Fragment mojej recenzji został umieszczony na okładce powieści "Skazaniec. Z bestią w sercu" Krzysztofa Spadło

Fragment mojej recenzji „Korony śniegu i krwi” został umieszczony na okładce powieści Elżbiety Cherezińskiej – „Niewidzialna korona” (wyd. Zysk i S-ka)

czwartek, 12 października 2017

Religia dla dzieci od Centrum Kultury i Tradycji Wiedeń 1683

"Mój mały mszalik"
Katarzyna Robaczewska
Wydawnictwo: Centrum Kultury i Tradycji Wiedeń 1683
Lublin 2015
Oprawa: miękka
Liczba stron: 55
Ilustracje: Jacek Przybylski
ISBN: 978-83-935242-7-3










"Jam jest Pan Bóg twój. Katechizm dla dzieci o Dekalogu"
Bogna Białecka
Wydawnictwo: Centrum Kultury i Tradycji Wiedeń 1683
Lublin 2016
Oprawa: miękka
Liczba stron: 40
Ilustracje: Jacek Przybylski
ISBN: 978-83-935242-9-7

Dzisiaj krótko o dwóch pozycjach dla dzieci, które mogą pomóc w przekazaniu im wiary. Oczywiście to tylko niewielki wycinek tego, co jest dostępne na rynku, warto więc zapoznać się z szerszą ofertą. Osobiście czekam na jeszcze jedną książkę od tego wydawcy i mam nadzieję, że okaże się równie dobra. Choć nie mówię, że nie mogłoby być lepiej. Po kolei jednak.
"Mój mały mszalik" to niedużych rozmiarów książeczka, która ma na celu wyjaśnienie dzieciom obrzędów Mszy Świętej. Bogato ilustrowana ukazuje po kolei najważniejsze momenty Mszy, tłumacząc, co się wówczas dzieje, a także, jak należy postępować. Czyli jednym słowem dziecko dowiaduje się, "o co we Mszy chodzi" i co samo powinno robić. Każdy fragment zajmuje jedną stronę, obok znajduje się barwna, ładna ilustracja. Zważywszy na profil wydawcy, nie powinno nikogo dziwić, że zarówno opis, jak i grafiki są charakterystyczne dla tzw. Mszy trydenckiej. 
Na tym jednak nie koniec. Ostatnie 20 stron to antyfony do Mszy Świętej, modlitwy po każdej cichej Mszy Świętej, Katechizm i modlitwy wieczorne. Wszystko to (poza Katechizmem) w układzie łacińsko-polskim, może więc być bardzo przydatne również dla dorosłych.
Książeczka jest naprawdę starannie wydana i wydaje się, że w kolejnych latach będzie niezmiernie przydatna. Na razie dziewczynki wysłuchały tego, co czytałam i z chęcią zapoznały się z ilustracjami.
"Jam jest Pan Bóg twój. Katechizm dla dzieci o Dekalogu", jak sama nazwa wskazuje, jest katechizmem traktującym o Dziesięciu Przykazaniach. Omówienie każdego z nich rozpoczyna się od cytatów z Pisma Świętego, nawiązujących do danej treści. Tych cytatów jest zawsze kilka, co przy okazji pokazuje, że Biblia jest spójnym dziełem moralnym. Po cytatach znajdujemy opis różnych sytuacji i problemów, na które można napotkać we współczesnym świecie i które to prowadzić mogą do postępowania niezgodnego z Dekalogiem. Co właśnie jest niezmiernie ważne, opis ten jest mocno osadzony w naszych realiach, co ułatwi dzieciom zrozumienie wielu kwestii i odpowiada często na pytania, o co właściwie w danym przykazaniu może chodzić w naszej zwykłej codzienności. Na koniec jedno, dwa dania podsumowania, a następnie pytania. Można by je nazwać kontrolnymi, ale skłaniam się raczej do stwierdzenia, że są to kwestie do przemyślenia lub przedyskutowania z rodzicami czy katechetą. 
Książka również jest ilustrowana, każdemu przykazaniu przyporządkowano jedną ładną pracę. Co jest dodatkową korzyścią, to to, że nawet dorosły (i to mający dobrą formację) skorzysta na lekturze tej książeczki właśnie dzięki jej współczesnemu podejściu i pytaniom na końcu.
Niestety "Jam jest Pan Bóg twój. Katechizm dla dzieci o Dekalogu" roi się od błędów, które redaktor mógłby spokojnie wyeliminować, gdyby tylko chciał. Moim zdaniem jest ich zdecydowanie za dużo – szczególnie, że jest to książka dla dzieci, a więc osób, które dopiero uczą się poprawnie władać językiem. Książki dla najmłodszych powinny być wydawane z jeszcze większą starannością niż te dla dorosłych. Tutaj komuś się podwinęła noga. Może kolejne wydania (jeśli takie się pojawią) zostaną poprawione. Należy mieć na to nadzieję, bo jest to naprawdę wartościowa pozycja, którą chętnie polecę wielu rodzicom.

 

wtorek, 10 października 2017

Ostatnia chowa klucz – Ałbena Grabowska

Wydawnictwo: Zwierciadło
Warszawa 2017
Oprawa: miękka ze skrzydełkami
Liczba stron: 307
ISBN: 978-83-65456-86-1








Pierwsza w dorobku Ałbeny Grabowskiej powieść kryminalna zapowiadała się od samego początku na prawdziwą perełkę. Czy rzeczywiście sprostała wymaganiom i spełniła oczekiwania?
Kto zna Pretty Little Liars ("Słodkie kłamstewka" vel "Kłamczuchy") ten z pewnością będzie miał takie same przemyślenie co do początku powieści. Cztery nastolatki zbierają się na opuszczonym strychu. Jedna z nich ma przystąpić do "paczki", ale czeka ją najpierw swoista inicjacja. Po zakończonym spotkaniu, które jest dość przerażające, następuje... porwanie. Która z dziewczyn zaginie i co się z nią później stanie? Tutaj już wszystko jest inaczej niż w PLL. 
Polska, nienazwana miejscowość w okolicy Warszawy. Można by się pokusić o jej znalezienie, bo często padają nazwy ulic i ich umiejscowienie względem siebie. Nie ma to jednak większego znaczenia. Jesteśmy w pobliżu Wisły, mamy początek XXI stulecia. Główne bohaterki na początku powieści mają szesnaście lat. Oznacza to, że jestem od nich niewiele starsza, może rok, może trzy. W każdym razie pozwoliło mi to na dodatkowe poczucie bliskości i ułatwiło wczucie się w klimat. Całkiem dobrze jeszcze pamiętam to, co czuły licealistki na początku millenium.
Historia opowiedziana jest z perspektywy jednej z uczestniczek feralnego spotkania, Marzeny.  Dzięki temu głębiej wchodzimy w jej umysł i serce, a jednocześnie nie wiemy wszystkiego, a jedynie to, co ona sama odkryje. Prywatne śledztwo prowadzi z różnymi skutkami, czasem wie (przynajmniej tak się nam i jej wydaje) więcej od policji, innym razem jakby przestaje się interesować przestępcą i skupia na własnym życiu, miłości, związku. Uważam jednak, że takie spojrzenie na sprawę jest bardzo dobre i narrator wszechwiedzący mógłby nam jedynie popsuć odbiór całej opowieści.
Każdy rozdział ma swoisty prolog i epilog. Prolog to słowa porywacza, epilog – kogoś, kto go zna i postanawia naprawić wyrządzone przez niego zło. Do samego końca nie wiemy, kim te postaci są. Odkryjemy to dopiero na dwóch ostatnich stronach.
Ałbena Grabowska, poza wyśmienitą akcją, daje nam również niesamowitą galerię barwnych postaci, z których każda, nawet najbardziej niepozorna, ma w tej historii do odegrania niebagatelną rolę. Niezapomniani na długo jeszcze pozostaną Świętszy Paweł, Pikuś, Mimoza i Adamsowa. Bo Marzena ma takie zboczenie – niemalże wszystkim w swym otoczeniu nadaje jakieś przezwiska.
W powieści codzienne przeżycia nastolatki – zakochanie, niezrozumienie się z rodzicami, szkoła, nauczyciele – przenikają się z iście kryminalną intrygą, w której samym środku znajduje się Marzena. Czy nastoletnia miłość okaże się silniejsza od przyjaźni? Czy może jednak to przyjaźń i lojalność zwyciężą? I jak cała ta historia wpłynie na dalsze życie, wchodzących w dorosłość, bohaterów?
Kto porwał i dlaczego? Kim była tajemnicza osoba, która postanowiła pokrzyżować porywaczowi szyki? Tego dowiemy się dopiero na dwóch ostatnich stronach. Stronach... zamkniętych w kopercie, którą należy rozciąć dopiero w ostatniej chwili. Ciekawy pomysł, który dodaje powieści smaczku i jeszcze bardziej trzyma w napięciu. Bo nie można poznać zakończenia od razu. no chyba, że postanowisz na początku otworzyć kopertę. Ale wówczas cała intryga i czytanie nie mają już większego sensu. Szkoda sobie psuć te kilka(naście w moim wykonaniu) godzin wyśmienitej lektury.
Sprawcę wykryłam dość szybko. A potem z 10 razy zmieniałam zdanie, by w końcu... przekonać się, że trafiłam, a Autorka nieźle potrafi zakręcić, by kryminał można było uznać za naprawdę udany. Bardzo spodobało mi się również to, że zakończenie jest współczesne  – ten przeskok o mniej więcej 15 lat wiele daje. Pozwala bowiem poznać dalsze losy wszystkich bohaterów i dopiero naprawdę na samiutkim końcu rozwiązać zagadkę. Dzięki niemu możemy przeczytać jak tamte tragiczne wydarzenia wpłynęły na kształtowanie się ich charakterów i losy ich wszystkich.
Znalazłam, niestety, kilka błędów logicznych i mam wrażenie, że w niektórych miejscach nastąpiło jakieś zagięcie czasoprzestrzeni. Poza tym żadnych krytycznych uwag. Należy zatem mieć nadzieję, że to nie ostatni kryminał Ałbeny Grabowskiej.




Książkę przeczytałam dzięki życzliwości Wydawnictwa Zwierciadło

wtorek, 12 września 2017

Wyjątkowe terminarze od wydawnictwa Jedność

Wydawnictwo: Jedność
Kielce 2017
Oprawa: twarda z gumką (4 wersje kolorystyczne)
Liczba stron: 320
Tekst: Agnieszka Porzezińska
Ilustracje: Ola Makowska
ISBN: 978-83-7971-790-3





Jako że jestem wielką fanką planowania, kocham wszelkiej maści kalendarze, terminarze, plannery i listy, skusiła mnie tegoroczna oferta wydawnictwa Jedność i postanowiłam wypróbować czegoś nowego, mimo że od lat byłam wierna innemu plannerowi (nie podam tutaj nazwy, choć niektóry wiedzą). Tym sposobem w moje ręce trafiły dwa naprawdę wyjątkowe terminarze. Jeden z nich ma szanse stać się moim ukochanym, choć...
Zacznijmy od początku. Komplet składa się z "Terminarza wyjątkowej mamy" i "Terminarza wyjątkowej dziewczyny". Oczywiście nikt nie musi kupować kompletu, można nabyć jeden z terminarzy i to w zupełności wystarcza, jeśli nie macie się potrzeby kupowania dla siebie i kogoś jeszcze. 
Czym poza zwykłym kalendarzem wyróżniają się terminarze od Jedności? Co sprawia, że są w pewien sposób wyjątkowe i mogą stanowić doskonałą konkurencję dla tych wszystkich plannerów, którymi na początku roku kalendarzowego i szkolnego jesteśmy właściwie zasypywani we wszystkim sklepach? Jak wyglądają jednościowe terminarze w środku?
Każdy tydzień zajmuje dwie strony i jest przedstawiony graficznie w bardzo ładny sposób. Subtelny, delikatny, bardzo kobiecy, a jednocześnie praktyczny. Nie ma co prawda rozpisanych godzin, co dla osób, które mają naprawdę dużo godzinowo zaplanowanych zajęć może to stanowić pewien dyskomfort. Z drugiej jednak strony terminarz dziewczyny zawiera plany lekcji, a w terminarzu dla mam jest aż 10 planów lekcji na jesień i tyle samo na drugi semestr szkoły. Spokojnie więc zajęcia powtarzalne można umieścić tam.
Na dole każdej prawej strony jest również mały kalendarz z podglądem na cały miesiąc. Ponadto w niedziele i uroczystości kościelne – cytat z Ewangelii czytanej tego dnia. 
Każdy miesiąc rozpoczyna się od przedstawienia postaci świętego bądź błogosławionego. Tutaj ciekawostka – różnią się te osoby między terminarzami. Są dopasowane do potrzeb wieku matki i córki. Przeczytałam wszystkie biogramy i uważam, że dopasowanie jest idealne. Wszak czego innego oczekują od życia i szukają w nim dorosłe kobiety, "matki dzieciom", a czego innego nastolatki.
Ponadto w terminarzu można znaleźć całe mnóstwo różnych porad, jest coś dla ciała i coś dla ducha. I tu znów – różnice między terminarzem dla mamy i dla córki. 
Całkiem sporo miejsca na notatki, tzw. "bazgroły". Do tego różne gry i kolorowanki. Już nie mogę się doczekać momentu, kiedy znajdę chwilę wolnego na kolorowanie. Na końcu kilka przydatnych modlitw oraz typowo kobiece tematy – m.in. kalendarzyk menstruacyjny, rozmiarówki ubrań i butów oraz leki z naturalnej apteki.
Bardzo dobrym pomysłem jest wprowadzenie różnych kolorów w kolejnych miesiącach. Dzięki temu od razu z boku widać, gdzie kończy się jeden miesiąc, a zaczyna następny, co może być bardzo pomocne. Dodatkowo terminarz ma również tasiemkę-zakładkę, której (choć mogło by się zdawać, że jest już ona od dawna standardem) w niektórych kalendarzach brakuje.
Terminarze dostępne są w czterech kolorach: fioletowym, różowym, niebieskim i żółtym.Terminarz mamy jest w formacie A5, terminarz dziewczyny jest mniejszy.
Jednym słowem ideał. Niestety, ma jeden mankament. Liczę na to, że w przyszłym roku zostanie poprawiony. Wówczas zdecydowanie przerzucam się na stałe na "Terminarz wyjątkowej mamy". Zupełnie jednak nie pojmuję, dlaczego miesiące lipiec i sierpień są jedynie w skrócie, tzn. na jednej stronie cały miesiąc? Czy my, matki, mamy wtedy wolne? Wydaje mi się, że nawet jeśli by pominąć fakt, że należy wówczas dzieciom zagospodarować czas, który na ogół zajmuje im szkoła, to przecież mamy również swoje życie. Imieniny, urodziny, rocznice, wyjazdy, własne zajęcia. Dlaczego nie ma na nie miejsca? Nawet kalendarze nauczycielskie uwzględniają porę letnią.
Gorąco polecam wypróbować, również tym, którzy już przywykli do pewnej kalendarzowej rutyny. Może tego właśnie potrzebujemy – świeżości i trochę innego spojrzenia na naszą codzienność.





Książkę przeczytałam dzięki życzliwości Wydawnictwa Jedność

środa, 6 września 2017

Płomienna korona – Elżbieta Cherezińska

Wydawnictwo: Zysk i S-ka 
Poznań 2017
Cykl: Odrodzone Królestwo, tom III
Oprawa: miękka ze skrzydełkami
Liczba stron: 1082
ISBN: 978-83-8116-058-2




Trzy lata czytelnicy czekali (z pewnością z niecierpliwością, jak i ja) na zakończenie cyklu "Odrodzone Królestwo". I oto jest "Płomienna korona". Elżbieta Cherezińska znów przenosi nas w czasy rozbicia dzielnicowego, dając o 300 stron więcej niż miały poprzednie tomy. Dzieje się, oj dzieje, jak to na piastowskie średniowiecze przystało!
Władek wraca z banicji i stara się o połączenie polskich ziem. Rzecz w tym, że... wciąż coś traci. Miasta, dzielnice. Pomorze! Och, strasznie mu współczułam. Na lekcjach historii wyglądało to zdecydowanie mniej dramatycznie. Urodził się, powalczył, zdobył koronę, odbudował królestwo, spłodził syna, któremu zostawił koronę. Dobrze, to spore uproszczenie, ale... Władek Cherezińskiej to zupełnie inna postać i właśnie takiego Łokietka wolę.
W "Płomiennej koronie" widzimy trochę więcej świata, nie tylko Polskę. Więcej zawirowań, zdaje się, jest w Czechach niż w Polsce. Tam dopiero możemy obserwować naprawdę niesamowite intrygi. I to również wśród kobiet, wszak po śmierci Wacława III nie pozostał żaden męski spadkobierca. 
Tak jak żaden człowiek nie jest samotną wyspą, tak żaden kraj nie żyje w oderwaniu od tego, co dzieję się naokoło jego granic. Szczególnie kraj, który de facto nie istnieje i granic nie posiada. Dlatego tak ważne jest ukazanie wydarzeń w Czechach, na Węgrzech, czy na ziemiach będących pod zwierzchnictwem Zakonu Szpitala Najświętszej Marii Panny Domu Niemieckiego w Jerozolimie. Jak się okazuje nawet obrona Akki nie pozostaje bez wpływu na losy rozbitej Polski.
Jakub Świnka, który w pierwszym tomie wybijał się na czoło bohaterów, został tu potraktowany trochę po macoszemu. Już nie jest pierwszoplanową postacią, przez większość powieści w ogóle się nie pojawia, jest co najwyżej wspominany. Zdecydowanie więcej możemy teraz poczytać o krzyżakach, jest także wątek templariuszy i joannitów. Cherezińska wprowadza nową osobę wśród cichych ludzi i jest to postać naprawdę nietuzinkowa. Pojawią się oczywiście również herbowe bestie, kapłani Trzygłowa, zielone dziewczyny od Dębiny. Ludzie Starej Krwi i... ktoś o wiele, wiele od nich starszy.
Ubawimy się czytając o "intrygach" i ploteczkach wśród klarysek. Zresztą i tam pojawi się prawdziwa tajemnica, która będzie powodowała wypieki na naszych policzkach. Och, poznać ją, co za gratka...
Moimi zdecydowanie ulubionymi bohaterami tej części cyklu są Rikissa, bis regina oraz Michał Zaremba. Choć jeszcze kilka osób bardzo polubiłam, to córka Przemysła jest najbliższa memu sercu (jak w pierwszym tomie Kinga). Michał zaś, cóż... Kryje w sobie niesamowitą tajemnicę.
W recenzjach poprzednich tomów pisałam, że głównym ich bohaterem jest Polska (zresztą zdanie to z recenzji "Korony śniegu i krwi" znalazło się później na okładce "Niewidzialnej korony"). Tym razem tego nie powtórzę. To powieść przede wszystkim o Władysławie Łokietku i o władzy. Nie o Polsce, a o koronach, nie tylko o koronie polskiej.
"Nie daj Boże zjazd piastowski!" – można by podsumować wszystkie intrygi, zdrady, zabójstwa. Ja tam jednak cieszę się niezmiernie, że Cherezińska pisze o moich kochanych Piastach. I niech pisze dalej. Czy będzie ciąg dalszy? Niby Autorka nie mówi nie, a nawet... W końcu tyle pytań pozostało bez odpowiedzi. Ja natomiast z niecierpliwością czekam na powieść o królu Jadwidze.
Rozdziały, jak w poprzednich tomach, rozpoczynają się zawsze od wskazania, o kim dany fragment opowiada. Pomaga to nie pogubić się wśród tych wszystkich Henryków, Władysławów, Jadwig i Elżbiet. Niestety zrezygnowano tym razem z drzew genealogicznych, co jest, moim zdaniem, posunięciem bardzo niefortunnym. Cieszy mapa na wyklejce, ale to za mało.
No i problem podstawowy. Czas, który upłynął od lektury "Niewidzialnej koron" sprawił, że wiele już zapomniałam. Początki czytania były trudne, nie od razu umiałam się odnaleźć w tym bogato przedstawionym, pełnym ciekawych postaci, świecie. Gdybym dysponowała nadmiarem czasu, najpierw chętnie przeczytałabym powtórnie poprzednie tomy. Jednak przy dzieciach to niemożliwe. Polecam jednak, jeśli ktoś dopiero zaczyna "przygodę" z "Odrodzonym Królestwem", przeczytać wszystkie trzy tomy jeden za drugim. Przerwy lekturze nie służą, szczególnie trzyletnie.
Powieść napisana jest ładnym językiem. Postaci są przekonujące. Wydarzenia opisane tak barwnie, że czujemy, jakbyśmy byli ich świadkami. Akcja trzyma w napięciu, choć niby wiadomo, że Władysław i tak zwycięży i zostanie królem, a jego następcą będzie Kazimierz, który rodzi się dopiero gdzieś w połowie książki. Co do treści nie mam absolutnie żadnych zastrzeżeń. Do tego dochodzi jeszcze cudna okładka, która oczarowała nawet moje siedemnastomiesięczne córeczki.
Polecam z całego serca.









Książkę przeczytałam dzięki uprzejmości Zysk i S-ka:

czwartek, 31 sierpnia 2017

Dla dzieci – niestandardowo

Dzisiaj Święto Blogerów. Ja, niestety, chronicznie na nic nie mam czasu. Cud, że udaje się cokolwiek czytać i recenzować. Wiadomo, dzieci zajmują właściwie każdą chwilę. 
Dlatego dzisiaj niestandardowo, nierecenzencko, a polecajkowo. I oczywiście rodzicielsko. Czyli kilka zdjęć książek, które w ostatnim czasie czytałyśmy, oglądałyśmy, którymi się bawiłyśmy. Tych, które zdecydowanie polecam. Wiadomo, to nie wszystkie, ale staram się przynajmniej część książek recenzować, więc o innych możecie poczytać we wcześniejszych postach (i kolejnych, już niebawem). Zatem oto kilka moich propozycji. Przyjemności w oglądaniu, choć zdjęcia są robione telefonem i ich jakość odbiega od idealnej, za co Was najmocniej przepraszam. Nawet nie wiem, w którym pokoju może się obecnie znajdować aparat fotograficzny...










Dodatkowo a całego serducha polecamy ukochaną serię książeczek o zwierzątkach, które towarzysza nam od pierwszych dni życia Ariuni i Rebeczki. Mamy ich obecnie 12, a wiem przynajmniej o 6, których nam jeszcze brakuje. Oto okładki części z nich.












I na sam koniec, najulubieńsze książeczki ostatnich dwóch tygodni, czyli prezent imieninowy. Jedyne "zabawki, przy których Bliźniaczki potrafią się skupić dłużej niż 3 minuty. Świetna zabawa i naprawdę dużo nauki., Ciekawe przy każdym kolejnym oglądaniu. 






wtorek, 22 sierpnia 2017

Puszczyk – Jan Grzegorczyk

Wydawnictwo: Zysk i S-ka 
Poznań 2017
Oprawa: miękka ze skrzydełkami
Liczba stron: 439
ISBN: 978-83-8116-069-8




Kiedy kończyłam lekturę "Chaszczy", do głowy mi nie przyszło, że jeszcze spotkam się z postacią Stanisława Madeja. Uważałam tę powieść za zamkniętą całość, choć nie wszystkie tajemnice zostały wyjaśnione. Jakież było więc moje zdziwienie – i tym większa radość – gdy okazało się, że "Puszczyk" jest kontynuacją tej niezwyklej powieści.
Wydaje się, że w życiu głównego bohatera wszystko się zaczęło układać. Jest w szczęśliwym związku, ma swoją kurną chatę w środku lasu, znalazł nowych przyjaciół, w końcu zrozumiał, co mu daje szczęście. Przeżył wielkie zauroczenie, a teraz odnalazł się w ramionach miłej, dobrej kobiety, która potrafi go docenić. Ot, sielanka. Gdzież tu kryminał? 
Ano, samobójstwo Guzowskiego to jedno, ale już na początku "Puszczyka" ginie kolejny człowiek i pech chce, że to znów Staszek znalazł zwłoki. Na domiar złego (nie zdradzę chyba wiele) śmierć ponosi nie jakiś zupełnie obcy człek, ale przyjaciel. Przyjaciel, który spotyka kostuchę w chwili, gdy miał się zobaczyć właśnie ze Stanisławem. Głównego bohatera gryzą więc dodatkowo wyrzuty sumienia. Może ksiądz by żył, gdyby on się nie spóźnił? Może... 
I jak oto Stanisław, zaczyna węszyć. Coś mu w oficjalnej wersji zdarzenia nie pasuje. Żeby wyjaśnić, jak to się stało, że proboszcz zginął w tak ważnym momencie (Jakim? Przeczytajcie sami.), postanowi nawet zakopać wojenny topór z pewnym dziennikarzem, na którego dotąd jedynie sarkał. Podejrzenia padną na kilka osób, a rozwiązanie tej kryminalnej zagadki wbije Was w fotel. Szczególnie, że podane zostaje na raty, niczym pyszne danie z doskonałym deserem.
Po drodze oczywiście Staszek odkryje wiele innych sekretów różnych swych znajomych. Jego prywatne życie przynajmniej dwa razy wywróci się do góry nogami. Kilka osób będzie musiało zrewidować wszystko, co dla nich dotąd było ważne, a jeden osobnik szczególnie będzie się Wam wydawał podejrzany. A może nie tylko jeden. 
Ciekawostką są również cytaty z "O naśladowaniu Chrystusa" Tomasza a Kempis i to, w jakich sytuacjach Słowo napotyka na człowieka. W tym wypadku na Stanisława, jednak myśl ta może się odnosić do każdego z nas. Wystarczy "jedynie" się wsłuchać. W "Puszczyku pojawia się też sporo nawiązań do "Wesela" Wyspiańskiego (co chyba nie dziwi, choćby zważywszy na tytuł powieści) oraz do malarstwa. Uchylę rąbka tajemnicy – znajdujący się na okładce książki obraz odegra w niej niemałą rolę i stanie się dowodem pewnej zbrodni. Powraca również, tym razem chyba nawet bardziej uwypuklony, problem Judasza, zdrajcy spośród przyjaciół. Bo cóż począć, gdy zdradza ktoś nam najbliższy? Jak sobie z tym poradzić? 
Powieść trzyma w napięciu od pierwszej do ostatniej strony. W niczym właściwie nie ustępuje pierwszej części, chociaż... Trochę mi brakowało rozmów Stanisława z Melchiorem – bo jednak Janek to nie Melchior.
Intryga kryminalna, filozofia, duchowość, wartka akcja i nietuzinkowe postaci. Zdrada i zmiana. Tak można w skrócie opisać "Puszczyka". Znakomita lektura dla każdego i na każdy czas. Tylko koniecznie dopiero po przeczytaniu "Chaszczy". Nie wyobrażam sobie nieznajomości pierwszej powieści. To jakby wejście w połowie balu. Zupełnie nie wiadomo, kto jest kim i co się dzieje. Uważam, że powinna być na okładce informacja, że "Puszczyk" jest kontynuacją "Chaszczy". To jedyna kwestia, do której mogę się przyczepić. Także, czytajcie.








Książkę przeczytałam dzięki uprzejmości Zysk i S-ka:

czwartek, 13 lipca 2017

Dwór dla dzieci – Jan Skuratowicz, Tomasz Zysk

Wydawnictwo: Zysk i S-ka 
Poznań 2017
Oprawa: twarda
Liczba stron: 39
Ilustracje: Karolina Ostrowska
ISBN: 978-83-65521-49-1







"Dwór dla dzieci" to przyjemna i ciepła opowieść o pewnej myszy, Jasiu Ogonku, któremu nudzi się dotychczasowe życie w folwarku. Pewnego dnia postanawia zatem udać się do dworu i tam znaleźć swoje szczęście. 
Razem z małą myszką poznajemy kolejne pomieszczenia wczesno-dwudziestowiecznego polskiego dworu. Po kolei zwiedzamy m.in. pokój pana, pokój pani, kuchnię, sień, buduarek, pokój ochmistrzyni czy bibliotekę. Na końcu zaś razem z Jasiem zawędrujemy do ogrodu, parku, powozowni i stajni. 
Sama historia, która jest napisana w piękny sposób i zachwyca nie tylko dzieci, jest zabawna i jednocześnie bardzo mądra. Można się z niej nauczyć naprawdę wiele o pańskich dworach w początku XX stulecia. Nad merytoryczną poprawnością książki czuwał profesor nadzwyczajny  Instytutu Historii i Sztuki na UAM, Jan Skuratowicz (dlatego jest umieszczony jako współautor). 
Z książeczki dzieci dowiedzą się nie tylko, jakie pomieszczenia znajdowały się we dworze i do czego służyły, ale także, jakich używano sprzętów i w ogóle, jakie role społeczne mieli i czym zajmowali się poszczególni mieszkańcy tego przybytku. Z Jasiem Ogonkiem będą rozmawiały i uczyły go tego wszystkiego różne meble i sprzęty, jak choćby kałamarz czy... sedes.
Drugą warstwą tej książki, tak integralną, że nie potrafię sobie wyobrazić "Dworu..." bez niej, są ilustracje. Karolina Ostrowska spisała się na medal. Każde dziecko oglądające tę książeczkę będzie zachwycone, wręcz wniebowzięte. Rodzice natomiast mogą dużo opowiadać na ich podstawie i nie musi to być jedynie historia Jasia. Zresztą sama ubawiłam się, szukając tej małej myszki na każdym obrazku, a nieraz ogonek naprawdę nieźle się schował. 
Książeczka nie tylko stanęła już na specjalnej, wyeksponowanej półeczce w pokoju dziecięcym. Została przeczytana (przeze mnie, na głos), obejrzana przez Dziewczynki i bardzo się nam spodobała. Stanowi świetne preludium do mądrych publikacji historycznych o polskiej szlachcie, których w naszym domu nie brakuje. Myślę, że za kilka lat zainspiruje nasze Dzieci do lepszego poznania zwyczajów polskiej szlachty i dworzan. I z pewnością będzie to świetna, wspólna zabawa.
Nie znalazłam żadnego błędu, rewelacja!








Książkę przeczytałam dzięki uprzejmości Zysk i S-ka:

środa, 12 lipca 2017

Wartości w życiu rodziny – Laura Blanco, Silvia Carbonell

Wydawnictwo: Jedność
Kielce 2017
Oprawa: twarda
Liczba stron: 128
Tytuł oryginału: Family Activities (Activitats en Familia)
Przekład (z angielskiego): Piotr Szufliński
Ilustracje: Rosa Maria Curto
ISBN: 978-83-7971-627-2







Pojawiło się właśnie na rynku wydanie II "Wartości w życiu rodziny" Laury Blanco i Silvii Carbonell. Książka to o tyle niezwykła, że uczy i bawi zarówno dzieci, jak i rodziców i pozostałych opiekunów maluchów, choćby przedszkolanki. W piękny i ciepły sposób pokazuje, jak uczyć dzieci o najważniejszych wartościach rodzinnych i pomaga rozwijać wrażliwość na nie.
Książka składa się z 52 tematów do przerobienia w kolejnych tygodniach, a więc jest materiałem do pracy na okrągły rok. Tematy podjęte w kolejnych tygodniach to m.in. mądrość, dyskrecja, przyjaźń, prawdomówność, nadzieja, odpowiedzialność, spokój, uczynność, życzliwość czy zaufanie. Każdy temat rozpoczyna się od króciutkiego tekstu zaczerpniętego z Pisma Świętego. Następnie przedstawiony jest pewien problem nawiązujący do tematu, przykładowo: tematem jest autentyczność, problem dzieci – w telewizji mówiono o plagiacie, co to jest? Dalej kilka zdań, które wprowadzają nas do zastanowienia się nad całym tematem. Nakierowują one, poddają pomysły na to, w jaki sposób o danej kwestii rozmawiać z dziećmi, jakich można używać argumentów i jakie konkretnie działania podjąć. 
W dalszej kolejności przedstawione są dwie zabawy bądź zabawa i historia biblijna. Są one bardzo zróżnicowane i to kolejny plus tej pozycji. Podam tylko kilka przykładów: obserwacja nieba w czasie wycieczki, dekorowanie jajek, budowanie ekosystemu w akwarium, tworzenie mozaiki, organizacja przyjęcia, wystawienie sztuki teatralnej. Wszystkie te zabawy są tak przygotowane, by można było w nie zaangażować całą rodzinę, by czas spędzony był razem i budował więzi rodzinne. 
Każda zaproponowana zabawa jest dokładnie opisana. Tzn. nie sama zabawa, bo przecież, jak wiadomo, ważnym elementem każdej zabawy jest jej nieprzewidywalność i kreatywność bawiących się, ale kroki. Dostajemy więc listę potrzebnych materiałów, jeśli zabawa polega na tworzeniu czegoś nowego. Jeśli Autorki proponują rozmowę z dzieckiem, otrzymujemy wskazówki, jakie kwestie warto w niej poruszyć. Często dostajemy plan, krok po kroku, wykonania pewnych prac plastyczno-technicznych. To spora pomoc dla osób, które nie mają przygotowania przedszkolnego czy dużej wyobraźni. Książkę dzięki temu mogą wykorzystać również starsze dzieci w zabawie z młodszym rodzeństwem. 
Cała książka jest bogato ilustrowana przez Rosę Marię Curto i te ilustracje są przepiękne. Ciepłe, przyjemne w odbiorze, radosne, kolorowe. Uśmiechnięte twarze ludzi na stronach książki od razu zachęcają do wspólnej zabawy, jakby podpowiadały, że i my będziemy tacy radośni. I myślę, że tak się własnie dzieje z osobami, które z tej książki korzystają. 
Dodatkowym wielkim atutem tej pozycji, który skradł całkowicie moje serce, jest dodatek z tyłu. Szablony do odrysowania i wycinania. Bardzo pomocne w niektórych zabawach. Szczególnie urzekły mnie laleczki i ubranka. Zabawa, którą zawsze kochałam i przy którą]ej spędzałam mnóstwo czasu z Mamą i Babcią. Cudowne wspomnienia, które za jakiś czas staną się udziałem również moich Córeczek. Dlatego ten dodatek to coś, w czym się totalnie zakochałam. 
Na samym końcu znajdują się jeszcze teksty biblijne i refleksje dotyczące wszystkich tematów (w kolejności alfabetycznej) oraz miejsce na notatki. Tego ostatniego tylko jedna strona, mogłyby być ze dwie więcej, ale i tak przydatna rzecz.
Jednym słowem to must have dla wszystkich rodziców dzieciaków w wieku żłobkowo-przedszkolnych i wczesnoszkolnym, a także świetna pomoc dla wychowawców i katechetów. Ja jestem zachwycona, moje Dziewczynki oglądały obrazki i bardzo im się podobało. Nawet już im trochę czytałam i słuchały spokojnie, co niezbyt często im się zdarza (na ogół słuchają, biegając po pokoju). Polecam gorąco.







Książkę przeczytałam dzięki życzliwości Wydawnictwa Jedność