Fragment mojej recenzji został umieszczony na okładce powieści "Skazaniec. Z bestią w sercu" Krzysztofa Spadło

Fragment mojej recenzji „Korony śniegu i krwi” został umieszczony na okładce powieści Elżbiety Cherezińskiej – „Niewidzialna korona” (wyd. Zysk i S-ka)

wtorek, 16 lipca 2019

Moje przedszkole – Elżbieta Bielak

Wydawnictwo: PETRUS
Kraków 2019
Oprawa: twarda
Liczba stron: 100
Ilustracje: Halina Nowakowska
ISBN: 978-83-7720-383-5







"Moje przedszkole" to coś więcej niż tylko zbiór opowiadań wspierających adaptację dzieci w przedszkolu. To pięknie napisane, życiowe historie z życia dzieciaków (i ich nauczycieli przedszkolnych oraz rodziców). Na dodatek fantastycznie zilustrowane. Czyta się je z naprawdę wielkim zainteresowaniem.
My co prawda nie planowaliśmy nigdy przedszkola i raczej nadal nie planujemy, ale Dziewczynki są przedszkolem bardzo zainteresowane w ostatnim czasie. Jak z nieba zatem spadła nam ta książka, która wciągnęła je w wir przygód. Czytamy codziennie po śniadaniu (moim, kiedy Córeczki jeszcze jedzą). Kiedy tylko widzą, że kończę posiłek, dopytują, czy teraz im poczytam. Dotąd nigdy się to jeszcze nie zdarzało z takim nasileniem i tak regularnie. Widać gołym okiem, że "Moje przedszkole" to książka, która bardzo przypadła im do gustu.
Główną bohaterką całości jest Mania Skalska (cóż za piękne podobieństwo nazwisk!). Razem z nią słuchamy opowieści jej mamy o tym, że Mania wkrótce zacznie chodzić do przedszkola i jak jest tam fajnie. Razem z nią przeżywamy pierwszy dzień, który jest pewnie najtrudniejszy – rozstanie z mamą na dłużej niż kilka minut. Na szczęście Mania wie od początku, że mama po nią wróci i razem pójdą do domu. I tak będzie już odtąd codziennie. Rano mama przyprowadzi Manię do przedszkola, a tam będzie się działo. Nowi koledzy i koleżanki. Zupełnie inne zabawki. Panie, Ewa i Asia (i znów zbieżność, wszak jestem Ewa Joanna Skalec), które całymi dniami czuwają nad bezpieczeństwem dzieci oraz wymyślają dla nich coraz to nowsze atrakcje. Wspaniały plac zabaw z samolotem, o zabawie w którym marzy każdy przedszkolak. Przygody, poznawanie świata, wiele radości. Ale i kłopoty, ot choćby wtedy, kiedy Gabrysi tajemniczo zniknie podwieczorek, Marcinek i Kubuś pokłócą się o samochodzik, albo kiedy w przedszkolu pojawi się nowy chłopiec, który będzie bardzo, ale to bardzo płakał za swoją mamusią. Bo w przedszkolu, tak jak w życiu, czasem słońce, czasem deszcz. 
Książka składa się z 26 opowiadań. Większość z nich ma niecałe trzy strony (idealna długość), a każde z nich opatrzone jest przepiękną ilustracją. Ariunia i Rebeczka uwielbiają je oglądać i dopytywać o szczegóły. Język jest w pełni zrozumiały dla trzylatków, a przypuszczam, że to właśnie do dzieci w tym wieku jest ta pozycja głównie kierowana. W końcu wiele dzieci właśnie wówczas po raz pierwszy idzie do przedszkola. Myślę jednak, że jest ona doskonała także i dla tych, które nie idą. Nie tylko dlatego, że jest interesująca i naprawdę edukacyjna. Również dlatego, że oswaja z rozstaniem z rodzicami na dłuższy czas. Nawet jeśli nie wysyłamy maluchów do przedszkola, to czasem sami musimy się od nich nieco oderwać. Ja sama doskonale wiem, że nie jest to łatwe. Kiedy przed rokiem  zaczynałam kolejny kierunek studiów, byłam przerażona tym, jak dzieci zareagują na to, że mamy nie będzie w domu przez prawie cały dzień, dwa razy w miesiącu. Mąż oczywiście świetnie sobie radzi, ale... Teraz Dziewczynki rozumieją już lepiej, że czasami dzieci spędzają dużo czasu poza domem, z osobami innymi niż ich rodzice czy dziadkowie. Samo mówienie o tym nie dawało żadnego pozytywnego odzewu. Książka pomogła. Ciekawe, jak będzie to wyglądało w rzeczywistości. Pożyjemy, zobaczymy. 
W "Moim przedszkolu" są nie tylko treści mające oswoić z samym przedszkolem, czy rozłąką z rodzicami. U nas na przykład pomaga czasami odwołanie się do tego, co czytałyśmy. Kiedy Dzieci się kłócą o zabawkę, mówię, że jak nie przestaną, to zrobię tak jak pani Asia w przedszkolu. I wiedzą już, że kłótnie mają konsekwencje nie tylko u nich w domu. Że kłócić się nie wolno, bo pani Asia w przedszkolu wówczas musi podjąć kroki. A przecież lepiej bawić się razem. Zachowania dzieci i pań w przedszkolu stały się dla nas kluczowe w wielu rozmowach i widzę, że w ciągu zaledwie tygodnia wiele kwestii się u nas unormowało właśnie dzięki temu, że poznaliśmy Manię i jej grupę przedszkolną.
Plusów jest naprawdę sporo i mogę z czystym sercem polecić tę książkę. Jednak... Jest ona przeznaczona tylko dla uważnego czytelnika. Rodzica, który uważnie czyta swojemu dziecku. Niestety, błędów jest naprawdę sporo. Nawet jeśli pominąć notorycznie pojawiającą się złą odmianę słów, to już opcja, że w połowie opowiadania Kubuś staje się nagle Krzysiem, a pani dzieląc grupę na dwie mówi, że jedna jest po prawej, a druga... po prawej, nie jest fajna. Redakcja chyba trochę przysnęła. Nie dałabym do czytania dziecku, które właśnie się uczy, czy niedawno nauczyło czytać. Zbyt często muszę na bieżąco poprawiać błędy. Szkoda, bo za samą treść i oprawę graficzną chciałoby się przyznać jakąś nagrodę, a tu taki redaktorski bubel.

 
 
 



Książkę przeczytałam dzięki uprzejmości Wydawnictwa PETRUS
https://www.wydawnictwopetrus.pl/

wtorek, 9 lipca 2019

Książki Luizy Borkowskiej-Ziółkowskiej od Wydawnictwa PETRUS

Wydawnictwo: PETRUS
  Kraków 2018
Oprawa: twarda
Liczba stron: 36
Ilustracje: Katarzyna Kurdziel
ISBN: 978-83-7720-291-3
 
 
 


 
 
 
 
 
 
 
 
 
Wydawnictwo: PETRUS
Kraków 2019
Oprawa: twarda
Liczba stron: 44
Ilustracje: Luiza Borkowska-Ziółkowska
ISBN: 978-83-7720-537-2








Tym razem moje córeczki zostały obdarowane kompletem czterech książeczek od Wydawnictwa PETRUS. Dzisiaj przedstawię dwie z nich, obie autorstwa Luizy Borkowskiej-Ziółkowskiej. Choć tematycznie różne, mają sporo cech wspólnych. Mimo to zostały odebrane przez Dziewczynki w zupełnie różny sposób.  Dlaczego tak się stało? Przeczytajcie.
"Proszę, przepraszam, dziękuję. Małe wielkie słowa" to wierszowana historia opowiedziana przez miłą babcię o imieniu Adelajda. To ona jest narratorką tej powiastki z morałem. Rzecz dotyczy kilkuletniego chłopczyka, Filipka, który własnie ma spędzić swój pierwszy dzień w przedszkolu. Niestety Filip nie należy do grzecznych dzieci. Jest krnąbrny, złośliwy, niemiły. Obraża się na swoją mamę za to, że w ogóle przyprowadziła go do przedszkola, od razu nie  lubi swojej pani, a dzieci z grupy traktuje z wyższością i łapie każdą nadarzającą się okazję, by napsocić i coś im zaszkodzić. Nie pomagają ani prośby mamy, ani tłumaczenia pani. Jednak w pewnym momencie miarka musi się przebrać. Czy chłopiec w końcu pojmie, jak ważne jest bycie posłusznym? Czy zrozumie, że tytułowe, magiczne, słowa mają olbrzymie znaczenie, a zjednywanie sobie ludzi jest znacznie bardziej korzystne, i przyjemniejsze w skutkach, niż zniechęcanie ich do siebie? 
Chyba sami domyślacie się, że tak właśnie będzie. Wszak książeczka ma na celu nauczyć dzieci szacunku do drugiego człowieka, życzliwości, empatii i zwyczajnej grzeczności. A wszystko to w przyjaznej, przyjemnej, rymowanej formie. Czytałyśmy tę książeczkę z Rebeką przez trzy kolejne wieczory i podobała jej się. Jednak szału nie było. Słuchała, ale nie zadawała żadnych pytań (to u nas jeden z wyznaczników sukcesu). A pod koniec zdawała się już trochę znudzona. Za dużo moralizowania dla trzylatki? Być może. Zobaczymy, jak pójdzie z Arią. Jeśli historia się powtórzy, wrócimy do książki za jakiś czas, chociaż prawda jest taka, że właśnie kładziemy ostatnio dość duży nacisk na trening dobrego wychowania, więc opowieść o Filipku jest dla nie jak znalazł. 
Dopełnieniem pozytywnej oceny niech będzie słowo o bardzo ładnych ilustracjach Katarzyny Kurdziel oraz wpadający w ucho, powtarzający się wielokrotnie, niczym refren, dwuwiersz: "Grzeczność dobrym jest nawykiem. Grzecznym chłopcem bądź, Filipie!".
"Skąd się wziąłem w brzuszku, tato?" to kolejne spotkanie z babcią Adelajdą i Filipkiem. Tym razie już nie w przedszkolu, ale w domowych pieleszach i w sytuacji bardzo osobistej. Filip właśnie doszedł do tego momentu w swoim dziecięcym życiu, kiedy zaczyna się zastanawiać, skąd pochodzi. Wie już, że dzieci rodzą się z mamusi, a konkretnie z jej brzuszka, ale... skąd biorą się w tym brzuszku to już zupełnie inna historia.
Dlatego Filip prosi o pomoc swojego tatę. Siadają zatem na łóżku i tatuś stara się wybrnąć jakoś z niespodziewanej sytuacji. Wszak pytanie nie jest błahe, wypada na nie rzeczowo odpowiedzieć. Z pewnością wielu z Was stanęło już przed tym dylematem, wielu ma to jeszcze przed sobą. U nas temat ciąży, brzuszka i tego, gdzie dzieci były, kiedy ich jeszcze nie było jest na topie już od pewnego czasu, więc książka wywołała wielki entuzjazm. I co najważniejsze, pięknie odpowiedziała na pytania. Dziewczynki są zachwycone, tak jak i ja. W delikatny  sposób, z dużą dozą humoru, babcia Adelajda przekazuje nam opowieść mamusi (tatuś jednak nie podołał) o tym, jak doszło do zapłodnienia, jak plemnik z komórką jajową połączyły się i utworzyły dzidziusia, który jest częściowo z ciała mamy, częściowo z ciała taty, a któremu duszę dała Bozia (nie lubię tego określenia, ale to chyba jedyny "minus" całości, jeśli o takowym można pisać). Piękne ilustracje Luizy Borkowskiej-Ziółkowskiej są dopełnieniem historii. Pełen sukces, Aria i Rebeka co chwilę zadawały dodatkowe pytania, słuchały z wielką uwagą. Przeczytałyśmy książkę na dwie raty, czyli bardzo szybko, tak były zainteresowane tym, co dalej. Połączenie czystej biologii z wiarą katolicką, poczuciem humoru, wierszykiem, pięknymi ilustracjami to strzał w dziesiątkę. Idealne pokazanie dzieciom, skąd się biorą i podkreślenie, że są NAJWIĘKSZYM SKARBEM na świecie.
Obie pozycje są bardzo ładnie wydane –  w twardych oprawach, na grubym, kredowym papierze. Oczywiście zero błędów, na co jestem bardzo przeczulona, szczególnie jeśli chodzi o książki dla dzieci. Wygląda na to, że nasze nowe nabytki nie tylko zagościły w sercach Dziewczynek, ale jeszcze długo przetrwają, są bowiem szyte, a nie klejone, co już chyba nie zdarza się specjalnie często.
Naprawdę mogę gorąco polecić obie te pozycje, choć u nas prawdziwym hitem okazała się oczywiście opowieść o dzidziusiu w brzuszku.
 
 
 



Książkę przeczytałam dzięki uprzejmości Wydawnictwa PETRUS
https://www.wydawnictwopetrus.pl/


poniedziałek, 24 czerwca 2019

Atlas przygód dinozaurów – Emily Hawkins

Wydawnictwo: Nasza Księgarnia 
  Warszawa 2019
Oprawa: twarda
Liczba stron: 88
Ilustracje: Lucy Letherland
Tytuł oryginału: Atlas of Dinosaur Adventures
Przekład (z j. angielskiego): Anna Studniarek
ISBN: 978-83-10-13291-8




Moje Córeczki są wielkimi fankami dinozaurów (szczególnie Rebeka). Czasami aż mnie zaskakuje, że trzylatki potrafią spamiętać te różne trudne nazwy i na dodatek rozpoznają, która figurka jak się nazywa. Tym chętniej więc zaopatruję się we wszelkie ciekawe publikacje dotyczące wymarłych od milionów lat gadów. Tym razem w nasze ciekawskie ręce trafił "Atlas przygód dinozaurów" od Naszej Księgarni. Jesteście chętni, by chwilę o nim poczytać?
Zacznijmy od tego, że jest to książka skierowana do dzieciaków w każdym właściwie wieku. Oczywiście okazuje się równie interesująca dla dorosłego czytelnika, o ile nie jest specjalistą w dziedzinie, ale powiedzmy sobie szczerze – to książka dla dzieciaków. I świetnie, bo w domu mamy już kilka pozycji dla nastolatków i dorosłych laików, a teraz doszła taka stricte dla maluchów. Od pierwszej chwili kusi kolorową okładką, pięknymi ilustracjami, wielkością. I jeszcze ten tytuł. To nie tylko atlas dinozaurów, ale atlas ich przygód! Co zatem kryje się wewnątrz?
Już na samym początku mamy mapę świata. Współczesną, co ważne. Mapę, na której zaznaczono wybrane gatunki dinozaurów. Podobnych map jest dalej więcej, ponieważ książka podzielona jest zgodnie z kontynentami, na których znaleziono szczątki poszczególnych prehistorycznych gadów. Króciutki wstęp zachęca do czytania kolejnych historyjek – ładny, przyjemny dla ucha tekst okolony ilustracjami wybranych dinozaurów. Wygląda to naprawdę zachęcająco. 
Zanim Autorka przechodzi do pierwszego kontynentu, uświadamia młodemu czytelnikowi, że kula ziemska nie zawsze wyglądała tak, jak znamy ją z atlasów i globusów. Na dwóch stronach, w przystępny sposób, pokazano bowiem, jak zmieniały się kontynenty, począwszy od Pangei, a kończąc na współczesnym nam ich układzie. Do tego kilka niedługich opisów i dalej, ruszamy poznać przygody dinozaurów!
Jak już wspomniałam, tytuł książki zobowiązuje. Nie jest to zatem atlas dinozaurów, tu naprawdę czuć przygodę. Każdy z gadów został drobiazgowo przedstawiony – ramka u doły strony (czasem u góry) zawiera następujące informacje: łacińską nazwę oraz jej znaczenie, miejsce odkrycia szczątków (które jest również zaznaczone na kuli ziemskiej u góry albo dołu strony), okres, w jakim żył, grupa, do której należał, pożywienie oraz wielkość, jaką osiągał. Kiedy się jednak dobrze przyjrzeć całej książce, to dochodzimy do wniosku, że ta ramka to rzeczywiście tylko mały dodatek. Bo najważniejsze dzieje się wokoło. Kilka zdań o każdym prehistorycznym stworze to dokładnie tyle, ile dziecko jest w stanie przyswoić, by się nie zniechęcić, a zaciekawić i coś zapamiętać. Poza tym każda ilustracja to typowa scenka. Ucieczka jaszczurki przed mikroraptorem, opieka matki nad małym plejozaurem, potyczka triceratopsów, czy ostrzegawcze trąbienie charonozaura, kiedy przy wodopoju pojawił się znany wróg... To tylko przykłady zapierających dech w piersiach opowiastek, które przyjdzie nam poznawać. Bo choć książka ma niby tylko niecałe 90 stron, to naprawdę jest co czytać, ponieważ poza tekstem głównym na każdej stronie znajduje się mnóstwo innych ciekawostek, mikrohistorii. O otoczeniu, w jakim żyły dinozaury, o ich wrogach, naturalnych sprzymierzeńcach. O ulubionym jedzonku, czasami takim, które szybko uciekało. Zdarza się i tak, że przy jednym tytule poznajemy nawet cztery czy pięć dinozaurów (bądź innych zwierząt). Nie zapominajmy o bogatej, i jakże innej od współczesnej, florze. A wszystko to pięknie zilustrowane przez Lucy Letherland. Jesteśmy pod olbrzymim rażeniem.
Właśnie, ilustracje są integralną częścią atlasu. To się właściwie rozumie samo przez się, wszak to atlas. W tym jednak przypadku nieraz trudno zdecydować, co jest ważniejsze. I jeszcze to fantastyczne, klimatyczne, humorystyczne podejście do tematu. Na ogół takiego nie lubię, a tym razem mnie urzekło. Bo jakże nie rozczulić się na widok tyranozaura z chustką (śliniakiem?) na szyi, gotowego na to, by zasiąść do posiłku?
Mamy już kilka swoich ulubionych stron w "Atlasie przygód dinozaurów" (mikroraptor rządzi, uwielbiamy również podwodny świat). A nasza przygoda z tą książką przecież dopiero się na dobre zaczyna. Nie mogę doczekać się dalszych odkryć. 
Z dzieciństwa pamiętam, że to mój młodszy brat fascynował się dinozaurami. Zbierał mnóstwo książek i czasopism, figurki, budował modele. Ja stałam z boku i się przyglądałam. Niespecjalnie mnie to interesowało Wrażenie robiła na mnie jednak każdorazowo książka "Dinotopia" Jamesa Gurneya, do której do dzisiaj mam wielki sentyment. A na podstawie przedstawionego w niej systemu pisma sama wielokrotnie tworzyłam własne alfabety wyimaginowanych ras. To była dopiero zabawa! Myślę, że "Atlas przygód dinozaurów" może być dla moich (i Waszych) dzieci taką właśnie "Dinotopią".
Za najlepszą rekomendację niech posłużą na koniec słowa trzyletniej Arii: "Mamusiu, ja chcę mieć w salonie tę piękną książkę o dinozaurach".

 
 



Książkę przeczytałam dzięki uprzejmości Wydawnictwa Nasza Księgarnia:
https://nk.com.pl/

czwartek, 6 czerwca 2019

Maszyny Leonarda. Niezwykłe wynalazki i tajemnice rękopisów Leonarda da Vinci – Mario Taddei, Edoardo Zanon, Domenico Laurenza

Wydawnictwo: Jedność
Kielce 2019
Oprawa: miękka ze skrzydełkami
Liczba stron: 240
Tytuł oryginału: Le machine di Leonardo. Segreti e invenzioni nei codici da Vinci
Przekład (z j. włoskiego): Piotr Żak
ISBN: 978-83-7971-908-2






500-lecie śmierci wielkiego geniusza, jakim był (i pozostaje) Leonardo da Vinci stało się pretekstem do wydania w Polsce naprawdę niezwykłej książki. Nie traktuje ona bowiem jedynie o projektach – niemalże fantastycznych – maszyn, ale ukazuje szeroką perspektywę badań nad światem, które prowadził mistrz Leonardo. Pozycja zachwyca nie tyle od pierwszej strony, ale już w chwili, gdy spojrzymy na okładkę. Co zatem znajdujemy w środku?
Publikacja obejmuje ponad 30 maszyn, a co za tym idzie ponad 50 szczegółowych interpretacji i objaśnień. Są tu kolejno: maszyny lotnicze, wojenne, wodne, robocze i teatralne, następnie zaś instrumenty muzyczne i inne urządzenia. Wszystko to dokładnie opisane i, można rzec, przełożone na język grafiki komputerowej.  
W XIV i XV wieku nie było takich możliwości technicznych jak dziś. Szczególnie mam tu na myśli komputery. Dlatego praca wykonana przez autorów książki jest niejako dopełnieniem tego, o czym z pewnością marzył sam Leonardo. Jego pomysły w większości (choć jest to kwestia dyskusyjna) nie wyszły poza szkice i opracowania na papierze. Dziś natomiast możemy zobaczyć, fizycznie dotknąć, przeanalizować z każdej możliwej strony każdą z tych maszyn. Różne punkty widzenia, powiększenia, strzałki kierunkowe – wszystko to dynamizuje i unaocznia wagę graficznej strony opracowań włoskiego mistrza. 
Doskonałym przykładem jest automobil Leonarda. Przygotowanie jego modelu, zarówno wirtualnego jak i rzeczywistego zajęło niemało czasu. Zaprezentowano je podczas wystawy, która – spełniając wszystkie naukowe rygory – okazała się sukcesem na skalę światową i była prezentowana w wielu krajach.
Leonardo uważał rysunek za narzędzie analizy działania każdego z elementów, nawet tych najbardziej skomplikowanych urządzeń. Dlatego też zawsze je "rozbierał". I w omawianej publikacji urządzenia z rękopisów Leonarda są porozkręcane, porozcinane... Wszystko to jest zrobione świadomie – po to, byśmy dobrze widzieli każdy szczegół oraz sposób, w jaki pracował nad nimi wielki geniusz.
Opisy wszelkich rodzajów maszyn projektowanych przez Leonarda w kontekście jego różnych zainteresowań, miejsc, w których mieszkał, osób, dla których pracował, a nie tylko konkretnych modeli – wszystko to pozwala spojrzeć szerzej na całe dzieło da Vinciego. Nie tyle go zrozumieć, bo to raczej niemożliwe, ile docenić w pełni fakt, że wybiegał daleko przed szereg sobie współczesnych. Do dzisiaj jego rękopisy kryją przecież tajemnice, o czym możecie przeczytać w omawianej publikacji.
Autorzy wykonali więc kawał naprawdę dobrej roboty. Należy się więc chyba kilka słów o nich właśnie. Domenico Laurenza, autor tekstów jest historykiem sztuki, znawcą prac Leonarda oraz renesansowych nauk technicznych. Wykłada na kilku uniwersytetach, publikuje mnóstwo opracowań dotyczących Leonarda i innych mistrzów okresu odrodzenia. Mario Taddei to wykładowca grafiki komputerowej i multimediów, twórca gier komputerowych, a także autor kilku wcześniej wydanych książek poświęconych da Vinciemu. Edoardo Zanon zajmuje się komunikacją wizualną, multimediami i współpracuje na tej płaszczyźnie z wieloma firmami. Jest wykładowcą, tworzy wystawy i pomoce edukacyjne. Jako zespół spisali się wyśmienicie, oddając w ręce czytelników książkę, która we współczesny, ciekawy, niemalże interaktywny sposób ukazuje wszechstronność oraz geniusz Leonarda da Vinci. 
Do książki dołączona jest dodatkowa ulotka z dziesięcioma maszynami, które można zbudować w domowych pieleszach. Wszystkie  je można zakupić na stronie Wydawnictwa Jedność. Myślę, że są wspaniałym uzupełnieniem tej lektury. Chociaż i bez nich "Maszyny Leonarda" mocno pobudzają wyobraźnię. To książka, którą można oglądać całymi godzinami, wręcz całymi dniami, a wciąż zachwyca.








Książkę przeczytałam dzięki życzliwości Wydawnictwa Jedność


piątek, 31 maja 2019

Warszawskie Targi Książki Anno Domini 2019

Kolejne Warszawskie Targi Książki za nami. Choć minęło już trochę czasu, zasiadam do tego krótkiego reportażu dopiero dziś (z powodów zdrowotnych). To moje pierwsze WTK od czterech lat. Wyczekane i wytęsknione – i muszę przyznać, spełniły wszystkie moje oczekiwania. Chociaż byłam jedynie w sobotę, a nie tak jak dotychczas – we wszystkie dni targowe.



Na początek słów kilka o ciekawych spotkaniach. Najpierw długo – a czegoś innego by się spodziewać – kolejka do Andrzeja Pilipiuka, który podpisywał kolejny tom ze zbiorem opowiadań zatytułowany „Zły las”. Oczywiście podpisywał też wszystkie inne książki, z którymi przyszli do niego fani. Kolejka, jak to zwykle bywa, zakręcała wielokrotnie, a ludzi chętnych, by otrzymać podpis i porozmawiać z panem Andrzejem nie brakowało. Atmosfera kolejkowa przemiła, a i sam autor, jak zwykle, zagadywał każdego kolejnego fana. Otrzymałam kolejne 5 autografów, a właściwie dedykacji dla mnie oraz 5 obrazków z konikami, które Andrzej Pilipiuk namiętnie wrysowuje w moje książki. Można powiedzieć, że mam już całą konnicę dla armii – teraz pozostaje jedynie szukać chętnych rycerzy. Z ciekawostek, które udało mi się uzyskać dwie najważniejsze: kolejny zbiór opowiadań powinien pojawić się już na jesieni tego roku (cytuję: „wziąłem kredyt i muszę teraz więcej pisać”). Druga, być może ciekawsza dla Was, a może i nie – Andrzej Pilipiuk planuje napisać kolejny cykl nawiązujący do „Oka Jelenia”. Tak, tak, dobrze się domyślacie – o tej drugiej grupie badawczej, która szukała tajemniczego Oka Jelenia. Osobiście nie mogę się już doczekać.
Kolejne przemiłe spotkanie, tym razem z Ałbeną Grabowską, autorką między innymi „Stulecia Winnych”. Serial na podstawie trylogii emitowany przez TVP1 stał się w ostatnim czasie bardzo popularny wśród widzów, a jego ostatni odcinek widzieliśmy w Dzień matki. Teraz wiemy, że trwają już prace nad kolejnym sezonem, który będziemy mogli oglądać na wiosnę przyszłego roku. Nie mogę się już doczekać, ponieważ „Stulecie Winnych” to jedna z moich ulubionych sag rodzinnych. Pani Ałbena zaprasza również na spotkanie autorskie w Brwinowie, już 2 czerwca. Może ktoś z Was pojawi się na nim. Ja niestety tym razem nie dam rady. Była to bardzo miła, spokojna i radosna rozmowa ze wspaniałą autorką, która pisze nie tylko dla dorosłych, ale również dla dzieci i młodzież. Tym razem podpisywała swoją najnowszą książkę właśnie dla tych ostatnich. Ja natomiast powolutku przymierzam się do zakupu książki kucharskiej rodu Winnych. Nie ma się co dziwić– w końcu kocham gotować, a Bronia Winna z pewnością jest sporym autorytetem jeśli chodzi o sprawy kuchenne. Spotkani dla mnie to również dwa kolejne autografy oraz zdjęcie z autorką.



Pan Jacek Ostrowski podpisywał swoją najnowszą powieść „Czarny wdowiec”. To jeden z dwóch tytułów tego autora, których na razie nie czytałam. Sami zresztą możecie spojrzeć – na blogu znajduje się mnóstwo recenzji jego książek. Śledzę jego karierę od kilku dobrych lat i mogę gorąco polecić – teraz również jako człowieka, z którym miałam okazję chwilkę porozmawiać. Poza wspólnym zdjęciem wymieniliśmy kilka uwag, między innymi dotyczących zagrożeń wychowaniu współczesnych dzieci. Pan Jacek namawiał mnie również do tego, bym jak najszybciej wróciła do pisania. Kto wie, może już całkiem niedługo. Na razie przygotowuję dla Was trochę inną niespodziankę, ale o tym na razie cicho sza. Pan Jacek Ostrowski również zaprasza na kolejne spotkanie autorskie również w Warszawie, już 5 czerwca.

 
Poza spotkaniami autorskimi odbyłam również kilka przemiłych rozmów z osobami pracującymi w różnym wydawnictwach. Bardzo serdecznie dziękuję za poświęcony mi czas pani Lucynie Rurarz z Wydawnictwa Jedność. Spotkania z Panią to zawsze czysta przyjemność. Z Targów przywiozłam jedną z najnowszych pozycji Wydawnictwa – „Maszyny Leonarda”, której recenzja już wkrótce pojawi się na Dune Fairytales. Poza mnóstwem fantastycznych, ciekawych, kolorowych książek na stoisku znajdowały się również właśnie maszyny Leonarda – drewniane modele zostały stworzone na podstawie projektu geniusza da Vinci i można było obejrzeć nie tylko sposób ich działania, ale również to jak je składać. Można je zakupić na stronie Wydawnictwa. Wspaniała zabawka nie tylko dla dzieci. Bardzo ładnie wykonane, wyglądające na trwałe. Myślę, że byłyby ozdobą w każdym domu, a i wielką atrakcją zarówno dla dzieci, jak i dla dorosłych. Trochę więcej na ten temat znajdziecie w mojej recenzji, która prawdopodobnie ukaże się w okolicach 10 czerwca.


Niespodzianka dla Was, a dla mnie wielka radość – nawiązałam kontakt z kilkoma kolejnymi wydawnictwami. Jeśli wszystko dobrze pójdzie to w najbliższych miesiącach na Dune Fairytales pojawią się recenzje książek właśnie z nich. Na razie nie będę zdradzać o jakie wydawnictwa chodzi. Jest ich jednak przynajmniej trzy, w tym jedno z książkami dziecięcymi.

Oczywiście nie potrafiłam odmówić sobie wymiany książkowej. Totalnie byłam zaskoczona długością kolejki (wytrzymałam godzinę stojąc i czekając pod drzwiami). Ale było warto – wróciłam do domu z pięcioma fantastycznymi książkami, a i mojemu mężowi później udało się wymienić kolejnych pięć. Jedną z nich właśnie kończę czytać (trochę czasu spowodowane koniecznością leżenia w łóżku po operacji). W kolejce poznałam kilka bardzo miłych książkoholików, Wymiana po czterech latach troszkę się zmieniła i muszę przyznać, że na dobre. Stan książek wyjątkowo pozytywnie mnie zaskoczył, a i wybór był naprawdę duży. Poza książkami z wymiany oraz łącznie ośmioma książkami, w których uzyskałam dedykacje z autografami autorów (i oczywiście „Maszynami Leonarda”), przyniosłam do domu mnóstwo fantów – przynajmniej kilkanaście prześlicznych zakładek z różnych wydawnictw, plakaty (tym razem głównie z myślą o dzieciach), zawieszki na drzwi, całą siatkę wspaniałych katalogów z ofertami, w tym z również zapowiedziami wydawniczymi na najbliższe miesiące.

Z roku na rok oferta Targów jest coraz ciekawsza. Nie ogranicza się tylko i wyłącznie do książek, ale również do świata okołoksiążkowego. Dlatego były również stoiska z przeróżnymi zakładkami oraz takie mniej typowe: wydawnictwa gier, puzzli, układanek, gry naukowe dla dzieci (Czuczu, Kapitan Nauka). Na stoisku wydawnictwo Nowa Baśń można było kupić fanowskie koszulki „Wojowników”. Jak już wcześniej wspomniałam, na stoisku Wydawnictwa Jedność można było zakupić maszyny stworzone na podstawie projektów Leonarda da Vinci, z kolei na stoisku Vocatio można było zobaczyć fantastyczne wydanie „Biblii pierwszego Kościoła”. Na poziomie zero jak zwykle strefa komiksów, choć nie tylko: mnóstwo stoisk z różnymi gadżetami, poduszkami, bluzami, zabawkami. Ogólnie takie troszkę festyn, troszkę konwent, troszkę targi – na pewno mnóstwo frajdy dla młodszych uczestników i oczywiście dla fanów komiksów.


W strefie autografów komiksowych panował, o dziwo, w tym roku porządek. Nie było przepychanek kolejkowych, pełna kulturka. Praktycznie wszyscy goście dopisali (i dorysowali) oprócz Bogusława Polcha, który nie dotarł z powodów zdrowotnych. Ciekawym akcentem było rozdawanie sygnowanych nalepek z rysunkami własnego autorstwa przez Tadeusza Baranowskiego.


Ogólnie uważam że targi były bardzo udane. Wróciłam z nich niesamowicie zadowolona. Przemiła atmosfera, fantastyczni ludzie, książkoholicy jak się patrzy. Naprawdę wielu wspaniałych autorów, do których kolejki ciągnęły się niczym długie węże. A z kolei, co bardzo, bardzo, bardzo na plus – nie było długiej kolejki na wejściu dla tych, którzy mieli już wejściówki wykupione przez Internet. Na szczęście nie musiałam czekać w tej długiej kolejce do wykupienia wejściówek, ona była trochę przerażająca. Dobrze, że pogoda dopisała tym razem i nikt nie musiał stać w ulewnym deszczu jak to nieraz bywało.







 

wtorek, 28 maja 2019

Siedmiopiętrowa góra – Thomas Merton

Wydawnictwo: Zysk i S-ka 
Poznań 2019
Oprawa: twarda z obwolutą
Liczba stron: 472 
Tytuł oryginału: The Seven Storey Mountain
Przekład (z j. angielskiego): Maria Morstin-Górska, Marek Maciołek
ISBN: 978-83-8116-614-0





 
Zachęcona mnóstwem pozytywnych opinii sięgnęłam po, kultową już właściwie, książkę zmarłego tragicznie trapisty, Thomasa Mertona. Minęło już przeszło siedem dekad od jej pierwszej publikacji, a wciąż wydaje się ona niezwykle na czasie. Co takiego jest w niej, co sprawia, że czyta się ją jednym tchem, a jednocześnie długimi godzinami nad nią rozmyśla?
Już od pierwszych stron jasne jest, że to klasyka. Język, sposób opowiadania, szczegółowe opisy – wszystko to trochę nie przystaje do naszej zabieganej codzienności. Dzisiaj nikt już tak nie pisze, a ci, którzy uważają się za specjalistów od pisania i prowadzą różne szkolenia w tej dziedzinie często wręcz kpią sobie z takiego stylu. Tymczasem powinni się uczyć od klasyków, bo im samym wiele brakuje. Od razu zatem widać, że od strony nazwijmy to technicznej tekst jest na najwyższym poziomie. Temat? Poszukiwanie Boga. Duchowość w najlepszym wydaniu. Droga znacznie bardziej skomplikowana niż pokonanie siedmiopiętrowej góry czyśćca. 
Thomas Merton urodził się w 1915 roku we Francji. Pierwsze lata swego życia spędził w różnych francuskich miejscowościach, a następnie wiele podróżował. Z ojcem, czasem z ojcem i bratem. Trochę mieszkał u dziadków, trochę u wujostwa. W Anglii, w Stanach Zjednoczonych, we Francji. Sporo widział, sporo słyszał. I choć, jako syn artysty, setki albo i tysiące razy odwiedzał rozliczne kościoły i klasztory, wychował się jako ateista. College, studia, które podejmował, wszystko to prowadziło go niespodziewanego przebudzenia i spotkania z żywym Bogiem. Do tego stopnia, że z kompletnie niewierzącego człowieka prowadzącego raczej hulaszczy tryb życia, nie tylko przyjął chrzest katolicki (w protestanckiej Ameryce), ale ostatecznie został księdzem, a w końcu trapistą.
"Siedmiopiętrowa góra" jest porywającą autobiografią, którą czyta się wyjątkowo dobrze jak na książkę, w której – na niemalże pięćset stron – znajduje się może pięć dialogów. Fascynujące jest zarówno życie przed, jak i po nawróceniu.  I ten most, który te dwa życia ze sobą łączy. A i nie bez znaczenia pozostaje fakt, że Merton spisał "Siedmiopiętrową górę" mając lat 33. Ważny wiek dla człowieka, który odnalazł życie w Bogu. 
Nie zamierzam jednak pisać laurki. "Siedmiopiętrową górę" czyta się z fascynacją i zapałem. Nieraz nawet z wypiekami na twarzy. Ale bywają i trudne momenty. Bo to nie jest kryminał z wartką, porywającą akcją, w której są napady, morderstwa i przekręty. Dobro przychodzi po cichu, można powiedzieć, że w cichym powiewie wiatru. Bez specjalnych fajerwerków. I taka jest również książka Mertona. Z jednej strony porywająca, z drugiej zaś spokojna i w niektórych fragmentach lekko usypiająca. Ale to dobrze. Dzięki temu nie da się jej połknąć od razu (z zaraz potem zapomnieć), można ją smakować, zatrzymywać się na ważnych fragmentach. Mój egzemplarz jest cały pozaklejany kolorowymi karteczkami, które oznaczają najważniejsze cytaty. Pozwolę sobie przytoczyć dwa z nich. Te, które poruszyły mnie jakoś mocniej.
"Cóż może dać religia bez osobistego duchowego kierownictwa, bez sakramentów ani żadnych środków pozyskania łaski, poza dorywczymi chwilami modlitwy i od czasu do czasu usłyszanym kazaniem?"
"Nawet tam, gdzie to jest sprawa zwyczajna i naturalna, to wszczepienie słowa Bożego w duszę jest jednym z największych i najwspanialszych dzieł na tym świecie. Trzeba przejść to nawrócenie, żeby sobie naprawdę to uświadomić."
Długa droga Mertona prowadziła go od dzieciństwa właściwie bez rodziców (matka zmarła wcześnie), przez luzackie życie studenckie naznaczone alkoholem, pochłanianiem książek, próbami pisania powieści. Poprzez krótkie zachłyśnięcie się komunizmem do chrztu, który de facto w pierwszym roku niewiele w życiu Mertona zmienił. Bo nie wystarczy chcieć – trzeba jeszcze coś zacząć ze sobą robić. Nie wystarczy intelektualne objęcie chrześcijaństwa – trzeba naprawdę mocno uwierzyć. I historia Mertona to właśnie ukazuje. Bóg odnajduje swego ukochanego człowieka, tego, którego stworzył na swój obraz i podobieństwo, w każdym miejscu. Trzeba mu jedynie (albo aż) otworzyć bramy serca. I podjąć decyzję o zamknięciu drzwi temu, co w życiu złe. To piękne świadectwo, jednocześnie ogarniające wielu ważnych chrześcijańskich autorów, w których prozie i poezji Merton się swego czasu zaczytywał. Książka, którą powinien przeczytać każdy – zarówno poszukujący Boga, jak i ten, który uważa, że już go odnalazł.
Z życia przed wstąpieniem do zakonu zachował naprawdę niewiele. Głównie talent do pisania. I dlatego napisał wiele książek i artykułów, prowadził żywą korespondencję, zostawiając po sobie naprawdę bogatą spuściznę, choć umarł w stosunkowo młodym wieku (53 lata).
Jeśli chodzi o samo wydanie to nie mam absolutnie żadnych krytycznych uwag. Błędów nie znalazłam, strony się nie wyklejają, oprawa solidna i do tego (dla tych, co lubią) ładna obwoluta. Zważywszy na wartość merytoryczną i duchową tej książki to i cena nie jest specjalnie wygórowana, szczególnie za wydanie w twardej oprawie.
 
 
 
 



Książkę przeczytałam dzięki uprzejmości Zysk i S-ka: