Fragment mojej recenzji został umieszczony na okładce powieści "Skazaniec. Z bestią w sercu" Krzysztofa Spadło

Fragment mojej recenzji „Korony śniegu i krwi” został umieszczony na okładce powieści Elżbiety Cherezińskiej – „Niewidzialna korona” (wyd. Zysk i S-ka)

środa, 21 czerwca 2017

Święty i błazen. Jego droga do świętości – Jan Grzegorczyk

Wydawnictwo: Zysk i S-ka 
Poznań 2017
Oprawa: miękka ze skrzydełkami
Liczba stron: 512 (+fotografie)
ISBN: 978-83-8116-055-1





Ojciec Jan Góra to osobowość ciekawa niezależnie od tego, czy jest się wielkim zwolennikiem czy raczej przeciwnikiem Lednicy 2000 i podobnych inicjatyw. Nie wdając się więc w szczegóły moich poglądów na temat tego, dokąd zmierza Kościół katolicki – postanowiłam zapoznać się z historią życia tego niesamowitego, przez wielu kochanego, przez wielu nielubianego dominikanina. Szczególnie, że tej "odsłony" Jana Góry dokonuje nie kto inny tylko Jan Grzegorczyk.
Kiedyś nie lubiłam czytać biografii. Chyba że fabularyzowane. Po lekturze "Życia na pełnej petardzie..." (tak, wiem, że to nie jest właściwie biografia) stwierdziłam, że czasami naprawdę warto próbować czegoś nowego. "Święty i błazen..." to było trafienie w dziesiątkę. 
Jan Góra OP odpowiada na setki pytań zadanych przez Jana Grzegorczyka. Spotkało się dwóch Janków i rozmawiają o tym, co w życiu najważniejsze. Dwóch literatów żyjących blisko Boga, jeden pyta, drugi odpowiada. Wszystko to w serdecznej i przyjaznej atmosferze, która jest odczuwalna na każdej stronie. Ukazuje nam się obraz dwóch mężczyzn, którzy są dla siebie kimś bliskim. To wyjątkowa sytuacja, raczej chyba rzadko spotykana w przypadku takich wywiadów. Niezależnie jednak od tego – atmosfera ta ma bardzo pozytywny wpływ na odbiór lektury. Co ciekawe na pytania odpowiada Jan Góra, ale o nim mówią też inni. Wiele osób wypowiedziało się na stronicach tej niezwykłej książki. Osób mu bliskich, współpracowników, współbraci. Ludzi, którzy zmieniali się pod jego wpływem i którzy zmieniali ojca Jana. 
Jak to się stało, że człowiek, który wstąpił do zakonu zyskał taką sławę? I jak doszło w ogóle do tego, że w zakonie się znalazł? Czy rzeczywiście przez przypadek? Nie ma przypadków, są tylko drogi, które wskazuje Bóg i którymi możemy podążyć bądź nie. Jan Góra dokonał wyboru z miłości. Do kogo? Tego musicie dowiedzieć się sami. 
Bliski młodzieży, odnowiciel rorat, twórca Lednicy, przyjaciel świętego Jana Pawła II. Można go określać wieloma słowami. Dominikanin, wariat, żebrak, literat, przyjaciel, ojciec. Nietuzinkowy, uparty, dążący do celu, żyjący marzeniami. Taki obraz ojca Jana Góry wyłania się ze stronic książki Grzegorczyka. Od czasów dzieciństwa, kiedy najmocniej związany był ze swym stryjem-księdzem, aż po ostatnie chwile życia i jeszcze dalej. Bo choć umarł, to wciąż żyje w sercach tysięcy ludzi. I żyje jego największe dzieło, Lednica. 
"Święty i błazen..." to książka niebanalna – napisana przez niebanalnego człowieka o niebanalnym człowieku. I to chyba najważniejsze. Bo to książka o człowieczeństwie właśnie. Takie przynajmniej jest moje odczucie. Ojciec Jan ukazany jest w niej bardzo prawdziwie – ze wszystkimi swymi zaletami i wadami, a i tych ostatnich mu nie brakowało. Był indywiduum, budził respekt u jednych, u innych ciepłe odczucia, jedni go kochali, inni nie znosili. Był zauważalny, nie pozwolił nikomu przejść obok siebie obojętnie. A wszystko to na chwałę Bożą. 
Książka jest bardzo bogato ilustrowana. Tzn. jest w niej kilkaset fotografii. W samej treści wiele zdjęć biało-czarnych, na końcu zaś niemalże 40 stron zdjęć kolorowych. To duży plus tej pozycji – widzimy osoby, o których mówi ojciec Góra, a także te, które same się o nim wypowiadają. W końcu możemy dojrzeć też różne etapy jego wielkiego dzieła.
Niestety nie mogę tej książki pochwalić za brak błędów. Jak dla mnie jest ich trochę za wiele. Niby tylko drobne literówki, ale drażnią. Mimo tego jednak książkę bardzo polecam i to właściwie każdemu. Warto czytać o takich zwykłych-niezwykłych ludziach, którzy potrafią poruszyć serca milionów.






Książkę przeczytałam dzięki uprzejmości Zysk i S-ka:

piątek, 16 czerwca 2017

Chaszcze – Jan Grzegorczyk

Wydawnictwo: Zysk i S-ka 
Poznań 2017
Oprawa: miękka ze skrzydełkami
Liczba stron: 375
ISBN: 978-83-8116-053-7





Kolejna ważna książka autorstwa Grzegorczyka, która trafiła w moje ręce. Teraz mogę już oficjalnie przyznać, że jestem wielką wielbicielką jego twórczości, co chyba nikogo nie dziwi. 
Tym razem... kryminał z duszą. Taką właśnie etykietą opatrzona jest powieść "Chaszcze". Opowieść nietuzinkowa i bardzo złożona, z dreszczykiem emocji i głębokim przesłaniem.
Dochodzący do pięćdziesiątki główny bohater, jednocześnie pierwszoosobowy narrator, postanawia zmienić coś w swym życiu. Właśnie pochował ukochaną matkę i został na świecie sam. Oto los starego kawalera. Pracę, jako tłumacz, najczęściej wykonuje w domowym zaciszu, przyjaźni się właściwie tylko z jedną osobą. Ciągły pęd wielkomiejskiego życia i samotność w tłumie zaczynają mu doskwierać. Otwiera oczy i widzi dla siebie iskierkę nadziei, jeśliby tylko znalazł jakąś "kurną chatę". Z pomocą nieoczekiwanie przychodzi mu, spotkany przypadkowo, kolega – pośrednik nieruchomości. I w ten sposób Stanisław Madej trafia do puszczy, gdzie rozpocznie kompletnie nowe życie.
Zanim na swej drodze spotka całą bogatą galerię niesamowitych, a jednak tak nadzwyczajnie zwyczajnych postaci, pokocha ptaki. Nigdy się nimi nie interesował i uważa, że nic o nich nie wie. Nadszedł czas, by to zmienić. Staszek nie lubi czegoś nie wiedzieć. Kupuje atlasy ptaków, nabywa całkiem dobry jakościowo aparat fotograficzny i rusza w las. Obserwuje, fotografuje, czyta, poznaje świat ptactwa. Pewnego dnia próbuje zrobić zdjęcie wildze. W kadrze pojawia się ludzka twarz. Bez oczu, straszliwie okaleczona twarz wisielca. Po pierwszym przerażeniu i szoku, Staszek postanawia rozwikłać zagadkę samobójstwa. Z wielkomiejskiego tłumacza przeobraża się w leśnego detektywa. Jakby tego było mało, po raz pierwszy w życiu naprawdę się zakochuje... we wdowie po wisielcu. 
Czy rozwikła zagadkę i jakie okaże się rozwiązanie całej sprawy Wam nie zdradzę. Mogę jednak napisać, że nie raz i nie dwa Stanisław będzie chciał wszystko to porzucić. Będzie się zastanawiał nad powrotem do Poznania, będzie chciał zaszyć się jeszcze głębiej. Otworzy się na ludzi, by znów zamknąć się w sobie, a następnie szukać pomocy u nowo poznanych przyjaciół. A tych będzie naprawdę sporo. Wiejski ksiądz, który jest zbyt inteligentny, by służyć na takim zadupiu – zdaniem Staszka trafił tam na zesłanie, które trwa już, bez mała, trzydzieści lat. Emerytowany prokurator poszukujący sensu życia i jego urocza żona, która wielbi ojca Pio. Niesamowity, zupełnie przypadkowo napotkany, ojciec rodziny, który – mając już własne kilkoro dzieci i trudną przeszłość – postanawia przyjąć pod swój dach czworo sierot i wyruszyć na misję. Starsza pani, która niemalże na łożu śmierci opowiada mu zawikłaną historię pustelnika. W końcu robotnik-pijaczek, który będzie budował, pił, budował, walczył z nałogiem i który podaruje Staszkowi zupełnie niespodziewanego przyjaciela. No i ona – czarująca, czarnowłosa piękność, która Stanisława zauroczy i wywróci jego życie do góry nogami. Jest nawet wspomniany jakiś ksiądz Wacław – moim zdaniem takie puszczenie oczka Grzegorczyka do fanów opowieści o księdzu Groserze. A każda z tych postaci wniesie bardzo wiele nie tylko do życia głównego bohatera, ale również nas, czytelników. Każda ma ciekawą historię – z jednej strony niezwykłą, a z drugiej tak bardzo możliwą do zaistnienia. 
Cała powieść trzyma w napięciu, od pierwszej do ostatniej strony. I kończąc ostatnie zdanie czujemy pewien niedosyt, że to już koniec historii. Bo przecież przed Staszkiem dalsze życie, kolejne walki z samym sobą, poznawanie świata, szukanie siebie. I być może prawdziwe szczęście, bo przecież to nie pieniądze, nie dobra praca, nie ładnie urządzony dom są najważniejsze. Liczą się ludzie, którzy nas otaczają i pogodzenie się z samym sobą. 
Historia napisana jest z perspektywy głównego bohatera, co pozwala czytelnikowi poznać do głębi jego charakter, marzenia, obawy. Jednocześnie ukazuje jak jeden człowiek widzi drugiego i jak go ocenia, czasami pochopnie. W centrum całej tej opowieści jest tak właściwie prawda. Poszukiwanie prawdy o samobójstwie, o związkach międzyludzkich, o swojej przeszłości i przyszłości. W końcu szukanie tych wyższych prawd – czy Bóg istnieje, czy wiara jest człowiekowi potrzebna, czy święci rzeczywiście mogą pomóc... wiele ważnych pytań.
Co jeszcze wynikło z lektury "Chaszczy"? Otóż coś naprawdę niezwykłego. W całej tej pogoni za chwilą spokoju przy malutkich dzieciach, chwilą, której wciąż brakuje, za energią, której wciąż nie ma, za weną, która zdawałoby się dawno już się wyprowadziła do kogoś innego – usiadłam wreszcie i... wróciłam do pisania. Nie recenzji, ale powieści. Najwidoczniej był mi do tego potrzebny Jan Grzegorczyk i jego niesamowity dar przenikania do ludzkich dusz.
Jedyny minus to trochę błędów, które znalazłam. Nawet nie tyle literówek, tylko błędów logicznych. Czas gdzieś przeskoczył, gdzie indziej wieczorem można było iść nad jezioro i opalać w słońcu. Takie drobiazgi, ale jednak zauważalne. Aż szkoda, że sobie nie zaznaczyłam, jednak... byłam tak pochłonięta opowieścią, że na to już nie starczyło czasu. Polecam z całego serca.







Książkę przeczytałam dzięki uprzejmości Zysk i S-ka:

poniedziałek, 29 maja 2017

Zapowiedź

Już 5 czerwca nakładem wydawnictwa Zysk i S-ka ukaże się książka "Święty i błazen. Jego droga do świętości" autorstwa Jana Grzegorczyka. 

O. Jan Góra – człowiek, który co roku na Pola Lednickie przyciągał 100 tysięcy młodych ludzi, dal jednych był charyzmatykiem, dla innych hochsztaplerem. Jak mawiał o nim ksiądz Józef Tischner, "jeden taki musi być". 
"Święty i błazen" to niepowtarzalna, szczera rozmowa tego niezwykłego zakonnika z Janem Grzegorczykiem, przetykana wypowiedziami świadków jego życia. Do wydania sprzed trzech lat autor dodał kilkadziesiąt stron opisujących ostatnie miesiące życia i śmierć o. Góry, a także wybór nieznanych wcześniej fotografii.



Utracony dar słonej krwi – Alistair MacLeod

Wydawnictwo: Wiatr od Morza 
Gdańsk 201
Oprawa: miękka
Liczba stron: 242
Tytuł oryginału: The Lost Salt Gift of Blood
Przełożył (z angielskiego): Michał Alenowicz
ISBN: 978-83-943523-3-2
 
 
 
 
 
Alistair MacLeod nie jest w Polsce pisarzem znanym. Jak większość autorów, których wydaje Wiatr od Morza. Przynajmniej na początku. Dzięki temu wydawnictwu kilku z nich zyskało już stałe i wierne grono czytelników. Najnowsza książka, której premiera już 1 czerwca z pewnością również wzbudzi wiele emocji.
MacLeod napisał tylko jedną powieść, wydaną już niemal dwie dekady temu. Zbiór opowiadań, który w tej chwili pojawia się na naszym rynku, napisany został natomiast w roku 1976. Mimo tego, że w jego dorobku jest zaledwie jedna powieść i 17 opowiadań – z których 7 możecie przeczytać po polsku – jest uznawany za jednego z najwybitniejszych pisarzy kanadyjskich XX stulecia. Tym bardziej więc warto zapoznać się z jego twórczością.
"Utracony dar słonej krwi" to zbiór subtelny i nostalgiczny, a jednocześnie głęboko poruszający. Autor pisze o czasach, które już nigdy nie powrócą. Nie tylko dlatego, że od chwili jego twórczej pracy minęło już ponad czterdzieści lat. Świat, o którym zechciał nam opowiedzieć już wtedy przemijał. Wraz z ludźmi, którzy powoli odchodzili i ziemią, która przeobrażała się w globalną wioskę, zatracając swój urok. Opisy miejsc we wszystkich zawartych w tym zbiorze opowiadaniach są piękne i romantyczne. Od razu czuć, że MacLeod kocha ten świat, ten przemijający spokój, te utracone już na zawsze społeczności rodzinne, ludzi bliskich sobie poprzez krew i wspólną pracę. W żadnym razie jednak nie krytykuje postępu, zmian, które następują w kulturze i społecznościach. Porównuje je, przedstawia jeden świat obok drugiego – to jego bohaterowie dokonują oceny. I my, czytelnicy, czujemy, że tak naprawdę każdy z nas również musi sam wybrać, co woli i... co by wolał, gdyby żył wówczas.
Sposób narracji jest ujmujący, szczególnie w tych opowiadaniach, w których narrator jest pierwszoosobowy. Przebija przez nią wówczas niesamowita wrażliwość Autora, delikatność i ciepło. Rybacy, górnicy, kobiety co dzień zajmujące się dziećmi i czekające na swych mężów – z lękiem w sercu, a jednocześnie wielką siłą. Wspaniałe, bardzo plastycznie opisane kanadyjskie wschodnie wybrzeże, jego wysepki, folklor, który dzisiaj można spodziewać już jedynie w literaturze właśnie. Młode pokolenie ludzi opuszczających swe rodzinne domy w poszukiwaniu "lepszego życia". I ci starsi, którzy zostają w tyle. Tematy bardzo mocno osadzone w świecie, o którym MacLeod opowiada, a jednocześnie tak niesamowicie aktualne. To właśnie znajdziecie w tych niesamowitych opowiadaniach, które idealnie nadają się do czytania w lecie – ochłodzą na plaży, dodadzą magii ciepłym wieczorom i z pewnością na długo zamieszkają w Waszych myślach.
"Utracony dar słonej krwi" polecano mi jako "coś podobnego" do prozy Crummeya. Rzeczywiście twórczość MacLeoda wpisuje się w ten sam klimat – zimna, zupełnie nam, Polakom, nieznana ziemia, którą można jednocześnie kochać i nienawidzić, za którą można tęsknić i od której można uciekać. I ludzie, którzy tworzą prawdziwe społeczności, więzi, o których nam współcześni zdali się już dawno zapomnieć. Proza z najwyższej półki.
Choc egzemplarz, który otrzymałam czeka jeszcze ostateczna korekta, znalazłam bodaj dwa błędy, czyli naprawdę niewiele. Zresztą nie dziwię się – dotąd Wiatr od Morza zawsze stawiał wysoką poprzeczkę jeśli chodzi o jakość wydawania swych publikacji. Jedynie tytuł mi do końca "nie gra". Ale to już pewnie mój problem, a już a pewno jedyna uwaga, która mogłaby być na niekorzyść książki. Gdybym przyznawała recenzowanym książkom, jak to czynią niektórzy blogerzy, punkty – to "Utracony dar słonej krwi" dostałby pewne 10,5/10. Polecam z całego serca.





Za egzemplarz recenzencki dziękuję Wydawnictwu Wiatr od Morza

poniedziałek, 24 kwietnia 2017

Gar'Ingawi. Wyspa szczęśliwa, Tom 1. Oczekiwanie – Anna Borkowska

Wydawnictwo: Zona Zero
Warszawa 2017
Oprawa: miękka ze skrzydełkami
Liczba stron: 190
ISBN: 978-83-947599-0-2






Kiedy zaproponowano mi tę książkę, miałam wątpliwości. Czy zdążę przy dzieciach przeczytać kolejną pozycję i jeszcze napisać dla Was kilka słów o niej? Przekonałam się jednak dość szybko. Posiadam dwie inne książki Anny Borkowskiej – nie powieści, ale książki naukowe. Jest ona bowiem nie tylko benedyktynką (tak, zakonnicą piszącą fantasy), ale również naukowcem, ma tytuł doctor honoris causa KUL i wydała kilkadziesiąt książek. "Gar'Ingawi. Wyspa szczęśliwa" to jej fantastyczne dzieło spisane w stanie wojennym. Aktualne tak samo dzisiaj, jak wówczas. Kultowe i na szczęście wznowione. Podzielone tym razem na trzy tomy i już teraz mogę Wam zdradzić, że z wielką niecierpliwością czekam na kontynuację.
W wielkim skrócie jest to powieść przede wszystkim o wielkiej tęsknocie człowieka do boga (Boga?). To jednak naprawdę ogromny skrót, bo na tych niecałych 200 stronach, które już za mną (a to przecież dopiero jedna trzecia powieści) dzieje się naprawdę wiele. Przyznam, że pierwsze 20-30 stron nie było przyjemnością. Nie mogłam się zupełnie połapać kto jest kim. Takie wrzucenie trochę na głęboką wodę, bo świat, o którym czytamy jest stworzony przez Autorkę od podstaw i trzeba się z nim zapoznać. Trochę pomagają mapki i bardzo cieszę się, że zostały w książce zamieszczone. Bez nich chyba dłużej zajęłoby mi ogarnięcie całego terenu, na którym rozgrywają się szalone i fascynujące przygody głównych bohaterów.
Wyspa szczęśliwa... Mieszkający na niej lud żyje w spokoju i (podtytułowym) oczekiwaniu. Choć właściwie powinnam napisać Oczekiwaniu. Na kogo czekają? Na tajemniczego Ora, który mniej więcej raz na cztery, pięć pokoleń przemierza wyspę wszerz. Kim jest? Skąd pochodzi? Co właściwie robi i dlaczego przybywa właśnie na Gar'Ingawi? Tego wszystkiego mam nadzieję dowiedzieć się w kolejnych tomach powieści. Na razie wiemy jedynie, że wszyscy na niego czekają i są po prostu szczęśliwi. Niczym się nie przejmują, niczego właściwie nie boją. Nie znają pojęć takich jak kara czy zabójstwo, nie pragną władzy. Czekają na mityczną postać, na swoistego zbawcę. Raz po raz na wyspę przybywają przedstawiciele innych ludów, podbijają ją, wprowadzają jakieś swoje zwyczaje, ale... nigdy nie zabijają wiary, nie potrafią zwyciężyć z Oczekiwaniem. Aż do czasu, kiedy pojawia się... Or. Czy jest prawdziwy? My, czytelnicy, od razu wiemy, że nie. Mieszkańcy wyspy, przynajmniej niektórzy, też się o tym przekonają. Większość jednak uwierzy w przybycie Ora i to wówczas zacznie się prawdziwa przemiana Gar'Ingawi i wielka przygoda, która wyśle nas na inne lądy i na rozległe morza i każe nam razem z nastoletnim Tagunem poszukiwać bliskości z bogiem. Zaprowadzi nas też do pięknego, cudownego Larri, w którym sama chciałabym zamieszkać, gdyby tylko było rzeczywiste. Do Larri, które mnie całkowicie urzekło, choć droga do niego to prawdziwa droga krzyżowa...
"Gar'Ingawi. Wyspa szczęśliwa" to niesamowita, pełna nieoczekiwanych zwrotów akcji i wyrazistych postaci powieść, na której wznowienie warto było czekać. Ja nie czekałam, bo wcześniej się z tym tytułem nie spotkałam, ale po poruszeniu w Sieci, jakie zauważyłam, było trochę osób, które... oczekiwały. Książkę mogę z czystym sercem polecić miłośnikom fantastyki, ale także tym, którzy wcześniej niespecjalnie ten gatunek lubili. To powieść o poszukiwaniu, o głębokiej wierze, o strachu, o misji i powołaniu i odwiecznej walce dobra ze złem. Z pewnością znajdą w niej coś dla siebie osoby wierzące i poszukujące. Oraz takie, które po prostu lubią literaturę z najwyższej półki – napisaną pięknym językiem (właściwie językami, bo Borkowska stworzyła własne języki na potrzeby powieści) historię tratującą o ważnych dla każdego sprawach. Rzeczywiście ci, którzy porównują Borkowską do Tolkiena mają dużo racji. Polecam gorąco.
Kilka literówek znalazłam, ale nie było źle. Ostatnio mam szczęście do książek, które są naprawdę porządnie wydane. 








Książkę przeczytałam dzięki uprzejmości Zona Zero i Fronda:

sobota, 8 kwietnia 2017

Alicja w krainie czasów. Czas odzyskany – Ałbena Grabowska

Wydawnictwo: Zwierciadło
Warszawa 2017
Cykl: Alicja w krainie czasów
Tom III
Oprawa: miękka
Liczba stron: 305
ISBN: 978-83-65456-52-6








Trzeci, długo przeze mnie wyczekiwany, tom trylogii "Alicja w krainie czasów" dotarł do mnie, kiedy Dziewczynki ząbkowały, a na domiar złego właśnie nastąpiła zmiana czasu na letni. Może właśnie dlatego było mi tak ciężko i ta historia usatysfakcjonowała mnie mniej od poprzednich. Może byłam zbyt zmęczona i dlatego w pewnym momencie pogubiłam się już w kryminalnej intrydze. A może... coś jednak nie do końca wyszło.
Zakończenie trylogii to powieść sensacyjno-szpiegowska. W połowie dzieje się w czasie II wojny światowej, druga część akcji rozgrywa się po dwóch dekadach od zakończenia działań wojennych. Alicja, wciąż piękna, "młoda", potrafi nadal zakręcić wokół palca wielu mężczyzn. Przyciąga ich, wykorzystuje jak przystało na szpiega i robi swoje. Robi swoje bardzo dobrze, jest świetną agentką – szanowaną, cenną, wykorzystywaną w wielu delikatnych akcjach, w których poza doskonałym warsztatem niezmiernie przydaje się również wdzięk osobisty. I, oczywiście, wciąż pracuje w szpitalu, gdzie również przysługuje się dobrej sprawie.
Wciąż jednak jest samotna po śmierci ukochanego Daniela. Czy jeszcze kiedyś pokocha, czy na zawsze pozostanie wdową, przy której wiernie stać będzie jedynie "młodszy braciszek", Franek? Cóż, kilku mężczyzn się przy niej pojawia, ale czy któryś zawładnie sercem kobiety, której czas się nie ima? Musicie się przekonać sami. 
Bogata galeria nowych postaci w niczym nie ustępuje tym, które poznaliśmy i pokochaliśmy wcześniej. Są bohaterowie pozytywni i negatywni, są i tacy, co do których niemalże do ostatniej strony nie potrafimy się zdecydować. I ci są najciekawsi, to rzecz oczywista. 
Wzrusza w tej powieści wątek Kodorowa (choć wcale nie piszę, że Alicja wraca na "stare śmieci"), bawią próby znalezienia jej jakiegoś mężczyzny, na które to wpada rodzina Franka, wstrząsa praca w szpitalu dziecięcym w okupowanym Paryżu, powoduje przyspieszone bicie serca scena na pewnym moście. Wiele emocji towarzyszy najnowszym przygodom naszej Alicji vel Aliny. Wszystko to zaś opisane z polotem, ciepłem i pewną dozą dobrego humoru (tam, gdzie to możliwe, bo trudno żartować sobie na wojnie). 
Zachwycił mnie wątek bułgarski i aż żałuję, że nie było go więcej. Szkoda również, że historie dzieci ze szpitala nie zostały pociągnięte dalej, choćby w jakichś wspomnieniach czy niespodziewanych spotkaniach po latach. Aż chciałoby się przeczytać jeszcze jeden tom, w którym Autorka rozwinęłaby te tematy. Bardzo podobał mi się również epilog. Naprawdę rewelacyjny pomysł.
Podsumowując zatem – zakończenie trylogii jest ciekawe, ale trzeba je czytać naprawdę uważnie, bo można się pogubić. I, niestety, jest nieco słabsze od poprzednich tomów. Nie trzyma już tak w napięciu, choć to właśnie ta powieść ma wątki sensacyjne i jest osadzona w najciekawszym okresie. Liczyłam na coś trochę bardziej porywającego, bo można się tego było spodziewać po dwóch wcześniejszych tomach. Choć nadal polecam, bo Autorka ładnie pozamykała wszystkie wątki. I czekam na kolejną jej powieść.





Książkę przeczytałam dzięki życzliwości Wydawnictwa Zwierciadło

wtorek, 21 marca 2017

Wielkanoc z Jednością


"Wielkanoc"
Bogusław Nosek, Ola Makowska
Wydawnictwo: Jedność
Kielce 2017
Oprawa: twarda
Liczba stron: 16
ISBN: 978-83-7971-633-3











"Wielkanocna historia"
Juliet David
Wydawnictwo: Jedność
Kielce 2017
Oprawa: twarda
Liczba stron: 40

Tytuł oryginału: The Easter Story
Przekład (z angielskiego): Katarzyna Schmidt
Ilustracje: Elina Ellis
ISBN: 978-83-7971-648-7





Wielkanoc, choć jest najważniejszym chrześcijańskim świętem, nie jest tak "rozpropagowana" jak Boże Narodzenie. Może to i dobrze, pozwala to ją głębiej przeżyć. Ta swoista moda na Boże Narodzenie zaraz po Święcie zmarłych powoduje, że zanim w Wigilię zaświeci pierwsza gwiazdka wielu z nas ma już Świąt po dziurki w nosie. Z Wielkanocą jest inaczej. Jest spokojniejsza, poprzedzona czasem wyciszenia, jakim jest Wielki Post. Warto w tym okresie zagłębić się w lekturę wartościowych książek. I, oczywiście, pokazać je również dzieciom. Naprzeciw tym oczekiwaniom wychodzi m.in. wydawnictwo Jedność.
Chciałabym podzielić się z Wami moimi odczuciami dotyczącymi dwóch książeczek z Jedności, które opowiadają historię Zmartwychwstania. Dlaczego aż dwóch? Ponieważ bardzo się od siebie różnią.
Pierwsza z nich przeznaczona jest dla zupełnych maluchów. Moje jedenastomiesięczne Bliźniaczki są w niej zakochane. Grube tekturowe karty są doskonałe do samodzielnego oglądania. Dziewczynki więc same sobie przewracają kary, oglądają, dotykają. Ogólnie bardzo lubią książki, ale nie wszystkimi są tak zainteresowane. Co zatem jest tu takiego niezwykłego? Naprawdę piękne, wyraźne ilustracje, które są dopasowane do ich wieku. Choć na niektórych dzieje się naprawdę wiele, można zawsze skupić się na postaci Jezusa – i to kolejny plus. Poza tym książeczka jest opowieścią wierszowaną, wiersz się rymuje, co jest bardzo pozytywne, ponieważ maluszki uwielbiają wierszowane historie. Czyta się szybko, ogląda długo. Świetna zabawa, poprzez którą już od najmłodszego dzieciaczki poznają historię zbawienia. Rewelacyjna pozycja dla takich młodych "czytelników".
Druga z książeczek przeznaczona jest dla dzieci nieco starszych. Ma już zwyczajne, papierowe strony i znacznie więcej tekstu. Nie jest on już rymowany i chwilę zajmuje przeczytanie całości. Oczywiście dla starszaków to już nie taki problem, usiedzieć te kilka(naście) minut i posłuchać. Zresztą i moje Młode słuchały, z tym że na dwie raty, bo jednak całość okazała się dla nich za długa. I tę pozycję można pochwalić za piękną szatę graficzną, co w książeczkach dla dzieci jest bardzo ważne. Tekst, oczywiście, bardzo dobrze przystosowany do wieku kilkulatków (w opisie dla dzieci od lat trzech). Czyta się przyjemnie, a jednocześnie nawet dorosły może się wzruszyć. Opowieść obejmuje wydarzenia od wjazdu do Jerozolimy po obietnicę powrotu Jezusa na ziemię, a każda historia jest zatytułowana, tak więc łatwo jest się odnaleźć i ewentualnie powrócić do wybranych fragmentów. Pozwala to na lekturę pewnych partii, bez konieczności dumania, gdzie zacząć i gdzie skończyć. Myślę, że dla rodziców kilkulatków to świetna pomoc.
Obie książeczki moim Dziewczynkom przypadły do gustu. Oczywiście drugiej nie oglądają same, pokazuję im obrazki i czytam z pewnej odległości, ponieważ mogłyby podrzeć kartki. Widziałam jednak, że i nią są żywo zainteresowane. Książki te w piękny sposób pozwalają dzieciom zapoznać się z najważniejszą historią chrześcijan i pokazują im, że Wielkanoc to nie tylko pisanki, kurczaki i baranki, ale coś znacznie, znacznie ważniejszego. Jestem niemalże pewna, że do obu wrócimy jeszcze w tym Wielkim Poście kilka razy, a i zapewne w następnych latach wykorzystam te książeczki do nauki religii.







Książkę przeczytałam dzięki życzliwości Wydawnictwa Jedność

piątek, 17 marca 2017

Ostatnia wizyta – Jacek Ostrowski


Wydawnictwo: Od deski do deski
Warszawa 2017
Oprawa: miękka ze skrzydełkami
Liczba stron: 296
ISBN: 978-83-65157-07-2






Wstrząsająca opowieść oparta na prawdziwych wydarzeniach z początku lat 70. Płock i Konin epoki końca Gomułki. Niewyjaśniona do końca sprawa porwania i (domniemanego?) zabójstwa płockiej lekarki, Stanisławy Krzemińskiej. Sprawa, która przez długie miesiące była na ustach wielu – milicjantów, dziennikarzy, polityków i zwyczajnych ludzi. Opisana w sposób, jakiego nie powstydziłby się sam Dostojewski.
Jacek Ostrowski ponownie próbuje rozwikłać tajemnicę swego rodzinnego Płocka, gdzie mieszkała Krzemińska. Pokazuje nam jednak także Konin, a to za sprawą głównego bohatera. Zbigniew Pielach vel Iwan Siemieniuk to prawdziwy potwór, trzęsą przed nim portkami wszystkie płockie (i nie tylko) szychy. Dopiero by się przestraszyli, gdyby poznali jego mroczną przeszłość i dowiedzieli, kim naprawdę jest i do czego jest zdolny... Już od pierwszych stron czujemy, że go nie polubimy. Oschły i podły wobec żony, nieprzyjemny wobec każdego napotkanego człowieka, do którego nie ma jakiegoś interesu, agresywny, tonący w długach uśpiony agent KGB, który ma na rękach wiele przelanej krwi i całe mnóstwo szemranych interesów, za które powinien siedzieć. To najkrótsza charakterystyka tego typka spod ciemnej gwiazdy. Jednak Ostrowski kreśli jego portret przez całą powieść, ujawniając co jakiś czas nowe przewiny Pielacha. Obok, niejako w opozycji, widzimy jego żonę Hankę – zlęknioną katoliczkę, która nie miała już siły żyć i próbowała popełnić samobójstwo. To, co się zdarzy w ich domu w najbliższych miesiącach będzie największą udręką właśnie dla jej umęczonej duszy. Choć na co dzień stara się nie wchodzić mężowi w drogę, choćby dla dobra dzieci – które wybyły z domu i niezbyt chętnie się w nim pojawiają, czemu nie można się dziwić – tym razem wielokrotnie mu się narazi. Ostatecznie jednak... Cicho sza, przekonajcie się sami.
Doktor Krzemińska to kobieta około pięćdziesiątki, zresztą i Pielach jest w podobnym wieku. Przyszło im spotkać się w czasie wojny i miał na jej punkcie swoistą obsesję, jednak dawno już o niej zapomniał. Historia tymczasem zatoczyła krąg, gdy odezwali się do niego mocodawcy z KGB – jedyne osoby na całym świecie, których Pielach się rzeczywiście boi. I choć przeklina ich za to, że sobie o nim przypomnieli, choć ma im za złe niewynagrodzone lata służby, choć za jego usługi znów nie chcą odpowiednio zapłacić – zrobi, co rozkażą. A rozkazują porwanie starszej kobiety, która ma wtyki pomiędzy byłymi żołnierzami AK, pomiędzy wichrzycielami chcącymi obalić ludową demokrację w Polsce. A tego z kolei obawia się KGB. Napędzona strachem akcja rozwija się początkowo wolno, by nagle niespodziewanie przyspieszyć i pognać niczym pociąg (może nie TGV, bo przecież dużo u Ostrowskiego przemyśleń i wspomnień). Nie jest to jednak z pewnością pociąg PKP.
Porwanie, ukrycie kobieciny, znęcanie się nad nią, tortury, koniec, który może być nawet wybawieniem. A w tle Polska czasów, o których moje pokolenie jedynie słyszało, które może zobaczyć na filmach, ale którego nie może już pamiętać. Drobiazgowo oddana PRL, którą czuć, czytając kolejne strony "Ostatniej wizyty". Smutna, szara, niezbyt ciekawa rzeczywistość, której początki były okupione hektolitrami polskiej krwi. W tym swój udział miał również Zbigniew Pielach i często o tym wspomina,
Ostrowski rewelacyjnie oddaje klimat tamtych dni, a także w niesamowicie drobiazgowy sposób charakteryzuje swoich głównych bohaterów – Zbigniewa i Hankę. Jego opisy zezwierzęcenia, niemalże całkowitej utraty człowieczeństwa tego potwora przyprawiają o dreszcze. 
Co się stało z ciałem doktor Krzemińskiej? To już jedynie domysły Ostrowskiego. Ciała rzeczywiście nigdy nie odnaleziono, a Pielach nigdy nie przyznał się do zabójstwa. Zgodnie z panującą wówczas zasadą, że "nie ma ciała, nie ma zabójstwa", starał się zaplanować zbrodnię doskonałą. Niemalże mu się udało. Wpadł, ponieważ... był potworem.
Genialnym pomysłem było umieszczenie w książce fragmentów powieści, którą tworzy, na podstawie swych własnych doświadczeń, sam Pielach. Pozwala to na jeszcze głębsze wejrzenie do jego psychiki i dostrzeżenie, jak on sam ustosunkowuje się do swych wcześniejszych zbrodni. 
"Ostatnia wizyta" to książka nietuzinkowa i, moim zdaniem, najlepsza powieść Ostrowskiego, najbardziej dojrzała i najbardziej wstrząsająca. I to nie dlatego, że oparta jest na faktach, ale dlatego, że Autor wykazał się prawdziwym kunsztem i talentem. 
Uwagi krytyczne? Pod koniec trochę mi się nie podobało, że nagle Hanka zaczęła zwracać się do męża Iwan i wszyscy niby wiedzieli, że nazywa się on Siemieniuk. Tak znikąd, bez wytłumaczenia. Najbardziej uderzył mnie opis na tylnej okładce. Może to zboczenie zawodowe, wszak z wykształcenia jestem prawnikiem – ale powieść można stworzyć na podstawie akt sądowych, a nie aktów. Na podstawie aktów można co najwyżej stwierdzić, czy sportretowana na nich osoba jest ładna, albo czy malarz/fotograf potrafi tworzyć akty. Poza tym – znakomita lektura. Polecam z czystym (wstrząśniętym) sercem.








Książkę przeczytałam dzięki uprzejmości wydawnictwa Od deski do deski:


środa, 8 marca 2017

Niebo dla akrobaty – Jan Grzegorczyk

Wydawnictwo: Zysk i S-ka 
Poznań 2017
Oprawa: miękka ze skrzydełkami
Liczba stron: 238
ISBN: 978-83-65676-02-3






Pierwszy post w tym roku, a mamy już marzec. Trochę Was, moi Drodzy, zaniedbuję i mam tego pełną świadomość. Jednak nie starcza mi nieraz czasu nawet na to, by włączyć komputer. Zresztą nieraz nie mam czasu na czytanie, a tym bardziej na recenzowanie. Jednak teraz się to trochę zmieni, bo w tym roku przeczytałam już kilka naprawdę wybitnych książek, a także kilka po prostu dobrych i o wszystkich chciałabym kilka słów napisać. Na pierwszy rzut idzie jednak zbiór opowiadań, tak przeze mnie cenionego (co widać po liczbie recenzji), Jana Grzegorczyka.
Dziesięć wyśmienitych tekstów, które poruszają do głębi i każą przystanąć w naszym zabieganym życiu. Zastanowić się nad jego prawdziwym sensem. Nad relacjami, jakie mamy z innymi, szczególnie z naszymi najbliższymi – rodzicami, dziećmi, małżonkami. Jak patrzymy na sąsiadów, czy pomagamy bezdomnym, czy przypadkiem krzywo nie spoglądamy na tych, którzy się jakoś wyróżniają. Czy potrafimy nieść bezinteresowną pomoc, uśmiechnąć się do mijanego przechodnia, powiedzieć dobre słowo odwiedzanemu choremu. I jeszcze nad wieloma innymi kwestiami, do których opowiadania te są doskonałym wstępem.
Grzegorczyk pisze pięknie, a jednocześnie prosto. Bez patosu, a jednak wywołuje łzy. Pokazuje, że nie jest nam wcale potrzebne wielkie wzruszenie niczym z amerykańskiego kina patriotycznego. Że czasami wystarczy zwyczajny uśmiech, ciepła herbata, upieczona dla kogoś szarlotka. Tego też uczą się pielęgniarki i wolontariusze, którzy trafiają do hospicjum. Bo to właśnie tam rozgrywa się akcja większości opowiadań, tam życie spotyka się ze śmiercią. Tam w końcu trafiają ludzie, dla których  ciała nie ma już ratunku. Którzy jednak potrzebują ratunku dla ducha. A nieraz tym ratunkiem okazuje się po prostu zwyczajne bycie kogoś obok, nawet kogoś obcego.
Każde opowiadanie napisane zostało w pierwszej osobie, ale każde jest opowieścią innego bohatera. Są nimi pielęgniarki, siostry z hospicjum, ksiądz, jeden z odwiedzających. Dziesięć historii i dziesięciu narratorów. Ich historie się przeplatają, wszak wszyscy oni są złączni niezwykłym węzłem. Jednak galeria postaci jest znacznie bogatsza – są tu przecież także pacjenci i ich bliscy. Czy zawsze bliscy? To już trochę inna sprawa, ale żeby dowiedzieć się, co mam na myśli, musicie sięgnąć po książkę. 
Samotność, marzenia, utracone lata. Pamięć, zapomnienie, żal do siebie i do innych. Szukanie wybaczenia i wybaczanie. Nawrócenie, odwrócenie, wywrócenie wszystkiego do góry nogami. O tym i wielu innych ważnych sytuacjach, o tym, co dzieje się w ludzkim sercu, gdy ciało umiera, o tym co dzieje się w serach tych, którzy pozostają. I jak sobie z tym odchodzeniem poradzić.
Temat trudny, poruszający, opisany został w bardzo delikatny i wyważony sposób. Tak, by nikogo nie dotknąć, nie zranić, a jednak dać nadzieję. Na co? Na cud? Można to nazwać i cudem. Nie chodzi jednak o to, że śmiertelnie chory nagle cudownie ozdrowieje. Raczej o to, że może, nawet w ostatniej chwili, uratować kawałek czyjegoś życia, dać komuś coś z siebie, mały kawałeczek nieba, do którego być może za chwilę sam trafi. Bo w hospicjum pacjenci nie tylko dostają, oni także bardzo wiele dają tym, którzy przy nich czuwają. 
Książka została bardzo starannie przygotowana do wydania, nie można się przyczepić do żadnych błędów czy innych wydawniczych i drukarskich bubli. Jest po prostu taka, jakie książki być powinny. A czy rzeczywiście uzdrowiła wiele dusz, tak jak można przeczytać na tylnej okładce – tego nie wiem. W mojej głowie (i moim sercu) pozostanie jednak na długo. 
Pamiętajcie – życie to akrobacja...






Książkę przeczytałam dzięki uprzejmości Zysk i S-ka: