Fragment mojej recenzji został umieszczony na okładce powieści "Skazaniec. Z bestią w sercu" Krzysztofa Spadło

Fragment mojej recenzji „Korony śniegu i krwi” został umieszczony na okładce powieści Elżbiety Cherezińskiej – „Niewidzialna korona” (wyd. Zysk i S-ka)

czwartek, 23 czerwca 2016

Powstanie Warszawskie. Wędrówka po walczącym mieście – Marcin Ciszewski

Wydawnictwo: WARBOOK
Warszawa 2016
Oprawa: miękka ze skrzydełkami
Liczba stron: 223
ISBN: 978-83-64523-53-3







Powstanie Warszawskie. Każdy z nas uczył się o nim w szkole. W podstawówce, gimnazjum, liceum, technikum. Dzisiaj, przed dekadą, cztery dekady temu. Słuchaliśmy o tym, że było kiepsko zorganizowane, uderzało w komunistyczną władzę, że było zrywem młodych ludzi. W końcu, że było wspaniałym dowodem polskiej waleczności. Co czas, co ustrój, to inna opinia. Czym było rzeczywiście? Oceni historia. Kiedyś, pewnego dnia. Dziś jeszcze za świeże rany wywołują te wspomnienia. Tak to już bywa z najnowszą historią, że powoduje wiele wzruszeń, wiele animozji, wiele nieprzystających do siebie wzajemnie opinii. 
W 2014 na ekrany polskich kin wszedł jedyny w swoim rodzaju film – opowiadające o powstańczych dniach kroniki filmowe. Żywe obrazy z tamtych dni. Pokolorowane, udźwiękowione. Film niesamowity, wbijający w fotel. Film... Zaraz, zaraz, przecież to blog o książkach. Cóż, książka, o której za chwilę Wam opowiem, nie powstałaby bez tego filmu. Jest dla niego wspaniałym uzupełnieniem. Dopełnieniem całości. Film bez książki istnieje i porusza o głębi. Książka fascynuje i wciąga bez znajomości filmu. Jednak, gdy poznać oba te, bez wątpienia, dzieła – dopiero wówczas czujemy się nasyceni.
Słowo pisane i wielki ekran to dwa różne media, które opowiadają tę samą, wstrząsającą historię tamtych tragicznych dni. Film ukazuje nam je bezpośrednio. Choć należy pamiętać, że celem tworzenia kronik było informowanie obywateli o przebiegu zdarzeń oraz propaganda. Książka jest "jedynie" opisem – choć jest bogata w liczne fotografie (kadry z filmu), to jednak wiele czytelnik musi sobie wyobrazić. Jej plusem jest jednak spojrzenie na temat z dzisiejszej perspektywy. Choć rzadko, to jednak Autor robi co jakiś czas wtrącenia, dzięki którym współczesny czytelnik może lepiej zrozumieć tamte czasy, postaci, wydarzenia, a także poznać ułamek skutków, jakie dane działania przyniosły. Stąd też tak różne media tak doskonale się uzupełniają – mówiąc dokładnie o tym samym – mówią zupełnie inaczej.
Skupmy się jednak na książce. Jest to, niewątpliwie poruszająca, opowieść o jednym z najtragiczniejszych polskich zrywów niepodległościowych. O tym sierpniowych i wrześniowych dniach, kiedy to mieszkańcy Warszawy postanowili odbić swe miasto. Z uśmiechami na twarzach, często z symboliczną bronią w ręku, szli wyrzucić Niemca z ukochanego miasta, ze swej stolicy, ze swego domu. Ciszewski pięknie opowiada kolejne sceny. Idzie przez miasto wraz z operatorem kamery, który kręci kronikę. Odwiedza przeróżne części Warszawy – Starówkę, Żoliboż, Powiśle, Śródmieście. Wraz z nim widzimy euforię pierwszych dni, gdy nadzieja w zwycięstwo jest duża, gdy powstańcy osiągają pewne sukcesy. Razem z nim i z tymi młodymi ludźmi, wędrujemy do szpitali polowych, do zbrojowni, do żołnierskich stołówek. Widzimy jak się śmieją, jak zawierają śluby, jak grają w karty. Widzimy jak grzebią zmarłych. W końcu wraz z nimi idziemy śmierdzącymi, dusznymi, mokrymi kanałami, cały czas w ciszy, bo przecież Niemcy czuwają i zrzucają do kanałów granaty.
Narracja Ciszewskiego przerywana jest co jakiś czas bezpośrednimi opowieściami powstańców. Wykorzystano tu zapisy z Archiwum Historii Mówionej Muzeum Powstania Warszawskiego. Jest to wspaniałe uzupełnienie całości. Jednocześnie dodaje książce jeszcze więcej dramaturgii – w końcu "słyszymy" relacje z pierwszej ręki. 
Książka jest bogato zilustrowana kilkudziesięcioma kadrami z filmu, a więc z kronik nakręconych w sierpniu i wrześniu 1944 roku. Oczywiście, jak w kinowym filmie (swoją drogą – nominowanym do Oscara) – kolorowych. Przybliża to współczesnemu czytelnikowi tamte dni, sprawia, że bohaterowie książki są nam zdecydowanie bliżsi. To już nie tylko stare, biało-czarne fotogragie – nagle, przez dodanie im koloru, zaczynają przypominać wczoraj i dzisiaj, a nawet jutro. To przecież mogło się wydarzyć  każdym czasie. Każdemu z nas. Tamten żołnierz to mógł być mój brat. Tamta kobieta – moja matka. To leżące w gruzowisku dziecko – moja mała córeczka. 
Wstrząsający obraz pięknie ubrany w słowa. To chyba najlepszy opis tej niesamowitej pozycji, która powstała dzięki współpracy Muzeum Powstania Warszawskiego i Marcina Ciszewskiego. Dziękuję za to, że mogłam ją przeczytać. Wam natomiast gorąco polecam zapoznanie się zarówno z książką, jak i z filmem.




Za możliwość przeczytania książki dziękuję Wydawnictwu WARBOOK 

sobota, 18 czerwca 2016

Wojownicy. Ogień i lód – Erin Hunter

Wydawnictwo: Nowa Baśń
Poznań 2016
Część 2. cyklu Wojownicy
Oprawa: miękka ze skrzydełkami
Liczba stron: 388
Tytuł oryginału: Fire and Ice
Przekład (z angielskiego): Katarzyna Krawczyk
ISBN: 978-83-65122-06-3






Dalsze losy rudego kota domowego, który stał się wojownikiem porywają chyba jeszcze bardziej niż te opowiedziane w pierwszym tomie. 
Ognista Łapa nosi teraz dumne imię Ognistego Serca i jest już pełnoprawnym wojownikiem Klanu Pioruna. Czy znalazł w końcu pełnię szczęścia, o której marzył, kiedy opuszczał ciepły i przytulny kąt w domu Dwunożnych, by wyruszyć na przygodę życia? Cóż, każdy medal ma dwie strony, nieprawdaż?
Klan Wiatru został przegoniony ze swego terenu, co komplikuje poniekąd rozkład sił w kocim świecie. Również zmiana w Klanie Cienia będzie miała niemałe znaczenie dla bezpieczeństwa pozostałych kotów. Zresztą zmian będzie więcej i to nie tyko w sojuszach między klanami, ale również w samych bohaterach. Konflikty narastają, sytuacja robi się coraz bardziej napięta. Na dodatek zaczyna się pora nagich drzew, czyli po naszemu zima, która niesie ze sobą zmniejszone racje żywnościowe oraz choroby. Również członków Klanu Pioruna nie ominie epidemia śmiertelnego zielonego kaszlu.
Czy sprowadzenie Klanu Wiatru z powrotem na ich tereny łowieckie zażegna rosnący konflikt, czy może go wręcz nasili? Co knuje Tygrysi Pazur? Z jakiego powodu przyjaźń Ognistego Serca i Szarej Pręgi zostanie wystawiona na próbę i czy przetrwa? Mnóstwo pytań, a szukanie odpowiedzi na nie to prawdziwa literacka przyjemność.
Drugi tom cyklu o kocich wojownikach jeszcze bardziej skupia się na poszukiwaniu siebie i swojego miejsca w świecie. Kto stara się odnaleźć siebie? Oczywiście przede wszystkim Ogniste Serce. Ma właściwie wszystko, o czym marzył. Jest wojownikiem, został przyjęty do klanu. Poluje, śpi z innymi, przywódczyni klanu go szanuje. Dostaje nawet swego pierwszego ucznia. Dlaczego więc zaczyna odczuwać pewną pustkę, kiedy na swej drodze spotyka domową kotkę, która bez wątpienia niedługo się okoci i na dodatek pachnie czymś przyjemnym, czymś wywołującym miłe wspomnienia... domu? Gdzie właściwie jest dom i czy Ogniste Serce przypadkiem na zawsze nie pozostanie w pewnym sensie domowym kociakiem o imieniu Rdzawy?
Miłość, zdrada, kłamstwa, okropna choroba zbierająca straszliwe żniwa. Nowe sojusze, przyjaźnie wystawione na próbę. Potrzeba zdefiniowania samego siebie. I w końcu rozliczenie się z własnymi marzeniami. Do tego wszystkiego fantastycznie poprowadzona, emocjonująca i bardzo dynamiczna akcja, która cały czas trzyma czytelnika w napięciu. Powieść dla każdego – niezależnie od wieku i tego, czy ktoś lubi koty, czy też za nimi nie przepada. Mądra, błyskotliwie opowiedziana historia. Tak można napisać w olbrzymim skrócie. Jednak to tylko niewielka część, bo niełatwo tak na szybko opowiedzieć, o czym jest "Ogień i lód".
Tak jak poprzednio, dodatkowym atutem wydania jest mapka, dzięki której czytelnik może się rozeznać, gdzie mieszka który klan oraz gdzie znajdują się najważniejsze dla opowieści miejsca, takie jak Droga Grzmotu czy Cztery Drzewa.
Jedynym minusem całości są błędy. Nie jest ich wiele, ale niestety trochę znalazłam. Mam więc nadzieję, że kolejny tom, który już się ukazał na rynku, ma ich mniej. Osobiście nie mogę się doczekać, kiedy trafi w moje ręce i znów przeniosę się do pewnego lasu, w którym żywot wiedzie Klan Pioruna.






Książkę przeczytałam dzięki życzliwości Wydawnictwa Nowa Baśń

czwartek, 9 czerwca 2016

Alicja w krainie czasów. Czas zaklęty – Ałbena Grabowska


Wydawnictwo: Zwierciadło
Warszawa 2016
Cykl: Alicja w krainie czasów
Tom I
Oprawa: miękka ze skrzydełkami
Liczba stron: 333
ISBN: 978-83-64776-95-3








W końcu doczekałam się kolejnej sagi spod pióra Ałbeny Grabowskiej. Niezmiernie jestem szczęśliwa i już nie mogę się doczekać drugiego tomu tej fascynująco zapowiadającej się trylogii.
Koniec XIX stulecia. Polska pod zaborami. Prawdopodobnie jakieś okolice Warszawy, choć nie wiadomo, gdzie dokładnie znajduje się majątek Kodorów, w którym mieszka hrabia Księgopolski z małżonką. Ale zaraz, zaraz, to nie jego rodowe ziemie, lecz jej. On tam "jedynie nastał", kiedy został jej poślubiony. Czy to ważne? Niekoniecznie, choć może i tak.
Powieść napisana jest w bardzo ciekawy sposób, początkowo trochę niechronologicznie, co sprawia, że czyta się ją z jeszcze większym zainteresowaniem. Bo już prolog wywołuje u czytelnika napięcie i wielką ciekawość. Jak do tego doszło, co się właściwie wydarzyło? Dowiemy się za chwilę. A później... później przeczytamy, co miało miejsce jeszcze wcześniej, co doprowadziło do tych wszystkich nieszczęsnych wydarzeń. Dalej już po kolei śledzimy losy hrabiego Jana i Elżbietki. I oczywiście Natalki, bohaterki prologu, która w życiu tytułowej Alicji odegra niebagatelną rolę.
Romans szlachcica i podkuchennej może i nie wyszedłby na jaw, gdyby nie jego owoc. Dzieciątko ma jednak tego pecha, że – nie dość, że jest bękartem – ma się urodzić w tym samym czasie, co prawowity dziedzic majątku. Wszystko jednak układa się zupełnie niespodziewanie dla każdego z bohaterów, a to za sprawą... magii, w którą głęboko wierzyła Natka i która sprowadzi jeszcze na wszystkich całe mnóstwo nieszczęść, łez, żałoby i... dość, bym nie napisała zbyt wiele. 
Mijają lata, Alicja dorasta, próbuje zrozumieć, dlaczego rodzice nie kochają jej tak, jakby tego chciała. Niezwykłe dziecko, które po prostu pochłania wiedzę, ma wiele zdolności i jednocześnie jest po prostu dzieckiem. A niełatwo być dzieckiem w XIX wieku, szczególnie dziewczynką. Nie mówiąc już o dziewczynce, która marzy o nauce, a nie o balach, o mądrych książkach, a nie adoratorach i w końcu o zrozumieniu świata, a nie o modnych i drogich sukniach. 
Poza fascynującą fabułą i wyrazistymi postaciami, Ałbena Grabowska wskazała wiele przywar ówczesnej szlachty. Choć warto zauważyć, że spora ich część jest aktualna nawet dzisiaj i to nie tylko wśród wyżej urodzonych. Swoista dulskość jest tu na porządku dziennym. Bogaci ludzie z towarzystwa boją się skandalu (którym może być nawet wyjście z teatru po antrakcie) chyba bardziej niż własnej śmierci, a wiejska ludność, choć paniczne obawia się działania diabelskich mocy, nie ma większych oporów, by brać udział w dziadach i chadzać po zioła do szeptuchy. Taka wiejska religijność... Panu Bogu świeczkę, a diabłowi ogarek. Nie dziwi zatem, że Natalia wierzyła w magię i to do diabła wznosiła gorące prośby o to, by Jan ją kochał, a ich dziecko było niezwykłe.
Początkowo łatwo wyrobić sobie zdanie, kto jest kim, kto jest dobry, a kto zły, kogo polubimy, a do kogo nie będziemy pałali sympatią. Z każdą kolejną stroną jednak dochodzimy do wniosku, że bohaterowie tej powieści są ludźmi – każdy ma swe wady i zalety, ukształtowało ich życie i różne doświadczenia, że świat nie jest jedynie biało-czarny, ale ma wiele odcieni szarości. 
Znakomite zakończenie sprawia, że z ciarkami na plecach odkładamy książkę i żałujemy, że nie możemy natychmiast chwycić za kolejny tom. Na niego, niestety, przyjdzie nam jeszcze trochę poczekać.
"Alicja w krainie czasów. Czas zaklęty" to opowieść o miłości i trudnym dorastaniu. O szukaniu siebie i akceptacji. O trudnym losie kobiet w dziewiętnastowiecznej Polsce pod zaborami. O pięknie bajek i baśni, o magii przemieszanej z codziennością. To w końcu rewelacyjnie opisani bohaterowie, ciekawy sposób wyjaśniania kolejnych wydarzeń (zarówno poprzez retrospekcje autorskie, jak i wspomnienia bohaterów). To tajemnice, które prowadzą do grobu. I Alicja, której nie można nie pokochać.
W tle dziewiętnastowieczna Warszawa z "wynalazkiem pana Bella", "wynalazkiem ana Edisona", brukowanymi ulicami, gazowymi latarniami i seansami spirytystycznymi. Tło zaiste wyśmienite.
Dużymi plusami powieści, gdyby komuś było jeszcze mało, są nieprzewidywalność (a niełatwo mnie zaskoczyć) i wspaniała okładka, na której zdjęcie samej Autorki jako Alicji. Chyba dwa błędy w całej książce to wystarczająco mało, by powiedzieć, że korekta i redakcja spisały się na medal. Nic dodać, nic ująć. Czytać, czytać, czytać.





Książkę przeczytałam dzięki życzliwości Wydawnictwa Zwierciadło




czwartek, 2 czerwca 2016

Życie na pełnej petardzie czyli wiara, polędwica i miłość – Ks. Jan Kaczkowski, Piotr Żyłka

Wydawnictwo: WAM
Kraków 2015
Oprawa: twarda
Liczba stron: 246 (+16 stron fotografii)
ISBN: 978-83-277-1012-3






Trudna, wymagająca, niesztampowa – takich słów użyłam niedawno w recenzji powieści Ałbeny Grabowskiej zatytułowanej "Lot nisko nad Ziemią". Dokładnie te same wyrazy w idealny sposób określają tę książkę. Różnica jest taka, że tę powieść napisało samo życie.
Ksiądz Jan Kaczkowski był osobą medialną, znaną przez wielu, nie tylko katolików. Był kapłanem cenionym zarówno przez tzw. tradycjonalistów, jak i tzw. oazowców. Księdzem, synem, bratem, przyjacielem. Dla wielu wzorem do naśladowania. Założycielem puckiego hospicjum im. św. Ojca Pio. W końcu człowiekiem ze zdiagnozowanym glejakiem IV stopnia. Mimo swej choroby i wyroku (pół roku życia), wciąż aktywny, wciąż robiący wszystko dla ludzi. Zmarł przed dwoma miesiącami, w drugi dzień Wielkanocy. Z pewnością, przynajmniej w moim przypadku, ma to pewien wpływ na odbiór tej lektury. Przedstawiam Wam zatem wywiad-rzekę, autobiografię tego nietuzinkowego kapłana.
O czym mówi? O swoim rodzinnym domu i o tym, jak z niewierzącej rodziny wyszedł młody chłopak czujący kapłańskie powołanie. O tym, jak nie udało mu się zostać zakonnikiem i jak wyglądały lata w seminarium duchownym. O swoim kapłaństwie. O chorobie, o swych podopiecznych z hospicjum i ze szkoły, w której uczył. W końcu o trudnych sprawach wiary i współczesnego Kościoła. Jako kapłan i jako bioetyk stara się odpowiedzieć na pytania o homoseksualistów, aborcję, eutanazję, in vitro, sumienie i nieuleczalną, śmiertelną chorobę. Mówi o katolicyzmie kucanych, o pluszowych katolikach i księżach niewierzących. O problemach polskiego Kościoła i swoich autorytetach. W końcu o Ewangelii i tym, co czeka nas po śmierci.
Bezpośrednio, bez owijania w bawełnę, szczerze opowiada o swojej drodze do wiary i kapłaństwa. O swoich sukcesach i porażkach, o chwilach słabości i zwątpienia, w końcu o tym, jak stanął w obliczu śmierci. Niełatwa to lektura, szczególnie teraz, gdy nie ma go już wśród nas. Choć i wtedy, gdy był i wciąż walczył o każdy kolejny dzień, nie była to książka, którą można było połknąć i odstawić na półkę. Choć użyty w niej język nie jest podniosły i pompatyczny, choć czyta się całość dość szybko, to w każdej przerwie w lekturze atakują nas różne przemyślenia księdza Kaczkowskiego. Wyważony z jednej strony, odważny i bezkompromisowy z drugiej – taki był on i jego osąd dzisiejszych czasów. Taka jest też ta książka.
Nie ma co się specjalnie rozpisywać. Trzeba po prostu przeczytać, przemyśleć, przeanalizować. Ja natomiast lada chwila sięgam po kolejną książkę księdza Kaczkowskiego.