Fragment mojej recenzji został umieszczony na okładce powieści "Skazaniec. Z bestią w sercu" Krzysztofa Spadło

Fragment mojej recenzji „Korony śniegu i krwi” został umieszczony na okładce powieści Elżbiety Cherezińskiej – „Niewidzialna korona” (wyd. Zysk i S-ka)

poniedziałek, 24 lutego 2014

Diuna. Dżihad Butleriański – Brian Herbert, Kevin J. Anderson

Wydawnictwo: Dom Wydawniczy REBIS
Poznań 2008
Cykl: Legendy Diuny, Część I
Oprawa: twarda z obwolutą
Liczba stron: 695
Przekład (z angielskiego): Andrzej Jankowski
Tytuł oryginału: Dune: The Butlerian Jihad
Ilustracje: Wojciech Siudmak
ISBN: 978-83-7510-099-0




Trudno zacząć recenzję książki, o której ma się tyle do powiedzenia. Myśli krążą po głowie i nie chcą się ułożyć w logiczną całość. Bo od czego zacząć? To podstawowe pytanie. Od "Diuny" Franka Herberta? Zdawałoby się logiczne, bo przecież "Dżihad..." jest prequelem. Można go czytać jako pierwszy, bo w świecie Diuny akcja w nim opisana jest najstarsza. Jednak nie sposób ciągle nie porównywać, nie wracać myślami do "oryginalnego" sześcioksięgu. Albo i choćby do napisanych wcześniej przez Briana i Kevina "Rodów...". Może jednak powinnam opuścić wszystko to, zresetować się i podejść do tematu, jakby to była pierwsza powieść ze świata? Wprowadzić Was do niej, jakbyście nigdy wcześniej się nie spotkali się z pustynną planetą, która jest centrum Duniversum... Nie, nie da się tak. Choćby dlatego, że tak ważne jest właśnie to, iż "Dżihad..." jest częścią Duniversum. Nie tylko preludium do, jest częścią, która moim zdaniem świetnie wpisuje się w całość, częścią, którą wszyscy fani "Diuny" powinni poznać. Nie zgodzę się z niektórymi ortodoksyjnymi czytelnikami, że "Legendy Diuny" niewiele mają wspólnego z "Kronikami Diuny" Franka Herberta. Zarówno "Legendy...", jak i "Rody..." (a teraz także "Wielkie Szkoły Diuny" i "Bohaterowie Diuny" oraz zakończenie serii) pióra Briana i Kevina tworzą spójną całość. Dzięki nim lepiej możemy zrozumieć to, co Wielki Mistrz Frank chciał nam powiedzieć. Osobiście bardzo się cieszę, że ktoś kontynuuje jego dzieło (bo to nie praca, to dzieło). Przejdźmy jednak do meritum, czyli "Dżihadu Butleriańskiego".
Dlaczego Dżihad, dlaczego Butleriański? Pierwsze pytania, które mogą się nasunąć. Bo choć o nim wspominano w samej "Diunie", bo choć nazwa padała i mówiono, o co w nim chodziło, nie do końca można było się dowiedzieć, co kryje się pod tą nazwą. Teraz więc mamy szansę, by odkryć rąbek tajemnicy. Dżihad czyli święta wojna. W tym wypadku tocząca się między ludźmi a myślącymi maszynami (do czego za chwilę powrócę). Butleriański? Ponieważ iskierką wzniecająca wielki płomień, zagrzewająca do walki była Serena Butler, a symbolem wojowników o wolność jej niespełna roczny synek Manion, który został zamordowany przez myślące maszyny (szczegółów nie zamierzam Wam zdradzać). Warto w tym miejscu zwrócić uwagę na Samuela Butlera, angielskiego pisarza, który już w połowie XIX wieku przestrzegał przed tworzeniem maszyn na ludzkie podobieństwo.
Miejsce akcji? Cały Wszechświat? Pewnie nie cały, bo choćby Hekate gdzieś uciekła i nikt nie wie, gdzie. Jednak bez wątpienia cały Znany Wszechświat. Wszechświat, który został podzielony jak gdyby na trzy: na Zsynchronizowanych Planetach rządzą myślące maszyny, na Światach Ligi – wolni ludzie, którzy zrzeszyli się i starają się sobie wzajemnie pomagać i chronić się przed Omniusem (o nim już za chwilkę), a na Niezrzeszonych Planetach również ludzie, choć często dzicy, nieprzychylni obcym, w dużej mierze zenszyici i zensunnici (o tych też za moment), którzy w kluczowym momencie historii uciekli, odżegnując się od znanego świata, a teraz "muszą" spłacić swój dług, często jako niewolnicy na innych planetach.
Zaczynając jednak od początku... Akcja dzieje się jakieś 11 tysięcy lat przed wydarzeniami opisanymi w "Diunie" (tam rok 10191 Ery Gildii, która jeszcze nie powstała w "Dzihadzie..."). Jednak historia ta ma zaczątki znacznie wcześniej, około 1100 lat wcześniej, by być dokładnym. Ludzie zrobili się gnuśni i leniwi. chcieli się bawić, czerpać z życia, nie pracować. Wszystkie zadania, które mogli oddali maszynom, a sami po prostu żyli. Z tym, że z czasem to życie traciło sens, stawało się zwykłą, nudną egzystencją. Grupka młodych ludzi zbuntowała się i postanowiła obalić rządy i wziąć sprawy w swoje ręce. Tak powstali Tytani. By skutki ich działań były długofalowe, postanowili pozbyć się swoich ciał i mózgi umieścili w mechanicznych powłokach. Mogli je do woli zmieniać, co pozwoliło im przetrwać setki lat. gdzie więc nastąpił błąd? Cóż, człowiek, nawet w metalicznym ciele jest stworzeniem omylnym. Jedna chwila wystarczyła, by niechcący oddali całą władzę wielkiemu komputerowemu mózgowi, którego stworzyli... Omnius zapanował, a Tytani stali się jego poddanymi. I choć nie może ich zabić, wykorzystuje ich do swych celów. A celem nadrzędnym jest zdobycie wszystkich światów i zniszczenie ludzkości...
Tak dochodzimy do chwili teraźniejszej, czyli miesięcy tuż przed wybuchem wielkiego Dżihadu. Poznajemy nie tylko Tytanów, Omniusa i niezależnego robota Erazma, który będzie miał w całej akcji olbrzymie znaczenie. Poznajemy też i ludzi: Serenę Butler i jej ojca, wicekróla Ligi Sprawiedliwych, Maniona Butlera. Xaviera Harkonnena, wojskowego, który kocha Serenę całym sercem i planuje z nią wspólne życie. Poznajemy wspaniałą, silną, złośliwą i wywyższającą się Czarodziejkę z Rossaka, Zufę Cenvę, jej partnera życiowego Aureliusza Venporta i Normę, jej córkę, która jest genialnym matematykiem, niedocenianym przez matkę i poszukującym sensu swego talentu. Spotkamy na swej drodze łowcę niewolników i handlarza organami, Tuka Keedaira i Selima, który dosiądzie wielkiego Szej-huluda. Vor Atryda może początkowo budzić dużą niechęć, a fanów "Diuny" zszokować, chociaż potrafi wzbudzić sympatię. Poza nimi jeszcze cała galeria różnych postaci. Ot, choćby wielki uczony Tio Holzman, tytan Agamemnon, kogitor Eklo... Nie będziecie się nudzić.
Jak i w oryginalnej "Diunie" wątków tu co niemiara. Niewprawiony czytelnik może się początkowo trochę gubić, choć myślę, że szybko odnajdzie właściwą drogę. W każdym razie to bogactwo światów jest olbrzymim plusem powieści. Każda przedstawiona planeta jest inna, bo nie tylko inną ma budowę, florę i faunę, ale i społeczeństwo. Liga Szlachetnych bowiem uważa na to, by każdy planetarny rząd mógł rządzić według własnych praw. To dodaje wszystkiemu smaczku, powodując liczne dyskusje, kłótnie i nieporozumienia. Bo gdy na jednym świecie ponad wszystko szanuje się wolność jednostki, a na drugim gospodarka opiera się na niewolnictwie, nie sposób po prostu dojść do porozumienia. I jak słusznie zauważają niewolnicy – jaka jest różnica pomiędzy niewolą u myślących maszyn, a tą u ludzi? W "Dzihadzie..." znajdziemy wiele takich uniwersalnych zagadnień i mądrych pytań.
Klasycznie już, jak w "Kronikach diuny" Franka Herberta, rozdziały zaczynają się od epigrafów. Czasami mają one coś wspólnego z konkretnym rozdziałem, czasami nie, zawsze jednak są to mądre zdania, nad którymi warto się choćby chwilę zatrzymać.
Minusy? Nie do końca podoba mi się obraz ludzi pustyni, mieszkańców Arrakis. Fremeni zawsze zdawali się honorowymi ludźmi, a ci tutaj... Pozostaje mały niesmak. Plusy? Och, dużo ich. Przede wszystkim chyba kogitorzy. Genialni, oddający się dumaniu przez wielki, a jednak... Jednak tak oddzieleni od otoczenia, od współczesności, od tego, co się dzieje tu i teraz, że zastanawia aż, jak mogli komukolwiek doradzać. W każdym razie kogitorzy są bardzo ciekawi.
W odróżnieniu od świata opisanego w "Rodach..." Autorzy wykreowali tym razem zupełnie nowy świat. Nie korzystali z bohaterów znanych i lubianych (bądź nielubianych), których stworzył Frank Herbert. "Dżihad Butleriański" to nowa powieść, nowy świat. Na upartego można by ją czytać zupełnie osobno, bez znajomości "Diuny", choć... taki czytelnik stracił by naprawdę dużo...
Ciekawe są stawiane przez bohaterów pytania, które zmuszają nas poniekąd, by zastanowić się nad tym, w którym momencie dziejów jesteśmy. Jak blisko nam do stworzenia Omniusa, czy wykreowania Tytanów? A także nad tym, jaka jest relacja pomiędzy Bogiem – Człowiekiem – Myślącą Maszyną.
Podsumowując samą powieść jest tu wielu bohaterów, którzy zapadają w pamięć, wartka akcja, głęboka filozofia (tylko trzeba chcieć jej poszukać). Kiedy do tego wszystkiego dodamy fantastyczną pracę, którą wykonał REBIS... Mamy naprawdę nietuzinkowa pozycję. Gruby papier, elegancka czcionka, złota oprawa, piękna obwoluta, a w środku prace samego Mistrza, Wojciecha Siudmaka. Czy można chcieć więcej? Można... chcieć przeczytać kolejne tomy. Polecam gorąco!


Brian Herbert i Kevin J. Andersona na Dune Fairytales:
 
Kevin J. Andersona na Dune Fairytales:
Książka przeczytana w ramach Wyzwania


Książka przeczytana w ramach Wyzwania


Relatywne spotkania – Bruno Wioska

Danych, które zazwyczaj tutaj podaję BRAK. Otrzymałam bowiem od Autora maszynopis. Powieść natomiast zostanie dopiero wydana. Nie wiem również, jak będzie wyglądać okładka, ani ile stron będzie książka liczyć po wydaniu (w obecnej chwili mam przed sobą 103 strony A4). Kiedy tylko otrzymam informacje o tym, dopiszę je dla Was w komentarzu.


Kordian, główny bohater tej powieści, opowiada nam o swoich wakacjach w Rzymie. Wakacjach niezwykłych, które niejednego człowieka doprowadziłyby z pewnością do utraty zmysłów. Pobyt w Wiecznym Mieście to nie tylko zabytki i powiew starożytnego świata. To, co spotyka Kordiana jest doprawdy wyjątkowe. Wszystko zaś za sprawą pewnej uroczej, pięknej i kuszącej kobiety o imieniu Lukrecja, która po raz pierwszy spotyka podczas zwiedzania Komnaty Sybilli.
Mamy środek lata, Rzym płonie. Nie, nie tak, jak za czasów Nerona. Upał leje się z nieba, niczym gorący prysznic, a na domiar złego, w cały mieście właściwie (z kilkoma wyjątkami) siada kompletnie klimatyzacja. Oszołomieni turyści pragną ochłody, której ni jak nie mogą znaleźć, bo żar i duchota doskwierają nawet przyzwyczajonym do upałów mieszkańcom miasta. Nie dziwi więc, że można mieć zwidy. Czy jednak rzeczywiście to, co spotkało Kordiana to jedynie... zwidy? "Gdy rzeczywistość staje się iluzją, a iluzja rzeczywistością" – te słowa są mottem powieści pod tytułem "Relatywne spotkania". Czy my w ogóle mamy pojęcie, czym jest rzeczywistość? Może jednak oszukujemy się całe życie, wmawiając sobie, że prawdziwe jest to, co jest łatwiejsze do zaakceptowania i zrozumienia?
Bruno Wioska napisał porywającą powieść, której akcja galopuje w niebywałym tempie. A główny bohater? Zastanówmy się dobrze, czy jest nim na pewno polski student Akademii Sztuk Pięknych, Kordian? Nie? No właśnie. Ja też sądzę, że prawdziwym głównym bohaterem jest Wieczne Miasto. Bo choć w Rzymie dotąd nie byłam (mam nadzieję, że to się zmieni, gdyż jest to jedno z moich marzeń) to czuję się jakbym g trochę musnęła. Znacznie lepiej, niż w czasie lektury jakiejkolwiek innej powieści, której akcja rozgrywała się w tym mieście.
Autor zastosował niespotykany dotąd chwyt – połączył historie z różnych pok w jedną całość. I choć w pierwszej chwili może się to wydawać zagmatwane i bezsensowne, to... jest po prostu genialne. Dzięki temu zabiegowi poznajemy Rzym z różnych okresów, spotykając historyczne postaci, oglądając zmiany, jakie zachodziły przez setki lat zarówno w zabudowie, jak i ludzkim podejściu do życia. Szybko się do tego przyzwyczajamy i zaczynamy naprawdę zadawać sobie pytanie: "co jest rzeczywistością, a co jedynie iluzją?".
Powieść napisana jest bardzo ładnym językiem. Dokładne opisy architektury, widoków, ubioru postaci – wszystko to sprawia, że szybko stajemy się współuczestnikami tej wielkiej przygody. przygody, która ma jakiś, nieznany nam i Kordianowi, cel. W pogoni za prawdą przyjdzie nam wysłuchać rozmów z takimi osobistościami dawnych czasów, jak choćby papież Aleksander VI Borgia, czy Leonardo da Vinci. Natomiast miejsce uroczej Lukrecji B. zajmie na pewien czas inna, bardziej współczesna... Lukrecja. Każda, nawet najbardziej dziwna przygoda, wizja, objawienie, senna mara, czy jakkolwiek je nazwiecie – ma głębszy sens. A wszystkiemu temu towarzyszy zapach Rzymu. Piękne!
Wartka akcja, sporo dialogów, tajemnica, wielcy ludzie, starożytne miasto widziane z wielu różnych perspektyw... Ciekawi głowni bohaterowie (mam na myśli Kordiana i Lukrecję). Przemyślany pomysł doprowadzony niemal do perfekcji. Nie wypowiadam się na temat różnych literówek i tym podobnych błędów, gdyż – jak wyraźnie zapowiedziałam – jest to manuskrypt, którego jeszcze nie tknęło fachowe oko korektora. Poza tym jednak – powieść jest doprawdy rewelacyjna i przerosła wszelkie moje oczekiwania. Gorąco polecam zakupić, kiedy tylko pojawi się na rynku wydawniczym (o czym Was poinformuję w odpowiednim czasie).


Za książkę dziękuję Autorowi


Bruno Wioska na Dune Fairytales:
Książka przeczytana w ramach Wyzwania

Ostatni Upior w Bielehradzie. Dosłówny wyciąg z kroniki czeskiej, wieku XVI. podał John of Dycalp

Wydawnictwo: Wydanie Adama Zawadzkiego
Nakładem i drukiem Józefa Zawadzkiego
Wilno 1842
Oprawa: broszurowa
Liczba stron: 126
ISBN: brak (książka stara)





Niech Was nie zwiedzie tytuł. Nie ma w nim błędów, choć na pierwszy rzut oka można dostrzec przynajmniej dwie literówki. Książeczka ta bowiem, jako powyżej podano, pochodzi z roku 1842, a więc z pierwszej połowy XIX wieku i nie sposób tego po języku, w jakim została spisana, nie zauważyć.
Udało mi się również ustalić, co – na szczęście – nie było bardzo trudne, że John Dycalp to literacki pseudonim Placyda Jankowskiego. To tak gwoli dokładności i pełni opisu bibliograficznego. 
Dużo tym razem nie będę się rozpisywać, bo i utwór krotki i w gruncie rzeczy akcji w nim niewiele. Bo cóż się dzieje? "W sławnem mieście Bielehradzie, roku pańskiego 1587, w czwartą feriją po Trzech Królach, o godzinie siódmej z rana, panowie Janek Hladko i Wszemir Welehlasny..." poinformowali władze swego miasta, iż poprzedniej nocy napotkali na swej drodze... upiora. Wszyscy więc zbierają się następnej nocy, by owego upiora również zobaczyć, a gdy okazuje się nim ich zmarły około miesiąca temu sąsiad, pan Józef Roztrzepalek, by dowiedzieć się, w jakim celu przybywa i dlaczego straszy swą małżonkę (czy też raczej wdowę) panią Mariannę.  Opowieść ta jest idealna dla każdego, kto nie lubi książek bez dialogów, ponieważ na cała jej treść składa się długie nocne przesłuchanie, które na upartego można nazwać i rozmową z rzeczonym upiorem.
Historia to ciekawa i rzeczywiście cały czas zastanawiałam się, co będzie dalej. Zaskakiwała mnie kilkukrotnie, co się bardzo chwali, szczególnie przy tekście tak niewielkich rozmiarów. Bo i stron jedynie 126, a strony te niewielkie, natomiast czcionka duża, margines nie byle jaki. Cóż, zdarzało się i tak, że na stronie mieściły się zaledwie dwa (wszak długie, ale jednak) zdania.
Język? No cóż, nie mi oceniać ten polski sprzed siedemnastu dekad, choć trochę już go poznałam czytając podobne utwory. Piękny, poetycki, tak różny od naszej współczesnej polszczyzny. I te wspaniałe, niczym we francuskiej mowie, akcenty wyraźnie zaznaczone. I te cudowne zwroty. Cóż, rozpływać się mogę jeszcze długo. Urok starej polszczyzny jest wielki, choć nie dałabym tej książeczki żadnemu niedoświadczonemu czytelnikowi (a w szczególności dziecku). Dlaczego? Bo choć piękna ta mowa, to osobie niewprawnej w dzisiejszej ortografii niezłego by mogla figla na sprawdzianach spłatać. Reguły rządzące ówczesnym językiem były tak różne od tego, czego dzisiaj się w szkołach uczymy...
Czy polecam? Owszem, z czystym sercem, bo i treść interesująca i forma przeurocza. Czy straszny ten upiór (czy też raczej upior)? Nie powiem, przekonajcie się sami.


Książka przeczytana w ramach Wyzwania

środa, 19 lutego 2014

Nell – Anna Rybkowska

Wydawnictwo: RW2010
Poznań 2014
Część I trylogii, tom pierwszy
Ebook, format epub
Liczba stron: 264
ISBN: 978-83-7949-079-0




Wyjaśnię może na samym początku, co znaczy ten trochę zagmatwany opis dotyczący trylogii. Anna Rybkowska napisała trylogię – to chyba dość jasne stwierdzenie. Zawierają się w niej te oto powieści: "Nell", :Jednym tchem" i "Zwolnij kochanie". Wydawnictwo RW2010 natomiast zaproponowało nam podzieloną powieść "Nell" – na dwa tomy. Stąd może trochę się poczułam zagubiona, ale teraz już wszystko wiem, rozumiem i czekam na tom drugi, który powinien się pojawić w marcu."Nell" natomiast ukazała się (w formie ebooka, w wyd. RW2010, bo wcześniej już można ją było zakupić w formie książkowej) jako premiera z okazji... Walentynek. Spodziewałam się więc po tej powieści wiele romantyzmu i ciepła bijącego z czystej, nieskalanej miłości... Ble, ble, ble. No dobrze, czytałam opis. wiedziałam, że może nie będzie aż tak romantycznie, jak w bajkach dla małych dziewczynek, ale nadal spodziewałam się lekkiej historii romantycznej. Czy się zawiodłam? Nie, chociaż dostałam coś zupełnie, zupełnie innego.
Autorka jest poznanianką, więc i akcja jej powieści dzieje się w dużej mierze w Poznaniu, choć również w Londynie i na angielskiej wsi. Poznań, mój kochany Poznań. Jak miło jest – dwa lata po wyprowadzeniu się z mojego miasta – przeczytać, że dzieci głównej bohaterki po zakończeniu roku szkolnego udały się z grupą przyjaciół do Starego Browaru. Serducho bije szybciej, choć tak właściwie niewiele o tym Poznaniu w powieści Rybkowskiej można przeczytać.
Natalia Skowrońska to czterdziestolatka. Od lat zamężna, od zawsze z tym samym mężczyzną, do którego obecności już przywykła i który nie potrafi jej docenić. Matka czwórki dzieci, z których najstarszy syn za chwilę rozpocznie liceum, a najmłodszy... zerówkę. po drodze jeszcze bliźniaki w wieku gimnazjalnym. Mieszkają wygodnie, mąż zapewnia pieniądze, Natalia dba o dom, któremu całkowicie się poświęciła po ukończeniu studiów na filologii angielskiej. Stara się nie stracić kontaktu z językiem i być może właśnie dlatego, dla żary, wysyła swoje zdjęcie do Wiliama Barlowa... gwiazdy rocka, o dziesięć lat od niej młodszego, szalonego człowieka, który jest idolem muzycznym jej nastoletniej córki. Nie spodziewa się, że ten jeden mail, to jedno zdjęcie, te kilka informacji, które o sobie podała – na dodatek kłamiąc dość znacznie w kwestii swego wieku i sytuacji życiowej – wywrócą jej spokojne, ustabilizowane życie do góry nogami.
Maile, długie rozmowy telefoniczne... Nagle Nell (bo on tak ją nazywa) zaczyna widzieć świat w innych barwach. Ma ochotę po raz drugi przeżyć młodość, nadrobić "stracone" lata, które poświęciła wychowywaniu dzieci, prasowaniu mężowi koszul, robieniu codziennych zakupów i zmienianiu pieluch. Potrzebuje trochę szaleństwa, trochę wolności. Chce znów poczuć, że żyje. I dlatego leci do Londynu, by zobaczyć Jego koncert. By choć na chwilę być blisko Niego. Kolejne kłamstwa przychodzą coraz łatwiej, a On okazuje się zupełnie inny, niż myślała...
Czy można się tak zakochać, nie wiedząc o drugiej osobie właściwie nic? Czy można budować jakikolwiek związek na kłamstwach? Czy to, co Nell i Wiliam do siebie czują to jest miłość, czy tylko wielka namiętność? Dla niej chęć poczucia się młodą i atrakcyjną, a dla niego zdobycie kolejnej kobiety, na którą "ma ochotę"? Jeśli to rzeczywiście miłość, to z pewnością w ich przypadku miłość toksyczna. Co postanowi Natalia, czy wróci do domu, do Poznania, do męża i dzieci? Czy zostanie z Wiliamem? Tego Wam nie powiem. Zresztą nawet, gdybym chciała, to nie mogę, gdyż i ja czekam na ciąg dalszy, nie mogąc się już doczekać, co będzie się działo.
Mocne strony powieści? Świetny psychologiczny portret dwojga głównych bohaterów. Do tego ciekawa drugoplanowa rola Sary, przyjaciółki Natalii, u której Nell się zatrzymuje w Londynie i która próbuje jej uświadomić.. A nie, nie powiem, co takiego. W każdym razie postać Sary jest bardzo ważna, bardzo wzruszająca i myślę, że odegra jeszcze niemałą rolę w dalszych perypetiach Nell i Wiliama. Za to żałuję, że Mateusz, mąż Natalii jest taki przezroczysty. Chociaż może i to się później zmieni. Liczę na to. Co jeszcze? Rybkowska pisze z polotem, tworzy swoich bohaterów z drobiazgową dokładnością, dzięki czemu są niczym ludzie z krwi i kości. Zresztą myślę, że takich Natalii i takich Wiliamów jest na świecie całkiem sporo. I takich szarych Mateuszów, którzy nie potrafią docenić ukochanych żon, którzy uważają je za pewnik, który już przy ołtarzu (czy w USC) został zdobyty i koniec.  Wszakże każdy człowiek potrzebuje, choćby od czasu do czasu, usłyszeć, że zrobił coś dobrze, że jest kochany, że jest potrzebny, że ma pomyśleć też o sobie, a nie tylko o innych...
Minusy? W pewnym momencie cytaty z piosenek Barlowa zajmowały niemal połowę rozdziałów. było to bardzo irytujące. Rozumiem raz na jakiś czas, ale nie co chwilę. Szczególnie, że nie są one najlepsze. Akurat to Autorce średnio wyszło i mam nadzieję, że w dalszej części tej hipnotyzującej powieści o chorobliwym uczuciu, które jedni pewnie będą pochwalać, a inni krytykować nie będzie już tyle "rockowych kawałków".
Czy polubiłam głównych bohaterów? Szczerze mówiąc... nie. Myślę jednak, że nie o to w "Nell" chodziło. Zresztą nie mnie oceniać Nell, jestem od niej o dekadę młodsza, wyszłam za mąż dwa i pół roku temu, nie mam dzieci. Może za dziesięć lat będę potrafiła ją zrozumieć, chociaż mam szczerą nadzieję, że tak się nigdy nie stanie.
Czy polecam? Owszem. To bardzo dobra powieść, wnikliwa psychologicznie, pełna zwrotów akcji i buzująca uczuciami, które niewiele mają wspólnego z romantyczną księżniczką i jej księciem na białym rumaku. Nie jest to jednak, gdyby ktoś się zastanawiał, historia w stylu " twarzy Greya". To coś zupełnie innego. Inteligentna, ciepła niekiedy, historia, która zadaje mądre pytania. Pytania, na które nie ma gotowych odpowiedzi.
Wydanie? Wybrałam tym razem format epub i jestem zadowolona. Bardzo dobra korekta, nie mogę sobie w tej chwili przypomnieć żadnych literówek. Jedynie brak obustronnego wyjustowania trochę zaniża ocenę, ale ogólnie rzecz biorąc – "Nell' to kawał dobrej wydawniczej roboty.



Książkę przeczytałam dzięki życzliwości Wydawnictwa RW2010


Zośkowiec – Jarosław Wróblewski

Wydawnictwo: Fronda
Warszawa 2013
Oprawa: miękka ze skrzydełkami
Liczba stron: 448
Fotografie: wiele źródeł
ISBN: 978-83-64095-06-1




Henryk Kończykowski jest symbolem swojego pokolenia. Gdyby zapytano mnie, jaką książkę napisałem, odpowiedziałbym: książkę o miłości, o gorącej, konsekwentnej miłości do Polski. Taka książka powinna powstać o każdym powstańcu. Tak napisał o "Zośkowcu" Jarosław Wróblewski, czyli autor. Co mogę napisać ja?
"Zośkowiec"... Już sam tytuł niesie w sobie dużą dawkę uczuć i przemyśleń. Człowiek, który był członkiem Harcerskiego Batalionu AK "Zośka". Jeden z tych, którzy gotowi byli oddać życie, za wolną Polskę. Jeden z tych, którzy nie tylko potrafili pięknie umierać, ale i – a nawet przede wszystkim – pięknie dla swej Ojczyzny żyć. Zośkowiec... Część z Was wie już, że moją ulubioną książką są "Kamienie na szaniec". Oparta na prawdziwej historii powieść Aleksandra Kamińskiego, którą przeczytałam już kilkanaście razy. Potem byli "Kolumbowie. Rocznik 20" Romana Bratnego oraz "Zośka i Parasol" Aleksandra Kamińskiego. I wiele innych historii o naszych Bohaterach. I powrót do źródeł, ciągłe wracanie do "Kamieni...". Teraz z niecierpliwością czekam na film, choć bardzo się go boję. Od pierwszej chwili, kiedy dotarła do mnie informacja, że moja ukochana powieść zostanie zekranizowana. Teraz tym bardziej, kiedy pojawiło się całe mnóstwo negatywnych opinii... Kiedy więc zobaczyłam tę książkę, "Zośkowca", wiedziałam, że muszę ją mieć, muszę się z nią zapoznać...
Jest to rzeczywiście pozycja niezwykła. Zaskakuje od pierwszej strony i do samego końca czytamy ją na bezdechu. Zarówno treść, jak i jej oprawa zachęcają do kontynuowania lektury, stanowiąc niezapomniane przeżycie, zmuszając do myślenia, do chwili (i to długiej) zastanowienia, do pochylenia głowy i szepnięcia chociaż... "Cześć Bohaterom!"
"Zośkowiec" to swoisty wywiad. Choć i coś więcej, znacznie więcej. Jarosław Wróblewski wykonał w tym przypadku naprawdę dobry kawał roboty. Poza wywiadem z Henrykiem Kończykowskim (ps. "Halicz"), znajdziecie w tej pozycji liczne dokumenty z omawianego okresu (rozkazy dowódców wojskowych, zeznania, listy, pamiętniki powstańcze), fotografie (z rodzinnych albumów państwa Kończykowskich, z archiwów IPN) oraz wierszyki i rysunki Jana Rodowicza (ps. "Anoda") publikowane po raz pierwszy. Już na samym początku zwraca uwaga na stronie 4 – że nie udało się Wydawnictwu ustalić praw autorskich do wszystkich fotografii i prosi ono o zwrócenie się osób, którym takie prawa przysługują. W celu, oczywiście, wypłaty stosownego wynagrodzenia. Pierwszy raz się z czymś takim spotkałam i zrobiło tona mnie bardzo pozytywne wrażenie. Bo zdjęć jest tu co nie miara. W ogóle cały "Zośkowiec" jest bardzo... multimedialny. To chyba najlepsze określenie. Są zdjęcia, są mapki (dziękuję za nie, bo w ten sposób mogłam w końcu znaczenie więcej zrozumieć), są wspomniane już rysunki. Bezpośrednie wypowiedzi "Halicza" 9czy też innych osób, którym oddano tu głos) są wyraźnie zaznaczone kolorami, dzięki czemu nie można mieć wątpliwości, kto mówi – czy jest to świadek tamtych wydarzeń, czy narrator, czyli Autor "Zośkowca". Choć czasami ma się wrażenie, że tak naprawdę autorów jest dwóch...
Wracając do "Halicza". Jest to jeden z czterdziestu czterech żyjących w obecnej chwili żołnierzy Batalionu AK "Zośka". W styczniu tego roku obchodził 90. urodziny (z tej okazji w Muzeum Powstania Warszawskiego odbyła się promocja książki). Kiedy hitlerowskie Niemcy napadły na Polskę był zaledwie piętnastolatkiem, kiedy wojna się kończyła miał dwadzieścia jeden lat i żonę, a większość jego kolegów i przyjaciół już nie żyła. Odszedł też cały świat, który znał z przedwojennego życia. Tragizm tej historii to tragizm całego pokolenia. Tragizm, o którym można mówić wzniośle i z patosem, albo... opowiadać, jak o prawdziwym życiu, które istniało. Tak, jak to zrobili wspólnie Jarosław Wróblewski i Henryk Kończykowski. Opowiedzieli prawdziwą historię tak, jak ja widział główny bohater i jego środowisko. Bez zbędnego patosu, bez konieczności zasiadania do lektury z pudełkiem chusteczek. To niebywałe, że ani razu nie zapłakałam. Nie dlatego, że opowieść jest drętwa, bo nie jest. Dlatego, że narracja poprowadzona jest w taki sposób, że zamiast zalewać się łzami, które już nikomu ulgi nie przyniosą – czytelnik zanurza się w tej opowieści, jakby stał obok "Halicza" kiedy polscy żołnierze zdobywali obóz na Gęsiówce, jakby razem z nim oglądał przedwojenny Buczacz i razem z nim tracił lata w komunistycznym więzieniu. Stajemy się częścią tej historii, a jej bohaterowie nie mieli czasu na zbędne łzy.
Co ciekawe i stanowi olbrzymi plus "Zośkowca" to to, że Autor umiejscowił Kończykowskiego w określonym miejscu i czasie. Zdefiniował go poprzez rodzinę, w której się urodził wychował, poprzez środowisko, w którym dorastał. Cofnął się nie tylko do rodziców "Halicza", ale i do dziadków, ciotek, a nawet wspomniał o pradziadkach. I co bardzo ważne – do końca o nich nie zapomniał. Przodkowie Kończykowskiego nie kończą swojego "literackiego życia" wraz z wybuchem wojny. Kończą je wtedy, gdy rzeczywiście umarli. W wolnej Polsce (ojciec pana Henryka, Stanisław Kończykowski, zmarł w roku 1985). Zresztą to bardzo ciekawa postać i cieszę się niezmiernie, że miałam okazje się o nim dowiedzieć.
Poznajemy wiec rodzinę Kończykowskich, ich oczami oglądamy przedwojenną Warszawę, Podkowę Leśna i okolice. Z nimi wybieramy się też na letnie wakacje, których ostatni dzień to także ostatni dzień II RP. To wychowanie w tym domu (czy też domach, bo mieli ich kilka, chodzi mi tu jednak o dom w rozumieniu ogniska domowego, rodziny) sprawiło, że wszyscy trzej synowie Stanisława i Heleny postanowili walczyć o swą Ojczyznę. To ich wrodzone cechy charakteru, połączone z wielkim patriotyzmem i miłością do życia sprawiły, że rodzina nigdy się nie poddała i walczyła na wszystkich frontach. Bo nie tylko z bronią w ręku. Kończykowscy to rodzina inteligencka, która zasłużyła się dla Polski zarówno w dwudziestoleciu międzywojennym, jak i później.
"Zośkowiec" to książka rzeczywiście niezwykła. Z jednej strony bardzo osobista, z drugiej bardzo rzetelna, dopracowana w najmniejszych szczegółach. W pięciu rozdziałach, na które została podzielona, przeczytamy zarówno o czasach pokoju, jak i wojny. Na koniec zaś o tym, co działo się z żołnierzami Armii Krajowej po odzyskaniu przez Polskę niepodległości w 1945 roku. To coś zdecydowanie więcej, niż można się było spodziewać. To opowieść nie tylko o wojnie i Powstaniu Warszawskim – to historia Polski. Historia, której nie wolno nam zapomnieć. Nie czas już, by rozpaczać i wszelkie niepowodzenia zrzucać na karb tej odległej o kilka dekad wojny. Czas, by pochylić czoła i pracować dla dobra tej Ojczyzny, za która tylu oddało swe (często tak młode) życie.
Zdecydowanie jest to książka, która powinna się znaleźć w bibliotece każdego Polaka, w każdej bibliotece szkolnej i... na liście obowiązkowych lektur (choć wiem, że niektórzy uważają, iż znalezienie się na tej ostatniej to wyrok śmierci dla książki, z którą to opinią ja się nie zgadzam). Pokazała mi zupełnie inny świat. W przenośni i dosłownie. Kiedy wczoraj przejeżdżałam ulicą Okopową, patrzyłam na nią oczami "Halicza" i niemal widziałam walkę stoczoną o niemiecki czołg, która rozegrała się tam w pierwszych dniach Powstania. Już nigdy ulice Warszawy nie będą takie same, jak przed przeczytaniem "Zośkowca".
Nie powiem, że mi się ta książka podobała. Należy do takiej kategorii literatury, która się nie podoba. Ona po prostu potrząsa człowiekiem, niczym workiem ziemniaków i zmusza do tego, by w końcu dostrzegł, jak ma dobrze, jak łatwo i jak wspaniale, nawet jeśli nie jest piękny i bogaty. Posiada wolność, nie musi każdego dnia martwić się o to, czy ma co włożyć do garnka i... czy przy rodzinnym stole znów nie zabraknie kogoś, kto zginął od nieprzyjacielskiej kuli, czy bomby. Jako społeczeństwo XXI wieku często nie doceniamy tego, co mamy. tego, co wywalczyli nam oni: Zośkowcy i im podobni. Ta książka o tym przypomina.



piątek, 14 lutego 2014

Przymierze – Piotr Wesołowski

Wydawnictwo: RW2010
Poznań 2012
Ebook, format pdf
Liczba stron: 249
ISBN: brak (self-publishing)









Krótko i zwięźle? Rewelacyjna powieść, od której po prostu nie mogłam się oderwać! Bardziej wyczerpująco? Już donoszę..
Wszystko zaczyna się dwanaście wieków temu na terenie obecnych Kujaw. Zupełny przypadek, zrządzenie losów, przeznaczenie? Któż to wie. Tak, czy inaczej, stało się – Leszko uratował potężnego przedstawiciela obcej rasy, Peruna, przed niechybną śmiercią. Nagroda? Przymierze między ludami. Co Leszko z tego miał? Niewiele, prawdę mówiąc. Chociaż właściwie dla niego ta historia tez zakończyła się pozytywnie. Wszakże zdobył serce ukochanej Żywii... 
23 czerwca 2013 roku, Polska, bliżej nieokreślone miejsce, wskazane przez Autora jedynie z pierwszej litery, co pozwala na różne domniemania, domysły i właściwie umiejscawia część akcji... wszędzie. Nie mamy w "Przymierzu" everymana, jest jednak coś, co można by nazwać "everywhere". Przynajmniej na początku powieści, później już bowiem dokładnie wiemy, kto gdzie przebywa. Jest to bardzo ciekawy zabieg, który dodaje całości pikanterii. Choć właściwie powieści Wesołowskiego nic dodawać nie trzeba, ponieważ jest to kawał świetnego kryminału, political-fiction i sensacji ze szczyptą starych słowiańskich podań. Bardzo, bardzo udane połączenie z Polską w roli głównej. Wróćmy jednak do szczegółów. Dwóch gliniarzy odeszło niedawno na zasłużoną policyjną emeryturę. Teraz każdy z nich zajmuje się swoim domem, choć nadal się przyjaźnią i często spotykają. W końcu łączy ich wiele wspólnych przeżyć i wspomnień. Do głowy jednak żadnemu z nich nie przychodzi, że te najważniejsze chwile jeszcze przed nimi. Chwile, które dosłownie i w przenośni zmienią oblicze świata. Wszystkiemu zaś jest winna smykałka Konrada Gajeckiego. Jego niezbyt udana próba zbudowania generatora Tesli doprowadzi do międzynarodowego spisku przeciwko Polsce, spisku, w którym główną rolę odegrają Rosjanie i Amerykanie. Będzie się działo. Szczególnie, kiedy Polacy zdobędą wiedzę techniczną wyprzedzającą najbardziej zaawansowanie ziemskie kraje o przynajmniej kilka setek lat. 
W "Przymierzu" Wesołowski łączy wszystko, co najlepsze. Mamy tu więc wątek sensacyjny i kryminalny. Są zdrady, intrygi i odwieczni wrogowie Polski. Do tego kosmiczna rasa posiadająca bardzo zaawansowaną technologię, a jakby jeszcze tego było Wam mało to dodaje ciekawy wątek mityczny. Niejeden raz w obronie polskiego lotnictwa stanie gromada Trygławów i Światowidów, które z pewnością wyobrażaliście sobie dotychczas zupełnie inaczej. Trzeba przyznać, że Autor ma bardzo bujną wyobraźnię i potrafi wyśmienicie przelać swe myśli na papier. Czytając "Przymierze" przeżywałam niesamowitą przygodę z głównymi bohaterami, a każda kolejna strona znów mnie zaskakiwała. Jednak poza wartką akcją i ciekawymi rozwiązaniami technicznymi, Wesołowski daje nam do reki bardzo dobrze napisany tekst. Jego język jest przyjemny w odbiorze, na wysokim poziomie, opisy wyczerpujące, a rozmowy inteligentne, a czasami bardzo zabawne (tam, gdzie wypada). Po prostu życie przelane na papier (załóżmy, że na papier, wszakże to ebook). Jak wielu Polaków popełnia błąd, używając słowa "tą" zamiast "tę", ale jest to jedyny błąd, jaki znalazłam. Rewelacyjna korekta!
Przez długi czas zadawałam sobie pytanie, co by się stało, gdyby Peruna uratował nie Leszko, ale powiedzmy jakiś Pierre, czy Heinrich i całe dobrodziejstwo obcej rasy przypadło by Francuzom, Niemcom, czy jakiejkolwiek innej narodowości. Autor na zakończenie zadał to samo pytanie. A Wy, jak myślicie?
Minusy? Brak wyjustowania obustronnego. Duży minus, ale jedyny. W pewnym momencie tak się kręciłam w akcję, że już nawet to mi nie przeszkadzało, a to naprawdę wielki sukces, ponieważ falujących linijek po prostu nie cierpię. 
Czytać? Jak najbardziej. Nie sądzę, by ktoś z Was się zawiódł tą lekturą. Polecam z całego serca. 




Książkę przeczytałam dzięki życzliwości Wydawnictwa RW2010

czwartek, 13 lutego 2014

Wiosna życia – Artur Kosiorowski

Wydawnictwo: Sowa
Warszawa 2013
Okładka: miękka
Liczba stron: 91
ISBN: 978-83-64033-76-6



Nie będzie długo, bo i sama książka do długich nie należy. Rzadko zdarza mi się czytać coś, co ma poniżej stu stron. Jeszcze rzadziej trafiam na tekst, który jest taki... no właśnie, jaki? Kontrowersyjny? Pełen sprzeczności, bo z jednej strony monotonny, a z drugiej tyle się przecież dzieje... Niełatwo coś takiego napisać, niełatwo też zrecenzować. 
Jeśli bowiem napisze, że "Wiosna życia" to opowieść o mniej więcej roku (może trochę dłużej, może trochę krócej) z życia autora – bo jest to autobiografia – w którym to okresie próbuje wszelakich "środków zmieniających świadomość" możecie się zniechęcić. A jest to historia bardzo ciekawa i mądra. Z drugiej strony jeśli zechcę potwierdzić okładkowy opis, że to "powieść drogi, a główny bohater to romantyczny wagabunda" to... nie do końca będzie się to zgadzać z moim osobistym odbiorem dzieła. Jak więc ująć w słowa to, co Artur Kosiorowski zmieścił na 90 stronicach swojej "Wiosny życia" (wcześniej, w formie ebooka, historia ta ukazała się pod tytułem "1983")?
Siedemnastoletni Artur, którego "wychowała ulica", włóczy się po kraju w czasie wakacji. Szkoła gdzieś tam jet w perspektywie, ale właściwie większego znaczenia to nie ma, bo przecież i tak munie wychodzi nauka. Otwarty na ludzi, chętny przygód, radosny i gotowy do niesienia pomocy. Od pewnej chwili zabójczo zakochany. Taki właśnie jest nasz bohater. Chce pomagać wszystkim, którym może. Ufa, że ludzie są dobrzy. A już z pewnością ci, którzy stają na jego drodze. Nie raz da się wykiwać i okraść, a jednak nadal wierzy. Młody idealista, dla którego nie ma rzeczy niemożliwych. Przygód będzie mieć wiele w tym czasie, który nazywa swoją wiosną życia. Przygód radosnych i smutnych, które nie zawsze dobrze się kończą.
Czyta się "Wiosnę życia" dobrze, choć niezbyt szybko. Nie dlatego, że jest to powieść nudna, o nie. Po prostu skłania do licznych przemyśleń, do przystanięcia na chwile i zastanowienia się... nad sobą, nad światem. Mi jest ta historia szczególnie bliska, jako że Autor urodził się w tym samym roku, co ja. Jest zaledwie kilka miesięcy młodszy. Jego okres dojrzewania pokrywa się więc z moim. A jednak... jest tak zupełnie, kompletnie, absolutnie...inny od tego, co ja pamietam, co ja przeżyłam, co jest częścią moich wspomnień z tamtych miesięcy. Z jednej strony więc bliskość, z drugiej całkowite przeciwieństwo. I taka jest właśnie cała "Wiosna życia", powieściowy debiut Artura Kosiorowskiego (choć nie jest to debiut literacki).
Brakowało mi tylko w zakończeniu jakiegoś takiego podsumowania... Co się z nim dzieje teraz. Czy udało mu się wyjść na prostą... I to chyba jedyny minus, ponieważ całość napisana jest bardzo ładnym językiem, korekta spisała się na medal. Wszystko tu jest na miejscu – taki pruski porządek, który bardzo lubię. Pruski porządek doprawiony szczyptą pikanterii w warstwie fabularnej i zapadający w pamięć, zmuszający do myślenia... Idealne połączenie – polecam!



Książka przeczytana w ramach Wyzwania
Książkę przeczytałam dzięki życzliwości Wydawnictwa SOWA
 http://www.sowadruk.pl/

poniedziałek, 10 lutego 2014

Dybuk – Marek Świerczek

Wydawnictwo: Ammit
Bielsko-Biała 2012
Okładka: miekka
Liczba stron: 272
Ilustracje: Marzena Podkowińska
ISBN: 978-83-935576-0-8





Z pojęciem dybuka spotkałam się w zeszłym roku, w czasie lektury drugiego tomu "Oka Jelenia" Pilipiuka (chyba bowiem w pierwszym tomie pojęcie to nie występowało). Bardzo się tym zagadnieniem zainteresowałam i zamierzałam bliżej się z nim zapoznać, jednak czasu wciąż mało i nie zdążyłam. Kiedy więc zobaczyłam, że na polskim rynku wydawniczym pojawiła się książka o tym właśnie tytule, postanowiłam dowiedzieć się o niej czegoś więcej. Krótka notka okładkowa i kilka słów o Autorze, którego powieść "Bestia" (debiut literacki) w 2007 roku została uznana przez Rzeczpospolitą za najlepszą powieść roku sprawiły, że nie miałam już wątpliwości... Chcę i koniec. Udało się.
Przyznam, że miałam pewne wyobrażenia o tym,  za co się zabieram. Jakieś oczekiwania. "Dybuk" ich nie spełnił... Zaoferował mi coś kompletnie innego, niż się spodziewałam i... chwała mu za to! Na co liczyłam, to już zostawię sobie. Dostałam jednak coś znacznie lepszego, znacznie ważniejszego, coś, co chyba do końca życia gdzieś tam we mnie pozostanie... Historię mądrą, przerażającą, trzymającą w napięciu i... na wskroś prawdziwą, choć chciałoby się wierzyć, że rzeczywistość wyglądała choć odrobinę bardziej kolorowo.
Rzecz dzieje się w Polsce w roku 1946. Działania wojenne zakończyły się mniej więcej przed rokiem. Niemcy przegrali, po polskiej ziemi paradują radzieccy zwycięzcy, tu i tam można napotkać grupę czerwonoarmijców. Do władzy dobrali się komuniści i nie zamierzają odpuścić. Ani Niemcom, ani AKowcom, ani Żydom. Nikomu. Jednym z tych, którzy staną na ich drodze jest Rem Sosnkowski, były żołnierz AK, urodzony morderca, nożownik, skazany na śmierć. Dostanie jednak szansę i ponownie wyjdzie na wolność. Zadanie, które mu powierzono nie jest jednak łatwe i przyjemne, a Rem – choć zawodowiec – nie ma najmniejszego pojęcia, w jakie bagno się pakuje...
Czym jest tytułowy dybuk, zapytacie.Podaję dokładnie za Wikipedią: "W mistycyzmie i folklorze żydowskim zjawisko zawładnięcia ciałem żywego człowieka przez ducha zmarłej osoby. Dybukiem nazywa się też samego ducha, duszę zmarłego, która nie może zaznać spoczynku (...) z powodu popełnionych grzechów, i szuka osoby żyjącej, aby wtargnąć w jej ciało." To właśnie zadanie otrzymał Rem – wytropić i zniszczyć (czyli zabić) dybuka. Nie jest to jednak praca samodzielna. Niczym Frodo, Rem ma przy sobie mniej lub bardziej zgraną, dziwaczną na pierwszy rzut oka kompanię, której skład w trakcie podróży ulega zmianom (in plus i in minus). Poznamy więc nie tylko Sosnkowskiego, ale też Ślązaka/Niemca Sigismunda von Horna, Cygana Melkiadesa, a później Żyda Barucha i piękną, młodziutką Żydówkę Judytę. Oto nasza drużyna pierścienia. W poczet bohaterów zaliczyć trzeba jeszcze samego poszukiwanego, czyli Aarona Stallmana (vel doktora von Treppfa), czy Singera, który to całą akcją zarządza.
W powieści nie znajdziecie jednak zbyt dużo mistycyzmu, magii, żydowskiej kabały. Napotkacie jednak na beznadzieję i podłość, na ludzkie cierpienie i gruzy, które zostawiła po sobie wojna. Nie chodzi jedynie o ruiny budynków, ale przede wszystkim ludzkich dusz, serc, polskiego honoru. Świerczek nie szczędzi nam bowiem tej beznadziei, z którą ówcześni Polacy spotykali się każdego dnia. Prawdziwe zezwierzęcenie, które powoduje, że Rem coraz bardziej traci nadzieję i sens. Bo przecież nie o to walczył wraz z innymi AKowcami. Nie o to modlili się, idąc do walki, polscy żołnierze. Nie o taką Polskę walczyli. I nie chodzi już tylko o zestawienie sanacyjnej II RP z komunistyczną Polską powojenną. Chodzi o to, że człowiek człowiekowi wilkiem, nawet w czasach pokoju. Na szczęście na swej drodze nasi bohaterowie spotkają kilka osób, dzięki którym nadzieja na to, że człowieczeństwo się odrodzi, że słowa takie jak "Bóg", "Honor", "Ojczyzna" znów będą ważne – że nadzieja na to jeszcze jest, jeszcze nie wyparowała do końca, wraz z unoszącym się po bombardowaniach popiołem, wraz z biedą wiosek, przez które co i rusz przechodziły kolejne armie, wraz z dymem snującym się z kominów krematoriów... A póki jest nadzieja... "Dybuk" jednak to nie powieść z happy endem. Daleko jej do tego. Ostatnie zdania zawieszają jakby akcję, nie dopowiadają do końca, co się stało. Możemy się domyślić. Możemy, ale zawsze istnieje możliwość, że było inaczej.
W powieści poza narracją trzecioosobową pojawia się również pamiętnik Aarona Stallmana. Jest to bardzo ważna część utworu, ponieważ dzięki niej możemy lepiej zrozumieć tego człowieka. Zarówno to, kim był, jaki był i dlaczego, a także to, jak bardzo różni się prawdziwy Aaron od tego osobnika, który (nawiedzony, jakby nie powiedzieć) grasuje po kraju i zabija w okrutny sposób małe dziewczynki. Pamiętnik Aarona jest wstrząsający. I to nie dlatego, że przejmuje obozową grozą, ponieważ o czasach obozowych jest w nim niewiele. Autor skupił się na młodości Aarona, na okresie dojrzewania, na życiu przedwojennym. Tym bardziej więc nieludzkie wydaje się odtrącenie i brak szacunku do chłopca, spowodowany tylko tym, że jest on Żydem. Pamiętnik ten tym bardziej zmusza nas do tego, byśmy sobie w końcu uświadomili, że antysemityzm to nie tylko problem III Rzeszy i okresu wojennego. Że on był obecny również w naszej sanacyjnej Polsce i... niestety także po zakończeniu działań wojennych. Bo przecież o tym w dużej mierze jest ta powieść – o problemie antysemityzmu w Polsce po odejściu z naszych ziem niemieckich żołnierzy.
Jednak nie tylko o tym. Świerczek nie ogranicza się tylko do jednego tematu. Bo początki PRL to bardzo wdzięczny czas dla literatów. Rozliczenie się z wojennymi "grzechami" na kilka miesięcy po zwycięstwie aliantów było chyba rzeczywiście codziennością. Każdy musiał zrewidować to, kim był, kim jest i kim chce być. Jaki morał można wyciągnąć z "Dybuka"? Między innymi taki, że nie uciekniemy przed tym, kim jesteśmy. Ani Baruch nie ma zbyt dużej szansy by zostać feldkuratem, ani z Sigismunda nie będzie raczej dobry Żyd.
Co ciekawe, Rem zdaje się postacią niemal krystalicznie czystą. Jest bohaterem, z którym chcielibyśmy się utożsamiać. Dobry, szlachetny, zawsze staje w obronie słabych i uciśnionych. Nienawidzi chamstwa, prostactwa i podłości. Przy nim można się czuć bezpiecznie, ale wiadomo, że się z nim nie zadziera. A jednak... sam o sobie nie mówi, że jest szlachetny i dobry, wręcz podkreśla, że jest urodzonym mordercą. Fałszywa skromność? Może prawdziwa? A może po prostu... obiektywne spojrzenie na siebie – oczami prawdziwego człowieka, a nie kogoś, kto pragnie się wybielić i być przykładem dla innych...
Całkiem niedawno brałam udział w dyskusji dotyczącej polskiej literatury. Wnioski były takie, że jakkolwiek ciekawa i naprawdę z wysokiej półki, nie zachwyci raczej obcokrajowców. Ani swym polotem, ani ważkością poruszanych zagadnień. Jest bowiem zbyt mocno osadzona w naszych realiach, w naszych kontekstach. Zbyt wiele w niej odniesień do polskiej historii, do polskiej martyrologii, służy często do leczenia naszych własnych kompleksów. O dziwo "Dybuk" jako powieść właśnie osadzona w bardzo polskich realiach, w czasie tak bardzo specyficznym, jak rok 1946... zdaje się być bardzo uniwersalna.
Groza miesza się tu z romansem, mistycyzm (choć w minimalnym zakresie) z sensacją. Powieść tę można czytać na kilku płaszczyznach, nie sposób jednak o niej szybko zapomnieć. Sam Autor tak mówi o swym dziele: "Wierzę, że dzięki temu, „Dybuk” może trafić do szerszego kręgu odbiorców. W warstwie fabularnej jest powieść drogi, połączona z groteskową, przygodową misją, w warstwie głębszej, to historia stawania się, wyrywania z własnych ograniczeń, ale także moralnego upadku i szaleństwa. A przy tym, służy także temu, by z uśmiechem niedowierzania przyjrzeć się żywym wciąż stereotypom. Czy Singer jest tak żałosny i słaby, jak Żydzi we wspomnieniach Stallmana? Nie, to zdeterminowany i inteligentny człowiek, choć pewnie w przedwojennych Sztetlach mentalność była inna. Czy Polacy byli antysemitami? A co z całą galerią Sprawiedliwych Wśród Narodów Świata? Stereotyp działa tak długo, jak długo ktoś się nie zastanowi. Dlatego „Dybuk” zawiera tyle niedokończonych wątków, niekonsekwencji i ahistoryczności - takich jak cytaty z „Rammstein” – chciałem, by czytelnik zatrzymywał się w czytaniu. Wracał dwa rozdziały wcześniej, by sprawdzić, czy czegoś nie pominął, by złościł się na przeinaczanie historycznych faktów. Może wtedy łatwiej wpadnie w złość na sprowadzanie ludzkiej różnorodności do głupawego stereotypu."
Cóż jeszcze mogę dodać? Mam kilka zastrzeżeń do samego wydania. Co prawda literówek szukać ze świecą, to bardzo utrudniają czytanie myślniki w dialogach. Zdarza się, że są w jakichś zupełnie dziwacznych miejscach, w których być nie powinny, natomiast brakuje ich tam, gdzie są niezbędne. Nie sądzę, by był to zamierzony zabieg. Najgorszy jest jednak brak "wcięć" na początku akapitów. Co dziwne, wcięcia owe są przy dialogach, nie ma ich jednak przy narracji. Nielogiczne to, a przede wszystkim utrudniające lekturę. 
Duży plus dla okładki, która robi wrażenie. Wieje od niej tajemnicą z odrobiną grozy, a jednocześnie zmusza do zastanowienia. Najpierw nad tym, o czym będzie powieść, później już nad tym... A nie, to już Wam zostawię. Przeczytajcie, ponieważ naprawdę warto.

 

Książka przeczytana w ramach Wyzwania





 

piątek, 7 lutego 2014

Krakatit (tom I) – Karol Čapek

Wydawnictwo: Wyd. Bibljoteki Dzieł Wyborowych
Warszawa 1926
Okładka: twarda
Liczba stron: 157
Tytuł oryginału: Krakatit, tom I
Przekład (z czeskiego): Władysław Mergel
ISBN: brak




Ciężko będzie zrecenzować tę powieść. Choćby dlatego, że trafiłam na wydanie dwutomowe. Pierwsze, które się w Polsce ukazało. Co ciekawe, wszystkie pozostałe są jednotomowe. Wygląda na to, że również czeski oryginał był jednotomówką i tylko u nas ukazało się takie tłumaczenie w dwóch tomach. Można to wytłumaczyć tym, że ukazała się ta powieść dzięki Wydawnictwu Bibljoteki Dzieł Wyborowych, czyli w prenumeracie gazetowej. Można to porównać do dzisiejszych serii wydawanych np. przez Wyborczą. Średniej jakości, choć w ładnych okładkach. A że książeczki nie mogły być zbyt grube, podzielono powieść na dwie części (przy okazji zarabiając podwójnie). Trudna jest więc ta recenzja, ponieważ przeczytałam jedynie tom pierwszy i omówię w związku z tym, jakby tylko... połowę powieści. Tym trudniej, że do drugiej części raczej nie zajrzę...
"Krakatit" to powieść przez ówczesnych przyjęta bardzo pozytywnie, zresztą jak większość dzieł Čapka. Nie wiem, czy to kwestia minionych dziewięciu dekad (powieść bowiem datowana jest w Czechach na rok 1924), czy tylko ja... jednak za żadne skarby nie mogłam znaleźć w tym, co czytałam tego, o czym słyszałam. Więc nie odnalazłam tu bogactwa języka, a jedynie jakiś straszliwy bełkot. Nie było wzniosłych idei i ważnych kwestii, a jedynie jakieś kiepskawe romansidło przecinane co rusz koszmarnymi (w każdym tego słowa znaczeniu) scenami widziadeł wszelakich. Abstrakcja goniła tu abstrakcję, przesyt słów denerwował, liczne błędy tego wydania nie poprawiały odbioru. Jednym słowem – nie sięgam po drugi tom, bo chyba nie zniosę powtórki z imprezy...
Być może, gdybym przeczytała całość, byłoby trochę inaczej. Może rzeczywiście dalszy ciąg jest lepszy. Są tam te wzniosłe idee i trudne pytania egzystencjalne. I ta fantastyka, której w pierwszym tomie szukać ze świecą, a i tak nie bardzo się znajdzie. Choć przyznam, że kusi trochę, bo chciałabym się dowiedzieć, jak się to wszystko skończy. może więc skuszę się jeszcze kiedyś na... obejrzenie ekranizacji ( z lat czterdziestych bodajże).
Żeby jednak nie było, pokrótce o czym traktuje powieść (czy też jej pierwsza połowa). Od pierwszej strony spotykamy chemika Prokopa. W jego pracowni wydarzył się jakiś wypadek, który spowodował, że został on ranny. Tułając się po ulicach Pragi, w drodze do domu spotyka swego dawnego kolegę z wydziału, Tomesza. Jurek postanawia zaopiekować się rannym i gorączkującym kolegą, wykorzystując jednocześnie sytuację i "wykradając" mu pomysł na stworzenie tytułowego Krakatitu. Czego? Substancji wybuchowej o wielkiej mocy, która może zmienić oblicze świata. Zapowiada się ciekawie? Owszem. Szkoda, że dalej jest tylko coraz gorzej. Tomesz znika, a Propkop, po odzyskaniu jako tako świadomości rusza w jego poszukiwaniu i trafia do jego rodzinnego domu. perypetie romansidłowe pominę milczeniem. Katastrofa! Dalej w poszukiwaniu niedobrego Jurka Tomesza wyruszy Prokop za niejakim panem Carsonem i stanie się swego rodzaju więźniem.
Ze strony na stronę jest coraz gorzej. chciałabym napisać o jakichś przebłyskach, ale był tylko jeden. Gdzieś w połowie, kiedy Prokopowi przypomniało się w końcu, że wynalazł Krakatit. Tyle. Alles, Wszystko. All. nic więcej... Szkoda, bo rzeczywiście początkowy pomysł wydawał się fascynujący.
Niestety wydanie, na które trafiłam również pozostawia wiele do życzenia. Błędów jest sporo i nie chodzi mi o to, że możecie spotkać zapis typu "niema". Wówczas tak się to zapisywało i owszem. Jednak literówek pojawia się naprawdę sporo. Druk jest bardzo ścisły, interlinia maleńka, zdania są ściśnięte. Choć książka jest dość cienka i niewielkich rozmiarów, de facto treści jest w niej bardzo dużo. Za dużo. Oczy bolą, wodolejstwo panuje, przegadanie straszliwe. Cóż, ja nie polecam, możecie jednak czytać na własną odpowiedzialność.
Być może po prostu do tego nie dorosłam...

środa, 5 lutego 2014

Hunting Harkonnens – Brian Herbert i Kevin J. Anderson

Wydawnictwo: TOR (Tom Doherty Associated Book)
New York 2002
Okładka: miękka
Liczba stron: 28
Język: angielski (oryginalny)
Seria: Dune Legends
ISBN:765-30687-5




Trudno rozpisywać się o tekście, który ma zaledwie 28 stron (właściwie mniej, bo na ostatniej jest zaledwie kilka linijek). Jednak... to świat Diuny, świat tak bogaty, że nie sposób o nim nie pisać... Ciężka sprawa – bo czy napisać tylko i wyłącznie o tym tzw. shorcie, czy jednak nawiązywać do całości świata? Czy bardziej kierować się do tych, którzy "Diuny" dotąd w rękach nie mili, czy do tych, którzy Sagę znają, ale jeszcze nie dotarli do prequeli? Będę miała w tym roku sporo takich przemyśleń, ponieważ właśnie rozpoczęłam quest polegający na przeczytaniu wszystkich 18 powieści oraz towarzyszących im opowiadań. W kolejności, w jakiej rozgrywa się akcja, a nie takiej, w jakiej zostały one napisane i wydane na przestrzeni... pięćdziesięciu lat.
O czym więc, gdzie i kiedy? Kilkanaście lat przed "Dżihadem Butleriańskim". wiemy o tym, ponieważ Xavier Harkonnen jest jeszcze dzieckiem. Jego poznajemy jednak dopiero na sam koniec (chociaż właściwie trudno mówić o poznaniu). Bohaterami są jego rodzice i starszy brat. Ulf i Katarina starając się utrzymać rodzinę "na poziomie". Szczególnie ważne jest to dla głowy rodziny, który nie przyjmuje sprzeciwów i nie chce nawet słyszeć o tym, że rodzinnym majątkiem można by zarządzać w inny sposób, niż zostało to dotychczas przyjęte. Dlatego wiecznie niezadowolony jest ze swego spadkobiercy, Piersa. Właśnie znów się posprzeczali, wyrzucając z siebie całe lawiny słów raniących niczym sztylety. Katarina próbuje załagodzić spór, jednak nie ma aż takiej siły przebicia. Rodzinna sprzeczka może i taką by została, gdyby nie... myślące maszyny, które akurat pojawiły się na trasie przelotu Harkonnenów. Zaczyna się pogoń i dla jednej ze stron musi się skończyć źle.
Więcej napisać o treści nie mogę, ponieważ byłby to spoiiler. Dla tych, którzy zetknęli się wcześniej z serią Legend Diuny wiadome jest, jak się ta historia zakończyła. Nie o zakończenie tu jednak chodzi, ale o... No właśnie, o co? Myślę, że poza przedstawieniem – bardzo krótkim i pobieżnym – świata, którego rozwinięcie dostaliśmy na niemalże dwóch stronach trylogii ("Dżihad Butleriański", "Krucjata przeciwko maszynom" i "Bitwa pod Corrinem") autorom chodziło o coś więcej. O pokazanie tych, którzy pozostali już tylko w pamięci i zmuszenie czytelnika do zastanowienia się, kim byłby Xavier Harkonnen, gdyby nie wychowali go Tantorowie, a jego biologiczni rodzice. I jak wówczas mogłoby się potoczyć losy całej krucjaty, a w ostateczności i tych wydarzeń jedenaście tysięcy lat później, które opisał w oryginalnej "Diunie" Frank Herbert. Ta niepozorna nowelka, bo chyba tak można przełożyć to na polski, zawiera znacznie więcej myśli, niż słów.
Akcja jest ciekawa, nawet dla czytelnika, który zna przyszłe losy bohaterów, a zakończenie sprawia, że ślinka cieknie, jak po dobrym aperitifie, kiedy na stół wjeżdża danie główne. Nic dodać, nic ująć.
Minusy? Nikt tego jeszcze oficjalnie nie przetłumaczył na polski, w związku z czym dostęp do "Hunting Harkonnens" mają jedynie osoby anglojęzyczne (bądź posługujące się którymś z języków, na które short został przełożony).
Jeśli jednak angielski nie jest Ci obcy, postaraj się zdobyć te pozycję, ponieważ warto zapoznać się z początkami wspaniałego świata stworzonego przez Franka Herberta.

Brian Herbert i Kevin J. Andersona na Dune Fairytales:
http://dune-fairytales.blogspot.com/2013/11/hellhole-brian-herbert-kevin-j-anderson.html
http://dune-fairytales.blogspot.com/2011/11/wedding-silk-brian-herbert-i-kevin-j.html (cykl diunowy)

"Diuna" na Dune Fairytales:
http://dune-fairytales.blogspot.com/2011/10/diuna-frank-herbert.html
 
Kevin J. Andersona na Dune Fairytales:
http://dune-fairytales.blogspot.com/2011/11/last-days-of-krypton-kevin-j-anderson.html 
 
Książka przeczytana w ramach Wyzwania


Książka przeczytana w ramach Wyzwania


poniedziałek, 3 lutego 2014

Aksamitny Anschluss – Eugeniusz Dębski

Wydawnictwo: superNOVA
Warszawa 2001
Okładka: miękka
Liczba stron: 277
ISBN: 83-7054-146-1


Opis okładkowy:
Niemcy znowu graniczą z Rosją!
Świat milcząco godzi się na kolejny rozbiór Polski.
Samotny patriota w starciu z polskojęzyczną niemiecką policją i rosyjskim wywiadem.
Zjednoczona Europa wchłania Polskę. Na mapie w środkowej części naszego kontynentu brakuje Rzeczpospolitej! Pojawiają się natomiast Protektorat Polens i Awtonomiczeskaja Polskaja Riespublika. Dlaczego nikt nie protestuje, dlaczego wszyscy się na to godzą?
Czy Polakom zależy wyłącznie na dobrobycie i poczuciu bezpieczeństwa? Tylko jeden drobny polski biznesmen, przypadkowo wciągnięty w wir wydarzeń, nie może spać spokojnie. Podejmuje nierówną walkę ze służbami specjalnymi obu zaborców, chcąc doprowadzić do ujawnienia dokumentów kompromitujących europejskie elity polityczne.
Kolejna powieść autora Królewskiej roszady to rzecz o zdradzie i odwadze, miłości i honorze, dziejąca się w najbliższej przyszłości, w całkowicie ‘zjednoczonej’ Europie. 

Czyż nie brzmi to zachęcająco? Nawet bardzo. Nic więc dziwnego, że zamówiłam sobie te książkę, kiedy tylko nadarzyła się okazja. Choć przyznaję, że to nie nowość, w końcu wydanie pierwsze opatrzone jest datą... 2001 (a powieść napisana została w 1997 roku). Odkryłam ten tytuł jednak dzięki temu, że pojawiło się w 2013 kolejne wydanie. Ostatecznie zakończyło się na tym, że dostałam to starsze, al dla mnie nie ma to najmniejszego znaczenia – tekst to tekst, niezależnie od okładki, czy wydawnictwa, które go na rynek wypuszcza. Przynajmniej na ogół nie ma to znaczenia. Dostałam zatem i przeczytałam. Cóż mogę napisać?
Powieśc ma niecałe trzysta stron i jeden poważny minus, przynajmniej dla mnie. Przez przynajmniej połowę, nie mamy za bardzp pojęcia, kiedy dzieje się akcja, ani kiedy doszło do wchłonięcia Polski przez sąsiadów. Utrudnia to zrozumienie niektórych rozmów i wyobrażenie sobie świata przedstawionego. Poza tym wszystkie dialogi, które prowadzone są po niemiecku albo rosyjsku przetłumaczone są... na końcu książki. Męczy trochę takie ciągłe wartowanie, nawet jeśli nie jest tego bardzo dużo. Zdecydowanie wolałabym, żeby tłumaczenia znajdowały się na dole, jak zwykłe przypisy, na bieżąco. Ale to właściwie wszystkie słabe punkt tej pozycji, czyli... jest dobrze.
Chyba nikomu tego mówić nie trzeba, ale jednak zaznaczę, że powieść należy do gatunku historii alternatywnych...
Wiemy już, że nie ma Polski. Pewnego dnia Polacy po prostu obudzili się w dwóch różnych krajach i nikt niczego z tym nie zrobił. Europa cicho zgodziła się na taki stan rzeczy. Może nawet delikatnie przyklasnęła? W końcu Polska miała już już wstąpić do NATO, stać się częścią TEJ EUROPY. I nic. Wielkie bu. Jak do tego w ogóle mogło dojść i dlaczego przez dwa dziesięciolecia (bo można wywnioskować, że tyle mniej więcej czasu upłynęło pomiędzy ponownym wymazaniem Polski z map a akcją powieści) nikt nie powiedział głośno "NIE"? Być może zawiązał się jakiś spisek? O tak, Polacy uwielbiają spiski. Kochają doszukiwać się wielkich oszustw, niegodziwych ustaleń, w wyniku których znowu stanęli na pozycji ofiar. Biedni, wiecznie tłamszeni, wciąż oszukiwani, niedocenieni Polacy... Może jednak jest w tym trochę racji, może w tej legendzie o złych sąsiadach i dobrych, nieszczęsnych Polakach tkwi jakieś źródło prawdy???
Pewnego dnia w ręce Michała trafia dokument. Przypadkowo? Kto to wie? W końcu nie znalazł go w skrzynce na listy ot, tak. ktoś mu go obiecał. Ktoś zginął pełniąc rolę kuriera. Czy to był rzeczywiście wypadek? Michał postanawia coś z tym zrobić. Niespodziewanie, z lekko podstarzałego już biznesmena, dla którego najważniejszy jest chyba zysk, staje się pełnokrwistym agentem, który chce dowieść, że Niemcy i Rosjanie (a może nie tylko oni) rzeczywiście zawiązali sojusz, który miał na celu usunięcie niewygodnego sąsiada... Pomoże mu w tym jego ukochana Krystyna. A ścigać ich będą zarówno Niemcy, Rosjanie, jak i Polacy. 
Akcja książki jest wartka i naprawdę czyta się ją jak bardzo dobry kryminał. Zresztą, mówiąc zupełnie szczerze, nie nazwałabym tej książki inaczej, jak właśnie dobrym kryminałem. Owszem, autor uwypukla różne wady Polaków (choć nie szczędzi też ich sąsiadom). Świetnie obnaża nasze narodowe przywary. W tym celu tworzy rozbudowane dialogi i... chwała mu za to. Spowalniają one akcję wówczas, gdy potrzebujemy chwili oddechu po długiej i morderczej ucieczce. Dostajemy wtedy inteligentną rozmowę, na naprawdę wysokim poziomie. Dzięki temu jest to powieść idealnie wyważona. To nie tylko sensacyjno-szpiegowska historyjka, choć raczej literatura z najwyższej półki też to nie jest. Mimo to, bardzo gorąco polecam, ponieważ warto zapoznać się z taką wizją naszego pięknego kraju... I może chwilę zastanowić nad tym, jak niewiele brakowało i... co byśmy zrobili, gdyby jednak wizja Dębskiego okazała się czymś więcej niż fikcją literacką. 
 


Książka przeczytana w ramach Wyzwania





sobota, 1 lutego 2014

Zaczął się luty

Podsumowanie stycznia? 2968 stron przeczytanych. Daje to 12 tytułów skończonych, plus trzy napoczęte. 18,9 cm (a średnio "muszę" miesięcznie przeczytać 15). Pięć książek z wyzwania "Czytam fantastykę". Jedna książka dla projektu "Polacy nie gęsi i swoich autorów mają". Jedna pozycja od Wydawnictwa Białe Pióro, jedna od Sowy, jedna prosto od Autorki, pani Terki. Nawiązana współpraca z Wydawnictwem Białe Pióro. Udzielone dwa wywiady. Zorganizowałam sobie na najbliższy czas ponad 10 książek od wydawnictw i autorów. Czekają Was niespodzianki, bardzo, bardzo ciekawe. Co jeszcze? Przekroczyłam magiczną liczbę 8 tysięcy odwiedzających i to bardzo szybko. Blog zaczyna naprawdę żyć. Mam cel: chciałabym do końca marca dobić do 10 tysięcy. Liczę, że mi w tym pomożecie. No i chyba tyle słowem ogłoszeń parafialnych na pierwszy dzień lutego.