Fragment mojej recenzji został umieszczony na okładce powieści "Skazaniec. Z bestią w sercu" Krzysztofa Spadło

Fragment mojej recenzji „Korony śniegu i krwi” został umieszczony na okładce powieści Elżbiety Cherezińskiej – „Niewidzialna korona” (wyd. Zysk i S-ka)

czwartek, 8 listopada 2018

Watykan. Sztuka, architektura i ceremoniał – M. Boiteux, A. Campitelli, N. Marconi, L. Simonato, G. Wiedmann (wsprowadzenie: F. Buranelli)

Wydawnictwo: Jedność
Kielce 2018
Oprawa: twarda z obwolutą
Liczba stron: 352
ISBN: 978-83-7971-407-0









Kiedy uświadomiłam sobie, że ta księga ma ledwie ponad 350 stron, nie mogłam w to uwierzyć. Waży naprawdę sporo i... wygląda doprawdy imponująco. Nie ma się jednak co dziwić. Jej rozmiary, jak i grube karty pokryte chyba tysiącami fotografii, rycin, grafik. Do tego twarda, porządnie wykonana okładka. Wszystko to składa się na fizyczny ciężar woluminu i... na jego wyśmienity kształt. Choć oczywiście najważniejsza jest treść.
Watykan, centrum życia Kościoła katolickiego, a jednocześnie najmniejsze państwo na świecie.  Choć wielu może myśleć, że jest nim od bardzo dawna, to przecież Watykan istnieje dopiero od niespełna 90 lat (sic!). Oczywiście wcześniej było Państwo Kościelne, a jeszcze wcześniej Lateran. Nie wdając się jednak tak głęboko w szczegóły nazewnictwa (a i na historii starożytnej i średniowiecznej książka ta się raczej nie skupia) – nie sposób nie przyznać, że jest to miejsce szczególne, i to nie tylko dla katolików, czy nawet chrześcijan ogółem.
Co zatem tworzy tę niezwykłą atmosferę? Jaka jest historia tamtejszych zabudowań, z Bazyliką św Piotra na czele? Jak je budowano? Dlaczego właśnie tak? Przy użyciu jakich technik i założeń – zarówno czysto architektonicznych, jak i teologicznych? Jaki wiąże się z nimi ceremoniał?
Najbardziej rozpoznawalną budowlą Watykanu jest oczywiście wspomniana przed momentem Bazylika św. Piotra, ze swą monumentalną kopułą i wspaniałą kolumnadą, o której powstały różne legendy. Kto czytał powieści Dana Browna, ten wie. Watykan jednak to również Pałac Apostolski, to Ogrody Watykańskie, cały Plac św. Piotra. To również wnętrza i... ludzie.
Książka podzielona została na 5 rozdziałów. Każdy z nich został napisany przez wybitnego rzeczoznawcę i jest prawdziwą kopalnią wiedzy. 
Jeśli spojrzeć na Watykan pod kątem stylu architektonicznego, to dostrzec można z łatwością, że przeważa tam barok. I nic dziwnego – w końcu to właśnie w tej epoce powstały najważniejsze budowle watykańskie. Stąd bogate zdobienia, mnóstwo złota, typowe dla tego okresu rzeźby. I na tej epoce zaczyna się właściwa opowieść o Watykanie – przynajmniej ta zawarta w niniejszym wydaniu.

Bardzo ciekawy jest rozdział o ceremoniale watykańskim. To chyba element, o którym wspomina nie za wiele innych książek, które skupiają się raczej na architekturze i historii. Od razu rzuca się w oczy powiązanie pomiędzy kulturą, liturgią a historią. Historią, na który przeogromny wpływ miał Sobór Trydencki z jego ostatecznym ukształtowaniem liturgii, co bardzo mocno odbiło się właśnie na wystroju wnętrz przeznaczonych m.in. do odprawiania liturgii. Dla mnie to rozdział wyjątkowy i chyba najważniejszy w tej pozycji, choć oczywiście to już bardzo subiektywna opinia wynikająca z moich własnych zainteresowań. 
Jak wspomniałam na początku książka została bardzo ładnie wydana. Na wysokiej jakości, grubym papierze, bardzo bogato ilustrowana. Wszystkie zdjęcia są dokładnie opisane, często możemy oglądać mnóstwo szczegółów, detali jednego i tego samego dzieła, jak np. kilka różnych elementów jednego ołtarza. Rzeźby z kolei przedstawiono np. na kilku zdjęciach, z kilku różnych ujęć, by czytelnik mógł je sobie wyobrazić w trójwymiarze. Wszystko to sprawia, że album o Watykanie to nie tylko książka, ale coś znacznie więcej. Nie powiem, że to tak, jakby się tam znaleźć na żywo, bo nigdy czegoś takiego nie osiągniemy oglądając zdjęcia, ale... Daje wspaniały przedsmak dla tych, którzy wybierają się do Watykanu, a i z pewnością jest wyśmienitą lekcją historii, kultury, architektury, sztuki i teologii. Dla każdego, niezależnie, czy był, czy będzie, czy też nigdy nie zamierza wybierać się do Watykanu.










Książkę przeczytałam dzięki życzliwości Wydawnictwa Jedność

sobota, 20 października 2018

365 stron życia. 2019

Wydawnictwo: Jedność
Kielce 2018
Oprawa: miękka ze skrzydełkami
Liczba stron: 448
ISBN: 978-83-7971-998-3







To już szósta edycja terminarza wydawnictwa Jedność zatytułowanego "365 stron życia". Wcześniej nie miałam okazji się z nim zapoznać, teraz jednak z czystym sercem muszę przyznać, że bardzo cieszę się z tego, iż ten kalendarz trafił do moich rąk.
Już sama okładka jest bardzo klimatyczna i pozytywnie nastawia do nadchodzącego roku i tego, co mogą nam przynieść te kolejne 365 dni. Na skrzydełkach okładki natomiast od razu ważne informacje: z przodu są to wybrane, najważniejsze święta i wydarzenia roku 2019, z tyłu natomiast – terminy ferii zimowych. Jak wiemy różne województwa mają obecnie ferie w różnych terminach i często trudno się w tym połapać. Tutaj natomiast wszystko jest od razu jasne.
Strona graficzna terminarza jest elegancka, dobrze rozplanowana, intuicyjna. Delikatna, nieprzeszkadzająca w skupieniu się na tym, co dla nas najważniejsze. A jednocześnie każda ze stron niesie ze sobą wiele informacji. I tak poza oczywistymi dniami miesiąca i tygodnia mamy (to akurat dość klasycznie) wschody i zachody słońca oraz imieniny przypadające danego dnia. Dodatkowo jednak podano nam również patronów danych dni, co już zdaje się być charakterystyczne jedynie w niektórych kalendarzach "religijnych". Moim zdaniem całkiem przydatna wiedza.
Każdy dzień opatrzony został również jakimś cytatem z Biblii (na czerwono, od razu rzuca się w oczy), który może nam towarzyszyć od samego rana. W niedziele i święta kościelne natomiast otrzymujemy Ewangelię i komentarz do niej, zgodnie z kalendarzem liturgicznym rzecz jasna. 
Poza tym wiele innych ciekawych dodatków. M. in. porady, propozycje życzeń, zagadki, cytaty (w większości chyba papieża Franciszka). Całkiem sporo miejsca do zapisków, dodatkowe przestrzenie na notatki i wydatki, co może niektórym pomóc w planowaniu i trzymaniu w ryzach domowego budżetu. Z tyłu kalendarza plany zajęć, w szczególności przydatne dla rodziców bądź studentów.
W tegorocznej edycji na każdej stronie znalazły się również przepisy z tradycyjnej kuchni śląskiej. Przejrzałam je dość dokładnie i już na samym początku znalazłam przynajmniej kilkanaście takich, które zamierzam w najbliższym czasie wypróbować.
Jeszcze na zakończenie mała wisienka. Zawsze szukając nowego kalendarza zwracałam uwagę na to, czy sobota i niedziela są ujęte na jednej stronie czy osobno. Uważam, że weekend weekendem, ale każdy z tych dni ma prawo do swojego miejsca i w każdym może się dużo zdarzyć. Dlatego te terminarze, które łączyły weekend w jedno przegrywały w przedbiegach. Terminarz Jedności nie tylko nie łączy soboty z niedzielą, ale... niedziela ma aż dwie strony (głównie ze względu na czytania z Biblii). 
Jedyne, czego mi trochę brakuje, to brak tasiemkowej przekładki/zakładki. Może w kolejnym roku...
Jeśli więc szukacie ładnego kalendarza, który chcecie traktować jako coś więcej niż tylko miejsce, w którym zapiszecie wizyty u lekarza czy urodziny i imieniny najbliższych, to jest coś dla Was. Polecam z całego serca.







Książkę przeczytałam dzięki życzliwości Wydawnictwa Jedność
Brak komentarzy:

piątek, 19 października 2018

Posłańcy uśmiechu – Jan Grzegorczyk

Wydawnictwo: Zysk i S-ka 
Poznań 2018
Oprawa: miękka ze skrzydełkami
Liczba stron: 270 
ISBN: 978-83-8116-475-7







Jeśli się nie pomyliłam to moja dwunasta książka Jana Grzegorczyka. Jest on autorem, którego czytam właściwie w ciemno, wiedząc, że się nie zawiodę. Mam wysokie wymagania i zawsze jest w stanie im sprostać.
"Dziesięć wyśmienitych tekstów, które poruszają do głębi i każą przystanąć w naszym zabieganym życiu. Zastanowić się nad jego prawdziwym sensem." Tymi słowami opisywałam w skrócie "Niebo dla akrobaty". "Posłańcy uśmiechu" to w pewnym sensie kontynuacja tamtej książki, choć i nie do końca. Tym razem temat "ugryziony" został z innej strony. "Posłańcy..." to 25 wywiadów na 25-lecie hospicjum św. Kamila. Bo to właśnie o nim było "Niebo...", choć dopiero teraz się o tym dowiadujemy.
Grzegorczyk już we wstępie zapowiada, że bał się wracać do tematu. Nie chciał też tworzyć swoistej laurki dla tego gorzowskiego miejsca. Szczególnie, że w przeciągu tego ćwierćwiecza istnienia przeżywało ono i wzloty i upadki. Także wiele nieciekawych, przykrych sytuacji, które wielu ludziom wyrządziły krzywdę.
Nie chciał stworzyć laurki... i nie stworzył. O ile "Niebo..." tak ciężkie w temacie, było – oprócz ogromnego smutku, bólu, cierpienia – opowieścią o miłości i nadziei, o tyle "Posłańcy..." są w wydźwięku bardzo przygnębiający. Muszę przyznać, z wielkim smutkiem, bo nie tego się spodziewałam – męczyłam się nad tą lekturą. Choć przebijają przez te teksty miłosierdzie, miłość, przyjaźń, dobro to... głównym wątkiem większości opowieści są różne kryzysy i niesnaski pomiędzy pracownikami i wolontariuszami. To nie jest opowieść o pacjentach, nie jest opowieść o byciu przy nich, z nimi, dla nich. Choć na początku tak się wydaje, kiedy rozmowy dotyczą powstania "Kamila", to niestety dalej jest coraz smutniej.
Oczywiście jest kilka takich tekstów, dla których warto by się było przebijać nawet przez dwukrotnie dłuższą książkę i dla nich tej pozycji nie przekreślam, a wręcz mogę nieśmiało polecić. Przykładami niech będą "Jezus ze śmietnika" czy "Boża minimalistka". To ważne rozmowy, które z pewnością na długo jeszcze pozostaną w mojej pamięci. Szczególnie ten drugi, który jest swego rodzaju drogowskazem, jak pozostać człowiekiem pełnym dobra i nadziei mimo naprawdę ciężkiego krzyża.
W książce znajduje się dużo zdjęć, trochę szkoda, że biało-czarnych, ale i tak bardzo wartościowych, ukazujących wiele ważnych chwil z "życia" hospicjum. Razem z "Niebem dla akrobaty" "Posłańcy uśmiechu" tworzą pewną całość, z którą warto zapoznać się łącznie. Druga część jest jednak znacznie słabsza od pierwszej. Czy to zmęczenie materiału, czy może moje oczekiwania były zbyt wygórowane i nie do końca idące w tę stronę, w którą podążył Grzegorczyk – trudno orzec.. W każdym razie i tak czekam z niecierpliwością na jego kolejne książki i z pewnością po nie sięgnę.





Książkę przeczytałam dzięki uprzejmości Zysk i S-ka:

wtorek, 16 października 2018

Polska i jej święci – red. Hubert Wołącewicz, Bogusław Nosek

Wydawnictwo: Jedność

Kielce 2018
Oprawa: twarda
Liczba stron: 367
ISBN: 978-83-7971-981-5








Jest to bez wątpienia jedna z najładniejszych książek w moim księgozbiorze, choć mogę się pochwalić naprawdę pięknymi wydaniami. Już samo ten fakt zasługuje na to, by zwrócić Waszą uwagę na to wydawnictwo.
Piękna, elegancka, czerwona twarda oprawa ze złoceniami. Jasne, to tylko kolor, a nie prawdziwe złoto, kogo jednak dzisiaj stać na złocone okładki? No dobrze, niektórych stać, ale to już byłoby nie tylko bardzo luksusowe wydanie, ale i cena  raczej mogłaby powalać na kolana, tymczasem wydaje mi się, że te niecałe 30 złotych to niemalże grosze za taką książkę.
Otwórzmy ją zatem i przekonajmy się, czy zawartość przystaje do zachęcającej oprawy.
Ładny kredowy papier, kilka klasycznych wywijasów, elegancka strona tytułowa w sepii. Dalej słowo wstępne od naszego świętego papieża, Jana Pawła II. Zanim dochodzimy do sedna sprawy jeszcze lista głównych, drugorzędnych i pozostałych patronów Polski wraz z niewielkimi ich podobiznami, które znajdujemy również dalej.
Korowód świętych rozpoczyna oczywiście Najświętsza Maryja Panna, Królowa Polski. Kolejni święci wymienieni są w kolejności ich "narodzin dla nieba". 
Schemat opisu 49 świętych (w tym kilku błogosławionych) jest podobny. Duża podobizna, maksymalnie kilkuwyrazowe określenie go, np. męczennik, pustelnik, król, zakonnik. Wskazanie dnia jego wspomnienia według obecnego kalendarza liturgicznego. Dalej, krótsza bądź dłuższa, biografia. Modlitwa do danego świętego, wskazania skąd pochodzi i co oznacza jego imię oraz czyim jest patronem. I kolejne modlitwy, jeśli takie istnieją. Wiadomo, do niektórych świętych jest ich więcej, do innych mniej. Nieraz są i litanie, nieraz pieśni. 
Wszystko to ładnie i przejrzyście umieszczone i zilustrowane podobiznami świętych, zdjęciami czy obrazami ukazującymi miejsce ich życia czy śmierci. Ogólnie rzecz biorą – całkiem sporo wiedzy o każdym z nich. Przynajmniej na dobry początek, by zachęcić zarówno do poznawania ich życiorysów, jak i do odmówienia modlitw za ich wstawiennictwem. 
Ponadto znajdziemy również wypisy z kronik czy dokumentów papieskich dotyczące danych świętych. M.in. z Roczników Jana Długosza, homilii Jana Pawła II czy Benedykta XVI.
Warto też być może wspomnieć, że choć książka przedstawia polskich świętych,  nie wszyscy oni byli pochodzenia polskiego, co może w pierwszej chwili dziwić. Kiedy jednak wczytać się w ich życiorysy, wszystko staje się oczywiste.
Książkę kończy Litania narodu polskiego.
Czy warto nabyć? Jak najbardziej. Dla siebie lub na prezent dla kogoś bliskiego. To piękne wydanie, ukazujące jak bardzo łączą się losy Polski i chrześcijan. Jak właściwie polska historia tworzona była przez chrześcijan, którzy gotowi byli poświęcać każdy dzień swego życia, a nawet je oddać (wszak wielu pośród nich męczenników), dla Boga i Ojczyzny. Pięknie wydana, z doskonale dobranym materiałem historycznym i równie pieczołowicie zaprezentowanymi modlitwami o orędownictwo świętych. Książka, do której będziecie często zaglądali. Polecam gorąco.
 
 
 


 






Książkę przeczytałam dzięki życzliwości Wydawnictwa Jedność

sobota, 13 października 2018

Planer rodzinny na lodówkę 2018/2019

Wydawnictwo: Jedność
Kielce 2018
Oprawa: teczka A4
Liczba stron: 12  plansz (plus 4 notesy, 6 magnesów, 2 arkusze naklejek)
ISBN: 978-83-7971-990-7








Fantastyczny pomysł dla rodzin z dziećmi. Czy jest to must have? Przekonajcie się, co o tym sądzę.
Planer rodzinny, jak już z pewnością zauważyliście na zdjęciu obok jest na rok szkolny 2018/2019. Czy to dobrze? Nie jestem pewna. Osobiście wolę mimo wszystko kalendarze  na dany rok kalendarzowy, choć i z takimi szkolnymi nie raz i nie dwa pracowałam i miewały pewne plusy. Także jak kto woli, ale warto od razu zdawać sobie sprawę z tego, że to jednak planer dopasowany do roku szkolnego.
Kupując "Planer rodzinny", otrzymujecie ładną i wydaje się, że dość trwałą, czerwoną teczkę A4. W niej właśnie znajdują się wszystkie części składowe zestawu, a więc: 12 plansz z kolejnymi miesiącami, 4 notesiki, 6 kolorowych magnesów oraz dwa arkusze z naklejkami. Nie liczyłam , ale jest ich naprawdę sporo.
Arkusze są duże, w formacie A3. Wydaje mi się, że to trochę za wiele, ale z drugiej strony trzeba wziąć pod uwagę że planer ma po pierwsze służyć całej rodzinie, a po drugie być przejrzysty i łatwy do odczytania. Może więc to jest właśnie idealna wielkość. Plansze wykonane są z papieru średniej grubości – na tyle cienkiego, by dobrze przylegać do lodówki, ale na tyle grubego, by przetrwać ten miesiąc intensywnych zapisków, w którym uczestniczą również dzieci. Każdy miesiąc ma jakieś charakterystyczne akcenty, np. grudzień choinkę, a wrzesień kasztany, a także dobrze widoczną sentencję świętego Jana Pawła II. Miejsca każdego dnia jest akurat tyle, by móc tam umieścić najważniejsze informacje oraz ewentualnie naklejki. Wszystkie ważniejsze wydarzenia typu święta i inne wolne dni są już na plansze naniesione.
Do przytrzymywania plansz służą magnesy, co raczej nie dziwi, skoro planer jest lodówkowy. Są ładne, kolorowe, rzeczywiście są w stanie utrzymać plansze. Oczywiście można użyć innych, ale po co, skoro te wystarczają, są niezbyt duże i graficznie wpasowują się w całość.
Dodatkowym atutem plannera są cztery notesiki. Małe na tyle by zmieściły się nawet w kieszeni. Dwa na zakupy, dwa na notatki i liściki do innych członków rodziny. Te na zakupy mnie nie zachwyciły. Pewnie dlatego, że z boku mają dopiski typu: nabiał, pieczywo. To trochę ogranicza, bo jeśli trzymać się tych podpowiedzi, to na niektóre artykuły jest za mało miejsca, a jeśli nie zwracać na nie uwagi – to są zupełnie zbędne i mogą tylko powodować zamieszanie u dzieci, które dopiero uczą się życia.
Ostatnim elementem zestawu są naklejki. W założeniu motywujące, ja jednak – przynajmniej na razie – nie jestem wielkim zwolennikiem takiego systemu motywacyjnego. Dlatego naklejek wolę używać w celu zaznaczenia miłych wydarzeń, spotkań, czy też sukcesów u dzieci. Jednak nie jako motywację, ale raczej element wspomnieniowy. W każdym razie naklejki są ładne, naprawdę przyjemne i można je zresztą wykorzystać nie tylko na planerze.
Zatem? Polecam, uważam, że to całkiem dobry pomysł, jeśli chcemy zaangażować dzieci do planowania i uczyć je upływu czasu, planowania i kontrolowania naszego rodzinnego życia. Jednak czy jest to must have? Trudno orzec. W naszym przypadku akurat nie.
 






Książkę przeczytałam dzięki życzliwości Wydawnictwa Jedność
Brak komentarzy:

sobota, 6 października 2018

Ojczyznę naszą pobłogosław, Panie

Wydawnictwo: Jedność
Kielce 2018
Oprawa: twarda
Liczba stron: 320
ISBN: 978-83-7971-923-5









"Chrześcijanin, podążając za Jezusem, również darzy miłością swoją ojczyznę. Modlitewnik „Ojczyznę naszą pobłogosław, Panie”, stanowi znakomitą pomoc do realizacji miłości wobec Polski oraz wywiązywania się z podstawowego obowiązku patriotycznego względem niej, będącego jednocześnie przywilejem, którym jest modlitwa za nią."


Kiedy widzi się takie modlitewniki, to nie sposób przejść obok nich obojętnie. "Ojczyznę naszą pobłogosław, Panie" to wyjątkowo pięknie wydana, a jednocześnie całkiem poręczna pozycja. Warto się z nią zapoznać.
Twarda, elegancka oprawa ze złotym ryngrafem. Biało-czerwona, jak przystało na patriotyczną książkę. Ładny, delikatnie błyszczący papier, zdobienia na każdej stronie, elegancka czerwona materiałowa zakładka. Wszystko to zachęca i sprawia, że całość przyjemnie się czyta. A także komfortowo się modli, a o to przede wszystkim w modlitewnikach chodzi.
Wszystko rozpoczyna się wyborem fragmentów z dzieła Jana Pawła II, "Pamięć i tożsamość" o tym, czym jest jego zdaniem Ojczyzna. Dalej wymienieni są, w hierarchii – począwszy od głównych, poprzez drugorzędnych, a kończąc na pozostałych – patroni Polski. 
Pierwsza część modlitewnika to zbiór modlitw za przyczyną kolejnych patronów naszej Ojczyzny – Maryi Panny Królowej Polski, świętych Wojciecha, Stanisława biskupa, Stanisława Kostki, Andrzeja Boboli i pozostałych (w tym choćby do ks. Jerzego Popiełuszki, Kazimierza Jagiellończyka czy Karoliny Kózkówny).
Druga część to, czasem dłuższe, czasem krótsze, biogramy patronów Polski, wybranych polskich świętych i błogosławionych oraz kandydatów do chwały ołtarzy. To ostatnie tym ciekawsze, że nieczęsto można o nich przeczytać w jednym zbiorze.
Trzecia, a zarazem ostatnia część modlitewnika to blisko 70 różnych modlitw za Ojczyznę, a więc naprawdę pokaźny wybór.
Modlitewnik z pewnością nie przez przypadek ukazuje się właśnie w tym roku, w setną rocznicę odzyskania przez Polskę niepodległości. Tym bardziej więc warto takowy nabyć – mamy za co dziękować i o co prosić na przyszły wiek i jeszcze dłużej.
 






Książkę przeczytałam dzięki życzliwości Wydawnictwa Jedność

czwartek, 4 października 2018

Człowiek z brzytwą – Anna Trojanowska

Wydawnictwo: Zysk i S-ka 
Poznań 2018
Oprawa: miękka ze skrzydełkami
Liczba stron: 472 
ISBN: 978-83-8116-442-9







Jest kilka polskich autorek, których książki czytam z przyjemnością. Można wręcz powiedzieć, że biorę je w ciemno, bo wiem, że się nie zawiodę. Kilka. Raczej bardzo sceptycznie podchodzę do kolejnych, nieznanych mi nazwisk jeśli chodzi o współczesną polską literaturę pisaną przez kobiety. Mam swoje powody, wiele razy się już zawiodłam i to poważnie. Nie miejsce o tym pisać, może kiedyś znajdę czas, by temat rozszerzyć. Grunt, że tym razem zaryzykowałam, bo temat mnie zaintrygował. Zaryzykowałam podwójnie, bo to kryminał. Jesteście ciekawi, co z tego wynikło? 
Niemalże 500 stron trzymającego w napięciu tekstu, w którym zakochałam się dosłownie od pierwszego zdania. Bo jakże można się nie zakochać? A przecież nieczęsto się to zdarza. Trojanowska pisze takim językiem, że nie sposób nie przenieść się do XIX wiecznej Polski (tak, wiem doskonale, że wówczas Polski na mapach nie było). Pięknie, kwieciście, elegancko. Jednocześnie w żadnym stopniu nie spowalnia to akcji, dodaje jej jedynie smaczku. 
W Ciechocinku, w domu zdrojowym... A nie, czekajcie, to nie ta historia. Zakład Przyrodoleczniczy w Suchej Woli przeżywa prawdziwą katastrofę. W niewyjaśnionych okolicznościach śmierć spotyka jedną z nastoletnich kuracjuszek. W pierwszej chwili mowa jest o samobójstwie, jednak komisarz Kornel Połżniewicz od początku czuje, że to niemożliwe i doszło do tu zabójstwa. Sprawa komplikuje się, kiedy... morderca uderza po raz drugi. I nie zdradzę zbyt wiele, kiedy napiszę, że ofiarami są kobiety, okoliczności są co najmniej dziwne, a znakiem szczególnym wszystkich (tak, jest ich więcej) zbrodni są ucięte włosy ofiar (można się tego domyślić z samej okładki).
Policja nie radzi sobie ze śledztwem, oj, nie radzi. W pewnej chwili zamykają nawet sprawcę, ale... Jak to bywa nie tylko w książkach, wszystko komplikuje się jeszcze bardziej. Nic tu nie jest proste, nic nie jest oczywiste. Co najważniejsze – nie tylko dla policmajstrów, ale również dla czytelników. Aż do chwili, gdy (jakieś 50 stron przed końcem powieści) okazuje się, kto i dlaczego mordował – nie miałam pojęcia, kto to. Miałam swoje podejrzenia, oczywiście, zupełnie inne niż Połżniewicz, ale... Okazały się totalnie nietrafione. 
Poza głównym wątkiem, w powieści znajdziemy przynajmniej kilka pobocznych, równie ciekawych i ładnie poprowadzonych. Dodatkowym atutem jest częściowe wejrzenie w świat mordercy. Nie z pierwszej ręki, to nie on się wypowiada, ale poznajemy pewne fragmenty z jego życia, z jego przeszłości, a także jesteśmy z nim, kiedy dokonuje swych zbrodni. 
Książka jest niezmiernie interesująca i gdyby nie dzieci, to z pewnością połknęłabym ją maksymalnie w dwa wieczory. Trwało to nieco dłużej, ale było warto poświęcić każdą nieprzespaną chwilę, by rozkoszować się lekturą.
Klimat jest wyśmienicie oddany – upały, niewielkie miasteczko na Mazowszu, gdzieś niedaleko Warszawy, choć nie wiemy gdzie. Dobrze, skrupulatnie opisane, tak, byśmy mogli je sobie wyobrazić. Fantastycznie nakreślone postaci, genialny kryminalny wątek, ładnie oddana epoka. Wszystko do siebie pasuje, jak w świetnie rozplanowanej układance. A zakończenie... Całą dobę nad nim główkuję, takie wrażenie na mnie zrobiło. 
Poza jednym błędem znalezionym gdzieś na początku, nie mogę napisać żadnego negatywnego słowa. Jeśli więc macie ochotę na kawałek świetnego kryminału z historią w tle to jest to właśnie idealna lektura dla Was. Na jesienne słoty i zimowe wieczory. Właściwie na każdą pogodę. Polecam z całego serca.
 
 
 





Książkę przeczytałam dzięki uprzejmości Zysk i S-ka: