Fragment mojej recenzji został umieszczony na okładce powieści "Skazaniec. Z bestią w sercu" Krzysztofa Spadło

Fragment mojej recenzji „Korony śniegu i krwi” został umieszczony na okładce powieści Elżbiety Cherezińskiej – „Niewidzialna korona” (wyd. Zysk i S-ka)

poniedziałek, 23 grudnia 2019

Wesołych Świąt

Słowo Ciałem się stało i zamieszkało pośród nas. Niech zamieszka również w Waszych domach i Waszych sercach. Niech mały Jezusek obdarzy Was wszelkimi błogosławieństwami, a Święty Mikołaj, Gwiazdor, Dzieciątko, Aniołek czy ktokolwiek przynosi Wam prezenty pod choinkę obdaruje wymarzoną książką (a jeszcze lepiej wieloma takimi książkami).
Wesołych Świąt i przyjemnego czytania!



 

piątek, 20 grudnia 2019

O Bożym Narodzeniu

Za kilka dni długo przez nas oczekiwana Wigilia, a zaraz po niej Boże Narodzenie. To już właściwie ostatnia chwila na uzupełnienie braków w tematycznym księgozbiorze. Może zatem dzisiaj mniej słów, a więcej obrazów. Kilka z naszych lubionych pozycji bożonarodzeniowych poniżej. Oczywiście, to tylko niewielka część, ale te mogę z czystym sercem gorąco polecić. Recenzje większości z nich również znajdziecie na Dune Fairytales. Zapraszam do zapoznania się z tymi opowieściami.















czwartek, 19 grudnia 2019

Krivoklat – Jacek Dehnel

Wydawnictwo: ZNAK Litera Nova
Kraków 2016
Oprawa: twarda
Liczba stron: 240
ISBN: 978-83-240-3628-8





Z twórczością Jacka Dehnela spotkałam się właściwie (pomijając pierwszy tom serii, którą pisze wraz z Piotrem Tarczyńskim oraz jedno opowiadanie) po raz pierwszy. Tak się złożyło, że... wcześniej się nie składało. I cóż mogę napisać? Nie było łatwo. Dlaczego? Czytajcie dalej.
"Krivokata" czyta się po prostu trudno. Nie ma rozdziałów, nie ma przerw. To ponad dwieście stron potoku myśli.  Monologu zwariowanego człowieka, który chcąc ocalić sztukę i arcydzieła... oblewa je kwasem (sic!). Najdłuższe zdanie ma cztery stron! Możecie więc sobie chyba wyobrazić, że jest to pewne wyzwanie. Na dodatek mnóstwo wtrąceń, przypomnień, powtórzeń. Trzeba przyznać, że Dehnel musiał się z tym również nieźle namęczyć. Doskonale poznał, jak działa ludzki mózg i ludzka myśl. Z przeczytaniem tego jednak można mieć sporo problemów. Czyta się dobrze pod warunkiem, że czyta się ciurkiem. Najlepiej wygospodarować sobie kilka godzin i przeczytać od razu całość, albo chociaż połowę. Ale któż z nas może sobie na to pozwolić? Ja nie mogłam i, niestety, takie czytanie po kilkanaście stron bywało prawdziwą udręką.
A jednak brnęłam dalej. Dlaczego? Bo wciąż mnie ciekawiło, co będzie dalej. Nie dlatego, że mamy w tej powieści jakąś porywającą akcję. Nie liczcie na to. Jak dla mnie akcji jest tam tyle, co kot napłakał. Ciągnie się to w nieskończoność, a jednak... choć czyta się ciężko, jeszcze ciężej byłoby odłożyć i nie dokończyć. 
Sama koncepcja jest genialna. Wykonanie bardzo ciekawe. Wiele różnych ważnych spostrzeżeń dotyczących sztuki i tego, jak ją współcześni ludzie, a także społeczeństwo jako ogół, rozumieją. Czym właściwie sztuka jest? Czym różni się dzieło od arcydzieła? A kicz? Czy fakt, że za niewielkie pieniądze każdy z nas może dzisiaj kupić sobie pocztówkę w ulubionym obrazem, breloczek z kopią rzeźby, porcelitową filiżankę z nadrukiem dzieła sztuki sprawia, że przestaliśmy być wrażliwi na prawdziwe piękno i oduczyliśmy się z nim obcować? Jak w końcu podchodzić do dzieła – z głową "przewietrzoną", czy może jednak z pewnym teoretycznym przygotowaniem?
Dodatkowo cała litania przywar społecznych, celnych uwag dotyczących zmian, jakie zaszły w ludziach w ostatnich dekadach. Mocno przerysowany (a może nie?) obraz mieszczańskiego życia, ze wszelkimi jego przywarami i niewieloma zaletami. Wszystko to widziane oczami wariata, który czasem zdaje się być bardziej normalny od otaczających go ludzi. W końcu, czymże właściwie jest szaleństwo? I dlaczego jednych wariatów Krivoklat uważa za zwykłych wariatów, a innych za artystów (jak Zeyetmayer)?
Czego mi w tej książce brakowało? Emocji. Nie wiem, nie czułam ich. Nawet, kiedy czytałam o zakradaniu się do obrazu w jakimś dużym, znanym, dobrze strzeżonym muzeum, w celu jego oblania roztworem kwasu, nie czułam tego, co przy lekturze innych książek. Żadnego łomotania w sercu. Żadnych biegnących pędem myśli. Żadnego podniesionego ciśnienia. Ani u mnie, ani u Krivoklata. Miałam wrażenie, że całe jego, naprawdę długie, wypowiedzi są wyzute z emocji. I to moim zdaniem największy minus tej powieści.
Cieszę się jednak, że tę książkę przeczytałam. I że zrobiłam to dopiero teraz, długo po mojej wizycie (pierwszej i raczej ostatniej) w Zachęcie. Kto wie, jakie kryminalne myśli (historia mojej wizyty tamże nie jest do opowiedzenia tutaj, ale była naprawdę osobliwa) by mnie nachodziły wówczas, gdybym znała historię Krivoklata... Historię opisaną na podstawie prawdziwego życiorysu człowieka z krwi i kości, który właśnie w ten sam sposób chciał pokazać ludziom, że wielkie dzieła sztuki to coś znacznie więcej niż tylko ich "rynkowa" cena, wyliczona przez jakichś ekspertów. I chyba to główny morał całej powieści. 
Czy polecam? Szczerze – nie potrafię powiedzieć. Warto spróbować, ale uprzedzam, że nie będzie łatwo.




Książkę przeczytałam w ramach Dyskusyjnego Klubu Książki

czwartek, 12 grudnia 2019

Nad oceanem czasu – George Mackay Brown

Wydawnictwo: Wiatr od morza
Gdańsk 2019
Oprawa: miękka
Liczba stron: 274
Tytuł oryginału: Beside the Ocean of Time
Przekład (z j. angielskiego): Michał Alenowicz
ISBN: 978-83-943523-8-7






To już moje drugie, po "Winlandii", spotkanie z prozą George'a Mackaya Browna i muszę przyznać, że coraz bardziej cenię i lubię tego autora. Nie dziwię się więc wcale, że "Nad oceanem czasu" jest powieścią nominowaną swego czasu do Bookera. Jak to, niestety, często bywa, powieścią już wcale nie nową, bo mającą ćwierć wieku, a w Polsce zupełnie nieznaną. Na szczęście teraz mamy okazję się z nią zapoznać i mam nadzieję, że przypadnie Wam ona do gustu równie mocno jak mnie.
Warto w tym miejscu napisać słów kilka o samym autorze. Urodzony w roku 1921 w miasteczku Stromness na Orkadach to właśnie z Orkadami związał całe swe życie, które zakończyło się w 1996 roku. Chorowity od dziecka, pochodzący z biednej rodziny, zaczynał swą literacką przygodę od poezji (czego echa można znaleźć również w jego bardzo poetyckiej prozie). Pierwszy tomik wierszy wydał w 1954 roku. W latach 60. XX wieku został ochrzczony w Kościele Katolickim, co w dużej mierze od tej pory miało wpływ na jego twórczość. Na początku kolejnej dekady napisał swą pierwszą powieść, a już po roku kolejną – tym razem o świętym Magnusie, nota bene jarlu Orkadów. Choć na kolejne lata życia przypadała ciężka walka z depresją, a Brown nie stronił również od kieliszka, wciąż tworzył i to u kresu swego życia napisał dwie najbardziej uznawane powieści, a więc wspomnianą już "Winlandię" oraz "Nad oceanem czasu".
Wracając zatem do recenzowanej książki – właściwie na początku można sobie zadać pytanie czy jest to rzeczywiście powieść, czy może jednak zbiór opowiadań, których łącznikiem jest główny bohater, Thorfinn Ragnarson. Osobiście przychylam się do opinii, że książkę należy zaklasyfikować jako powieść, choć początkowo miałam co do tego spore wątpliwości, ponieważ granice pomiędzy powieścią a swoistą kolekcją różnych opowiadań są tu zatarte poprzez postać młodego Thorfinna. 
Thorfinn jest marzycielem, którego wszyscy mają za "niewydarzonego lenia". Zresztą już w pierwszym zdaniu powieści pada to właśnie określenie. I będzie się ono za Thorfinnem ciągnęło przez wiele długich lat. Jego marzenia, jego myśli, jego przeżycia we śnie pozwalają Brownowi odkrywać przed czytelnikiem bogatą historię Szkocji oraz Orkadów. Historię sentymentalnie opowiedzianą, uchwycającą piękno i życie szkockich rolników w niemalże nietkniętym przez postęp świecie wyspiarskim. Oglądamy więc ich codzienną pracę, słuchamy ich niewybrednego języka, podpatrujemy niezbyt dla nas ciekawe rozrywki. Jednocześnie w pewnym momencie ta swoista kombinacja sielskości i naprawdę ciężkiej orki na ugorze zostaje postawiona w opozycji wobec wiecznie biegnącego świata. Nagle, zupełnie niespodziewanie, nawet nie z dnia na dzień, ale raczej z godziny na godzinę zmienia się wszystko, kiedy widmo nadciągającej II wojny światowej postanowi wkroczyć również na Norday, wyspę, z której pochodzi Thorfinn. A czytelnik widzi dewastację całej właściwie kultury, dewastację, którą można chyba porównywać do tego, co w tym okresie stało się z wieloma europejskimi grupami etnicznymi, które niemalże zupełnie "zmiotło" z powierzchni ziemi. Jest to również dewastacja zwykłego prostego człowieka, który żył z codzienną świadomością tego, że skoro jego przodkowie od wieków gospodarzyli na tej ziemi, to nic się nie mieni przez kolejne pokolenia. 
Jednocześnie poznajemy realne życie Thorfinna i życie bohaterów, o których śni, snuje marzenia. Bohaterów, o których nie wiemy, czy istnieli rzeczywiście, czy są jedynie wytworem wyobraźni dorastającego chłopca. Jego fantazje płyną w oceanie czasu, rozbijając się co jakiś czas o brzeg. A zakończenie... Nie, musicie przeczytać sami. Dla mnie bardzo mocne, uderzające obuchem, choć od strony narracyjnej wciąż refleksyjne i piękne.
Od pierwszej strony była to lektura wciągająca, zarówno pod względem fabuły, jak i języka. Pięknego, spokojnego przeplatania się historii, w których choć nie wchodzimy z autorem do głów bohaterów, choć nie poznajemy do końca ich motywów czy myśli, to w końcu i tak wiemy, dlaczego akcja rozgrywa się właśnie w taki, a nie inny sposób, bo mówią nam o tym same ich działania.
Od szczegółu do ogółu i od ogółu do szczegółu, można rzec, Brown przedstawia nam nie tylko historię Thorfinna, ale historię kultury całej wyspy. Zaś czas... czas jest płynny niczym ocean. Życie przychodzi wraz z przypływem i odchodzi wraz z odpływem. Czy złapiemy falę, czy pozwolimy się jej ponieść, czy też może pod nią utoniemy zależy w dużej mierze od nas, ale nie tylko...
Stawiając mnóstwo uniwersalnych pytań (szczególnie w odniesieniu do losów Norday w czasie wojny i tuż po niej), Autor daje nam poetycką opowieść, która w piękny sposób nawiązuje do starych nordyckich sag. Wartą każdej wydrukowanej litery. W moim odczuciu genialną! Będę ją polecała każdemu, bo to literatura z naprawdę najwyższej półki.







Za egzemplarz recenzencki dziękuję Wydawnictwu Wiatr od Morza
 
 

czwartek, 5 grudnia 2019

Pierwsza Gwiazdka nad Świerkową Polaną – Aniela Cholewińska-Szkolik

Wydawnictwo: Wilga
Warszawa 2019
Oprawa: twarda
Liczba stron: 96
Ilustracje: Magdalena Babińska
ISBN: 978-83-280-6516-1
 
 
 
 
 
 
Nastał grudzień, a wraz z nim zmiana scenerii. Prawda, śniegu za oknem brakuje, ale dziecięce półki na książki wyglądają już zupełnie inaczej. Królują na nich teraz książki związane z zimą i Bożym Narodzeniem. W tym roku nie może na nich zabraknąć "Pierwszej Gwiazdki nad Świerkową Polaną" Anieli Cholewińskiej-Szkolik. Książki, w której zakochałyśmy się od razu, i do której miłość nie ustępuje z biegiem, kolejnego już, czytania.
W Leśnym Przedszkolu rozpoczynają się przygotowania do Gwiazdki. Nauczycielka, Pani Borsukowa proponuje dzieciakom przeróżne formy zabaw, które mają je wprowadzić w świąteczny nastrój, a jednocześnie doprowadzić do spełnienia dobrych uczynków. Na początek rozdaje role do jasełek. W Święta zostanie odegrane przedstawienie. I to nie w przedszkolu, ale na Świerkowej Polanie, na prawdziwej scenie, przed wszystkimi mieszkańcami lasu! Dzieci są bardzo podekscytowane i z wielkim przejęciem uczą się swoich kwestii, by wypaść jak najlepiej. Niestety okazuje się, że obsadzony w roli diabełka dzik Rysio nie bardzo radzi sobie z wymaganiami, jakie stawia przed nim bohater, którego ma odegrać. Tymczasem jego najlepszy przyjaciel, mały jeż Funio, który sam bardzo o tej roli marzy, postanawia mu pomóc. Dochodzą wspólnie do nieoczekiwanych wniosków, które zadziwią nawet ich nauczycielkę. Na szczęście wszystko zakończy się dobrze, a na ostatnich stronach książki przedstawienie zostanie w końcu odegrane i otrzyma moc braw i wiwatów.
Zanim jednak dojdzie do długo wyczekiwanych i pieczołowicie przygotowywanych Świąt, grudzień będzie obfitował w inne przygody. I tak wiewiórka Tusia zaprzyjaźni się z małą śniegową chmurką, która pomoże przedszkolakom dostarczyć listy do Świętego Mikołaja. Sarenka Iskierka zrobi piękny lampion, który ostatecznie podaruje swojemu wujkowi, choć będzie to oznaczało, że jako jedyna nie przyniesie swego dzieła do przedszkola i nie zawiesi go na olbrzymiej choince. Mały lisek Migdałek pozna siłę prawdziwej przyjaźni i bliskości, zgodnie z porzekadłem, że prawdziwych przyjaciół poznaje się w biedzie (w tym przypadku w chorobie). Królik Fiołek natomiast przekona swą rodzinę, że nie pieczenie pierników i dekorowanie domu jest najważniejsze, ale bycie razem i cieszenie się wspólnie spędzonym czasem. 
Te i wiele innych, ciepłych historii znajdziecie na kartach tej wspaniale napisanej i pięknie zilustrowanej książki. Będzie coś o podjadaniu, o oszukiwaniu i przyznawaniu się do błędów, o samotności i poszukiwaniu przyjaźni, w końcu o pustym miejscu przy wigilijnym stole i tym, że nie zawsze okazuje się ono jedynie symboliczne. Wszystko to w dziesięciu kolejnych rozdziałach, które są idealne na niezbyt długie czytanie. My na ogół czytałyśmy po dwa rozdziały "za jednym zamachem", bo przygoda za szybko się dla nas kończyła.
Od razu pokochałyśmy wszystkich bohaterów tej książeczki (przedstawionych na wewnętrznej wyklejce okładki), choć mam wrażenie, że Dziewczynki najbardziej lubią wiewiórkę Tusię. Może to dlatego, że i u nas w ogródku mieszka wiewiórka. Nota bene od tygodnia ma już imię... Tusia.
Przeczytałyśmy książkę bardzo szybko, bo niezmiernie nam się podobała. Do tego stopnia, że ledwie powiedziałam słowo "koniec", Dziewczynki poprosiły, bym zaczęła od początku. I tak oto trwa nasza przygoda, przy czym warto zaznaczyć, że kiedy nie czytam, Ariunia i Rebeczka chętnie same po tę książkę sięgają, oglądają obrazki i na ich postawie opowiadają historie, które już poznały.
Książka wydana jest bardzo ładnie, w twardej oprawie, na kredowym papierze. Z przecudnymi ilustracjami Magdaleny Babińskiej, które sprawiają, że oglądanie każdej strony jest czystą przyjemnością i może trwać naprawdę długo. Jeden błąd, który znalazłam nie jest w stanie popsuć wielkiej przyjemności z lektury. Oby więcej takich pięknych i mądrych książek trafiało do naszych małych czytelników.
 
 
 
 
 
Książkę przeczytałam dzięki życzliwości Wydawnictwa Wilga
 
 

 
 

piątek, 29 listopada 2019

Księga wartości i dobrych obyczajów – Salem i Agnes de Bezenac

Wydawnictwo: Jedność
Kielce 2019
Tytuł oryginału: Story encyclopedia of value and habits
Przekład (z j. angielskiego): Karolina Turduj-Wrożyna
Oprawa: twarda
Liczba stron: 104
ISBN: 978-83-8144-076-9





 
Choć napis na okładce informuje nas, rodziców i opiekunów, że książka ta przeznaczona jest dla dzieci w wieku od lat siedmiu, nie mogę się z tym zgodzić. Moje córeczki mają obecnie nieco ponad trzy i pół roku i jest to książka dla nas idealna. Mam oczywiście świadomość, że kiedy będziemy ją ponownie czytały za jakieś trzy lata, będą z niej rozumiały jeszcze więcej. Mniej będę musiała tłumaczyć, ale... z drugiej strony te tłumaczenia bardzo wiele nam dają. Są fantastycznym impulsem do mądrych, czasem bardzo długich rozmów. I widzę, wiem, słyszę, że Aria i Rebeka naprawdę sporo z tej wspólnej lektury korzystają. Dlatego śmiało polecam już dla młodszych czytelników. Tyle tytułem wstępu. Teraz coś więcej.
Widzicie z pewnością, że na okładce postanowiono nas od razu poinformować również o tym, z ilu historii składa się książka. Tak, są to 42 opowiastki. Każda z nich to mniej więcej strona tekstu oraz jedna duża ilustracja, u dołu której znajduje się jakaś złota myśl dotycząca omawianego zagadnienia. Powiastki są napisane mądrym, ale prostym językiem, doskonale zrozumiałym już dla małych dzieci. Trudniejsze słowa można im, oczywiście, wyjaśnić, ale nie ma ich za dużo. Wszystkie historyjki opowiadają o bardzo aktualnych i popularnych problemach, jakie dotykają dzieci w ich codziennym życiu i środowisku – domowym, szkolnym, podwórkowym. 
Każda z historii poświęcona jest konkretnej postawie lub cesze charakteru, którą warto w sobie rozwijać – omówione w nich zostały takie pojęcia, jak cierpliwość, uprzejmość, odwaga, punktualność, kreatywność, samokontrola, tolerancja i wiele, wiele innych. 
Co 6 opowiadań znajdują się dodatkowe dwie strony, na których nie ma historii. Co zawierają? Praktyczne wskazówki do wspólnych zabaw. Każda z zabaw jest zaproponowana na cykl sześciu do siedmiu etapów/kroków. Często na sześć czy siedem dni. A więc naprawdę przeogromna pomoc dla każdego dorosłego zajmującego się dzieckiem.
Wielkoformatowe ilustracje są barwne i ciekawe, od razu przykuwają wzrok. Pozwalają też na szybkie opowiedzenie historii swoimi słowami, albo... na dopowiedzenie opowieści, której w książce nie ma, a która będzie rozwinięciem napisanej powiastki. W każdym razie moje Dziewczynki uwielbiają oglądać te ilustracje, dopytywać, kto jest kim, dopowiadać coś od siebie. A potem... potem przypominają mi, że nie można wydawać od razu wszystkich pieniędzy, bo nie będzie się miało na prezenty dla innych. Cudowne!
Gorąco polecam!






Książkę przeczytałam dzięki życzliwości Wydawnictwa Jedność

czwartek, 28 listopada 2019

Gdzie mieszka szczęście – Barry Timms, Greg Abbott

Wydawnictwo: Wilga
Warszawa 2019
Oprawa: twarda
Liczba stron: 24
Tytuł oryginału: Where Happiness Lives
Przekład (z j. angielskiego): Olga Miękus
ISBN: 978-83-280-6250-4







Dziewczynki pokochały tę książkę od chwili, kiedy została wypakowana z paczki. I wcale się im nie dziwię. Jest bowiem naprawdę przepięknie wydana. To jedna z tych książek, które wspomina się po latach, kiedy chce się poczuć szczęśliwe dzieciństwo i coś wyjątkowego. Na dodatek to nie tylko piękne ilustracje, które od razu przykuwają uwagę dzieci, ale również niesamowicie mądra historia z morałem. Ważna i aktualna właściwie zawsze, choć może właśnie teraz, w gorączce przygotowań przedświątecznych i szalonym pędzie szukania idealnych prezentów, prześcigania się, kto dostanie więcej, kto ładniej, kto drożej – tym bardziej.
Co jest takiego niezwykłego w opowieści o trzech małych myszkach? Opowieści krótkiej, bo liczącej zaledwie 24 strony wierszowanego tekstu. Przy czym i tego tekstu nie jest na każdej stronie aż tak wiele. Co w naszym przypadku akurat świetnie się sprawdza na krótkie czytanie na końcówkę śniadania czy obiadu. Czyta się bowiem szybko i można spokojnie przeczytać ją dwa, a nawet trzy raz dziennie i to bez znudzenia. 
Wracając do meritum – o czym zatem jest "Gdzie mieszka szczęście"? To historia szczęśliwej Myszy Szarej, która mieszka wraz ze swą żoną i potomstwem w niewielkim domku w lesie. Choć nieduży, domek ich jest bardzo szczęśliwy, wszyscy się kochają i często uśmiechają. Jak to jednak w życiu bywa, Mysz Szara odkrywa, że nieopodal znajduje się domek... większy, bogatszy, ładniejszy. I zaczyna zazdrościć. Właścicielem owego domostwa jest Mysz Biała, która wydaje się wcale nie być szczęśliwa i nie docenia swego bogactwa? Dlaczego? Ponieważ wie o istnieniu znacznie bogatszego, niesamowitego, bajecznego wręcz domu. Obie Myszy wybierają się zatem na spacer i docierają do tego miejsca, w którym wita ich Mysz Brązowa.
Wieże, kopuła, fontanna, teleskop w obserwatorium, pokój do gry w bilarda, pokój do gry na gitarze, a sama właścicielka wita ich w sukni z diamentami. Można pozazdrościć. Tymczasem okazuje się, że właścicielka niesamowitego domu wcale nie jest szczęśliwa. Jest samotna i szczęście czuje jedynie w tych chwilach, kiedy przez teleskop obserwuje pewien domek zamieszkiwany przez radosne myszy. Oczywiście, jak się pewnie domyślacie, chodzi o domek Myszy Szarej.
Tym sposobem dochodzimy do konkluzji, że liczy się nie tyle miejsce i wygody, ale to, z kim mieszkamy. Nie wielkość, a panująca wokół radość. Nie bogactwo, ale miłość.
Jednak sama opowieść to jedno. Nie można bowiem pominąć strony graficznej książki. Jest ona doprawdy wyjątkowa. To nie tylko piękne ilustracje lubianego przez nas Grega Abbotta. Książka bowiem ma całe mnóstwo okienek, pod którymi coś się ukrywa, wyciętych, zamkniętych, rozkładanych na róże strony. Dodaje jej to pewnej tajemniczości, budzi w młodym czytelniku dodatkową ciekawość. A sama kreska Abbotta nawiązuje do najlepszych dzieł dziecięcych – przypomina mi moje młode lata, książki z mojego dzieciństwa, ciepłe, pełne miłości opowieści czytane w zimowe wieczory, kiedy za oknem leżała śnieżna pierzyna, a na biurku obok stała pachnąca choinka z kolorowymi lampkami. Wspaniałe wspomnienia. 
Podsumowując zatem – ważna historia z morałem w pięknym wydaniu, napisana wpadającym w ucho wierszem. Czego chcieć więcej pod choinkę?
 




Książkę przeczytałam dzięki życzliwości Wydawnictwa Wilga

czwartek, 14 listopada 2019

Przyroda to przygoda, czyli nowa seria od Jedności

"Sikorka i jej przyjaciele" 
Friederun Reichenstetter
Wydawnictwo: Jedność
Kielce 2019
Tytuł oryginału: Die kleine Meise und ihre Freunde
Przekład (z j. niemieckiego): Magdalena Jałowiec
Oprawa: twarda
Liczba stron: 32
Ilustrował: Hans-Gunther Doring 
ISBN: 978-83-8144-088-2













"Pszczoły i ich niezwykły świat" 
Friederun Reichenstetter
Wydawnictwo: Jedność
Kielce 2019
Tytuł oryginału: Wie lebt die kleine Honigiene?
Przekład (z j. niemieckiego): Magdalena Jałowiec
Oprawa: twarda
Liczba stron: 32
Ilustrował: Hans-Gunther Doring 
ISBN: 978-83-8144-087-5








 
 
 
 
"Biedronka i inni mieszkańcy łąki" 
Friederun Reichenstetter
Wydawnictwo: Jedność
Kielce 2019
Tytuł oryginału: Die kleine Marienkafer und die Tiereauf der Wiese
Przekład (z j. niemieckiego): Magdalena Jałowiec
Oprawa: twarda
Liczba stron: 32
Ilustrował: Hans-Gunther Doring 
ISBN: 978-83-8144-089-9
 
 
 
 
 
Choć zima zbliża się coraz większymi krokami i właściwie zaczynamy już odliczać dni do Bożego Narodzenia, Wydawnictwo Jedność zaprasza nas do przyrodniczej przygody. Jego nakładem ukazały się właśnie na rynku trzy rewelacyjne książki autorstwa Friederuna Reichenstettera, a do każdej z nich dołączona jest piękna płyta z nagraniem.
Wszystkie książki podzielone są na niezbyt długie, na ogół dwustronicowe rozdziały, których jest, w każdej z nich, kilkanaście. Pozwala to na spokojne przyswojenie wiadomości i nieznudzenie dzieci nadmiarem informacji. Seria jest również pięknie zilustrowana przez Hansa-Gunhtera Doringa, którego barwne ilustracje bardzo przypominają fotografie. Do tego stopnia, że naprawdę aż się wzdrygałam, kiedy na kolejnych stronach pojawiały się różne "robaki".
Jak wskazuje tytuł "Sikorka i jej przyjaciele" pozycja ta nie traktuje jedynie o sikorkach, ale o wielu różnych ptakach. To niesamowicie ciekawa opowieść o latających zwierzętach – głównie tych, które możemy spotkać na co dzień na polskiej wsi i w polskim mieście (choć autor jest Niemcem, przyroda w Niemczech nie różni się tak bardzo od naszej). Z książki młody czytelnik dowie się między innymi, co jest smakołykiem dla ptaków, jak brzmią ich odgłosy, jacy nieprzyjaciele czekają na młode ptaszki, a jakie są dla nich pokarmem, czy też jak odróżnić kruka od gawrona, wrony i kawki. Na końcu zaś czeka na niego mały atlas ptaków. Moim zdaniem idealna rzecz – można go sobie skserować i pociąć, bo jest w formie oddalonych od siebie kwadratów, i na przykład zrobić z niego grę memory, przy której dziecko będzie nie tylko szukało pasujących par, ale uczyło się nazw podniebnych mieszkańców Ziemi. Na dołączonej do książki płycie znajduje się interesująco opowiedziana historia, której towarzyszą odgłosy ptaków. Dzięki temu dzieci poznają otaczający je świat i nauczą się rozpoznawać ptasie głosy.
"Pszczoły i ich niezwykły świat" to pozycja, która rzeczywiście skupia się na pszczołach, wspominając inne zwierzęta tylko wówczas, gdy jest to rzeczywiście konieczne. Poznajemy życie pszczół od samego początku, a więc od złożenia jaj przez królową. Oglądamy od środka ul, niemalże nasłuchujemy bzyczenia, dowiadujemy się o tym jakie zadania mają poszczególne pszczoły, kto w świecie przyrody jest ich nieprzyjacielem, jak pszczoły ze sobą rozmawiają. I, oczywiście, jak powstaje miód. Dla najbardziej zainteresowanych – budowa ciała pszczoły i pszczela Księga Guinnesa. Natomiast na płycie CD – interesująco opowiedziana historia, z towarzyszącymi jej odgłosami przyrody.
I w końcu trzeci tytuł, czyli "Biedronka i inni mieszkańcy łąki" – książka, która mnie osobiście spodobała się najmniej, co wcale nie mówi o niej źle. Wręcz przeciwnie. Jest niezmiernie ciekawa, ale... za dużo w niej robaków, które wyglądają jakby zaraz miały wyjść z kartek. Tu ukłon dla ilustratora. Świetnie sobie poradził. Oczywiście biedronki są śliczne, ale na łące żyje wiele innych bożych stworzonek. Niestety, ja od dziecka mam uraz do dotykania nawet zdjęć robali, więc dla mnie to za wiele. Myślę jednak, że wielu dzieciakom właśnie dlatego może się ona szczególnie podobać. Na dołączonej do książki płycie CD znajduje się opowieść, której towarzyszą odgłosy przyrody i quiz.
Moja ocena całej serii jest naprawdę bardzo wysoka. To solidna porcja wiedzy w bardzo ładnej, przejrzystej odsłonie. Dodatkowym plusem są oczywiście płyty, które urozmaicają przyrodniczą przygodę. Mam nadzieję, że w serii ukaże się jeszcze więcej tytułów.
Gorąco polecam dla dzieciaków w każdym chyba wieku. 
 
 




Książkę przeczytałam dzięki życzliwości Wydawnictwa Jedność

czwartek, 7 listopada 2019

Zaczarowane baletki – Noel Streatfeild

Wydawnictwo: Dwie Siostry
Warszawa 2019
Oprawa: twarda
Liczba stron: 264
Tytuł oryginału: Ballet Shoes
Przekład (z j. angielskiego): Ewa Fiszer
Ilustracje: Ruth Gervis
ISBN: 978-83-8150-056-2








Moje wewnętrzne dziecko chyba nigdy nie umrze, i bardzo mi z tym dobrze. Że niby jestem dziecinna? Ok, nie widzę problemu. Zawsze lubiłam bajki dla dzieci. Teraz częściej sięgam po dziecięcą i młodzieżową lekturę niż filmy i udaje mi się czasem trafić na takie właśnie perełki, jak tym razem.
"Zaczarowane baletki" (do tytułu jeszcze powrócę) to powieść charakterystyczna dla czasów, kiedy została spisana. Bo nie jest to tak naprawdę nowość. Pierwsze wydanie pojawiło się na półkach księgarskich w 1936 roku. Fabuła rozgrywa się właśnie w latach 30. minionego stulecia, w Londynie, mieście zdecydowanie bardziej brytyjskim niż dzisiejsza stolica Wielkiej Brytanii. W społeczeństwie wyraźnie wyróżniają się jeszcze różne klasy, choć wszystko idzie powoli ku zmianom przyniesionym po Drugiej wojnie światowej. Wojna też zbliża się już nieubłaganie, ale jest jeszcze tak daleko na horyzoncie, że nikt z bohaterów "Zaczarowanych baletek" nie ma prawa podejrzewać, że kiedykolwiek wybuchnie konflikt poważniejszy od Wielkiej wojny.
Wszystko zaczyna się od wydarzeń dość tragicznych, bo jakże inaczej nazwać niespodziewane pojawienie się w domu trzech sierot (zupełnie z sobą niespokrewnionych), którymi zająć się ma kobieta, która sama przed laty została osierocona? Wygląda na to, że życie nie jest usłane różami i ciężko będzie je oglądac przez różowe okulary. Tymczasem dzieci powoli podrastają, ale... ich opiekun wyjeżdża w daleką podróż. Zostawia pieniądze, które powinny utrzymać dom i jego mieszkańców przez najbliższe pięć lat i wyrusza w nieznane. Niestety, po pięciu latach nie wraca, ani po sześciu, ani po dziesięciu. Słuch o nim ginie, pieniądze na koncie się kończą. Sylwia, opiekuna dziewczynek, szukając sposobu na załatanie dziur w budżecie postanawia wynająć część pokoi lokatorom. 
I to właśnie wówczas rozpoczyna się prawdziwa przygoda. Dziewczynki nie tylko poznają nowe, niesamowite charaktery, pasje i historie, ale również trafią do Dziecięcej Akademii Tańca i Sztuki Aktorskiej. Szkoły, która ma je przygotować do pracy w biznesie taneczno-teatralnym.
Tak, tak, dzieciaki będą musiały na siebie zarabiać, jeśli nie chcą trafić na ulicę. Sylwia, zwana przez nie Kunką, nie może pozwolić na to, by skończyły tak jak ona – totalnie uzależnione od pieniędzy opiekuna, nie mające żadnego wykształcenia i zawodu.
Najstarsza z dziewczynek, Paulina, kocha teatr i w nim właśnie widzi swoją, świetlaną, przyszłość. Odnosi też sukcesy, więc utwierdza się w przekonaniu, że właśnie tędy droga. Piertowna tak naprawdę nie lubi ani tańca, ani śpiewu, ani recytacji. Szkoła ją męczy, nudzi, denerwuje. Marzy o tym, by jeździć automobilem, a w przyszłości latach aeroplanem. Ale jest dziewczynką... I przede wszystkim chce pomóc Kunce w utrzymaniu domu. Najmłodsza, Pusia, żyje tańcem i bez niegonie umie chyba nawet oddychać. Akademia jest dla niej przepustką do najsławniejszych baletów. O ile, oczywiście, okaże się wystarczająco dobra.
Powieść jest zachwycająca, porywająca i urocza. Opowiada o przyjaźni, miłości, przywiązaniu. Choć dziewczynek nie łączą więzy krwi i żadna nie jest również spokrewniona z Sylwią-Kunką, tworzą zgraną, kochającą się rodzinę, której członkowie zawsze mogą na siebie wzajemnie liczyć. Wspólnie zmagają się z trudnościami, wspólnie przeżywają wzloty i upadki, sukcesy i niepowodzenia. To opowieść o marzeniach i o tym, że zawsze warto dążyć do ich ziszczenia. Często tylko i wyłącznie dzięki zawzięciu i bardzo ciężkiej pracy można je osiągnąć, ale wtedy właśnie można poznać prawdziwy smak zwycięstwa. 
Dodatkowym atutem jest umieszczenie historii w realiach Londynu lat 30. XX wieku, kiedy to dziewczynki nie miały zbyt wielkiego wyboru co do swej przyszłości. Szczególnie te, które nie należały do wyższych sfer i nie mogły liczyć na spokojne i dostatnie życie. 
Przy całym trudzie, który autorka książki włożyła w pokazanie świata takim, jakim jest, ze wszelkimi jego trudnościami i przeciwnościami, realnego środowiska, w którym przecież niektórym przewraca się w głowie, a inni nie potrafią pogodzić się z porażką – zupełnie nie pojmuję dlaczego polski tytuł brzmi "Zaczarowane baletki". Dlaczego zaczarowane? Gdzie w powieści jest choćby w domyśle cokolwiek o czarach? Nawet baletki, które Pusia odziedziczyła po swej mamie-baletnicy, nie służą jej specjalnie długo, ani w niczym nie pomagają, a już na pewno nie są magiczne. Nie  lubię takich zabiegów, moim zdaniem czysto marketingowych. I nie mam tu pretensji do wydawnictwa. Zdaję sobie sprawę, że taki tytuł przyjął się już wcześniej, bo powieść była już na naszym rynku wydawana, a i film z początku tego wieku pewnie odniósł jakiś sukces i miał na niego wpływ (filmu nie widziałam, chciałam najpierw napisać recenzję). Do Wydawnictwa Dwie Siostry mogę mieć uwagę jedynie co do zbyt licznych, moim zdaniem, błędów, które się w tekście pojawiły.
"Zaczarowane baletki" to książka, która bardzo różni się od współczesnej prozy dziecięcej czy młodzieżowej. Chyba przede wszystkim dlatego, że naprawdę napawa nadzieją. Jest pięknie napisana i cudownie zilustrowana. Ciekawostka: ilustratorką jest siostra autorki, choć wydawca nie wiedział o tym, kiedy cenioną ilustratorkę książek dla dzieci, rysowniczkę, malarkę i rzeźbiarkę prosił o zilustrowanie literackiego debiutu.
Pozostaje więc zadać, za Pietrowną, jedno pytanie: A ty którą z dziewczynek  chciałabyś być?



 



Książkę przeczytałam dzięki uprzejmości Wydawnictwa Dwie  Siostry
http://www.wydawnictwodwiesiostry.pl/