Fragment mojej recenzji został umieszczony na okładce powieści "Skazaniec. Z bestią w sercu" Krzysztofa Spadło

Fragment mojej recenzji „Korony śniegu i krwi” został umieszczony na okładce powieści Elżbiety Cherezińskiej – „Niewidzialna korona” (wyd. Zysk i S-ka)

piątek, 13 września 2019

Lady Almina i prawdziwe Downton Abbey. Utracone dziedzictwo zamku Highclere – Fiona Carnarvon

Wydawnictwo: Zysk i S-ka 
Poznań 2019
Oprawa: miękka
Liczba stron: 326
Tytuł oryginału: Lady Almina and the Real Downton Abbey: The Lost Legacy of Highclere Castle
Przekład (z j. angielskiego): Jerzy Łoziński
ISBN: 978-83-8116-663-8





 
Jako wielka fanka serialu "Downton Abbey" nie mogłam przejść obojętnie obok tej książki. Na dodatek dzisiaj właśnie mamy polską premierę pełnometrażowego filmu będącego kontynuacją serialu. Czy osiągnie równie spektakularny sukces to się okaże. Wierzę, że tak właśnie będzie. Tymczasem nakładem wydawnictwa Zysk i S-ka w najbliższą środę wyjdzie polska edycja książki opowiadającej o losach prawdziwego Downton Abbey, czyli Highclere i jego mieszkańców. Tak więc recenzja przedpremierowa, a premiera już za parę dni, za dni parę...
Serial, wielokrotnie nagradzany, jest jednym z moich ulubionych, a bożonarodzeniowa płyta Downton Abbey jest jedną z tych, które w okolicach Świąt słucham najczęściej. Opowieść o rodzinie Crawleyów wzbudzała emocje w każdym odcinku serialu, a ostatni odcinek każdego sezonu sprawiał, że przez kolejne miesiące z wielką niecierpliwością czekałam na następny. Wiele więc oczekiwałam po tej książce, choć doskonale zdawałam sobie sprawę z tego, że na jej stronach nie znajdę żadnego ze znanych mi bohaterów. Ale... jest miejsce. Miejsce, które pokochałam i które widziałam oczami wyobraźni, kiedy o nim czytałam. Bo dla każdego, to serial zna, Downton Abbey ożywa na stronach "Lady Alminy...". 
Autorka książki, Fiona, jest ósmą hrabiną Carnarvon. Almina była piątą hrabiną, żoną piątego i matką szóstego earla Carnarvon. Dlatego Autorka mogła skorzystać z bogatego archiwum rodzinnego, co uczyniła. Kwerendę przeprowadziła na podstawie listów, fotografii, zapisków i artykułów prasowych, a także wykorzystała całkiem imponującą, jak na książkę, która nie jest pracą historyczną, bibliografię. Z tyłu książki znajduje się spis przeszło trzydziestu pozycji, do których zainteresowani mogą sięgnąć, by więcej dowiedzieć się o czasach, w których przyszło żyć lady Alminie.
Jest to postać naprawdę nietuzinkowa.  Nieślubna córka Alfreda de Rothschilda i "jego francuskiej utrzymanki" zostaje w wieku dziewiętnastu lat żoną szlachcica. Człowieka z tytułem, włościami, szanowanego, bywającego na królewskim dworze. Zadłużonego. Ratuje go swoim majątkiem (czy też raczej majątkiem ojca), jednocześnie sama zyskując tytuł i poważanie wśród angielskiej szlachty. Jednak nie jest to typowe małżeństwo, na którym korzystają dwie rodziny, a młoda para jest poniekąd zmuszona do wzięcia udziału w wielkiej szaradzie. Lord i lady Carnarvon naprawdę się kochają, tworzą zgrane małżeństwo, doczekują się dwojga dzieci i razem przechodzą przez wiele lat wzlotów i upadków. Ich ukochanego Highclere, Wielkiej Brytanii i całego świata, bo przecież nadchodzi Wielka Wojna.  
Ta książka to nie powieść. Nie znajdziecie tu dialogów, ani typowej powieściom akcji. Nie jest to również typowa książka biograficzna. Opowiada większą historię. Nie tylko życia samej lady Aminy, ale i całego ówczesnego społeczeństwa. Choć, ku memu zdziwieniu i – co tu dużo mówić – pewnemu niezadowoleniu, niewiele jednak poświęcono miejsca służbie pracującej w majątku i na zamku. Odniosłam wrażenie, że o pracownikach Highclere wspomina się jedynie wówczas, gdy idą na wojnę (i często z niej nie wracają), albo dla porównania wydatków hrabiny do zarobków jej służących.
W fascynujący, barwny sposób Autorka opisuje wielkopańskie życie, podróże po Europie i do Egiptu, odkrycie grobowca Tutanchamona, "małe bale" dla tysiąca gości, przyjęcia wydawane na cześć następcy tronu. Konfrontuje to wszystko z ogromem zniszczeń i zmian, jakie przyniosła pierwsza wojna światowa. Nie skupia się li tylko na posiadłościach Carnarvonów. Razem z bohaterami jesteśmy też m.in. w okopach na zachodnim froncie wojny. Pośród czyhającej w każdej chwili śmierci, błota, deszczu, gazów bojowych, krwawiących ciał i dołów pełnych trupów. Bo na czas wojny nawet Carnarvonowie szli do walki. Mężczyźni z bronią w ręku, kobiety w pielęgniarskich fartuchach. Brat i syn lorda walczyli na różnych frontach. Lady Almina zakładała szpitale dla żołnierzy. Szpitale, na które nie szczędziła pieniędzy i własnego czasu, ciężkiej pracy i nieprzespanych nocy. Bo nie tylko na nie łożyła. Dzień po dniu opiekowała się rannymi, wyznając zasadę, że tak samo ważne jak uleczenie ciała, jest wyleczenie ducha. A wszyscy dzisiaj wiemy, co z umysłami żołnierzy robiły długie miesiące w okopach pierwszej wojny światowej.
Książkę czyta się bardzo dobrze, jest napisana w taki sposób, że trudno  się od niej oderwać, mimo że nie jest powieścią. Jednak dla osób, które liczą na wielkie afery, romanse, czy inne tak dzisiaj popularne atrakcje, które mogą być pokazane w serialu czy filmie, może się okazać ciężką przeprawą. Bo i owszem, są tu wypowiedzi bohaterów, lady Fiona przytacza ich całkiem sporo, ale to jedynie monologi i to krótkie. Myślę jednak, że każdego fana Downton Abbey ta książka zadowoli.
Szkoda tylko, że błędów znalazłam w niej znacznie więcej niżbym chciała. Pozostaje jedynie mieć nadzieję, że w wersji finalnej już ich nie będzie. Może ktoś z Was zechce się podzielić informacjami na ten temat po przeczytaniu książki zakupionej w księgarni?

 
 



Książkę przeczytałam dzięki uprzejmości Zysk i S-ka:

piątek, 6 września 2019

Dokta. Opowieść o Wandzie Błeńskiej – Eliza Piotrowska

Wydawnictwo: Święty Wojciech
Poznań 2019
Oprawa: twarda
Liczba stron: 120
Ilustracje: Eliza Piotrowska
ISBN: 978-83-8065-303-0







Poznanianka Stulecia, żołnierz AK, dama Order Uśmiechu, patronka szkół. Urodziła się i umarła w Poznaniu, ale znaczną część życia spędziła w Ugandzie. Na misji. Lecząc trąd i... ludzkie dusze.
Pamiętam jak była u nas na rekolekcjach w szkole. Wówczas nikt z nas nie zdawał sobie sprawy z tego, że za kilkanaście lat doktor Wanda Błeńska będzie kandydatką na ołtarze. Tymczasem lada chwila rozpocznie się jej proces beatyfikacyjny. 
Poznańskie wydawnictwo Święty Wojciech wydało niedawno książkę znanej i lubianej  przez wielu (również przez nas) Elizy Piotrowskiej, zatytułowaną "Dokta. Opowieść o Wandzie Błeńskiej". Książkę dla dzieci, z której jednak każdy dorosły, dotychczas nie znający zbyt dobrze (czy w ogóle) życiorysu polskiej matki trędowatych dowie się o niej naprawdę dużo.
Cała historia przekazana jest w postaci pamiętnika spisywanego przez dziewczynkę imieniem Taitika. Na początku opowieści jest jeszcze mała, na końcu już dorosła. Zdecydowana większość jej wpisów pochodzi jednak z przełomu lat 70 i 80 ubiegłego stulecia, a więc z czasów jej dorastania. Taitika mieszka w Bulubie, w Ugandzie, w samym centrum Afryki. To tam Wanda Błeńska przez lata mieszkała i pomagała ludziom. Wybitna lekarka, która od dzieciństwa wiedziała, że chce leczyć i uczyć o Bogu. Że chce nieść pomoc, ciału i duchowi. Choć nie od razu jej marzenia się spełniały, bo w tamtych czasach na misje nie wysyłano świeckich. Gdy jednak dotarła na miejsce, ludzie ją pokochali. Leczyła trąd, nie zakładając nawet rękawiczek. Była biała, kochała biel, a przyszło jej żyć pośród czarnoskórych mieszkańców Czarnego Lądu. I kochała ich z całego serca. W szpitalu, który powstał między innymi dzięki jej staraniom, wyleczyła również mamę Taitiki.
Wanda Błeńska na kartach książki to jednak nie tylko wyśmienity lekarz i misjonarka. To po prostu, mówiąc dzisiejszym językiem, fajna babka. Lubi się śmiać, jeździ na motorze, zdobywa szczyty gór, uwielbia budyń czekoladowy. I ma całe mnóstwo ciekawych historii do opowiedzenia. Niektóre z nich są zabawne, inne smutne, przerażające. Jak te z czasów, kiedy walczyła w szeregach Armii Krajowej. Na dodatek wciąż spotykają ją arcyciekawe przygody, jak choćby wówczas, gdy chciał ją zjeść hipopotam, albo gdy na drzewie koło jej domu na dłuższy czas zamieszkał lampart.
Cała historia Dokty opowiedziana jest z perspektywy dziecka, co pomaga dzieciakom lepiej ją zrozumieć. Jednocześnie jest to zapierająca dech w piersiach opowieść, która uczy o człowieczeństwie, o misjach, o spełnianiu marzeń, o przygodach, o pokorze i cierpliwości, o Miłości, otwartości i tolerancji. Jeśli zaś boicie się jakichś przerażających scen z odpadającymi kończynami – trąd jest kilka razy wspomniany, ale właściwie jest o nim niewiele. Nie ma się też co temu dziwić – w końcu to wspomnienia dziecka, które w szpitalu pośród trędowatych nie przebywało. Wiedziało jedynie, że mama była chora, na czym z grubsza ta choroba polega,  że w Europie już jej nie ma i że leczy się ją w leprozorium. To chyba jedyne fakty dotyczące trądu, jakie się w "Dokcie..." znalazły. 
Eliza Piotrowska książkę nie tylko napisała, ale również przepięknie ją zilustrowała. Obrazy są żywe, niemalże wyskakują ze stronic. Podobają się i dorosłym i dzieciom. Nawet przedszkolaki były zainteresowane przekolorową szatą graficzną. 
Książkę wydano na dobrej jakości papierze kredowym, w twardej oprawie. Jest szyta, a nie tylko klejona więc strony z niej nie wypadają, mimo że sporo ją eksploatowałam. 
Myślę, że jest to pozycja, z którą powinno zapoznać się każde dziecko w trakcie nauczania wczesnoszkolnego. Młodsze dzieci też są nią zainteresowane, ale myślę, że nie w pełni są w stanie objąć całokształt osobowości wielkiej poznanianki. Zdecydowanie pozycja must have dla każdego młodego katolika, a także każdego małego poznaniaka, niezależnie od wyznawanej wiary.

wtorek, 3 września 2019

Seria "Młodzi przyrodnicy" od Emily Bone i Wydawnictwa Wilga

"Dzień i noc"
Tytuł oryginału: Night and day
Przekład (z j. angielskiego): Patrycja Zarawska
Wydawnictwo: Wilga
Warszawa 2019
Oprawa: miękka ze skrzydełkami
Liczba stron: 32
Ilustracje: Nina de Polonia
ISBN: 978-83-280-6822-3
 
 
 





"Wybrzeże"
Tytuł oryginału: Seashore
Przekład (z j. angielskiego): Patrycja Zarawska
Wydawnictwo: Wilga
Warszawa 2019
Oprawa: miękka ze skrzydełkami
Liczba stron: 32
Ilustracje: Cinzia Battistel
ISBN: 978-83-280-6819-3
 
 
 
 
 
 
 
 
"Leśne stworzenia"
Tytuł oryginału: Woodland Creatures
Przekład (z j. angielskiego): Patrycja Zarawska
Wydawnictwo: Wilga
Warszawa 2019
Oprawa: miękka ze skrzydełkami
Liczba stron: 32
Ilustracje: Maribel Lechuga
ISBN: 978-83-280-6820-9
 
 
 
 
 
 
 
"Kwiaty"
Tytuł oryginału: Flowers
Przekład (z j. angielskiego): Patrycja Zarawska
Wydawnictwo: Wilga
Warszawa 2019
Oprawa: miękka ze skrzydełkami
Liczba stron: 32
Ilustracje: Samara Hardy
ISBN: 978-83-280-6821-6
 

 
 
 

 
 

Dzisiaj, wyjątkowo, bo aż o czterech książkach na raz. Jest w tym jednak głębszy sens, ponieważ tworzą one serię. Czy też raczej część serii, bo widziałam już (na skrzydełku tylnej okładki), że szykują się kolejne cztery tytuły, których wprost nie mogę się doczekać. Możecie się więc już domyśleć, że te cztery, o których piszę teraz, są warte poznania.
Seria nazywa się "Młodzi przyrodnicy" i skierowana jest, jakby się mogło wydawać, do dzieci samodzielnie czytających, a więc w wieku wczesnoszkolnym. Wskazuje na to notka na tylnej okładce, informująca, że tekst jest czytelny i przeznaczony do samodzielnego czytania. Moje Dziewczynki mają jeszcze całkiem sporo czasu do momentu, kiedy samodzielnie będą w stanie przeczytać coś więcej niż swoje imiona, ale książeczki od razu skradły ich serca. Choć nie obyło się bez pewnych, nazwijmy to, trudnych chwil (o czym za chwilę).
Wszystkie cztery książki napisane są przez Emily Bone, każda jednak ilustrowana przez kogoś innego. Mimo to tworzą bardzo zgraną całość, będąc wyśmienitą lekcją przyrodniczą dla dzieciaków. Wybór zwierząt i kwiatów jest doskonały. Krótkie, napisane rzeczywiście dużą czcionką, zdania wspaniale ilustrują kolorowe grafiki. Jest akcja, jest wiedza. Można powiedzieć, że to prawdziwa kopalnia wiedzy dla młodego przyrodnika. Sama dowiedziałam się całego mnóstwa rzeczy, o których nie miałam pojęcia, choć trochę już w życiu czytałam.
Każda z książek jest doskonale przemyślana. Od razu widać, że pomysł jest spójny, że nic nie znalazło się tu przypadkowo. Dzieciaki poznają więc m.in. proces kiełkowania, wzrastania rośliny, jej kwitnienia, owocowania, przekwitania. Dowiadują się, że na łące od wczesnego rana pasą się króliki, borsuki żywią się dżdżownicami (świetne ćwiczenie logopedyczne), pelikany lubią śledzie (już nie mogą się doczekać urodzin dziadka, na których zawsze serwowane są właśnie śledzie). A także o tym, że najeżka to taka ryba z kolcami, samce niedźwiedzia mogą zaatakować małe niedźwiadki, jeśli te staną im na drodze oraz jak powstaje muzyka świerszczy. A to tylko kilka z dziesiątek ciekawostek zawartych na stronicach tych relatywnie niedługich książeczek. 
Jakież zatem mogliśmy mieć "ciężkie chwile"? Aria przez kilka dni przeżywała bardzo emocjonalnie polowanie, w którym lampart zagryza antylopę, po czym wciąga zdobycz na drzewo  i ją zjada. To chyba pierwsze jej w życiu zetknięcie z obrazkiem, na którym bardzo wyraźnie widać krew i było to dla trzylatki zdecydowanie za wiele. Kiedy wczoraj doszliśmy do sceny, w której wąż polował na mysz, ona od razu powiedziała, że "ta myszka jest bardzo żywa i on jej nie zje". Takie małe ostrzeżenie dla tych z Was, którzy chcą te książki pokazywać również dzieciom w podobnym wieku. Poza tymi dwiema nie ma żadnych scen, które mogłyby uchodzić za "drastyczne".
Jeśli natomiast chodzi o redakcję, to niemal bezbłędnie. Znalazłam dwa błędy na cztery książki, więc niedużo. Niestety, jeden z nich był merytoryczny.
Ze wszystkimi powyższymi uwagami, bardzo polecam wszystkie cztery tytuły. Nam zdecydowanie najbardziej podobały się "Dzień i noc" oraz "Wybrzeże". I, jak napisałam na początku, czekam na kolejne tytuły (o owadach, porach roku, dzieciach zwierząt i, oczywiście, dinozaurach). Jeśli będą trzymały poziom, to skompletujemy przyrodniczą biblioteczkę z naprawdę najwyższej półki, jeśli brać pod uwagę tę kategorię wiekową.


 




Książkę przeczytałam dzięki życzliwości Wydawnictwa Wilga

poniedziałek, 12 sierpnia 2019

I sprawisz, że wrócę do prochu – Ambrose Parry

Wydawnictwo: Zysk i S-ka 
Poznań 2019
Oprawa: miękka ze skrzydełkami
Liczba stron: 454
Tytuł oryginału: The Way of All Flesh
Przekład (z j. angielskiego): Jędrzej Polak
ISBN: 978-83-8116-609-6





 
Urzekła mnie okładka tej książki i zapowiedź, że będę czytała kryminalną powieść, której akcja rozgrywa się w Edynburgu czasów wiktoriańskich. Cóż, trudno nie ulec takim zapowiedziom. Wszak to się musi okazać rarytasem, prawda?
Zacznijmy jednak od tego, że tej książki nie napisał Ambrose Perry.  Jest to pseudonim pary, małżeństwa mieszkającego w Glasgow. Ona jest konsultantem anestezjologicznym, on natomiast popularnym powieściopisarzem. Każde ma duże doświadczenie w swojej pracy, dlatego udało im się stworzyć historię niebanalną, na naprawdę wysokim poziomie. 
Jednak początkowo mój zachwyt malał ze strony na stronę. Choć powieść napisana jest pięknym językiem (przyczepiłabym się do czegoś w tłumaczeniu, ale nie wypada), naszpikowana wiedzą medyczną odpowiednią do poziomu, jakim dysponowali ówcześni lekarze, bohaterowie są intrygujący, a klimat wiktoriańskiego Edynburga oddany wyśmienicie... czegoś mi brakowało. Mianowicie kryminału. Tak naprawdę dopiero gdzieś od połowy ta powieść staje się dobrą historią kryminalną. Wcześniej niemal ze świecą szukać "tych trupów", których morderstwa należy wyjaśnić. Oczywiście śmierć zbiera spore żniwo, ale to w większości za sprawą warunków, w jakich rodziły ówczesne kobiety, szczególnie te z nizin społecznych.
Bohaterami powieści są głównie położnicy i ich najbliżsi. Will Raven, asystent znanego położnika, doktora Simpsona. Tenże we własnej osobie. I jego pokojówka, Sara, która pomaga również w przychodni, a o chorobach i ich leczeniu wie z pewnością więcej niż niejeden apteczny subiekt, czy zaczynający pracę w zawodzie lekarski asystent. Od razu widać, że wątków będzie sporo, ale to dobrze, lubię mocno rozbudowane pod względem bohaterów opowieści. Życie tak właśnie wygląda, nikt z nas nie jest samotną wyspą, nie ogranicza się li  tylko do trzech czy czterech osób z najbliższego otoczenia. I to wielki plus tej powieści. Tu naprawdę widać życie. Z jego wzlotami, upadkami, okropnościami. Ludzką tragedią. Nierównością społeczną. Można bez owijania w bawełnę przyznać, że Edynburg to dwa różne światy. Raven sam wielokrotnie to zauważa. Stare i Nowe Miasto... a jednak przenikają się każdego dnia i to na wielu  płaszczyznach. Uciec przed Starym Miastem jest bardzo trudno, pozostać w granicach Nowego Miasta nie sposób, nie bywając raz po raz w tym drugim. 
Poznajemy kolejne osoby, ich zawiłe historie, powody, dlaczego znalazły się "tu i teraz".  Każdy ma jakiś głęboko skrywane tajemnice. Od razu więc podejrzewamy, że będzie się działo. A że kobiety czasami umierają przy porodach... wszak wielebny Grissom twierdzi, że tak być musi, bo kobieta w bólach rodzić ma, zgodnie ze słowami Starego Testamentu. Jednak nie we wszystkich wypadkach jest to śmierć naturalna. W pewnym momencie staje się również jasne, że Evie, sprzedająca swe wdzięki dziewczyna, której Raven chciał pomóc, nie umarła w męczarniach jako jedyna. Takich jak ona jest coraz więcej. Czyżby o mieście grasował seryjny morderca? Kto to i jak działa? Dlaczego to robi? I jaki z tym wszystkim mogą mieć związek starające się spędzić płód młode kobiety oraz pojawienie się nowych środków anestezjologicznych?
W książce jest naprawę dużo medycyny. Nie przesadzam.  Nie spodziewałam się aż takiego natężenia, choć może powinnam była. Doprawdy przerażające są opisy większości porodów, o których możemy przeczytać na kolejnych stronach. Co i rusz przechodziły mi po ciele ciary, przypominając najbardziej straszne fragmenty zajęć z medycyny sądowej i kryminalistyki. Tylko dla ludzi o w miarę mocnych nerwach. 
Powieść skłania również do zadania ważnych pytań o naukę. Gdzie jest granica badań, jaką cenę można zapłacić, a jaka to już za dużo? Czy naprawdę ludzi można podzielić na dwie kategorie – tych, dla których wygody wciąż unowocześniamy procedury i środki i tych, którzy stają się tanim materiałem do tych badań? A może... może chodzi tylko o sławę i pieniądze? Jaka kara będzie odpowiednia dla bezdusznego potwora? I jak daleko posunie się porządny człowiek, by takiego potwora usunąć z gry?
Minusy? Poza początkowo zbyt delikatnym wątkiem kryminalnym (czy niemalże jego brakiem na początku) to sam tytuł. Zupełnie mi nie odpowiada. Nie brzmi ładnie po polsku i nie daruję tego. Można z nim było zrobić coś znacznie lepszego. Choćby dlatego, że my do prochu nie wracamy, ale w proch się znów obracamy. Ale i tak nijak to nie współgra z oryginałem... Druga sprawa to to, że nawet niezbyt lotny czytelnik dość szybko domyśli się, kto jest mordercą. Choć autorzy starają się zmylić, kombinują wraz z bohaterami, podrzucają nowe pomysły, jakieś poszlaki, to jednak raczej wiadomo gdzieś od połowy, kto wstąpił na złą stronę mocy.
Choć jestem dużą fanką seriali, nie lubię tych o lekarzach. Z różnych powodów. Natomiast czytanie o nich to zupełnie inna sprawa. Szczególnie w takiej oprawie. I cieszę się ostatecznie, że się na tę lekturę zdecydowałam, choć początkowo nieco mnie zawiodła. Druga połowa to prawdziwa petarda, która na ostatnich stronach dosłownie wybucha.


 
 
 



Książkę przeczytałam dzięki uprzejmości Zysk i S-ka:

czwartek, 8 sierpnia 2019

Niezwykłe przygody aniołów – Robert M. Rynkowski

Wydawnictwo: PETRUS
Kraków  2018
Oprawa: twarda
Liczba stron: 112
Ilustracje: Agnieszka Korfanty
ISBN: 978-83-7720-424-5









 
Już od najmłodszych lat należy uczyć dzieci o tym, co w życiu najważniejsze. A jedną z takich właśnie kwestii jest odwieczna walka dobra ze złem. Walka tocząca się od zarania dziejów, w każdej chwili naszego życia. Zawsze. Naprzeciw potrzebom dzieciaków (a może raczej ich rodziców) wyszedł Robert Rynkowski w swej pięknej książce zatytułowanej "Niezwykłe przygody aniołów".
Na książkę tę składa się 19 rewelacyjnie napisanych opowiadań. Głównymi bohaterami są: dziewczynka Karolinka, jej Anioł Stróż Karolina i jej diabeł Kamil. Znajdziemy tu jednak również całą plejadę postaci drugoplanowych, które odegrają znaczącą rolę w poznawaniu przez Karolinkę świata, a w nim tego, co dobre i złe. Jak to bowiem w życiu bywa, dziewczynka wchodzi w liczne interakcje, głównie ze swoimi rodzicami i koleżankami. Ale i anioł z diabłem nie są osamotnieni. Pojawiają się więc i anioły i diabły "przypisane" innym dzieciom, a nawet sam Lucyfer.
Opowiadania Rynkowskiego napisane są językiem doskonale zrozumiałym dla dzieci (nawet moich trzylatków), a jednocześnie nie w sposób infantylny. Nawet ja, wyrobiony, dorosły czytelnik, odczuwałam prawdziwą przyjemność z lektury, co nie zawsze mogę powiedzieć przy czytaniu książek przeznaczonych dla dzieci. Poza tym tematyka kolejnych opowiadań jest bardzo aktualna, dotyczą one niebanalnych przypadków, omawiają niebezpieczeństwa współczesnego świata, z których rodzice muszą sobie coraz wcześniej zacząć zdawać sprawę. W pierwszej chwili byłam mocno zaskoczona tematem pornografii, ale uświadomiłam sobie, że rzeczywiście, w dobie Internetu, już najmłodsze dzieciaki mogą się z nią spotkać i trzeba umieć o tym z nimi rozmawiać. "Niezwykłe przygody aniołów" zaś to wyśmienity przyczynek do wielu rozmów.
Na kolejnych stronach książki Karolinka przeżywa mnóstwo przygód. Ale wiele dzieje się także u Karoliny i Kamila. Przy czym nie bez znaczenia, szczególnie dla młodego czytelnika, pozostaje fakt, że Karolina to mądry, roztropny anioł, który osiąga sukcesy dzięki temu, że jest dobry, Kamil z kolei to nieco fajtłapowaty, wciąż żyjący w stresie i strachu przed Lucyferem diabełek raczej niż diabeł, który co i rusz przegrywa, ponieważ reprezentuje zło. Moje Dziewczyny dzięki tej książce nauczyły się, że zawsze mają Anioła Stróża obok, bardzo blisko siebie. I że to on podpowiada im takie rzeczy, jak bycie grzecznym, czy przeproszenie, gdy się coś przeskrobie. Jednocześnie to diabeł, który jest po drugiej stronie głowy, szepce do drugiego ucha same złe rzeczy i namawia do bycia nieznośnym.
Rewelacyjny  humor, który dodaje wszystkiemu lekkości, a nie odbiera powagi poruszanym tematom oraz bardzo ładne ilustracje to dodatkowe atuty ten niezwykłej, mądrej książki. Rodzinnie polecamy!



 



Książkę przeczytałam dzięki uprzejmości Wydawnictwa PETRUS
https://www.wydawnictwopetrus.pl/

piątek, 2 sierpnia 2019

Nasze miejsce – Sonja Yoerg


Wydawnictwo: Burda książki
Warszawa 2019
Oprawa: miękka ze skrzydełkami
Liczba stron: 368
Tytuł oryginału: True Places
Przekład (z j. angielskiego): Monika Wiśniewska
ISBN: 978-83-8053-590-9









Tekst znajdujący się na tylnej okładce, który dostałam jako zachętę do przeczytania książki nie przekonał mnie w pełni, że będzie to lektura dla mnie. Natomiast informacja, że ta powieść jest bestsellerem "Washington Post" podziałała  i sprawiła, że postanowiłam po nią sięgnąć. Gdzieś z tyłu głowy miałam jednak taką myśl – czy to nie będzie bardziej young adult? A to za sprawą okładki, którą widziałam w formie pliku jpg. Nie jest zachwycająca, jak widzicie powyżej. Kiedy jednak paczka do mnie dotarła, a książka znalazła się w moich dłoniach... zakochałam się w tej okładce do szaleństwa. Jest cudowna i w niczym nie ustępuje wyśmienitej lekturze, która znajduje się wewnątrz. Z ciekawości, zasiadając do pisania tej recenzji, zerknęłam na okładkę oryginału  i muszę przyznać, że nasza znacznie bardziej ujmuje za serce.
Już pierwszy rozdział sprawia, że czujemy się zauroczeni poetyką języka, którym posługuje się Autorka. Jednocześnie zostajemy wciągnięci w wir wydarzeń tak niesamowitych, że od razu chcielibyśmy wiedzieć, jak do tego w ogóle mogło dojść i... co będzie dalej. Interesuje nas natychmiast zarówno przeszłość bohaterów, jak i ich przyszłość. 
Sonja Yoerg pokazuje nam niejako dwa światy. Jeden to ten, który doskonale znamy z codzienności – samochody, komputery, lodówki, równo przystrzyżone trawniki, dzieciaki w szkole, rodzice zagonieni codzienną pracą. W tym przypadku akurat dość bogate małżeństwo mieszkające na przedmieściach. On ciężko pracuje w nieruchomościach i osiąga sukcesy. Ma swój cel i jest bliski jego osiągnięcia. Ona zajmuje się domem, nastoletnimi dziećmi, organizowaniem spotkań w szkole, klubie sportowym, eventów charytatywnych. Oboje strasznie zabiegani, nie mają czasu na nic. Dzieciaki się uczą. Córka jest popularna w szkole, najważniejszy dla niej jest wygląd i życie w mediach społecznościowych. Syn, wycofany nieco buddysta, chce mieć spokój i odciąć się od materialistycznego podejścia do życia, które reprezentuje jego rodzina, szczególnie ojciec. Ojciec nie dogaduje się z synem, matka nie umie już trafić do córki. Do tego jeszcze jej rodzice – apodyktyczna babcia, która uważa, że najważniejsze jest "dobre towarzystwo" i to, żeby mąż zajmował się pracą, a żona mężem i dziećmi. Nagle w ich życiu pojawia się dziewczyna... z tego drugiego świata. Iris, która od szesnastu lat mieszka w lesie. Od trzech lat sama, jest już sierotą. Wcześniej mieszkała tam z rodzicami, którzy swoich dzieci strzegli przez zgubnym życiem, które może zaoferować współczesny świat. Umie zapolować, przemykać się cichcem, przyzwyczajona jest do spania pośród liści i traw, kocha las, rozumie zachowania zwierząt. Nagle trafia do świata nie tylko zupełnie jej obcego, ale takiego, przed którym przestrzegli rodzice. Nie rozumie podstawowych zasad, nie widzi sensu w codziennych zachowaniach i działaniach otaczających ją osób. Choć jest bardzo inteligentna, oczytana to nie potrafi się dopasować do tej "szklanej pułapki".
Zestawienie tych dwóch światów, dwóch zupełnie innych światopoglądów i sposobów życia nie jest jednak banalne. Autorka daleka jest od oceniania, który z nich jest lepszy. Czy to Iris powinna się dopasować, czy może Suzanne i Whit z dziećmi powinni przejąć część jej zachowań? Właściwie wszyscy bohaterowie oddziaływują na siebie non stop, jak to w prawdziwym życiu bywa. I to jeden z największych plusów tej powieści – jest do bólu autentyczna. Nie ma w niej jakichś złotych myśli, które można sobie wypisać i powiesić nad łóżkiem. Nie ma rad, jak żyć. Jest po prostu życie. W całym swoim pięknie, w całym swoim brudzie. Przyjaźń, miłość, uzależnienie, strach, pogarda, poszukiwanie siebie, zależność od drugiego człowieka, niezagojone rany z przeszłości, marzenia... Wszystko to, i znacznie więcej, znajdziecie w "Naszym miejscu". 
Czytając powieść, nie mogłam odpędzić od siebie myśli, jak często widziałam w Suzanne siebie. A jednocześnie, co mnie niezmiernie cieszy, wciąż zdawałam sobie sprawę, że nie jestem jednak do niej aż tak bardzo podobna, że jeszcze się tak w życiu nie pogubiłam. Bo wszyscy bohaterowie najnowszej powieści Yoerg są w jakiś sposób zagubieni. A odnalezienie siebie nie jest proste, szczególnie, jeśli nie zdajemy sobie sprawy z tego, że się zgubiliśmy. Jak to jest, że wszystkie utopijne historie, w których życie ma być idealne, są takie sielsko-anielskie? Wioska, piękny ogród, kawał lasu i jezioro, uprawa warzyw, wolność, świeże powietrze. Biały płotek, pod nim malwy, na nim kotek... A jednocześnie szczycimy się tym, że mieszkamy w dużych, "ważnych" metropoliach, że posyłamy dzieci do dużych, znanych szkół, że pracujemy w takich a takich korporacjach? Być może najważniejszym wnioskiem po przeczytaniu "Naszego miejsca" jest właśnie to: jesteśmy strasznie niekonsekwentni. Chcemy jednego, a robimy coś, co prowadzi nas dokładnie w drugą stronę. Nie chciałabym jednak, byście odnieśli wrażenie, że ta powieść jest jakaś przygnębiająca. O nie, jest bardzo pozytywna i ostatecznie daje nadzieję, że można jakoś poukładać życie. Tylko... trzeba zrobić pierwszy krok. I nieraz polega on na naprawdę ostrym cięciu. Takim, na jakie odważyła się Suzanne. Co takiego zrobiła? Musicie przekonać się sami. 
Podsumowując – "Nasze miejsce" to naprawdę wyśmienita proza. Silne, niezależne, ciekawie nakreślone postaci, wartka akcja i dużo ważnych spostrzeżeń dotyczących życia współczesnych nam rodzin.
Z ciekawostek mogę dodać, że tytuł jest nawiązaniem do fragmentu z "Moby Dicka". Niestety, choć cytat ten znajduje się na początku książki, trudno go w naszej wersji wyłuskać, ponieważ tytuł powieści został przetłumaczony zupełnie inaczej. Czy to dobrze? Niech każdy odpowie sobie sam.
Znalazłam kilka błędów, których można było uniknąć, ale i tak nie były w stanie popsuć mi prawdziwej literackiej uczty. Gorąco polecam!






trong, independent characters
strong, independent characters
Książkę przeczytałam dzięki uprzejmości Wydawnictwa Burda książki
http://www.burdaksiazki.pl/

czwartek, 25 lipca 2019

Dwie wersje Dziejów Apostolskich – Michał Wojciechowski

Wydawnictwo: PETRUS
Kraków 2018
Oprawa: miękka
Liczba stron: 176
ISBN: 978-83-7720-465-8









 
"Dwie wersje  Dziejów Apostolskich" –  brzmi to  niemalże sensacyjnie? Nie ma się co dziwić, przywykliśmy już do sensacji nawiązujących do historii Kościoła. Nie wiem, czy zaczęło się od Dana Browna, ale z pewnością rozwinął on tę "gałąź" literatury. A na nim, za ciosem, poszli licznie inni. Cóż, sama lubię sobie poczytać takie książki, jeśli są dobrze napisane. Tym razem jednak nie piszę o żadnej sensacji, żadnej porywającej powieści, ale... o Piśmie Świętym. Michał Wojciechowski jest bowiem nie powieściopisarzem, ale świeckim teologiem, który ma już na swoim koncie ponad 40 książek dotyczących Biblii, starożytności, chrześcijaństwa i etyki społecznej.
Jedni z Was być może zdziwią się zatem, jak to możliwe, że Dzieje Apostolskie mogą mieć różne wersje. Wszak Biblia jest jedna. Inni machną ręką, twierdząc, że to żadna nowość i wszystko zależy od tłumaczenia (choć w tym przypadku nie o różnice w tłumaczeniu chodzi, o czym dalej). Znajdą się pewnie i tacy, którzy podsumują – bujda i tyle, w końcu każda religia opiera się na bujdach. Cóż, nie miejsce i nie czas na tego typu dyskusje. Nie chodzi tu ani o sensację, ani o bujdę, ani o błędne tłumaczenie. Historie znane nam z Pisma Świętego były początkowo opowiadane, przekazywane ustnie. Przecież niewielu umiało czytać. Oczywiście, były i zapisy, już bardzo wczesne, ale nie mamy chyba czasu na lekcje archeologii biblijnej. Wprost zatem – pisma przepisywano, kopiści uzupełniali, kopiści  usuwali, kopiści w końcu zmieniali. Stąd wiele starożytnych pism zawiera różnice, jeśli je ze sobą porównać. Szczególnie, jeśli były to pisma tak "popularne" i ważne jak Biblia. Dlaczego zatem przyjęła się oficjalnie jedna z wersji, a nie inna? O tym między innymi dowiemy się czytając wstęp do niniejszej książki.
"Dwie wersje  Dziejów Apostolskich" to praca naukowa zajmująca się tzw. wersją zachodnią Dziejów Apostolskich, nazywaną również kodeksem D. Tekst przedstawiono w dwóch kolumnach – po lewej ten, który dobrze znamy, po prawej kodeks D. Od razu widać różnice, choć niektóre nie od razu rzucają się w oczy. Wersja zachodnia jest dłuższa. Zmiany natomiast Autor dokładnie oznaczył typograficznie, używając pogrubionej czcionki, kursywy, różnych typów nawiasów. Jednocześnie już we wstępie zaznaczył, że tłumaczenie ma oddawać bardziej dosłowne znaczenie wyrazów. Ot choćby słowa apostoł, które zanim stało się wyrazem oznaczających (niemalże podświadomie) ucznia Jezusa, znaczyło tyle, co wysłannik. Cytując Wojciechowskiego, ma to pomóc w "odświeżeniu odbioru tekstu biblijnego" i od razu mogę napisać, że spełnia swoją rolę. Pozwala bowiem zwrócić uwagę na pewne kwestie, do których tak bardzo już przywykliśmy, że na co dzień zupełnie się nad nimi nie zastanawiamy, czy wręcz nie zwracamy na nie uwagi.
Poza samym tekstem dwóch wersji Dziejów książka zawiera komentarze. Do każdego wersetu Księgi, a to oznacza ponad tysiąc komentarzy. Niektóre są zwięzłe, inne mają nawet kilkanaście wersów. Wszystkie pomagają lepiej zrozumieć zarówno różnice pomiędzy wersjami prezentowanych tekstów, jak i wskazują na pewne szczegóły, o których warto pamiętać, czytając Dzieje Apostolskie. Jednak, należy tu zwrócić uwagę, że komentarze odnoszą się głównie do wersji D, i dobrze byłoby mieć pod ręką również jakiś komentarz do ogólnie przyjętej wersji Dziejów. Komentarzy takich jest dostępnych sporo, można w nich przebierać, nie powinno być z tym zatem większego problemu. 
Na ogół wstępy do prac stanowią... właśnie – wstępy. W tym przypadku wstęp jest raczej czymś pomiędzy wprowadzeniem do tematu, jego rozwinięciem i wyjaśnieniem, skąd w ogóle "pomysł" zestawienia tych konkretnych wersji. Ilość danych, które w tym wstępie znajdujemy może przyprawić o zawrót głowy, w pozytywnym tego słowa znaczeniu. To prawdziwa kopalnia wiedzy. Bo przecież warto zadawać sobie pytania, a naukowcy zajmujący się tematem, od wielu, wielu lat zastanawiają się nad kilkoma podstawowymi kwestiami. Ot, choćby nad tym, czy wersja D jest tekstem pierwotnym, czy wtórnym, ku czemu skłania się większość z nich, w tym i Wojciechowski. Czy obie wersje wyszły spod pióra tego samego autora? Wygląda na to, że tak, niezależnie od tego, czy był nim rzeczywiście święty Łukasz. Dlaczego? O tym, musicie już przeczytać sami. Autor nie omieszkał wspomnieć nawet o teorii, że być może początkowo istniały... osobno Dzieje Piotra i Dzieje Pawła.
Podsumowując zatem – książka jest wyczerpującą próbą porównania dwóch wersji Dziejów Apostolskich – głównie na płaszczyźnie językowej, choć nie tylko. Pozwala w łatwy i przystępny sposób dostrzec różnice i bardzo szczegółowo omawia każdą z nich. Jednocześnie poprzez bardziej dosłowne tłumaczenie, zmusza do spojrzenia na opisywaną historię "na świeżo", co może się w pierwszej chwili wydawać niemożliwe, jeśli zważyć na to, jak dobrze znamy dużą część Dziejów Apostolskich choćby z niedzielnych czytań mszalnych. 
Polecam "Dwie wersje Dziejów Apostolskich" każdemu, kto chce trochę lepiej poznać tę księgę Nowego Testamentu. Jednocześnie przypominając, że jest to publikacja stricte naukowa i nie ma co szukać w niej jakiejś taniej sensacji.


 



Książkę przeczytałam dzięki uprzejmości Wydawnictwa PETRUS
https://www.wydawnictwopetrus.pl/