Fragment mojej recenzji został umieszczony na okładce powieści "Skazaniec. Z bestią w sercu" Krzysztofa Spadło

Fragment mojej recenzji „Korony śniegu i krwi” został umieszczony na okładce powieści Elżbiety Cherezińskiej – „Niewidzialna korona” (wyd. Zysk i S-ka)

wtorek, 12 września 2017

Wyjątkowe terminarze od wydawnictwa Jedność

Wydawnictwo: Jedność
Kielce 2017
Oprawa: twarda z gumką (4 wersje kolorystyczne)
Liczba stron: 320
Tekst: Agnieszka Porzezińska
Ilustracje: Ola Makowska
ISBN: 978-83-7971-790-3





Jako że jestem wielką fanką planowania, kocham wszelkiej maści kalendarze, terminarze, plannery i listy, skusiła mnie tegoroczna oferta wydawnictwa Jedność i postanowiłam wypróbować czegoś nowego, mimo że od lat byłam wierna innemu plannerowi (nie podam tutaj nazwy, choć niektóry wiedzą). Tym sposobem w moje ręce trafiły dwa naprawdę wyjątkowe terminarze. Jeden z nich ma szanse stać się moim ukochanym, choć...
Zacznijmy od początku. Komplet składa się z "Terminarza wyjątkowej mamy" i "Terminarza wyjątkowej dziewczyny". Oczywiście nikt nie musi kupować kompletu, można nabyć jeden z terminarzy i to w zupełności wystarcza, jeśli nie macie się potrzeby kupowania dla siebie i kogoś jeszcze. 
Czym poza zwykłym kalendarzem wyróżniają się terminarze od Jedności? Co sprawia, że są w pewien sposób wyjątkowe i mogą stanowić doskonałą konkurencję dla tych wszystkich plannerów, którymi na początku roku kalendarzowego i szkolnego jesteśmy właściwie zasypywani we wszystkim sklepach? Jak wyglądają jednościowe terminarze w środku?
Każdy tydzień zajmuje dwie strony i jest przedstawiony graficznie w bardzo ładny sposób. Subtelny, delikatny, bardzo kobiecy, a jednocześnie praktyczny. Nie ma co prawda rozpisanych godzin, co dla osób, które mają naprawdę dużo godzinowo zaplanowanych zajęć może to stanowić pewien dyskomfort. Z drugiej jednak strony terminarz dziewczyny zawiera plany lekcji, a w terminarzu dla mam jest aż 10 planów lekcji na jesień i tyle samo na drugi semestr szkoły. Spokojnie więc zajęcia powtarzalne można umieścić tam.
Na dole każdej prawej strony jest również mały kalendarz z podglądem na cały miesiąc. Ponadto w niedziele i uroczystości kościelne – cytat z Ewangelii czytanej tego dnia. 
Każdy miesiąc rozpoczyna się od przedstawienia postaci świętego bądź błogosławionego. Tutaj ciekawostka – różnią się te osoby między terminarzami. Są dopasowane do potrzeb wieku matki i córki. Przeczytałam wszystkie biogramy i uważam, że dopasowanie jest idealne. Wszak czego innego oczekują od życia i szukają w nim dorosłe kobiety, "matki dzieciom", a czego innego nastolatki.
Ponadto w terminarzu można znaleźć całe mnóstwo różnych porad, jest coś dla ciała i coś dla ducha. I tu znów – różnice między terminarzem dla mamy i dla córki. 
Całkiem sporo miejsca na notatki, tzw. "bazgroły". Do tego różne gry i kolorowanki. Już nie mogę się doczekać momentu, kiedy znajdę chwilę wolnego na kolorowanie. Na końcu kilka przydatnych modlitw oraz typowo kobiece tematy – m.in. kalendarzyk menstruacyjny, rozmiarówki ubrań i butów oraz leki z naturalnej apteki.
Bardzo dobrym pomysłem jest wprowadzenie różnych kolorów w kolejnych miesiącach. Dzięki temu od razu z boku widać, gdzie kończy się jeden miesiąc, a zaczyna następny, co może być bardzo pomocne. Dodatkowo terminarz ma również tasiemkę-zakładkę, której (choć mogło by się zdawać, że jest już ona od dawna standardem) w niektórych kalendarzach brakuje.
Terminarze dostępne są w czterech kolorach: fioletowym, różowym, niebieskim i żółtym.Terminarz mamy jest w formacie A5, terminarz dziewczyny jest mniejszy.
Jednym słowem ideał. Niestety, ma jeden mankament. Liczę na to, że w przyszłym roku zostanie poprawiony. Wówczas zdecydowanie przerzucam się na stałe na "Terminarz wyjątkowej mamy". Zupełnie jednak nie pojmuję, dlaczego miesiące lipiec i sierpień są jedynie w skrócie, tzn. na jednej stronie cały miesiąc? Czy my, matki, mamy wtedy wolne? Wydaje mi się, że nawet jeśli by pominąć fakt, że należy wówczas dzieciom zagospodarować czas, który na ogół zajmuje im szkoła, to przecież mamy również swoje życie. Imieniny, urodziny, rocznice, wyjazdy, własne zajęcia. Dlaczego nie ma na nie miejsca? Nawet kalendarze nauczycielskie uwzględniają porę letnią.
Gorąco polecam wypróbować, również tym, którzy już przywykli do pewnej kalendarzowej rutyny. Może tego właśnie potrzebujemy – świeżości i trochę innego spojrzenia na naszą codzienność.





Książkę przeczytałam dzięki życzliwości Wydawnictwa Jedność

środa, 6 września 2017

Płomienna korona – Elżbieta Cherezińska

Wydawnictwo: Zysk i S-ka 
Poznań 2017
Cykl: Odrodzone Królestwo, tom III
Oprawa: miękka ze skrzydełkami
Liczba stron: 1082
ISBN: 978-83-8116-058-2




Trzy lata czytelnicy czekali (z pewnością z niecierpliwością, jak i ja) na zakończenie cyklu "Odrodzone Królestwo". I oto jest "Płomienna korona". Elżbieta Cherezińska znów przenosi nas w czasy rozbicia dzielnicowego, dając o 300 stron więcej niż miały poprzednie tomy. Dzieje się, oj dzieje, jak to na piastowskie średniowiecze przystało!
Władek wraca z banicji i stara się o połączenie polskich ziem. Rzecz w tym, że... wciąż coś traci. Miasta, dzielnice. Pomorze! Och, strasznie mu współczułam. Na lekcjach historii wyglądało to zdecydowanie mniej dramatycznie. Urodził się, powalczył, zdobył koronę, odbudował królestwo, spłodził syna, któremu zostawił koronę. Dobrze, to spore uproszczenie, ale... Władek Cherezińskiej to zupełnie inna postać i właśnie takiego Łokietka wolę.
W "Płomiennej koronie" widzimy trochę więcej świata, nie tylko Polskę. Więcej zawirowań, zdaje się, jest w Czechach niż w Polsce. Tam dopiero możemy obserwować naprawdę niesamowite intrygi. I to również wśród kobiet, wszak po śmierci Wacława III nie pozostał żaden męski spadkobierca. 
Tak jak żaden człowiek nie jest samotną wyspą, tak żaden kraj nie żyje w oderwaniu od tego, co dzieję się naokoło jego granic. Szczególnie kraj, który de facto nie istnieje i granic nie posiada. Dlatego tak ważne jest ukazanie wydarzeń w Czechach, na Węgrzech, czy na ziemiach będących pod zwierzchnictwem Zakonu Szpitala Najświętszej Marii Panny Domu Niemieckiego w Jerozolimie. Jak się okazuje nawet obrona Akki nie pozostaje bez wpływu na losy rozbitej Polski.
Jakub Świnka, który w pierwszym tomie wybijał się na czoło bohaterów, został tu potraktowany trochę po macoszemu. Już nie jest pierwszoplanową postacią, przez większość powieści w ogóle się nie pojawia, jest co najwyżej wspominany. Zdecydowanie więcej możemy teraz poczytać o krzyżakach, jest także wątek templariuszy i joannitów. Cherezińska wprowadza nową osobę wśród cichych ludzi i jest to postać naprawdę nietuzinkowa. Pojawią się oczywiście również herbowe bestie, kapłani Trzygłowa, zielone dziewczyny od Dębiny. Ludzie Starej Krwi i... ktoś o wiele, wiele od nich starszy.
Ubawimy się czytając o "intrygach" i ploteczkach wśród klarysek. Zresztą i tam pojawi się prawdziwa tajemnica, która będzie powodowała wypieki na naszych policzkach. Och, poznać ją, co za gratka...
Moimi zdecydowanie ulubionymi bohaterami tej części cyklu są Rikissa, bis regina oraz Michał Zaremba. Choć jeszcze kilka osób bardzo polubiłam, to córka Przemysła jest najbliższa memu sercu (jak w pierwszym tomie Kinga). Michał zaś, cóż... Kryje w sobie niesamowitą tajemnicę.
W recenzjach poprzednich tomów pisałam, że głównym ich bohaterem jest Polska (zresztą zdanie to z recenzji "Korony śniegu i krwi" znalazło się później na okładce "Niewidzialnej korony"). Tym razem tego nie powtórzę. To powieść przede wszystkim o Władysławie Łokietku i o władzy. Nie o Polsce, a o koronach, nie tylko o koronie polskiej.
"Nie daj Boże zjazd piastowski!" – można by podsumować wszystkie intrygi, zdrady, zabójstwa. Ja tam jednak cieszę się niezmiernie, że Cherezińska pisze o moich kochanych Piastach. I niech pisze dalej. Czy będzie ciąg dalszy? Niby Autorka nie mówi nie, a nawet... W końcu tyle pytań pozostało bez odpowiedzi. Ja natomiast z niecierpliwością czekam na powieść o królu Jadwidze.
Rozdziały, jak w poprzednich tomach, rozpoczynają się zawsze od wskazania, o kim dany fragment opowiada. Pomaga to nie pogubić się wśród tych wszystkich Henryków, Władysławów, Jadwig i Elżbiet. Niestety zrezygnowano tym razem z drzew genealogicznych, co jest, moim zdaniem, posunięciem bardzo niefortunnym. Cieszy mapa na wyklejce, ale to za mało.
No i problem podstawowy. Czas, który upłynął od lektury "Niewidzialnej koron" sprawił, że wiele już zapomniałam. Początki czytania były trudne, nie od razu umiałam się odnaleźć w tym bogato przedstawionym, pełnym ciekawych postaci, świecie. Gdybym dysponowała nadmiarem czasu, najpierw chętnie przeczytałabym powtórnie poprzednie tomy. Jednak przy dzieciach to niemożliwe. Polecam jednak, jeśli ktoś dopiero zaczyna "przygodę" z "Odrodzonym Królestwem", przeczytać wszystkie trzy tomy jeden za drugim. Przerwy lekturze nie służą, szczególnie trzyletnie.
Powieść napisana jest ładnym językiem. Postaci są przekonujące. Wydarzenia opisane tak barwnie, że czujemy, jakbyśmy byli ich świadkami. Akcja trzyma w napięciu, choć niby wiadomo, że Władysław i tak zwycięży i zostanie królem, a jego następcą będzie Kazimierz, który rodzi się dopiero gdzieś w połowie książki. Co do treści nie mam absolutnie żadnych zastrzeżeń. Do tego dochodzi jeszcze cudna okładka, która oczarowała nawet moje siedemnastomiesięczne córeczki.
Polecam z całego serca.









Książkę przeczytałam dzięki uprzejmości Zysk i S-ka:

czwartek, 31 sierpnia 2017

Dla dzieci – niestandardowo

Dzisiaj Święto Blogerów. Ja, niestety, chronicznie na nic nie mam czasu. Cud, że udaje się cokolwiek czytać i recenzować. Wiadomo, dzieci zajmują właściwie każdą chwilę. 
Dlatego dzisiaj niestandardowo, nierecenzencko, a polecajkowo. I oczywiście rodzicielsko. Czyli kilka zdjęć książek, które w ostatnim czasie czytałyśmy, oglądałyśmy, którymi się bawiłyśmy. Tych, które zdecydowanie polecam. Wiadomo, to nie wszystkie, ale staram się przynajmniej część książek recenzować, więc o innych możecie poczytać we wcześniejszych postach (i kolejnych, już niebawem). Zatem oto kilka moich propozycji. Przyjemności w oglądaniu, choć zdjęcia są robione telefonem i ich jakość odbiega od idealnej, za co Was najmocniej przepraszam. Nawet nie wiem, w którym pokoju może się obecnie znajdować aparat fotograficzny...










Dodatkowo a całego serducha polecamy ukochaną serię książeczek o zwierzątkach, które towarzysza nam od pierwszych dni życia Ariuni i Rebeczki. Mamy ich obecnie 12, a wiem przynajmniej o 6, których nam jeszcze brakuje. Oto okładki części z nich.












I na sam koniec, najulubieńsze książeczki ostatnich dwóch tygodni, czyli prezent imieninowy. Jedyne "zabawki, przy których Bliźniaczki potrafią się skupić dłużej niż 3 minuty. Świetna zabawa i naprawdę dużo nauki., Ciekawe przy każdym kolejnym oglądaniu. 






wtorek, 22 sierpnia 2017

Puszczyk – Jan Grzegorczyk

Wydawnictwo: Zysk i S-ka 
Poznań 2017
Oprawa: miękka ze skrzydełkami
Liczba stron: 439
ISBN: 978-83-8116-069-8




Kiedy kończyłam lekturę "Chaszczy", do głowy mi nie przyszło, że jeszcze spotkam się z postacią Stanisława Madeja. Uważałam tę powieść za zamkniętą całość, choć nie wszystkie tajemnice zostały wyjaśnione. Jakież było więc moje zdziwienie – i tym większa radość – gdy okazało się, że "Puszczyk" jest kontynuacją tej niezwyklej powieści.
Wydaje się, że w życiu głównego bohatera wszystko się zaczęło układać. Jest w szczęśliwym związku, ma swoją kurną chatę w środku lasu, znalazł nowych przyjaciół, w końcu zrozumiał, co mu daje szczęście. Przeżył wielkie zauroczenie, a teraz odnalazł się w ramionach miłej, dobrej kobiety, która potrafi go docenić. Ot, sielanka. Gdzież tu kryminał? 
Ano, samobójstwo Guzowskiego to jedno, ale już na początku "Puszczyka" ginie kolejny człowiek i pech chce, że to znów Staszek znalazł zwłoki. Na domiar złego (nie zdradzę chyba wiele) śmierć ponosi nie jakiś zupełnie obcy człek, ale przyjaciel. Przyjaciel, który spotyka kostuchę w chwili, gdy miał się zobaczyć właśnie ze Stanisławem. Głównego bohatera gryzą więc dodatkowo wyrzuty sumienia. Może ksiądz by żył, gdyby on się nie spóźnił? Może... 
I jak oto Stanisław, zaczyna węszyć. Coś mu w oficjalnej wersji zdarzenia nie pasuje. Żeby wyjaśnić, jak to się stało, że proboszcz zginął w tak ważnym momencie (Jakim? Przeczytajcie sami.), postanowi nawet zakopać wojenny topór z pewnym dziennikarzem, na którego dotąd jedynie sarkał. Podejrzenia padną na kilka osób, a rozwiązanie tej kryminalnej zagadki wbije Was w fotel. Szczególnie, że podane zostaje na raty, niczym pyszne danie z doskonałym deserem.
Po drodze oczywiście Staszek odkryje wiele innych sekretów różnych swych znajomych. Jego prywatne życie przynajmniej dwa razy wywróci się do góry nogami. Kilka osób będzie musiało zrewidować wszystko, co dla nich dotąd było ważne, a jeden osobnik szczególnie będzie się Wam wydawał podejrzany. A może nie tylko jeden. 
Ciekawostką są również cytaty z "O naśladowaniu Chrystusa" Tomasza a Kempis i to, w jakich sytuacjach Słowo napotyka na człowieka. W tym wypadku na Stanisława, jednak myśl ta może się odnosić do każdego z nas. Wystarczy "jedynie" się wsłuchać. W "Puszczyku pojawia się też sporo nawiązań do "Wesela" Wyspiańskiego (co chyba nie dziwi, choćby zważywszy na tytuł powieści) oraz do malarstwa. Uchylę rąbka tajemnicy – znajdujący się na okładce książki obraz odegra w niej niemałą rolę i stanie się dowodem pewnej zbrodni. Powraca również, tym razem chyba nawet bardziej uwypuklony, problem Judasza, zdrajcy spośród przyjaciół. Bo cóż począć, gdy zdradza ktoś nam najbliższy? Jak sobie z tym poradzić? 
Powieść trzyma w napięciu od pierwszej do ostatniej strony. W niczym właściwie nie ustępuje pierwszej części, chociaż... Trochę mi brakowało rozmów Stanisława z Melchiorem – bo jednak Janek to nie Melchior.
Intryga kryminalna, filozofia, duchowość, wartka akcja i nietuzinkowe postaci. Zdrada i zmiana. Tak można w skrócie opisać "Puszczyka". Znakomita lektura dla każdego i na każdy czas. Tylko koniecznie dopiero po przeczytaniu "Chaszczy". Nie wyobrażam sobie nieznajomości pierwszej powieści. To jakby wejście w połowie balu. Zupełnie nie wiadomo, kto jest kim i co się dzieje. Uważam, że powinna być na okładce informacja, że "Puszczyk" jest kontynuacją "Chaszczy". To jedyna kwestia, do której mogę się przyczepić. Także, czytajcie.








Książkę przeczytałam dzięki uprzejmości Zysk i S-ka:

czwartek, 13 lipca 2017

Dwór dla dzieci – Jan Skuratowicz, Tomasz Zysk

Wydawnictwo: Zysk i S-ka 
Poznań 2017
Oprawa: twarda
Liczba stron: 39
Ilustracje: Karolina Ostrowska
ISBN: 978-83-65521-49-1







"Dwór dla dzieci" to przyjemna i ciepła opowieść o pewnej myszy, Jasiu Ogonku, któremu nudzi się dotychczasowe życie w folwarku. Pewnego dnia postanawia zatem udać się do dworu i tam znaleźć swoje szczęście. 
Razem z małą myszką poznajemy kolejne pomieszczenia wczesno-dwudziestowiecznego polskiego dworu. Po kolei zwiedzamy m.in. pokój pana, pokój pani, kuchnię, sień, buduarek, pokój ochmistrzyni czy bibliotekę. Na końcu zaś razem z Jasiem zawędrujemy do ogrodu, parku, powozowni i stajni. 
Sama historia, która jest napisana w piękny sposób i zachwyca nie tylko dzieci, jest zabawna i jednocześnie bardzo mądra. Można się z niej nauczyć naprawdę wiele o pańskich dworach w początku XX stulecia. Nad merytoryczną poprawnością książki czuwał profesor nadzwyczajny  Instytutu Historii i Sztuki na UAM, Jan Skuratowicz (dlatego jest umieszczony jako współautor). 
Z książeczki dzieci dowiedzą się nie tylko, jakie pomieszczenia znajdowały się we dworze i do czego służyły, ale także, jakich używano sprzętów i w ogóle, jakie role społeczne mieli i czym zajmowali się poszczególni mieszkańcy tego przybytku. Z Jasiem Ogonkiem będą rozmawiały i uczyły go tego wszystkiego różne meble i sprzęty, jak choćby kałamarz czy... sedes.
Drugą warstwą tej książki, tak integralną, że nie potrafię sobie wyobrazić "Dworu..." bez niej, są ilustracje. Karolina Ostrowska spisała się na medal. Każde dziecko oglądające tę książeczkę będzie zachwycone, wręcz wniebowzięte. Rodzice natomiast mogą dużo opowiadać na ich podstawie i nie musi to być jedynie historia Jasia. Zresztą sama ubawiłam się, szukając tej małej myszki na każdym obrazku, a nieraz ogonek naprawdę nieźle się schował. 
Książeczka nie tylko stanęła już na specjalnej, wyeksponowanej półeczce w pokoju dziecięcym. Została przeczytana (przeze mnie, na głos), obejrzana przez Dziewczynki i bardzo się nam spodobała. Stanowi świetne preludium do mądrych publikacji historycznych o polskiej szlachcie, których w naszym domu nie brakuje. Myślę, że za kilka lat zainspiruje nasze Dzieci do lepszego poznania zwyczajów polskiej szlachty i dworzan. I z pewnością będzie to świetna, wspólna zabawa.
Nie znalazłam żadnego błędu, rewelacja!








Książkę przeczytałam dzięki uprzejmości Zysk i S-ka:

środa, 12 lipca 2017

Wartości w życiu rodziny – Laura Blanco, Silvia Carbonell

Wydawnictwo: Jedność
Kielce 2017
Oprawa: twarda
Liczba stron: 128
Tytuł oryginału: Family Activities (Activitats en Familia)
Przekład (z angielskiego): Piotr Szufliński
Ilustracje: Rosa Maria Curto
ISBN: 978-83-7971-627-2







Pojawiło się właśnie na rynku wydanie II "Wartości w życiu rodziny" Laury Blanco i Silvii Carbonell. Książka to o tyle niezwykła, że uczy i bawi zarówno dzieci, jak i rodziców i pozostałych opiekunów maluchów, choćby przedszkolanki. W piękny i ciepły sposób pokazuje, jak uczyć dzieci o najważniejszych wartościach rodzinnych i pomaga rozwijać wrażliwość na nie.
Książka składa się z 52 tematów do przerobienia w kolejnych tygodniach, a więc jest materiałem do pracy na okrągły rok. Tematy podjęte w kolejnych tygodniach to m.in. mądrość, dyskrecja, przyjaźń, prawdomówność, nadzieja, odpowiedzialność, spokój, uczynność, życzliwość czy zaufanie. Każdy temat rozpoczyna się od króciutkiego tekstu zaczerpniętego z Pisma Świętego. Następnie przedstawiony jest pewien problem nawiązujący do tematu, przykładowo: tematem jest autentyczność, problem dzieci – w telewizji mówiono o plagiacie, co to jest? Dalej kilka zdań, które wprowadzają nas do zastanowienia się nad całym tematem. Nakierowują one, poddają pomysły na to, w jaki sposób o danej kwestii rozmawiać z dziećmi, jakich można używać argumentów i jakie konkretnie działania podjąć. 
W dalszej kolejności przedstawione są dwie zabawy bądź zabawa i historia biblijna. Są one bardzo zróżnicowane i to kolejny plus tej pozycji. Podam tylko kilka przykładów: obserwacja nieba w czasie wycieczki, dekorowanie jajek, budowanie ekosystemu w akwarium, tworzenie mozaiki, organizacja przyjęcia, wystawienie sztuki teatralnej. Wszystkie te zabawy są tak przygotowane, by można było w nie zaangażować całą rodzinę, by czas spędzony był razem i budował więzi rodzinne. 
Każda zaproponowana zabawa jest dokładnie opisana. Tzn. nie sama zabawa, bo przecież, jak wiadomo, ważnym elementem każdej zabawy jest jej nieprzewidywalność i kreatywność bawiących się, ale kroki. Dostajemy więc listę potrzebnych materiałów, jeśli zabawa polega na tworzeniu czegoś nowego. Jeśli Autorki proponują rozmowę z dzieckiem, otrzymujemy wskazówki, jakie kwestie warto w niej poruszyć. Często dostajemy plan, krok po kroku, wykonania pewnych prac plastyczno-technicznych. To spora pomoc dla osób, które nie mają przygotowania przedszkolnego czy dużej wyobraźni. Książkę dzięki temu mogą wykorzystać również starsze dzieci w zabawie z młodszym rodzeństwem. 
Cała książka jest bogato ilustrowana przez Rosę Marię Curto i te ilustracje są przepiękne. Ciepłe, przyjemne w odbiorze, radosne, kolorowe. Uśmiechnięte twarze ludzi na stronach książki od razu zachęcają do wspólnej zabawy, jakby podpowiadały, że i my będziemy tacy radośni. I myślę, że tak się własnie dzieje z osobami, które z tej książki korzystają. 
Dodatkowym wielkim atutem tej pozycji, który skradł całkowicie moje serce, jest dodatek z tyłu. Szablony do odrysowania i wycinania. Bardzo pomocne w niektórych zabawach. Szczególnie urzekły mnie laleczki i ubranka. Zabawa, którą zawsze kochałam i przy którą]ej spędzałam mnóstwo czasu z Mamą i Babcią. Cudowne wspomnienia, które za jakiś czas staną się udziałem również moich Córeczek. Dlatego ten dodatek to coś, w czym się totalnie zakochałam. 
Na samym końcu znajdują się jeszcze teksty biblijne i refleksje dotyczące wszystkich tematów (w kolejności alfabetycznej) oraz miejsce na notatki. Tego ostatniego tylko jedna strona, mogłyby być ze dwie więcej, ale i tak przydatna rzecz.
Jednym słowem to must have dla wszystkich rodziców dzieciaków w wieku żłobkowo-przedszkolnych i wczesnoszkolnym, a także świetna pomoc dla wychowawców i katechetów. Ja jestem zachwycona, moje Dziewczynki oglądały obrazki i bardzo im się podobało. Nawet już im trochę czytałam i słuchały spokojnie, co niezbyt często im się zdarza (na ogół słuchają, biegając po pokoju). Polecam gorąco.







Książkę przeczytałam dzięki życzliwości Wydawnictwa Jedność

wtorek, 11 lipca 2017

Zapisane w gwiazdach – Lucie Di Angeli-Ilovan

Wydawnictwo: Zysk i S-ka 
Poznań 2017
Oprawa: miękka ze skrzydełkami
Liczba stron: 583 (+fotografie)
ISBN: 978-83-8116-062-9







"Zapisane w gwiazdach" to prequel doskonale napisanej i zapadającej głęboko w pamięć i serce powieści zatytułowanej "Żniwo gniewu", którą miałam okazję czytać kilka miesięcy temu. Dlatego też bez mrugnięcia okiem zdecydowałam się poznać wcześniejsze losy Kaszmiry i Maruszki. Czy było warto?
W najnowszej powieści Lucie Di Angeli-Ilovan, zamieszkującej w Stanach Zjednoczonych Polki, która sfabularyzowała (zmieniając, choć my nie wiemy, jak bardzo) losy swej własnej rodziny, możemy prześledzić życie głównych bohaterek "Żniwa gniewu" z czasów zanim spotkaliśmy je na pierwszych stronach wcześniejszej powieści. Nie ma tu tym razem mostu łączącego przeszłość z teraźniejszością, nie ma wielkiej rodzinnej tajemnicy, która wstrząsa wszystkimi. Narracja jest zupełnie inna, tak jak i sama historia. Bo tym razem to nie tylko opowieść o Kaszmirze i Maruszce, ale i ich braciach i rodzicach, którzy w "Żniwie gniewu" pojawiali się tylko we wspomnieniach i to dość rzadko. Teraz dopiero możemy dobrze zrozumieć, z jakiej rodziny pochodziły kobiety i co wpływało na ich doświadczenie i wybory życiowe.
Po krótkich przedstawieniu zamierzchłej historii rodu i pewnego mezaliansu, w wyniku którego na świat przyszły między innymi siostry Sabina i Paulina, matka Maruszki i Kaszmiry, Autorka ukazuje nam młodzieńcze lata obu głównych bohaterek i ich braci. Możemy też całkiem dobrze poznać samą Paulinę i jej męża Bazylego, który jest bardzo ciekawą postacią. Zresztą, prawdę powiedziawszy, wszyscy bohaterowie Ilovan są nietuzinkowi. Niezależnie czy się ich lubi, czy nie, są interesujący i naprawdę dobrze opisani. 
Koleje losu poszczególnych bohaterów były przeróżne, a kierowały nimi najróżniejsze pobudki. Na wszystkie zaś decyzje miały wpływ, większy bądź mniejszy, wydarzenia z tzw. wielkiej historii. Bo jakże mogłoby nie wpłynąć na rodzinę o polsko-rosyjskich korzeniach odzyskanie przez Polskę niepodległości i wyrwanie się spod carskiego jarzma? Jakże nie miałaby mieć znaczenia wojna z bolszewikami? Jakże miłość jednej z sióstr do polskiego oficera, a drugiej do komunisty żydowskiego pochodzenia nie miałyby zachwiać jedności w tym domu? W końcu  jakże... Nie, już i tak sporo napisałam. O pozostałych ważnych wydarzeniach w rodzinie Góreckich musicie przeczytać sami. 
Plejada doskonale stworzonych postaci, barwne opisy, wielka historia w tle. Łzy, radości, śmierci i narodziny. I w końcu wojna, wojna, która na kresach wschodnich przybrała jeszcze inny charakter niż ten, który znamy choćby z historii powstania warszawskiego. Kresy same w sobie stanowią już bardzo ciekawy wątek tej opowieści. U Ilovan wszystko się ze sobą pięknie przeplata, jak to w życiu. I nie brakuje tu, mimo straszliwych wydarzeń i przelanej krwi, delikatnego i taktownego humoru. Ot, choćby wtedy, gdy jedna z bohaterek dziwi się, że jest w ciąży... po raz drugi. Jakby kobiety w tamtych czasach kompletnie nie potrafiły "powiązać końca z końcem" i samodzielnie dojść do pewnych, prostych, wniosków. Może i w moim opisie zdarzenie to wcale nie wydaje się zabawne, jednak Autorka przedstawiła je w taki właśnie sposób. 
Dodatkowym atutem powieści są, zamieszczone na końcu książki, fotografie z rodzinnego archiwum Ilovan. Możemy więc tym razem zobaczyć jak wyglądały prawdziwe Kaszmira, Maruszka, Zygmunt i Szuryk. Osoby, które żyły i stały się pierwowzorami bohaterów powieści. 
Historia jest porywająca i czyta się ją z zapartym tchem. Choć jest zupełnie inna od "Żniwa gniewu", czytelnik otrzymuje kawał (niemalże 600 stron) świetnej literatury, od której trudno mu się oderwać. 
Minusy? Niestety trochę błędów się znalazło. I kilka logicznych nieścisłości. Z czego wynikały, trudno stwierdzić. Fakt, że Autorka ich nie uniknęła. Nie rzutują na ogólną ocenę książki, ale od pewnych książek i wydawnictw oczekuje się więcej niż od innych i byłoby wspaniale, gdyby w przyszłości, jeśli dojdzie do dodruków czy kolejnych wydań, dokonano poprawek.
Już wkrótce na Dune Fairytales pojawi się recenzja "Żniwa gniewu". Niestety, nie wyrabiam się z pisaniem wszystkich recenzji. Wiem, że ostatnimi czasy niewiele się tu dzieje, chociaż czytam naprawdę dużo. Może kiedyś da się nadrobić. Postaram się. Tymczasem oczekujcie recenzji "Żniwa gniewu".






Książkę przeczytałam dzięki uprzejmości Zysk i S-ka:

środa, 5 lipca 2017

Mamo, tato, zrobię arkę! Historie biblijne i prace plastyczne dla dzieci – Leena Lane, Gillian Chapman

Wydawnictwo: Jedność
Kielce 2017
Oprawa: twarda
Liczba stron: 110
Tytuł oryginału: The Make and Do Bible
Przekład (z angielskiego): 
Beata Śliwińska i Agnieszka Rudnik
ISBN: 978-83-7971-629-6






Napisać, że ta książka jest cudowna to napisać naprawdę za mało. Zakochałam się w niej, kiedy tylko otworzyłam na pierwszych stronach. Jest wszystkim tym, czego oczekiwałam i jeszcze czymś więcej.
48 historii biblijnych napisanych językiem odpowiadającym dzieciom. Z dodatkowym wskazaniem (na samym końcu książki), co może być bardzo pomocne dla mniej obeznanych z Biblią, w których księgach i rozdziałach znajdują się w Piśmie Świętym dane opowieści. Poczynąjąc od stworzenia świata, cały Stary, a następnie Nowy Testament aż do Pięćdziesiątnicy. Dzieci poznają zatem całą biblijną historię, a przynajmniej te naprawdę najważniejsze zdarzenia. 
Opowiadania nie są długie, nawet małe dzieci będą w stanie ich spokojnie wysłuchać. Każdy rozdział obejmuje dwie strony, na których poza historią biblijną pokazana jest praca plastyczna, jaką można wykonać, samodzielnie bądź z pomocą dorosłych osób, aby o tej opowieści przypominała. Otrzymujemy także listę potrzebnych do pracy materiałów i bardzo dokładny opis krok po kroku, jak postępować, by wykonanie pracy było bezpieczne i zaowocowało czymś naprawdę ładnym. Widzimy również efekt końcowy. Autorki bardzo postarały się, by zarówno treść, jak i ilustracje zachęcały dzieci do poznawania Pisma Świętego i sprawiały im radość. 
Proponowane prace wykonywane są przeróżnymi technikami. To również bardzo ważne i rozwijające. Mogą być one ozdobą, mogą być nawet tzw. sztuką użytkową. Niektóre przeznaczone są raczej dla dzieci szkolnych, ale i dla przedszkolaków znajdzie się przynajmniej kilka ciekawych pomysłów. Przy czym, warto zauważyć, że prace proponowane przez Autorki są jedynie przykładem, swoistą inspiracją do codziennego życia Biblią. Twórczość dzieciaków nie zna granic, a najważniejsza jest przecież dobra zabawa. Warto o tym pamiętać, kiedy zaczynamy się frustrować, że wykonywany przez nas np. hełm setnika nie za bardzo przypomina to, co widzimy na zdjęciu.
Książka jest bardzo kolorowa, co niezmiernie ważne w pozycjach dla najmłodszych. Strony są dość grube, kredowy papier, twarda oprawa, nasycone barwy. Wszystko to sprawia, że już samo oglądanie książki jest ogromnie przyjemne. I, to trzeba napisać, od razu chce się przystąpić do pracy. Moje Dziewczynki mają dopiero 15 miesięcy, więc są jeszcze trochę za małe nawet na najprostsze z prac, ale mogą słuchać i oglądać. I już rwę się, by zrobić dla nich pacynki i zainscenizować teatrzyk. Zresztą nie mam wątpliwości, że na najbliższe Boże Narodzenie będziemy mieli już całkiem sporo prac zainspirowanych tą książką. 
Poza pięknym wykonaniem, "Mamo, tato, zrobię arkę!..." niesamowicie pobudza wyobraźnię. Jest rzeczywiście inspirująca, także dla rodziców. Na wiele pomysłów, które można w niej znaleźć nigdy bym sama nie wpadła, choć nieraz są bardzo proste. To dodatkowy plus tej pozycji.
Jednym słowem to wspaniała skarbnica pomysłów, które pozwolą na dobrą katechizację najmłodszych, połączoną z zabawą i jeszcze owocującą całkiem przydatnymi w życiu pracami plastycznymi. Polecam z całego serducha.






Książkę przeczytałam dzięki życzliwości Wydawnictwa Jedność

wtorek, 4 lipca 2017

Historia Kościoła w datach i faktach – Stephan Kotzula

Wydawnictwo: Jedność
Kielce 2017
Oprawa: twarda
Liczba stron: 263
Tytuł oryginału: Kirchengeschichte in Daten & Fakten
Przekład (z niemieckiego): 
Ks. dr Tomasz Gocel
ISBN: 978-83-7971-434-6




"Historia Kościoła w datach i faktach" to doskonała pozycja dla wszystkich interesujących się historią chrześcijaństwa, jego doktryny, rozwoju liturgii, zakonów i duchowością. W przystępny, przejrzysty i bardzo wygodny sposób, ukazuje czytelnikowi najważniejsze wydarzenia i zmiany, jakie następowały w Kościele na przestrzeni lat. 
Na pozór książka ta wydaje się nie być "wygodna". Twarda oprawa, grube karty, które dodają pozycji na wadze, poziomy układ. Okazuje się jednak, że nic bardziej mylnego. Owszem, książka może rzeczywiście nie jest wagowo lekka, ale to przecież nie jest powieść, którą zabieramy ze sobą na plażę. Poziomy układ pozwala na ukazanie kilku ważnych aspektów, na których autor książki się skupił. Układ pionowy, bardziej tradycyjny, by to uniemożliwiał, a przynajmniej znacznie utrudnił. W układzie pionowym musielibyśmy otrzymać albo bardzo małą czcionkę, albo bardzo dużą księgę. Wychodzi zatem, że wybór formatu jest właściwy.
Przechodząc jednak do najważniejszego, czyli treści. Książka składa się z sześciu części, odpowiadających kolejnym okresom. I tak mamy Kościół starożytny, średniowieczny, w epoce nowożytnej, następnie zaś XIX i XX wiek do Soboru Watykańskiego II, Kościół XX wieku po Soborze i na koniec początki trzeciego tysiąclecia Kościoła. Po rozłożeniu stron otrzymujemy tabelę zajmującą dwie strony. Z boku widzimy przedział czasowy, czyli lata, jakie obejmują dane treści. Dalej kolejne "rubryki" tabeli czyli kolejno: Historia świata, Działalność misyjna, Rozwój doktryny, Zakony, święci i duchowość, Kościół i społeczeństwo, Liturgia i życie chrześcijańskie oraz Chrześcijańska sztuka i muzyka. Wszystko to łącznie daje bardzo przejrzysty obraz rozwoju Kościoła. 
Można czytać po kolei konkretną "rubrykę", można porównywać zdarzenia mające miejsce w różnych dziedzinach życia Kościoła i świata. Jak kto woli. Układ taki daje naprawdę spore możliwości i pozwala na spojrzenie na historię chrześcijańskiego świata z nieco innej, znacznie szerszej, perspektywy. Jednocześnie leksykon ten umożliwia porównywanie tego, co działo się na płaszczyźnie życia religijnego z wydarzeniami i prądami życia świeckiego. 
Na samym końcu znajdujemy leksykon osób, który ułatwia poszukiwanie konkretnych postaci, ze wskazaniem stron, na których znajdują się wzmianki o nich.
Leksykon "Historia Kościoła w datach i faktach" to ponad trzy tysiące wydarzeń, jest więc co studiować. 
Wydanie wprowadzone na polski rynek przez Wydawnictwo Jedność zostało poszerzone o wiadomości dotyczące wydarzeń i osób związanych z naszym krajem, a także zawiera wydarzenia po roku 2008 (czyli po roku wydania niemieckojęzycznego). Jest zatem bardziej kompletne od swego oryginału. 
To najbardziej aktualne (sięga roku 2016) na naszym rynku kompendium wiedzy, które dodatkowo jest przygotowane w bardzo przystępny sposób, tak by łatwo było wszystko znaleźć i porównać. Dobre jest zatem również dla kompletnych laików, którzy chcieliby poznać historię Kościoła bez konieczności studiowania opasłych tomiszczy, choćby ze względu na sprawę tak prozaiczną jak brak czasu.
Polecam zatem wszystkim zainteresowanym, mniej czy bardziej, tematem. Myślę, że ten leksykon przydać się może właściwie każdemu.






Książkę przeczytałam dzięki życzliwości Wydawnictwa Jedność