Fragment mojej recenzji został umieszczony na okładce powieści "Skazaniec. Z bestią w sercu" Krzysztofa Spadło

Fragment mojej recenzji „Korony śniegu i krwi” został umieszczony na okładce powieści Elżbiety Cherezińskiej – „Niewidzialna korona” (wyd. Zysk i S-ka)

środa, 24 września 2014

Okopy Świętej Trójcy – Marek Nowakowski

Wydawnictwo: Zysk i S-ka
  Poznań 2014
Oprawa: twarda
Liczba stron: 225
ISBN: 978-83-7785-479-2






Urodzony w 1935 Marek Nowakowski zmarł 16 maja 2014 roku. Został pochowany na warszawskich Powązkach. Był pisarzem, publicystą, scenarzystą i aktorem. Publikował m.in. w "Zapisie", "Gazecie Polskiej" i "Nowej Kulturze". Należał do Stowarzyszenia Pisarzy Polskich, a w 2006 roku został odznaczony Krzyżem Komandorskim Orderu Odrodzenia Polski. Aresztowany w 1984 roku, zawsze otwarcie przeciwko komunizmowi, po jego upadku bardzo krytyczny wobec nowej Polski – innej, niż sobie wyobrażał. W 2005 roku wchodził w skład honorowego komitetu wyborczego Lecha Kaczyńskiego (kandydującego na urząd prezydenta), a w 2010 Jarosława Kaczyńskiego (kandydującego na urząd premiera). Autor licznych zbiorów opowiadań i kilku innych książek. Znany najbardziej jako autor "Raportu o stanie wojennym". Na podstawie jego opowiadania powstał film zatytułowany "Gonitwa" (1971).
"Okopy Świętej Trójcy" to zapis przeprowadzonych na przestrzeni dwóch lat 21 rozmów Marka Nowakowskiego z Krzysztofem Świątkiem oraz jednej rozmowy z Grzegorzem Eberhardtem. Jak w podtytule – o życiu i ludziach. A także o polityce i literaturze. Swoisty testament prawdziwego polskiego inteligenta. Skarbnica wiedzy i cytatów.
"Okopy Świętej Trójcy" to moje pierwsze spotkanie z Markiem Nowakowskim. Pierwsze, choć raczej nie ostatnie. Chętnie zapoznam się z innymi pozycjami tego Autora. Zresztą nie tylko jego. Wypisałam sobie w czasie lektury kilka tytułów i kilka nazwisk, po które zamierzam sięgnąć. Bo "Okopy..." to także skarbnica-bibliografia. Na jej podstawie można by skomponować całkiem długą listę książek do przeczytania, co w moim wypadku jest już bardzo niebezpiecznie...
Skąd tytuł, możecie zapytać. Nazwa "Okopy Świętej Trójcy" została użyta m.in. w "Nie-Boskiej komedii" Krasińskiego i tam oznaczała ostatni przyczółek arystokracji. U Nowakowskiego rozumiałabym pod tym pojęciem raczej ostatni przyczółek inteligencji – takiej "prawdziwej", dziewiętnastowiecznej, która doszczętnie została starta z powierzchni ziemi wskutek działań hitlerowców i sowietów w latach 1939-1940. Taką inteligencję Autor miał jeszcze okazję poznać, taką szanował do końca swoich dni, za taką tęsknił. I chyba miał nadzieję, gdzieś w głębi serca, że jeszcze się odrodzi. Choć był, jak sam przyznawał, pesymistą. W dzisiejszej młodzieży widział osoby biegnące w wyścigu szczurów – chcące jedynie dostatnio żyć, bez problemów, na jak najwyższych stanowiskach. Zamknięci przed innymi, żyjący w swoim świecie, z nosami w komórkach, z oczami wlepionymi w ekrany komputerów. Gorzkie podsumowanie pokolenia przełomu ustrojów, jakby nie patrzyć – mojego pokolenia.
W swych rozmowach Nowakowski i Świątek poruszali wiele tematów – politycznych, światopoglądowych, społecznych, literackich. Rozmawiali o wielkich tego świata i tych "maluczkich". O Gustawie Herlingu-Grudzińskim, Stefanie Kiesielowskim, Marii Dąbrowskiej i Janie Józefie Szzepańskim, ale także o paserze, którego zwano Kiciuchem, czy Benku Kwiaciarzu. O tych, o których pamiętają twórcy encyklopedii i o tych, o których już wszyscy zapomnieli. To niesamowita podróż po XX-wiecznej Warszawie – jej zakamarkach, tych istniejących i tych, których już nie ma. O tych tytułowych Okopach, które przestały już istnieć, a które były wyznaczone nie tylko fizycznymi miejscami na mapie polskiej stolicy, ale przede wszystkim – ludźmi, z którymi Nowakowski się tam spotykał.
"Okopy..." to niesamowite i niespotykane spojrzenie na Polskę (i Warszawę) XX i XXI wieku. Krytyczne, nostalgiczne, marzycielskie i pesymistyczne. Wszystko na raz, choć Nowakowski był bardzo konsekwentny w swych opiniach. Nie cierpiał oportunizmu, gardził pięciem się po szczeblach kariery za wszelką cenę. Cenił honor. Przede wszystkim zaś kochał Polskę taką patriotyczną miłością, jaka dzisiaj nie jest już w modzie. I bardzo szanował ludzi inteligentnych. Inteligentnych bezinteresownie, nie po to, by móc się pokazać, zrobić karierę, lśnić na salonach, ale dla samej pasji i chęci zdobywania wiedzy, rozumienia świata. Najlepiej chyba oddają to jego własne słowa: "Erudycja – nie po to, żeby błyszczeć w gronie rozmówców, ale by karmić duszę. Sam jako szczeniak widywałem takich ludzi – dziś nazywam ich bezinteresownymi inteligentami."
Wszystkie te rozmowy, które składają się na "Okopy..."  prowokują do zadania sobie licznych pytań co do kondycji dzisiejszego społeczeństwa. Dokąd zmierzamy? Czy jest to dobry kierunek? Ile jesteśmy gotowi oddać, by dotrzeć do celu? Czy ma to w ogóle jakiś sens? Z Markiem Nowakowskim można się było nie zgadzać, ale nie sposób nie szanować jego spostrzegawczości, jego wiedzy o świecie oraz języka, jakim się posługiwał. Choć w niektórych jego wypowiedziach widziałam człowieka, z którym chętnie stanęłabym w szranki w dyskusji to... muszę przyznać, że choć wiem, iż to ja mam rację – z pewnością swoimi argumentami i sposobem wypowiedzi Pan Marek starłby mnie z powierzchni ziemi.
Gorąco polecam lekturę, tym bardziej, że wydanie jest po prostu bezbłędne. Oklaski dla korekty i redakcji, które nie przepuściły żadnej literówki.






Książkę przeczytałam dzięki życzliwości Wydawnictwa Zysk i S-ka



Książka przeczytana w ramach Wyzwania





Święta droga – Piotr Wesołowski

Rok: 2014
Ebook, format pdf
Liczba stron: 235
ISBN: 978-83-940299-2-0
 


Pamiętacie "Przymierze" Piotra Wesołowskiego? Oto dalsza historia Konrada, Karola i pozostałych bohaterów tamtej niesamowitej opowieści.
Na początku trochę się pochwalę, bo jestem bardzo dumna i szczęśliwa, że Autor docenił moją recenzję wcześniejszej powieści. Otóż, moi Drodzy, w ramach wstępu i przypomnienia, o co chodziło w "Przymierzu", Pan Piotr Wesołowski zamieścił niemalże całą moją recenzję. Muszę przyznać, że jest to dla mnie wielki zaszczyt.
O ile "Przymierze" było powieścią łączącą elementy science-fiction i political-fiction, o tyle "Święta droga" idzie dalej, dodając jeszcze kwestie teologiczne, religijne, światopoglądowe. Zwijcie, jak chcecie, bo właściwie sama nie do końca potrafię określić, w jakim kierunku najbardziej uderzają. W każdym razie – dalsze dzieje naszych bohaterów będą dotykać kwestii wiary i miejsca kościołów w dzisiejszym świecie. Myślę, że dla części czytelników, książka ta znajdzie się na półce zatytułowanej "kontrowersyjne". U mnie tam właśnie "stoi", przed czym i sam Autor przestrzegał.
Miało być tak pięknie. Wygraliśmy wojnę, staliśmy się prawdziwym mocarstwem. Z pomocą Bajtka i technologii dawno wymarłej rasy kosmitów Polska odzyskała swoje miejsce na Ziemi. Potęga, duma, radość. Huczne obchody. Wszystko się układa lepiej, niżby się można spodziewać. Polacy są szczęśliwi, bogaci, nie muszą już emigrować za chlebem. Nigdzie gospodarka nie jest tak zadowalająca, jak w kraju nad Wisłą. Występujemy z Unii Europejskiej, która przestaje być dla Polaków rajem. U nas dzieje się lepiej, żyje dostatniej, spokojniej. Jednak nie wszystkim się to podoba. Zarówno w kraju, jak i poza jego granicami. Wrogowie siedzą cicho, jak pod miotłą i wyczekują na odpowiednią chwilę, by uderzyć. Ich atak jest totalny...
Ziemi nie ma... Zostało już tylko kilku mężczyzn na statku kosmicznym. Nie ma szans na przyszłość. Jedyne, co im pozostaje to... wrócić do przeszłości i naprawić wszystko samodzielnie. Tym samym Konrad i Karol trafiają na Kujawy, do IX wieku, kiedy ziemiami włada Siemowit i chrześcijaństwo wśród Słowian tych terenów nie jest jeszcze znane.
Początkowo bohaterowie starają się niczego w przeszłości nie zmieniać, ale już samo ich pojawienie się przed wiekami jest wystarczającą kroplą wody, by wywołać prawdziwą powódź. Trochę się zdziwiłam, że tak łatwo przyszła im zmiana nastawienia i tak chętnie postanowili wspomóc swych przodków, wprowadzając do plemiennej wspólnoty wiele udogodnień, których nie powstydzili by się dziewiętnastowieczni ludzie. Ten element oczywiście sprawił, że akcja była jeszcze bardziej porywająca, ale trochę mi jednak przeszkadzały np. te szklane okna wśród Słowian (bo przecież właściwie nie Polaków jeszcze) w czasach przed panowaniem Mieszka I. Sami oceńcie, kiedy przeczytacie powieść.
Tak, akcja jest naprawdę wciągająca i cała historia jest bardzo dynamiczna. Dzięki temu czyta się szybko. Ani się obejrzałam i już widziałam ostatnią stronę. "Święta droga" poniekąd odpowiada na pytanie, co by było, gdyby Peruna uratował nie Leszko (którego zresztą mamy teraz okazję dużo lepiej poznać), ale jakiś, powiedzmy, Wania, czy inny Anatol.
Był taki moment, że obawiałam się, w jakim kierunku Autor pójdzie dalej. Na szczęście skierował się na inne tory, niż się spodziewałam i dalej snuł już naprawdę ciekawą historię. Mimo wszystko jednak wydaje mi się, że obarczenie chrześcijaństwa wszystkim, co złe w dzisiejszym świecie, to przynajmniej "lekka" przesada. Pozostawiam to Waszej ocenie, każdy może mieć własne zdanie i ja je cenię. Możemy podyskutować, do czego zachęcam, ale pod warunkiem, że najpierw przeczytacie "Świętą drogę". 
Książka oczekuje na wydanie, oczywiście poinformuję Was, kiedy już będzie dostępna. Mam jedynie nadzieję, że do tego czasu zostaną poprawione liczne literówki, których – jak zwykle – muszę się uczepić, bo mi strasznie przeszkadzały. 
Powieść jest kontrowersyjna, ma wartką i ciekawą akcję, a niektóre pomysły Autora po prostu powalają na kolana (w pozytywnym tego znaczeniu). Polecam zatem.





Za książkę dziękuję Autorowi


wtorek, 16 września 2014

Anglicy na pokładzie – Matthew Kneale

Wydawnictwo: Wiatr od Morza
Gdańsk 2014
Oprawa: miękka
Liczba stron: 525
Przekład (z angielskiego): zbiorowy pod redakcją
Krzysztofa Filipa Rudolfa i Michała Alenowicza
Tytuł oryginału: English Passengers
ISBN: 978-83-936653-6-5





Piękna okładka, wydawnictwo, któremu dopinguję od pierwszych dni, Eden i Tasmania. Czy może być ciekawsza mieszanka? Otóż może, a to częściowo za sprawą samego Autora, częściowo – Michała Alenowicza, który wpadł na iście szatański pomysł dotyczący przekładu. Na dodatek na tym nie skończył, ale doprowadził projekt do końca i dzisiaj Ty, Czytelniku, możesz go ocenić. Ja wystawiam szóstkę z plusem – zdecydowanie jedna z trzech najlepszych książek, jakie miałam okazję czytać w tym roku. Po kolei jednak.
Tasmania przez długie lata była dla Europejczyków nieznanym światem. Jeszcze bardziej tajemniczym niż Australia. To, co przybysze uczynili z nowym lądem i jego ludnością można zaś nazwać tylko w jeden sposób – ludobójstwo, całkowita zagłada rdzennych Aborygenów. Nie ma żadnego usprawiedliwienia i na zawsze już powinniśmy się wstydzić tamtych dni, kiedy biali – dla sportu, dla własnego bezpieczeństwa, dla możliwości zdobycia nowych terenów i z wielu jeszcze różnych powodów – mordowali Aborygenów, a dzieci, które oszczędzali, oddawali na "wychowanie" Kościoła. Całkowita zagłada ludności i ich kultury, którą ówcześni mieszkańcy Europy uważali za tak niską, że właściwie nieistniejącą. Tragedia, która się wówczas rozgrywała stała się właśnie główną osią powieści Matthew Kneala.
Akcja rozgrywa się na przestrzeni około trzydziestu lat, w większości na statku, którym nasi bohaterowie płyną z Anglii na Tasmanię oraz na samej Wyspie. Czego jednak tam szukają? Otóż pewien, nie najmłodszy już, pastor nazwiskiem Wilson dochodzi do wniosku, że właśnie na Tasmanii odnajdzie biblijny Eden i postanawia udowodnić swe racje. Przygotowuje ekspedycję, w której udział – pod jego "dowództwem" – wezmą: jeszcze młody, podobno inteligentny, a na pewno leniwy lekkoduch Timothy Renshaw oraz chirurg, praktyk i teoretyk, spisujący notatki do nowej książki – doktor Potter. Tych trzech w ostatniej chwili będzie musiało wynająć inny statek, niż dotychczas planowano – w Indiach wybuchły zamieszki i wszystkie statki zdatne do użytku zarekwirowała angielska armia. Nie zapominajmy, że mamy połowę XIX wieku, brytyjskie imperium rozrosło się na pół świata i wcale nie zamierza się skurczyć z powodu "jakichś zbuntowanych Hindusów".
Ten, bardzo ograniczony, wybór pada na Sincerity – statek pod dowództwem kapitana Illiama Quilliana Kewleya z wyspy Man. Zresztą całą załogę tworzy całkiem barwna "zgraja" Mańczyków, którzy nie są zbyt zadowoleni z tego, że po pokładzie ich statku pałętają się Anglicy. Tym bardziej, że w poszyciu Sincerity ukryte są bele tytoniu, antałki z brandy i kolorowe szkiełka, które z pewnością nie spodobały by się wielebnemu pastorowi. Już swoje przeżyli, namęczyli się nieźle, by uniknąć złapania przez celników, a teraz przyjdzie im jeszcze płynąć na sam kraniec świata, po to tylko, by móc sprzedać kontrabandę. Cóż – Mańczycy z Anglikami się nie polubią i to żadna tajemnica.
W ten sposób przedstawiłam kilkoro z narratorów tej niesamowitej, barwnej, wspaniałej i gorzkiej w odbiorze powieści. "Anglicy na pokładzie" to historia opowiedziana aż przez 21 osób! 21 narratorów, każdy piszący innym językiem, każdy patrzący na świat swoimi oczami, każdy wychowany i doświadczony na swój własny sposób. Wrażenie niesamowite. Tym bardziej, że polskie wydanie jest totalnie bezprecedensowe. Przetłumaczenia powieści podjął się bowiem zespół 21 tłumaczy – każdego bohatera przekładała inna osoba. W pierwszej chwili nie byłam w stu procentach pewna, czy to dobry pomysł – na pewno dość ryzykowny. Okazał się po prostu wyśmienity! Premierę książki zaś Wiatr od Morza zaplanował na 30 września – czyli Międzynarodowy Dzień Tłumacza.
Jeśli obawiacie się, że akcję powieści będziecie oglądać jedynie oczami białych ludzi, nie macie powodu. Jednym z głównych bohaterów jest także Peevay – zrodzony z matki Aborygenki i białego poławiacza fok. Poczęty w wyniku gwałtu, żyje gdzieś pomiędzy – ani biały, ani tubylec. Nikt go tak do końca nie akceptuje, a matka... Cóż, ta relacja jest bardzo skomplikowana.
Tak różne spojrzenia na sytuację sprawiają, żeotrzymujemy naprawdę szerokie spektrum. Zapoznamy się bowiem z opiniami m.in. pastora, doktora-rasisty, mieszańca Peevaya, władz na Tasmanii, czy zbrodniarzy, którzy byli osadzeni w tamtejszych obozach. Bo trzeba pamiętać, że Tasmania nie tylko nie była rajem na Ziemi, ale dla wielu była prawdziwym piekłem, a jej biali mieszkańcy to w dużej mierze były osoby skazane za naprawdę poważne zbrodnie.
Trochę mało wśród narratorów kobiet, ale przecież to XIX-wieczna, wiktoriańska, imperialna Anglia, gdzie kobiety miały inną rolę do spełnienia, niż dzisiaj. Dobrze, że choć kilka dopuszczono do głosu, a ich głos uważam za jeden z najważniejszych w tej powieści.
Kneale świetnie poradził sobie z ukazaniem różnic w pojmowaniu i postrzeganiu świata pomiędzy Europejczykami a Aborygenami. Nie zatrzymał się jednak na tym. Bardzo zgrabnie przedstawił także różnice między Mańczykami a Anglikami. Muszę przyznać, że pozostaję pod olbrzymim wrażeniem.
W ogóle nie spodziewałam się, że Wiatr od Morza tak szybko się rozwinie i to na taką skalę. Kiedy w czasie zeszłorocznych Warszawskich Targów Książki zapowiadali wydanie pierwszej powieści – nie mogłam przewidzieć, że w ciągu niecałego półtora roku będą mieli na swym koncie tyle wyśmienitych i wybitnych pozycji, ani tym bardziej, że pokuszą się o tak wielkie przedsięwzięcie translatorskie. Naprawdę godne podziwu.
Wisienką na torcie jest przepiękna, klimatyczna okładka, którą zaprojektował Michał Alenowicz. Grafiki do niej (jak i i wszystkie pozostałe materiały graficzne) są natomiast dziełem Alexeya Pavlutsa.
Żeby nie było, że kadzę, czas na uwagi. Jest tylko jedna – bo choć otrzymałam egzemplarz recenzencki, a więc przed stateczną korekta, to znalazłam tylko trzy literówki, które z pewnością zostaną poprawione do daty premiery –  dlaczego służący Pottera raz nazywa się Hooper, a innym razem Hopper?
Chyba nie macie wątpliwości co do tego, że "Anglików na pokładzie" polecam całym sercem? Kupujcie i czytajcie, bo naprawdę warto!








Za egzemplarz recenzencki dziękuję Wydawnictwu Wiatr od Morza


Rud€ – Ewa Gogolewska-Domagała

Wydawnictwo: sumptem Autorki, druk: SOWA
Puck 2014
Oprawa: miękka
Liczba stron:328
ISBN: 978-83-939742-0-7



"Rud€" to kontynuacja powieści Ewy Gogolewskiej-Domagały pt. "Blondie$". Pierwszą część przyjęto bardzo ciepło, a przez czytelników portalu Granice.pl została uznana za książkę roku 2010. Jeśli jednak "Blondie$" nie czytaliście – nie martwicie się na zapas. Ja również mam to dopiero w planach. "Rud€" natomiast – choć powieść nawiązuje do bohaterów i zdarzeń z pierwszej części – można pochłonąć bardzo szybko i wszystko doskonale zrozumieć nawet, jeśli nie miało się okazji zapoznać z powieściowym debiutem Autorki.
Jak być może już zdążyliście zauważyć, nie przepadam za literaturą, którą ktoś szumnie nazwał "kobiecą".  Wydaje mi się na ogół głupiutka, naiwna i po prostu kiepsko napisana. Ewa Gogolewska-Domagała udowadnia jednak, że nawet w tej "szufladce" można znaleźć całkiem dobre pozycje. Całkiem dobre? Nawet bardzo dobre, choć do ideału tej powieści jeszcze daleko, ale o tym za moment.
"Rud€" to powieść w większości o kobietach, choć nie tylko. Mnie osobiście najbardziej wzruszyła historia Huberta i nad jego losem uroniłam trochę łez. Powieść zaczyna się jednak od przedstawienia dwóch przyjaciółek – Clementine i Nicole. Obie mieszkają w Belgii i choć przyjaźnią się od lat, każda z nich jest inna. Nicole to singielka, która chadza własnymi drogami i daleko trzyma się od stałych związków. Za to bardzo lubi protestować. Przeciwko czemu? Wszystkiemu, co się da. Clementine to ułożona kobieta koło trzydziestki, matka dwójki dzieci, od roku wdowa. Nagła i niespodziewana śmierć ukochanego Angela wpędziła ją w depresję i w ramach "kuracji" udaje się (razem z dziećmi) na kilkumiesięczny urlop do Tunezji. W pięknym, pięciogwiazdkowym hotelu pozna śliczną Samirę, z którą zwiąże się na wiele lat i która stanie się dla niej kimś w rodzaju młodszej siostry. Piękny dla turystów kraj nie jest jednak tak cudowny, jak można przypuszczać oglądając fotografie w katalogach biur podróży. Poniżenie, ból, niedocenienie – to tylko część z uczuć, z jakimi borykają się tamtejsze muzułmanki, mimo że Tunezja uchodzi za jeden z bardziej zeuropeizowanych krajów muzułmańskich.. A Clementine? Cóż, i jej los nie oszczędzi, gdy pewnego dnia jej ukochane dzieci zostaną porwane, a jej przyjdzie ścigać je choćby i na krańce.... Ojej, chyba się rozpędziłam.
Niektóre wątki są wyśmienite, inne po prostu dobre. Niektóre można by trochę bardziej rozwinąć, ale ogólnie cała powieść to świetne czytadło i to na dodatek z wieloma ciężkimi tematami, z którymi trzeba się zmierzyć. Czy wylejecie nad książką wiele łez to zależy jedynie od Waszej wrażliwości. To słodko-gorzka powieść, w której przeplata się humor i dystans do samego siebie, z obserwacją różnych narodowości oraz tragedią wielu bohaterów. Tragedią osobistą i ogólną, bo trudno nie myśleć choćby o losie tych wszystkich ciemiężonych kobiet, gdy czyta się o Samirze. Trochę smutku, trochę śmiechu, cała gama miłości. Wciągająca akcja, która sprawiła, że zawaliłam noc. Ciekawi bohaterowie. Chciałoby się napisać – nic dodać, nic ująć. Niestety, powieść ma minusy...
Choć korekta jest całkiem dobra (jedna literówka i kilka akapitów, na końcu których brakuje kropek to jeszcze nie koniec świata), to niestety odczuwalny jest tu brak redakcji. Autorka ma spore problemy z ogarnięciem czasu. Pisze przykładowo, że od jakiegoś wydarzenia minęło dziewięć lat, by na kolejnej stronie napisać, że cztery. Bohaterka wychodzi ze szpitala po zabiegu na wyrostek i bierze tabletki. Potem czytamy o kolejnych dwóch latach jej życia, by nagle... znów musiała wziąć tabletkę po zabiegu. Wiele takich błędów znalazłam, co bardzo utrudniało mi ustalenie, kiedy akcja powieści ma miejsce. Gdy wziąć pod uwagę, że najstarsze przywoływane wydarzenia to koniec wojny, a najnowsze dzieją się już kilka lat po wstąpieniu Polski do Unii Europejskiej – mamy naprawdę spory rozstrzał czasowy – to można ogłupieć. Dla jednego bohatera mija dekada, dla innego dwie. Czasowo – nie zawsze ma to sens. Nawet średnio uważny czytelnik może się pogubić. Szkoda, bo powieść czyta się naprawdę rewelacyjnie i bardzo, bardzo ciężko się od niej oderwać.
Polecam (z powyższym zastrzeżeniem), sama zaś czekam na możliwość przeczytania "Blondie$" oraz kolejnej powieści przygotowywanej przez Autorkę (mam nadzieję, że tym razem skusi się na redakcję).


 



Książka przeczytana w ramach Wyzwania



Książkę przeczytałam dzięki życzliwości Wydawnictwa SOWA
 http://www.sowadruk.pl/

niedziela, 7 września 2014

Alchemik z Hagi – Leszek Konopski

Wydawnictwo: Bellona
Warszawa 2014
Oprawa: miękka
Liczba stron: 223
ISBN: 978-83-11-12592-6





Transmutacja ołowiu w złoto, diabeł Łakota i podróże w czasie – przepraszam: chronoportacja – tego możecie oczekiwać po "Alchemiku z Hagi". Wartka akcja, ciekawe postaci, ładnie zarysowane tło. Czy można jednak powieść nazwać historyczną? Zadajcie sobie to pytanie po przeczytaniu całej recenzji, a później... sięgnijcie koniecznie po książkę.
Alchemik Dirk nie miał szczęścia do sąsiadów. Z jakichś powodów nie podobały im się jego eksperymenty, nie rozumieli wagi odkryć, które pewnego dnia mógł poczynić, przeszkadzał im smród dobywający się z jego pracowni. Pożary, które w niej czasami wybuchały również nie przysporzyły mu wielbicieli. Zawzięli się na niego nawet włodarze miejscy i w ten oto sposób zmuszony został do spakowania manatek i przeprowadzki. Trafił do tytułowej Hagi, która wówczas była nawet nie miastem, a miejscowością i w której miały go spotkać niebagatelne przygody.
Wszystko zaczęło się w sylwestrową noc, kiedy ludzkości witała nie tylko nowy rok, ale i nowe stulecie. Dirk, a właściwie Theodoricus van Woensdrecht, z pewnością nie spodziewał się, że w jednym z wiszących w jego domostwie obrazów zamieszkuje pewien sprytny diabeł, który na domiar złego posiadł tajemnicę kamienia filozoficznego. Zresztą, kamień kamieniem, złoto złotem, ale podpisanie cyrografu raczej bywa niebezpieczne. Toteż Dirk bronić się będzie zawzięcie, a Łakota kusić go będzie, przygotowując nader przyjemną "ofertę handlową".
Ciekawe postaci pierwszo- i drugoplanowe przedstawione są na barwnym tle XVII-wiecznej Holandii, która toczy wojny na wielu frontach, a jednocześnie nie przeszkadza jej to prowadzić interesów raz z jednym, raz z drugim wrogiem. Bohaterowie wypowiadają się trochę stylizowanym językiem, co widoczne jest przede wszystkim bliżej końca, gdy dochodzi do zetknięcia osób z XVII i XXI wieku. Wielki plus dla Autora, że udało mu się tak zgrabnie z tego wybrnąć.
Szkoda jedynie, że w pewnym momencie fabuła zaczęła tak galopować. Można by ją spokojnie rozciągnąć na kolejne 100 stron i rozszerzyć niektóre ciekawe wątki, choćby ten dotyczący Hester.
Nie mogłam się oderwać od lektury i powieść właściwie nie tyle przeczytałam,co pochłonęłam i była jednocześnie pysznym daniem głównym i znakomitym deserem. Niestety z małym zakalcem...
Co poszło nie tak? Redakcja. Kilka literówek to może jeszcze nie koniec świata, ale książka jest dość krótka, więc powinno być ich raczej mniej. Przede wszystkim jednak bardzo źle odebrałam, że na jednej z pierwszych stron pomylone jest imię głównego bohatera. Autorowi nie powinno się to przytrafić, a jeśli już popełnił taką skuchę – redaktor winien ją poprawić. Imiona i nazwiska bohaterów są skomplikowane i brzmią naprawdę obco, taka pomyłka zaś utrudnia ich ogarnięcie jeszcze bardziej. Szczególnie, kiedy dotyczy samego alchemika Dirka. I to największy minus.
Bardzo podobała mi się nagła zmiana narracji na pierwszoosobową, kiedy to zaczynamy widzieć zdarzenia oczami XXI-wiecznego mężczyzny. Duży plus za pewne powtórzenia w zdaniach – dzięki nim widzimy dokładnie te same miejsca oczami dwóch różnych osób i dostrzegamy razem z nimi różnice, które zaszły w otaczającym je środowisku. Ciekawy zabieg, który chyba nie był trudny, a wypadł naprawdę pozytywnie.
Trochę się pogubiłam przy podróżach w czasie, chyba zapętliłam się w pewnej chwili wraz z bohaterami. Nic to jednak nie zniechęcało do dalszej lektury, która mnie całkowicie wchłonęła.
Polecić mogę szczerze, choć nadal pozostaje pytanie postawione na początku – czy "Alchemika z Hagi" można nazwać powieścią historyczną? Moim zdaniem absolutnie nie.
Jestem ciekawa Waszego zdania.




Książka przeczytana w ramach Projektu:

Książka przeczytana w ramach Wyzwania:


Książka przeczytana w ramach Wyzwania:


wtorek, 2 września 2014

Mroczne dziedzictwo – Marian Kowalski

Wydawnictwo: RW2010
Poznań 2012
Ebook, format pdf
Liczba stron: 211
ISBN: 978-83-63598-04-4







Nigdy wcześniej nie trafiłam na żadne dzieło Mariana Kowalskiego. Teraz – kiedy wiem już, jak wiele napisał, jak wiele stworzył – zdaje mi się to dziwne. Czy warto zapoznać się z pozostałymi jego utworami? Nie wiem. Na pewno jednak mogę Wam polecić "Mroczne dziedzictwo", które na kilka dni (miałam na wakacjach mało czasu na czytanie) zaniosło mnie nad Bałtyk...
Morze pełne tajemnic, starych legend i baśni opowiadanych z dziada, pradziada. Morze, które zabrało na zawsze niejednego śmiałka i które potrafi być tak piękne, jak i przerażające. Przymorze, które kiedyś należało do Krzyżaków i gdzie przed wiekami na stosach płonęły czarownice...
Akcja powieści w większości toczy się dwutorowo. Daniel jest niemieckim dziennikarzem. Osiągnął pewien sukces, jest szanowany, znany, całkiem dobrze płacą mu za wierszówkę. Co dokładnie było powodem wyjazdu do niewielkiego miasteczka, w którym odbywała się konferencja o bytach nadprzyrodzonych nie ma większego znaczenia. Liczy się to, że w Weil der Stadt spotkał Ją. Rudowłosą. Piękną, pociągającą, tajemniczą polską rzeźbiarkę, która postanowiła stworzyć pomnik Sydonii, dawno już nieżyjącej kobiety skazanej na straszliwą śmierć na stosie – za czary.
Różni ich niemal wszystko, a jednak Daniel nie potrafi wyrzucić z głowy wspomnień dotyczących Ognistowłosej. Całkowicie zawładnęła jego umysłem. Nie potrafi pracować, nie może się skupić, popada w coraz większą niełaskę. I można by się żalić nad jego losem, gdyby nie to, że biedną Irenę spotyka znacznie więcej przykrości. Ból zdaje się być wpisany nie tylko w życie tej pięknej kobiety, ale w krew, która płynie w jej żyłach. Jaki udział mają w tym wszystkim przybyli z dalekich kazachskich stepów teściowie? Jakie mroczne dziedzictwo w sobie noszą?
Szalejący z pragnienia Daniel, szalejąca ze strachu i nawiedzana przez duchy zmarłych przed wiekami Irena, ogarnięty szaleństwem poszukiwania skarbu wikingów Emil – mąż Ireny... Tragedia za tragedią. Wiele śmierci, wiele niewyjaśnionych tajemnic. Cmentarz kryjący niejeden sekret. I pewna książka, która może okazać się ważniejsza, niż początkowo myślicie. Wszystko to w urokliwym majątku Wedlów, gdzieś niedaleko Niechorza.
Jeśli strony elektronicznej książki mogłyby wydzielać zapach, "Mroczne dziedzictwo" pachniało by (śmierdziało?) strachem. Napięcie, ciarki na plecach i ciągła niepewność, co dalej.. Te uczucia towarzyszyły mi podczas czytania tej niesamowitej powieści. Powieści napisanej pięknym językiem, przemyślanej w każdym szczególe, przyciągającej niczym magnes.
Dodatkowym atutem "Mrocznego dziedzictwa" jest zróżnicowana narracja. Historię Daniela poznajemy dzięki jego własnej opowieści. Narracja trzecioosobowa pojawia się w przypadku dziejów Ireny. Kiedy bohaterowie są razem – bywa różnie.
Bardzo podoba mi się pomysł napisania takiej historii. O Pomorzu, o naszych mitach, naszych legendach, postaciach z przeszłości, które na wieki zapadły w lokalną pamięć, a o których dzisiejsza, coraz bardziej globalizowana, Polska, zdaje się, zapomniała.
Nieczęsto się to zdarza, ale... nie mam żadnych negatywnych uwag dotyczących tej książki.



Książkę przeczytałam dzięki życzliwości Wydawnictwa RW2010