Fragment mojej recenzji został umieszczony na okładce powieści "Skazaniec. Z bestią w sercu" Krzysztofa Spadło

Fragment mojej recenzji „Korony śniegu i krwi” został umieszczony na okładce powieści Elżbiety Cherezińskiej – „Niewidzialna korona” (wyd. Zysk i S-ka)

wtorek, 31 stycznia 2012

Król z żelaza - Maurice Druon



Pewnego dnia, w połowie zeszłego roku wypatrzyłam „Króla z żelaza” i kolejne dwie części. Od razu pomyślałam, że chciałabym przeczytać. Później napotkałam kolejne dwie i okazało się, że jest ich łącznie siedem, a seria nie jest żadną nowością. Pierwsza część ma już blisko 60 lat!
W listopadzie zakupiłam sześć tomów, wciąż brakowało mi pierwszego i ostatecznie dorobiłam się go w zeszłym tygodniu. Cóż mogę powiedzieć? Kompletnie nie rozumiem, jak to się stało, że wcześniej nie trafiłam na powieści Druona.
Tytułowym królem z żelaza jest Filip Piękny, człowiek, który przez niemal trzydzieści lat dzierżył w dłoniach berło Francji. Ten sam, który osadził papieża w Awinionie (tzw. „niewola awiniońska”) i zniszczył zakon templariuszy, które to wydarzenie w ostatnich latach było dość często przypominane.
Ostatni rok procesu zakonników z Zakonu Ubogich Rycerzy Świątyni.Po odwołaniu zeznać, do złożenia których przyczyniły się lata tortur, Wielki mistrz Jakub de Molay, skazany na stos, rzuca przekleństwo na króla Filipa, papieża i strażnika pieczęci, Nogareta. Wróży im śmierć zanim rok minie. Być może nikt by się nie przejął słowami umierającego w płomieniach staruszka, gdyby nie nagła i niespodziewana śmierć papieża Klemensa, a niedługo po nim i Nogareta. Czy królowie z rodu Filipa Pięknego rzeczywiście są przeklęci?
Jak się okazuje również bycie książęcą bądź królewską małżonką nie jest łatwe. W czasie, gdy kobiety królewskiej krwi wchodziły w związki małżeńskie dla sojuszy i zyskiwały tym samym nowe ziemie dla swego kraju, nie było mowy o miłości. Mężowie nie zawsze natomiast spełniali się w roli głowy rodziny, czy wzorowych kochanków. Synowe króla nie były zadowolone ze swoich związków i przyszło im drogo zapłacić za rogi, które przyprawiły swym mężom. Królewska córka, choć wierna małżonkowi, królowi Anglii, także nie należy do szczęśliwych. Wszystko to powoduje, że kobiety tak samo, jak mężczyźni knują i intrygują, kto wie – może po prostu z nudów, gdyż, nie ma co ukrywać, kobiety w średniowieczu nie miały za dużo ciekawych zajęć.
Bazując na wzmiankach w średniowiecznych kronikach, które jedynie podawały fakty, Druon stworzył przepiękną opowieść, godną najwyższych półek w naszych bibliotekach. Jego bohaterowie są przekonywujący i prawdziwi, każdy inny, każdy pasuje do swego miejsca w, feudalnym przecież jeszcze, społeczeństwie. Nie można autorowi niczego właściwie zarzucić. Król przemawia i zachowuje się po królewsku. Zdradzeni książęta nie chcą widzieć swych żon, a kochankowie księżniczek zostają straszliwie potraktowani przez katów i tłum, który… raduje się każdym kolejnym pokazem sztuk katowskich, każdym stosem, każdym toporem i każdą szubienicą. Panienki z wiosek są niewinne, bankierzy skąpi i przeliczający wszystko na zysk, choć niekoniecznie tylko finansowy. Mamy tu zróżnicowanie klasowe, społeczne i językowe. Historia opowiedziana jest pięknie i nie razi – jak u niektórych autorów – znajomość przyszłości, która ma nastąpić po przedstawionych w powieści zdarzeniach.
Powieść mnie pochłonęła, wessała niemalże na swe stronice, nie pozwalając o sobie zapomnieć na długie godziny pracy, kiedy myślałam niemalże jedynie o tym, że chciałabym kontynuować lekturę. To historia pełna intryg – nie tylko dworskich – i namiętności odczuwanej do drugiego człowieka, pieniędzy, władzy. To walka o tron, o poklask i szacunek, ale i o wolność myśli i czynów, o ojcowiznę, o utrzymanie się we Francji, która jest prawdziwym pierwszoplanowym bohaterem „Króla z żelaza”.
Gorąco polecam. Osobiście – czytam już kolejny tom i cały czas czuję się, jakby autor rzeczywiście potrafił przenosić czytelnika w czasie.

wtorek, 24 stycznia 2012




































Czytam, czytam. Tylko z racji podróżowania i kilku innych czynników - kilka powieści na raz, w związku z czym minie jeszcze z tydzień, zanim cokolwiek zakończę.
W obecnej chwili na półeczce leżą "Gra anioła" Zafona i "Gildia Magów" Canavan.
W torebce natomiast - czytam w autobusie - "Króla z żelaza" Druona.
Także najpóźniej po weekendzie pojawi się nowa recenzja.

wtorek, 17 stycznia 2012

Kochani, serducho pełne radości, bije w przyspieszonym tempie. Zostało niewiele ponad dwa miesiące do Pyrkonu! Strona konwentu już ruszyła, można powoli zacząć planować te wspaniałe trzy dni. Już nie mogę się doczekać...

Saga Wielkich Rodów - Tom 1 - Tryptyk krwi (cz.10)

Jana wiedziała, że nie jest córką Irene. Nie dlatego, że źle się czuła w tej rodzinie – wręcz przeciwnie. Zawsze była traktowana, jak siostra i córka. Ale nie była głupia, umiała liczyć. Wiedziała, że mąż Irene zmarł kilka lat przed jej narodzinami. Raz tylko zapytała, kim jest i skąd się wzięła. Widząc smutek w oczach kobiety, która wychowała ją, jak własne dziecko, postanowiła nigdy więcej nie wracać do tematu. Jej rodzice jej nie chcieli, albo może nie żyli. Irene ją kochała i tylko to się liczyło.
W dniu, w którym skończyła osiemnaście lat, zaczęła miewać dziwne sny. Jakby wspomnienia z innego życia. Z wielu żywotów. Nie chciała martwić rodziny, więc nikomu nic nie mówiła. Bała się, że uznają ją za szaloną i oddalą. Udawała więc, że nic się w jej życiu nie zmieniło, że nadal jest tą samą osobą. Jednak wewnątrz czuła, że dzieje się z nią coś dziwnego. Może jej prawdziwi rodzice wiedzieli, że tak właśnie będzie i dlatego ją oddali? Myślała w pewnym momencie, żeby zapytać Irene, ta jednak była wtedy bardzo chora. Nie zdążyła już wrócić do sprawy – Irene zmarła, gdy Jana miała dwadzieścia lat. Rodzina szukała dla niej męża, dziewczyna nie chciała jednak z nikim wiązać życia, obawiając się zdemaskowania. Potrzebowała prawie dwustu lat, by zrozumieć, kim jest. Dwustu lat młodości…
*
- Obiecaj, że nikt się nie dowie. Chcę, by choć jedno moje dziecko było bezpieczne, żeby Knut nie dopadł naszej córeczki. Obiecaj, Fiodorze.
- Obiecuję, Nataszo – odparł, tuląc ją do piersi. – Przecież wiesz, że tak właśnie będzie. Nie martw się. Nasza córka jest bezpieczna. A ty powinnaś gdzieś wyjechać na parę dni i odpocząć. Josif staje się coraz bardziej nerwowy i zaczyna węszyć. Musisz, najdroższa, zacząć się zachowywać, jakby nic się nie stało, bo inaczej odkryje Janę.
- To takie trudne, nie myśleć o niej… – łkała.
Wyjechała na parę dni na wieś. Chciał jej towarzyszyć, jednak Josif był temu przeciwny. Uznał, że za dużo czasu spędzała ostatnio z Fiodorem. Znalazł dla niego pracę na miejscu, sam zaś postanowił dołączyć do żony po kilku dniach. Żaden z nich już jej nie zobaczył. Jeszcze nie zapadła noc, gdy Knut wpisał na swą listę kolejną ofiarę z rodu. Tydzień później Fiodor dostał od niego wiadomość, mówiącą, że zna jego tajemnicę i wie, że byli kochankami. Groził ujawnieniem tego Josifowi. Jednak nigdy się nie odważył. I zdawał się nie wiedzieć, że z tego związku narodziło się dziecko. To dawało Fiodorowi nadzieję, że Jana nie zginie, jak jej matka. Dotrzymał tajemnicy aż do zeszłej dekady. Gdy z całej rodziny Nowickich pozostali już jedynie Konstancja, Alexander i Nikołaj, wyjawił sekret temu ostatniemu i kazał odszukać potomków Jany i się nimi zająć. Tak też Nikołaj wprowadził się do mieszkania sąsiadującego z Sarą, córką Jany.
*
Jana dawno już pochowała wszystkich członków rodziny. Wędrowała po świecie, przeprowadzając się z jednego kraju do drugiego, zmieniając nazwisko, porzucając wszystko i zaczynając ciągle od nowa. Wyglądała na trzydziestolatkę i uczyła historii w podstawówce w Nowym Jorku. Geografię zaczął właśnie wykładać nowy nauczyciel – Przemysław, przystojny Polak, który wyjechał z kraju z powodu swego żydowskiego pochodzenia. Jak to się stało, że się zakochali? Trudno powiedzieć. Tylu mężczyzn znała w swoim życiu, jednak żaden nie działał na nią tak, jak ten. Poddała się temu uczuciu i związała z nim. Pół roku po ślubie przyszła na świat dziewczynka. Jakże miała teraz odejść, zostawić ich? Własne dziecko… Przez lata farbowała włosy, stosowała różne sztuczki z makijażem, by nikt nie widział, że się nie starzeje. Gdy Sara skończyła piętnaście lat, Jana wiedziała, że to ich ostatnie wspólne dni. Po prostu zniknęła, nie zostawiając żadnego listu. Wyszła do pracy i już nie wróciła do domu. Poszukiwania trwały jeszcze przez pewien czas, jednak nie znaleziono żadnego śladu. Czy matka odeszła, czy ją uprowadzono – Sara będzie się nad tym zastanawiać przez długie lata.
*
Chiara nie była mu już potrzebna. Spełniła swoje zadanie – przekonała Michaela do tego, że to Knut jest dla niego dobry, a nie matka. Czas się jej pozbyć. Jest już jedynie balastem. Alexander i tak się nią nie interesuje. Wie zapewne, że przebywała z Knutem na tyle długo, że nie była już sobą. A on niby co miałby z nią zrobić? Była zupełnie bezużyteczna. Teraz liczy się jedynie chłopiec. Pozbędzie się dziewczyny szybko i tak, że Mike się niczego nie domyśli. Jeśli chłopak będzie się dopytywał, to powie mu, że Chiara zwariowała i uciekła. Coś wymyśli. Trzeba się jej pozbyć.
*
- Usiądźcie proszę – rozpoczął rozmowę Fiodor. Alexander i Sara popatrzyli na siebie zdziwieni. W ogóle nie spodziewali się, że będzie chciał z nimi rozmawiać. Zdawali sobie sprawę, że jest bardzo poirytowany całą tą sytuacją i wściekły na Sarę za to, że nie pozwoliła im od razu zająć się Michaelem. – Bóg mi świadkiem, że nie chciałem do tego dopuścić i mogę mieć jedynie nadzieję, że mi wybaczy złamania danego słowa.
- Wierzysz w Boga, Fiodorze? – zapytała nieco zdziwiona Sara, która dopiero co dowiedziała się, że może on się zmieniać w kota.
- Nie widzę powodu, dla którego miałbym nie wierzyć. To, że nie jestem w pełni człowiekiem nie czyni mnie tak bardzo innym od was. Też zostałem przez niego stworzony. Usiądźcie. Wszystko, co wiecie dotychczas, jest niczym. Teraz dowiecie się, dlaczego Mike jest tak nadzwyczajny i dlaczego musimy go za wszelką cenę odbić Knutowi. Nawet jeśli już zupełnie nie pamięta swojego wcześniejszego życia.
Nie mogli uwierzyć. Każde jego słowo zaskakiwało bardziej od poprzedniego. Byli rodziną. Był dziadkiem Sary i pradziadkiem Michaela. Sara była przyrodnią siostrzenicą Alexandra. Mike był nie tylko Nowickim, płynęła w nim również krew Fiodora. Nie do wiary. Nikołaj wiedział o wszystkim. Bolało, jednak Alexander zdawał sobie sprawę, że powierzenie tej tajemnicy jemu niewiele by dało, a Fiodor starał się zapewnić ciągłość rodziny..
- Czy wiesz, co się stało z moją matką? Czy ona… żyje? – Sara miała łzy w oczach. Tak bardzo bała się, że pewnego dnia odkryje, iż Jana ją po prostu zostawiła. Teraz wiedziała, że to wszystko dla jej dobra, że przez wieki zrobiono wszystko, by była bezpieczna. Gdyby Mike nie był synem Nikołaja, Knut nigdy by się nim nie zainteresował. Czy jednak mogła winić za to jego, albo Fiodora?
- Nie, Saro, nie żyje – odpowiedział Fiodor, którego Alexander jeszcze nigdy nie widział tak przygnębionego. – Zmarła kilka lat temu.
- Jednego nie rozumiem, Fiodorze. Skoro Jana mieszkała z ciotką Nowicką, dlaczego nie powiedzieli jej, że tak się właśnie stanie z chwilą wejścia w dorosłość? Przecież oni też mieli te same zdolności.
- Nie mieli. Irene miała poważny defekt krwi, jej dzieci również. Wszyscy umarli w średnim wieku, nigdy nie doświadczając tego, co Jana. Irene oczywiście się domyślała, że tak się może stać, ale nie zdążyła z Janą porozmawiać. Ta linia Nowickich zdegenerowała się i nawet jeśli w kolejnym pokoleniu rodziło się dziecko – umierało w wieku kilkudziesięciu lat. Dlatego o tamtej części rodziny nie mówiło się już od dawna. Tylko ja pamiętałem o ich istnieniu, a mi przecież zależało, żeby wszyscy zapomnieli.

Cena purpury - Frank S. Becker


„Kulisy władzy, dylematy wiary, potęga miłości” – głosi hasło na okładce książki. Wszystko to można znaleźć w powieści Franka S. Beckera, autora co najmniej nieprzeciętnego. Krótka informacja o nim, wspomina, że jest fizykiem „odpowiedzialnym za sprawy naukowe w jednym z wielkich koncernów przemysłowych w Niemczech. Zainteresowanie cesarstwem rzymskim oraz archeologią skłoniły go do podjęcia licznych podróży w region Morza Śródziemnego oraz na Bliski Wschód” – nie do końca humanista w dzisiejszym tego słowa znaczeniu, ale z pewnością człowiek niezwykłej wiedzy. Na szczęście na tym się nie kończy – poza wiedzą Becker ma również lekkie pióro i potrafi świetnie poprowadzić akcję, dla której tło historyczne pozostaje tłem i nie narzuca się nadmiarem historycznych informacji. Zdarzenia, postaci, budowle i ubiory są przedstawione naturalnie, są po prostu częścią opowieści, którą czytamy. Jest ich cały ogrom, a jednak w żaden sposób nie rażą – wręcz przeciwnie – są doskonałym uzupełnieniem historii pełnej intryg, zmian na tronach cesarskich (mamy tu bowiem do czynienia z cesarską tetrarchią), dążenia do władzy oraz zmagającej się z przeciwnościami losu religii chrześcijańskiej.
Bohaterami pierwszoplanowymi są Flawiusz i jego piękna żona, Aqmat. Śledzimy ich losy przez około czterdzieści lat, razem z nimi odwiedzając miasta i miasteczka, Rzym, dzisiejszy Trewir i Londyn (w powieści nazwane Augusta Treverorum i Londinium). Flawiusz to arystokrata robiący karierę polityczną, niczym jednak jest bez małżonki, która jest dla niego podporą w każdym trudnym momencie życia.
Kim jest więc ta niesamowita kobieta, o której względy walczyć będzie również zawzięcie schwarzcharakter powieści, Marek Aureliusz? Aqmat jest inteligentna, spostrzegawcza, wykształcona i pewna siebie. Jednocześnie, pozostając żoną polityka, elegancka, dostojna i silna. Powoli poznaje wiarę chrześcijańską i mimo początkowego niezrozumienia jej – staje się wyznawczynią Jezusa. To przysporzy parze bohaterów niejednego kłopotu i rozterki, gdyż Cesarstwo Rzymskie przełomu trzeciego i czwartego wieku to ciągłe zmiany w stosunku do szerzącej się nowej wiary. Nieraz nawet nie czas, a zwierzchnictwo konkretnego cesarza ma tu większe znaczenie. I tak w jednym rejonie Imperium, chrześcijanie mają niemal pełną swobodę wyznawania swej wiary, jednocześnie w innym, pod panowaniem innego władcy – są tępieni i prześladowani. Ostateczny wynik jest nam znany – wiara w Jezusa Chrystusa, okupiona nie tylko jego krwią, ale i tysięcy, o ile nie milionów jego wyznawców, zwyciężyła państwową religię starożytnego Rzymu. Jednak pierwsi chrześcijanie niejeden raz musieli dokonywać trudnych wyborów, z których nawet po wielu latach byli rozliczani – często w najmniej spodziewanym momencie, nieraz niesłusznie.
Muszę przyznać, że powieść ma bardzo ciekawą fabułę i jest napisana ładnym językiem. Autor wziął na siebie olbrzymią odpowiedzialność – opisał drobiazgowo życie w Imperium rozciągającym się właściwie w całej dzisiejszej Europie Zachodniej, Północnej i Środkowej, nie zapominając także o Afryce, w której przecież chrześcijaństwo również szybko się rozwijało, tworząc swego rodzaju enklawę. To trudne zadanie wyszło Beckerowi niemal doskonale. Jedyną trudnością, na którą napotkałam, czytając „Cenę purpury” było ogarnięcie cesarzy. To oczywiście nie wina autora, że w tamtych czasach zasiadało ich na tronie równocześnie czterech, a każdy miał kontrkandydatów i synów, którzy mieli ambicję, a nieraz i możliwości, by przejąć jego purpurowy płaszcz – symbol cesarskiej władzy. Drobiazgowo autor opisuje postać cesarza Galeriusza i młodego Konstantyna, dzięki czemu łatwo ich zapamiętać – to nie jedynie imiona i tytuły, ale postaci z krwi i kości, jak pozostali bohaterowie pierwszo- i drugoplanowi. Pozostali cezarowie i auguści są już przedstawieni mniej dokładnie i dlatego nieraz ciężko połapać się, kto jest kim. Jest to o wiele prostsze, gdy wiemy, jak postać wygląda i jakie ma cechy osobiste, pragnienia, czy wiję otaczającego świata. W pozostałych przypadkach – znajdujemy się w labiryncie, gdzie w różnych zaułkach spotykamy władców, ich kolejne żony i nałożnice, dzieci z legalnych związków i nieprawego łoża… Jedyny minus powieści.
Polecam, a sama chętnie przeczytam również „Zmierzch orła” – powieść poprzedzającą „Cenę purpury”.


poniedziałek, 9 stycznia 2012

Udręka - Lauren Kate




Często z kontynuacjami, tak książek, jak i filmów, bywa podobnie – są słabsze od pierwszych części. Za każdym razem, gdy sięgam po kolejną, mam w sobie jakąś obawę, że okaże się kiepska, że będzie jedynie powiastką, która miała zarobić pieniądze dzięki sukcesowi swej poprzedniczki. Tym razem było podobnie – zastanawiałam się, czy Lauren Kate nie napisała drugiego tomu sagi tylko dla kasy. Na szczęście – „Udręka” w niczym nie ustępuje „Upadłym”. Jest dobrą kontynuacją, ciekawą, wciągającą – dla mnie osobiście bardziej nawet od „Upadłych”.
Co się stało z Luce po wielkiej bitwie, którą anioły stoczyły z demonami w Sword & Cross? Zajął się nią Daniel, ale wkrótce znów musieli się rozstać, a on – o czym dziewczyna nie wie – sprzymierzony z Camem, stara się ją ochronić przed tajemniczymi Wygnańcami. Czy miłość tej odwiecznej pary przetrwa kolejną próbę – pełną tajemnic, niedomówień, wymagań? Czy Luce nadal będzie ślepo wierzyła, że ona i Daniel są dla siebie stworzeni? Jaką rolę odegra przystojny Miles, który nie ukrywa, że chciałby być dla Luce kimś więcej niż tylko przyjacielem?
Luce trafia do nowej szkoły – tak innej od Sword & Cross, jak niebo od piekła. Nie ma tu kamer na korytarzach i bransoletek karzących niepokornych uczniów dawkami prądu. Lekcje odbywają się w pięknych budynkach o jasnych ścianach, posiłki dzieci jadają w wielkim ogrodzie, z którego rozciąga się widok na ocean, świat jest po prostu piękny. Nic tu jednak nie jest takie, jak wydaje się na pierwszy rzut oka. Czy Luce będzie bezpieczna pod ochronnym parasolem Nefilim oraz Franceski i Stevena – anioła i demona, którzy są nauczycielami w Shoreline?
Coraz więcej zagadek, cały czas trzymająca w napięciu akcja, pojawienie się Nefilim i Wygnańców, wyjaśniony dopiero pod koniec tomu rozejm między Danielem i Camem – to wszystko wciąga jak wir morski.
Zakończenie – niespodziewane, szokujące, och – nie mogę się doczekać kolejnej części. Chcę wiedzieć, gdzie Luce się znalazła, gdy weszła w Głosiciela! Tak właśnie – Głosiciele pokazały jej kilka jej przeszłych postaci i rodzin, ale okazały się również przejściami – tak międzyprzestrzennymi, jak i międzyczasowymi. Rewelacyjny pomysł! Teraz Luce stara się znaleźć takie swoje życie, które pozwoli jej zrozumieć, czy Daniel jest jej pisany. Reakcja anioła? Znacznie mniej oszałamiająca. Jego niemal dziecinny strach przed tym, że ta miłość może nagle przestać istnieć, że ona jest i po prostu jest i musi być. Trochę bardziej to przypomina siedemnastoletniego chłopaka niż anioła, który przecież kiedyś, tysiąclecia temu, zajmował ważne stanowisko u boku Boga. Może jednak w kolejnych częściach okaże się, że Daniel nie jest taki dziecinny, jak wydaje się na końcu „Udręki”, a jedynie sposób jego wyrażania został tak przedstawiony. Mam taką cichą nadzieję. Nie mogę przystać na taką niedojrzałość tak silnej postaci. Chociaż, niezależnie, jak Daniel zostanie pokazany w kolejnych tomach, i tak znacznie bardziej podoba mi się Cam.
Czasami, czytając tę powieść – i mam tu na myśli oba tomy – trudno jest nie zapomnieć, że bohaterowie są nastolatkami. Zdarza się, że ich miłość, przywiązanie, pożądanie są takie dojrzałe, jakby mieli przynajmniej o dziesięć lat więcej. Oczywiście to jest logiczne i uzasadnione w stosunku do Daniela. Nagle jednak okazuje się, że ich myślenie jest proste, jak przystało na siedemnastolatków – dopuszczalne w stosunku do Luce, przynajmniej na początku, jednak u aniołów to już razi. Może najlepiej nad tym nie dumać i po prostu czerpać, z tego, co najlepsze – a jest tego doprawdy sporo.
Ciekawostka, na którą wpadłam podczas czytania „Upadłych”, ale tak jakoś wyszło, że upewniłam się dopiero teraz. Daniel Grigori. Pochodzi ze starego rodu. Nazwisko jakby obiło się o uszy? Owszem – jeden z głównych bohaterów „Angelologii” Danielle Trussoni też nazywał się Grigori i był aniołem. Zbieg okoliczności? Trudno powiedzieć. Można jedynie zapytać obie autorki. Wszakże nazwisko nieanglojęzyczne i nienależące do katalogu powszechnych, a ładne i takie anielskie :)

poniedziałek, 2 stycznia 2012

Postanowienie noworoczne

Postanowienia noworoczne? Hmmm... Zawsze bywały, ale często niezbyt mądre i przemyślane, także zdarzało się, że nawet do lutego nie udało się od czegoś powstrzymać (słodkiego, czy chipsów), czy do grudnia czegoś zrobić.
W tym roku dobrze przemyślałam sprawę i postanowiłam nie szukać wymówek i ich nie przyjmować. Nieważne, że jeżdżę do pracy samochodem, co uniemożliwia czytanie w drodze. Zawsze znajdzie się chwila - musi się znaleźć - na czytanie. Dlatego dobrze rozpoczęłam ten rok i już pierwszego stycznia wykorzystałam jazdę pociągiem na lekturę (mimo straszliwego zmęczenia po zabawie sylwestrowej - weselno-sylwestrowej właściwie - i absolutnego skrętu kiszek).
Tak trzymać. Mówią wszak, że taki cały rok, jak jego początki (choć o skręcie kiszek wolałabym zapomnieć).