Fragment mojej recenzji został umieszczony na okładce powieści "Skazaniec. Z bestią w sercu" Krzysztofa Spadło


Moja recenzja została zamieszczona na okładce powieści "Wojownicy. Odwet Wysokiej Gwiazdy" Erin Hunter

Fragment mojej recenzji „Korony śniegu i krwi” został umieszczony na okładce powieści Elżbiety Cherezińskiej – "Niewidzialna korona"

czwartek, 28 czerwca 2018

Twarde światło – Michael Crummey

Wydawnictwo: Wiatr od Morza
   Gdańsk 2018
Oprawa: miękka
Liczba stron: 216
Tytuł oryginału: Hard Light
Przekład (z angielskiego): Michał Alenowicz
ISBN: 978-83-943523-6-3
 
 
 
 

Trzecie spotkanie z Michaelem Crummey'em... Kolejna porcja wyśmienitej literatury najwyższych lotów. I tylko serce się kraje, że z dwudziestoletnim opóźnieniem i że Autor nadal pozostaje na polskiej ziemi tak mało znany. Cieszyć się jednak należy, że przynajmniej jedno wydawnictwo  zwróciło na niego uwagę, bo to pisarz niezwykle utalentowany, a jego książki przenoszą nas w trochę inny świat. Lepszy więc poślizg  o dwie dekady niż całkowity brak przekładów i wydań.
Tym razem nie jest to powieść, jak to miało miejsce w przypadku "Pobojowiska" czy "Sweetlanda". "Twarde światło" to zbiór krótkich form – wierszy i powiastek. Najdłuższe z nich ma cztery strony, trzy są trzystronicowe, pozostałe jeszcze krótsze. I choć opowiadają przeróżne historie, tworzą przemyślaną całość. Pokazują czytelnikowi świat, którego już nie ma. Nową Funlandię, Labrador i okoliczne wody i lądy, których już nikt z nas nigdy nie zobaczy i nie poczuje. Ludzi, którzy odeszli. Miejsca, które przeminęły... z wiatrem czasu. A wszystko to pod twardym światłem Gwiazdy Polarnej.
Jest to zbiór bardzo poetycki, delikatny w formie, a jednocześnie mocny w treści. Wyłania się z niego obraz ciężko pracujących ludzi, żyjących często z dnia na dzień. Rybaków, górników, rolników. Mężczyzn, którzy pół roku spędzali z dala od domu i ich kobiet, które się tym domem, dziećmi, polem i zwierzętami zajmowały w samotności, czekając na powrót męża. Powrót, który czasami nie nadchodził. Statki i łodzie, zatapiane gdzieś z dala od domu. Kopalniane katastrofy. W końcu nieszczęśliwe wypadki na lądzie. Niektóre z nich można by nazwać ryzykiem zawodowym, innych nikt nie mógłby przewidzieć. Jak choćby śmierć pewnej kobiety, która upadła porażona strachem na widok czegoś na niebie, czegoś, czego nie znała, a co nam zdaje się co najwyżej ciekawostką.
Autor wyjaśnia również jak doszło do spisania tych historii. Wiele z nich zaczerpnął od swych najbliższych, którzy u końca minionego stulecia byli już raczej u schyłku niż początku życia. Od ojca, wujów, ciotek, znajomych. Słuchał, pisał, tworzył. Wyłania się z tego bardzo osobista opowieść, choć – jak sam Crummey zaznacza – wiele dodał od siebie, zmienił, tak że nie można stwierdzić, co jest prawdą a co fikcją literacką. 
Książkę ilustrują fotografie z rodzinnego archiwum, które wyśmienicie wpisują się w całość, dodając jej jeszcze więcej autentyczności.
"Twarde światło" podzielono na części. Prolog i  epilog stanowią piękną klamrę, a pomiędzy nimi 32 opowiastki według żywiołów (woda, ziemia, ogień, powietrze) oraz dwa rozdziały, które są zbiorami wierszy.
Pośród trudu i znoju, wspomnień ciepłych i przerażających, widoków ujmujących i przerażających Crummey potrafi nawet uśmiechnąć się do czytelnika. Bo jak inaczej nazwać listę nazewnictwa wysp, jeśli nie rewelacyjnym kawałem, obok którego nie można przejść bez uśmiechu od ucha do ucha?
Dla mnie osobiście książka ma dwa wymiary. Po pierwsze przeniosła mnie do nieznanego świata, o którego istnieniu dowiedziałam się trochę z poprzednich spotkań z dziełami Crummeya i pozostałych autorów popularyzowanych na naszym rynku przez Wiatr od Morza. Z drugiej strony, poza obrazami wyłaniającymi się z czytanych słów, wracało mnóstwo własnych wspomnień z dzieciństwa i młodości. Wspomnień diametralnie różnych od tych, o których czytałam. Ludzi, miejsc, których też już nie ma, albo które się znacznie zmieniły. Zapachów, głosów, czegoś ulotnego, czego – jak mi się dotąd zdawało – nie da się opisać słowami. Crummey udowodnił mi, że jest to możliwe. Że nawet tym minionym światem można się podzielić z innymi. I dzisiaj, kiedy odkładam "Twarde światło" na półkę, mam niezwykłą ochotę usiąść nad czystym zeszytem i pisać. Ochotę, której nie miałam już od dłuższego czasu.

 
 
 



Za egzemplarz recenzencki dziękuję Wydawnictwu Wiatr od Morza

piątek, 15 czerwca 2018

Bajki dla młodszych i starszych – Ks. Zbigniew Sobolewski

Wydawnictwo: Jedność
Kielce 2018
Oprawa: twarda
Liczba stron: 92
Ilustracje: Ola Makowska
ISBN: 978-83-7971-971-6





 
 

Należy chyba zacząć od tego, jak trafiony jest tytuł tej książki. Bo choć rzeczywiście są to bajki, to ich odbiorcą może być zarówno małe dziecko, jak i dorosły. Dlaczego? Ponieważ są pięknie napisane i uniwersalne. To by mogło wystarczyć, myślę jednak, że należy się Wam kilka(dziesiąt) słów więcej.
Zbiór zawiera sześć wciągających opowieści. Wszystkie rozgrywają się w typowo bajkowych krainach, występują w nich księżniczki, książęta, smoki i czarownice. Są księżniczki piękne i brzydkie, są książęta dzielni i raczej myślący tylko o swoich wygodach, są w końcu smoki, które... Cóż, nie chcę napisać za wiele. Rzecz w tym, że bajki ks. Sobolewskiego z jednej strony mocno wpisują się w konwencję znanych nam opowieści, z drugiej są w nich nieprzewidywalne – szczególnie dla dzieci – zwroty akcji. Najważniejsze jednak jest to, że niosą za sobą wielki ładunek emocjonalny i są bardzo pouczające. Pobudzają wyobraźnię, skłaniają do myślenia i rozmawiania o ważnych sprawach.
Pięknie napisane, ładnie, barwnie zilustrowane bajki uczą dzieci tego, jak ważny jest wzajemny szacunek, miłość, odwaga, przyjaźń, zwyczajne dobre uczynki. Że czasami danie komuś bułki może być większym wyczynem, niż zdobycie warownego zamku, a ten, kto z natury swej wydaje się potworny może okazać się najlepszym, serdecznym przyjacielem. Że miłość jest w stanie pokonać wszystkie przeciwności losu, jeśli tylko kocha się szczerze i że oznacza nieraz trudne wybory. Takie, które na początku sprawiają wiele bólu, ale z miłości można naprawdę wiele.
Poruszanie ważnych wartości w bajkowej otoczce to żadna nowość. Smoki, dobre wróżki i baśniowe krainy również nie są niczym pionierskim. Jednak ten zbiór bajek ma w sobie coś, czego – mam wrażenie – brakuje niektórym współczesnym pozycjom przeznaczonym dla młodego czytelnika, a mianowicie ciepła. To nie są suche opowieści. Czuć w nich od razu wiele miłości i serdeczności. Idealnie pasują do wspólnego czytania z dziećmi. Do spędzania czasu razem, rodzinnie. Z pewnością w niejednym domu staną się przyczyną do ważnych rozmów. Choćby o tych trzech magicznych słowach, które każdego dziecka należy jak najszybciej nauczyć, czyli o "proszę", "dziękuję" i "przepraszam". 
Książka jest bardzo ładnie wydana. Znalazłam chyba tylko jeden błąd, więc jest dobrze. Ilustracje są prześliczne, Dziewczynkom bardzo się podobały. Są przemiłym dodatkiem do bajek. Dodatkiem, który nie przytłacza, ale idealnie wpasowuje się w historię. 
Nic dodać, nic ując. Kupować i czytać dzieciakom, kształtować ich charaktery i potraktować książkę jako początek pięknej wspólnej przygody.


 




Książkę przeczytałam dzięki życzliwości Wydawnictwa Jedność

piątek, 8 czerwca 2018

Znak orła. Historia Polski w opowieściach dla dzieci – Dorota Skwark

Wydawnictwo: Jedność
Kielce 2018
Oprawa: twarda
Liczba stron: 40
Ilustracje: Aleksander Panek
ISBN: 978-83-7971-970-9





 
 
Jeszcze raz książka dla dzieciaczków, jednak zupełnie inna tematycznie.
Otwieramy i widzimy od razu mapę państwa Mieszka I. Duży plus. Można powoli spojrzeć, jak kiedyś wyglądała  nasza Ojczyzna (i po chwili porównać ją z mapą III RP zawartą z tyłu). No właśnie, bo o Ojczyźnie jest ta opowieść. 
Wszystko zaczyna się od rozmowy małego Kacpra z dziadkiem, który tłumaczy mu, czym jest Ojczyzna i co to znaczy być patriotą.  Następnie narrację przejmuje... orzeł.
Tekstu jest dość dużo, jest to więc raczej książeczka dla starszych dzieci, myślę, że początki podstawówki to ten właśnie moment. Każdy temat składa się ze zwartego opowiadania (ze słowniczkiem wyjaśniającym trudniejsze terminy – duży plus) oraz dwóch stron z krótkimi tekstami przedstawiającymi dokładniej pewne zagadnienia. Przykład: Półtorastronne opowiadanie o tym, jak Polska stała się państwem chrześcijańskim za sprawą Mieszka I i jego żony Dobrawy. Następnie dwie strony ze zwięzłymi odpowiedziami na pytania o to, czy Mieszko I był królem, czym jest dynastia, jak wyglądał gród piastowski oraz co jadali mieszkańcy ówczesnego państwa polskiego.
Poza świetnie dobranymi materiałami dydaktycznymi i ciekawym ujęciem tematu, książkę należy pochwalić również za wspaniałą szatę graficzną. Zawiera mnóstwo ilustracji, które z pewnością pobudzą dziecięcą ciekawość i wyobraźnię. Ilustrator inspirował się najlepszymi dziełami, poza tym jest również sporo zdjęć z czasów współczesnych, choć opowieść de facto kończy się na...  Piłsudskim. Dlaczego nie ma słowa o polskiej waleczności w czasie II wojny światowej tego nie wiem (choć trochę szkoda). Z drugiej jednak strony – książka jest niewielka, zaledwie 40 stronic, musiano więc dokonać jakiegoś wyboru. Autorka z pewnością przemyślała sprawę i wybrała to, co jej zdaniem najważniejsze dla kształtowania patriotycznej świadomości młodego czytelnika, jednocześnie biorąc pod uwagę jego wrażliwość  i delikatność.
Tekst napisany jest ładnym, przystępnym językiem. Bez wielkiego patosu. Choć zawiera słownictwo, które nie zawsze jest proste. Tu pomagają mini-słowniczki. Dzięki temu wszystko jest zrozumiałe, a dzieci mają szansę poznać nowe wyrazy, nie ograniczając się jedynie do tego, co już znały. Uważam, że to bardzo ważne w tego typu publikacjach.
Uwagi? Może mogłoby być trochę więcej kobiet na stronach tej książki. Historię może rzeczywiście pisali mężczyźni, ale tworzyli ją razem z kobietami. Daleko mi do feminizmu (jak ja nie znoszę tego słowa), ale jest to dość odczuwalne, że nie ma tu ani wielkich królowych (poza Dobrawą), ani nawet żon ważnych postaci. A chciałabym, żeby moje córki wiedziały, że koronę nosi nie tylko król, ale i królowa.




Książkę przeczytałam dzięki życzliwości Wydawnictwa Jedność

Komunia Święta i skarb ukryty w Ciele Chrystusa – Francesca Fabris

Wydawnictwo: Jedność
Kielce 2018
Oprawa: miękka
Liczba stron: 48
Tytuł oryginału: La comunione e il tesoro nascosto nel di Cristo!
Przekład (z j. włoskiego): Krystyna Kozak
Ilustracje: Alessandra Mantovani
ISBN: 978-83-7971-882-5





 
 

Dzisiaj chciałam napisać kilka słów o naprawdę wyjątkowej pozycji. Która nie tylko nas zachwyciła, ale bardzo pozytywnie zaskoczyła mnie poziomem merytorycznym.
Temat Komunii Świętej jest wśród dzieci (szczególnie w okolicy maja) dość szeroko poruszany. Nie ma się co dziwić. Oczywiście zanim nasze dwulatki dorosną do wieku, kiedy i one przywdzieją białe sukienki (czy alby) jeszcze trochę czasu. Jestem również przekonana, że niewiele zrozumiały z tego, co im czytałam. A jednak słuchały z dość dużym zainteresowaniem. 
Szata graficzna jest w tej książce bardo ładna. Duże grafiki, barwne, ładnie komponujące się z treścią, nie przytłaczają jednak. Choć zajmują sporo miejsca, nadal stanowią "tylko" dodatek. Najważniejszy jest tekst. Najważniejsza jest Prawda.
Dwadzieścia dwa tematy opisują kolejno etapy biblijne prowadzące do sakramentu Komunii. Od samego początku Pisma Świętego, od Księgi Rodzaju, ukazują, że wszystko, co "przytrafiało się" Narodowi wybranemu było zalążkiem do tego wielkiego przymierza, do Ofiary złożonej przez Chrystusa i jego wielkiej obietnicy, że będzie z nami "po wszystkie dni, aż do skończenia świata".
Poza tekstem głównym, każdy "rozdział" ma jeszcze dwie "kolorowe karteczki". Czasami jest to "skarb w słowach", czasami "skarb w Piśmie Świętym". Pogłębiają one wiedzę na dany temat, są pewnym wyjaśnieniem, często leksykalnym, które ma za zadanie wytłumaczenie młodemu czytelnikowi niuansów związanych z językiem Biblii.
Poza tym każdy z tych "rozdziałów" ma wskazówki, które należy umieścić na załączonej z tyłu książki mapie. Mapie, która ma nas doprowadzić do skarbu. Książeczka jest bowiem tak skonstruowana, że pobudza także do aktywności, a nie jedynie czytania i biernego przyjmowania wiedzy.
Zadania do wykonania są różne, często jednak polegają na przemyśleniu pewnego zagadnienia i przedyskutowaniu go bądź to w grupie rówieśników, bądź w rodzinie. Mobilizują zatem nie tylko do głębszego spojrzenia na zagadnienie, ale również do poznania zdania na ten temat innych, bliskich osób.
Poza mapą skarbu na końcu znajdują się również mapa Kościoła i mapa ołtarza. Myślę, że dla wielu dzieciaków rzecz bardzo pomocna. Szczególnie dla tych młodszych.
Muszę przyznać, że jest to merytorycznie jedna z najlepszych książek religijnych dla dzieci, jakie miałam dotychczas w rękach. Może nie jestem wybitnym ekspertem w tej dziedzinie, choć trochę na ten temat wiem. I z głębi serca polecam.
 
 
 




Książkę przeczytałam dzięki życzliwości Wydawnictwa Jedność

poniedziałek, 4 czerwca 2018

Ostatnie konklawe – Marcin Wolski

Wydawnictwo: Zysk i S-ka 
Poznań 2018
Oprawa: miękka
Liczba stron: 400
ISBN: 978-83-8116-385-9





Proza Marcina Wolskiego nie była mi dotąd znana, choć Autor jest szanowany od wielu dekad. Cóż, nigdy nie było mi po drodze, chociaż już parę lat temu myślałam o tym, by sięgnąć po jego książki. Nadarzyła się właśnie okazja, z której postanowiłam skorzystać. Cóż, znów sięgam po temat dotyczący Kościoła, papiestwa, wreszcie konklawe. Temat niby w miarę oczywisty, opisany już przez wielu innych, a jednak... Wolski podszedł do niego z zupełnie innej strony, kompletnie niespodziewanie, trzymając w napięciu naprawdę od pierwszej do ostatniej strony.
Powiadają, że diabeł ubiera się u Prady. Co byście powiedzieli, gdyby okazało się, że jednak u krawca szyjącego stroje kościelnych dostojników? Gdyby ktoś Wam oświadczył, że diabeł nie tylko jest wśród nas, ale pragnie... zostać papieżem? 
Wszystko zaczyna się dość niepozornie. Od spotkania w pociągu głównej bohaterki, Weroniki, i "niepokojąco przystojnego mężczyzny koło pięćdziesiątki", Mariusza. Nic nie wróży wielkich dzieł, jakie przyjdzie im razem stworzyć. Nikt nie mógłby przewidzieć, że ramię w ramię stoczą bój o cały Kościół. Ona, ateistka, feministka, singielka. On, ksiądz "na wygnaniu", egzorcysta. W końcu ona... medium. Weronika miewa sny. Sny, które nie są zwyczajne, w których ukazuje jej się przyszłość. Sny, które wielokrotnie już zmieniały tory jej życia, a tym razem przywiodą ją na pole bitwy, której nie można przegrać, choć przegrana jest niemal pewna.
Co z tego wyniknie? Wiele brawurowych akcji, szpiegostwo, egzorcyzmy, zdrady, satanizm. Poleje się krew, popłyną łzy czytelników. I do ostatniej chwili nie będziecie wiedzieli, jak się ta "draka" zakończy. 
Wolski pisze raczej prostym językiem, który jest łatwo przyswajalny, co pozwala na szybką lekturę. Pierwsze 170 stron "połknęłam" w jeden wieczór, co nie jest łatwe przy naprawdę absorbujących małych dzieciach. To doskonałe political fiction z elementami nadnaturalnymi. Ciekawe biografie, trzymająca w napięciu fabuła, liczne zwroty akcji. Bohaterowie, którzy są zwykłymi ludźmi, jakich możemy spotkać codziennie na drogach naszego życia. Bo wszystko to dzieje się z dala od watykańskich korytarzy, z dala od samego konklawe. Ono pojawia się dopiero na końcu powieści, wcześniejsza akcja ma miejsce głównie w Polsce i to jedno z ciekawszych posunięć Wolskiego. Bo o przetrwanie Kościoła katolickiego i wybór dobrego następcy Piotra można walczyć nie tylko tam, gdzie mieszka papież, ale nawet w odległej Polsce. 
Paweł Lisicki napisał, że Wolski jako pierwszy stara się zmierzyć z fenomenem "rewolucji Franciszka" i jej skutkami. Widać to w wielu dyskusjach bohaterów "Ostatniego konklawe". I choć jego osobistego zdania można się jedynie domyślać, kwestia ta zdaje się być niezmiernie ważną dla całej historii, odbija się szerokim echem, choć sam papież Franciszek nie został w powieści wymienionych bodaj ani razu (mimo że pojawiają się odwołania do jego dwóch bezpośrednich poprzedników).
Czy żyjemy w czasach apokaliptycznych? Weronika, Mariusz, Rafał, Kinga i Jarek mogą Wam odpowiedzieć. Chociaż nie, nie wszyscy z nich mogą jeszcze cokolwiek powiedzieć. Chcecie dowiedzieć się więcej? Zajrzyjcie do księgarni i sięgnijcie po "Ostatnie konklawe" Marcina Wolskiego. Warto.
Niestety jak na taką książkę, za dużo pojawia się tu błędów. Często są to takie drobiazgi jak brak kropki na końcu zdania (choć i tak trochę wstyd), jest i kilka większych. Nie będę się o nich teraz rozwodziła, ale odrobinę przeszkadzało to w uczcie, jaką była lektura najnowszej powieści Wolskiego.






Książkę przeczytałam dzięki uprzejmości Zysk i S-ka:

Cudowne źródełko. Legenda świętokrzyska – Dorota Skwark

Wydawnictwo: Jedność
Kielce 2018
Oprawa: twarda
Liczba stron: 32
Ilustracje: Ola Makowska
ISBN: 978-83-7971-796-5





 
 

Tym razem zacznę nieco niestandardowo, mianowicie nie od tekst ale od szaty graficznej. To pierwsze nas zachwyciło. Oglądałyśmy książkę z wielkim przejęciem, choć Dziewczynki mają zaledwie dwa latka, a nie siedem, jak sugeruje Wydawnictwo a propos grupy docelowej. Jasne, moje Córki z pewnością zrozumiały niewiele z całej tej opowieści, a jeszcze mniej zapamiętają. Z pewnością jednak jeszcze wiele razy zajrzymy do tej książki.
Ilustracje są przepiękne. Naprawdę chwytają za serce. Dziewczynkom oczywiście najbardziej podobały się... sowy, jeż i buty (każdy ma jakieś swoje "hobby"), ale ogólnie widziałam, że cała książka zrobiła na nich pozytywne wrażenie. Wiele razy przewracały strony i wracały do tego, co już chwilę wcześniej oglądały. Nie ze wszystkimi książkami tak mają, czasami obejrzą raz i kolejne zainteresowanie nadchodzi dopiero po kilku dniach, tutaj natomiast było natychmiastowe.
"Cudowne źródełko" zostało na kilka dni odłożone i czekało na swój moment. Było gorąco, większość czasu spędzaliśmy na dworze, na zabawach w ogrodzie i różnych festynach odbywających się z okazji Dnia dziecka. Tymczasem nadszedł wielki dzień zdjęcia pieluch. Zestresowana (trzeba się przyznać) tym, zastanawiałam się, jak urozmaicić Dziewczynkom te trudne chwile, w jaki sposób je umilić. Padło na czytanie "Cudownego źródełka" i, muszę przyznać, był to strzał w dziesiątkę. 
Zainteresowanie obrazkami nadal olbrzymie, ale, co równie ważne, Aria i Rebeka z chęcią słuchały tego, co czytałam. Zajęło nam to trochę czasu, bo było kilka przerw, ale przeczytałyśmy całość w jeden dzień, co nie jest taką oczywistą sytuacją. 
Cóż zatem mogę napisać o samej legendzie? Jest to piękna, wzruszająca, pełna ciepła, mądra opowieść o miłości i przyjaźni. Oraz o tym, że warto mieć czyste serce i dobre zamiary, ponieważ dobry człowiek zostaje w życiu wynagrodzony, a zły otrzymuje ostatecznie karę. Miłość siostrzana nie zawsze bywa różowa, nieraz na pierwszy plan wychodzą zazdrość i chęć dominacji, jak to było w przypadku Bogny i Dobrochny. Nieraz siostry podzieli mężczyzna, jak to się stało w przypadku Przemka...
"Cudowne źródełko" przybliża dzieciom, i ich rodzicom, świętokrzyską legendę dotyczącą źródełka świętego Franciszka. Dopiero kiedy całą historię przeczytałam, uświadomiłam sobie, że przecież byłam tam przed dwudziestu dwoma laty. Choć nie lubię gór, a Tatry mnie nie przekonują, wakacje w Górach świętokrzyskich wspominam często i z pewną tęsknotą. Tym przyjemniej więc czytało mi się tę historię. 
Książka jest wyśmienitym pomysłem na prezent, ponieważ jest dopracowana w najmniejszych szczegółach. Przedstawia wysoką wartość literacką i edukacyjną, w przyjemny sposób ukazuje młodemu czytelnikowi piękno polskich legend i polskich gór. To kawałek naszej kultury, który nie jest ogólnie znany (chyba że w regionie świętokrzyskim). 
Polecam gorąco, także młodszym czytelnikom i ich rodzicom.
 
 




Książkę przeczytałam dzięki życzliwości Wydawnictwa Jedność