca od dziecka zrozumieć, czy jest pogrobowcem, czy nie. Żyjąca w cieniu trzech przodkiń. A kiedy babka i prababka umierają, starająca się jakoś zapełnić tę wyrwę. Została psychologiem, bo miała nadzieję, że w ten sposób będzie umiała zdiagnozować samą siebie i sobie pomóc. Co się zmieni w jej życiu, kiedy na zdjęciu USG zobaczy małego człowieka, który rozwija się w jej ciele? Czy i tej małej istotce przyjdzie żyć bez ojca?
"Matki i córki" to niesamowita opowieść o losach niezwykłych, a jednocześnie zwyczajnych kobiet, do których los się nie uśmiechał. A przede wszystkim o trudnych relacjach międzypokoleniowych. O rodzinnych tajemnicach i wielkiej sile macierzyństwa, które jest w stanie wszystko pokonać. Wszystko to z Historią przez duże H w tle (zupełnie jak w "Stuleciu Winnych"). 
Lila poznaje kolejne szczegóły z życia swoich przodków powoli.W różnej kolejności. A my możemy śledzić historie tych czterech kobiet niemalże równolegle. W odróżnieniu od "Doktora Bogumiła" (najnowszej powieści Ałbeny Grabowskiej), w "Matkach i córkach" mamy raczej krótkie rozdziały, co pozwala na szybkie przechodzenie od jednej postaci do drugiej. Dzięki tej konstrukcji powieści wciąż czytamy dalej, bo chcemy poznać dalsze losy jednej z bohaterek, a zanim nam się to uda, niejako po drodze, poznajemy życie innych. I tak w kółko. Aż do ostatniej strony, która utwierdza nas w przekonaniu, że powieść jest doskonale zaplanowana, przemyślana i zrealizowana. Przy tym wszystkim jeszcze świetnie napisana – z polotem, lekko, inteligentnie, pięknie językowo.
Czy polubicie bohaterki "Matek i córek"? Trudno orzec. To nie jest powieść, w której łatwo się z bohaterami utożsamić. Właściwie trudno je polubić. Może Marię. Marię właściwie lubiłam. Sabiny było mi żal. Magda wywoływała raczej litość. Natomiast Lili nie lubiłam i nie lubię. Rozumiem, że nie miała łatwo, ale... tak naprawdę z nich wszystkich ona miała najłatwiej, a jej charakter i osobowość są raczej nieprzyjemne. W pierwszej chwili taka ocena głównych bohaterek może się wydawać niepochlebna, ale po dłuższym przemyśleniu pewnie dostrzeżecie, że to wielki plus. Każda z kobiet budzi inne emocje. Są prawdziwe do bólu. To nie papierowe księżniczki, superbohaterki, z którymi chcielibyśmy się porównywać, ale kobiety z krwi i kości, których postawa wynika z wielu trudnych doświadczeń.
Życząc Wam przyjemnej lektury, gorąco zachęcam do sięgnięcia po "Matki i córki".


 
 
 

piątek, 11 września 2020

Moje emocje. Pokazuję, co czuję – Stephanie Couturier

 

Wydawnictwo: Jedność
Kielce 2020
Oprawa: miękka
Liczba stron: 52
Ilustracje: Maureen Poigninec
ISBN: 978-83-8144-267-1
 
 


 



Jeśli czytacie Dune Fairytales od jakiegoś czasu, z pewnością zauważyliście, że sporo czytamy o emocjach (a jeszcze wiele z książek na ten temat nie doczekało się, z braku czasu, recenzji). Szczególnie pozycji przeznaczonych dla dzieci, które jeszcze trudniej od dorosłych sobie z nimi radzą. Tym razem chcę napisać kilka słów o książce nieco innej od poprzednich.
Dlaczego innej? Bo to swoiste połączenie książki i zeszytu ćwiczeń. Główną bohaterką jest Zosia, choć w różnych miejscach pojawiają się także inne dzieci. Zosia, jako narrator, zwraca się bezpośrednio do dziecka, mówiąc do niego, prosząc go o zrobienie czegoś, zadając mu pytania wprost. Uważam, że to bardzo zbliża ją do czytelnika. Ja, oczywiście, mam przez to nieco utrudnioną lekturę, ponieważ muszę wszystkie "ty" zmieniać na "wy" itd, ale i tak widzę, że Dziewczynkom taka narracja bardzo się podoba. 
Jednak nie na sposobie narracji buduję moja opinię o inności tej pozycji. Poza krótkimi historyjkami, typowymi dla życia dzieciaków, na oko przedszkolnych, mamy tu mnóstwo zabawy. Są ćwiczenia ruchowe do wykonania. Są kolorowanki. Są naklejki. Rysunki do dokończenia. Puzzle do ułożenia. Szlaczki do narysowania. Różnice do znalezienia. Można by tak dalej wymieniać, bo zadania są różnorodne, a ich katalog naprawdę bogaty. 
Dzieciom towarzyszy siedem stworków uosabiających siedem emocji, które młody czytelnik poznaje. Każda emocja jest również w innym kolorze, więc nawet z boku można rozpoznać, co będzie na danej stronie. To dobry sposób na pokazanie dzieciaczkom możliwości uporządkowania różnych spraw. Ponadto ułatwia szybkie szukanie. 
Z tyłu książki znajdziemy jeszcze memory do wycięcia (proponuję skserować i dopiero wycinać i nie niszczyć książki, szczególnie, że wówczas można to memory wykorzystać ponownie, jeśli pierwsze uległoby zniszczeniu). Ciekawą sprawą jest koło emocji (również do powielenia i wycięcia), które być może pomoże dzieciom wskazać, co czują oraz (na tej samej zasadzie) kostka do gry w piekło-niebo, oczywiście z emocjami. Tego jeszcze nie wypróbowałyśmy, ale jak już się pobawimy to dopiszę coś w komentarzu do recenzji.
Jest też trochę naklejek, co dzieci bardzo lubią. Niedużo, ale wystarczy, by urozmaicić zabawę, a jednocześnie poćwiczyć motorykę małą.
Praca z tą pozycją to nie tylko poznawanie swoich emocji, ale i świetna zabawa. Ariunia i Rebeczka z wielką przyjemnością proszą o kolejne strony, wracają do materiału już "przerobionego", w różnych momentach wspominają o historyjkach.
Gdyby bardzo chcieć można by pewnie zaklasyfikować tę pozycję do książek szeroko pojętego rozwoju osobistego. Nie zrobię tego jednak. Głównie dlatego, że takich książek w znaczącej większości nie trawię i trzymam się od nich z dala. Jeśli już porównywać ją z czymś dla dorosłych, to powiedziałabym, że "Moje emocje..." przypominają nieco "Dziennik Coachingowy" Kamili Rowińskiej. Tam również trzeba było sporo popracować nad sobą, ale była to praca przyjemna, wspomagana piękną szatą graficzną. Tu również szata graficzna jest na duży plus.
Naprawdę gorąco polecam. Nie tylko tym, którzy mają z emocjami jakieś większe problemy. To doskonała nauka o emocjach w formie wyśmienitej, przyjemnej zabawy.


Tak sobie pomyślałam, że mamy na półkach naprawdę wiele książek o emocjach, w tym dużo również z Wydawnictwa Jedność. Nie mogę pisać o nich wszystkich, bo musiałabym tu siedzieć całymi dniami, ale... postaram się w najbliższym czasie zrobić zdjęcia ich okładek i umieszczę je w jednym poście, byście wiedzieli, co jeszcze polecam. Zdjęcia te pojawią się, oczywiście, również na fanpage'u, do odwiedzania którego gorąco Was zachęcam.






Książkę przeczytałam dzięki życzliwości Wydawnictwa Jedność

poniedziałek, 7 września 2020

Ze świętymi na misjach – Ks. Zbigniew Sobolewski

Wydawnictwo: Jedność
Kielce 2020
Oprawa: twarda
Liczba stron:136
Ilustracje: Ola Makowska
ISBN: 978-83-8144-379-1
 
 

 




Połączenie sił księdza Zbigniewa Sobolewskiego i Oli Makowskiej po prostu nie mogło się okazać niewypałem. Szczególnie jeśli tematem ich pracy są misje. Zresztą to już druga pozycja tego wyśmienitego duetu dotykająca problematyki. Jeśli jesteście zainteresowani, odsyłam również do mojej recenzji "Z Maryją na misjach".
Pobieżne przejrzenie spisu treści wywołało u mnie zdziwienie. Oczywiście znam pierwszych trzech świętych, ale pozostałych już nie. To jasne, że nie znam całego katalogu świętych Kościoła katolickiego, ale rzeczywiście byłam zaintrygowana. Na szczęście szybko zrozumiałam, że nie moje braki są powodem tej sytuacji. W słowie wstępnym bowiem jasno wyjaśniono, że jednym z celów tej pozycji jest pokazania młodemu czytelnikowi (a, czego jestem doskonałym przykładem, również dorosłemu), że misjonarze i święci męczennicy, którzy poświęcili swe życie niesieniu Słowa Bożego nie pochodzą jedynie z Europy i nie są tylko tymi, o których często słyszymy z ambony, czy o których uczymy się w szkole. Zatem poza Europą świętych o błogosławionych przedstawionych przez księdza Sobolewskiego reprezentują mieszkańcy Afryki, Australii i Oceanii oraz Ameryki Łacińskiej.
Książka ma podobny układ do poprzedniej publikacji. Najpierw tekst dotyczący danej osoby, pięknie zilustrowany przez, uwielbianą przez nas, Olę Makowską. Większość z nich jest długa na około cztery strony. Są i takie ciut krótsze i odrobinę dłuższe, ale nie odbiegające daleko od przedziału 4-5 stron. Następnie w kolorowej ramce przysłowia ważne w kraju pochodzenia omawianego świętego. Dalej znajdują się zadania: krzyżówki, quizy, labirynty czy wyszukiwanki i wykreślanki. W kilku przypadkach są jeszcze "żółte strony" z dodatkowymi ciekawostkami, jak na przykład z symboliką róż, kiedy omawiana jest postać świętej Róży z Limy.
Ogółęm to 17 fascynujących biografii naprawdę wyjątkowych ludzi, którzy swe życie – czasem w dosłownym tego słowa znaczeniu – oddali służbie Słowu Bożemu i pracy misyjnej.
Hasła do krzyżówek oraz quizy naprawdę nie są proste. Bez dodatkowej wiedzy, książek i Internetu nie będzie łatwo. Czy to źle? Nie, książka jest dedykowana raczej dla dzieci uczęszczających już do szkoły, potrafiących samodzielnie czytać i pisać, a one z pewnością sobie poradzą z poszukaniem potrzebnych informacji. Taka potrzeba może natomiast być dla nich świetnym ćwiczeniem i zaowocować chęcią pozyskania jeszcze większego zasobu wiadomości.
Książka napisana jest pięknym, ale bardzo przystępnym językiem. W ciekawy sposób przedstawia całe bogactwo chrześcijańskich bohaterów. Przyznać jednak należy, że choć język jest przystępny to ilość nagromadzonych informacji może zniechęcić młodsze dzieci do słuchania. Dlatego ja na razie książkę odkładam na półkę "na czas szkolny", a teraz Dziewczynki mogą sobie oglądać obrazki i zadawać pytania. Czytanie je nieco znudziło, mają dopiero cztery lata i choć czytamy już długie formy (np. "Dzieci z Bullerbyn" czy "Akademię Pana Kleksa"), to jednak muszą w nich być dzieci, żeby Aria i Rebeka poczuły więź. Jeśli chodzi o misjonarzy, to na razie zostajemy (z wielkim uwielbieniem) przy doktor Wandzie Błeńskiej i ojcu Janie Beyzymie.
Osobiście jestem książką zachwycona. Choć jest ona przeznaczona raczej dla młodego czytelnika, dowiedziałam się z niej bardzo wiele. A i rozwiązywanie zadań, odpowiadanie na zagadki i szukanie wyjścia z labiryntów to zabawa, którą zawsze bardzo lubiłam i ceniłam. Nic się w tej kwestii nie zmieniło.
Gdyby jeszcze nie to jednostronne justowanie, które doprowadza mnie do oczopląsu, to byłaby to pozycja idealna...






Książkę przeczytałam dzięki życzliwości Wydawnictwa Jedność

czwartek, 3 września 2020

Nowi książkożercy już na Was czekają!

 

"Inka ze Srebrnej Groty"
Tekst: Barbara Wicher
Wydawnictwo: Wilga
Warszawa 2020
Oprawa: miękka ze skrzydełkami
Liczba stron: 24
Ilustracje: Łukasz Silski
ISBN: 978-83-280-7567-2
 
 

 
 
 

"Koko uczy się migać"
Tekst: Anna Paszkiewicz
Wydawnictwo: Wilga
Warszawa 2020
Oprawa: miękka ze skrzydełkami
Liczba stron: 48
Ilustracje: Marta Kitka
ISBN: 978-83-280-7568-9
 

 

 

Seria "Książkożercy" od Wilgi przeznaczona jest przede wszystkich dla dzieci, które rozpoczynają swoją przygodę z samodzielnym czytaniem. Książki te są jednak tak ładne i ciekawe, że idealnie nadają się również dla młodszych czytelników, którzy słuchają czytających dorosłych i oglądają ilustracje.
Na górze każdej książeczki zaznaczony jest poziom. Poziomy są trzy (A, B i C) i w zależności od tego książki mają różną długość. Zmienia się zarówno liczba stron, jak i liczba zdań na stronie. Poza tym bardzo istotną sprawą jest naprawdę duża czcionka, która ułatwia młodym czytelnikom lekturę. Na końcu każdej książeczki znajduje się lista pytań, które mają na celu sprawdzenie, ile dziecko zrozumiało i zapamiętało z przeczytanej opowieści. Poza tym pytania te są idealnym przyczynkiem do wielu ciekawych rozmów, warto więc z nich skorzystać.
Różne pozycje z serii napisane są i zilustrowane przez różnych autorów, ale wszystkie są piękne. Bardzo estetyczne, z ładnymi ilustracjami, które przyjemnie się ogląda, które nie są nachalne, jak w niektórych książkach dla dzieci. Takie... ciepłe, dzięki czemu nadają się idealnie nawet dla trzylatków.
W nauce czytania nie chodzi jednak tylko o czytanie kolejnych słów i zdań, ale przede wszystkim o wspaniałą przygodę polegającą na poznawaniu nowych, fascynujących przygód i bohaterów. I to najmocniejsza strona tej serii, choć wszystkie pozostałe też są mocne. Fabuły tych książeczek są porywające, nietuzinkowe. Jednocześnie w ciekawy sposób przedstawiają pewne zagadnienia, których być może sami byśmy dziecku nie przekazali. Bo to tematy nieraz trudne. 
"Inka ze Srebrnej Groty" opowiada o tym, jak mogły wyglądać początki sztuki wśród ludzi prehistorycznych. Jest rewelacyjnym przyczynkiem do dyskusji o tym, czym w ogóle jest sztuka, czemu służy, jak ewoluowała. Ale też i o tym, jak wyglądało życie ludzi pierwotnych, czym się zajmowali, co jedli, jakimi zasadami w życiu się kierowali. Moje Córki zwróciły na przykład uwagę na to, że... nie wolno malować po ścianie, ani wyciągać psu kości z pyska. Natomiast głównym wątkiem tej historyjki jest powstawanie pierwszych malowideł skalnych. Czyż to nie świetny sposób, by porozmawiać z dziećmi o tym, jak bardzo różni się nasz świat od tego, w jakim przed tysiącami lat żyła bajkowa Inka?
"Koko uczy się migać" to opowieść o gorylu, który nauczył się języka migowego, porozumiewał nim ze swoją opiekunką i innymi ludźmi. Swego czasu zadziwił cały świat, pokazując, że zwierzęta mogą być znacznie bardziej rozwinięte, zarówno intelektualnie, jak i emocjonalnie, niż dotąd sądzono. To historia o miłości, o potrzebie kochania, o oddaniu, o tym, że należy szanować każde życie. I o słuchaniu innych, o słuchaniu o potrzebach innych. Wzruszająca, wyciskająca łzy opowieść o niezwykłej małpie, która odmieniła spojrzenie człowieka na otaczający świat. I genialny "pretekst", by poruszyć z dzieciakami tematy różnych niepełnosprawności, sposobów porozumiewania się w językach innych niż mówiony, czy czytany. Jedyny minus, to jeden błąd w zapisie fonetycznym. Nie powinno go być, ale mogę przymknąć oko.
Przyjemnym akcentem są naklejki znajdujące się na końcu książeczek.Wiadomo, dzieci kochają naklejki. Nasze naklejki z Koko wykorzystaliśmy jako plakaty upiększające domek dla Barbie. Jest w nim teraz jeszcze przyjemniej.
Podsumowując: książki z serii "Książkożercy" to mądre, piękne i doskonale dopracowane opowiadania, które idealnie nadają się na rozpoczęcie przygody z samodzielnym czytaniem, i które nadają się równie świetnie dla czytelników od trzech lat.
Mogę je śmiało i z czystym sercem polecić, co też czynię.
 
 
 




Książkę przeczytałam dzięki życzliwości Wydawnictwa Wilga

czwartek, 27 sierpnia 2020

Doktor Bogumił – Ałbena Grabowska

 

Wydawnictwo: Marginesy
Warszawa 2020
Trylogia: Uczniowie Hippokratesa, tom 1
Oprawa: miękka ze skrzydełkami
Liczba stron: 512
ISBN: 978-83-66500-63-1
 



Twórczość Ałbeny Grabowskiej poznałam, kiedy napisała drugi tom "Stulecia Winnych". Wówczas też miałam przyjemność i zaszczyt przeprowadzić z nią wywiad (możecie go znaleźć tu). Od tego czasu śledzę jej literackie poczynania, kilkakrotnie udało nam się również spotkać i porozmawiać. Oczywiście oglądam serial na podstawie jej bestsellerowej sagi i, choć podoba mi się, zdecydowanie wolę wersję książkową. Nic więc dziwnego, że kiedy tylko dotarła do mnie wieść, że Ałbena Grabowska zaczyna kolejny cykl, od razu chciałam się z nim zapoznać. Zatem przedstawiam Wam "Doktora Bogumiła", książkę bardzo ważną dla samej autorki, traktującą o lekarzach,bo i ona jest z wykształcenia i wieloletniej praktyki lekarzem. 
Autorka świetnie poradziła sobie oddając klimat XIX-wiecznej Polski (tak, wiem, że Polski nie było wówczas na mapach). Pięknie opisała nie tylko światek medyczny, ale i inne grupy społeczne. Jednak klimat wyczuwalny jest nie tylko na poziomie fabuły, charakterystyk bohaterów, czy opisów miejsc, ale również w języku i kompozycji powieści. Rozdziały są długie, mają około 50-60 stron. Cała powieść ma 500 stron i zaledwie siedem rozdziałów. Choć nie do końca. Ponieważ pomiędzy nimi są jeszcze "krótsze" przerywniki, o których za chwilę. Poczułam się trochę jak przy lekturze "Ziemi obiecanej" Reymonta, którą kończę, a która niesamowicie mi się podoba. Do tego dochodzą jeszcze opisy, czego w danym rozdziale czytelnik się dowie. Rewelacja, jak w starych powieściach z XIX i początków XX stulecia! To naprawdę nadaje klimat lekturze. Niby drobiazg. a tak wiele zmienia.
Język samej powieści nie jest sztucznie archaizowany, ale bardzo literacki, ładny. To nie jest współczesne romansidło pisane przez grafomankę, ale literatura z wyższej półki, którą należy smakować. Wspomniałam o przerywnikach. Ciekawym elementem kompozycyjnym powieści jest to, że pomiędzy rozdziałami mówiącymi o perypetiach głównych bohaterów możemy poczytać o realnych lekarzach, którzy kładli podwaliny pod nowoczesną medycynę. Takich pionierów w tej dziedzinie. Zarówno takich, którzy w swoim czasie zostali uznani, jak i takich, którzy zakończyli życie jako przegrani, czasem z poczuciem, że to oni przysporzyli pacjentom cierpienia, albo przyczyniali się do śmierci dziesiątek ludzi działaniem, które miało ich uleczyć.
Przejdźmy do głównej części powieści, czyli do opowieści o tytułowym doktorze Bogumile i jego otoczeniu. Bogumił Korzyński pochodził ze wsi, "cudem" otrzymał spadek po zmarłej ciotce, co pozwoliło mu na kształcenie się na Uniwersytecie Wileńskim. Tam właśnie został lekarzem. Niestety, z Wilna musiał uciekać (dlaczego, nie zdradzę, żeby nie psuć Wam przyjemności czytania) i w ten oto sposób zastajemy go w Warszawie. Właściwie poznajemy go w Krakowie,do którego udał się na pokazową sekcję zwłok. Tak, tak! Pokazowe sekcje zwłok dla lekarzy w tamtych czasach to mogło być naprawdę coś! Smród, brud, robaki podgryzające wnętrzności, latające wokoło muchy, krew i fragmenty ludzkich tkanek na ubraniach i butach lekarzy...Brrr! Poczujecie się jak w prawdziwej mordowni!
Po powrocie do domu Bogumił zostaje po raz trzeci ojcem (znowu dziewczynki!) i otrzymuje pracę w Szpitalu Dzieciątka Jezus. Wydawałoby się, że spełnia się właśnie większość jego marzeń, ale... przed nim jeszcze wiele trudności, jak to w życiu. Będzie musiał poradzić sobie z nowymi współpracownikami, irytującą rodziną żony, bratem-nierobem, który pakuje się ciągle w nowe problemy, pewną staruszką, której tożsamości nie mogę teraz zdradzić... Czekają go nowe badania, nowe odkrycia, kilku ciekawych pacjentów i spotkania z równie intrygującymi lekarzami. Bogumił skrywa wiele tajemnic ze swej przeszłości, spróbuje również zrozumieć, co powodowało niedoszłym teściem jego żony, że spowodował wielki skandal, w którym oczernił Domicelę i niemalże zniszczył jej reputację, co w ostateczności doprowadziło do jej ślubu z Bogumiłem.
Jeśli sądzicie, że to wiele, to pomyślcie, że to jedynie wierzchołek góry lodowej. W "Doktorze Bogumile" akcja jest wartka, jest w niej mnóstwo zwrotów akcji. Niektórych tajemnic czytelnik może się domyślić wcześniej niż bohaterowie, ale to wcale nie psuje lektury. 
Bohaterami powieści są nie tylko lekarze. Niezmiernie ważnymi osobami są członkowie rodziny Domiceli oraz brat Bogumiła. A wielu z nich jest niejednoznacznych, trudnych do rozgryzienia. Tym ciekawsi są, bardziej realni. Niektórzy chcą walczyć o dobro pacjenta, są idealistami, widzą swoją pracę jako posługę. Inni myślą jedynie o wygodzie i łatwo zarobionych pieniądzach. Niektórzy uczynili więcej zła niż dobra, inni całe swe życie poświęcają niosąc pomoc bardziej potrzebującym. Mają różne zainteresowania, różne, bardzo ciekawe, historie do opowiedzenia... albo przemilczenia.
Niesamowite jest to, na jaki opór napotykali lekarze, którzy chcieli unowocześnić medycynę. Można by pomyśleć, że każdy chciałby, aby jego pacjenci nie cierpieli  i przeżywali ciężkie choroby i operacje bez bólu, a potem żyli "długo i szczęśliwie". Mycie rąk jest dla nas czynnością codzienną. Teraz, w dobie pandemii jest czymś wykonywanym kilkadziesiąt razy dziennie. Aż trudno sobie wyobrazić i uwierzyć, że w połowie XIX wieku lekarze nie myli rąk nawet wtedy, kiedy odchodzili od stołu sekcyjnego i szli badać żywych i chorych pacjentów! Włosy stają dęba, kiedy się o tym pomyśli. Ileż zarazków. Ileż chorób wywołanych brakiem higieny. Niby tak niewiele potrzeba, trochę wody i mydła, ale... tak naprawdę trzeba najpierw totalnie zmienić sposób myślenia, a na to wielu, nawet najwybitniejszych, uczniów Hippokratesa nie było gotowych.
Ciężko tu pisać więcej o fabule, gdyż to powieść wielowątkowa. Poza tym nie chcę za wiele zdradzać, bo roi się w niej od tajemnic, zagadek, zwrotów akcji, pojawiają się ludzie, których nikt by się nie spodziewał, a przeszłość każdego w końcu doścignie.
Warto jeszcze nadmienić, że to nie tylko książka o medycynie. Znajdziecie tu przyjaźń, miłość ("bo każdy chce być kochany"), oddanie, lojalność, zrozumienie, dzielenie wspólnych pasji. Będą walki bokserskie, meliny, a nawet dość widowiskowy napad na pociąg.
Jednym słowem to doskonała lektura, którą mogę polecić każdemu, kto lubi mądre książki, w których wartka akcja łączy się z bogatym panteonem bohaterów oraz wiedzą naukową, z której na ogół nie zdajemy sobie sprawy. Wszystko to ubrane w bardzo klimatyczne opisy, język i konstrukcję tekstu.
Przyznam jednak, że ostatnie akapity mnie zawiodły. Wolałabym jednak inne zakończenie. Natomiast z wielką niecierpliwością oczekuję dalszego ciągu.

 



Książkę przeczytałam dzięki uprzejmości Marginesy: