Fragment mojej recenzji został umieszczony na okładce powieści "Skazaniec. Z bestią w sercu" Krzysztofa Spadło

Fragment mojej recenzji „Korony śniegu i krwi” został umieszczony na okładce powieści Elżbiety Cherezińskiej – „Niewidzialna korona” (wyd. Zysk i S-ka)

środa, 30 listopada 2011

Saga Wielkich Rodów - Tom 1 - Tryptyk krwi (cz.8)

Knut przyszedł do niego rano, zaraz po śniadaniu. Przyniósł kilka zdjęć i odręcznie skreślony życiorys Nikołaja Nowickiego. Gdy Mike skończył czytać, wiedział już, że jego ojciec ożenił się dwa lata temu z tą kobietą, która wyrwała go z rąk Knuta poprzednim razem i której nie wolno się było do niego zbliżać. Matka pewnie wiedziała, że to żona Nikołaja i dlatego nie chciała, żeby z nią rozmawiał. Tylko czego ona od niego chciała? Wydawała się miła, ale z tego, co mówił Knut, była wariatką i chciała go porwać. Właściwie, co zrobił Knut, jak nie porwał go właśnie? Obiecał co prawda, że pozwoli mu wrócić do domu, jak tylko opowie mu wszystko o ojcu. Wysłucha teraz uważnie tej historii, a później wróci do mamy. Biedna, na pewno się o niego martwi. Ciekawe, jak bardzo Paul się cieszy, że jego brat gdzieś zaginął?
*
- Co Nikołaj pani o nas powiedział? – zapytała Sara, nalewając do filiżanki kawę. Była strasznie zdenerwowana i trzęsły jej się ręce. Upuściła kilka kropli napoju na obrus, szybko próbowała wytrzeć, zająć się czymś, żeby nie martwić się za bardzo o syna.
- Nic mi nie powiedział. Nawet nie wiem, czy zamierzał. Podobno napisał do pani przed śmiercią, że chce się zobaczyć z Michaelem. Mi nie powiedział niczego, po czym mogłabym poznać, że grozi mu niebezpieczeństwo, albo że ma jakąś rodzinę. Nie wiedziałam ani o pani, ani o Michaelu, ani o Alexandrze. Ale po pani zachowaniu wnioskuję, że pani cały czas znała prawdę.
- Wiedziałam, że się ożenił z tego listu, który napisał na kilka tygodni przed śmiercią. Wcześniej milczał. Wysyłał jedynie pieniądze na utrzymanie Michaela. Ale nie odzywał się od czasu, kiedy się wyprowadził.
- Właściwie nie to miałam na myśli, nie siebie, ale to, kim był i kim jest Mike.
- To wiedziałam. Napisał w liście pożegnalnym. W pierwszej chwili myślałam, że robi sobie ze mnie niesmaczne żarty i po prostu ucieka przed odpowiedzialnością, przed moją ciążą. Ale szybko dotarło do mnie, że nie zmyślał.
- Saro, wiem, że to nie jest dla ciebie łatwe. Przypuszczam, że wołałabyś mnie w ogóle nie oglądać. Ja również nie jestem najszczęśliwsza z powodu tego wszystkiego, czego dowiedziałam się ostatnio o Nikołaju. Ale życie pani syna jest teraz najważniejsze. Musimy ustalić, gdzie i kiedy był ostatnio widziany. I z kim. Jeżeli ma go Knut to sprawa jest bardzo ciężka.
Sara nie wytrzymała i zaczęła płakać. Kiedy była z Nikołajem, życie było zupełnie inne. Była szczęśliwa. On powodował u niej wewnętrzny spokój. Mimo śmierci Johna, potrafiła się odnaleźć, wychować Paula. Wszystko dzięki Nikołajowi. Czy gdyby wiedziała, ile problemów przysporzy jej ten związek, odważyłaby się zaryzykować? Nigdy nie przestała kochać Nikołaja. Miała nadzieję, cichą nadzieję, której starała się pozbyć przez lata – że pewnego dnia zapuka do jej drzwi i stworzą szczęśliwą rodzinę. Gdy dostała list zaadresowany jego pismem, serce zaczęło mocniej bić. Pierwszy raz od ponad sześciu lat się do niej odezwał. Może chciał wrócić… Nie – chciał zobaczyć Michaela. Wystarczy. Przynajmniej pozna syna. Przynajmniej Mike będzie miał okazję spotkać się z ojcem. Nie chciał wrócić, pisał, że grozi mu niebezpieczeństwo i chce zobaczyć syna, zanim będzie za późno. Było za późno… Nie żyje. A teraz zaginął ich synek…
*
Sara zgłosiła na policji zaginięcie Michaela zaraz po wyjściu Magdaleny. Szanse, że to coś pomoże, były jednak nikłe. Jedynie Magdalena widziała Knuta, żaden funkcjonariusz nie posiadał tej zdolności. Nadzieja w tym, że któryś z nich odnajdzie jego towarzyszkę.
- Kim ona jest, Alexandrze, ta dziewczyna, którą spotkałam na lotnisku? Czy ona mu pomaga? – Magdalena pamiętała, jaki strach wzbudził w niej Knut i zastanawiała się już od tamtej chwili, jak to możliwe, że nie wzbudzał go w tej małej.
- Niezupełnie mu pomaga. To znaczy teraz już zapewne tak. I jeśli to on ma Michaela, to ani się nie obejrzymy i chłopak też będzie po jego stronie. Dlatego tak ważne jest, byśmy się pospieszyli. Knut… potrafi tak zawładnąć cudzym umysłem, że człowiek zrobi dla niego wszystko. Jest bardzo niebezpieczny. Chiara… dla niej nie ma już szans.
- Znasz ją?
- Trudno tak powiedzieć. Widziałem ją, kiedy miała zaledwie kilka dni. Później już nie.
- Po co jest potrzebna Knutowi? Myślałam, że zależy mu jedynie na Nowickich.
- Ona jest Nowicką. Jest córką mojej siostry, Konstancji.
*
Po śmierci bliźniaków Konstancja zupełnie się załamała. Nie mogła jeść, pić, spać. Alessio był przy niej cały czas, ale bywały chwile, kiedy szczerze pragnął znaleźć się gdzieś daleko. Również przeżył boleśnie śmierć synów. Winnego wypadku nie odnaleziono. Policja obiecywała, że robi, co w jej mocy, ale to nie wystarczało. Ich dzieci nie żyły.
Zostawił Konstancję samą, gdy tylko tabletki nasenne poskutkowały i poszedł do pokoju Chiary. Mała leżała w kołysce, zupełnie nieświadoma, jaka tragedia wstrząsnęła jej rodziną. Spojrzał na córeczkę i ucałował ją w czółko.
- Mamusia też cię kocha, Chiaro. Jak tylko wyzdrowieje, znów będzie z tobą. Uratujemy ten dom i znowu będziemy szczęśliwi. Oboje ciebie kochamy.
*
- Boże, ilu was jest? Myślałam, że Nikołaj był jedynakiem, a nagle okazuje się, że było was… ilu? – To już przechodziło ludzkie pojęcie! Skoro było ich tak wielu, to czy nie mogli jej tego powiedzieć od razu? Jaki był sens ukrywania tego, zastanawiała się Magdalena.
- Wielu… Ale tylko troje dotrwało do współczesnych czasów. Julek zginął jako dzieciak, podobnie wiele innych. Inni umierali w kwiecie wieku, jak nasz brat Pietia. Jedynie Nikołaj, Konstancja i ja przeżyliśmy tak długo. Dwoje dzieci Konstancji już nie żyje, a skoro Chiara przebywa od jakiegoś czasu z Knutem to znaczy, że nie ma już dla niej ratunku. Został już tylko Mike. On jest ostatnim z nas, Magdaleno. Ja nie jestem ważny – wcześniej czy później umrę, a dzieci mieć nie mogę. Mike jest ostatnią nadzieją na to, że nasz ród nie zginie.
*
- Teraz już wiesz wszystko. Przynajmniej wszystko, co musisz wiedzieć w tej chwili. Resztę sam zobaczysz.
- To nieprawda! – krzyknął Mike. Nie wierzył w to, co mu powiedział Knut. Może miał rację co do Nikołaja – skąd mógł wiedzieć, skoro nigdy go nie poznał, ale nie Sara. Nie matka. Knut się mylił. – Moja mama jest dobra i mnie kocha – w głębi duszy zawsze miał żal do ojca, że ich tak zostawił. Pieniądze nie rekompensowały jego braku. – Moja mama mnie kocha.
- Kocha? Jesteś tego pewien? – Knut wyprosił Chiarę z pokoju jedynie ruchem ręki, nawet nie odwracając głowy od chłopca. – Dlaczego więc udaje, że nic nie widzi? Dlaczego pozwala na to, żeby Paul cię krzywdził?
- Mama nie wie. Ona myśli, że jestem taki niezdarny i ciągle się przewracam, albo wchodzę w ściany. Zawsze jej tak mówię, a ona mi wierzy. Ona mnie kocha. Mylisz się co do niej.
- Jest twoją matką. Powinna widzieć, czuć, że dzieje się coś złego, że ktoś cię krzywdzi. Nie jest przecież ślepa i głucha. Udaje, że ci wierzy, bo chroni Paula. Bo kocha go bardziej. Jest synem jej męża, a ty jedynie wpadką z innym mężczyzną, który na dodatek ją zostawił. Przypominasz jej o tym. Że był i odszedł. Rozumiesz? Przecież czujesz, że całe życie coś przed tobą ukrywa. Dlaczego nie chciała ci opowiedzieć o ojcu?
- To nieprawda, nieprawda – zaczął chlipać. Tak, nie chciała mu powiedzieć o ojcu, ale musiała mieć swojej powody. Przecież nie robiła tego po to, by sprawić mu przykrość. Teraz wiedział, że Nikołaj się ponownie ożenił i pewnie to jeszcze bardziej dobiło matkę. Z pewnością chciała mu wszystko powiedzieć, kiedy trochę podrośnie. – Mama mnie kocha…
- Nie rycz, jesteś mężczyzną. Mażesz się, jak baba – uderzył Michaela w twarz i obserwował, jak zareaguje. Mike spojrzał na niego pełen złości i przejechał dłonią po policzku – wszelki ślad uderzenia natychmiast zniknął. „Nawet nie wiedzą, jaki on jest nadzwyczajny” – pomyślał Knut i uśmiechnął się pod nosem.

wtorek, 29 listopada 2011

Rok 1661 - Yves Jego Denis Lepee




Francja Ludwika XIV, walka o władzę, dworskie intrygi, stawiający zawsze kropkę nad „i’ dostojnicy kościelni. Do tego wszystkiego teatralni aktorzy i młody Gabriel, który dla ziszczenia swych marzeń porzucił rodzinny, szlachecki dom i postanowił grać na deskach paryskiego teatru oraz jego ukochana Louise, królewska nałożnica.
Rzecz zapowiadała się rewelacyjnie, niestety… znudziła mnie, zmęczyła i kiedy ją skończyłam, czułam ulgę, że nie jest dłuższa. Mimo wszystkich tych zachęcających elementów, całość była przedstawiona po prostu nieładnie. Nie przypadł mi do gustu żaden z bohaterów, a to już bardzo dziwne, ponieważ nie jestem pod tym względem nazbyt wymagająca. Nie chodzi nawet o to, że lubię jedynie pozytywne postaci. Często zdarza się, że wolę w powieści „czarny charakter”. W „Roku 1661” wszyscy bohaterowie zdawali się pokazani jednakowo. Nawet Król-Słońce nie odbiegał daleko od reszty dworzan, czy nawet trupy teatralnej. Być może taki był zamysł autora – pokazać Ludwika jako zwykłego człowieka. Jednak nie mogę się z tym pogodzić – to władca nieprzeciętny, postać barwna i nietuzinkowa, co należy wykorzystać. Skucha…
Ciekawie zapowiadał się wątek tajemniczej teczki, którą rabusie niechcący zagubili z teatrze i tym sposobem dostała się w ręce Gabriela. Muszę przyznać, że i tu moja ciekawość szybko przerodziła się w niecierpliwość. Najbardziej interesujący i rzeczywiście wciągający był wątek związany z ojcem Gabriela.
Uczucie Gabriela do Louise i jej zapatrzenie we władcę? To byli dorośli ludzie, którzy zachowywali się jak nastolatki. Ich niezdecydowanie mnie nie przekonało. Krótko i zwięźle – można przeczytać w ciemny i chłodny zimowy wieczór, jeśli rzeczywiście nie ma już niczego innego.
Życzę, byście nie zgodzili się z moją opinią po zakończeniu powieści.
Na pocieszenie – książka ładnie prezentuje się na półce, ponieważ ma naprawdę ptrzepiekną okładkę.

Tajemnica trzynastego apostoła - Michel Benoit



Jeden ze znajomych (przeczytał tę powieść tuż po mnie) powiedział po jej zakończeniu, że autor musiał bardzo nienawidzić Kościoła. Szczerze mnie ta opinia zaskoczyła. Owszem – książka przedstawia wiele tez niezgodnych z nauczaniem Kościoła, jednak nie ma w niej nienawiści. Po pierwsze – to przede wszystkim powieść sensacyjna z głównym wątkiem religijnym. Po drugie – daje dużo do myślenia, ale daleka jest od „nawracania”. Po prostu – każe się zastanowić nad tym, co przyjmujemy za oczywiste i jasne. Jestem osobą wierzącą i wcale nie czuję się urażona historią opowiedzianą w „Tajemnicy trzynastego apostoła”. Zacznijmy jednak od początku.
Liczbę i imiona uczniów Chrystusa znamy z czterech Ewangelii. Dzisiaj jednak każdy przeciętnie inteligentny człowiek zdaje sobie sprawę, że ewangelii spisano znacznie więcej i te, które zostały przyjęte do „kanonu” to jedynie wycinek historii. Pozostałe księgi, zwane apokryfami, znacznie poszerzają naszą wiedzę o początkach chrześcijaństwa – chociaż niektórzy nadal negują ich autentyczność (już nie samo istnienie, ponieważ stało się to niemożliwe).
Dan Brown przekonywał nas swego czasu, że jednym z apostołów była Maria Magdalena, co oznaczało, że Jezus zrównał kobietę z mężczyzną. Michel Benoit idzie w jeszcze innym kierunku. Co, jeśli apostołów było więcej i jakie mogło to mieć znaczenie dla dziejów Kościoła?
Czasy współczesne. Pociągiem z Rzymu do Paryża podróżuje ojciec Andriej. Ginie w tajemniczych okolicznościach. Wyjaśnienia sprawy podejmuje się jego przyjaciel, ojciec Nil. Znajdzie ją w manuskrypcie sprzed dwóch tysięcy lat, z którego dowie się o istnieniu wykluczonej ze społeczności pierwszych chrześcijan sekcie Nazareńczyków i trzynastego ucznia Jezusa. To ten właśnie bogaty i wpływowy człowiek zapewnił Jezusowi poważanie niektórych ważnych osobistości, a Judaszowi… wystąpienie przed Sanhedrynem i oskarżenie Nauczyciela. Istnienie trzynastego apostoła – ukochanego ucznia Jezusa, o którym znane nam Ewangelie wspominają niejeden raz (przyjmuje się, że mowa jest wówczas o Janie) zmienia całkowicie postrzeganie pierwszych lat nowej wiary. Dlaczego jednak Kościołowi przez wieki tak bardzo zależało na jego ukryciu, że został całkowicie wymazany ze stronic historii? O tym już w samej powieści.
Przyznaję, że przypadło mi do gustu znacznie bardziej, niż powieści Dana Browna (które – swoją drogą – są ciekawe i które lubię). Autor ten bowiem ma brzydki nawyk robienia z czytelnika przygłupa, który w niczym się nie orientuje i dla którego to, co on napisze musi być wielkim odkryciem. Otóż, Panie Brown – Europejczycy są mądrzy i niektóre z Pańskich teorii są nam znane od lat, nie mówiąc już o historycznych prawdach, o których uczymy się już w szkole podstawowej, a które Pan przedstawia jako sensacje znane jedynie wybitnym specjalistom w danym temacie. Benoit tego nie robi i ma nas za równych sobie i to mi się bardzo podoba. Jeśli przedstawia coś nowego, to czuć rzeczywiście powiew świeżości. Piąteczka z plusem.

Ale zbaw nas ode złego - Romain Sardou



Uwielbiam kryminały. Interesuję się historią Kościoła. Zastanawiają mnie cuda, święci i relikwie. Powieść Sardou jest dla mnie idealna – nie będę więc w pełni obiektywna w ocenie, ale któż i kiedy jest w takich sytuacjach?
Już sama okładka – co prawdopodobnie nie jest zasługą autora – jest zaskakująca i intrygująca. Mnie w każdym razie do dzisiaj intryguje, a minęło już kilka miesięcy odkąd powieść przeczytałam i odstawiłam do biblioteczki. Warto się jej przyjrzeć i się nad nią chwilę zastanowić.
Fabuła dzieje się w latach osiemdziesiątych trzynastego wieku. Przedłuża się trwająca od kilku miesięcy sediwankacja (okres między opuszczeniem papieskiego tronua ponownym jego obsadzeniem). Rzym to miasto pełne zdrad, nienawiści i ukrytych planów w planach, których mistrzem jest kardynał Artemidore de Broca.
Zupełnie odmienne jest Cantimpre,, w którym pasterzem dusz jest młody i piękny ksiądz Aba. Niewielka wioska jest w całej okolicy znana jako miejsce cudów. Sielankowe (o ile tak można nazwać średniowiecze) życie jej mieszkańców zostaje zburzone w chwili, gdy na księdza i nauczane przez niego dzieci napadają tajemniczy mężczyźni w czerni i porywają jednego z chłopców, a jego poważnie raniąc, na zawsze już odbierają piękną twarz i jedno oko. Od chwili przebudzenia Aba postanawia odbić chłopca(swojego synka!), rusza więc w drogę – z pokaleczoną twarzą i czarną opaską na oku.
W tym samym czasie poznajemy Benedicta Gui – znanego w stolicy Piotrowej z inteligencji, sprytu i pomysłowości człowiek zaczyna nowe śledztwo. Dzięki, tak dobrze nam znanej z powieści o Sherlocku Holmesie powieści, sztuce dedukcji próbuje wyjaśnić tajemnicze zniknięcie młodego mężczyzny, który był pomocnikiem kardynała Rasmussena, Promotora Sprawiedliwości w pracach dla Świętej Kongregacji.
Co wiąże te historie i dlaczego tajemniczy mężczyźni w czerni porywają w okolicy dzieci w różnym wieku, które zdają się mieć zdolności ponad ludzką miarę? Jakie miejsce w tym spisku przeciw (czy na pewno przeciw?) bezbronnym ma córka de Broci?
To opowieść o determinacji, intrygach, grzechach i cudach, a także o ojcowskiej miłości i sile umysłu. Spiski i oszustwa rzymskich dostojników przeciwstawiono czystość i niewinność dzieci. To jednak nie jest historia o dobrych i złych – nikt tu nie jest płytki i jednoznacznie określony. Ojciec Aba – ksiądz z małej mieściny, który kocha Boga ponad wszystko, jest skromny i spełnia się w posłudze bożej zmienia się pod wpływem jednego wydarzenia, stając się żądnym zemsty ojcem, dla którego liczy się jedynie odbicie synka i zniszczenie tych, którzy są odpowiedzialni za jego porwanie.
To wciągająca i pasjonująca opowieść, w której tajemnicze siły współistnieją ze zwykłymi ludzkimi słabościami, tworząc niesamowity krajobraz średniowiecznego kraju pełnego zabobonów. Osobiście – zamierzam zajrzeć do pozostałych książek autorstwa Romaina Sardou,

poniedziałek, 28 listopada 2011

The Last Days of Krypton - Kevin J. Anderson



Historię Supermana każdy z nas – lepiej lub gorzej – zna. Zakładając nawet, że nie mielismy nigdy w rękach żadnego komiksu – jest to postać tak popularna, że nie sposób sobie wyobrazić kogokolwiek, kto nie wiedziałby kim i skąd jest Clark Kent. W “The Last Days of Krypton” (czyli jednym słowem – “Ostatnich dniach Kryptona”) poznajemy przyczyny, dla których chłopiec został wysłany na Ziemię i co tak naprawdę stało się z jego rodzinną planetą. Kevin J. Anderson w piękny sposób opowiada nam baśń o Kryptonie i jego mieszkańcach.
Poznajemy więc trochę szalonego naukowca, Jor-Ela i jego wielką miłość, piękną Larę – rodziców Kal-ela (dla tych, którzy jakimś dziwnym zrządzeniem losu nie wiedzą – tak brzmi kryptońskie imię Supermana). Razem z nimi oglądamy rozwijającą się planetę, jej ludność, zwyczaje, tradycje i… złe nawyki, które pewnego dnia doprowadzą do zagłady całego ludu. Mamy również okazję zrozumieć, skąd wzięła się nienawiść pomiędzy Jor-Elem i generałem Zodem, który przecież nie raz jeszcze pojawi się w znanych nam historiach o Supermanie. Zwiedzając piękne miasto Kandor i ruiny tajemniczego Xan City nie jeden raz czułam na ciele ciarki. Opisy są tak skonstruowane, że miałam wrażenie, jakbym po Kryptonie wędrowała wraz z bohaterami historii. To piękny świat i prawdziwy żal ściska serce, że przepadł (naprawdę, zapomina się, że to jedynie fikcyjna planeta). Wzruszyłam się wielokrotnie, nie tylko wtedy, gdy Jor-El i Lara wysłali małego synka w nieznane. Jest to wspaniała historia, pełna barwnych, pełnowymiarowych postaci, bogata w opisy nieprzeciętnych miejsc, intryg i namiętności, a także niepospolitych wynalazków. Krypton oraz główni bohaterowie powieści mają tak samo wielki wpływ na późniejszą osobowość Człowieka ze Stali, jak Marta i Jonatan Kentowie (a to dzięki systemom zamontowanym w kapsule, którą ostatni Kryptonianin – tak to sie chyba powinno po polsku mówić – dotarł do swego nowego domu).
Nie sposób także nie docenić okładki, która jest prawdziwym majstersztykiem. Osobiście po raz pierwszy widziałam okładkę tego typu. Być może w Stanach jest to popularne, u nas jednak pachnie jeszcze nowością, mimo że technika jest mi znana już od lat 90 (pamiętam linijki, które można było oglądać w ten sposób). Gratuluję pomysłowości w zastosowaniu – dodaje powieści charakterku i… rzeczywiście zapowiada historię z obcej planety.
Mam szczerą nadzieję że pewnego dnia doczekamy się polskiego tłumaczenia.

piątek, 25 listopada 2011

Ostatni papież - Luis Miguel Rocha






Kolejny kryminał z religią w tle (a może roli drugoplanowej?). Porywający wyścig z czasem i ścigającymi główną bohaterkę mężczyznami przerywany jest znacznie spokojniejszą historią Jana Pawła I. Co ciekawe – opowieść o papieżu opowiedziana jest od tyłu – najpierw czytamy o jego śmierci, następnie dopiero o początkach jego posługi na tronie piotrowym, później wcześniejsze losy. Jest to bardzo interesujący zabieg, dodający całej powieści smaczku.
Przed kim i dlaczego ucieka dziennikarka Sarah Monteiro? Czym jest tajemnicza organizacja P2 i dlaczego na jej liście znalazło się nazwisko ojca naszej bohaterki? Kim jest przystojny mężczyzna, który jej pomaga? To tylko niektóre z pytań, które nasuwają się przez blisko czterysta stron. Jednak najważniejsze pytanie zadajemy już sobie na początku – jak naprawdę doszło do śmierci papieża? Czy umarł z przyczyn naturalnych?
To fascynująca powieść o kulisach – podobno istniejącej po dziś dzień – tajnej organizacji kościelnej zrzeszającej wielu prominentnych biznesmenów i polityków – ludzi, którzy mają rzeczywistą władzę i od których zależy nasza codzienność (z czego, oczywiście, nie zdajemy sobie sprawy). Zabieg polegający na pokazaniu posługi papieskiej od jej zakończenia do początku bardzo przypadł mi do gustu – zaskoczył z pewnością na początku, ale okazał się bardzo udany. Jest swego rodzaju lustrzanym odbiciem szybko biegnącej do przodu akcji, którego uczestniczką jest Sarah.
Minusy? Ja, niestety, bardzo szybko domyśliłam się tożsamości tajemniczego przystojniaka, który uratował naszą bohaterkę.
Książka jest napisana ładnym językiem, ma dużo zwrotów akcji, próbuje odpowiedzieć na pytanie, które ludzie zadają sobie od przeszło trzydziestu lat. Poza tym jej autor daje nam do zrozumienia – mniej lub bardziej bezpośrednio – że chociaż historia Sarah jest fikcyjna, to P2 istnieje rzeczywiście i… trzyma jeszcze w ręku niejednego asa.
Polecam, jako dobrą lekturę dla osób, które lubią kryminały. Nie należy jednak liczyć na głębokie przemyślenia w czasie czytania, czy po jego zakończeniu – to powieść akcji.

czwartek, 24 listopada 2011

Pałac Północy - Carlos Ruiz Zafon



Kolejna powieść Carlosa Ruiza Zafona zaskoczyła mnie swoją scenerią. Przywykłam już, że autor swe historie umiejscawia w Hiszpanii, skąd pochodzi. Pałac Północy z kolei rozgrywa się w dalekich Indiach, należących jeszcze do Korony Brytyjskiej (historia opowiada o wydarzeniach pomiędzy 1916 a 1932 rokiem).
Tym razem zacznę od krytyki, a zakończę wisienkami na torcie czekoladowym. Najbardziej nieprawdopodobne w tej powieści zdają mi się sceny, które autor z pewnością zaplanował sobie jako realne. Z punktu widzenia jako takiej wiedzy historyczno-społecznej nie mogę sobie zupełnie wyobrazić, jak to się stało, że:
- jesteśmy w Indiach
- mamy pierwszą połowę dwudziestego wieku
- nasi bohaterowie zamieszkują dom dziecka…
a jednocześnie mają dostęp do archiwów miasta, potrafią czytać w językach obcych i nieraz czynią nawiązania do europejskiej kultury, których nie powstydziłby się dobrze wykształcony, współczesny nam dorosły. Oj, chyba wodze fantazji tym razem pana Zafona zapędziły w kozi róg. Trudno sobie wyobrazić nawet nastolatki z bogatych domów, które maja taką wiedzę i znajomości, a co dopiero wychowanków domu dziecka, czyli w tamtych czasach i tamtym kraju – przechowalni dla biednych, pokrzywdzonych losem istot, które po wyjściu z niej skazane były na dozgonne żebractwo.
Tyle moich krytycznie niepochlebnych uwag. Poza tym powieść jest urzekająca i prawdziwie magiczna, a nadto bardzo wzruszająca. Otóż paczka szesnastolatków ma wkrótce opuścić dom dziecka, w którym się wychowali. Od lat zbierają się po nocach w tajemniczym Pałacu Północy, jako Chowbar Sociey – klub młodych, którzy poprzysięgli sobie zawsze pomagać. Klub ma właśnie zostać rozwiązany, a nasi bohaterowie rozjechać się po kraju. Tymczasem u dyrektora placówki pojawia się stara kobieta z wnuczką i tej nocy wszystko ma ulec zmianie.
Tajemnice rodzinne, kłamstwa dla dobra sprawy, groza oraz bezgraniczna i bezwarunkowa miłość córki do ojca, którego nie miała okazji spotkać… wszystkiego tego dostarczają nam kolejne stronice powieści, pokazując jednocześnie mroczną Kalkutę, w której za każdym rogiem czyha niebezpieczeństwo.
Jak zakończy się ta przygoda i czy rodzina zostanie w końcu zjednoczona i uratowana przed wiszącą nad nią od szesnastu lat klątwą? Zapraszam do lektury.

Wedding Silk - Brian Herbert i Kevin J. Anderson




Historia opowiadania „Wedding Silk” wyjaśnia w pewnym stopniu niektóre argumenty, które przytoczę poniżej, w związku z czym wspomnę o niej. Początkowo był to jeden z rozdziałów jednej z najnowszych powieści Briana Herberta i Kevina J. Andersona – „Paul of Dune” (polskie tłumaczenie – „Paul z Diuny”). Przy jednej z ostatnich korekt autorzy postanowili jednak wyekstraktować ją w osobne opowiadanie, tłumacząc, że niewiele wnosiła do całości. Mieli rację – w gruncie rzeczy nie wiem, jaki był cel opisania tego zdarzenia z młodości Paula.
Muszę przyznać, że ostatnie trzy, może cztery akapity są ciekawe psychologicznie i mają jakieś znaczenie w kształtowaniu się osobowości przyszłego Imperatora. Reszta natomiast – jest przygodową historyjką, w której główni bohaterowie walczą z wielkimi… ćmami. Przez pierwsze dwie strony czułam się, jakbym czytała opis ze świata „Avatara” i choć było to ładne – nie pasowało do uniwersum Diuny.
Być może, gdybym była już po przeczytaniu powieści, łatwiej byłoby mi połapać się, o co w tym wszystkim chodzi, ale niestety jeszcze się do niej nie zabrałam. Oznacza to, że z czterech bohaterów tego opowiadania dwóch było dla mnie zupełnie nowych i nie bardzo potrafiłam ich jakoś dopasować i umiejscowić na planecie Ekaz. Ponadto pomysł ślubu księcia Leta wydaje mi się w ogóle nietrafiony (domyślam się, że w powieści więcej o nim przeczytam), gdyż nigdy nie było o nim wspomniane w oryginalnym Sześcioksięgu. Już wcześniejszy jego związek opisany w Rodach wydawał się stworzony na siłę, ale ciekawie opisany, więc przymknęłam oko, ale kolejny? Nie, Panowie, chyba nie najlepsza formuła.
Cóż, może jeszcze do „Wedding Silk” powrócę po przeczytaniu całej powieści i wtedy inaczej spojrzę na to – króciutkie przecież – opowiadanie. Na razie jednak uważam, że jest ono najsłabsze ze wszystkich, które napisali kontynuatorzy Franka Herberta. Mimo wszystko liczę, że opowiadanie zostanie przetłumaczone na język polski.

wtorek, 22 listopada 2011

Saga Wielkich Rodów - Tom 1 - Tryptyk krwi (cz.7)

- Znałeś ich? – zapytała Magdalena, biorąc do ust kanapkę. Nie chciała, żeby Alexander wiedział, jak bardzo boli ją to wspomnienie. – Znałeś Julka i jego ojca?
- Znałem… – odpowiedział i przysiadł się. Siedział chwilę zadumany, pogrążony we własnych myślach i jakby przygnębiony tym pytaniem. – Julian był naszym najmłodszym bratem. Nie wiedziałem, że go znałaś.
- Bratem – wyszeptała z niedowierzaniem. Kolejny brat. To nie mógł być przypadek. Ta rodzina zdawała się ją prześladować od najmłodszych lat. – Czy Nikołaj wiedział, że znałam Julka?
- Nie sądzę. Nie odzywał się do mnie od bardzo dawna, ale gdyby wiedział, powiedziałby mi o tym. Julian był naszym ulubieńcem. Stosunki z Nikołajem popsuły się właśnie po jego śmierci. Nie potrafił wybaczyć ojcu, że do tego dopuścił. Wówczas właśnie odsunął się od rodziny.
- Przecież byliście wówczas dziećmi…
- Ledwie mogę oddzielić czasy, kiedy byłem dzieckiem od tych, które pamiętam poprzez krew moich przodków. Nie wyglądam na swój wiek, Nikołaj też starzał się nieco wolniej niż zwykli mężczyźni. Kiedy urodził się Julek, obaj byliśmy już dorosłymi mężczyznami. Nikołaj podjął decyzję, że opuszcza rodzinę, ja zostałem.
- Ile masz lat?
- Powiedzmy, że pamiętam jeszcze dwóch poprzednich Strażników.
*
Alexander powiedział już Magdalenie to, co powinna wiedzieć. Więcej naprawdę nie musiała. Kiedy ten koszmar się skończy, będzie mogła odejść i zapomnieć. Alexander też nie musi wiedzieć wszystkiego. Fiodor obiecał Nataszy zachować tę tajemnicę i dotrzyma słowa. Jak zawsze. Poza nim zna ją jedynie i tylko częściowo Knut. Nie może dopuścić, żeby Alexander się dowiedział. Ta tajemnica pójdzie z nim aż do grobu.
*
- Masz dzieci, Alexandrze? – jedno niewinne pytanie, a zabolało jak kula armatnia wystrzelona prosto w serce.
- Nie…
- Dlaczego?
- Nie każdy może mieć dzieci, Magdaleno. Czasami…
- Przepraszam, myślałam, że wy wszystko możecie – poczuła się głupio. Nie chciała mu dopiec, ale nie wiedziała, jak zareagować. Pamiętała, jak rozmawiali z Nikołajem o dzieciach. Czuła wówczas, że dla niej nadszedł już czas, a mąż chciał jeszcze czekać. Mówił, że nie jest jeszcze gotowy, że są za młodzi. W jego wieku… Tymczasem miał syna, już nie tak małego syna. Kto wie, czy wcześniej już nie miał innych dzieci. Być może miał, tylko nie przeżyły do dzisiaj. Alexander natomiast nie posiadał potomstwa i widziała, że go to boli i jest mu z tym ciężko.
- Nikt nie może wszystkiego.
*
Skąd mógł wiedzieć, że to jego wina? Że to on nie może mieć dzieci, a nie jego żona? Winił ją za to, że mimo tylu lat małżeństwa nie dała mu potomka. Sonia się starzała, niedługo będzie musiał odejść – zanim się spostrzeże, że on nie posuwa się wiekiem, tak jak ona. Zanim ktokolwiek zauważy. Kochał ją, a jednak nie mógł jej wybaczyć, że nie dała mu syna. Albo chociaż córki – dziecka, któremu pewnego dnia przekaże całą swoją wiedzę.
Kniaź zbierał wojów. Zabierze się z nimi. Przynajmniej Sonia nie będzie cierpiała myśląc, że ją opuścił. Pomyśli, że zginął gdzieś w bitwie. Tak będzie dla niej lepiej. Chociaż tyle spokoju może jej dać. Za jakiś czas o nim zapomni i być może na stare lata znajdzie innego mężczyznę. On też za kilkadziesiąt lat zapomni. Ożeni się ponownie, założy rodzinę, tym razem spłodzi potomka.
*
- Minęło kilkaset lat, zanim dotarło do mnie, że wina leży po mojej stronie, a nie moich… – zastanawiał się, jak wiele chce jej powiedzieć. Z resztą teraz to już nie ma znaczenia. Magdalena wiedziała już tyle, że jedna informacja więcej czy mniej nie zrobi różnicy. Tylko od niego zależało, czy zechce się z nią dzielić swoją historią. Fiodor nie miał powodów, by protestować.
- Kobiet…
- Moich żon.
Tyle setek lat… Ile żon pochował? Od ilu odszedł? Ile kobiet musiało przez niego cierpieć i ile on sam musiał wycierpieć przez to, że one zawsze umierały, a on zostawał sam? Sam i bez dzieci. Teraz znów został sam na świecie, nie żyją również jego bracia. Z całej rodziny pozostał mu jedynie bratanek, Mike. I był w niebezpieczeństwie, a ona jeszcze się zastanawiała, czy mu pomóc.
- To kiedy zamierzasz złożyć Sarze kolejną wizytę?
- Przecież wiesz, że nie mogę, Magdaleno.
- Ty nie, ale ja mogę. Powiedz tylko, kiedy. Muszę sobie przemyśleć, co jej powiedzieć.
Wstał i ukłonił się. Nadal był rycerzem kniazia. Złożył mu przysięgę na wierność aż do śmierci. Jeszcze żył. Nie wiadomo, jak długo, ale jeszcze żył. I nie zamierzał łamać przysięgi. Choćby miała się już teraz ograniczać jedynie do pewnych gestów i zachowań czysto grzecznościowych, których nauczył się w zamku.
- Dziękuję, nigdy ci tego nie zapomnę.
*
Telefon Magdaleny zszokował Sarę, która nie spodziewała się, że tamta kobieta będzie jeszcze chciała z nią rozmawiać. Najbardziej zmartwiło ją to, że nie ma u niej Michaela. Minęła już cała doba odkąd był ostatnio widziany w szkole. Musi zadzwonić na policję i zgłosić zaginięcie. Chciała to zrobić natychmiast po rozmowie z Magdaleną, jednak zgodziła się poczekać na jej przyjazd.
Umówiły się na czwartą popołudniu. Poprosiła Paula, żeby pojechał zrobić większe zakupy, aby mogły porozmawiać bez świadków. Wolałaby uniknąć jakiegokolwiek kontaktu z żoną Nikołaja, ale teraz chodziło o bezpieczeństwo Michaela. Być może nawet o jego życie.

Światło minionych dni -sir Arthur Charles Clarke i Stephen Baxter



Urządzenie do podglądania przeszłości to pomysł chyba tak stary, jak sama fantastyka. Jednak genialny duet Clarke/Baxter pokazali nam nowy wymiar takie odkrycia.
Na ten tytuł trafiłam zupełnie przypadkiem w jednym z amerykańskich czasopism fantastycznych. Było to opowiadanie Boba Shawa – niedługie, ale bardzo interesujące. Przeszukując później Internet, dowiedziałam się, że mój ulubiony Clarke napisał powieść zainspirowaną tym opowiadaniem i od razu niemal dokonałam zakupu. Nie przeliczyłam się – to powieść na miarę tak wielkiego autora, jak sir Arthur.
Strach pomyśleć, co by się stało, gdyby na świecie rzeczywiście pojawił się taki Hiram Patterson, nasz główny bohater i jego wynalazek. Nie sposób przewidzieć licznych komplikacji, które przyniosłoby takie odkrycie. Jedna z hipotez pokazują Clarke wespół z Baxterem. W świecie, gdzie w każdej chwili można zajrzeć w przeszłość – nie ma już żadnych sekretów, ani… prywatności. Człowiek jest właściwie osaczony przez swoje wczoraj.
Cudowne odkrycie dla każdego ciekawego historii. Gdyby dzisiaj powiedziano mi, że taki wynalazek można sobie sprawić – byłabym przepełniona radością i z pewnością w pierwszej chwili zapomniałabym od następstwach takiego szperania w przeszłości (pomijając nawet powszechnie znany paradoks dziadka). Gdyby wystarczyło jedynie (Chryste, jedynie?) zajrzeć w tunel podprzestrzenny (tzw. wormhole) i zobaczyć cokolwiek w przeszłości… Marzenie. Pamiętajmy jednak, ze marzenia są piękne między innymi dlatego, że czasami na zawsze pozostają marzeniami, a ich ziszczenie może okazać się prawdziwa tragedią. I tak też dzieje się w tej powieści. To, co miało być cudowne okazuje się dla wielu zgubne. Łatwo bowiem zagubić się w przeszłości i zatracić siebie samego.
Nic dodać, nic ująć. Powieść wciąga od pierwszych stron, stopniując napięcie na każdej kolejnej. Autorzy doskonale wszystko przemyśleli. Poza tym – sama o tym wiem – nie jest łatwo pisać coś we dwoje. W „Światłach minionych dni” natomiast nie widać tego, ze poszczególne fragmenty są napisane przez różnych autorów. Powieść jest spójna, zarówno stylistycznie, jak i fabularnie. To prawdziwa perełka i – niestety – przedostatnie dzieło prawdziwego artysty fantastyki, jakim jest Clarke.

Perfekcyjna pani domu - Anthea Turner



Lektura trochę innego formatu i niekoniecznie tylko dla pań. Bardzo przydatna w codziennym życiu – ja sięgam co jakiś czas, kiedy zaczynam czuć, że gubię się w moim (niewielkim) mieszkaniu.
Anthea Turner – angielska prezenterka telewizyjna, dziennikarka i pisarka podpowiada nam, jak w prosty, w miarę szybki i mało nieprzyjemny sposób prowadzić gospodarstwo domowe. Razem z nią możemy nauczyć się zdecydowanego porządkowania i zdrowego podejścia do śmieci, które „mogą się jeszcze kiedyś przydać”. Dla mnie osobiście nie było to łatwe i tylko dzięki przeczytaniu tego przyjemnego podręcznika znalazłam w sobie siłę, by pozbyć się kompletnie niepotrzebnych „pamiątek”.
Od ogólnych zasad sprzątania i gromadzenia przechodzimy kolejno przez wszystkie pomieszczenia w domu (oczywiście domu, a nie zwykłego mieszkania i niektóre rady należy potraktować z przymrużeniem oka, jeśli nie ma się osobno np. sypialni i pokoju dziennego), zapoznając się z zasadami utrzymywania w nich ładu. Autorka przedstawia również m.in. domowe sposoby wywabiania plam i czyszczenia różnych powierzchni.
Książka jest wydana w ciekawy sposób – poza głównym tekstem mamy tu liczne ramki, tabelki, listy – bardzo pomocne w zapamiętaniu ciekawostek lub zaplanowaniu działań. Nie widziałam oryginalnej, angielskiej wersji, jednak polska nie zachwyciła mnie pod względem estetycznym. Wydawnictwo nie pokusiło się o tak podstawowe działanie, jak wyjustowanie tekstu. Po dłuższym czytaniu oczy zaczynają boleć od skakania po nim, ponieważ każda linijek kończy się w innym miejscu. To straszliwie przeszkadza i książka, która jest napisana na piątkę z plusem, wydana została na ocenę mierną. Szkoda, szczególnie, że do tanich nie należy i jest bardzo przydatna w każdym domu. Mam nadzieję, że przy kolejnym wydaniu nastąpi w tej kwestii znaczna poprawa jakości.

Wąż snu - Vonda N. McIntyre




Na tylnej okładce powieść skomentował – bardzo pozytywnie – Frank Herbert. Właśnie dlatego całe lata temu kupiłam ją mojemu – wówczas jeszcze chłopakowi – mężowi w prezencie. Do głowy mi wówczas nie przyszło, że ją sama przeczytam. Kilka miesięcy temu pojechaliśmy w podróż poślubną i okazało się, że zabrałam za mało książek, a on miał ze sobą właśnie tę. Pożyczyłam, zaczęłam i… jakie szczęście, że ją wziął na Sycylię. ży się zająć).
Opowieść przenosi nas w smutną przyszłość naszej planety – świata zniszczonego wojną nuklearną, gdzie ludzkość w większości żyje w oazach na pustyni. Gdzieniegdzie jeszcze można w swej wędrówce przez bezkresne piaski napotkać kratery pozostawione przez wybuchające bomby atomowe. W tym świecie ludzie tacy, jak Wężyca są szanowani, poszukiwani, a jednocześnie pozostali obawiają się ich wiedzy, a przede wszystkim węży, dzięki którym leczą.
Wężyca jest młodą uzdrowicielką, niedawno dopiero ukończyła naukę i wyruszyła, by nieść pomoc. Jest jednak niezrozumiana przez ludy, które napotyka w swej wędrówce. Właśnie strach jest powodem śmierci Trawy – węża snu. Być może – poza przywiązaniem i poczuciem obowiązku wobec swych pomocników i podopiecznych – niewiele by to w jej życiu zmieniło. Jednak bez węża snu nie może skutecznie leczyć wielu schorzeń. To on bowiem zsyła na cierpiących kojący sen, który pomaga i przyspiesza kurację. Poza tym – jest to zwierzę bardzo rzadkie i tajemnicze. Nikt na Ziemi nie potrafi – mimo wielu lat prób – doprowadzić tych stworzeń do rozmnażania, pochodzą one bowiem z poza planety.
Długa wędrówka przez piaski, wyścig z czasem i przyjaźń, którą udało jej się zawrzeć, a także lęk przed śledzącym każdy jej krok szaleńcem to tylko część opowiedzianej przez autorkę historii. Najważniejsze bowiem wydaje się przedstawienie samej głównej bohaterki. Jest postacią nieprzeciętną, ciekawą, inteligentną. Jednocześnie silną i zdecydowaną, z drugiej strony czułą, delikatną i pełną współczucia oraz chęci niesienia pomocy. Bycie uzdrowicielką to nie tylko jej zawód, ale prawdziwe powołanie i życiowa misja.
Vonda McIntyre przedstawia nam smutną planetę, która właściwie dogorywa. Ludzie dawno już uwstecznili się – żyją w namiotach na pustyni, nie umieją czytać, wytwarzają prymitywne sprzęty. Oczywiście istnieją również miasta, w tym to, do którego podąża Wężyca. Tam życie toczy się w trochę innym trybie, jednak mieszkają w nich jedynie wybrańcy, a nowi przybysze nie są przyjmowani chętnie. Wężyca jest swego rodzaju iskierką nadziei na to, że jednak umysł nadal ma znaczenie, a dobre serce potrafi zwyciężyć nawet chorobę.
To pięknie napisana historia, mądra, niekiedy wzruszająca, dająca do myślenia, pokazująca trochę inny punkt widzenia. Przyznaję, że w pamięć najbardziej zapadła mi scena tuż po śmierci Trawy – gdy Wężyca pyta, dlaczego zabili jej węża i stwierdza, że było to jedynie malutkie zwierzątko, które pomagało ludziom czuć się lepiej. Myśl, którą można na co dzień mieć o chomiku, króliku, czy innym puchatym stworku, raczej nie o gadzie. Trochę zmieniło moje widzenie świata.
Zaskakujące rozwiązanie zagadki rozmnażania węży snu potęguje odczucie, że na co dzień żyjemy według stereotypów, często nie dopuszczając w ogóle możliwości tego, że świat jest znacznie bardziej skomplikowany, niż nam się wydaje.
Czyta się właściwie jednym tchem. Szkoda tylko, że w Polsce ta powieść jest tak mało popularna i nie wznawiana od lat.

Koniec dzieciństwa - sir Arthur Charles Clarke



W końcu się przemogłam i poczułam gotowa, by przedstawić Wam jedną z najciekawszych powieści Arthura Charlesa Clarke’a, którą czytałam, a czytałam ich naprawdę wiele.
„Koniec dzieciństwa” (przeczytałam go już trzy razy) powstał w latach 50 ubiegłego wieku, kiedy to temat przybyszów z kosmosu był wciąż żywy wśród społeczeństw rozwiniętych. Obawa przed najazdem „kosmitów” powodowała, że powstawało wiele książek i filmów, których głównym wątkiem był atak z przestworzy. Wiele z nich zostało do dzisiaj zapomnianych i odłożonych do lamusa, jednak powieści sir Arthura do nich z pewnością nie należą. Mimo blisko sześćdziesięciu lat i upadku ZSRR, „Koniec dzieciństwa” pozostaje niesamowita historią, napisaną z rozmysłem, rozmachem i przy użyciu pięknego języka.
Trwa zimna wojna, mocarstwa ścigają się w zbrojeniach, a stawką jest olbrzymia władza. Które z nich zwycięży wyścig i pierwsze wyśle człowieka w kosmos? Historię znamy, jednak w powieści Clarke’a nie był to Jurij Gagarin. Zanim Radzieckiej Rosji udało się wysłać go w nieznane, nad Ziemią pojawiły się… statki obcych. Od tego dnia życie każdego mieszkańca błękitnej planety ulęgło zmianie.
Kim są przybysze? Jak wyglądają? Mijają lata, a nikt nadal ich nie widział, mimo ich powszechnego wpływu na ludzkość. Ich wysoko rozwinięta technologia pozwala na realną walkę z głodem i biedą, poprawia znacznie poziom życia wielu rodzin. Na Ziemi panuje pokój. Mijają dziesięciolecia, a Zwierzchnicy nadal nie są gotowi, by pokazać się ludziom. Jaki sekret ukrywają i dlaczego coraz częściej dochodzi do zamieszek przeciwko ich obecności w naszej galaktyce?
Co mnie urzekło w tej historii, że co kilka lat do niej wracam? Nie można przecież powiedzieć, że jest ponadczasowa, ZSRR wszakże upadł już przed dwudziestoma laty (osobiście pamiętam z niego jedynie przepiękne znaczki z kosmonautami i kilka bajek dla dzieci). Technologia również w ciągu tych lat uległa niesamowitej ewolucji. Mówi się, że gdyby Clarke opatentował choć kilka ze swoich pomysłów, byłby jednym z najbogatszych ludzi na świecie. Jednak zostały one opatentowane przez kogoś innego i dzisiaj są już naszą codziennością. Sceny, w których główny bohater próbuje nagrać jednego ze Zwierzchników na kasetę wydają się w dzisiejszej rzeczywistości przynajmniej dziwne. To nie ma jednak znaczenia. „Koniec dzieciństwa” bowiem to bez wątpienia książka sf, w której elementy sf stanowią jednak tylko (tylko, czy aż?) bardzo ciekawe tło do rozważań na temat ludzkości. Kim jesteśmy? Dokąd zmierzamy? Jak wyglądają nasze relacje z innymi? Jak zachowuje się społeczeństwo, gdy jest zagrożone przez wyższą inteligencję? To właśnie pytania, które autor nam zadaje i próbuje – w rewelacyjny i błyskotliwy sposób – przedstawić nam jedną z możliwych wizji naszej przyszłości.
Zauroczyła mnie również rozmaitość narodowości przedstawionych w tej powieści. W czasach, gdy Clarke pisał „Koniec dzieciństwa” Amerykanie opisywali raczej tylko i wyłącznie dobrych… Amerykanów i złych Rosjan. Tu natomiast główny bohater jest Szwedem (mam do nich pewną – niewytłumaczalną – słabość), a kosmonauci zamiast się nienawidzić darzą się szacunkiem.
Zakończenie jest w stu procentach zaskakujące dla osoby czytającej po raz pierwszy. Dla kogoś takiego, jak ja, kto fabułę już poznał – dające sporo do myślenia, burzące pewne stereotypy i z pewnością – zasługujące na liczne pochwały i westchnienia nad geniuszem autora.
Clarke z pewnością wyprzedzał swoje czasy o całe dziesięciolecia i jeszcze na długie lata pozostanie jednym z najgenialniejszych autorów szeroko pojętej fantastyki naukowej. Można jedynie żałować, że nie żyje już d trzech lat i niczego więcej nie napisze.

poniedziałek, 21 listopada 2011

Blondynka na Tasmanii - Beata Pawlikowska



W oczekiwaniu na „Blondynkę w Australii”, którego to miejsca jestem stuprocentowa fanką zapoznałam się z „Blondynką na Tasmanii” i muszę przyznać, że ubawiłam się czytając tę krótką książeczkę.
Jest to część serii autorstwa Beaty Pawlikowskiej, polskiej podróżniczki, dziennikarki i tłumaczki opatrzona również fotografiami i rysunkami jej autorstwa. To przezabawne historie z jej podróży po całym globie.
Wróćmy jednak do Tasmanii. Pawlikowska zaskoczyła się tą niesamowita i ciągle jeszcze mało poznaną krainą, a ja razem z nią. W przyjemny, łatwy do zapamiętania i radosny sposób opowiada o swoich krótkich, grudniowych odwiedzinach na wyspie., ukazując nie tylko krajobrazy i zwierzęta, które do naszych czasów nie przetrwały nigdzie indziej na świecie, ale także ludzi. Ludzi niby takich samych, a jednak trochę innych. Jakich? Przekonacie się, czytając „Blondynkę na Tasmanii”. To właśnie ci ludzie i ich sposób patrzenia na świat – tak inny od naszego, europejskiego – zadziwił mnie najbardziej.
Pozycję, jak już wspomniałam ubarwiają całkiem liczne kolorowe fotografie, niestety małe, jak i sama książka. To chyba jedyny minus tego wydania. Mimo wszystko można było choć odrobinę ograniczyć ten niedosyt. Jak? Na jednej stronie umieścić po jednym zdjęciu, a nie po dwa. Książeczka de facto niewiele by przybrała na objętości, a efekt byłby znacznie lepszy.
Reportaż jest napisany ładnym językiem i przyjemnie się całość czyta, szkoda jedynie, że jest tego tak niewiele. Już nie mogę doczekać się prezentu pod choinką – nie będzie to niespodzianka, a właśnie „Blondynka w Australii” – duże wydanie, większa objętość, twarda oprawa. Mam nadzieję, że także znacznie więcej ciekawostek i poważniejszy format zdjęć.

Modlitwy i rozważania na każdy dzień roku - Jan Paweł II




W dzisiejszym zabieganym świecie, gdy nieustannie gdzieś się spieszymy, za czymś gonimy, od kogoś zależymy – wspaniała pozycja pozwalająca na chwilę refleksji nad wiarą i jej codziennymi aspektami.
Książka zawiera przemyślenia błogosławionego Jana Pawła II na temat świąt wszelakich, rodziny, pracy i świętych. Każda myśl jest dopasowana do określonego dnia roku i tak np. 11 listopada rozmyślamy o świętym Marcinie. Nie zapomniano również o świętach ruchomych – Wielkanocy, Bożym Ciele czy Zielonych Świątkach. Mamy tu również myśli na każdą niedzielę Adwentu i każdy dzień Wielkiego Tygodnia.
W dni, kiedy żadne ważniejsze uroczystości nie przypadają Papież-Polak dzieli się z nami swymi rozważaniami na temat rodziny i pracy, misji oraz zakonów. To piękne słowa, które pozwalają nam przemyśleć różne aspekty naszego codziennego życia. To refleksja nad tym, co naprawdę ważne – jak budować relacje w rodzinie, wychować dzieci, czy podchodzić do codziennego obowiązku pracy.
To również słowa otuchy dla tych, którym jest ciężko żyć w wierze, pozostać wiernym swoim przekonaniom w dzisiejszym – coraz bardziej ateistycznym – świecie.
Polecam gorąco – nie tylko tym, którzy są głęboko wierzący – to ciekawa lektura, która poszerza horyzonty i pozwala na zapoznanie się z głębokimi rozmyślaniami wielkiego człowieka.

piątek, 18 listopada 2011

Saga Wielkich Rodów - Tom 1 - Tryptyk krwi (cz.6)

- Co trzysta lat jest wybierany Strażnik.
- Co trzysta lat?!
- Tak – co trzysta lat. Ma czuwać nad Nowickimi. Uważać, żeby nic im się nie stało, żeby przetrwali. Żeby właściwie korzystali z przywilejów, jakie otrzymali w darze. Od kadencji poprzedniego Strażnika również nad tym, by nie wpadli w ręce Knuta. Ja jestem teraz Strażnikiem i jedyną osobą wobec której są posłuszni. Jestem ich sługą i doradcą, ale także – w niektórych kwestiach – ich nadzorcą.
- A ja?
- Tak, jak mówiłem – Alexander nie może się zbliżyć do Michaela. Przynajmniej póki ten nie osiągnie pełnoletniości. Ja tym bardziej. Zostałaś nam już tylko ty. Nikołaj przeczuwał niebezpieczeństwo, dlatego napisał do Sary, że chce się spotkać z synem. Niestety nie zdążył. Ale skoro wybrał ciebie na swoją żonę to uznaliśmy, że się nadajesz. Nikołaj, no cóż, nie był ideałem. Wyrzekł się rodziny i nie utrzymywał z nami kontaktu. Dopiero kilka lat temu dał sobie pomóc – po narodzinach syna. Później poznał ciebie i pozwolił mi być z wami.
- Z nami? Co przez to rozumiesz?
- Za chwilę ci pokażę, a wtedy uwierzysz, że mówię prawdę.
*
Na kolację Chiara przyniosła mu kanapki i herbatę. Usiadła obok i cały czas mu się przyglądała. Była dziwna. Taka niziutka i niepozorna, chociaż z pewnością była od niego starsza.
- Kim jesteś?
- Mam na imię Chiara.
- To już wiem. Pytam, kim jesteś. I kim on jest? Dlaczego mnie tu zabraliście? Mama na pewno się zezłości, że nie wracam.
- Wszystkiego się dowiesz w swoim czasie. Sam ci wszystko wytłumaczy.
- Powiedział, że poznam ojca. Mama mówiła, że tata nie żyje, więc jak to możliwe?
- Mike, nikt nie mówił, że się spotkasz z ojcem. Knut powiedział jedynie, że da ci szansę go poznać.
*
- Pamiętasz dzień, kiedy Nikołaj podarował ci kota?
- Oczywiście, że pamiętam. Co to ma do rzeczy?
- Dokładnie to…
Chyba śniła. Mężczyzna siedzący obok na kanapie zmienił się w… jej Fiodora. W kota! W jej kociaka. W zwierzę. Fiodor… Jeśli nie śniła, to znaczy, że wszystko, co jej powiedział, mogło być prawdą. Podszedł do niej i zaczął się łasić, tak jak zawsze, gdy chciał, żeby go pogłaskała.
- Przestań. Zmień się znowu w człowieka, proszę – wyszeptała. Odsunął się i znów stał się mężczyzną.
- Teraz już wiesz wszystko – „prawie wszystko” – dodał w myślach. – Alexandrze, wejdź!
Alexander wszedł pełen obaw. Miał nadzieję, że Magdalena nie zemdlała znowu. Miał już dosyć tej babskiej słabości. Odzwyczaił się od towarzystwa kobiet. Nie zemdlała. Siedziała na kanapie z oczami wybałuszonymi na Fiodora, który, sięgając po leżące na podłodze spodnie, przykrywał się kocem.
*
Wreszcie go miał. Chiara należała już do niego całkowicie, a teraz udało mu się dorwać Michaela. Jeszcze tylko zwabić Alexandra i raz na zawsze się ich wszystkich pozbędzie. Po tylu latach udało mu się. Fiodor dał im za dużo swobody, a teraz nadszedł czas, by mu to unaocznić. Jest najgorszym Strażnikiem w historii. Natasza popełniła błąd, wybierając go na to stanowisko. Zaślepiona miłością nie widziała, że nie będzie w stanie podołać powierzonym mu obowiązkom. I była pierwszą, którą stracił. Teraz on, Knut, dokończy dzieła.
*
Magdalena siedziała na balkonie otulona ciepłym kocem. Alexander i Fiodor uszanowali jej wolę i dali czas na przemyślenia. Gdzieś tam głęboko w środku miała nadal nadzieję, że za chwilę się obudzi i to wszystko okaże się snem. Obok będzie leżał Nikołaj i nieźle się razem uśmieją, kiedy opowie mu ten koszmar… Powoli zaczynała uświadamiać sobie, że to wszystko dzieje się naprawdę. Spojrzała na niebo – zerowe zachmurzenie, gwiazdy migające miliony lat świetlnych stąd. Tyle tajemnic świata ukrytych przed ludzkim okiem. Tyle niewiadomych. Być może kiedyś część z nich ludzkość pozna. Jeśli Nowickim się teraz uda, to być może któryś z nich będzie świadkiem poznania nowej kosmicznej kultury. Zostali już tylko Alexander i Mike.
Usłyszała pukanie do drzwi. W pierwszej chwili nie chciała otwierać, jednak pozwoliła Alexandrowi wejść. Przyniósł jej kolację. Postawił tacę na stole i czekał, właściwie nie wiedząc, na co. Przyglądała mu się przez dłuższą chwilę, nie mogąc zapomnieć twarzy ojca Julka.
- Miałam kiedyś przyjaciela – zaczęła, przerywając niezręczną ciszę. – Dawno temu, jako dziecko. Jedynego prawdziwego przyjaciela w życiu. Miał na imię Julek i dzisiaj byłby już pewnie ojcem szczęśliwej rodziny. Zmarł. Na początku szkoły. Nie wiem, dlaczego. Nikt nie wiedział, nie było możliwości, by się dowiedzieć. Pamiętam, że byłam na jego pogrzebie. Z moimi rodzicami. I wieloma sąsiadami z dzielnicy. Byliśmy na jego pogrzebie, ale nie było na nim jego ojca. Wyprowadził się kilka godzin po śmierci Julka i słuch o nim zaginął – usiadła, spoglądając na tacę z posiłkiem. – Wyglądasz zupełnie tak jak on, tamtego dnia, gdy na ulicy powiedział mi, że jego syn nie żyje.
*
Sara kręciła się po domu, zastanawiając się, gdzie też może o tej porze przebywać jej młodszy syn. Jeśli coś mu się stało, nie wybaczy sobie.
- Paul, nie widziałeś Michaela po szkole? Jest już prawie północ, a jego ciągle nie ma. Denerwuję się już poważnie. Może coś mu się stało.
- Nie martw się, mamo. Na pewno nic mu nie jest. Pewnie chowa się gdzieś, albo znowu ma te swoje zwidy, dziwak jeden – Paul nie odrywał wzroku od komputera. Udało mu się pożyczyć od kolegi z klasy najnowszą grę i założył się, że w ciągu jednej nocy przejdzie wszystkie poziomy. Zupełnie nie przejmował się bratem. Policjant dał mu pewnie burę za bójkę i puścił go, a ten gdzieś się teraz chowa, żeby matka nie widziała siniaków.
Może jednak powinna była posłuchać tej kobiety, żony Nikołaja. Skoro przyjechała, to może warto było dowiedzieć się, w jakim celu. Nikołaj nie żył i być może przed śmiercią zdążył opowiedzieć żonie o synu. Gdyby miała jej numer telefonu, z pewnością by teraz zadzwoniła. Może to właśnie tamta kobieta zabrała Michaela. Nie! Mogłaby to zrobić? Po co? Po co miałaby zabierać jej syna? Mówiła, że chce jedynie o nim porozmawiać. Nawet nie z nim, ale o nim. Czyżby posunęła się aż tak daleko? Łzy popłynęły jej po policzkach. „Mike…”

Antykwariusz - Julian Sanchez



Zachęciła mnie okładka – kocham książki, antykwariaty wydają mi się magicznymi grotami pełnymi wiedzy, wspomnień, cudownych historii. Powieść Sancheza mi się podobała, jednak przyznaję, że od połowy byłam przekonana, że wiem, kto jest mordercą i… miałam niestety rację. Nie lubię takich sytuacji – chcę być zaskakiwana – kiedy autor myśli dokładnie tak, jak wielu innych, jest mniej ciekawy. Nie ma kryminału, jeśli przez tyle czasu zna się rozwiązanie tajemnicy. Nie jest to Sherlock Holmes. Mimo to – warto przeczytać – dla pozostałych tajemnic, którymi karmi nas Sanchez.
Ciekawym pomysłem jest połączenie kryminału z religią. Nic nowego można powiedzieć. W ostatnich latach na rynku pojawiło się mnóstwo tego typu powieści, z Danem Brownem na czele. Jednak „Antykwariusz” jest inny. Nie mamy tu bohatera demaskującego intrygi kościoła rzymsko-katolickiego, albo odkrywającego, że Ewangelie są oszustwem. To nie Pullmanowski „Dobry człowiek Jezus i łotr Chrystus” ani „Tajemnica trzynastego apostoła” Michela Benoit. Tajemniczy manuskrypt, wokół którego toczy się większa cześć akcji powieści – to opowieść piętnastowiecznego (przechrzczonego, ale jednak) Żyda. Z niego to Enrique Alonso dowiaduje się, że w Barcelonie został ukryty magiczny Kamień Boga i to prawdopodobnie jego poszukiwania stały się powodem morderstwa, którego ofiarą padł Artur Aiguader, jego przybrany ojciec.
Akcja toczy się w przepięknej Barcelonie – opisanej tak dokładnie, że wręcz czułam się, jakbym razem z bohaterami podróżowała po tym gorącym mieście. Wędrówka trochę przypominała tę z „Cienia wiatru” Zafona, była jednak miłym przypomnieniem, a także uzupełnieniem spacerów z Danielem Sempere.
Ostatecznie książkę warto przeczytać dla opisów Barcelony, a także ciekawej historii opisanej w manuskrypcie. Nie polecam jednak, jeśli ktoś szuka jedynie dobrego kryminału. Naprawdę – odnalezienie mordercy starego antykwariusza jest już po kilkudziesięciu stornach tak oczywiste, że aż smutno. Nie podobały mi się również rozważania Enrique na temat jego uczuć. To ostatecznie dorosły mężczyzna, po przejściach, rozwodzie i śmierci ukochanego człowieka, który czasami rozmyśla, jakby był piętnastoletnim bohaterem romansu dla młodzieży.
Wybór należy do Was. Książka na czwórkę z małym minusem.

Tamtego lata na Sycylii - Marlena de Blasi



To wzruszająca, a jednocześnie trzymająca w napięciu powieść o trudnej miłości biednej Toski i Leo d'Anjou, ostatniego księcia na Sycylii. To jednak również historia tego niesamowitego kraju, do którego reformy dochodzą z wielkim opóźnieniem, a ludzie boją się nowatorskich zmian, którym nieprzychylna jest wszechwładna mafia.
Początkowa niechęć Toski do Leo, który odkupił ją od ojca przeradza się po pewnym czasie spędzonym w jego domu w głęboki szacunek, by w końcu zmienić się w pełną namiętności i wyrzeczeń miłość. Jednakże książę jest odważny i chce polepszyć dolę pracujących w jego posiadłościach chłopów. Działa dla dobra biednych ludzi z okolicy, co nie podoba się wielu bogatym. Musi srogo zapłacić za swe pozytywistyczne poglądy i działania. I to tutaj tak naprawdę zaczyna się historia Toski. Ukochany ginie, a ona musi zadbać o siebie i podarowaną jej Villę o wdzięcznej nazwie Donnafugata.
Wcześniej jednak uda się do Palermo i pozna stolicę od tej niezbyt przyjemnej strony – ciężkiej pracy, biedy, upodlenia młodych dziewczyn pracujących na ulicy. To dzięki poznaniu ich stanie się silniejsza, bardziej zdecydowana i… znajdzie swe prawdziwe powołanie.
Marlena de Blasi pokazuje nam zaczarowaną, tajemnicza wyspę, która do dzisiaj pozostaje wyjątkowa, choć z tego Palermo, które widziałam oczami wyobraźni czytając powieść już niestety niewiele pozostało . Jakkolwiek piękna sycylijska stolica by nie była – zawiodłam się na niej (i był to jedyny zawód na Sycylii) – Palermo powoli, ale jednak, upodabnia się coraz bardziej do innych europejskich stolic.
Nie miałam okazji zwiedzić osobiście sycylijskiego interioru, jednak może stało się dobrze – na zawsze będę go widziała takim właśnie, jak pokazała go autorka powieści. Magicznym, dzikim, nieosiągalnym i odpornym na wszelkie zmiany, a także pachnącym oliwkami, winogronem, karczochami i… ciężką pracą.
Wzruszyłam się nie raz, kiedy Tosca opowiadała historię swego życia, a jednocześnie pokazywała, co udało się osiągnąć kobietom w Villi. Jednocześnie poczułam się silniejsza – skoro Tosca tyle zdziałała, to chyba ja również mogę w sobie znaleźć siłę, by nie siedzieć z założonymi rękami. Cieszę się jedynie, że moja miłość nie jest tak skomplikowana.
Zakończenie jest zaskakujące, choć można w pewnym momencie podejrzewać, że śmierć Leo była bardziej skomplikowana, niż Tosca przedstawiła do Marlenie de Blasi. Gdy skończyłam czytać ostatnie słowa czułam pustkę – coś się skończyło – coś ważnego, pięknego, mądrego. Mam nadzieję, że pozostałe powieści autorki będą napisane w podobny sposób (już niedługo się za nie zabieram).

Upadli - Lauren Kate



Na pozór dla młodzieży, ale moim zdaniem dla każdego – powieść wiadomo o czym, a jednak zaskakująca i trzymająca w napięciu do ostatnich stron.
Kilkunastoletnia Luce zostaje przeniesiona do poprawczaka Sword & Cross. Już pierwszego dnia zwraca uwagę na jasnowłosego, szarookiego Daniela. Jednocześnie interesuje się nią przystojny i przebojowy Cam. Którego wybierze?
Powieść nie jest jednak jedynie o wyborze ukochanego. Luce znalazła się w tej nieprzyjemnej szkole, ponieważ ma prawdziwe kłopoty. W czasie wakacji zginął w pożarze jej kolega, ona zaś jako jedyny świadek wydarzeń jest posądzana o sprowadzenie na niego tej tragedii. Czy sama będzie potrafiła przekonać się, że to nie jej wina? Jak mają się do tego dziwne cienie, które widzi od dzieciństwa (to przez nie od lat leczy się u psychiatrów), a które nagle zaczynają być bardziej natarczywe, a nawet ją dotykać? Co będzie czuła, gdy w pożarze szkolnej biblioteki, na jej oczach, zginie kolejny kolega?
Nie ma tu nic oczywistego. Po tytule i zajawkach w internecie łatwo można się domyśleć, że jest to historia o upadłych aniołach i odwiecznej walce dobra ze złem. Czym lub kim jednak jest Luce? Który z chłopaków – Daniel czy Cam wygra walkę o jej serce i który… jest zły?
Powieść jest napisana pięknym językiem, a jednocześnie prostym i łatwo przyswajalnym. Bardzo bezpośrednio, jak przystało na historię z poprawczaka. Nie ma tu jednak żadnych straszliwych zbrodni, a największa „wykroczeniem” Luce i jej koleżanki Penn jest to, że grzebią w szkolnych archiwach, by dowiedzieć się czegoś na temat tajemniczego Daniela.
To zdecydowanie mroczna historia – nie dlatego, że pod szkolnymi sufitami snują cię niezidentyfikowane cienie, ale właśnie dlatego, że cały czas nie wiemy, która strona jest jasnością (a może żadna?). Luce nie jest dziecinna, przeżywa prawdziwe rozterki nastolatki, a jednocześnie jej problemy sercowe są dojrzałe dzięki pierwszemu rozdziałowi, który dodaje całości niesamowitego, wiktoriańskiego klimatu.
Jeśli o mnie chodzi – w najbliższym czasie zamierzam zaopatrzyć się w kolejne tomy – po polsku, angielsku – nie ma znaczenia. Chcę poznać ciąg dalszy!

P.S. Rewelacyjnie czyta się przy akompaniamencie Within Temptation.

czwartek, 17 listopada 2011

Zapowiedzi




Jeszcze trochę, powoli zbliżam sie do końca dwóch rewelacyjnych powieści - Upadku gigantów Kena Folletta i Upadłych Lauren Kate. Oba sa pierwszymi tomami serii - Upadek gigantów rozpoczyna trylogię Stulecie. Upadli - sa początkiem historii, na którą składa się sześć (przynajmniej o tylu można przeczytać) części.



Oczywiście to nei jedyne pozycje, które się tu pojawią w najbliższych tygodniach. Na półkach stoi jeszcze cale mnóstwo różnych książek - z okazji ślubu dostaliśmy ich okolo 50, a ja nadal i tak jeszcze dokupuję.


Poza tym - może już zauwazyliście - mam sentyment do serii. Czy to dobrze? Nie wiem ;) Po prostu w takich dłuższych historiach lepiej poznajemy bohaterów, łatwiej się z nimi zżyć, pokochać czy też znienawidzić (o ile to możliwe względem postaci literackiej). Niestety - wiele jest wspaniale zapowiadających się serii, na których kolejne tomy będziemy jeszcze czekali nawet kilka lat. Czuję wówczas niedosyt, ale... trudno, skoro warto poczekać, poczekam.





poniedziałek, 14 listopada 2011

Morderca bez twarzy - Henning Mankell





Pewnego styczniowego dnia 1990 roku Kurt Wallander zostaje wezwany do niewielkiej miejscowości, Lenarp, by zbadać domniemane morderstwo. Gdy dociera na miejsce, okazuje się, że z trudnym do zrozumienia okrucieństwem zabimordowano dwoje starszych rolników. Tu właśnie zaczyna się nasza 300-stronicowa i 7-miesięczna podróż z policjantami z Ystad. Toczy się dociekliwe, powolne i trudne do przewidzenia w skutkach śledztwo, tak inne do tego, do którego przywykliśmy oglądająć CSI czy NCIS (które, swoją drogą, uwielbiam i namiętnie oglądam).
Wieje wiatr i pada śnieg. Mamy początek roku 1990 - Związek Radziecki przestaje istnieć, runął Mur Berliński, Polska odzyskała wolność. Do Szwecji napływa masa legalnych i nielegalnych imigrantów mających nadzieję na lepsze życie w tym północnym kraju. Co oznaczają ostatnie słowa umierającej starszej kobiety - "zagraniczny"?
Zaczynają się poszukiwania sprawcy bądź też sprawców. Kurt z zespołem dwoją się i troją, co chwilę natrafiając na nowe wątki straszliwej zbrodni. Mijają jednak miesiące i sprawcom udaje się uniknąć sprawiedliwości, a Kurt Wallander zaczyna tracić nadzieję na ich odnalezienie.
Zakończenie jest niespodziewane i pozytywne, chociaż nie wszystkie wątki straszliwej zbrodni udałje się bohaterom wyjaśnić. Cała jednak akcja nie toczy się wokół dochodzenia - równie wązne jest prywatne życie Wallandera - gdy w Lenarp giną rolniczy on od trzech miesięcy dochodzi do siebie po rozwodzie. Córka nie chce z nim rozmawiać, ojciec zaczyna mieć sklerozę i nie może - mimo upływu dwudziestu lat - wybaczyć synowi, że ten został policjantem. Czy Kurt będzie potrafił się z tym wszystkim uporać i rozpocząć nowe życie - na nowych zasadach, sam, bez żony i ze starczym człowiekim pod opieką?
Książka jest rewelacyjna, napisana z pasją. Nie nudzi ani przez chwilę, cały czas trzyma w napięciu, nawet w takich sytuacjach, jak zwykła rozmowa telefoniczna Kurta z siostrą. Nie ma tu nadmiernego filozofowania, badań laboratoryjnych i technik przełuchań rodem z amerykańskich filmów. To rzeczowe dochodzenie, bardzo prawdopodobne, pokazujące także, z jakimi problemami Szwecja borykała się w latach dziewięćdziesiątych minionego wieku.
Polecam, a sama z niecierpliwością wybieram się do Empiku po kolejne tomy z serii o Wallanderze, którego nie sposób nie polubić, mimo jego nadwyraz widocznych wad.

czwartek, 10 listopada 2011

Saga Wielkich Rodów - Tom 1 - Tryptyk krwi (cz.5)

„Dlaczego jeszcze nie wrócił?” – zastanawiała się Sara. Może coś mu się stało. Może ci straszni ludzie mieli rację i grozi mu jakieś niebezpieczeństwo. Od śmierci Nikołaja czuła się niepewnie. Nadal dostawała pieniądze, chociaż nie wiedziała od kogo. Teraz, gdy pojawiła się ta kobieta, żona Nikołaja… Po co przyjechała? Przecież nic nie wiedziała. Nikołaj zapewnił ją, że jego żona nie wie o Michaelu. Że nikt nie wie…
Miała kilkanaście lat, gdy go poznała. Mieszkał obok i zawsze był dla niej miły. Jako nastolatka zabójczo się w nim podkochiwała i marzyła o tym, że kiedyś zostanie jego żoną. Później pojawił się John i zaszła z nim w ciążę. Urodziła Paula i wszystko zdawało się układać. Pokochała męża i zapomniała o dziewczęcych marzeniach. W dniu śmierci Johna cały jej świat runął w gruzach. Miała małego synka i była zdana na siebie. Tylko na siebie. Wtedy do jej drzwi zapukał Nikołaj. Podał pomocną dłoń i zawsze był obok, kiedy go potrzebowała. Był przyjacielem. A później? Później stał się kimś więcej. Wiedziała, że nigdy nie będzie jej, że nie powinna nawet o tym myśleć, ale to było silniejsze od niej. Kiedy zaszła w ciążę z Michaelem, Nikołaj odszedł. Zostawił jedynie list, w którym prosił ją o wybaczenie i obiecał, że zawsze będzie nad nimi czuwał. Dwa dni później dostała duży przelew. I tak co miesiąc Nikołaj wysyłał pieniądze, jednak nie widziała go od tamtego dnia. Dostała jeszcze tylko jeden list – niedawno. Pisał, że chce się zobaczyć z Michaelem. Kilka dni później dowiedziała się, że zginął w wypadku. Mike nie zobaczy już swojego ojca.
*
- Wysłuchaj mnie uważnie i staraj się nie przerywać, proszę – w stosunku do niej Fiodor był znacznie milszy niż dla Alexandra. – Wiem, że wszystko, co powiem, wyda ci się bajką, kompletnie nieprawdopodobną historią i pewnie uznasz mnie za wariata. Jednak wszystko to jest prawdą, a na koniec będę ci to w stanie udowodnić. Obiecuję.
- Wiem, że i tak nie mam innego wyjścia. Wszyscy teraz za mnie podejmują decyzje. Wszyscy poza mną samą, jakbym była zupełnie nieważna.
- Wręcz przeciwnie, Magdaleno Wiktorio.
- Nie zwracaj się do mnie dwojgiem imion. To nienaturalne. Jeśli już musimy spędzić razem ileś czasu, mów jakoś normalnie. Wystarczy mi już tych wszystkich dziwactw, które mnie ostatnio prześladują.
- Dobrze. Zatem, Magdaleno – zawahał się – Magdo?
- Może być Magdo.
- Nikołaj odszedł z domu wiele lat temu.. Postanowił sam decydować o swoim życiu i ponosić tego konsekwencje. Niestety los chciał, byś ty musiała je z nim dzielić. Ty, Alexander i wszyscy Nowiccy. Nawet Ci, którzy oficjalnie nie noszą tego nazwiska.
*
Czerwonooki chudzielec stał obok i przyglądał mu się bacznie. Dziewczynka siedziała pod ścianą, w pełnym skupieniu, obserwując, co się dzieje, jakby oglądała jakiś film w kinie. Mężczyzna podał mu kubek z herbatą.
- Nie bój się, Mike. Nie zrobimy ci krzywdy. Chcemy jedynie dać ci szansę poznania ojca.
Matka powiedziała mu, że Nikołaj nie żyje. Nigdy o nim nie mówiła, nawet kiedy się dopytywał. Aż pewnego dnia, niedawno, weszła do jego pokoju, usiadła na skraju łóżka i powiedziała, że jego ojciec zginął w wypadku samochodowym. Po dłuższej chwili ciszy dała mu list, który dostała nieco wcześniej. Nikołaj wyraźnie pisał, że chce zobaczyć syna. Matka powiedziała mu, że ojciec zginął. A teraz jakiś zupełnie obcy człowiek mówi, że chce dać mu szansę poznania ojca. Jak to możliwe? Kim jest? Dlaczego w jego otoczeniu odczuwa taki strach i ciągły ból brzucha? I kim jest ta dziewczynka?
- Wypij herbatę i odpocznij trochę. Jeśli będziesz czegoś potrzebował powiedz Chiarze, ona ci pomoże. A zaraz później, do łóżka.
*
- Alexander i Nikołaj wywodzą się z bardzo starego rodu, sięgającego jeszcze starożytnego imperium rzymskiego. To nie tylko spadkobiercy olbrzymiej fortuny, ale także, a raczej przede wszystkim, niesamowitej wiedzy. Ich krew zachowuje pamięć przodków. Każdy z nich jest w stanie opowiadać o tamtych zamierzchłych czasach, jakby w nich żył – pamiętając, co się wówczas działo, widząc to, o czym mówi. Dziedziczą tę pamięć, ale dopiero z chwilą wejścia w dojrzały wiek uświadamiają to sobie.
Teraz to już przesadzili. Szok, jaki przeżyła po śmierci Nikołaja, po tym, jak się dowiedziała, że miał brata, o którym nigdy nie wspomniał, a nawet syna, wyprowadził ją z równowagi psychicznej. Ale ci ludzie byli kompletnymi wariatami, jeśli myśleli, że uwierzy w takie bajki. Pamięć starożytnych Rzymian. Nie do wiary, że w ogóle byli w stanie wymyśleć coś tak absurdalnego!
- Posiadają wiedzę, którą za wszelką cenę należy chronić. Są jednak ludzie, którzy o tym wiedzą i boją się ich. Wieki temu postanowiono wyeliminować ich ze społeczeństwa. Musieli uciekać, rozejść się po świecie, zmienić nazwisko. Co jakiś czas któryś z nich ginie w nienaturalnych okolicznościach. Tak jak Nikołaj. Teraz musimy uratować Michaela. Musimy! Jest za mały, żeby mieć tego świadomość, ale pewnego dnia dorośnie. Jest nadzwyczajny. Już w wieku sześciu lat ma całkiem wyraźne wizje przeszłości. Trzeba go chronić. I do tego potrzebujemy ciebie. Alexander nie może się do niego zbliżać. Zabroniłem mu tego, zgodnie z obietnicą daną Nikołajowi.
- Mówisz, że trzeba chronić chłopca za wszelką cenę, ale odbierasz Alexandrowi możliwość zrobienia tego? To absurd – zakładając nawet, że to, co mówisz jest prawdą. To idiotyczne! I dlaczego ty mu zabroniłeś? Skoro Nowiccy są tacy ważni, to dlaczego słuchają ciebie? Kim dla nich jesteś, że masz moc zabronienia im czegoś?
*
Był już późny wieczór, a Michaela nadal nie było. Czasami zdarzało mu się spóźnić. Wracał wtedy umorusany, w podartych spodniach i mówił, że gdzieś się przewrócił, albo bawił z kolegami w lesie. Jednak ona wiedziała, że to nieprawda. Mike nie miał żadnych kolegów, z którymi mógłby się bawić. Nikt go nie lubił, nawet Paul. Niektóre dzieci bały się go ze względu na jego ataki. Ona sama czasami się bała. Bała, ale kochała go całym sercem – był jej synkiem i tylko to się liczyło. Spojrzała nerwowo na zegarek – ósma trzydzieści. Skończył lekcje po trzeciej. Gdzie się podziewa? Chciała już zadzwonić na policję, kiedy usłyszała chrobotanie klucza w zamku. Zerwała się z kanapy i pobiegła do korytarza.
- Paul… – wyszeptała jedynie i wróciła do pokoju.
Tak bardzo nienawidził brata. Póki był jedynakiem, życie układało się jak w bajce. Matka poświęcała mu cały swój czas i kochała go. Nawet kiedy zmarł ojciec, nie czuł się samotny, bo ona była zawsze obok. Później pojawił się Mike i wszystko się zmieniło. Stał się oczkiem w głowie matki. Był dziwny, od małego miewał jakieś straszne wybuchy paniki. Lekarze mówili, że to nic takiego i minie z wiekiem, ale nie mijało. Nie dość, że zabrał mu miłość matki, to jeszcze koledzy w szkole się z niego nabijali, że ma brata wariata. Życie było podłe. Ojciec tego wstrętnego bachora wysyłał co miesiąc całkiem duże pieniądze na jego utrzymanie, ale matka wszystko oddawała do banku i Paul nie widział ani centa. Jak on go nienawidzi!

Książę Mgły - Carlos Ruiz Zafon



To wzruszający, ujmujący i pięknie napisany realno-magiczny triller jednego z najlepszych współczesnych powieściopisarzy.
Rzecz dzieje się w 1943 roku w małym miasteczku nad Atlantykiem. Tego lata Max i Alicja Carverowie odkryją, że magia naprawdę istnieje.
Przez całą powieść poznajemy fragmenty tajemniczej śmierci małego Jacoba Fleischmana, który kiedyś mieszkał w domu, do którego rodzina dzieci właśnie się przeniosła (z powodu szalejącej wojny ojciec, Maxymilian Carver, uznał, że rodzina będzie tam bezpieczniejsza) oraz starego latarnika, Victora Kraya i podejrzanego typka – Kaina, zwanego również Księciem Mgły.
Informację o przeprowadzce Max przyjmuje ze zdziwieniem w dniu swoich trzynastych urodzin. Otrzymuje również od ojca niesamowity prezent – zegarek z tarczą pełną pięknych księżyców (ojciec chłopca jest zegarmistrzem). Upominek jest dla Maxa bardzo ważny i za każdym razem, gdy na niego patrzy, jest nim zauroczony. Tym bardziej dziwi go zegar na stacji kolejowej, którego wskazówki… działają do tyłu. To jedynie pierwszy symptom, że coś w tej rybackiej osadzie jest niezgodne ze znanymi wszystkim prawidłami wszechświata. Czy jednak na pewno? Być może jednak tajemniczy Kain ma rację i czas nie istnieje, jest jedynie iluzją.
Razem z Maxem, Alicją i ich nowym kolegą, Rolandem, zwiedzamy latarnię morską, zaczarowany ogród pełen dziwnych posągów, grobowiec Jacoba Fleischmana i statek zatopiony lata temu podczas sztormu. Słuchamy również tragicznej opowieści latarnika, przybranego dziadka Rolanda. To dzięki niemu dowiadujemy się, jakim potwornym oszustem i zbirem jest Kain, który podobno… utonął wraz z Orfeuszem, do którego teraz młodzi ludzie nurkują w poszukiwaniu skarbów.
To fascynująca podróż po zaczarowanym wybrzeżu, z dala od wojny, której cień jednak co jakiś czas zawisa nad młodymi bohaterami, przypominając o zagrożeniu nią. Niczym jest ona jednak w porównaniu z niebezpieczeństwami, na które narażają się Max, Alicja i Roland.
Jak naprawdę zginął mały Jacob Fleischman i co się dzieje w ogrodzie rzeźb? Kim jest tajemniczy klaun, który od lat śni się Rolandowi? Czy Irina, najmłodsza z rodzeństwa dojdzie do siebie po straszliwym wypadku spowodowanym przez kota-przybłędę?
Nie sposób nie polecić – mimo, że już jakiś czas temu przestałam zaliczać się do młodzieży. Rewelacyjny i urzekający debiut.



środa, 9 listopada 2011

Mroczne materie - Philip Pullman

Nie sposób chyba pisać o każdym tomie osobno, gdyż tworzą nierozerwalną trylogię. Warto również zauważyć, że pierwszy tom nosi dwa alternatywne tytuły – „Złoty kompas” i „Zorza Północna”.
To pierwsze fantasy, jakie przeczytałam i musze przyznać, że przekonało mnie do tego gatunku. Rzadko zdarza mi się książka, którą czytałabym nawet w mroźne dni w oczekiwaniu na autobus (na ogół otwieram książki dopiero, gdy usiądę wygodnie, a nie na stojąco, na przystanku bez wiaty, gdzie wieje i mrozi). Tym razem – nie mogłam się opamiętać.
Pullman pokazuje nam wiele światów, feerię barw, zapachów, klimatów i… postaci. Nie ma tu nudy i płaskich bohaterów. Wszyscy są wyraziści, każdy z nich czymś się wyróżnia i czymś zasłużył się w tej historii. Nic bowiem w „Mrocznych materiach” nie dzieje się bez przyczyny i skutku. Za każdy błąd należy zapłacić, każda podjęta decyzja ma znaczenie dla późniejszych zdarzeń.



Opowieść rozpoczyna się w Oksfordzie, w Kolegium Jordana. Dziesięcioletnia Lyra Belaqua i jej dajmon, Pantalaimon podsłuchują przypadkowo, że opiekun dziewczynki, Lord Asriel zostanie otruty. Trochę dziwna ta Anglia, bo czymże jest dajmon. Otóż jest to… ludzka dusza pod postacią zwierzątka, a raczej wielu zwierzątek. Razem z człowiekiem bowiem rośnie i dojrzewa i dopiero w pewnym momencie przyjmuje stałą postać, w czasach dzieciństwa natomiast może wielokrotnie zmieniać swój wygląd. Czy to aby na pewno Oksford? Owszem, ale w równoległym do naszego świecie.
Lyra ratuje opiekuna, a następnie – będąc pod urokiem pani Coulter, wyrusza w podróż na Biegun Północny, o czym przecież marzyła przez wiele lat. Poszukując porwanego przyjaciela, Rogera, odkrywa tajemnicze doświadczenia, które jej nowa opiekunka przeprowadza na porywanych dzieciach. Jeszcze w Kolegium Jordana dowiaduje się o istnieniu tajemniczej substancji zwanej pyłem, którym interesuje się zarówno Lord ariel, Pani Coulter oraz duchowni z Magisteriuem. W świecie Lyry bowiem Kościół , zwany właśnie Magisterium ma wielką władzę i nie zamierza jej utracić. Wszystko to zdaje się mieć cos wspólnego z podarkiem, który dziewczynce przekazał rektor uniwersytetu – tak zwanym Aletheiometr, czyli tytułowym złotym kompasem.
Na Biegunie Lyra zaprzyjaźni się – choć nie będzie to początkowo łatwe – z wielkim pancernym niedźwiedziem, którego zwą Iorek Byrnison. Tam również odkryje swoje pochodzenie i więzy, które łączą ją z panią Coulter i Lordem Asrielem.
Wszystko to w pięknej scenerii śniegowych zasp, zaprzęgów sań i zorzy polarnej. Jednak przechodząc z pierwszego do drugiego tomu trylogii przemieszczamy się wraz z dziewczynką z mroźnego Bieguna do Citagazze – innego świata. Tu także spotka Willa, chłopca, który przypadkowo znalazł przejście pomiędzy światami, a pochodzi… z naszego Londynu. Razem odkryją, że Citagazze zamieszkiwane jest jedynie przez dzieci, które w momencie osiągnięcia dojrzałości stają się jedynie straszliwymi upiorami, zupełnie obojętnymi na otaczający ich świat. Tu również chłopiec odnajdzie magiczny nóż, którym może wycinać przejścia do wszystkich równoległych światów.
W poszukiwaniu jego zaginionego ojca przemierzą niejedno dziwne miejsce, odwiedzą również tak dobrze nam znaną stolice wielkiej Brytanii. To tutaj właśnie Lyra pozna Mary Malone, byłą zakonnicę, a obecnie naukowca, który okaże się także prowadzić badania nad tajemniczym Pyłem. Ich drogi jeszcze się skrzyżują na razie jednak Lyra z Willem poszukują dalej jego ojca, który okazuje się ukrywać w świecie Lyry, pod przybranym nazwiskiem. Mary natomiast powędruje do świata dziwnych stworzeń zwanych Mulefa. To dzięki nim odkryje prawdziwa naturę Pyłu.
W tym czasie Lyra z Willem wędrują do krainy zmarłych i ratują udręczone dusze, wycinając z tego straszliwego świata okno, by mogły one uciec i zaznać wreszcie spokoju. Lyra ma dzięki temu szansę, by pożegnać się z Rogerem, a Will z ojcem.
Natomiast Lord Asriel i pani Coulter postanawiają połączyć swe siły i stanąć do ostatecznej walki z Metatrnem, który chce zagarnąć władzę nad wszystkimi światami. Dzięki temu dadzą swej córce szansę na to, by stała się kolejną Ewą i uratowała wszystkie byty i dala im nowy początek.
Och, ależ się rozpisałam. Mam nadzieję, że za wiele nie zdradziłam. To jedynie niewielki skrawek tej pasjonującej historii, pełnej zdrad, tajemnic, wszechmogącego niemal Magisterium, które wszędzie ma swoich agentów, dziwnych stworzeń (pancernych niedźwiedzi, czarownic, małych ludzi i jeżdżących na kolach Mulefa). Nie można nie zauważyć antykościelnego wydźwięku powieści, jednak nie jest tajemnicą, że Pullman sam siebie uważa za agnostyka, który nie toleruje niektórych kościelnych doktryn, nie tylko katolickich (pamiętajmy, ze w świecie Lyry to Kalwin zwyciężył religijne wojny, a Magisterium stoi na straży właśnie tego wyznania). Natomiast warto zwrócić uwagę, że nie jest to książka naukowa, która ma na celu ranić uczucia wierzących, czy zniechęcać ich do wiary – to powieść fantasy, fikcyjna opowieść i jako taka właśnie należy ja traktować.
Całkowicie mnie urzekła i nie mam wątpliwości, ze dam ją do przeczytania moim dorastającym dzieciom, kiedyś, w przyszłości – z nadzieją, że oni również poczują tę niesamowitą magie bijącą z każdej właściwie strony „Mrocznych materii”. Czekam również z niecierpliwością na filmowa adaptację drugiego i trzeciego tomu.




Szwecja - świat według reportera - Piotr Kraśko

„Szwecja - świat według reportera” to rewelacyjna książka znanego wszystkim prezentera telewizyjnego, Piotra Kraśko. To niedługie kompendium o jednym z północnych państw, napisane ładnym językiem, ciekawie i przystępnie dla każdego, opatrzone pięknymi fotografiami, a przy tym wszystkim – poręczne (tzw. pocket).
Autor opowiada o Szwecji, jakby snuł baśń o zaczarowanej krainie – niby o współczesnym, nowoczesnym państwie, nie zapominając przy tym o ciekawej historii tego jednego z niewielu już królestw. Przypomina, jak został powołany na tron założyciel współcześnie panującej rodziny królewskiej, wyjaśnia dla kogo została napisana jedna z najbardziej popularnych piosenek Beatlesów, a także wyjaśnia, dlaczego tak niebezpieczny jest… szwedzki śledź.
Wszystko to jest opowiedziane mądrze i czasami nawet trochę dowcipnie – grunt w tym, że historie Piotra Kraśko zapadają w pamięć, nie należą do podręcznikowego „przeczytać i zaraz zapomnieć”.
Szwecja w pigułce – można powiedzieć. Ciekawa, barwna historia, którą można przeczytać na jednym wdechu. Ja czytałam po jednym rozdziale – zajęło nieco dłużej, ale delektowałam się każdą opowieścią. Niewielka książeczka, nieduży koszt, a przyjemność – bezcenna J Czekam na kolejne tomiki w mojej biblioteczce, taki smakowity deser z wisienką (na szczęście nie pachnie szwedzkim śledziem).

wtorek, 8 listopada 2011

Cień wiatru - Carlos Ruiz Zafon

„Cień wiatru” był moją pierwszą książką Zafona, a także pierwszą podróżą po Barcelonie (później dopiero zabrałam się do „Mariny” tegoż autora i „Antykwariusza” Juliana Sancheza). Podróżą magiczną, tajemniczą, pełną niewiadomych, toczącą się w wąskich i urokliwych uliczkach Barcelony, wypełnioną sekretami i niesamowitą historią miasta, które tętni życiem, a jednocześnie leniwie przesypia porę sjesty.
Gruby tom mnie nie zniechęcił, chociaż również nie zachęcał. Zaintrygowała za to ciekawa okładka. Otworzyłam. Obejrzałam mapę na wklejce. Zapoznałam się ze wszystkimi informacjami zawartymi na pierwszych stronach – datą wydań, nazwiskami tłumaczeń, autorem okładki itd., co zazwyczaj robię. Przerzuciłam strony i… miałam wrażenie że zapadłam w niesamowity sen. Opisy były tak łatwe do zwizualizowania, a Cmentarzysko Zapomnianych Książek, które odwiedzamy z głównym bohaterem na początku powieści, tak ujmująco magiczne, że nawet nie zauważyłam, kiedy u dołu strony pokazała się liczba 100.
Głównym bohaterem jest Daniel i to on jest narratorem tej szkatułkowej powieści, w której sekret goni sekret, a żaden z bohaterów nie jest naprawdę taki, jak się wydaje na początku. Jako dziesięcioletni chłopiec zostaje na Cmentarzysko zaprowadzony przez – samotnie go wychowującego – ojca. Zgodnie z rodzinną tradycją ma wybrać jedną z książek i ocalić ją od zapomnienia. Krąży po zakamarkach, niekończących się korytarzach, których ściany zdają się zbudowane z grubszych i cieńszych tomiszczy. Czuje się przywołany przez jedno z nich i ostatecznie wybiera właśnie „Cień wiatru” Juliana Caraxa – książkę, która całkowicie odmieni jego życie.
Prawdziwa historia zaczyna się, gdy Daniel dorasta i zapomniana przez wszystkich książka znów staje się dla niego ważna, jakby sama upominała się o przypomnienie. Tajemniczy autor, który nagle zniknął, człowiek w masce, który śledzi chłopaka i depczący im po piętach iniektor barcelońskiej policji to tylko niektóre z głównych postaci, które poznamy w długiej wędrówce Daniela prowadzącej do prawdy. Zanim jednak ją pozna, spotka go jeszcze wiele przygód.
Kim jest włóczęga, z którym zaprzyjaźni się chłopak i jakie jest jego miejsce w tej historii? Kogo pochowano w dwóch grobach z białego marmuru? Jak potoczą się losy Daniela i Beatriz? Żadna z odpowiedzi nie padnie, póki nie zamkniemy książki po przeczytaniu ostatniej strony. Rozwiązanie bowiem jednej zagadki rodzi jeden tylko możliwy w tej powieści skutek – odkrycie kolejnej tajemnicy do rozwikłania.
Czyta się nastrojowo i niemal na bezdechu. Czy można przeczytać w jedną noc? Nie wiem, nie polecam. Zmęczenie może spowodować, że umkną nam niektóre smaczki – zapachy, gorąco i przejmujący chłód, ciemność spowijająca Cmentarzysko Zapomnianych Książek, czy sekretne groby w piwnicach posiadłości Aldaya’ów, namiętności młodego Daniela względem kobiet, więzy łączące go z ojcem. To zaczarowana podróż, która na długo pozostaje w pamięci.
Pamiętam szczególnie jeden moment, kiedy siedziałam w kuchni w mieszkaniu moich Rodziców i chciałam skończyć rozdział. Nie znoszę przerywać w połowie strony, czy jakiegoś mniejszego segmentu, więc na ogół staram się zakończyć rozdział zanim zrobię sobie przerwę. Nagle podniosłam rękę i kazałam wszystkim siedzieć cicho. Przygryzając wargi, z wypiekami na twarzy i chłodnymi od potu plecami czytałam, jak Daniel opisuje chwilę… swej śmierci. Co było dalej – nie zdradzę, warto jednak było ich wszystkich uciszyć, by nadać chwili odpowiedni nastrój.

niedziela, 6 listopada 2011

Saga Wielkich Rodów - Tom 1 - Tryptyk krwi (cz.4)

Leżąc w łóżku w pokoju Alexandra, Magdalena czuła się taka bezsilna. Mike był synem Nikołaja! Jej męża. A ona nic o tym nie wiedziała. Nie miała pojęcia. Nie znała mężczyzny, za którego wyszła. Nie znała…
Rozejrzała się wokoło. Za pierwszym razem była w zbyt dużym szoku, żeby zwracać uwagę na pokój. Na stoliku pod oknem stała taca z dzbankiem i kryształową szklaneczką. Nalała sobie soku i wypiła łyczek. Nad łóżkiem wisiał, oprawiony w złotą ramę, portret kobiety. Ładna, elegancka pani z podobnym do Fiodora kotem na ręku. Znów zatęskniła za kociakiem. Przynajmniej teraz będzie go mogła zobaczyć, skoro wrócili do domu. Kobieta miała w sobie coś tajemniczego. Jasno błękitne oczy, niemalże białe, czerwone usta i złociste włosy pięknie komponowały się z czernią kociego futerka. „Dziwne – pomyślała. – Dlaczego ma kolczyk tylko w jednym uchu?”
Otarła usta serwetką. Odkładając ją, zauważyła na rogu monogram „NN”. Teraz dopiero dostrzegła, że te litery pojawiają się również na pościeli i na portrecie. Przypomniała sobie sztućce, którymi jadła pamiętną pierwszą kolację z Alexandrem, a także obrusy i ręczniki. Wszędzie był ten właśnie monogram. A Alexander podpisał się w liście „AN”. To nie mógł być zbieg okoliczności.
Nadal przypatrywała się kobiecie z portretu, gdy Alexander zapukał do drzwi. Nie była pewna, czy ma ochotę go oglądać, jednak wiedziała, że i tak wejdzie. Był mieszaniną skrajności. W jednej chwili dżentelmen, jak z początków poprzedniego stulecia, z drugiej bezczelny gbur, zupełnie nieliczący się z jej uczuciami. Nie obróciła się nawet w jego stronę, zupełnie go ignorując.
- To moja matka. Moja i Nikołaja oczywiście. O niej też z pewnością ci nie wspominał. Mój brat starał się, jak mógł, odciąć od swojej przeszłości i rodziny. Był indywidualistą w każdym calu. Nikogo nie słuchał, chciał sam podejmować wszystkie decyzje, jakby to było takie proste. Wyjechał wiele lat temu i nie dawał znaku życia. Teraz już tak pozostanie.
- Po co mi to mówisz? Nie interesuje mnie to zupełnie. Ani ty, ani Nikołaj, ani cała wasza rodzina. Oddaj mi Fiodora i pozwól wrócić do domu.
- Właśnie po to przyszedłem. Chodź.
- Dokąd znowu?
- Do Fiodora.
Chwycił ją za rękę, jakby była małą dziewczynką i miał ją przeprowadzić przez ulicę. W pierwszej chwili chciała mu się wyrwać, ale odpuściła sobie. Weźmie Fiodora i pojedzie do domu. Nie pomoże mu już w niczym. To nie ma sensu. Czego on od niej oczekiwał? Że porwie tego chłopca, czy co? Chłopca… Syna Nikołaja. Znów zakręciły jej się w oczach łzy. To Nikołaj nauczył ją płakać. Od śmierci Julka, przez kolejne kilkanaście lat nie potrafiła płakać. Przy Nikołaju znów otworzyła się na ludzi. Pierwszy raz zapłakała, gdy powiedzieli jej o jego śmierci.
Dotarli do prawego skrzydła zamku. Dłonią wskazał jej drzwi i stanął za nią, czekając na bieg wydarzeń. Weszła do obszernego gabinetu.
- Witaj, Magdaleno Wiktorio – powiedział siedzący za biurkiem mężczyzna. Miał kruczoczarne włosy, lekko opadające na czoło. Czarne jak smoła. W kościstej, szarej dłoni trzymał kieliszek z czerwonym winem. Przyglądał jej się zielonymi oczami, w których zauważyła znajome błyski.
- Miałeś mnie zaprowadzić do Fiodora – odwróciła się w stronę Alexandra z wyrzutem. – Tobie nie można nigdy ufać.
- Ja jestem Fiodor, Magdaleno – przedstawił się mężczyzna, wstając i podchodząc do niej. Poczuła nieprzyjemne zimno, gdy podał jej dłoń na powitanie. Dostrzegł to i dodał – Przepraszam. Straszliwie zmarzłem. Usiądź, proszę. Chciałem z tobą porozmawiać – wskazał jej miejsce na małej sofie, po czym zwrócił się do Alexandra – Zostaw nas samych.
To dom Alexandra, a ten zachowuje się, jakby Alexander był jedynie jego służącym. Nawet nie poprosił. A może to jego dom? Nieważne, już go nie lubiła. Nie miała łatwego dzieciństwa, jednak rodzice nauczyli ją, że zawsze i w stosunku do wszystkich należy być grzecznym i kulturalnym. Nie wiedziała właściwie, dlaczego było to dla niej aż tak istotne, że raziło ją zachowanie tego człowieka. Dlaczego Alexander ją do niego przyprowadził? Miał ją zabrać do Fiodora. Fiodora… Te jego gry. Nie powinna była mu ufać nawet przez moment.
*
Mike wracał ze szkoły. Paul z kolegami znowu spuścili mu manto. Mama będzie zła. Sam nie wiedział, dlaczego chroni brata i nigdy nie mówi jej prawdy. „Przewróciłem się, mamo”, „wpadłem na ścianę, mamo”, „gapa ze mnie, mamo – potknąłem się” – zawsze te same głupie wymówki. Nie potrafił jej tego powiedzieć. A przecież mógł ukrywać siniaki i nawet by ich nie widziała. W gruncie rzeczy bardzo chciał jej powiedzieć, chciał żeby Paul w końcu dostał za swoje, żeby chociaż raz to nie on musiał się tłumaczyć. Nie bał się przyrodniego brata. Nie w tym rzecz. Gdyby chciał, mógłby go pobić do nieprzytomności, a jednak cały czas udawał słabego wariata. I nawet nie wiedział, dlaczego to robi.
Wszedł na chwilę do piekarni. Kupił sobie świeżą bułkę i jedząc, wyszedł ze sklepu. Skręcił w swoją ulicę i za rogiem poczuł dziwny zapach. Rozejrzał się wokoło i nikogo nie zauważył. Nagle – jak spod ziemi – wyrosła przed nim niska dziewczynka, dużo niższa od niego, a jednak dużo starsza. Widział już ją kiedyś. Tylko kiedy? Gdzie? Uśmiechała się do niego i wiedział, że to właśnie ona tak pachnie. Upuścił bułkę, gdy poczuł ból przeszywający mu brzuch. Dziewczynka podeszła do niego i chwyciła za rękę.
- Nie bój się, Michaelu. Zobaczysz, wszystko będzie dobrze. Chodź ze mną, chcę ci coś pokazać.

Marina - Carlos Ruiz Zafon




Piękna, tajemnicza, trzymająca w napięciu, brawurowo napisana historia o dwójce młodych bohaterów, którzy próbują zrozumieć przeszłość.
Oscar i Marina to para nastolatków, którzy pewnego dnia postanawiają dowiedzieć się, kim jest tajemnicza czarna dama raz w miesiącu składająca kwiaty na bezimiennym grobie. Nie spodziewają się, że te dziecinen podchody zakończą się dla nich wielomiesięcznym badaniem zapomnianej historii Barcelony. Stanie się również początkiem pięknej i - jak to w życiu bywa - czasami bardzo trudnej przyjaźni.
Tajemnicza postać poprowadzi ich ulicami Barcelony, każe zwiedzić opuszczone pałace, ciemne zaułki i nigdy nie dokończony Gran Teatro Real, a także poznać mroczne sekrety ogarniętego szaleńczą chęcią życia Michala Kolvenika, jego żony Evy Irinowej i doktora Shelleya. Jednym z głównych bohaterów powieści jest również Barcelona - Zafon proponuje nam spacer po niej począwszy od lat trzydziestych aż do końca powieści, czyli roku 1980. To tajemnicze miasto, pełne starych, rozsypujących się kamienic i pałacyków, zapomnianych rzeźb i zaniedbanych ogrodów, teatrów, na deskach których śpiewały kiedyś Eva i matka Mariny. To również niekończące się podziemne korytarze, gdzie azylu szukał Kolvenik.
To także niesamowita, refleksyjna powieść o miłości, pasji, przyjaźni, zaufaniu i zdradzie oraz chorobliwej walce o przeżycie. Nie sposób nie zastanawiać się, jak my zachowalibyśmy się w podobnej sytuacji, jak Michal Kolvenik. Czy bylibyśmy doktorem Shelley'em, czy może jednak Evą Irinovą? Sam Oscar w pewnym momencie mówi, że już nigdy nie wzgardzi Kolvenikiem, ponieważ sam zrozumiał, jak to jest znaleźć się w skórze biednego lekarza.
I zakończenie - smutne, wzruszające, prawdziwy wyciskacz łez. Szczególnie po trwającej 300 stron pogoni za tajemniczymi stworzeniami, mordercami i damą w czerni, płonących pałacach, sekretach, policyjnych poszukiwaniach i w końcu spotkaniu z Kolvenikiem, który stał się... A nie, nie. To już pozostawmy czytelnikowi.
Marina z pewnością na długo pozostanie w mojej pamięci - być może została zakwalifikowana jako powieść młodzieżowa, jednak dorosłego również potrafi w pełni usatysfakcjonować, a nawet bardzo zaskoczyć. Polecam z całego serca.