Fragment mojej recenzji został umieszczony na okładce powieści "Skazaniec. Z bestią w sercu" Krzysztofa Spadło

Fragment mojej recenzji „Korony śniegu i krwi” został umieszczony na okładce powieści Elżbiety Cherezińskiej – „Niewidzialna korona” (wyd. Zysk i S-ka)

poniedziałek, 30 lipca 2012

Avangarda 8

Avangarda, Avangarda i… po Avangardzie. W końcu dotarłam. Trochę przeciwności losu trzeba było pokonać, ale tym razem się udało.
Zaczęłam od piątkowego poranka (niestety czwartek był nieosiągalny, a że zainteresowała mnie tylko jedna prelekcja, to bolało mniej). Trawka, kocyki – integracja trwa w najlepsze już z samego rana. Szybko i bez kolejek udało mi się akredytować i zdążyć na pierwszy punkt programu.
Nigdy nie mogłam trafić na prelekcję o Vladzie Drakuli – fascynujący temat, który jednak zawsze musiał ustąpić jakiemuś jeszcze ciekawszemu eventowi. Tym razem się powiodło. Było warto zwlekać się z łóżka (to właśnie robię, kiedy musze być na nogach przed 9 rano) o nieprzyzwoitej porze, by zdążyć.
Niech żałują również ci, którzy nie pojawili się na spotkaniu dotyczącym motywów wiktoriańskich w fantastyce. Rewelacyjna motywacja do przeczytania kilku klasyków gatunku. Ja już sobie je zanotowałam na specjalnej zakładce promującej przyszłoroczny Pyrkon (taka specjalna, na której są rubryczki z tytułami, które zobowiązujemy się przeczytać do tego czasu).
Panel „Czy potrzeba nam jeszcze statków kosmicznych?” to dwutorowa dyskusja o  przyszłości fantastyki naukowej, w której udział wzięli Dariusz Domagalski, Marcin Przybyłek i Tomasz Kołodziejczak. Odpowiedź na pytanie – tak, są. Dlaczego? Ponieważ je kochamy. Podpisuję się pod tym obiema rączkami.
Z jednej prelki uciekłam, więc pozwolę sobie o niej nie wspominać. Po prostu – okazała się dla mnie za… inteligentna. Nie mam ścisłego umysłu, nie pojmuję wielu fizycznych i matematycznych kwestii, więc zupełnie nie rozumiałam, o czym prowadzący mówi. Resztę piątku opiszę nieco później.
Sobota: warsztaty z Marcinem Przybyłkiem to prawdziwy hit Avy, jak dla mnie. Było doprawdy genialnie, bawiłam się wyśmienicie, nauczyłam całkiem sporo, poznałam fantastycznych ludzi, z którymi mam nadzieję jeszcze popracować nad naszym światem i historią. Bardzo udane dwie godziny.
Ok., przerwa… Kocyk, kapelusik na głowie i lunch od drzewkiem. Czy raczej – piknik. Fakt, że Avangarda odbywa się na terenie kampusu SGGW to naprawdę coś wspaniałego. Można odpocząć pomiędzy godzinami spędzanymi w aulach wykładowych, w spokoju poczytać, powdychać świeże powietrze, spędzić przyjemny czas ze znajomymi.
Dwie kolejne prelki pominę milczeniem, ponieważ się na nich trochę wynudziłam. Subiektywna opinia, rzecz jasna, ale nauczyłam się już, że lepiej nie krytykować, a po prostu o nich nie wspominać.
„Zbrodnia niemal doskonała” Śmigla to przekrój kilku ciekawych przypadków kryminalnych z całego świata. Spóźniłam się kilka minut, więc być może argument ten wysuwam niesłusznie – brakowało mi jednak czegoś – a przecież jest ich cały ogrom – z naszego własnego, polskiego, podwórka.
Rozważania na temat antropologii były bardzo ciekawe i okazały się przednią zabawą. Szczególnie, gdy przeszliśmy do elfów i krasnoludów. Mam szczerą nadzieję, że na którymś konwencie rozwiniemy temat na kolejne rasy. Mi na pewno ta godzina dała sporo do myślenia (szczególnie, że właśnie piszę na pewien konkurs opowiadanie o elfach) i z pewnością przy tworzeniu kolejnych światów będę brała pod uwagę notatki z tej prelekcji.
„Ciekawe oblicza wampira” – temat interesujący i prowadząca przeprowadziła dogłębną analizę. Przygotowała się świetnie, miała całe mnóstwo przykładów literackich i filmowych. Kilka naprawdę interesujących tropów. Niestety technicznie poprowadziła całość raczej średnio. Tu minus, ale i tak cieszę się, że jej wysłuchałam.
No to niedziela. Zwlekało się strasznie (spałam tylko 3 godziny). Jechało się ciężko, pilnując, by oczy się nie zamknęły za kierownicą. Ale nie żałuję.
„Legendy miejskie 2012” podpowiedziały mi kilka pomysłów – może któryś z nich będzie stanowić bazę pod jeden bardzo ciekawy projekt, o którym jeszcze wspomnę za chwil kilka.
„Wykładnia Picarda, wykładnia Kirka – dwie interpretacje Pierwszej Dyrektywy”. Dla Alka Roja – olbrzymie brawa. Poprowadził prelekcję w formie przemowy adwokata w trakcie przewodu sądowego. Genialny pomysł i świetne wykonanie. Doprowadziło to do ożywionej dyskusji wśród uczestników.
Ostatnia prelekcja mnie znudziła – zamykam więc pewną część ciała na kłódkę…
Ciekawe stoiska, na których można się zaopatrzyć właściwie we wszystko, co tylko konwentowiczowi wpadnie do głowy. Naprawdę fajny klimat, wygodne, klimatyzowane (na szczęście) sale, świetni ludzie, pomocni gżdacze – same plusy.
No i teraz trzy punkty programu z Łukaszem Śmiglem. Przedstawienie dwumiesięcznika „Coś na progu” i możliwości współpracy z nim otworzyło dla mnie właściwie nowy świat pełen ciekawych opcji i mam nadzieję z tego skorzystać. Nadto prelekcja o promocji własnej książki, która pokazała, co zrobić, by wypromować się jak najlepiej i niedużym właściwie kosztem. Byłam na niej już po raz drugi, ale było warto, ponieważ wyniosłam nowe doświadczenia. Sobotnia noc już właściwie – spotkanie dotyczące nowego projektu Łukasza Śmigla, czyli wspólne pisanie antologii. Genialne pomysły tak samego prowadzącego, jak i zebranych na sali konwentowiczów. Myślę, że wyjdzie z tego naprawdę świetny kawałek literatury. Czas przysiąść nad tą pracą.
Na pewno pojawię się tu za rok, a teraz należy zacząć myśleć o Polconie.
Ogólnie – jestem wypompowana fizycznie, ale naładowana taką psychiczną energią, że aż mnie nosi.

niedziela, 29 lipca 2012

Morrigan po raz trzeci

Zanudzam? Trudno. Tym razem będzie o tej książce nieco inaczej.
Życie potrafi mnie cały cza zaskakiwać. Tu mamy właśnie klasyczny niemal przykład… przeznaczenia, przypadkowości, dziwnego zrządzenia losu?
Z powodu mojej fascynacji średniowieczem trafiłam na Pyrkonie na wykład „Cyrklem w głowie wykształconej”, czyli o wpływie podstawowej geometrii na umysły ludzi średniowiecznych Piotra Olszówki. Tam dowiedziałam się o świecie Królewskich Psów. Zafascynowana tym, co mówił autor – kupiłam, przeczytałam i podzieliłam się z Wami moimi odczuciami. Cóż – nadal pozostaję pod olbrzymim wrażeniem, nadal jestem całkowicie zafascynowana.  Chyba fakt, że wspominam o „Morrigan” już po raz trzeci jest tego najlepszym dowodem, czyż nie?
Do rzezy jednak. „Królewskie Psy” są niezwykłe. Nie tylko dlatego, że świetnie się je czyta i są ewenementem w polskiej lekturze (a, bijcie, jeśli chcecie – i tak mam konstytucyjne prawo do posiadania i głoszenia własnego zdania, nawet ja, która przed rokiem nie czytywała ani fantasy, ani opowiadań). Ta książka wraca do mnie, jak bumerang. Przynajmniej raz w tygodniu pojawia się w moich przemyśleniach. Stała się prawdziwym natchnieniem, takim świeżym oddechem, nową falą, która mnie poniosła ku lądom do tej pory nieznanym i niezbadanym. Gdy kreuję świat do własnych opowiadań (powieść fantasy musi jeszcze jakiś czas zaczekać, nie jestem na razie gotowa) – niemal za każdym razem moje myśli wędrują ku opowiadaniu „Imię ojca”.
Cóż, pozostaje mi nieśmiało mieć nadzieję, że pewnego dnia i ja kogoś tak zainspiruję.

Pan Samochodzik i sekret Alchemika Sędziwoja - Tomasz Olszakowski

Jakoś nigdy nie trafiłam na "Pana Samchodzika". W dzieciństwie Rodzice nie wspominali o nikim takim, a dowiedziałam się o jego istnieniu, gdy już byłam na etapie pisania pracy magisterskiej. Stwierdziłam więc, że jestem za stara. Otóż, nie jestem. Już wiem, że nie ma takiej kategorii, jak za stary na Pana Samochodzika.
Moją przygodę z tą niewiarygodnie ciekawą osobą rozpoczęłam nieprzypadkowo od tomu 28, którego autorem nie jest Zbigniew Nienacki, a  Tomasz Olszakowski, czyli nikt inny, jak Andrzej Pilipiuk. Chyba się trochę wyjaśniło.
„Pan Samochodzik i sekret Alchemika Sędziwoja” to dla osób – takich, jak ja – które już spotkały się ze Stasią i Kasią Kruszewskimi, fascynująca historia alternatywna kuzynek – ciekawa, niebagatelna, zdecydowanie krótsza i znacznie się różniąca oraz opisana przez osobę z zewnątrz – Pawła, asystenta i pracownika Pana Samochodzika. Dla pozostałych – być może przyczynek, by zabrać się do Trylogii Pilipiuka.
Chronologicznie – to pierwsze pojawienie się tych niesamowitych bohaterek w literaturze.
Genialnie napisana – czego można się było, rzecz jasna, spodziewać znając Pilipiuka, trzymająca w napięciu, pobudzająca do doczytania o różnych poruszonych w niej kwestiach, barwna, tajemnicza i magiczna.
Jako, że znałam już Trylogię, gdzieś do połowy tej pozycji zastanawiałam się, czy to się w jakikolwiek sposób wpisuje w świat przedstawiony w „Kuzynkach”, „Księżniczce” i „Dziedziczkach”, czy niekoniecznie. Uzyskałam odpowiedź, Wam jej nie zdradzę, by nie spanować. W każdym razie – opowieść, którą snuje Pilipiuk jest naprawdę „must read” dla każdego, komu Stasia i Kasia przypadły do gustu. Historia Sędziwoja i cadyka Storma wciąga, jak wir wodny, a my do ostatniego (to nie jest przenośnia) słowa nie wiemy, czy naszym bohaterom udało się przy pomocy starego atanatora i odnalezionych stronic „Niemej Księgi” uzyskać czerwoną tynkturę, czy może słynny kamień filozoficzny jest jedynie alchemiczną bujdą, trickiem.
W kwestiach korekty i edycji tym razem zamilknę – czytałam to w wersji elektronicznej (spiraconej przez kogoś całe lata temu i nagle cudem znalezionej na dysku przy okazji robienia backupu). Jednak obiecuję się poprawić – już szukałam książeczki na Allegro, ponieważ bez wątpienia chcę ją posiadać i postawić w swojej biblioteczce.
Czy warto? Oj, warto, warto. Ja gorąco polecam, a sama zamierzam iść za ciosem i nadrobić zaległości – zacząć od pierwszych opowieści o historyku-detektywie, który ukształtował już pokolenia młodzieży. Choć nie będzie łatwo, gdyż Pan Samochodzik drobił się już… 98 (!) tomów


wtorek, 24 lipca 2012

Zakochani - Lauren Kate

Cztery niesamowite opowiadania ze świata "Upadłych".

Są walentynki. A właściwie odpust świętego Walentego. Jesteśmy w... średniowieczu, gdzieś w Anglii, choć nie wiemy dokładnie, gdzie.

Shelby i Miles od dawna już przeskakują przez Głosicieli w poszukiwaniu Luce i Daniela. Czy uda im się ich odnaleźć? A może...

Roland również ma misję do spełnienia, chociaż jest mu trudno - pamięta te czasy, to miejsce ten zamek... Był tu przed wiekami i... kochał.

Arianne też przeżyła w średniowieczu miłosną przygodę - pełną bólu, smutku, żalu. Pewne rany nie goją się nigdy.

A Luce i Daniel? Czy uda im się choć raz spędzić walentynki razem?

Lauren Kate pięknie splata cztery romantyczne historie głównych bohaterów, ogniskując je wokół święta, które jest znacznie starsze, niż nam się może dzisiaj wydawać. Porywający tom, który czyta się na jednym wdechu. Intrygujące, wciągające i tak różne opowieści, że nie sposób się nimi znudzić. Szkoda może tylko, że Cam jest tu niemal poboczną postacią i nie ma niczego o Francesce i Stevenie. Może jednak autorka planuje kolejny tom opowiadań na któreś z nadchodzących Świąt Zakochanych?

Okładka oczywiście rewelacyjna, klimatyczna, romantyczna. Czarna suknia z ilustracji na niej pojawia się nawet w samym opowiadaniu o Luce. Błędów większych nie znalazłam, czytało się naprawdę przyjemnie i niezwykle szybko. Właściwie połknęłam całość na trasie pociągu Warszawa-Poznań.

Gorąco polecam.

piątek, 20 lipca 2012

Już za 6 dni...

... ósma edycja Avangardy.

www.ava.waw.p

Ja się wybieram po raz pierwszy - w końcu jestem blisko :) Program wygląda zachęcająco, koszt nieduży, nie mogę się doczekać.

A za miesiąc... POLCON!!! Czas przemyśleć, co i jak, bo Wrocław zaprasza. Takiego wydarzenia nie można ominąć, a mi się już oczka świecą na myśl o Polconie. 





czwartek, 12 lipca 2012

Róża. Obrazy i słowa - Roma Ligocka


"Duże wyraziste oczy przyglądają się oglądającym. Jest w nich jakiś bezkresny smutek płynący z wiedzy. Wiedzy o okropieństwach tego świata, które - mimo że niepojęte - stały się rzeczywistością: wiedzy o Holokauście. Jest w nich także zdziwienie faktem, że człowiek - obraz na podobieństwo Boga - jest zdolny do najgorszych zbrodni, jakie przekraczają naszą zdolność wyobrażenia. Oczy są kluczem do obrazów Romy Ligockiej. Tyle w nich rozpaczy, a jednak ich jasność przezwycięża przymus odwrócenia wzroku." ( Dr Christop E. Palmer, Stuttgart)

„Róża. Obrazy i słowa” Romy Ligockiej to jednak coś znacznie więcej. To niesamowita, poetycka wręcz, podróż w głąb człowieka. To otwarcie ludzkiej duszy – opowieść o życiu, o bliskich, o samotności, miłości, tęsknocie. To wspomnienia tego, co było, co minęło, ale nieraz boli. Są wspomnienia piękne i brzydkie, radosne i pełne smutku. Wszystkie jednak opisane przez autorkę w jakiś magiczny sposób – wzruszają do głębi swą prostotą, każą się zastanowić nad codziennością i ogromnym znaczeniem zwykłych wydarzeń. Bo choć przeżyła Holokaust i pojawia się on w jej twórczości często – nie ma tu w opisie nienawiści. Był, przeminął, spowodował straszliwe spustoszenie. Był, przeminął… Życie toczy się dalej. Pojawia się przecież mężczyzna, jest syn. A mimo to Roma Ligocka wciąż jest emigrantką, ciągle nie znalazła swojego miejsca, swojego domu.
Wzruszające, chwytające za serce historie… Towarzyszą im równie niezwykłe obrazy autorki. Jej kreska – tak delikatna, jak pajęczyna, te wielkie oczy, ze zdziwieniem patrzące na świat, kruche ciałka, pastelowe barwy. Przenoszą nas w inny wymiar. O każdym z nich możnaby wiele napisać, ale żadne słowa nie są w stanie przekazać tego, co Roma Ligocka namalowała.
Pięknie wydany, dopracowany z wielką pieczołowitością album jest wyjątkową pozycją w naszej bibliotece (nie tylko dlatego, że to prezent ślubny od Szwagierki i Szwagra). Z pewnością do niektórych fragmentów będę jeszcze nie raz powracać.
Czego bym się uczepiła w każdej innej książki? Justowania. Nie tym razem jednak – nie tylko nie przeszkadza w czytaniu, ale dodaje mu… intymności. Miałam wrażenie, że te nierówne linie są pisane ręcznie, że trzymam w dłoniach pięknie ilustrowany pamiętnik Romy Ligockiem, że pisała go ona specjalnie dla mnie. 
Niesamowity efekt!




poniedziałek, 9 lipca 2012

Spisek przeciwko Ameryce - Philip Roth

Dla kogoś takiego, jak ja – czyli osoby uwielbiającej historię i się nią interesującej, początek był bardzo przykry. Otóż ilość danych przekazanych przez autora całkowicie mnie przytłoczyła – zasypał mnie nazwiskami lokalnych polityków z 1940 roku, o których nigdy wcześniej nie słyszałam… Pomyślałam sobie jednak, że przecież się nie poddam. W końcu autor, Philip Roth, otrzymał już tyle literackich ważnych nagród, jest nawet laureatem Pulitzera – nie, czytam dalej. Dobrze zrobiłam, ponieważ to powieść wyjątkowa.
„Spisek przeciwko Ameryce” to alternatywna historia lat 1940-1942. Franklin Delano Roosevelt przegrywa wybory prezydenckie po drugiej kadencji. Fotel w Białym Domu zajmuje Charles A. Lindbergh – kandydat republikanów, pilot-pionier, chwalący hitlerowski reżim, izolacjonista. Jego głównym hasłem – tym, które porwało Amerykanów – było nieprzystąpienie Stanów Zjednoczonych do wojny w Europie. Prezydent sygnował tak zwany Pakt Islandzki, w którym zobowiązywał się nie włączać do walk.
Wszystko to – rodzący się w USA antysemityzm, początkowo słowny, który jednak przeradza się w pogromy i śmierć niewinnych współobywateli widzimy oczami… Philipa Rotha, kilkuletniego chłopca żydowskiego pochodzenia. Rodzina Rothów mieszka w Stanach przynajmniej od kilku pokoleń. Czują się Amerykanami, wychwalają amerykańską demokrację i równość obywateli, prawość administracji i piękne ideały Konstytucji. Nie należą do osób specjalnie wierzących i praktykujących – raczej od święta. Pan Roth jest agentem ubezpieczeniowym, jego małżonka zajmuje się domem i działa w różnych społecznych komitetach. Brat Philipa, Sandy to uzdolniony mały artysta, który pięknie rysuje, jego starszy kuzyn Alvin to obibok i chuligan, którego rodzice Philipa próbują sprowadzić na właściwą drogę. A sam Phil? To kolekcjoner znaczków, z zamiłowania filatelista, który wszystko przelicza i porównuje do swojej kolekcji. To również zwyczajne dziecko, które kocha rodziców, patrzy na nich przez prymat ich wielkości i stałości, chodzi do szkoły, bawi się na podwórku i podziwia starszego brata.
Wszystko to jednak zmieni się, a przyjemne i spokojne życie rodziny Rothów zostanie niejednokrotnie zachwiane prze burzliwe dzieje narodu amerykańskiego w latach 1940-1942. Alvin ucieknie do Kanady i wstąpi do oddziału komandosów, by wrócić do kraju bez nogi i z wielką raną na duszy. Sandy zostanie wciągnięty w wir politycznych agitacji, a Philip zagubi swój cenny klaser. Przy tym wszystkim zobaczymy niejedną śmierć i niejedno cierpienie zwyczajnych ludzi, którzy po prostu chcieli normalnie żyć. Owszem, USA nie przystąpiły do wojny, póki Białym Domem zarządzał Lindbergh, jednak do spokojnych ten kraj nie należał.
Opowiedzenie tej historii z perspektywy dziecka, które nie wszystko rozumie, albo rozumie i tłumaczy na swój własny sposób, było rewelacyjnym pomysłem, godnym genialnego autora. Przytoczę choćby jeden przykład. Otóż Philip w pewnym momencie znalazł sobie ciekawą rozrywkę – razem z kolegą wsiadali do autobusu i śledzili chrześcijan. W pewnym momencie Philip miał takie oto przemyślenia: (to nie cytat, tylko moje wolne przywołanie) Wszystko to wina Chrystusa. Gdyby nie było Chrystusa nie byłoby chrześcijan. Gdyby nie było chrześcijan, nie byłoby antysemityzmu. Gdyby nie było antysemityzmu, nie byłoby Hitlera. Gdyby nie było Hitlera, nie byłoby Lindbergha. Gdyby nie było Lindbergha, FDR (Roosevelt) wgrałby wybory… (Trzeba tu wspomnieć, że cała rodzina Rothów uwielbiała wręcz swojego byłego prezydenta, nie mniej jednak większość Amerykanów w tym okresie ubóstwiała Lindbergha.)
Powieść to mądra i ciekawa. Wciąga i zastanawia. Nie ma tam niczego pewnego – wszakże historia, jaką znamy ze szkoły nie ma tu zastosowania. Czy rzeczywiście przeciwko Ameryce został zawiązany spisek, a jeśli tak, to przez kogo? Którzy z bohaterów dożyją – i w jakiej kondycji fizycznej i psychicznej – do kolejnych wyborów prezydenckich? Dowiecie się tego i wielu innych interesujących spraw, jedynie czytając tę książkę.
Bardzo przydatny jest też dodatek w postaci życiorysów głównych bohaterów w realnym świecie, który znamy z lekcji historii. Krótkie notki biograficzne najważniejszych osób, które pojawiły się w powieści - dzięki nim możemy dowiedzieć się, jak naprawdę potoczyły się ich losy.
Może zachwyciłam się narracją, może dialogami, może samym pomysłem, a może wszystkim tym razem – ale nie znalazłam żadnego błędu, żadnej literówki. I jedynie zszokowało mnie na samym początku, kiedy pan Roth mówił „O, Jezu”. Czy rzeczywiście autor tak napisał, czy to wolność tłumaczenia, nie wiem, ale było to przynajmniej dziwne w ustach Żyda.
Już sama okładka przyciąga uwagę i zachęca do zajrzenia do środka. Co to za znaczek? Przeczytajcie, a się dowiecie. Polecam.




sobota, 7 lipca 2012

Kolejne opowiadanie mojego autorstwa

Tym razem odkopane opowiadanie z przed pięciu już lat, któremu nawet udało się wygrać w jednym konkursie i zostało opublikowane w magazynie internetowym. Szkoda, że nie można się już do tamtego numeru dostać... W każdym razie - miłego czytania i przepraszam, jeśli jest koślawe - jest zdecydowanie za gorąco na bawienie się w edycję (moja wina, choć wstyd, bo tak się u innych czepiam).





Wojna skończyła się czterdzieści sześć lat temu – jeszcze przed narodzeniem Samiira...

Był rok 2010, gdy indyjscy naukowcy ogłosili pomyślne zakończenie projektu AI. Na styczeń 2012 roku zapowiedzieli konferencję prasową, na której obiecali pokazać światu wynik swoich wieloletnich prac – sztuczną inteligencję. Odwieczne marzenie ludzkości miało stać się rzeczywistością.
Debaty na temat właściwości i moralnych aspektów tego osiągnięcia nie miały końca. Cały świat był poruszony. Przeciwnicy uzasadniali swe racje obawą,  że maszyny przejmą kontrolę nad globem oraz głosili hasła o wyższości rodzaju ludzkiego. Jego zwolennicy zaś upajali się możliwością dokonania nowych odkryć – przede wszystkim tych, które wymagają od człowieka podjęcia działań zagrażających jego życiu lub zdrowiu. Odbywały się liczne odczyty i konferencje, na których prezentowano argumenty obu stron. Nie wszyscy jednak z oponentów przedstawiali swe racje pokojowo. Policja wielu krajów musiała stawić czoło protestującym tłumom. Nie jeden raz użyto broni, dokonywano aresztowań, kilkanaście osób poniosło śmierć. Wszystkie te problemy zakończyły się w listopadzie 2011 roku. Ileż osób nacierpiało się i z zginęło w imię tej sprawy!
Siódmego listopada 2011 roku Dyrektor Instytutu Badań nad Sztuczną Inteligencją w Mumbaju, profesor Rohit Chopra, poinformował, że poprzedniej nocy, w laboratorium w Armistarze, gdzie wyprodukowano prototyp maszyny obdarzonej sztuczną inteligencją, doszło do wypadku przy pracy. Uległa ona destrukcji, a wielu ludzi poniosło poważne obrażenia. Najgorsze jednak jest to, że w wyniku wybuchu znajdujących się w laboratorium zbiorników uwolnione zostały opary Xynalu – substancji płynnej wykorzystywanej do przyspieszenia przesyłu danych w światłowodach.
Siódmego listopada 2011 roku czterystu dwudziestu trzech pracowników Instytutu uległo poparzeniu oparami Xynalu. Siódmego listopada 2011 roku pierwsze ludzkie komórki, w wyniku fatalnego przypadku, poddane zostały mutacji. Siódmego listopada 2011 roku dla ludzkości rozpoczęła się nowa era...

Dwa lata po wypadku, Anjali – jedna z pracownic Instytutu, wyjechała na stypendium do Chicago. Niedługo po przyjeździe dowiedziała się, że jest w ciąży. Niestety, jej narzeczony zmarł miesiąc wcześniej. Był to jeden z powodów, dla których Anjali przyjęła tę ofertę – wyjazd miał jej pozwolić na zapomnienie o wypadku, chorobie ukochanego Amana    i jego śmierci.
Poród był ciężki. Po cesarskim cięciu, kobieta była w krytycznym stanie. Dziecku również groziła śmierć. Lekarze nie potrafili uratować matki – w jej krwi odkryli dziwne ciała, które uniemożliwiały transplantację. Anjali zmarła trzy dni po zabiegu. Dziecko – Megha – przeżyło. Nikt nie potrafił wyjaśnić tego „ozdrowienia”. Poddano ją dziesiątkom badań i wykryto u niej te same zmiany w składzie krwi, co u jej zmarłej matki.
Megha rosła nadzwyczaj szybko. Rodzina, która ją adoptowała była dumna ze swojej dziewczynki. Megha zaczęła chodzić już w wieku siedmiu miesięcy, a mówić po roku. W 2015 roku, w dniu swych drugich urodzin, spadła ze schodów, łamiąc obie nogi. Lekarze nie dawali jej szans – dziewczynka miała spędzić resztę życia na wózku inwalidzkim. Szok, jaki przeżyli wszyscy widząc ją biegającą w niecały miesiąc po wypadku, trudno opisać słowami. Orzeczono – cud! Wieść rozniosła się po całym świecie z szybkością błyskawicy.
Relację o niesamowitym dziecku ze Stanów Zjednoczonych zobaczyli w telewizji również Jurij i Marina Kruszczenko – pracownicy Instytutu w Mumbaju. Pietia – ich roczny synek – także „cudownie” wyzdrowiał po wypadku samochodowym, któremu uległ, a w którym zginęła jego opiekunka. W ciągu dwóch dni wyszedł ze śpiączki, zaczął mówić i chodzić. Lekarze nie wierzyli swym oczom i wynikom badań. Chłopiec miał rok i... dziwny skład krwi.
Minęło pięć lat. Na konferencji hematologicznej w Toronto doktor Jane Smith wygłosiła referat dotyczący najnowszych metod badania krwi u dzieci i ciekawym odkryciu, którego dokonała wśród niektórych pacjentów. Tego dnia świat medyczny dowiedział się o mutacjach zachodzących w ostatnich latach w dziecięcej krwi. Nikt nie potrafił znaleźć wytłumaczenia dla tych, niezależnych od siebie, przypadków. Do momentu, gdy do badań dołączył doktor Chang Chai. Dlatego właśnie, w późniejszym okresie, mutację nazwano od jego imienia – on bowiem odkrył, że rodzice wszystkich „zarażonych” dzieci brali udział w wypadku w Armistarze w 2011 roku.
Być może nikt poza środowiskami lekarskimi nie zainteresowałby się sprawą, gdyby nie to, że „chore” dzieci zdawały się posiadać nadzwyczajne moce – począwszy od bardzo szybkiego rozwoju fizycznego i psychicznego, na nadludzkiej wręcz sile i niezwykłych zdolnościach kończąc.
Na świecie znów zapanował strach. Ludzie, przerażeni perspektywą posyłania swych pociech do tych samych szkół, co „mutanty”, wyszli na ulice. Rozpoczęły się strajki, zamieszki, pisano petycje do rządów i prezydentów wszystkich państw. Władze musiały zareagować. Zrozpaczonym rodzicom odbierano prawa rodzicielskie, a ich dzieci wysyłano do wydzielonego i zamkniętego ośrodka na wyspie Man, położonej na Morzu Irlandzkim, w połowie drogi między Anglia i Irlandią.
Był rok 2031, gdy urodziło się pierwsze dziecko wychowanków Ośrodka dla Dotkniętych Chai – Samantha Ridgraf – córka telepatki i Watera – mężczyzny potrafiącego okiełznać wodny żywioł. Jakie zdolności odziedziczyła? Jak zmutowały jej geny? Kim będzie, gdy dorośnie? Kiedy dorośnie? Same pytania i strach – jak zawsze – strach przed nieznanym... Czy zdolności rodziców będą się w dzieciach mnożyć i narastać, czy zostaną wyeliminowane po kilku pokoleniach?
Mijały lata. Odpowiedzi na zadawane pytania przeraziły „normalnych” mieszkańców naszej planety. W obawie przed powstaniem rasy nadludzi o nadzwyczajnych siłach i zdolnościach, postanowiono zatrzymać następne mutacje. Drugiego marca 2052 roku wydano „Dekret o natychmiastowym poddaniu mutantów zabiegowi kastracji”. O piątej rano następnego dnia rozpoczęła się czternastoletnia wojna. Wojna, która pochłonęła tysiące ofiar po obu stronach barykady. Wojna o przetrwanie nowego gatunku.
Elena Velasquez – różowooka trzydziestolatka miotająca płomieniami, założycielka „Pokoju dla Ziemi”, podpisała umowę pokojową przyznającą mutantom prawa i obowiązki równe „zwykłym” ludziom. Warunkiem było nie korzystanie przez  z nadzwyczajnych mocy w celach niepokojowych. Piątego maja 2066 roku nastał pokój...
  Tak o wydarzeniach z przed lat mówiły podręczniki historii, z których Samiir uczył się w szkole. Takie było obiektywne spojrzenie ich autora - profesora, którego córka okazała się mutantem i który postanowił walczyć o jej szczęście, będąc jednocześnie „normalnym” człowiekiem.

Samiir nigdy nie uważał swoich mocy za niebezpieczne. Wręcz przeciwnie. Dzięki nim zdarzało mu się już kilkakrotnie zrobić coś pozytywnego. Samiir potrafił władać deszczem. Potrafił wywołać deszcz. Pierwszy raz jego dar ujawnił się, gdy był jeszcze niemowlęciem. Gdyby nie był mutantem, gdyby nie posiadał tych umiejętności – zginąłby w pożarze, który wybuchł w rodzinnym domu, gdy chłopiec miał półtora roku. Zdolności wśród mutantów ujawniały się zazwyczaj w wieku dojrzewania, dlatego to, co przytrafiło się Samiirowi było uznawane za niewiarygodne nawet w środowiskach „mutosów’, jak ich pogardliwie nazywali „normalni” ludzie. Taka siła w małym dziecku była czymś dotąd niespotykanym. Przez długi czas pisano o nim w gazetach, wytykano palcem na ulicy jego rodziców, wyszydzano, obrzucano dom butelkami z farbą... Ludzie nie potrafili pojąć, że dziecko broniło się w ten sposób przed śmiercią. Że ma wielki, niespotykany dar, który może uratować życie. Samiir był mutantem i jedynie to się liczyło. Nie był normalny...
            Minęło tyle lat od zakończenia wojny, a ludzie nadal nie potrafili pogodzić się z tym, że są wśród nich istoty z nadzwyczajnymi zdolnościami. Prawa, zapewnione mutantom układem pokojowym, łamano, naciągano, ograniczano. Nie mieli pracy – nie chciano ich zatrudniać, zwalniano, dręczono w wielu miejscach. W szkołach powstawały dla ich pociech oddzielne klasy. Już od najmłodszych lat dzieci ze „zwykłych” rodzin były uczone nienawiści do swoich kolegów z podwórka czy szkoły. Mijały lata, a poprawa sytuacji była znikoma
            Gdy Samiir poszedł do szkoły, był przerażony. Dzieci na korytarzu wyszydzały go, nikt nie chciał z nim rozmawiać, musiał korzystać z osobnego prysznica i ubikacji. Nie jadał drugiego śniadania razem z kolegami i koleżankami w stołówce – mutanty spędzały przerwę śniadaniową w klasach. Co prawda klasy były już mieszane, kilka lat wcześniej zniesiono podziały w szkołach, jednak na każdym kroku chłopiec czuł, że jest inny, gorszy...
            W piątej klasie, zupełnie niechcący, przyłapał kolegów bawiących się zapałkami. Kolegów – „normalnych ludzi”. Gdy zaczęli na niego krzyczeć, uciekł. Po godzinie cała szkoła stanęła w płomieniach. Samiir ugasił pożar. Dzieciaki cieszyły się tygodniowymi feriami spowodowanymi osuszaniem i częściową odbudową budynku. Samiira wydalono... Żadna szkoła nie chciała go przyjąć z takimi aktami. Zresztą, wystarczyło to, że był mutantem, który przenosił się w trakcie roku szkolnego. Każdy dyrektor wiedział, że to musiało być za karę, jeszcze zanim otworzył teczkę z dokumentacją chłopca. Samiir miał wtedy jedenaście lat!

            Jakim cudem udało mu się skończyć szkołę – trudno powiedzieć. Grunt, że skończył. Jeszcze kilka razy zdarzały mu się „wypadki” z wywołaniem deszczu. Nikt nie potrafił zrozumieć, że nie robi tego komuś na złość, żeby kogoś zranić, uszkodzić coś, zniszczyć, ale dlatego, że jest to konieczne dla ratowania życia, zdrowia, mienia. Nikt nie miał pretensji do strażaków przyjeżdżających ugasić pożar, wszyscy z nienawiścią odnosili się do Samiira, kiedy on zalewał płomienie. Jednak Samiir był silnym młodym człowiekiem, nie poddawał się. Postanowił walczyć. Postanowił, że będzie normalnym człowiekiem, że nigdy już nie usłyszy wyzwisk, nie poczuje się gorszy, jego rodzice nie będą musieli się wstydzić wśród znajomych, że ich syn jest inny...
            Dostał się na studia. Na uniwersytet stworzony dla mutantów - przez mutanty. Poznał tam wiele osób do niego podobnych, borykających się z tymi samymi i podobnymi do niego problemami. W szkole znał wiele takich dzieci – nie rozmawiały jednak ze sobą o swoich kłopotach i rozterkach; każdy bał się i wstydził, mając w pamięci zaczepki innych dzieci. Tutaj zaś Samiir mógł podzielić się swoim bólem, żalem, swoją samotnością w tej globalnej wiosce. Tutaj też zrozumiał, że wcale nie chce być normalny – bo normalni ludzie są nietolerancyjni, nienawidzą się nawzajem, gonią za pieniądzem, zapominając, co jest naprawdę ważne, i nie potrafią pogodzić się z tym, że ktoś może dokonać czegoś więcej. Samiir nie chciał stać się jednym z tych „zwykłych”.
            Po skończeniu uniwersytetu wrócił do rodzinnego miasta i tam starał się dostać pracę. Niestety... był mutantem... Poznał również Ashę. Wiedziała, że nie jest taki, jak większość jej znajomych, jak jej rodzina, jak ona sama. A jednak potrafiła go pokochać. Długi czas ukrywali przed światem swój związek, z obawy przed reakcją środowiska. To Samiir bał się, że Asha zostanie wyklęta przez rodzinę. Kochał ją i nie chciał dla niej tego bólu. Nie chciał go też dla siebie. Spotykali się niecałe dwa lata. Gdy ich miłość wyszła na jaw, rzeczywistość tych dwojga młodych ludzi stała się gorsza od piekła. Po kilku tygodniach stawiania oporu rodzinie i środowisku, Asha popełniła samobójstwo. Nikt nie miał wątpliwości, czyja to wina... Zraniony, oskarżony o doprowadzenie do śmierci ukochanej kobiety, wyjechał. Wsiadając do ślizgacza powiedział rodzicom, że nie wróci, póki nie odnajdzie celu w życiu. Minęło sześć lat. Nie wrócił...

            Stał w oknie szpitalnego pokoju. Po drugiej stronie plastikowej szyby leżał umierający człowiek. „Normalny” człowiek. Pielęgniarka zmieniała kroplówkę.
            Xavier Thiers miał dziewiętnaście lat. Urodził się z chorym lewym płucem – lekarze orzekli, że po kilku latach przestanie ono funkcjonować i chłopiec będzie musiał przejść przeszczep. Niestety, w krytycznej chwili nie znaleziono dawcy i Xavier, w wieku siedmiu lat, otrzymał sztuczne płuco. Chłopiec był mało odporny i często chorował. Nie ominęła go również epidemia grypy panująca ostatniej zimy we Francji. Nie doleczona choroba dawała się we znaki jeszcze przez kilka kolejnych miesięcy. Orzeczenie lekarza było dla Xaviera wyrokiem – wirus zaatakował prawe płuco. Trzy miesiące... Trzy miesiące życia, jeśli nie znajdzie się odpowiedni dawca. Rodzice chłopca nie mogli oddać mu swoich organów – oboje mieli grupę krwi A (heterozygotyczny genotyp LAl), natomiast ich syn – 0 (genotyp homozygotyczny ll).
            Rozpoczęły się poszukiwania dawcy – walka z czasem. Walka o życie chłopca. Samiir przeczytał o Xavierze w gazecie. Od razu pomyślał, że jest idealnym dawcą – jako mutant nie musiał obawiać się komplikacji życia z jednym tylko płucem – jego organizm dostosowałby się do tej sytuacji szybko. Po kilku dniach Samiir czułby się jak przed operacją. Poza tym, zmutowane krwinki były jedynymi, które mogły zostać zaakceptowane przez osoby mające grupę krwi 0. Już przed kilkoma laty dowiodły tego badania przeprowadzone przez Bastiana Schmidta, znajomego Samiira z uniwersytetu. Po konsultacji z kolegą, Samiir skontaktował się z lekarzem prowadzącym i zaoferował pomoc. Następnego dnia, poznał rodziców Xaviera. Nigdy wcześniej nie przeżył takiego szoku, jak tamtego dnia. Postawieni przed wyborem – dać synowi płuco od mutanta, co było jedyną możliwością utrzymania chłopca przy życiu, czy pozwolić u umrzeć w tak młodym wieku – państwo Thiers wybrali drugą opcję...

- Pamiętnik. Otwórz. Zapisuj – Gdy mnie widzą, odwracają głowy. Ich syn umiera. Za kilka dni będą musieli zapłacić za jego trumnę. Wolą pozwolić mu odejść, niż „zabrudzić go” moją krwią. W czym jestem od nich gorszy? Czy w ogóle jestem od nich gorszy? Jestem taki sam, jak oni, taki sam, jak ich syn. Jestem człowiekiem! Takim samym, jak oni, a jednak innym. Innym, bo potrafię więcej, bo moje ciało potrafi dostosować się do cięższych warunków, bo potrafię wywołać deszcz, który ratuje tę planetę... Jestem od nich inny, a jednak taki sam – przeżywam ten sam ból, kiedy odchodzi ktoś bliski, modlę się do tego samego Boga, co oni, mam dwie ręce, dwie nogi i... jedno serce, które cierpi. Wiedzą, że nie znajdą innego dawcy. Żaden „normalny” człowiek nie może oddać Xavierowi swego płuca, bo nie zostanie ono przyjęte przez jego organizm. Jedyną szansą dla tego chłopca jest przeszczep od mutanta. Tylko od mutanta! Dlaczego zabierają mu jedyną szansę na życie? Jakim prawem?! Komputer. Stop – otarł łzy zaciśniętą pięścią. Spojrzał na zdjęcie Ashy. Odebrano mu kobietę, którą kochał. Sens w życiu. Teraz, gdy znalazł nowy, znów to robiono.. – Zapisz. Zabili Ashę, teraz zabiją Xaviera. Tylko dlatego, że jestem inny. Skoro jestem inny, to dlaczego łzy płyną mi z oczu, jak każdemu z nich, dlaczego serce bije mocniej na jej wspomnienie, dlaczego...? Nie jestem gorszy! Jestem taki sam! Chcę wrócić do domu i móc stanąć przed moimi rodzicami, spojrzeć im prosto w oczy i powiedzieć, że już nigdy nikt mnie nie wyśmieje, że już nikt nigdy nie wyrządzi mi krzywdy swoim słowem, czy czynem. Że znalazłem sens w swoim życiu. Że nie jestem już obcy na tej planecie... Chcę wrócić do domu!!!