Fragment mojej recenzji został umieszczony na okładce powieści "Skazaniec. Z bestią w sercu" Krzysztofa Spadło

Fragment mojej recenzji „Korony śniegu i krwi” został umieszczony na okładce powieści Elżbiety Cherezińskiej – „Niewidzialna korona” (wyd. Zysk i S-ka)

czwartek, 30 maja 2013

Nędznicy (tom I) - Victor Hugo

Wydawnictwo: Państwowy Instytut Wydawniczy
Warszawa 1972
Cykl: Nędznicy
Oprawa: miękka
Liczba stron: 505
Przekład: Krystyna Byczewska
Posłowie: Zbigniew Bieńkowski
ISBN: brak informacji




Trudno uwierzyć, że po zeszłorocznej premierze kinowego hitu, jakim okazał się spektakl "Les Miserables" ktoś mógł nie słyszeć o powieści Hugo. Jednak śmiem wątpić, by wielu z widzów rzeczywiście przeczytało tę historię, szczególnie, gdy zważyć, że składa się ona z czterech tomów – łącznie około dwóch tysięcy stron. Przypuszczam, że nawet Oscar dla Anne Hathaway nie zmobilizował dzisiejszego czytelnika na tyle skutecznie, by od razu sięgnął po dziewiętnastowieczną literaturę. Być może jednak się mylę, choć nie sądzę.
To moje drugie spotkanie z "Nędznikami". Po raz pierwszy czytałam tę monumentalną powieść jeszcze w czasach liceum, czyli kilkanaście bez mała lat temu. Zachwyciła mnie wówczas i na długo zapadła w pamięć. Obejrzałam następnie kilka wersji filmowych. Kiedy więc dostrzegłam plakaty promujące film, w którym na dodatek główna rola przypadła mojemu ukochanemu Hugh Jackmanowi, nie mogłam przejść obojętnie. Szczególnie, że kilka miesięcy wcześniej oglądałam zapis spektaklu zagranego w londyńskim Royal Albert Hall.
Film wspaniały, wzruszający, nie mogłabym się przyczepić do żadnego szczegółu. Choć byli i tacy, którzy straszliwie narzekali. Ja jestem zauroczona, co jakiś czas słucham sobie ścieżki dźwiękowej i nawet mój Mąż często "Les Miserables" chwali (a nie lubi ani dziewiętnastowiecznej literatury, ani filmów muzycznych).
Wróćmy jednak do powieści. Co podkusiło mnie, by do niej wrócić? Czy sam film, spektakl z Londynu, czy może fakt, że jesienią było mi dane odwiedzić paryski dom Autora wystarczyły? Nie. Wspomnienie, jak bardzo podobała mi się książka za pierwszym razem było bardzo silne, rodziło jednak obawy – czy po tylu latach nie zburzę sobie pewnej mitologii, którą obudowałam tę historię?
Zasiadłam do lektury pełna strachu i... Znów dałam się ponieść kwiecistemu językowi, spokojowi i napięciu, które płyną ze stron pierwszego tomu "Nędzników". To powieść nietuzinkowa, mądra, głęboka, poruszająca i barwna. Zachwycają w niej pełnowymiarowe postaci, dokładne opisy i – co dzisiaj jest już chyba mało popularne – wyczerpujące, długie dygresje, które czasami zdają się tworzyć trzon opowiadanej przez Hugo historii. Ot, choćby niemal sto stron o biskupie Myriel. Pamiętam doskonale, jak przy pierwszym zetknięciu z książką byłam przekonana, że to on wlasnie jest głównym bohaterem "Nędzników". Jakże zdziwiło mnie, gdy wówczas odkryłam, iż to opowieść o kimś innym. Jak niesamowicie czyta się opis bitwy pod Waterloo, który znów zajmuje około pięćdziesięciu stronic, a który Hugo przytoczył po to tylko, by w ostatnim akapicie przedstawić nam Thenardiera. Tego już dzisiaj żaden autor nie robi, a szkoda, gdyż zabieg ten nie tylko poszerza nasze widzenie świata przedstawionego, ale również zachwyca językiem i  pomysłowością.
Dobrze – dla tych, co się jednak ostali i nie mają pojęcia o fabule. To nie spoiler, ale słów kilka, byście wiedzieli, za co się zabieracie. W pierwszym tomie poznacie galernika Jeaa Valjean, który spędził w Tulonie dziewiętnaście lat za... ukradziony bochenek chleba. Po wyjściu na wolność spotyka własnie biskupa Myriel i od tego spotkania można powiedzieć, że rodzi się ponownie. Czy można z więźnia stać się szanowanym urzędnikiem? Czy da się uciec przed swoją przeszłością? Ścigany przez policjanta Javerta, Jean Valjean stanie przed wieloma dylematami. Podjęcie decyzji nie będzie ani proste, ani oczywiste. Hugo nie zadaje łatwych pytań, nie udziela też jasnych odpowiedzi. Dla niego świat nie jest czarno-biały, ma wiele odcieni szarości, a moralność też nieraz zależy od danej sytuacji. Do każdego człowieka należy podejść indywidualnie, system sprawiedliwości czasami zawodzi.
Jednocześnie pojawia się cała plejada pierwo- i drugoplanowych bohaterów. Z tych, których może najbardziej kojarzyć widz, należy powiedzieć o Fantynie oraz, wspomnianym wcześniej, Javercie. Życie Fantyny – krótkie i naznaczone wieloma przeciwnościami, nie ogranicza się jedynie do jej ostatecznego upadku, jak to widzimy w filmie. W powieści dowiadujemy się, kim własciwie była ta dziewczyna. Co lubiła, co sprawiało jej przyjemność, kogo kochała i dlaczego właściwie oddała swoją córeczkę na wychowanie zupełnie obcym ludziom. Javert również nie jest tylko kimś przywiązanym właściwie do Valjeana. To człowiek z krwi i kości, którego zachowanie, zasady moralne i podejście do życia jest spowodowane konkretnym wychowaniem i zdarzeniami z jego przeszłości.
Nadto należy zaznaczyć, iż bardzo ważnym bohaterem zbiorowym jest całe ówczesne francuskie społeczeństwo. Nie zapominajmy, że kiedy Jean Valjean został skazany na galery, trwała rewolucja, na wolność wrócił zaś po upadku Napoleona. Najburzliwszy okres w historii Francji był również najtruniejszeym dla niego. Nie był jednak dużo lepszy dla innych Francuzów i o tym trzeba pamiętać.
"Nędznicy" to zarówno powieść historyczna,  polityczna i społeczna. Wiele w niej rozważań natury moralnej, choćby w sytuacjach, które z naszego punktu widzenia wyglądają zupełnie inaczej, niż w czasie, gdy pisał Hugo. Widać w powieści, jak autor dojrzewał do niektórych teorii i opinii, jak zmieniał poglądy, jak klarowała się jego wizja świata.
Mój egzemplarz nie jest nowy – ma już swoje lata. Właściwie całkiem sporo. Jestem do niego przywiązana i nie pokusiłam sie o zakupienie nowego. Być może dobrze, gdyż jest bardzo dobrze zredagowany. Nie znajduję w nim błędów literowych, ani drukarskich. Ponadto przydają się zamieszczone z tyłu przypisy, a papier (mimo upływu przeszło czterech dekad) nadal pachnie farbą drukarską.
Gorąco polecam tę powieść właściwie każdemu, sama zaś niedługo zabieram się za drugi tom.

wtorek, 21 maja 2013

IV Warszawskie Targi Książki już za nami

Tegoroczne – czwarte już – Warszawskie Targi Książki odbyły się na terenie Stadionu Narodowego. Porównanie lokalizacji wypada świetnie. W Pałacu Kultury i Nauki było duszno, parno i tłoczno. Na Stadionie – przestronnie, przyjemnie i, mimo upału, całkiem znośnie, jeśli chodzi o temperaturę W salach konferencyjnych nawet troszeczkę za chłodno.Poza tym okolica jest wyśmienita. Nieopodal Wisła, plaża, Park Skaryszewski. Do tego bezpłatna strefa parkowania. Same plusy. 
Jakie wrażenia poza tym? Uważam te trzy dni (ponieważ, niestety, nie mogłam
się pojawić w sobotę) za bardzo udane. Pojawiło się mnóstwo wystawców. Poza tym, że można się było zaopatrzyć w niemal każdą książkę, która obecnie znajduje się na rynku to była okazja porozmawiać z wydawcami, pisarzami, ilustratorami, tłumaczami i wszystkimi innymi osobami, którzy mają z książką coś wspólnego. Przybyło kilku gości zagranicznych, była szansa uzyskania autografów w ulubionych książkach. Nadto liczne konkursy, loterie, bonusy do zakupów i promocje cenowe.Sporo – w porównaniu do zeszłego roku – było także stoisk, na których promowano ebooki. Widać, że w Polsce e-książka staje się coraz popularniejsza. Czy to dobrze? Myślę, że tak, chociaż nie ma to, jak stara, dobra papierowa edycja, która pachnie papierem i drukiem. 
Wzięłam udział w kilku ciekawych spotkaniach dotyczących wykorzystania nowinek technologicznych w procesie wydawniczym, a także w dwóch spotkaniach na temat tłumaczeń. Sporo z nich wyniosłam, choć targetem na większości były wydawnictwa. Dały mi jednak co nieco do myślenia.
Tym razem obyło się bez autografów, niestety. Wszyscy pisarze, od których chciałam dostać wpis, mieli zorganizowane spotkania w sobotę, kiedy to z kolei mnie nie było (byłam tego dnia w Grudziądzu, gdzie odbywał się wernisaż Wojciecha Siudmaka). Trochę szkoda, ale i tak jestem zadowolona.
Dzięki wspaniałym akcjom zorganizowanym przez publio.pl oraz Lubimyczytac.pl zaopatrzyłam się w niemal czterdzieści książek! W jaki sposób? Publio.pl zaproponowało taką wymianę – przynosisz papierową książkę,a w zamin otrzymujesz ebooka. To, co ludzie przynosili – a wyszło tego około 9 tysięcy pozycji (trzebaby sprawdzić bezpośrednio u nich) – trafi do bibliotek. Wspaniała okazja, by otrzymać darmowo mnóstwo ebooków, pozbyć się tytułów, które zalegają na półkach nieczytane i podzielić z tymi, którzy korzystają z bibliotek. Szczytny cel, świetny pomysł, genialnie przeprowadzona akcja! Dzięki wielkie za taką możliwość. Teraz mam co czytać w długich trasach z Warszawy do Poznania :) Portal Lubimyczytac.p z kolei zaproponował wymianę książka za książkę. Przyniosłam kilka swoich, wyniosłam kilka nowych. Naprawdę nowych, ponieważ ustawiłam się w kolejce odpowiednio wcześnie i łapałam chyba zupełne nówki od wydawnictw, które wzięły udział w tym przedsięwzięciu. Jestem bardzo szczęśliwa, ponieważ trafiłam nawet na tytuły, które i tak bym kupiła w najbliższym czasie, więc teraz mam je za free, można powiedzieć.
Na Targi przygotowano całe mnóstwo różnych konkursów. W jednym z nich udało mi się wygrać książkę, a mój Małżonek ma figurkę z nowej kolekcji Lego (bardzo się z niej cieszy).  Dochodza do tego liczne zniżkowe kupony na przeróżne rzeczy, począwszy od fiszek do nauki języków, a na obozach żeglarskich kończąc.
Doszło mi do kolekcji około dwudziestu nowych zakładek (jestem wielką fanką zakładek książkowych). Najbardziej cieszę się z tej, którą zakupiłam i trudno, że kosztowała całe 9 PLN. Posiadać zakładkę z Thorinem Dębową Tarczą (z twarzą Richarda Armitage'a) to skarb wart nawet 10 PLN (dobrze, więcej bym tym razem nie dala, ponieważ miałam bardzo ograniczony budżet, a paliwo na dojazd też sporo kosztowało).
Na zakończenie jeszcze wspomnę o bardzo miłym panu na stoisku hobbit.net.pl, który wyjaśniał nam reguły gier, w które można się było u niego zaopatrzyć. Dziękuję także za przemiłą rozmowę pani Wróżce Wioletcie Piaseckiej, pani Lidii Miś-Nowak z wydawnictwa Dreams i panu ze stoiska Kurtiak-Ley, Wojciechowi Siudmakowi (który dotarł, mimo opóźnienia pociągu z Grudziądza), a także wszystkim, o których w tej chwili zapomniałam, a którzy sprawili, że były to bardzo miłe dni.

poniedziałek, 20 maja 2013

Tam, gdzie spadają anioły - Dorota Terakowska

Wydawnictwo: Wydawnictwo Literackie
Kraków 2011
Oprawa: miękka
Liczba stron: 312
ISBN: 978-83-08-04623-4



"Tam, gdzie spadają anioły" to ciepła, chwytająca za serce historia dla czytelników w każdym wieku.  Powieść wydana po raz pierwszy w 1998 roku, już w 1999 otrzymała nagrodę polskiej sekcji IBBY, choć – jak już wspomniałam – to nie książka jedynie dla dzieci.
Trudne zmagania rodziców chorego dziecka, kryzys wiary (choć czasem trudno orzec kryzys, jeśli tej wiary tak naprawdę nigdy nie było), walka z nieuniknioną śmiercią... Konflikt wiary i rozumu. A także Dobro i Zło, które nie tylko ze sobą walczą, ale także się... uzupełniają, ponieważ "cierpienie należy do życia". Wzruszająca opowieść o tym, że każdego z nas może spotkać coś strasznego i bolesnego. odtrącenie zdarza się na każdym kroku. Takie jest życie, taka jego magia. Chociaż... Nie, to nie jest historia o tym, że każdemu może się przydarzyć cierpienie. To powieść o tym, że w naszym świecie, w którym tego cierpienia zdaje się być bardzo dużo, zdarzają się także cuda. Gdyż, jak w pewnej hwili stwierdza Jan, ojciec małej Ewy – głównej bohaterki – "wokół człowieka stale się dzieją rzeczy niezwykłe, lecz o nich nie widzi, zajęty swoimi ludzkimi sprawami".
Kiedy Ewunia miała pięć lat zobaczyła oś niezwykłego właśnie. Po niebie sunęło stado... aniołów. A raczej dwa stada, ponieważ czarne anioły goniły białe. Była świadkiem prawdziwego cudu, czego owocem stała się... tragedia. Gdy znaleziono ją leżącą w rowie wkopanym przez myśliwych, nikt nie spodziewał się, że to dopiero początek kłopotów dziewczynki. i to kłopotów. Pozbawiony swych lśniących skrzydeł, a równocześnie  mocy, na Ziemię spadł Ave. Anioł Stróż dziewczynki.
Terakowska prowadzi narrację jakby dwutorowa. Oglądamy więc życie Ewy i jej rodziców oraz babci. w tym samym czasie czytamy o zmaganiach pół człowieka, pół anioła i... jego brata bliźniaka, Vei. Każdy anioł ma bowiem takiego brata, który dawno, dawno temu został strącony przez Światłość i stał się czarnym aniołem. Aniołem Mroku, aniołem Zła. Gdyż nie ma Zła bez Dobra i nie ma Dobra bez Zła. Uzupełniają się, tworząc harmonię.
Kiedy ewa traci swego Anioła Stróża ciągle przytrafiają jej się jakieś mniejsze i większe nieszczęścia, a mimo o pozostaje ciepłą i radosną osóbką kochającą świat. Wszystko może się zmienić, kiedy lekarze orzekną, że zachorowała na ciężki przypadek białaczki i jej dni są już właściwie policzone. Jednak dziewczynka nie traci nadziei. Niewinne zdanie, że chyba straciła swego Anioła stróża naprowadza ją na pewien ślad,któremu rodzina podporządkuje się całkowicie, starając się ratować młode życie.
Jednocześnie poznamy bliżej świat aniołów. Ave będzie wspominał i żałował swego lekkomyślnego czynu, który sprawił, że utracił skrzydła. Nie dlatego tylko, że z tego powodu nigdy nie zobaczy już prawdziwego Światła, ale przede wszystkim dlatego, że zawiódł małą ludzka Istotę, którą miał chronić. Vea nie przyjdzie mu z pomocą, a jego podszepty ujawnią nam całą prawdę o złożoności świata. 
"Tam, gdzie spadają anioły" to wzruszająca i zapadająca w pamięć historia o walce z chorobą. Autorka jasno i zdecydowanie mówi, że w takiej sytuacji nigdy nie wolno się poddawać – należy walczyć do ostatniej chwili, ponieważ cuda się zdarzają. Największym zaś cudem jest ludzkie życie. Nawet jeśli ma się skończyć jutro, czy za tydzień – ten dzień, te siedem dni, ten miesiąc – to bezcenny dar, którego nie można tracić na smutek, żal i pretensje. Należy go spożytkować na czynienie Dobra. tak, jak to czyni Ewa, gdy ma do spełnienia trzy anielskie zadania.
Wszyscy bohaterowie powieści czegoś się uczą. Ewa tego, że bycie aniołem to ciężka praca. Babcia tego, że anioły nie s tylko chrześcijańskie. Ojciec Ewy tego, że nauka niekoniecznie musi stać w sprzeczności z wiarą, a to, czego ie można dotknąć, zobaczyć i zbadać też ma rację bytu. Mama natomiast odkrywa, że natchnienie bywa wspaniałym uczuciem i nie można być wielkim artystą, jeśli nigdy się nie cierpiało, a swe prace tworzy się mierząc i licząc, zamiast czując. tak właśnie powstanie prawdziwie cierpiąca Pieta w jej wykonaniu. Uczy się także Ave – o tym, że cierpienie jest konieczne, a za swe błędy zawsze trzeba zapłacić. Życie wystawia rachunki nawet aniołom. I Vea też się czegoś nauczy – czego? Dowiecie się, czytając powieść.
Choć dużo napisałam – lekko zaledwie dotknęłam esencji powieści. Terakowska pisze pięknie, a czyta się tę historię z zapartym tchem, a jednocześnie spokojnie. Nie ma tu mrożących krew w żyłach akcji, wielkiego świata, pościgów, ani walk. Jest to, co bliskie sercu – poszukiwanie, miłość, przyjaźń, trudne wybory. Wzrusza postać Pani Samej, bolejemy wraz z nią nad śmiercią pieska – jej jedynego przyjaciela.  Złości podejście pielęgniarzy do podopiecznych bezdomnych. Nie sposób nie polubić Ewy, nie sposób nie rozumieć jej najbliższych. Nie można nie zrozumieć rozterek Avego i wiecznej potrzeby Vei, by brat go "chociaż polubił". Przecież nikt z nas nie chce być samotny.
Życie człowieka jest zapisane w wielkiej księdze. Właściwe to zapisane jest kilka możliwości tego życia.To od nas zależy, którą drogę wybierzemy. Od nas i naszego Anioła stróża. "Wszystkie, nawet najmniej znaczące z pozoru decyzje mogą całkowicie odmienić losy ludzi. Do zmiany losu wystarczy mały, malutki kamyczek, o który ktoś się potknie i nawet go nie zauważy."
Co jest piękne w prozie Terakowskiej to to, że nie rozważa ona losów całej ludzkości, a poszczególnego człowieka, niewielkiej grupy ludzi. Nikt z nas bowiem nie jest w stanie samodzielnie zmienić oblicza świata, ale możemy w mniejszym, czy większym stopniu odmienić życie naszych najbliższych. Oby na lepsze, jak to czyniła Ewa.
Bardzo podobało mi się, jak Autorka wplotła w fabułę cały ogrom wiadomości z dziedziny angelologii. To nie jest łatwe tak pięknie wpasować tyle ważnych informacji, by czytelnik nie czul przesytu, ani nie miał wrażenia, że fabuła jest jedynie pretekstem do podzielenia się nimi. Terakowska natomiast spisała się w tej kwestii na złoty medal.
Książka jest bardzo ładnie wydana, korekta bardzo udana. ładna, klimatyczna i spokojna okładka idealnie pasuje do treści powieści. Ogólnie nie mam żadnych zastrzeżeń. Gorąco polecam.

wtorek, 14 maja 2013

Odźwierny - Marina i Siergiej Diaczenko

Wydawnictwo: Solaris
Stawiguda 2009
Cykl: Tetralogia "Tułacze", tom I
Oprawa: miękka
Liczba stron: 272
Przekład: Witold Jabłoński
ISBN: 978-83-89951-67-3


Od czego tym razem zacząć, kiedy myśli jest milion na sekundę? Od początku? Niech będzie, że od samego...
Rok 1994, Marina i Siergiej Diaczenko wydają swoją pierwsza powieść. Debiut jest ważny w życiu każdego autora. Pisza później kolejne części tetralogii "Tułacze", a następnie jeszcze kilka innych powieści. W roku 2009 pierwszy tom serii, pod tytułem "Odźwierny" trafia – za sprawą wydawnictwa Solaris – na polskie półki księgarskie i... nasze. No dobrze, na moją trafia trzy lata później. Jest rok 2012, sierpień. Wrocław, Polcon. Spędzam dwie godziny na prelekcji dotyczącej ukraińskiej  literatury fantastycznej i jestem całkowicie zachwycona. Kilka godzin później trafiam do sklepiku i tam, na stanowisku Solarisu, widzę właśnie tę serię. Dlaczego kupuję? Przypomina mi się fascynująca prelekcja, mam kupon rabatowy na dowolne pozycje (głupio nie kupić, skoro można trochę oszczędzić) i jeszcze zostało mi trochę pieniędzy. Dogaduję się na jeszcze większą zniżkę i trzymam w łapkach wszystkie cztery tomy. O – przyznaję – zauroczyły nie także okładki. Wracam do Janek, ustawiam ksiązki na półeczce i cekają grzecznie na swoją kolej. Czekają, czekaja i w końcu nie wytrzymuję. 
Mamy maj 2013 roku, a ja pochłaniam "Odźwiernego" w niespełna dwa dni. Książka, która w 2005 roku została wyróżniona nagrodą Euroconu dla najlepszych europejskich fantastów roku nie mogla się okazać gniotem. Jednak przekonałam się już, że nie wszystko to, czym się inni zachwycają podoba się także mnie. Na szczęście tym razem podzielam ogólną opinię.
O co w tym wszystkim chodzi? Państwo Diaczenko przedstawiają nam świat, w którym ludzi dzieli się na dwie kategorie - czarodziej i pozostałych. jednak są i tacy, którzy wierzą, że istnieje jeszcze tajemnicza Trzecia Siła. Czym jest? Nikt do końca nie wie. Jedno jest pewne – to coś złego, coś, czego należy się obawiać i czemu nie wolno pozwolić, by się wydostało. Ciężko jednak "walczyć" z siłą, o której nic się właściwie nie wie. Na szczęście nadal pozostaje ona gdzies uwięziona i jedynie Odźwierny może ją uwolnić.
Kim jest więc tytułowy Odźwierny? Tego także nikt nie wie, ponieważ... jeszcze nie został powołany. Są tacy, którzy wiedza, ima to być czarodziej, ale nie czarodziej. Wystarczająco dziwne? To dopiero świetny początek bardzo udanej opowieści, która rozpoczyna czterotomowy cykl!
Magii nie widzimy właściwie za wiele. Sporo się o niej mówi, ona po prostu jest i to wiadomo. dopiero pod koniec dostaniemy pewną jej porcję – na tyle jednak dużą, by zadowolić tym, którym wcześniej było za mało.
"Odźwiernego" można spokojnie nazwać powieścią drogi. Właściwie mamy tu trzech głównych bohaterów i każdy z nich udaje się w podróż. Na początku poznajemy Damir, który jest służącym czarnoksiężnika Larta Legiara. Wspólnie wybiorą się w wędrówkę w poszukiwaniu Odźwiernego. Będą jednocześnie kusić Trzecią Siłę, by się ujawniła, a także wspominać o... trzeciej i chyba najważniejszej postaci w tej historii. Mianowicie o Raulu Ilmarrananie, zwanym także Marranem. Kim jest ten osobnik? Kiedyś był potężnym magiem, potrafił niejedno, w tym także wkurzyć pozostałych władających magiczną mocą. Oberwało mu się za to całkiem nieźle. Po tym, jak trzy lata spędzi w postaci drewnianego wieszaka na płaszcze, wrócony do ludzkiej postaci pozbawiony jest jednak swych mocy oraz... miłości kobiety. Poszukiwanie siebie, odkrywanie się na nowo, zrozumienie, kim się jest i na cym polega prawdziwa magia – oto, o czym tak naprawdę zdaje się być "Odźwierny". Czy Raul okaże się dobry, cyt zły, tego nie powiem, chociaż... w tym świecie nikt nie jest tak naprawdę zły, ani tak do końca dobry. Ponieważ nawet czarnoksiężnicy są tylko ludźmi, a wiadomo, że człowiek... człowiekowi wilkiem.
Akcja toczy się dwutorowo i to samo można powiedzieć o narracji. fragmenty dotyczące Marrana są opowiedziane przez wszechwiedzącego narratora w trzeciej osobie. Natomiast to, co dzieje się w domu czarnoksiężnika Larta oraz w czasie jego podróży poznajemy z pierwszoosobowej narracji jego sługi, Damira. Ciekawy to pomysł i moim zdaniem bardzo urozmaicił powieść.
Akcja w "Odźwiernym" toczy się powoli, dopiero na końcu przyspiesza. Napięcie rośnie z każdą kolejną stroną. Nie wiadomo czego można się dalej spodziewać. Czy to już? A może jeszcze chwilka? Jakie bohaterowie podejmą decyzje i czy Trzecia Siła zostanie uwolniona? Autorzy świetnie sobie z tym poradzili i rzeczywiście do ostatniej strony czytelnik ma wrażenie, że jeszcze nie wszystkie karty zostały odkryte. Zgodnie z zasada, ze należy przed wszystkim zaciekawić i niekoniecznie od razu udzielić za wiele odpowiedzi. Można się nad wieloma sytuacjami zadumać, zamyślić, przystanąć i zastanowić ad kondycją człowieka. Także czasami zaśmiać i zapłakać, wzruszyć, albo zezłościć. Ponieważ świat, w którym żyją nasi bohaterowie potrafi być naprawdę okrutny i niesprawiedliwy. Zupełnie jak nasz – za okazaną dobroć często zamiast nagrody czeka cię kara.
Ludzkie społeczności odwiedzane przez wędrowców są opisane również w bardzo ciekawy sposób. Wydaje się w pierwszej chwili, że dość dokładnie, a jednak przy dłuższym zamyśleniu nie sposób dojść do innego wniosku, jak do tego, że jednak raczej pobieżnie. Widzimy bowiem, jak są ubrani, co jedzą i jak malują swoje doniczki, nie wiemy jednak, jak wyglądają ich układy i układziki, jaka jest polityka i religia w odwiedzanych miejscach. właściwie widzimy dokładnie to, co może zobaczyć wędrowiec, który w jednym miejscu zatrzymuje się jedynie na chwilę, na nocleg, na posiłek, na jeden dzień. Nie poznajemy tego świata głębiej. Trochę szkoda, chociaż... o czymś autorzy muszą pisać w kolejnych trzech tomach i mam nadzieję, że uzupełnią nieco te lukę, bo to jeden z dwóch mankamentów powieści. Mankament niewielki, który w żaden sposób nie zmienia faktu, że powieść czyta się po prostu znakomicie i delektuje niemal każdym zdaniem.
O okładce już wspomniała – mnie urzekła i choć teraz mam pełną świadomość, że z treścią "Odźwiernego" ma tyle wspólnego, co ja z Trzecią Siłą" to nadal bardzo mi się podoba. jet równie magiczna i tajemnicza, jak cała powieść.
Świetnie spisała się korekta, jeśli chodzi o literówki. Znalazłam bodaj trzy, a to doskonały wynik. Szkoda, że mniej się przyłożono do poprawy kalek językowych, czy błędów gramatycznych, których dokonał tłumacz. Przytoczę tylko jeden przykład, który oddaje dokładnie problem, a jest ich, niestety, na pęczki... "Siedział na brzeżku fotela, założywszy wdzięcznie nogę na nogę, w którym spoczywała półleżąca kobieta." No, na tym koniec, ale zdanie brzmi strasznie, opornie, niegramatycznie i po prostu krzywi mi się twarz na takie zdania. Na szczęście poza tym jest naprawdę dobrze i ze szczerego serca mogę polecić te powieść. Ja natomiast wkrótce zabiorę się za drugi tom, czyli "Szramę".

Warszawskie Targi Książki 2013

Kochani, już za chwilkę, za momencik – w czwartek, 16 maja rusza kolejna edycja Warszawskich Targów Książki. Wszyscy kochający literaturę, uzależnieni od czytania, niepotrafiący oderwać się od dobrej książki, a także poszukujący nowych tytułów, ciekawych spotkań z autorami oraz kolekcjonerzy autografów i dedykacji odautorskich – to są dni właśnie dla Was. To dzięki takim osobom, jak Wy na Warszawskich Targach Książki panuje takie wspaniałe uniesienie.
Ja będę i zamierzam nie tylko oglądać to, co wydawnictwa uszykowały na tę okazję. Skorzystam z kilku ciekawych promocji oraz wysłucham ciekawych wykładów i dyskusji. poświęcam te dni na naukę i lepsze poznanie rynku wydawniczego. A Ty? Czy może tam Ciebie zabraknąć?
Zapraszam na stronę Targów: http://www.targi-ksiazki.waw.pl/


piątek, 10 maja 2013

Operacja Dzień Wskrzeszenia - Andrzej Pilipiuk

Wydawnictwo: Fabryka słów
Lublin 2011
Oprawa: miękka ze skrzydełkami
Liczba stron: 491
Ilustracje: Grzegorz i Krzysztof Domaradzcy
ISBN: 978-83-7574-487-3


W 2012 roku terroryści wdarli się do jednej z tajnych jednostek wojska polskiego i wystrzelili cztery nasze rakiety. Rozpoczęła się krótka wojna atomowa, która pogrążyła świat w chaosie. Ci, którzy przetrwali same naloty i nie umarli z powodu choroby popromiennej – a jest ich niewielu – żyją w ciągłym strachu, co przyniesie jutro. Nikt nie wiedział, że Polska posiadała taką broń. Teraz – dwa lata po wybuchu konfliktu – nikt nie wie, że istnieje w Warszawie równie tajna jednostka, na stanie której znajduje się... wehikuł czasu.
Poprzednim grupom się nie powiodło. teraz czas na kolejną czwórkę młodych ludzi. Magda, Paweł, Filip i Sławek oraz ostatni z poprzedników, Marcin mają wykonać niepospolite zadanie. Udadzą się do Warszawy sprzed wojny... pierwszej wojny. Konkretnie do ostatnich lat XIX wieku. Cel? Przodek Pawła Citko – prezydenta RP, od którego wszystko się zaczęło. Zabić? Nie, Pilipiuk i jego bohaterowie są znacznie bardziej subtelni. Wystarczy przecież, by jego praradziadek stracił możność posiadania potomstwa i wszystko wróci do normalności. Nie będzie atomówek, nie wybuchnie wojna, nie zginie 90% ludzkiej populacji, a oni sami znów będą mieć rodziny, przyjaciół, swoje życie.
A co z paradoksem dziadka? Co z efektem motyla? Problemy mnożą się na pęczki. Cóż, gdyby zadanie było proste, to poradziłaby sobie z nim jakaś z wcześniejszych grup czasonautów.
Czego możecie się spodziewać po lekturze "Operacji Dzień Wskrzeszenia"? Wartkiej akcji, ciekawych bohaterów, nietuzinkowych pomysłów, fantastycznie i pieczołowicie przedstawionego świata, dawki humoru – czasem wisielczego, ale nie dałoby się inaczej w zaistniałych okolicznościach –  oraz dużo, dużo historii. Czyli dokładnie tego, co Tygryski mojego pokroju po prostu uwielbiają. Na dodatek powieść czyta się bardzo szybko, właściwie połyka się kolejne stronice, zupełnie zapominając o tym, że przecież mieliśmy jedynie doczytać stronę, czy rozdział. 
Warszawa pod carskim zaborem, samowary, pełne niespieszących się donikąd spacerowiczów Łazienki, dorożki i ochrana. Przede wszystkim zaś paskudny kapitan Nowych, który odkrył, że do Kraju Przywiślańskiego przybywają podróżnicy z przyszłości. Później natomiast kolejny skok i epidemia dżumy, szubienice i grzebanie trupów. Czegóż więcej chcieć od przygody? Pięknego języka, który zachwyca, opisu krajobrazów, strojów, twarzy, budynków i posiłków? Ok – wszystko to tu jest. Czego jeszcze? Dziewczyny, która uratuje świat? Cóż, tego wam nie zdradzę, ale od początku niemal wiadomo, że tylko jeden z czasonautów dokona tego wielkiego czynu, powróci do przyszłości i będzie pamiętał historię, którą z zmienił. Czy będzie to Magda? Musicie przeczytać, by się dowiedzieć. Szczególnie, że nie każdy jest tym, na kogo z początku wygląda...
"Operacja Dzień Wskrzeszenia" to także nostalgiczna podróż po Warszawie, której już dzisiaj nie ma. Takiej, jaką mogli ja pamiętać nasi dziadowie i pradziadowie. Tajemniczej, ciemnej (latarnie gazowe), pełnej wschodnich elementów. Z całą masą pieszych, dorożek i pojawiającymi się raz po raz kozackimi patrolami. Urzekającej swym pięknem, ale również bardzo niebezpiecznej. Z ochraną bowiem nie było co zadzierać, a naszym bohaterom nie udało się uniknąć kontaktu z wszechwiedzącą tajną policją polityczną
Jak wypadnie połączenie nowoczesnej technologii i gadżetów, jak z filmów Bonda z dziewiętnastowiecznym miastem nad Wisłą? Przepysznie! Pilipiuk potrafi nawet zachęcić do chodzenia do szkoły, a tego się jego bohater z pewnością nie spodziewał.
Błędów praktycznie nie znalazłam, redakcja spisała się na medal. Podobają mi się ilustracje, które są klimatyczne i ładnie wpisują się w treść opowieści. Z resztą zachęca już i intryguje sama okładka.
Zaskakujące zmiany akcji, niepospolite charaktery i misja, która może odmienić oblicze naszego świata, przyprawione humorem i polane sosem wiedzy historycznej.Lektura nie tylko dla miłośników prozy fantastycznej, czy twórczości samego Pilipiuka. Po prostu – genialna powieść!

czwartek, 9 maja 2013

Światła września - Carlos Ruiz Zafón

Wydawnictwo: Warszawskie Wydawnictwo Literackie MUZA
Warszawa 2011
Oprawa: miękka
Liczba stron: 255
Przekład: Katarzyna Okrasko i Carlos Marrodan Casas
ISBN: 978-83-7495-994-0




I została mi już tylko jedna powieść Zafóna do przeczytania – "Więzień nieba" z 2012 roku...
"Światła września" to trzeci tom cyklu "Trylogia mgły". Żeby było śmiesznie ta trylogia składać się ma ostatecznie z czterech części (sic!). Cóż, czegóż to ludziska nie wymyślą. W każdym razie poprzedzają "Światła września": "Książę mgły" oraz "Pałac Północy". Każda z nich jest o innych bohaterach, innych czasach, innym miejscu. Łączą je tajemniczość, nieznane siły, które kierują światem, magia i fantasmagoryczny klimat. 
Czym tym razem zachwyca Zafón? Francja – początkowo Paryż, następnie plaże Normandii – właściwie w przededniu II wojny światowej. Jest rok 1937 kiedy Simone Sauvelle, wdowa z dwójką dzieci  przybywa do Błękitnej Zatoki. Dostała całkiem dobra posadę gospodyni w majątku Cravenmoore. Jako, że od śmierci męża nie tylko klepała biedę, ale była co dzień dręczona przez wierzycieli – praca ta jest dla niej wielką szansą. Szansą na odzyskanie spokoju, pewności siebie, a także na zapewnienie lepszego startu dla nastoletniej Irene oraz jej młodszego brata, Doriana. Trafiają więc do tajemniczego miejsca, w którym zamieszkuje fabrykant zabawek, Lazarus Jann (a także jego małżonka, której nikt nie widział od przynajmniej dwóch dekad).
Majestatyczny budynek i otaczający go las pełen niespodzianek... Zachwycająca Błękitna Zatoka, piękna Plaż Anglika i nad wyraz interesująca Irene... Grota Nietoperzy. Wszystko to doprawione znalezionym w morzu pamiętnikiem z dawnych lat, pierwsza miłością, okrutnym morderstwem i potwornym Cieniem, który z jakichś powodów pragnie zniszczyć naszych bohaterów. Do tego urocze widoki, klimat końca lat trzydziestych oraz przepysznie opisane zabawki i machiny konstruowane przez Lazarusa. Straszliwa przeszłość,która kładzie się cieniem na jego osobowości jest prawdziwym kluczem do rozwiązania makabrycznej zagadki.
Uwodzicielska narracja, która pozwala się zatopić w odległych marzeniach właściwie już o pierwszego zdania. "Światła września" to kolejna powieść, którą Zafón porywa nas do świata magii, który tak niedostrzeganie przenika do naszej szarej rzeczywistości. Jak cienka jest linia między tymi dwoma światami... Pięknie poprowadzona narracja, urzekający monolog Almy Maltisse oraz... niespodzianka – Andreas Corelli we własnej osobie. Postać znana każdemu fanowi twórczości Zafona. 
Przenikanie się światów to specjalność hiszpańskiego pisarza. Potrafi ją ubrać w słowa, jak mało kto. W jego powieści wartkiej akcji jest niewiele (właściwie chyba jedynie w czasie gonitw za Cieniem i ucieczek przed nim). "Światła września" nie niosą, jak rwąca rzeka. Czytając tę książkę płyniecie po spokojnym morzu, zupełnie, jakbyście żeglowali razem z przyjacielem Irene, Ismaelem na jego łodzi, Kyaenosie.
Błędów znalazłam cztery, czy pięć, ale zupełnie nie popsuły mi odbioru tak niesamowitej opowieści. Podoba mi się okładka, która w naturalny sposób nawiązuje do treści "Świateł września" – tak samą latarnią morską, jak i kolorystyką.
Czym są tytułowe światła września? Przeczytaj i dowiedz się sam. Gorąco polecam te niesamowitą przygodę, która właściwie jeszcze się nie zakończyła... 

poniedziałek, 6 maja 2013

1632 - Eric Flint

Wydawnictwo: ISA
Warszawa 2006
Oprawa: miękka z obwolutą
Liczba stron: 474
Przekład: Barbara Giecold i Michał Bochenek
ISBN: 978-83-7418-097-9



Z pewnością sama bym sobie tej książki nie kupiła, ponieważ okładka raczej mnie zniechęca. ot, stoi zakuty w hełm rycerz siedemnastowieczny, w tle widać jeepa, a cyfry składające się na tytuł utworzone są z kawałków... amerykańskiej flagi. Nie, to nie dla mnie – pomyślałabym w księgarni i przeszłabym obok tej pozycji. Nic jednak bardziej mylnego. Ponieważ nie szata zdobi człowieka, a książki nie powinno się oceniać po okładce... Teraz jestem o to doświadczenie mądrzejsza, a wiadomo, że człowiek uczy się jedynie na własnych błędach. Dobrze więc, że "1632" otrzymałam w urodzinowym prezencie i zanim zniechęciłam się przednią okładką, przeczytałam słów kilka na tylnej.
Co by się stało, gdyby niewielkie amerykańskie miasteczko końca dwudziestego, czy początku dwudziestego pierwszego wieku cofnęło się w czasie... w sam środek wojny trzydziestoletniej? Otóż... To właśnie się dzieje na stronicach tej niesamowitej powieści z gatunku historii alternatywnej. fantastyczna narracja, genialne pomysły, nietuzinkowi bohaterowie i wiedza o czasach, o których Flint pisze. Tak, chylę czoła, gdyż facet naprawdę przyłożył się do tego, co dzisiaj szumnie nazywamy z angielska researchem.
Pomyślcie tylko – trwa wojna trzydziestoletnia. Katolicy walczą z protestantami. Wolność religijna? To niezbyt chwytliwe hasło. Europa jest pogrążona w walkach, miasta i wsie palone są przez przeciwnika, który przecież tak niedawno mógł być sąsiadem. Do tego jeszcze dochodzi całkiem prężnie działająca Inkwizycja. A nawet – o, zgrozo – dwie: papieska i hiszpańska. Świat pogrążony w chaosie. Końca wojny nie widać, dla zwykłego zjadacza chleba nie ma światełka w tunelu. Nagle i niespodziewanie, z zupełnie niewyjaśnionych powodów w samym środku tego konfliktu pojawia się nowa siła. Niewielkie miasteczko, zamieszkane przez równie niewielu mieszkańców... Posiada jednak wiedzę z przyszłości. I choć zasoby szybko się kurczą, paliwo zostaje zarekwirowane właściwie na rzecz nowopowstających sił zbrojnych, ilość leków jest ograniczona, a znaczna część ludności to młodzież w wieku szkolnym... wojna nie jest im straszna. Mają bowiem hart ducha i iście amerykański styl życia. wolność religijna? Toż to przecież podstawa ich systemu! 
Amerykanie nie dadzą łatwo za wygraną i znajdą sprzymierzeńców, choć przyjdzie im stoczyć w tym celu niejedną batalie. Nie tylko w wojskowym tego słowa znaczeniu. Zupełnie inny światopogląd i podejście do życia, którym się charakteryzują czasami okaże się właściwie zbawieniem, czasami jednak stanie się przeszkodą. Czy jednak Amerykanom straszne są przeszkody W końcu mają swoją tradycję, swoje ideały demokratyczne i... nowoczesną broń, działającą elektrownię oraz transportery opancerzone.
Jak się zakończy ta przygoda? Nie wiem... Okazuje się bowiem, że Eric Flint zrobił rzecz niesamowitą. Jego powieść tak zachwyciła, że kolejni autorzy piszą historie w wykreowanym przez niego świecie. Tomów jest już niemal dwadzieścia i zastanawia jedynie, jaka jest szansa, że zostaną one przetłumaczone na język polski. Cóż, nazwiska autorów może zachęca polskiego wydawcę, ot, choćby Weber.
Jak już wcześniej zauważyłam – Flint wykonał kawał dobrej roboty. Realia czasu i miejsca, w które przenieśli się mieszkańcy Grantville są niesamowicie i pieczołowicie oddane Nawet sposób myślenia niemieckiego chłopstwa i mieszczaństwa wydaje się taki naturalny dla tamtych czasów. Może jedynie trochę dziwić szybkie przyzwyczajenie się do nowych okoliczności Rebeki Abrabanel, jednak była to wykształcona kobieta o otwartym umyśle...
Wartka akcja, częste zwroty akcji, dwutorowa narracja, która w pewnym momencie łączy dwa światy... Genialne!
Brakowało mnóstwa kropek w tekście. Można kropkę przeoczyć raz, czy dwa, ale tych braków było bez mała pięćdziesiąt. Dziwne niedopatrzenie korekty. Poza tym nie znalazłam większych błędów.
Cieszy również dwustronicowy słowniczek na końcu książki oraz mapki znajdujące się na jej początku. Pomagają się zorientować w sytuacji, jeśli ktoś nie jest specjalistą od tamtego okresu historycznego.
Ze swojej strony mogę jedynie tę powieść polecić. Sama zaś oczekuję pojawienia się na księgarskich półkach kolejnych części. Cóż, jeśli nie po polsku to pewnie zabiorę się do lektory w oryginale.

Ben-Hur. Opowiadanie historyczne z czasów Jezusa Chrystusa - Lewis Wallace

Wydawnictwo: Instytut Pracy i Wydawnictw NOVUM
Warszawa 1987
Oprawa: miękka
Liczba stron : 303
Przekład: brak informacji
ISBN: brak informacji


Cóż rzec, gdy wzięło się na warsztat TAKĄ legendę? Cóż, od początku. Miałam jakieś dziewięć lat (okolice Pierwszej Komunii Św.), kiedy w telewizji zobaczyłam  film Ben-Hur z 1959. Zachwycił mnie, oczarował i prawił, że zakochałam się... w historii. Miłość trwa niezmiennie do dzisiaj i mogę szczerze powiedzieć, że to dzięki tej niesamowitej historii w dużej mierze. Średnio raz do roku, około Wielkiej Nocy oglądam sobie to arcydzieło kinematografii (bądźmy szczerzy – nikt już dziś tak nie kręci filmów).
W tym roku postanowiłam więc prze obejrzeniem filmu zasiąść do lektury. Zabrałam się za powieść mniej więcej w połowie lutego, więc miałam ponad półtora miesiąca, a utwór Wallace'a ma zaledwie 303 strony. Zasiadłam i... czytałam czytałam, czytałam, Skończyłam dzisiaj, 6 maja... 
Nie podobało mi się? To nawet nie to. Trudno powiedzieć, dlaczego tak wiele czasu zajęło mi przebrnięcie prze te lekturę, bo rzeczywiście było to przebrnięcie. Język jest ładny, historia przecież fantastyczna i porywająca sama w sobie. znam ją doskonale, choć oczywiście pojawia się w filmie kilka zmian. Książka więc nie est do końca zgodna z tym, co wcześniej znałam. Powinno to być wielkim plusem i sprawić, że nie można się przy niej nudzić. A jednak...
Początkowo czułam się, jak we śnie. Niespieszna akcja, pięknie prowadzona narracja, bogactwo wyrażeń. Literatura prawdziwie dziewiętnastowieczna. Im brnęłam dalej, tym było gorzej. To, co na początku urzekało – spokój, przemyślenia, delikatność – zaczęły męczyć i nużyć Pragnęłam więcej akcji. 
Nie – nie skrytykuję tej powieści. Gdyby nie ona, nie powstałby przecież film. Czy to wystarczy? Myślę, że dla osób, które go ei widziały może to być bardzo ciekawa lektura – szczerze. Sam pomysł, fabuła i bohaterowie są interesujący i godni zapoznania się z nimi. Język jest piękny i dostojny, jak przystało na powieść, której jednym z bohaterów jest sam Chrystus. Wszystko wyśmienicie – pod warunkiem, że nie widzieliście filmu z Charletonem Hestonem w roli Judy!
Jeśli chodzi o redakcję – to jest raczej kiepska. Wkurzają sytuacje, kiedy właściwie nie wiadomo, kto wypowiada daną kwestię. Zupełnie  nie przystaje do wymogów literatury w naszym języku. Kalka z angielskiego, jak się patrzy...
Nie wiem, doprawdy nie wiem, czy to wina autora, czy tłumacza – rażą jednak pojawiające się raz po aż wstawki dotyczące Wielkanocy i niedzieli palmowej. Na Boga – gdzie i kiedy Żydzi obchodzili Wielkanoc? I to jeszcze przed ukrzyżowaniem Chrystusa? Strasznie niedorzeczne. Czy to niedopatrzenie? Kurcze – więcej takich niedopatrzeń w literaturze i rzeczywiście kolejne pokolenia rodzą się jedynie głupsze od poprzednich...
Dlaczego nie ma ISBNu? Nie mnie pytać, nie pojmuję. Książka wszakże wydana w roku 1987, więc być powinien. Co z nazwiskiem tłumacza? Tutaj znalazłam przynajmniej informację na tylnej okładce książki, z której można wnioskować... niewiele. Prawdopodobnie (takie informacje znalazłam w sieci, a dotyczą one podobno wdania z 1901 roku) tłumaczenia tej historii podjął się Antoni Marian Stefański. Opis na tylnej okładce mojego wydania informuje, że zostało ono przygotowane na podstawie wydania Karola Miarki z 1901. także można się czegoś domyślać, ale nie jest to w tu procentach pewne.
Czy polecam? Jak wspominałam – każdemu, kto nie widział filmu – z czystym sercem. Tym, dla których Ben-Hur to Charleton Heston... na własną odpowiedzialność, proszę o niewnoszenie pretensji, jeśli się nie spodoba.

czwartek, 2 maja 2013

Ciemniejsza strona Greya - E. L. James



Wydawnictwo: Sonia Draga
Katowice 2012
Oprawa: miękka
Przekład: Monika Wiśniewska
Liczba stron: 632
ISBN: 978-83-7508-595-2



Cóż, nie udało mi się na długo powstrzymać przed sięgnięciem po dalszy ciąg przygód naiwnej Any i seksownego Christiana. Ciekawe jest to, że tak chętnie i często ludzie krytykują serię powieści E.L. James (nawet ci, którzy nie „zhańbili się” dotknięciem tych książek), a jednak historia tej niecodziennej pary wciąga miliony czytelników i sprzedaje się jak świeże, ciepłe i pachnące bułeczki w środku spustoszonego wojną kraju… Zdaje się, że im więcej krytyków, tym większa popularność, a przecież książki w ostatnim czasie nie należą do najpopularniejszej rozrywki. Czy seria „Fifty Shades of Grey” to taki nowy Harry Potter, tyle, że dla dorosłych?
Drugi tom rozpoczyna się chwilę zaledwie po tym, jak Ana zostawiła Christiana. Nie oszukujmy się – nie byłoby tej książki, ani tym bardziej trzeciego tomu, gdyby do siebie nie wrócili, w związku z tym autorka serwuje nam powrót już po kilkunastu stronach, a  każdym razie po zaledwie paru dniach. Coś za szybko, zważywszy na szok, jaki był udziałem Any i ból, jaki zniosła. Choć po prawdzie – sama tego chciała i właściwie trudno do końca mieć Christianowi za złe to, co robił na jej własne życzenie (no, tak jakby, bardzo upraszczając – skoro jednak autorka może, to i ja tu sobie na to pozwolę).
Drugi tom serii obfituje w wiele akcji niełóżkowych – o rany, serio? No, nareszcie jest akcja, która nie polega tylko i wyłącznie na „perwersyjnym ruchaniu”. Nie, żeby w pierwszym tomie jakoś specjalnie mi ono przeszkadzało – w końcu o to w nim chodziło. Tym razem jednak Ana i Christian napotkają na swej drodze kilka przygód, którymi nie pogardziliby też z pewnością męscy autorzy. Będzie więc była Uległa Christiana. Śliczna kiedyś, bardzo do Any podobna Leila, która przeżywa załamanie nerwowe i… gana nasza parę głównych bohaterów po mieście z… bronią w ręku. Będzie się trochę działo i wątek mogę szczerze polecić.
Ana pozna też panią Robinson, czy właściwie – Lincoln. Nie polubi – czemu nie można się dziwić – byłej kochanki swego wybranka i trochę czasu upłynie zanim jej niezdrowy związek z nastolatkiem wyjdzie na jaw i raz na zawsze więź zostanie zerwana. Chociaż, czy na pewno raz na zawsze?
Dobrze, o treści nie ma co wiele opowiadać – przeczytacie i sami się przekonacie, że w „Ciemniejszej stronie Greya” dzieje się fabularnie naprawdę sporo i to jest olbrzymi plus tej powieści. Minusy? Znów autorka powtarza do znudzenia te same zdania, formułki, powiedzonka. Trochę barwniej, jakby się rozkręcała, co daje całkiem niezłe nadzieje na trzeci tom, ale jeszcze to nie to. Kiedy się jednak wkręcić w czytanie, przestają te powtórki tak bardzo razić i rzucać się w oczy. Ot, inne podejście do czytadła i od razu lepiej.
Dowiemy się w końcu co nieco o mrocznej i tajemniczej przeszłości Christiana i to jest najlepsza część tego tomu. Rzeczywiście na to czekałam czytając „Pięćdziesiąt twarzy Greya” i teraz czuję się usatysfakcjonowana. Można się było trochę domyśleć, ale rzeczywiście to co innego, niż o tym przeczytać. Tak więc kilka słów o dzieciństwie i trudnościach w relacjach z ludźmi, niezdolnej do opieki matce i  jej okrutnym alfonsie oraz… rodzina Greyów w całej okazałości. Na rodzinnym obiadku, w salonie Christiana, na wielkim balu charytatywnym… Spotykamy ich tu i ówdzie, ubarwiają fabułę i tworzą nową jakość, w szczególności najmłodsza  z rodzeństwa – Mia.
Ana? Nadal tak samo drażniąca, nadal tak samo naiwna. Jednak już pracująca, choć ta praca jakaś taka dziwna, że może non stop mailować sobie z ukochanym. Nie czepiam się jednak, niech będzie. Grunt w tym, że nowa praca sprawia jej radość, a Christian, jak zwykle zaborczy i chcący wszystko kontrolować będzie miał kolejne pole do popisu. A przy okazji nowy szef Anastazji trochę przedobrzy, zrobi o jeden kok za daleko i wyleci z hukiem na bruk, a nasza słodka Ana, która dopiero co skoczyła studia i jej jedynym doświadczeniem jest kilkuletnia praca w sklepie z narzędziami zostanie po tygodniu pracy… wydawcą! Och, pani James, aż tak prosto to w życiu nie mają nawet dziewczyny miliarderów…
Najbardziej denerwujące w tej powieści są naprzemienne stwierdzenia głównych bohaterów – raz mówią, że się kochają, za chwilę, że właściwie to się nie znają, po czym po pięciu minutach znów wyznają sobie dozgonną miłość i przyrzekają, że nigdy się nie opuszczą. Jakie to zakręcone, nierealne i głupie!
Ana pozna w kocu doktora Flynna, psychiatrę Christiana i to też jest ciekawy wątek, a na koniec, gdy zdaje się, że wszystko już się dobrze układa, oświadczyny zostają przyjęte i w ogóle „kwiatki i serduszka”, a ani śladu perwersji, BDSM i całego „tego gówna”, swoje trzy grosze dorzuci przyjaciółka Any, Kate i pani Robinson.
Dziwi tu niesamowita wyrozumiałość Any, która kurza się, że Christian ją we wszystkim kontroluje, ale wszystko mu wybacza i wciąż wierzy, że on się cudownie odmieni. On też nie do końca logiczny – nadal musi mieć wszystko pod kontrolą, ale z dnia na dzień porzuca całe swoje dotychczasowe „ja”, byle tylko została przy nim dziewczyna, której nie zna jeszcze nawet miesiąca. Przez dwadzieścia lat nie pomogła kochająca rodzina, nie poradzili sobie psychologowie, ale nieśmiała dziewczyna, która nie zna swojej wartości odmieniła nagle wszystko, niczym wróżka z bajek…
Związek Any i Christiana jest zdecydowanie patologiczny i każdy chyba zadaje sobie pytanie – czy oni naprawdę powinni być razem. Cóż, o tym przekonamy się – mam taka nadzieję – w ostatnim tomie.
Jest kilka momentów, dla których te książkę zdecydowanie w stu procentach polecam. Łzy, których nie mogłam opanować, gdy Christian po raz pierwszy pozwolił się Anie dotknąć znaczyły naprawdę sporo, bo to nie powieść rozklejająca…
Tłumaczenie? No comment, sorry. Nie, nie i raz jeszcze nie. Pierwszy tom znacznie bardziej mi się podobał. Korekta? Była w ogóle? Tyle błędów znalazłam, że aż nie chciało się liczyć musiałam dawać, że ich nie dostrzegam. Dobrze, że wartka akcja i całkiem sporo erotyzmu pozwalało mi na skupienie się na innych „walorach” tej pozycji (niefortunne użycie słowa?).
Ogólnie – polecam. Warto przeczytać, naprawdę, choć z pewnością nie jest to literatura z najwyższej półki, choć również nie z najniższej. Ot, czytadło do poduszki, albo nawet dla pobudki. Ja z pewnością za chwilę zajrzę do trzeciego tomu.