Fragment mojej recenzji został umieszczony na okładce powieści "Skazaniec. Z bestią w sercu" Krzysztofa Spadło

Fragment mojej recenzji „Korony śniegu i krwi” został umieszczony na okładce powieści Elżbiety Cherezińskiej – „Niewidzialna korona” (wyd. Zysk i S-ka)

wtorek, 23 sierpnia 2016

Bóg liczy łzy kobiet – Małgorzata Okrafka-Nędza

Wydawnictwo: Fronda 
Warszawa 2016
Oprawa: miękka ze skrzydełkami
Liczba stron: 180
ISBN: 978-83-8079-081-0






Przyznaję, że się trochę bałam. Ja, młoda matka, miałam przeczytać książkę o zgwałconej dziewczynie i tym, jak walczyła o życie dziecka pochodzącego z tego gwałtu. Miałam czytać o tym, jak na takie "sowieckie bękarty" patrzyli ówcześni Polacy. Tak, obawiałam się, że może mi to zająć sporo czasu, że wciąż będę robiła przerwy, ryczała jak głupia... Książkę przeczytałam "za jednym zamachem". Nie dało się oderwać. I nic, że zarwałam noc (a sen przecież przy niemowlakach jest święty). Po prostu musiałam wiedzieć, co będzie dalej. To chyba najlepsza rekomendacja tej pozycji, wypada jednak napisać coś więcej.
Pelagia była młoda, zakochana, prawie szczęśliwa. Na tyle przynajmniej, na ile można być szczęśliwą dziewczyną, żyjąc w ogarniętym wojną kraju. Ukochany był u boku, w domu rodzice i rodzeństwo. Bieda, jak to w czasie wojny, ale radość z tego, że najbliżsi żyją i mają się wcale nieźle. I ten Groszek – taki niepozorny, ale taki obrotny, taki niby cichy, ale dający nadzieję na tyle radości w przyszłym życiu. Niestety wszystko się zmieniło, kiedy jego aresztowano, a ona stała się ofiarą sowieckiego oficera. Najgorsze miało jednak dopiero nastąpić. Niechciana ciąża, dziecko, które rosło w środku, a do którego nie czuła miłości. A jednak... nie usunęła, choć wszyscy ją namawiali. Choć w majestacie prawa wolno jej było, choć zdawała sobie sprawę, że będzie naprawdę ciężko. I okazało się, że tak naprawdę nie urodzenie i wychowanie córki było najtrudniejsze w życiu Peli.
Leżąc na przysłowiowym łożu śmierci (choć o łożu nie ma tu mowy, nie w przypadku Peli), opowiada swą historię ukochanej wnuczce. Nie potrafi powiedzieć prawdy córce, która była owocem gwałtu. Liczy, że wnuczka zrobi to za nią. Opowie o tamtym wydarzeniu sprzed wielu dekad, ale i o późniejszych losach Pelagii. O nieszczęśliwej miłości, o wierności, marzeniach, nadziejach, ranach zadanych przez drugiego człowieka. O tym całym bólu, o trudnościach, upokorzeniach, strachu. I o ciągle pogodnej kobiecie, która mimo wszystko szła do przodu – dla siebie i swojego dziecka, które kochała ponad wszystko. I o bezgranicznej miłości matki do córki, o dobru wbrew wszystkiemu i wszystkim. 
Wzruszająca, pouczająca powieść Okrafki-Nędzy to książka, którą powinien przeczytać każdy Polak. Bo mamy to do siebie, że uwielbiamy narzekać. Na bolące plecy, na zbyt niskie zarobki, na głupiego sąsiada, na to, że za ciepło albo za zimno... Tymczasem żyją wśród nas (a przynajmniej żyli) ludzie, których los potraktował naprawdę okrutnie, a którzy nigdy złego słowa na nikogo i na nic nie powiedzieli. Którzy są zawsze uśmiechnięci, serdeczni, pomocni, tryskają dobrym humorem. Chowają swój ból wewnątrz, nie chcąc nim bez potrzeby powodować litości czy smutku u innych. Taka była Pelagia. Nikt nigdy by się nie spodziewał, ile w życiu przeszła. Należy brać z niej przykład.
To również ważny głos w debacie dotyczącej aborcji. Myślę, że naprawdę warto go poznać i zastanowić się, o czym często jest w ogóle mowa...
Książka jest niesamowita. Fabuła cały czas trzyma w napięciu. Czytelnik po prostu czuje, że ci ludzie naprawdę żyli, że to wszystko wydarzyło się rzeczywiście. I choć ta relacja jest przecież prawdziwa to mogłaby zostać napisana inaczej – sucho, nudno, jak wiele biografii, Tymczasem jest porywającą opowieścią o walce o dobro. 
Jedynym negatywem z mojej strony jest ocena okładki. Zupełnie nie pasuje do historii, jest taka jakaś... lekka, zbyt współczesna, zbyt kolorowa. Wygląda trochę jak okładka romansidła, którym powieść "Bóg liczy łzy kobiet" z pewnością nie jest. 
Czytajcie!





Książkę przeczytałam dzięki życzliwości Wydawnictwa Fronda

wtorek, 2 sierpnia 2016

Wojownicy. Las tajemnic – Erin Hunter

Wydawnictwo: Nowa Baśń 
Poznań 2016
Część 3. cyklu Wojownicy
Oprawa: miękka ze skrzydełkami
Liczba stron: 364
Tytuł oryginału: Forest of Secrets
Przekład (z angielskiego): Katarzyna Krawczyk
ISBN: 978-83-65122-08-7







Trzeci tom wspaniałej kociej sagi już za mną i muszę przyznać, że chyba trzyma w napięciu jeszcze mocniej niż poprzednie. To ponad 35 0 stron wypełnionych bohaterstwem, miłością, odpowiedzialnością, przyjaźnią, zdradą, marzeniami i wspomnieniami. Jak się okazuje właściwie każdy kot skrywa jakieś sekrety, dlatego zamieszkiwany przez las jest pełen tajemnic.
Miłość Szarej Pręgi i Srebrnego Strumienia kwitnie, jednak koty wiedzą, że swój związek muszą utrzymywać w sekrecie. Ich klany nie mogą się dowiedzieć o zakazanym uczuciu. Wszystko się jednak skomplikuje i to nie tak, jakbyście przypuszczali. Ogniste Serce znów znajdzie się w oku cyklonu. I to nie raz! Otrzyma też karę, którą bardzo dotkliwie odczuje. A to wszystko za sprawą... jego dobrego serca i chęci niesienia pomocy słabszym. Czy uda mu się jakoś pozbierać i ponownie zyskać szacunek i zaufanie Błękitnej Gwiazdy?
Chmurka rośnie i liczy na to, że lada moment zostanie uczniem. Jak zareaguje na wieść o tym, że jest domowym kotem i wcale nie urodził się w Klanie Pioruna? 
Tajemnica, którą skrywała Żółty Kieł ujrzy światło dziennie, ale Autorki powieści znów Was zadziwią. Na dodatek w opozycji do Uzdrowicielki (teraz nazywanej Medyczką, o czym nieco później) postawią samą przywódczynię Klanu. Jej sekret i odkrycie konsekwencji jej działań z lat młodości ukażą tę postać w zdecydowanie innym świetle. Ogniste Serce ponownie będzie musiał przewartościować to, co wie o swojej nowej rodzinie.
W końcu Tygrysi Pazur... pokaże swoje prawdziwe "ja". Czy rudy domowy kociak miał rację, nie wierząc zastępcy przywódczyni? A może się pomylił i to opowieść Kruczej Łapy była podkolorowaniem prawdy, a Błękitna Gwiazda miała rację ufając swemu zastępcy? Ogniste Serce kilka razy zmieni zdanie na temat pręgowanego kocura. Jaki będzie tego finał? 
Wojownicy zaskakują czytelnika wiele razy. I dobrze, o to w końcu w literaturze popularnej chodzi. O emocje, a tych w tej powieści nie brakuje. Rozstania, pożegnania, łzy. Zawzięte walki, litość, dobro. Kodeks wojownika i zwyczajna codzienność. Polityka, zdrada, tajemnice, które po latach mogą zmienić bieg historii całych klanów. Wszystko to znajdziecie na kartach kolejnej powieści z cyklu "Wojownicy". I jeszcze dużo, dużo więcej. To nieprzespane noce i pełne napięcia popołudnia. A może wyczekiwane poranki, mimo tego, że jesteście raczej sowami.
Okładka, jak zawsze, wyśmienita. Chyba najlepsza z dotychczasowych, choć naprawdę trudno jest wybrać. 
Tłumaczka pozostaje ta sama, choć zmieniło się trochę nazewnictwo. Jest to dokładnie wyjaśnione w nocie wydawcy, chociaż mnie osobiście nie przekonuje. Mimo wszystko wolałam poprzednie terminy. A Wy jak uważacie – Uzdrowiciele czy Medycy, Królowe czy Karmicielki?
Książka ma tylko jeden minus – trochę za dużo w niej błędów. Na szczęście historia jest tak pasjonująca, że nic nie jest w stanie zepsuć wspaniałej lektury. Liczę jednak, że w kolejnych tomach korekta poradzi sobie lepiej.
Dalsze losy wojowniczych kotów już jesienią, czekam więc z niecierpliwością. Tymczasem gorąco polecam Wam zapoznanie się z "Lasem tajemnic".





Książkę przeczytałam dzięki życzliwości Wydawnictwa Nowa Baśń


oraz Wydawnictwa Zysk i S-ka http://www.zysk.com.pl/

piątek, 1 lipca 2016

Harda – Elżbieta Cherezińska

Wydawnictwo: Zysk i S-ka
Poznań 2016
Oprawa: miękka ze skrzydełkami
Liczba stron: 590
ISBN: 978-83-7785-959-9






Kolejna fascynująca opowieść o moich ukochanych Piastach. Zresztą nie tylko moich – co doskonale widać po tym, jak chętnie i dużo pisze o nich Cherezińska.
Nie dokończyliśmy jeszcze trylogii "Odrodzone Królestwo", a Autorka postanowiła przedstawić nam jeszcze wcześniejsze czasy. Rzeczywisty początek, kiedy Polska nie jest jeszcze nawet królestwem, które może się odrodzić. Czasy Mieszka I i Bolesława Chrobrego oraz jego niesamowitej siostry, Świętosławy zwanej Hardą. 
Świętosława, Harda Pani, Sigrida Storrada. Matka i babka królów. Piastówna, dzięki której słowiańska krew popłynęła w żyłach skandynawskich władców. To również dzięki niej Cherezińska mogła połączyć dwa swe ukochane tematy – Piastów i Skandynawię. Jak jej to wyszło?
Początki polskiego państwa, które dopiero przyjęło chrzest. Mieszko, polański książę, oddalił swe pogańskie małżonki, ochrzcił się w Warcie i przyjął na swą jedyną księżną ukochaną Dobrawę. Ta dała mu dwoje dzieci – następcę tronu, Bolesława oraz córkę, Świętosławę. Córki zaś są radością ojców, jak z przekąsem powie pewnego dnia książę. Są również kartą przetargową w wojnach, to nimi "opłaca" się sojusze. Czy i Świętosławę czeka taki los? Jak się na to zapatruje harda dziewczyna z niewyparzonym językiem, której nic nie wydaje się straszne?
To oczywiście nie tylko historia jednej dziewczyny, ale całego narodu. Choć nastały czasy księży i kościołów, lud wciąż czci w lasach pogańskich bożków. Wciąż ważne jest puszczanie wianków, ogniska w noc kupały, szukanie kwiatu paproci, który ma dać dziewczynie miłość i bogactwo. Zresztą nie tylko na polskich ziemiach trwa ciągła walka między starym a nowym. Szwecja, Dania, Norwegia – wszędzie tam "zimny Chryst" wypiera lokalne wierzenia i chrzest jest kartą przetargową. Czasami dla zwycięzców, czasami dla przegranych. Bo czyż religia nie jest doskonałym pretekstem, by pociągnąć za sobą zastępy dzielnych wojów i bić przeciwnika?
To barwna opowieść o tym, jak kształtują się nowe państwa, ale również o tym, na czym polega władza, honor, miłość. Wyobraźcie sobie, że książęcy orszak przemierza trasę od Poznania aż na Węgry, by oddać ziemi zmarłą księżniczkę. Nie dzisiaj, ale w tamtych czasach. Wiele tygodni w siodle, z taborem, z trumną wiezioną na wozie. By oddać honor ukochanej małżonce i jednocześnie... A nie, to już musicie doczytać sami.
Cherezińska znów porywa samym tematem i rozmachem opisywanej historii. Bohaterowie są naturalni, jakby zaraz mieli wyskoczyć z kart książki. Kochają, nienawidzą, boją się, mają marzenia. Przy tym wszystkim są wplątani w wielką politykę, która stała u zarania dzisiejszej Europy. Trwa walka papiestwa z cesarstwem, Kościoła katolickiego z pogaństwem różnych ludów, w końcu najzwyczajniejsze w świecie podchody pomiędzy władcami sąsiadujących z sobą ziem. Dzisiaj wiemy, kto odniósł zwycięstwo, wtedy jednak nic nie zdawało się być przesądzone i to napięcie czuć na każdej stronie "Hardej".
Cherezińska świetnie poradziła sobie z napisaniem powieści o tych odległych czasach. Przy tym główną i tytułową bohaterką uczyniła kobietę, o której prawie nic nie wiadomo. Zresztą nawet gdyby pisała o kimś, na temat kogo można znaleźć bogate źródła – mimo wszystko średniowiecze kojarzy się raczej z etosem rycerskim, a nie kobiecym. Pamiętajcie jednak, że "Harda" to nie jest typowa powieść historyczna, to raczej – podobnie jak cykl "Odrodzone Królestwo" – powieść z granicy historii i fantastyki. Być może to jedyny gatunek, który pozwala zapełnić luki w historii początków naszej państwowości..
Minusem są drzewa genealogiczne zamieszczone z tyłu książki. Minusem? Na ogół to wielki plus. Nie tym razem. Co z tego, że ukazują pewne połączenia między bohaterami, skoro nie ma na nich żadnych dat. Na dodatek małżeństwa są zaznaczone w dziwaczny sposób i na pierwszy rzut oka żony zdają się być córkami... Wszystko się miesza. Może to dlatego, że tak naprawdę nikt nie potrafi ze stuprocentową pewnością potwierdzić, że Świętosława... w ogóle istniała.
Jesienią kontynuacja opowieści. Zatem niecierpliwie oczekujemy nadejścia złotej polskiej jesieni i "Królowej".





Książkę przeczytałam dzięki uprzejmości Zysk i S-ka:

czwartek, 23 czerwca 2016

Powstanie Warszawskie. Wędrówka po walczącym mieście – Marcin Ciszewski

Wydawnictwo: WARBOOK
Warszawa 2016
Oprawa: miękka ze skrzydełkami
Liczba stron: 223
ISBN: 978-83-64523-53-3







Powstanie Warszawskie. Każdy z nas uczył się o nim w szkole. W podstawówce, gimnazjum, liceum, technikum. Dzisiaj, przed dekadą, cztery dekady temu. Słuchaliśmy o tym, że było kiepsko zorganizowane, uderzało w komunistyczną władzę, że było zrywem młodych ludzi. W końcu, że było wspaniałym dowodem polskiej waleczności. Co czas, co ustrój, to inna opinia. Czym było rzeczywiście? Oceni historia. Kiedyś, pewnego dnia. Dziś jeszcze za świeże rany wywołują te wspomnienia. Tak to już bywa z najnowszą historią, że powoduje wiele wzruszeń, wiele animozji, wiele nieprzystających do siebie wzajemnie opinii. 
W 2014 na ekrany polskich kin wszedł jedyny w swoim rodzaju film – opowiadające o powstańczych dniach kroniki filmowe. Żywe obrazy z tamtych dni. Pokolorowane, udźwiękowione. Film niesamowity, wbijający w fotel. Film... Zaraz, zaraz, przecież to blog o książkach. Cóż, książka, o której za chwilę Wam opowiem, nie powstałaby bez tego filmu. Jest dla niego wspaniałym uzupełnieniem. Dopełnieniem całości. Film bez książki istnieje i porusza o głębi. Książka fascynuje i wciąga bez znajomości filmu. Jednak, gdy poznać oba te, bez wątpienia, dzieła – dopiero wówczas czujemy się nasyceni.
Słowo pisane i wielki ekran to dwa różne media, które opowiadają tę samą, wstrząsającą historię tamtych tragicznych dni. Film ukazuje nam je bezpośrednio. Choć należy pamiętać, że celem tworzenia kronik było informowanie obywateli o przebiegu zdarzeń oraz propaganda. Książka jest "jedynie" opisem – choć jest bogata w liczne fotografie (kadry z filmu), to jednak wiele czytelnik musi sobie wyobrazić. Jej plusem jest jednak spojrzenie na temat z dzisiejszej perspektywy. Choć rzadko, to jednak Autor robi co jakiś czas wtrącenia, dzięki którym współczesny czytelnik może lepiej zrozumieć tamte czasy, postaci, wydarzenia, a także poznać ułamek skutków, jakie dane działania przyniosły. Stąd też tak różne media tak doskonale się uzupełniają – mówiąc dokładnie o tym samym – mówią zupełnie inaczej.
Skupmy się jednak na książce. Jest to, niewątpliwie poruszająca, opowieść o jednym z najtragiczniejszych polskich zrywów niepodległościowych. O tym sierpniowych i wrześniowych dniach, kiedy to mieszkańcy Warszawy postanowili odbić swe miasto. Z uśmiechami na twarzach, często z symboliczną bronią w ręku, szli wyrzucić Niemca z ukochanego miasta, ze swej stolicy, ze swego domu. Ciszewski pięknie opowiada kolejne sceny. Idzie przez miasto wraz z operatorem kamery, który kręci kronikę. Odwiedza przeróżne części Warszawy – Starówkę, Żoliboż, Powiśle, Śródmieście. Wraz z nim widzimy euforię pierwszych dni, gdy nadzieja w zwycięstwo jest duża, gdy powstańcy osiągają pewne sukcesy. Razem z nim i z tymi młodymi ludźmi, wędrujemy do szpitali polowych, do zbrojowni, do żołnierskich stołówek. Widzimy jak się śmieją, jak zawierają śluby, jak grają w karty. Widzimy jak grzebią zmarłych. W końcu wraz z nimi idziemy śmierdzącymi, dusznymi, mokrymi kanałami, cały czas w ciszy, bo przecież Niemcy czuwają i zrzucają do kanałów granaty.
Narracja Ciszewskiego przerywana jest co jakiś czas bezpośrednimi opowieściami powstańców. Wykorzystano tu zapisy z Archiwum Historii Mówionej Muzeum Powstania Warszawskiego. Jest to wspaniałe uzupełnienie całości. Jednocześnie dodaje książce jeszcze więcej dramaturgii – w końcu "słyszymy" relacje z pierwszej ręki. 
Książka jest bogato zilustrowana kilkudziesięcioma kadrami z filmu, a więc z kronik nakręconych w sierpniu i wrześniu 1944 roku. Oczywiście, jak w kinowym filmie (swoją drogą – nominowanym do Oscara) – kolorowych. Przybliża to współczesnemu czytelnikowi tamte dni, sprawia, że bohaterowie książki są nam zdecydowanie bliżsi. To już nie tylko stare, biało-czarne fotogragie – nagle, przez dodanie im koloru, zaczynają przypominać wczoraj i dzisiaj, a nawet jutro. To przecież mogło się wydarzyć  każdym czasie. Każdemu z nas. Tamten żołnierz to mógł być mój brat. Tamta kobieta – moja matka. To leżące w gruzowisku dziecko – moja mała córeczka. 
Wstrząsający obraz pięknie ubrany w słowa. To chyba najlepszy opis tej niesamowitej pozycji, która powstała dzięki współpracy Muzeum Powstania Warszawskiego i Marcina Ciszewskiego. Dziękuję za to, że mogłam ją przeczytać. Wam natomiast gorąco polecam zapoznanie się zarówno z książką, jak i z filmem.




Za możliwość przeczytania książki dziękuję Wydawnictwu WARBOOK 

sobota, 18 czerwca 2016

Wojownicy. Ogień i lód – Erin Hunter

Wydawnictwo: Nowa Baśń
Poznań 2016
Część 2. cyklu Wojownicy
Oprawa: miękka ze skrzydełkami
Liczba stron: 388
Tytuł oryginału: Fire and Ice
Przekład (z angielskiego): Katarzyna Krawczyk
ISBN: 978-83-65122-06-3






Dalsze losy rudego kota domowego, który stał się wojownikiem porywają chyba jeszcze bardziej niż te opowiedziane w pierwszym tomie. 
Ognista Łapa nosi teraz dumne imię Ognistego Serca i jest już pełnoprawnym wojownikiem Klanu Pioruna. Czy znalazł w końcu pełnię szczęścia, o której marzył, kiedy opuszczał ciepły i przytulny kąt w domu Dwunożnych, by wyruszyć na przygodę życia? Cóż, każdy medal ma dwie strony, nieprawdaż?
Klan Wiatru został przegoniony ze swego terenu, co komplikuje poniekąd rozkład sił w kocim świecie. Również zmiana w Klanie Cienia będzie miała niemałe znaczenie dla bezpieczeństwa pozostałych kotów. Zresztą zmian będzie więcej i to nie tyko w sojuszach między klanami, ale również w samych bohaterach. Konflikty narastają, sytuacja robi się coraz bardziej napięta. Na dodatek zaczyna się pora nagich drzew, czyli po naszemu zima, która niesie ze sobą zmniejszone racje żywnościowe oraz choroby. Również członków Klanu Pioruna nie ominie epidemia śmiertelnego zielonego kaszlu.
Czy sprowadzenie Klanu Wiatru z powrotem na ich tereny łowieckie zażegna rosnący konflikt, czy może go wręcz nasili? Co knuje Tygrysi Pazur? Z jakiego powodu przyjaźń Ognistego Serca i Szarej Pręgi zostanie wystawiona na próbę i czy przetrwa? Mnóstwo pytań, a szukanie odpowiedzi na nie to prawdziwa literacka przyjemność.
Drugi tom cyklu o kocich wojownikach jeszcze bardziej skupia się na poszukiwaniu siebie i swojego miejsca w świecie. Kto stara się odnaleźć siebie? Oczywiście przede wszystkim Ogniste Serce. Ma właściwie wszystko, o czym marzył. Jest wojownikiem, został przyjęty do klanu. Poluje, śpi z innymi, przywódczyni klanu go szanuje. Dostaje nawet swego pierwszego ucznia. Dlaczego więc zaczyna odczuwać pewną pustkę, kiedy na swej drodze spotyka domową kotkę, która bez wątpienia niedługo się okoci i na dodatek pachnie czymś przyjemnym, czymś wywołującym miłe wspomnienia... domu? Gdzie właściwie jest dom i czy Ogniste Serce przypadkiem na zawsze nie pozostanie w pewnym sensie domowym kociakiem o imieniu Rdzawy?
Miłość, zdrada, kłamstwa, okropna choroba zbierająca straszliwe żniwa. Nowe sojusze, przyjaźnie wystawione na próbę. Potrzeba zdefiniowania samego siebie. I w końcu rozliczenie się z własnymi marzeniami. Do tego wszystkiego fantastycznie poprowadzona, emocjonująca i bardzo dynamiczna akcja, która cały czas trzyma czytelnika w napięciu. Powieść dla każdego – niezależnie od wieku i tego, czy ktoś lubi koty, czy też za nimi nie przepada. Mądra, błyskotliwie opowiedziana historia. Tak można napisać w olbrzymim skrócie. Jednak to tylko niewielka część, bo niełatwo tak na szybko opowiedzieć, o czym jest "Ogień i lód".
Tak jak poprzednio, dodatkowym atutem wydania jest mapka, dzięki której czytelnik może się rozeznać, gdzie mieszka który klan oraz gdzie znajdują się najważniejsze dla opowieści miejsca, takie jak Droga Grzmotu czy Cztery Drzewa.
Jedynym minusem całości są błędy. Nie jest ich wiele, ale niestety trochę znalazłam. Mam więc nadzieję, że kolejny tom, który już się ukazał na rynku, ma ich mniej. Osobiście nie mogę się doczekać, kiedy trafi w moje ręce i znów przeniosę się do pewnego lasu, w którym żywot wiedzie Klan Pioruna.






Książkę przeczytałam dzięki życzliwości Wydawnictwa Nowa Baśń

czwartek, 9 czerwca 2016

Alicja w krainie czasów. Czas zaklęty – Ałbena Grabowska


Wydawnictwo: Zwierciadło
Warszawa 2016
Cykl: Alicja w krainie czasów
Tom I
Oprawa: miękka ze skrzydełkami
Liczba stron: 333
ISBN: 978-83-64776-95-3








W końcu doczekałam się kolejnej sagi spod pióra Ałbeny Grabowskiej. Niezmiernie jestem szczęśliwa i już nie mogę się doczekać drugiego tomu tej fascynująco zapowiadającej się trylogii.
Koniec XIX stulecia. Polska pod zaborami. Prawdopodobnie jakieś okolice Warszawy, choć nie wiadomo, gdzie dokładnie znajduje się majątek Kodorów, w którym mieszka hrabia Księgopolski z małżonką. Ale zaraz, zaraz, to nie jego rodowe ziemie, lecz jej. On tam "jedynie nastał", kiedy został jej poślubiony. Czy to ważne? Niekoniecznie, choć może i tak.
Powieść napisana jest w bardzo ciekawy sposób, początkowo trochę niechronologicznie, co sprawia, że czyta się ją z jeszcze większym zainteresowaniem. Bo już prolog wywołuje u czytelnika napięcie i wielką ciekawość. Jak do tego doszło, co się właściwie wydarzyło? Dowiemy się za chwilę. A później... później przeczytamy, co miało miejsce jeszcze wcześniej, co doprowadziło do tych wszystkich nieszczęsnych wydarzeń. Dalej już po kolei śledzimy losy hrabiego Jana i Elżbietki. I oczywiście Natalki, bohaterki prologu, która w życiu tytułowej Alicji odegra niebagatelną rolę.
Romans szlachcica i podkuchennej może i nie wyszedłby na jaw, gdyby nie jego owoc. Dzieciątko ma jednak tego pecha, że – nie dość, że jest bękartem – ma się urodzić w tym samym czasie, co prawowity dziedzic majątku. Wszystko jednak układa się zupełnie niespodziewanie dla każdego z bohaterów, a to za sprawą... magii, w którą głęboko wierzyła Natka i która sprowadzi jeszcze na wszystkich całe mnóstwo nieszczęść, łez, żałoby i... dość, bym nie napisała zbyt wiele. 
Mijają lata, Alicja dorasta, próbuje zrozumieć, dlaczego rodzice nie kochają jej tak, jakby tego chciała. Niezwykłe dziecko, które po prostu pochłania wiedzę, ma wiele zdolności i jednocześnie jest po prostu dzieckiem. A niełatwo być dzieckiem w XIX wieku, szczególnie dziewczynką. Nie mówiąc już o dziewczynce, która marzy o nauce, a nie o balach, o mądrych książkach, a nie adoratorach i w końcu o zrozumieniu świata, a nie o modnych i drogich sukniach. 
Poza fascynującą fabułą i wyrazistymi postaciami, Ałbena Grabowska wskazała wiele przywar ówczesnej szlachty. Choć warto zauważyć, że spora ich część jest aktualna nawet dzisiaj i to nie tylko wśród wyżej urodzonych. Swoista dulskość jest tu na porządku dziennym. Bogaci ludzie z towarzystwa boją się skandalu (którym może być nawet wyjście z teatru po antrakcie) chyba bardziej niż własnej śmierci, a wiejska ludność, choć paniczne obawia się działania diabelskich mocy, nie ma większych oporów, by brać udział w dziadach i chadzać po zioła do szeptuchy. Taka wiejska religijność... Panu Bogu świeczkę, a diabłowi ogarek. Nie dziwi zatem, że Natalia wierzyła w magię i to do diabła wznosiła gorące prośby o to, by Jan ją kochał, a ich dziecko było niezwykłe.
Początkowo łatwo wyrobić sobie zdanie, kto jest kim, kto jest dobry, a kto zły, kogo polubimy, a do kogo nie będziemy pałali sympatią. Z każdą kolejną stroną jednak dochodzimy do wniosku, że bohaterowie tej powieści są ludźmi – każdy ma swe wady i zalety, ukształtowało ich życie i różne doświadczenia, że świat nie jest jedynie biało-czarny, ale ma wiele odcieni szarości. 
Znakomite zakończenie sprawia, że z ciarkami na plecach odkładamy książkę i żałujemy, że nie możemy natychmiast chwycić za kolejny tom. Na niego, niestety, przyjdzie nam jeszcze trochę poczekać.
"Alicja w krainie czasów. Czas zaklęty" to opowieść o miłości i trudnym dorastaniu. O szukaniu siebie i akceptacji. O trudnym losie kobiet w dziewiętnastowiecznej Polsce pod zaborami. O pięknie bajek i baśni, o magii przemieszanej z codziennością. To w końcu rewelacyjnie opisani bohaterowie, ciekawy sposób wyjaśniania kolejnych wydarzeń (zarówno poprzez retrospekcje autorskie, jak i wspomnienia bohaterów). To tajemnice, które prowadzą do grobu. I Alicja, której nie można nie pokochać.
W tle dziewiętnastowieczna Warszawa z "wynalazkiem pana Bella", "wynalazkiem ana Edisona", brukowanymi ulicami, gazowymi latarniami i seansami spirytystycznymi. Tło zaiste wyśmienite.
Dużymi plusami powieści, gdyby komuś było jeszcze mało, są nieprzewidywalność (a niełatwo mnie zaskoczyć) i wspaniała okładka, na której zdjęcie samej Autorki jako Alicji. Chyba dwa błędy w całej książce to wystarczająco mało, by powiedzieć, że korekta i redakcja spisały się na medal. Nic dodać, nic ująć. Czytać, czytać, czytać.





Książkę przeczytałam dzięki życzliwości Wydawnictwa Zwierciadło




czwartek, 2 czerwca 2016

Życie na pełnej petardzie czyli wiara, polędwica i miłość – Ks. Jan Kaczkowski, Piotr Żyłka

Wydawnictwo: WAM
Kraków 2015
Oprawa: twarda
Liczba stron: 246 (+16 stron fotografii)
ISBN: 978-83-277-1012-3






Trudna, wymagająca, niesztampowa – takich słów użyłam niedawno w recenzji powieści Ałbeny Grabowskiej zatytułowanej "Lot nisko nad Ziemią". Dokładnie te same wyrazy w idealny sposób określają tę książkę. Różnica jest taka, że tę powieść napisało samo życie.
Ksiądz Jan Kaczkowski był osobą medialną, znaną przez wielu, nie tylko katolików. Był kapłanem cenionym zarówno przez tzw. tradycjonalistów, jak i tzw. oazowców. Księdzem, synem, bratem, przyjacielem. Dla wielu wzorem do naśladowania. Założycielem puckiego hospicjum im. św. Ojca Pio. W końcu człowiekiem ze zdiagnozowanym glejakiem IV stopnia. Mimo swej choroby i wyroku (pół roku życia), wciąż aktywny, wciąż robiący wszystko dla ludzi. Zmarł przed dwoma miesiącami, w drugi dzień Wielkanocy. Z pewnością, przynajmniej w moim przypadku, ma to pewien wpływ na odbiór tej lektury. Przedstawiam Wam zatem wywiad-rzekę, autobiografię tego nietuzinkowego kapłana.
O czym mówi? O swoim rodzinnym domu i o tym, jak z niewierzącej rodziny wyszedł młody chłopak czujący kapłańskie powołanie. O tym, jak nie udało mu się zostać zakonnikiem i jak wyglądały lata w seminarium duchownym. O swoim kapłaństwie. O chorobie, o swych podopiecznych z hospicjum i ze szkoły, w której uczył. W końcu o trudnych sprawach wiary i współczesnego Kościoła. Jako kapłan i jako bioetyk stara się odpowiedzieć na pytania o homoseksualistów, aborcję, eutanazję, in vitro, sumienie i nieuleczalną, śmiertelną chorobę. Mówi o katolicyzmie kucanych, o pluszowych katolikach i księżach niewierzących. O problemach polskiego Kościoła i swoich autorytetach. W końcu o Ewangelii i tym, co czeka nas po śmierci.
Bezpośrednio, bez owijania w bawełnę, szczerze opowiada o swojej drodze do wiary i kapłaństwa. O swoich sukcesach i porażkach, o chwilach słabości i zwątpienia, w końcu o tym, jak stanął w obliczu śmierci. Niełatwa to lektura, szczególnie teraz, gdy nie ma go już wśród nas. Choć i wtedy, gdy był i wciąż walczył o każdy kolejny dzień, nie była to książka, którą można było połknąć i odstawić na półkę. Choć użyty w niej język nie jest podniosły i pompatyczny, choć czyta się całość dość szybko, to w każdej przerwie w lekturze atakują nas różne przemyślenia księdza Kaczkowskiego. Wyważony z jednej strony, odważny i bezkompromisowy z drugiej – taki był on i jego osąd dzisiejszych czasów. Taka jest też ta książka.
Nie ma co się specjalnie rozpisywać. Trzeba po prostu przeczytać, przemyśleć, przeanalizować. Ja natomiast lada chwila sięgam po kolejną książkę księdza Kaczkowskiego.



wtorek, 31 maja 2016

Modne księżniczki oraz Modne baletnice

Wydawnictwo: Jedność
Kielce 2016
Oprawa: miękka
Liczba stron: 32
Tytuł oryginału: Mon carnet Princesse
Ilustracje, wzory, szkice i naklejki: Axelle Delafolie, Magali Fournier, Natacha Matic, Charlitte Merle
ISBN: 978-83-7971-303-5














Wydawnictwo: Jedność
Kielce 2016
Oprawa: miękka
Liczba stron: 32
Tytuł oryginału: Mon carnet Danseuses
Ilustracje, szkice i naklejki: Sophie Marie, Natacha Matic
ISBN: 978-83-7971-302-8







Tym razem niestandardowo, ponieważ aż dwie pozycje w jednej recenzji. Uznałam jednak, że tak będzie lepiej i to z dwóch powodów. Po pierwsze te książeczki mają to samo zadanie. Po drugie obie recenzje byłyby do siebie bardzo, naprawdę bardzo, podobne. Nie widzę żadnych powodów, dla których miałabym mnożyć posty, a i Wam, drodzy Czytelnicy, będzie łatwiej, kiedy obie pozycje dostaniecie równocześnie.
Co zatem proponuje nam wydawnictwo Jedność? Otóż dwie wspaniałe książeczki, które są również zeszytami ćwiczeń i albumami. Przy okazji, dzięki temu, że są na spirali, poszczególne kartki z pracami można łatwo wyrywać i wykorzystywać, np. jako laurki czy pamiątki i prezenty. Dziewczynki (bo jednak są one przeznaczone raczej dla płci pięknej) będą miały naprawdę dużo świetnej zabawy. A i mamusie z pewnością skorzystają, bo trudno nie ulec urokowi pięknych rysunków i kolorowych naklejek. Popuśćcie wodze fantazji! 
Kolorowanie, dorysowywanie, naklejanie to czynności, które czekają młode damy. Ich zadaniem jest ubranie modnych księżniczek i baletnic. A także, jeśli zechcą, wyposażenie wnętrz, w których te pozują. Rysunki działają na wyobraźnię, pobudzają do szukania nowych rozwiązań, łączenia kolorów i wzorów. Ponadto zmuszają do precyzji, ponieważ nie są zbyt duże, a przecież nikt nie chce by sukienka pięknej księżniczki była krzywo pokolorowana, a kredka wychodziła daleko poza linię konturów. Dzięki temu dzieciaczki ćwiczą dłonie, a także cierpliwość. 
Książeczki są nieduże, zmieszczą się w każdej, nawet małej, dziewczęcej, torebce. Małe artystki-modnisie mogą je więc mieć zawsze przy sobie. Jeśli natomiast nie mają ze sobą kredek czy flamastrów (albo farb) to zawsze mogą używać naklejek i w ten sposób przyodziewać swoje modelki.
Książecki wykonano bardzo starannie, grafiki są naprawdę ładne, a naklejki po prostu prześliczne, barwne, cieszące oko zarówno dziecka, jak i dorosłego. To wspaniała zabawa dla dużych i małych. W kreatorkę mody można się bawić samodzielnie bądź w grupie, zabawa więc może przybrać przeróżne formy, a w dalszej perspektywie inspirować do przerysowywania, przekalkowywania, czy nawet wykonywania własnych rysunków.
Gorąco polecam. Sama chętnie bym się pobawiła w kreatorkę królewskiej mody. 
 





Książkę przeczytałam dzięki życzliwości Wydawnictwa Jedność