Fragment mojej recenzji został umieszczony na okładce powieści "Skazaniec. Z bestią w sercu" Krzysztofa Spadło

Fragment mojej recenzji „Korony śniegu i krwi” został umieszczony na okładce powieści Elżbiety Cherezińskiej – „Niewidzialna korona” (wyd. Zysk i S-ka)

środa, 18 kwietnia 2018

W twojej książce jest potwór – Tom Fletcher

Wydawnictwo: Zysk i S-ka 
Poznań 2018
Oprawa: twarda
Tytuł oryginału: There's a Monster in Your Book
Przełożył (z angielskiego): Anna Tomczyk
Ilustracje: Greg Abbott
Liczba stron: 32
ISBN: 978-83-8116-260-9





Zamawiając tę książkę, nie do końca wiedziałam, na co się piszę. Autor, choć okazuje się, że znany doskonale polskiemu czytelnikowi, dla mnie był zupełnie obcy. Raczej też nie przepadam za pozycjami o potworach. Ale ten niebieski "diabełek" na okładce urzekł mnie od pierwszego spojrzenia i... zamówiłam.
Książka od razu wywołała falę entuzjazmu u Dziewczynek. Dzieje się tak jednak w wielu przypadkach. One po prostu mają miłość do literatury zapisaną w genach. Na ogół jednak chcą natychmiast oglądać, nie ma mowy o czytaniu, biją się o książkę, wyrywają sobie, każda chce być pierwsza. Potwór natomiast uczynił istny cud...
Moje córki usiadły na podłodze, jedna z mojej prawej, druga z lewej strony i z zapartym tchem czekały. Zaczęłam czytać przekonana, że najpóźniej na trzeciej stronie nastąpi chwytanie i wyrywanie, w najlepszym razie marudzenie. Tymczasem Dziewczynkom tak bardzo spodobały się obrazki i aktywności, do których namawia Autor, że... pozwalały mi książkę przechylać, huśtać nią, razem ze mną dmuchały w Potwora, łaskotały go w stopy, w końcu głośno, a nawet głośniej na niego krzyczały. Jakby tego było mało w pewnej chwili zawołały "wracaj", choć nigdy dotąd tego słowa nie mówiły (jesteśmy na etapie nauki mówienia i zachwyca mnie każde nowe słowo, dlatego od razu to wyłapałam). Moje córki mówią na razie niewiele czasowników, ograniczają się raczej do rzeczowników, a Potwór nauczył je czegoś nowego. Potem, zgodnie z prośbą Autora, położyłyśmy Potwora spać, zamknęłyśmy książkę i położyłyśmy na podłodze. 
Dopiero wtedy rozpoczęły się "dyskusje", bo ulubioną "kłótnią" Sióstr jest temat spania (jedna mówi "śpi", druga "nie, budzi"; "nie, śpi", "nie, budzi" i tak nawet kilkanaście minut). Odkąd jednak zaczęły pokazywać swoje własne zdanie, czyli od mniej więcej roku, o ile nie dłużej, jeszcze żadnej książki (nawet kilkustronicowej) nie udało mi się im przeczytać od początku do końca za jednym razem. I to jest chyba najlepsza rekomendacja jaką mogą dać dwuletnie szkraby.
Tekst jest bardzo przejrzysty, przyjemny, pobudza do działania i nie sposób go po prostu przeczytać i nie wykonać zawartych w nim "zadań". Jeśli dodać do tego przepiękną szatę graficzną, ślicznego i słodkiego Potwora, który od razu budzi sympatię i szycie zamiast klejenia (czyli trwałość, co w książkach dla dzieciaków jest szczególnie ważne) to otrzymujemy książkę niemal idealną. Niemal? Cóż, mogła by być dłuższa. Sama chętnie dłużej pobawiłabym się z Potworem.
Już nie mogę się doczekać, kiedy Dziewczynki chwycą książkę we własne małe rączki i zaczną nią huśtać, machać i tak dalej, żeby przegonić Potwora  z jej stron. Szczególnie że od czasu swoich drugich urodzin (dwa tygodnie temu) mają świetnie opanowane również dmuchanie.  Mam nadzieję, że w najbliższym czasie znajdę więcej takich ciekawych, przyjemnych, interaktywnych pozycji.
Polecam z całego serca!






Książkę przeczytałam dzięki uprzejmości Zysk i S-ka:

środa, 4 kwietnia 2018

Akademia Pana Kleksa – Jan Brzechwa

Wydawnictwo: Wilga 
Warszawa 2018
Ilustracje: Dorota Prończuk
Oprawa: twarda
Liczba stron: 152
ISBN: 978-83-280-4889-8










Któż z nas nie zna Pana Kleksa? Chyba każdy wychowany w PRLu  doskonale pamięta wypieki na twarzy w chwili, gdy czytał tę niezwykłą książkę, a także wówczas, gdy przyszło mu obejrzeć Pana Kleksa na ekranie telewizora. Pamiętam do dzisiaj, jak wielką frajdą i rodzinnym wydarzeniem było zasiadanie przed telewizorem i oglądanie naszych pierwszych kaset VHS, na których był "Pan Kleks w kosmosie". Nadal potrafię przytoczyć część dialogów z tego filmu, wciąż znam słowa niektórych piosenek, choć minęło już ćwierć wieku od tamtych wiekopomnych wydarzeń. W obecnej chwili pojawia się na rynku nowe wydanie "Akademii Pana Kleksa". Coś idealnie wpasowującego się w nurt komponowania biblioteczki dla naszych Dziewczynek. 
"Akademia..." to książka niezwykła z wielu różnych powodów. Język, piękna polszczyzna, którym została ta powieść spisana jest zjawiskiem coraz rzadszym. Nawet wychwalani i nagradzani współcześni autorzy książek dla dzieci nie mogą mierzyć się (przynajmniej moim zdaniem) z takim geniuszem jak Brzechwa. Tu każde słowo ma znaczenie, każde jest użyte poprawnie, każda scena jest plastyczna, każda postać niczym oglądana na żywo. Wszechobecny, popularny (i nawet całkiem przyjemny w czytaniu) Harry Potter to czarodziej, który jakiś czas temu stał się swoistą ikoną popkultury. Pan Kleks był jednak dużo wcześniej. Też czarodziej, też magiczna szkoła. A jednak wszystko jest inne. Rzecz dzieje się w Polsce. Pan Kleks nie jest zakompleksionym uczniem, ale wielkim czarodziejem i wybitnym pedagogiem. Na dodatek ma kontakt z postaciami ze wszystkich właściwie bajek.
Adaś Niezgódka, narrator i jeden z głównych bohaterów powieści, trafia do Akademii Pana Kleksa, ponieważ rodzice nie potrafili sobie poradzić z tym, że nic mu w życiu nie wychodziło. Liczą na pomoc wielkiego czarodzieja. Czy mu się uda? A może pytanie należy zadać inaczej – czy Adaś rzeczywiście potrzebuje takiej pomocy, o jakiej myślą jego rodzice?
"Akademia Pana Kleksa" to wybitne dzieło o pięknie przyjaźni i oddaniu. O cieple, miłości, magii. O dorastaniu i dojrzewaniu (bo to nie to samo). W końcu to historia pobudzająca wyobraźnię do granic niemożliwości. Zabawna, mądra, wbrew pozorom bardzo życiowa. Dla dzieci, dla młodzieży, ale nawet dla dorosłych. Może nam przypomnieć jak to jest być dzieckiem, marzyć, cieszyć się z drobnostek. Warto do niej czasami wracać.
Nowa odsłona "Akademii..." wydana została w twardej oprawie, wydrukowana na pięknym kredowym papierze. Litery są duże, co z pewnością jest pomocne dla dzieci, które uczą się czytać (oraz dla zmęczonych rodziców). Dodatkowym plusem, i to bardzo dużym, tego wydania są kolorowe ilustracje autorstwa Doroty Prończuk. Osobiście przywykłam do, znanych mi z lat dziecięcych, prac Jana Marcina Szancera. Człowieka, którego twórczość bardzo cenię i lubię. Przyznaję jednak, że to, co zobaczyłam w najnowszym wydaniu "Akademii..." jest piękne. Barwne, radosne, dokładnie ilustrujące treść obrazy są dokładnie takie, jak można by się spodziewać po kimś, kto jest wielkim miłośnikiem Pana Kleksa, po kimś kto malować nie tylko porafi i kocha, ale kto przez to tworzy coś wielkiego. Początkowo trochę się bałam, czy po otwarciu książki nie zrażę się tym, że to nie Szancer. Nic takiego się nie stało, a nowa odsłona bardzo przypadła mi do gustu. Zresztą Dziewczynkom (które dotąd jedynie słuchały Kleksowych audiobooków) również. 
Polecam z całego serca każdemu. Nawet tym, którzy – jak ja – mają na półce jakieś starsze wydania powieści.
 
 
 
 
 
 

Książkę przeczytałam dzięki życzliwości WydawnictwaWilga

wtorek, 3 kwietnia 2018

Samotnia (tom 2) – Charles Dickens

Wydawnictwo: Zysk i S-ka 
Poznań 2018
Oprawa: twarda z obwolutą
Tytuł oryginału: Bleak house
Przełożył (z angielskiego): Tadeusz Jan Dehnel
Ilustracje: H. K. Browne
Liczba stron: 688
ISBN: 978-83-8116-185-5





O ile pierwszy tom "Samotni" bardzo mi się podobał, o tyle... drugim jestem zachwycona jeszcze mocniej. Choć ma i swoje słabsze strony.
Wydaje mi się, że akcja znacznie przyspieszyła, właściwie brakuje już zdecydowanie za długich opisów. Oczywiście, opisy są. Oczywiście, jak na Dickensa przystało, bywają długie. Jednak zauważyłam, że jakoś ta długość mniej nuży, nawet przy ogólnym zmęczeniu i niecierpliwości, która ogarnie w pewnym momencie każdego czytelnika. Wszak bardzo chcemy dowiedzieć się, co też wydarzy się dalej...
Estera poznaje prawdę o swoim pochodzeniu. A przynajmniej najważniejszą jej część. Początkowo trudno jej się z tym wszystkim pogodzić, choć nie czuje urazy do matki, a pała do niej wielką miłością. Cóż, w końcu to Estera. Ona zawsze w każdym dostrzeże plusy, każdemu wybaczy, nad każdym się pochyli, każdemu zechce nieść pomoc. Ta ostatnia cecha zaprowadzi ją aż do granicy śmierci i nie pozostanie bez wpływu na dalsze losy tak jej samej, jak i kilku przynajmniej innych bohaterów "Samotni".
Również opowieść o Adzie i Richardzie nabierze kolorytu, a w ich otoczeniu pojawi się przynajmniej jeden osobnik, który będzie miał na to kolosalny wpływ. Stosunki w rodzinie stworzonej przez Johna Jarndyce'a ulegną zmianie i to nie zawsze na korzyść. Przed niektórymi pojawią się piękne perspektywy na szczęśliwe życie, przed innymi zachmurzy się niebo.
Mocną stroną drugiego tomu powieści Dickensa jest nie tylko szybsza akcja i jeszcze więcej jej zwrotów. Bo tych ostatnich doprawdy nie zabraknie. Nadal znajdziemy tu głębokie spojrzenie na angielskie społeczeństwo, wciąż opowieści o niektórych bohaterach będą tryskały poczuciem humoru, o innych Autor opowie z ironią, jeszcze innych przedstawi w sposób chłodny. Pojawią się na scenie nowe postaci, a także rozwinięte zostaną wątki tych, których obecność została wcześniej jedynie zasygnalizowana, bądź nie mieliśmy pojęcie, w jaki sposób de facto wpiszą się w całość historii. 
Oprócz wątku Estery najbardziej przypadło mi do gustu opowiadanie o panu George'u. Choć i Caddy wciąż wnosi niemało ciepła i radości, mimo że jej losy nie zawsze pozostają przecież różowe. Wspaniałe są również, dla mnie często zupełnie niespodziewane, zwroty akcji. Zaskoczona byłam przynajmniej kilka razy, a to dla mnie bardzo ważne w czasie lektury. Fabuła zbyt łatwa do przewidzenia jest po prostu... nudna. 
Zakończenie okazało się całkowicie nieprzewidywalne. W całej rozciągłości. Piękna wisienka na przepysznym literackim torcie.
Nadal mamy tu do czynienia z pięknym językiem, przemyślaną, doskonale skonstruowaną fabułą, bohaterami z krwi i kości, wspaniałymi ilustracjami, naprzemienną narracją Estery i wszechwiedzącego Autora oraz z portretem współczesnego mu społeczeństwa. Niestety w tym tomie, co już nie jest winą Dickensa, znalazłam bardzo dużo błędów i to już niemal od pierwszych stron. To właściwie jedyny, choć znaczący, minus drugiego tomu "Samotni".
Na zakończenie Wydawnictwo "częstuje" nas kilkoma słowami od tłumacza. Zdziwiłam się bardzo, że tłumaczenie to ma już niemalże 45 lat. Warto tym bardzie zapoznać się również z tymi kilkoma stronami zapisanymi w 1973 roku – rzucają one światło na pewne ciekawe kwestie związane nie tylko z samą powieścią.
Jeśli pominąć błędy, to drugi tom "Samotni" prezentuje się jeszcze lepiej od pierwszego i polecam lekturę każdemu, kto dotarł do końca pierwszego tomu. Choć wydaje mi się, że to polecenie jest zbędne – wszak każdy, kto przeczytał już wcześniejsze ponad sześćset stron z pewnością będzie chciał czytać dalej. Choćby po to, by dowiedzieć się czy proces Jarndyce przeciwko Jarndyce dobiegnie końca i jaki będzie miał wpływ na dalsze losy poznanych już bohaterów.
 






Książkę przeczytałam dzięki uprzejmości Zysk i S-ka:

środa, 28 marca 2018

Ogóras. Ale jazda! – Eliza Piotrowska

Wydawnictwo: Wilga
Warszawa 2018
Ilustracje: Joanna Gębal
Oprawa: twarda
Liczba stron: 80
ISBN: 978-83-280-5190-4








Rewelacyjna książka dla dużych i małych, nie tylko fanów motoryzacji.
Tytułowy Ogóras to nietypowy,  przynajmniej na pierwszy rzut oka, autobus. Stary model Jelcza rzeczywiście wygląda jak ogórek i ma z tego powodu niemało problemów. Na ulicy nowe samochody i autobusy wyśmiewają się z niego i właśnie w ten sposób otrzymał "niechlubne" imię. Często zastanawia się czy rzeczywiście jest takim starym gratem, właściwie nikomu niepotrzebnym. Cóż, może i by był, ale Ogóras jest naprawdę wyjątkowy. Jego właściciel otrzymał go po ojcu. To taki rodzinny spadek. Teraz jeżdżą razem na wycieczki. Często wożą dzieci albo ludzi starszych. Zresztą, jak to z wycieczkami bywa, pojawiają się różne osobistości. Razem z kierowcą jeździ w autobusie również przewodnik, który opowiada, co można zobaczyć przez szybę. Trasy biegną po Warszawie, Ogóras zna więc stolicą doskonale.
Różne ciekawe historie i perypetie, począwszy od czytania gazet i książek na parkingu samochodowym, poprzez spotkanie bardzo pewnego siebie autobusu, wystawę starych samochodów, odwiedziny koleżanki z Niemiec po wygraną w Totolotka. To wszystko znajdziecie w książce "Ogóras. Ale jazda!". Poza tym wiele rodzinnego ciepła i naprawdę ciekawie opowiedziana historia z perspektywy autobusu i samochodów. Wszyscy bohaterowie tej książki potrafią mówić. Również auta, ale tylko jeden Ogóras potrafi czytać. Stąd pewnego dnia, zamiast wyśmiewanym, staje się swego rodzaju bohaterem parkingu. Bo tylko dzięki niemu inne autobusy i samochody dowiadują się o tym, co je naprawdę interesuje.
A niespodzianek jeszcze co niemiara. Między innymi, co mogę chyba zdradzić, wspaniała pani Lena, która, choć jest człowiekiem, potrafi mówić w języku motoryzacji. To właśnie ona pomoże Ogórasowi w pewnej niezbyt miłej przygodzie.
Mocną stroną tej książki są również ilustracje. Historia historią, choć bardzo ciekawa, bez obrazków z pewnością wiele by straciła. Kreska przypomina mi takie stare plakaty z siermiężny lat. Plakaty, do których zawsze miałam duży sentyment. Tym przyjemniej więc oglądało mi się książkę w trakcie czytania.
Od razu zaznaczam, że w moim dziewczynkom tego jeszcze nie czytałam, sama jednak od deski do deski przerobiłam książkę bardzo szybko i okazało się, że jest doskonałym czytadłem również dla osób po trzydziestce.
Przyjaźń i miłość, problem starości, niedopasowania, tolerancji. Dużo ważnych tematów, dlatego dla starszych dzieciaków książka okaże się nie tylko ciekawą opowieścią, ale również bardzo ważną historią moralną. Nieraz uśmiechniemy się pod nosem, nieraz zakręci nam się łezka w oku, a zakończenie... jak to w bajkach będzie przyjemne.
Książka jest pięknie wydana, dopracowana w każdym najmniejszym szczególe, nie znalazłam tam ani jednego błędu i mogę ją z czystym sercem polecić wszystkim, zarówno dla dzieci w wieku przedszkolnym i szkolnym, jak i nawet dla nastolatków (choć ci to mają czasem wybredne gusta). A dla dorosłych to moc wspomnień z dzieciństwa.



Książkę przeczytałam dzięki życzliwości Wydawnictwa Wilga

Seria czytanek o Króliku Franku Marty Krzemińskiej

"Królik Franek i problem krótkiego ogonka"
Wydawnictwo: Wilga
Warszawa 2018
Ilustracje: Ewelina Jaślan-Klisik
Oprawa: miękka
Liczba stron: 32
ISBN: 978-83-280-5068-6










"Królik Franek i tajemnica dobrej zabaawy"
Wydawnictwo: Wilga
Warszawa 2018
Ilustracje: Ewelina Jaślan-Klisik
Oprawa: miękka
Liczba stron: 32
ISBN: 978-83-280-5069-3





Obie książeczki urzekły nas od pierwszej chwili. Dziewczynki wpatrywały się w nie jak zaczarowane, choć jeszcze chwilę wcześniej biły się o jakąś zupełnie inną zabawkę. Jeszcze nigdy nie widziałem ich tak zainteresowanych żadną książeczką,  a książek mamy naprawdę wiele.
Królik Franek to sympatyczny chłopczyk chodzący do przedszkola. Obie historie opowiadają o trudnych chwilach w jego życiu, chwilach,  które przytrafić się mogą każdemu i to nie tylko przedszkolakowi.
Z wielką delikatnością, inteligencją i wrażliwością opowiedziano o sprawach,  z którymi dzieciaki mogą się zetknąć w każdej chwili. O inności, tolerancji i przyjaźni, o tym,  że warto bawić się razem i nie zawsze trzeba być zwycięzcą,  bo grunt to być razem i bawić się dobrze.
"Królik Franek i problem krótkiego ogonka" to opowieść o małej kotce Pusi, która doszła do grupy przedszkolnej Franka. Początkowo wszystkie przedszkolaki, z Frankiem na czele,  byli nią zachwyceni. Do czasu, kiedy Pusia obróciła się do nich tyłem i zauważyli, że ma wyjątkowo krótki ogonek. Nagle wielka chęć do wspólnej zabawy zmieniła się w odpychającą niechęć i wręcz strach, bo cóż by się stało, gdyby na przykład Franek zaraził się krótkością i zamiast długich króliczych uszu dostał uszek krótkich? Chłopiec nigdy wcześniej nie zetknął się z niepełnosprawnością, dlatego zupełnie sobie z nią nie radzi i okazuje się,  że potrafi być bardzo niemiły i sprawić kotce wielki ból psychiczny. Nawet rozmowa z mamą i z panią przedszkolanką niewiele zmienia. Okazuje się jednak,  że bycie innym nie oznacza niczego złego. Tak naprawdę w chwili próby to Pusia okazuje się najlepszą przyjaciółką Franka, a do chłopca dociera, że długość ogonka jest najważniejsza.
Książka w delikatny sposób przedstawia dzieciom problem osób z niepełnosprawnościami, osób w pewien sposób wykluczonych z towarzystwa. Pomaga też rodzicom,  którzy być może mają trudności w tłumaczeniu swoim dzieciom,  że ich koledzy nie zawsze wyglądają tak samo,  nie zawsze są tak samo dobrze rozwinięcie fizycznie czy psychicznie, a jednak należy ich traktować normalnie.
"Królik Franek i tajemnica dobrej zabawy", jak sam tytuł wskazuje, mówi o tym, że nie samo zwycięstwo się liczy, ale właśnie zabawa. Kiedy Franek dostał wymarzoną grę memo, był przekonany, że jest w niej mistrzem. W przedszkolu dotąd zawsze wygrywał. Rodzinne popołudnie z grą okazuje się dla niego ciężką przeprawą. Choć na początku wygrywa, nagle zaczyna przegrywać. Był zbyt pewny siebie i teraz zupełnie nie wie, co się dzieje. I oczywiście posądza wszystkich o oszustwo, bo przecież jest prawdziwym mistrzem w tej w grze i niemożliwe, by to on przegrał. Obrażony idzie do swojego pokoju i próbuje grać sam z sobą. Dochodzi jednak do wniosku,  że taka gra nie ma większego sensu i nie jest wcale przyjemna. Któregoś dnia podobna sytuacja zdarza mu się w przedszkolu, ale to on tym razem zostaje oskarżony o oszustwo. Dociera do niego,  że źle potraktował rodzinę,  źle ich ocenił i zupełnie nie zrozumiał sensu wspólnej gry.
Książeczka traktuje o tym, że chociaż współzawodnictwo może być zdrowe i dobre dla rozwoju dziecka (a także nas,  dorosłych)  to podstawą zabawy jest miłe spędzanie czasu w gronie bliskich osób.  Czy wygrywasz,  czy przegrywasz liczy się klimat w jakim przebywasz.
Obie książeczki napisane są ładnym językiem,  dużymi literami, co w przyszłości z pewnością pomoże dziewczynkom w nauce czytania. Przejrzyste i wykonane z dużą dbałością przepiękne obrazki, które są zdecydowanie integralną ich częścią, zasługują na wiele pochwał.  Jak wspomniałam na początku,  dziewczynki były zachwycone, a i ja z wielką przyjemnością oglądałam rysunki królika Franka,  jego rodziny i kolegów z przedszkola. Są to naprawdę małe dzieła sztuki dla dzieci. 
Na końcu każdej z książeczek znajdują się pytania "kontrolne", które pomogą rodzicom, a także samym dzieciom, sprawdzić czy młodzi czytelnicy zrozumieli przekaz opowiadania oraz zmuszą ich do przemyślenia kwestii, których Autorka dotknęła w swoich tekstach.
Jedynym mankamentem książeczek jest słabe klejenie. Moje dziewczynki od razu jak chwyciły książki i je rozłożyły do oglądania, usłyszały dziwny dźwięk, a ja zauważyłam, że klej puścił. Wiem, że książeczki o Franku są dla trochę starszych dzieciaczków,  ale mimo wszystko naprawdę rozkleiła nam się książka przy nawet dosyć delikatnym użytkowaniu i to już przy pierwszym czytaniu. Poza tym rewelacja. 



Książkę przeczytałam dzięki życzliwości Wydawnictwa Wilga

poniedziałek, 19 marca 2018

Samotnia (tom 1) – Charles Dickens

Wydawnictwo: Zysk i S-ka 
Poznań 2018
Oprawa: twarda z obwolutą
Tytuł oryginału: Bleak house
Przełożył (z angielskiego): Tadeusz Jan Dehnel
Ilustracje: H. K. Browne
Liczba stron: 650
ISBN: 978-83-8116-184-8




Nakładem wydawnictwa Zysk i S-ka ukazały się właśnie dwa tomy "Samotni" Charlesa Dickensa. Wznowienie najlepszej ponoć powieści brytyjskiego autora skusiło mnie na tyle, że nawet nie zwróciłam uwagi na liczbę stron, na których przeczytanie się porwałam. A liczba to niebagatelna. Czy żałuję, że podjęłam się tego wyzwania, czy też jestem z tego powodu bardzo ukontentowana? Przeczytajcie kilka słów na temat mojego spotkania z lekturą sprzed półtora wieku.
Powieść napisana jest z olbrzymim rozmachem i nie mam tu na myśli jedynie jej długości liczonej w stronach. Mnogość poruszonych tematów, bogactwo opisów, szeroka gama postaci, ciekawa – choć, trzeba to przyznać, niezbyt wartka – akcja. Wszystko doskonale przemyślane, wszystko na swoim miejscu, każde słowo wyważone, każde zdarzenie dokładnie zaplanowane. Nie można mieć wątpliwości, że "Samotnia" jest dziełem stworzonym przez prawdziwego mistrza. Jej kunszt uderza od pierwszych stron, chociaż początki lektury napawały mnie strachem i były trudne. Zanim "wkręciłam" się w akcję, zanim poznałam chociaż kilkoro głównych postaci, męczyłam się przez około 20-30 stron, próbując pojąć, o czym w ogóle czytam. Wiadomo – język osiemnastowiecznego pisarza i specyficzny styl Dickensa w pierwszej chwili przytłaczają. Jednak im dalej w las, tym lepiej.
Spośród wielu wątków poruszonych w powieści do głównych należy proces Jarndyce przeciwko Jarndyce toczący się od lat przed sądem kanclerskim. Dickens opowieść tę oparł o rzeczywisty proces, ciągnący się bez mała trzy dekady i przynoszący stale nowe koszty, a nie dający perspektyw na rychłe zakończenie. Stronami tego niechlubnego procederu są również główni bohaterowie powieści – znajdujące się pod kuratelą sądu kuzynostwo, Ada i Ryszard, ich opiekun, pan John Jarndyce, i jeszcze kilka ważnych postaci. By nie zdradzić za wiele, choć właściwie to dość trudne, napiszę jedynie, że proces przynosi wciąż to samo – od lat wielu adwokatów sprzecza się o koszty, strony w postępowaniu spadkowym popadają w biedę, obłęd, umierają i przekazują swe niechlubne dziedzictwo potomkom. Sąd kanclerski totalnie nie radzi sobie z całą sprawą. I to jedna z dwóch głównych osi powieści, a przynajmniej pierwszego tomu. 
Drugim jest życie w tytułowej Samotni, domu pana Johna, do którego sprowadzają się młodzi ludzie – Ada, Ryszard i, przydzielona im (a właściwie Adzie) do pomocy, Estera Summerson, sierota nie znająca prawdy o swoim pochodzeniu. I to właśnie Estera jest jednym z narratorów całej historii. Swoje przeżycia i spostrzeżenia przekazuje nam w pierwszej osobie, co jest bardzo ciekawym zabiegiem. Dickens, piszący w połowie XIX wieku, oddał znaczną część narracji nie tylko młodej dziewczynie, ale komuś ubogiemu, sierocie, która na dodatek od razu zaskarbia sobie ciepłe uczucia czytelnika.
Drugi narrator, trzecioosobowy, wszechwiedzący, przekazuje nam pozostałe części historii – opisuje toczący się proces, wątek kryminalny, w którym co prawda trup nie ściele się jakoś specjalnie gęsto, ale przyjdzie nam zobaczyć przynajmniej kilka pogrzebów osób umarłych w nie do końca jasnych okolicznościach, w końcu ukazuje nam angielskich bogaczy i biedaków, mieszkańców dworu Chesney Wold, ubogiego zaułka Tom-Sam-Jeden, adwokatów z kilku londyńskich kancelarii... Naprawdę nie sposób tutaj wymienić nawet połowy istotnych wątków tej powieści.
Dickens porusza całe mnóstwo ważnych tematów, precyzyjnie ilustrując angielskie społeczeństwo połowy XIX stulecia. Ukazuje szczegóły, o których prawdopodobnie wielu czytelników jemu współczesnych nie miało pojęcia. Jego powieść to dogłębna analiza ówczesnego społeczeństwa, a poniekąd, dzięki pewnym przerysowaniom (np. ciągle znudzona lady Dedlock) również satyra na nie (a na pewno na sąd kanclerski). 
Niektórych mogą denerwować długie, na pozór niczego nie wnoszące, opisy. Trzeba się do nich przyzwyczaić, ponieważ jest ich naprawdę sporo. To coś, czego w nam współczesnej literaturze brakuje. Coś, co jest często wyśmiewane i wyszydzane, nawet przez żyjących dzisiaj autorów (sama kilkakrotnie takie opinie słyszałam od nagradzanej wielokrotnie autorki, przez co bardzo ją "znielubiłam" i nie mam ochoty czytać tego, co napisała). Jednak opisy te i w ogóle język, jakim napisana jest "Samotnia" to arcydzieło, prawdziwa perła literatury, nijak nieprzypominająca wydawanej obecnie w tonach makulaturowej papki. To literatura, którą się smakuje powoli, docenia dopiero po chwili, której aromat zostaje na długo w powietrzu. Ja jestem zachwycona, choć ręce bardzo mnie bolą, bo trzymanie przez wiele godzin tak grubego tomiszcza powoduje, że ramiona omdlewają, a między palcami robią się odciski. Warto jednak trochę pocierpieć dla takiego dzieła.
Jestem bardzo ciekawa, co wydarzy się dalej. Czy Estera pozna swoją matkę, czy choćby dowie się, kim ona jest? A co z jej ojcem? Kim właścwie jest dla niej pan Jarndyce? Czy Ada i Ryszard znajdą wspólne szczęście, czy młody mężczyzna zostanie kolejną "ofiarą" tragicznego procesu przed sądem kanclerskim? I w końcu – gdzie w tym wszystkim znajduje się miejsce dla małego zamiatacza ulic, Jo? Odpowiedzi już wkrótce, tymczasem powolutku zabieram się do lektury dalszych stronic "Samotni". 
Książka została wydana w przepięknej szacie graficznej, w twardej, eleganckiej oprawie z ładną obwolutą. Wisienką na tym pysznym torcie są oryginalne ilustracje z pierwszego brytyjskiego wydania. Również do redakcji i korekty do ok. 500 strony nie mam zastrzeżeń. Niestety potem robi się gorzej, zupełnie jakby ktoś się zmęczył i zaczął przysypiać. Pozostaje mieć nadzieję, że w drugim tomie się to nie powtórzy.
Polecam z całego serca!






Książkę przeczytałam dzięki uprzejmości Zysk i S-ka:

środa, 14 lutego 2018

Bazylika Świętego Marka w Wenecji – Anne Amison, Milena D'Agostino, Nicola Panciera, Titi Pavon

Wydawnictwo: Jedność
Kielce 2018
Oprawa: miękka
Liczba stron: 47
Tytuł oryginału: San Marco a Venezia
Przekład (z włoskiego): Anna Gogolin
Ilustracje: Anna Formaggio
ISBN: 978-83-7971-722-4





 
 
"Bazylika Świętego Marka w Wenecji" to niewielkich rozmiarów książeczka, która może stać się początkiem wielkiej przygody. Myślę, że pewnego dnia stanie się również u nas, choć jeszcze jest za wcześnie. Książka jest adresowana do nieco starszych dzieci niż moje i Dziewczynki były nią średnio zainteresowane. Oczywiście początkowo spodobały im się nowe obrazki, których nie znały, a i format książki różni się od większości tych, które mamy, jednak... po kilku stronach zajęły się zupełnie inną zabawą. Choć z drugiej strony, skończyłyśmy oglądanie i czytanie na stronie o murowaniu, a one "przerzuciły się" na klocki...
Warto przed rozpoczęciem dogłębnego czytania, przejrzeć najpierw książkę. Ja tego nie zrobiła, i był to błąd. Z tyłu znajduje się plan bazyliki. Na nim umieszczono kolejne cyfry, które odpowiadają, jak się okazuje, konkretnym grafikom na wcześniejszych stronach. Dzięki temu czytelnik może nie tylko poznawać kolejne części bazyliki, ale również umiejscowić je dokładnie na jej planie. Warto mieć to na uwadze, bo to znacznie wzbogaca proces poznawczy.
Poznajemy historię bazyliki od samego początku, czyli od Marka, ucznia Jezusa, na cześć którego weneckiemu kościołowi nadano wezwanie. Kolejne losy bazyliki były bardzo ciekawe. Opisane w prosty sposób. Taki, by kilkuletnie dzieci mogły pojąć całą złożoność materii. 
Wszystko jest oczywiście bogato i ładnie zilustrowane. Tekst i obraz tworzą w tej książce jedność. Kiedy zbliżamy się do współczesności, grafiki zostają zastąpione prawdziwymi zdjęciami, czytelnik może zatem zobaczyć, jak obecnie wyglądają pewne elementy bazyliki.
Ważne jest tu również to, że nie jest to de facto książeczka tylko o bazylice. Młody czytelnik poznaje historię sztuki, architektury, tło historyczne wielu zdarzeń. Widzi, że wszytko ma swój początek, że pewne wydarzenia wywołują określone skutki. Ciąg przyczynowo-skutkowy jest tu jedynie zarysowany, myślę jednak, że dla młodego człowieka to niezmiernie ważne.
Ciekawe, niezbyt długie teksty przystosowane są dla dzieci w wieku, powiedziałabym, przedszkolnym i wczesnoszkolnym. Poznają nie tylko architekturę bazyliki i jej historię, ale również bogactwo nowych terminów, jak choćby mozaiki ikonostas, majstersztyk, czy doża.
Ładne wydanie, dobra korekta i redakcja, piękne ilustracje. Podsumowując zatem: poręczna, niewielka, a przebogata w wiedzę książeczka o bazylice św. Marka w Wenecji to fantastyczna opowieść o sztuce, religii, architekturze, która z pewnością zachęci młodego czytelnika do dalszego drążenia niektórych tematów jedynie w niej zasugerowanych.
 





Książkę przeczytałam dzięki życzliwości Wydawnictwa Jedność

czwartek, 8 lutego 2018

Skarbiec biblijnych opowieści – Vic Parker

Wydawnictwo: Jedność
Kielce 2017
Oprawa: zintegrowana z okuciami na brzegach
Liczba stron: 384
Tytuł oryginału: Illustrated Treasury of Bible Stories
Przekład (z angielskiego): Karolina Turduj-Wrożyna
Ilustracje: praca zbiorowa
ISBN: 978-83-7971-694-4






Już kiedy byłam dzieckiem, na rynku wydawniczym pojawiało się coraz więcej pozycji biblijnych dla dzieci i młodzieży. Dzisiaj jest ich naprawdę całe mnóstwo i jest w czym wybierać. Z pewnością wiele z nich zasługuje na uwagę, przynajmniej kilkanaście na pewno spodobałoby się dzieciakom. Nie można mieć jednak wszystkiego, a ja jestem dość wybredna jeśli chodzi o książki związane z wiarą. Dlatego z czystym sercem mogę Wam polecić kolejną pozycję od wydawnictwa Jedność. Tym razem na tapetę wzięłam "Skarbiec biblijnych opowieści" Vica Parkera.
Już od pierwszego spojrzenia można się w tej książce zakochać.  W rzeczywistości okładka wygląda sto razy lepiej niż na załączonej grafice. Efekt 3d, piękne kolory, świecące fragmenty grafiki, a do tego złote okucia na brzegach. Zupełnie jak klejnot pochodzący z królewskiego skarbca.
W środku natomiast mnóstwo biblijnych historii opisanych ładnym językiem odpowiednim dla młodego czytelnika. Na niemalże 400 stronach znajdą się wszystkie najważniejsze opowieści Starego i Nowego Testamentu. Każde opowiadanie ma kilka stron i jest bogato ilustrowane. Szata graficzna książki jest wspaniała i nie mam wątpliwości co do tego, że dzieciakom się spodoba. Moim spodobała się bardzo. 
Duże litery pomogą dzieciom w samodzielnym czytaniu, kiedy już je opanują. Zresztą i dla czytających rodziców to spore ułatwienie. Nawet wieczorne czytanie nie będzie udręką, gdy wszystko dokładnie widać. Co ciekawe, brak obustronnego justowania, który zawsze doprowadza mnie w książkach do furii... tym razem przypadł mi do gustu. Mam wrażenie, że dzięki temu "zabiegowi" (czy też brakowi odpowiedniego zabiegu) lektura bardziej przypomina snucie opowieści, zupełnie jakbym nie tyle czytała, ile słuchała tego, co mówi do mnie Bóg. Efekt intrygujący. Ciekawe, czy tylko ja miałam takie wrażenie... 
Biblijne opowieści podzielone są na sześć grup tematycznych. Spis tychże znajduje się na samym początku, a są to: cuda i tajemnice, grzechy i zbawienie, rodziny i przyjaźnie, ścieżki Pana Boga, głosy i wizje, dobrzy i źli bohaterowie. Każde opowiadanie ma odpowiedni znaczek w górnym rogu każdej strony, także nawet małe dzieci są w stanie rozpoznać, do której grupy zostało ono zaliczone. Pozwala to na ciekawszą pracę z Pismem Świętym, którą z pewnością docenią rodzice trochę starszych dzieci. 
Oprócz oznaczeń grupy, każda historia kończy się odnośnikiem do Biblii, ze wskazaniem, z której księgi (z rozdziałem i wersetami) pochodzi konkretna opowieść. 
Choć w specyfikacji podano, że grupą odbiorczą książki są dzieci w wieku 7 - 10 lat, wydaje mi się, że i sporo młodsze maluchy mogą czerpać wiele radości z jej oglądania i słuchania historii czytanych przez rodziców. Moje niespełna dwuletnie córeczki są tego najlepszym przykładem. Z przyjemnością słuchały, a z jeszcze większą – oglądały nową książkę. 
Dla tych, którzy jeszcze nie podarowali swym pociechom Biblii – to doskonały pomysł na prezent. Dla pozostałych – równie dobre uzupełnienie, które z pewnością dzieciaki pokochają. 
Na zakończenie – zważywszy na grubą, kutą okładkę, kredowy papier i liczbę stron – książka jest nawet całkiem lekka. Może trochę ciężka dla kilkulatka, ale już dla siedmiolatka czy dorosłego w sam raz.




Książkę przeczytałam dzięki życzliwości Wydawnictwa Jedność