Fragment mojej recenzji został umieszczony na okładce powieści "Skazaniec. Z bestią w sercu" Krzysztofa Spadło

Fragment mojej recenzji „Korony śniegu i krwi” został umieszczony na okładce powieści Elżbiety Cherezińskiej – „Niewidzialna korona” (wyd. Zysk i S-ka)

środa, 29 października 2014

Na krańcach luster – Piotr Ferens

Wydawnictwo: Wydawnictwo Literackie Białe Pióro
Warszawa 2014
Oprawa: miękka
Liczba stron: 482
Grafiki: Tomasz Lipka
ISBN: 978-83-64426-14-8






Ulice miasta z wolna zatapiały się w miękkiej, kamiennej ciszy. Ciemnoniebieskie, nieruchome niebo tkwiło w wygładzonym milczeniu, a połyskujący krąg księżyca odbijał się rozmazaną smugą na wyślizganych kocich łbach. Chłodne nocne powietrze niespiesznie płynęło nad wyludnionymi chodnikami, cicho szumiało pośród wiszących mostów od lat strzegących nurtu Sekwany lub z lekkim szelestem przemykało po parkowych alejach, trącając liście śpiących drzew.

Ulegliście już takiemu zauroczeniu, jak ja, kiedy zabrałam się za lekturę tej powieści? Nie? Niemożliwe!
Zaczyna się ostro. Paryż, początek XX wieku, plac Pigalle, noc (ewentualnie późny wieczór). Panie trudniące się najstarszym zawodem świata i pewien mężczyzna, który bacznie je obserwuje. Wiemy, że nie ma dobrych zamiarów wobec tej, którą wybierze. I bynajmniej nie chodzi tu o jego rozbuchane potrzeby seksualne. Szalony naukowiec, który z miłości do kobiety i chęci dokonania wielkiego odkrycia jest w stanie bez wahania poświęcić ludzkie życie. Ot, płomień zgasł. A panienki z placu Pigalle i tak raczej nikt nie będzie szukał...
Niemal sto lat później polski inżynier, Daniel Naderski, wraca do kraju, by otrzymać dwie smutne wiadomości. Z listu od przyjaciela dowiaduje się o zaginięciu jego pięknej żony. Z pisma od notariusza... o śmierci tegoż przyjaciela. Wyrusza do Francji, by poznać szczegóły tych tragicznych zdarzeń. Zanim odkryje prawdę, czeka go wiele "przygód". Spotka mnóstwo nowych ludzi – część z nich będzie mu chciała pomóc, część stanie po przeciwnej stronie walki, która trwa od przynajmniej stuleci, a może i od zarania czasu. Tajemnice będą się mnożyć niczym dobrze pączkujące drożdże, a atmosfera sprawi, że nie będziecie się przejmowali zarwaną nocką, przejechanym przystankiem, czy zupełnie niezrozumiałym upływem czasu. Wszystko w tej powieści jest bowiem nieprawdopodobne, a wir wydarzeń wciąga do zupełnie innego świata. Natomiast zakończenie, cóż, zakończenie może Was zwalić z nóg, radzę więc czytać je na siedząco. Piotr Ferens uderzył w bardzo delikatną nutę, jednocześnie dotykając jednego z podstawowych strachów każdego chyba człowieka. Co takiego mam na myśli? Przeczytajcie, dowiecie się.
"Na krańcach luster" to historia niesamowita i pełna magii. To połączenie świetnie napisanego i trzymającego w napięciu thrillera, z fantastyką i przygodówką. Na dodatek jeszcze całkiem ciekawe elementy powieści psychologicznej, no i... Paryż. Cudowny, tajemniczy, ze swymi zaułkami, wielkimi zabytkami, bukinistami i historią, która jest wciąż żywa w jego powietrzu. Père-Lachaise, Montrmarte, dzielnica łacińska. Sekwana, która pochowała już niejednego. Każdy kamyk kryje w sobie duchy przeszłości, każda książka wiąże się w jakiś sposób z tym, co przeżyło miasto. Francuska stolica i magia luster. Chcecie poznać prawdziwą historię szklanych tafli, przy której opowieść o Alicji z Krainie Czarów zdecydowanie należy włożyć między bajki? Oto pozycja dla Was. 
Autor bardzo zadbał o to, by bohaterowie jego dzieła byli dobrze odmalowani. Są ludźmi z krwi i kości, mają swoje zalety i wady, a na dodatek każdy z nich jest inny. Łatwo ich od siebie rozróżnić już od początku, mimo że jest tych postaci całkiem sporo. Nie dajcie się jednak zwieść pozorom – nie każdy jest w rzeczywistości tym, za kogo się podaje. Zresztą, czym jest rzeczywistość? Przekonajcie się sami, sięgając po "Na krańcach luster".
Powieść napisana jest przepięknym językiem, który pobudza wyobraźnię i działa jak plaster na zranioną duszę w świecie, w którym w internecie czytamy w większości średniej jakości artykuły i artykuliki, a coraz mniej osób dba o poprawne wyrażanie się, nie mówiąc już o bogatym leksykonie. Szkoda tylko, że książka obfituje w tyle błędów – w większości mam na myśli fatalnie powstawiane (zdaje się, że na chybił-trafił) przecinki. Literówek nie jest nawet wiele, ale ta koszmarna doprawdy interpunkcja...
Uroku całości dodają grafiki, które rzeczywiście świetnie oddają klimat grozy, który wznosi się nad kartami powieści. Jako ciekawostkę podam, że ich Autor zrealizował również film promujący książkę, który to możecie zobaczyć pod tym linkiem.







Książkę przeczytałam dzięki życzliwości Wydawnictwa Literackiego Białe Pióro





Książka przeczytana w ramach Wyzwania:

sobota, 25 października 2014

Życzenia urodzinowe

Minął tydzień od dmuchania świeczki urodzinowej. Tort już dawno zjedzony, a konkursowa nagroda dotarła do zwyciężczyni. Chyba czas najwyższy, by podzielić się z Wami moimi życzeniami dotyczącymi kolejnego roku Dune Fairytales.

Czego zatem życzę sobie dla bloga:
1. Równie dużo fantastycznych książek, które wpadają w moje, łapczywie przyciągające papier, łapki. 
2. Równie wspaniałego kontaktu z Autorami i Wydawnictwami, którzy postanowili zaufać mi i podjęli współprace z Dune Fairytales.
3. Więcej konkursów, które Was zainteresują i sprawią, że jeszcze chętniej będziecie czytać bloga. Do tego również ciekawych sponsorów nagród – tak, by sprawiały one, że będziecie zawzięcie walczyć o zwycięstwo.
4. Jeszcze więcej DF w sieci i – przede wszystkim – w książkach. To niezwykle miłe, kiedy bierze się do ręki książkę i widzi na okładce (bądź też w innym miejscu) fragment swojej recenzji.
5. Ogarnięcia tematu YouTube'a i podjęcia rzuconej rękawicy – nakręcania filmików, które urozmaicą ofertę blogową.
6. Więcej komentarzy, bo chyba to wychodzi najsłabiej. Naprawdę bardzo bym chciała dyskutować z Wami o literaturze, a nadal komentarzy jest niewiele, chociaż ostatnio się polepszyło :)
7. Pobicia kolejnego rekordu wejść. Kochani, jesteście wspaniali! Liczba wejść w ostatnim czasie... niesamowita. Zupełnie się tego nie spodziewałam. I już dzisiaj zapowiadam konkurs związany z osiągnięciem pułapu 30 tysięcy wejść. Szczegóły wkrótce.
8. Dobrej duszyczki, która wykona mi ładny baner, zgodnie z moją wizją i... no wiecie, nieodpłatnie.

Czego życzę Wam:
1.  By moje recenzje się Wam coraz bardziej podobały, bym była w tym coraz lepsza.
2. Bym organizowała więcej konkursów (wiem, powtarzam się), w których będziecie mogli wygrywać wspaniałe nagrody.
3. Bym wymyśliła ciekawe wyzwanie czytelnicze na 2015 rok, w którym będziecie mogli wziąć udział.

To chyba tyle na dzisiaj. Pomożecie mi w spełnieniu marzeń?


Byłem geniuszem czyli z tego co pamięta Winston Smith – Artur Kosiorowski

Wydawnictwo: selfpublishing
Warszawa 2014
Okładka: miękka
Liczba stron:167
Opracowanie ilustracji: Martyna Kaczorowska
ISBN: 978-83-940332-0-0



Pamiętacie, jak napisałam, że jedynym minusem "Wiosny życia" jest brak konkluzji na zakończenie? Teraz już wiem, z czego to wynikało. Oto ciąg dalszy perypetii wiecznego wagabundy. Na dodatek – "Byłem geniuszem..." jest powieścią jeszcze lepszą od swej poprzedniczki.
Nasz główny bohater, który jest narratorem, zrobił sobie przerwę we wszelkich używkach. Stara się dobrze prowadzić, nie pić, nie palić, grzecznie bierze leki, które zapisano mu w psychiatryku. Zapisuje się do wieczorowego liceum, zaczyna obracać w nowym otoczeniu. Happy end iście z Hollywood... A jednak nie. Nie tak łatwo wyrwać się z objęć nałogów, szczególnie, jeśli należą do nich kontakty z pewnymi ludźmi.
Nie będę się długo rozpisywać, ponieważ właściwie jest to chyba niemożliwe. Książka opisuje różne perypetie bohatera i jego znajomych – liczne wyjazdy, spotkania, dyskusje, miłostki, sprzeczki i odwiedziny w psychiatryku. Dodajmy do tego całe mnóstwo najdziwniejszych przemyśleń narratora i jego "jazd" – zarówno związanych z Chorobą i stanami psychotycznymi, jak i wynikających ze spożycia przeróżnych środków, niekoniecznie zapisanych przez lekarza. I to właśnie te przemyślenia i spostrzeżenia są najcenniejsze i najważniejsze. Opisane są natomiast tak niesamowicie, że musiałam sobie zrobić kilka dni przerwy w lekturze, ponieważ sama zaczynałam mieć schizy. Naprawdę ostro. 
Autor zmusza do przemyślenia wielu spraw, spojrzenia na świat z zupełnie innej perspektywy. Jakby chciał nam powiedzieć: "Zapomnijcie o wszystkim, co znacie, wyłączcie się, zresetujcie, a potem spójrzcie raz jeszcze, nowymi oczami.". Udaje mu się to wyśmienicie.
Nie wiem, czy był to zabieg celowy, czy wyszło tak przez przypadek, ale nie uszło mojej uwadze, że w większości tekst jest poddany bardzo dobrej redakcji i nie ma w nim żadnych większych bubli (a i małych jest naprawdę niewiele), natomiast w niektórych fragmentach, które są spisane w stanach głębokich jazd narratora... błędy niemalże pysznią się swoim istnieniem. Niegramatyczność, źle postawione przecinki i inne cuda, które mogą się przydarzyć choremu człowiekowi. Niezależnie od celowości tego zabiegu – tekst zyskał na wartości (i tak już wysokiej) właśnie dzięki błędom na niektórych stronach.
Polecam każdemu, choć rzetelnie przestrzegam osoby o delikatnej osobowości – leczyć się jeszcze nie muszę, ale powieść wywarła na mój umysł pewien dziwny wpływ.
No i ta okładka. Czyż nie jest psychodeliczna?
Książkę przeczytałam dzięki życzliwości Wydawnictwa

środa, 22 października 2014

Pojedynek uczuć – Krystyna Mirek

Wydawnictwo: Feeria
Łódź 2013
Liczba stron:335
Oprawa: miękka
ISBN: 978-83-7229-335-0
 
 
 
 
 
 
"Pojedynek uczuć" to druga z książek, które wygrałam tego lata. Teraz dopiero uświadamiam sobie, że to był naprawdę dobry lipiec. Na dodatek powieść dobrze było zachować na pierwszy naprawdę jesienny weekend.
Maja ma wszystko – przystojnego partnera, który jest prezesem firmy, kilkuletniego, zdrowego i spokojnego synka, o jakim marzy niejeden rodzic, dobrą pracę, świetne wykształcenie, nowocześnie urządzone, duże mieszkanie w centrum Krakowa. Jest szczęśliwą i spełnioną kobietą. Powtarza to sobie codziennie rano i wydaje się w to wierzyć. Choć gdzieś tam wciąż są wątpliwości. Czy rzeczywiście tego chciała? 
Los szybko zmusi ją do zmiany nastawienia. Czego chciała, a co miała traci nagle na znaczeniu, ponieważ wszystko to z dnia na dzień staje się przeszłością. Adam niespodziewanie odchodzi (później poznamy powód, który naprawdę zaskakuje), zostawiając ją z mnóstwem rachunków, kredytem we frankach, które jak na złość są coraz droższe, porzuconym dzieckiem i pracą, której nijak nie daje się pogodzić z samotnym wychowywaniem przedszkolaka. Majka dwoi się i troi, ale niewiele może zdziałać. Na domiar złego... to dopiero początek jej problemów. 
Chora mama, szef-pracoholik, który nie szanuje pracowników, wścibska sąsiadka, mająca ciągłe pretensje do wszystkich siostra. I na domiar złego przypałętał się jeszcze kolejny prezes, któremu Majka wpadła w oko. Jak sobie poradzić z takim nawałem wszystkiego, kiedy jeszcze z minuty na minutę traci się pracę i pozostaje bez środków do życia? Maję czeka prawdziwa zmiana, przez naprawdę duże "Z". Musi zrobić rachunek sumienia i przewartościować wszystko od nowa. Na szczęście, zdrowa czy chora, kochana mama zawsze stara się jej pomóc.
Mylicie się jednak, jeśli myślicie, że cała historia krąży jedynie wokół biednej Majki, którą los postanowił tak okrutnie naznaczyć. "Pojedynek uczuć" to znacznie więcej. Poznacie Adę, siostrę Majki, która skrywa jakiś sekret (a może i niejeden) – nie polubicie jej, ale przyjdzie taka chwila, że z pewnością będziecie czuli do niej litość. To także opowieść o Szymonie, który wciąż szuka swego prawdziwego ja. Nie do końca wie, kim chce być, wie jedynie, że na pewno nie chce być porównywany do ojca. To jeszcze historia jego rodziców i ich tragicznej miłości. Niedomówienia, wieczne obrzucanie się winą, nieumiejętność łączenia życia domowego z pracą – to one zniszczyły związek Leona i Maryli i na długie lata wpłynęły na ich synów – Szymona i Witka. To w końcu świat widziany oczami Krzysia – przedszkolaka, syna Majki i Adama – i jego przyjaźni z dorosłym (choć nie zawsze dojrzałym) Szymonem. To jedno zdanie wypowiedziane przez Krzysia na zawsze zapada w pamięć, najbardziej uderza, wywołuje chyba najwięcej wzruszeń, zmusza do zatrzymania się. Kiedy bowiem z ust pięciolatka pada stwierdzenie, że musi iść na pogrzeb ojca przyjaciela, ponieważ on, Krzyś, wie, jak to jest "kiedy tata przestaje być"... I znów łzy wzruszenia...
Krystyna Mirek porusza w powieści wiele trudnych i jakże przecież aktualnych problemów. Jak połączyć życie rodzinne z zabieganiem, karierą, pracą po kilkanaście godzin? Gdzie jest granica i jak można kogoś oceniać? Czy matka, która dzień w dzień zostawia swego kilkuletniego synka w domu bez opieki, by zapewnić mu środki do życia jest wyrodna? Czy syn, który za wszelką cenę pragnie odebrać ojcu firmę rzeczywiście godny jest potępienia? Czy każdemu należy się druga szansa?
Cóż, najwidoczniej nie każdemu. Nieraz jest za późno, by naprawić błędy... Jak polecał ks. Jan Twardowski – spieszmy się kochać ludzi, tak szybko odchodzą...
"Pojedynek uczuć" jest mądrą powieścią, która łączy w sobie trudną tematycznie fabułę z niezwykle przyjemnym i prostym językiem. Bez górnolotnych stwierdzeń, bez pompatycznych złotych rad, Mirek podaje nam jak na tacy obraz dzisiejszego społeczeństwa. Czy rzeczywiście tego pragniemy dla siebie i naszych dzieci? Może już najwyższy czas, by się obudzić, przetrzeć oczy i powiedzieć stanowcze "nie"? By nie stać się kolejnym Leonem Burskim...
Minusem są, niestety dość liczne, literówki, które drażnią, bo przecież cała historia jest tak dobrze dopracowana, a tu jakieś paskudztwa, buble i inne ustrojstwa pałętają się po tekście. Szkoda.
 

 

wtorek, 21 października 2014

Skazaniec. Na pohybel całemu światu! – Krzysztof Spadło

Wydawnictwo: Zielona Litera
Warszawa 2014
Tom 1cyklu
Oprawa: miękka
Liczba stron: 431
ISBN: 978-83-939204-2-6







Książkę tę wygrałam w fejsbukowym konkursie. Muszę przyznać, że latem miałam szczęście do różnych zabaw i, ku mej wielkiej radości, moja biblioteczka trochę się dzięki temu wzbogaciła. Tym bardziej więc cieszę się z tej powieści, ponieważ szczerze mogę napisać, że jest naprawdę z najwyższej półki. Autor, co jest w Polsce fenomenem, wydał pierwszy tom "Skazańca" niemal jednocześnie w formie papierowej, audiobookowej i ebookowej, a jakby tego było mało – nakręcił 10-minutowy film (o którym jeszcze na końcu recenzji).
Temat więziennictwa zawsze żywo mnie interesował. Nie powinno to dziwić, skoro jestem magistrem prawa i to raczej zdecydowanie karnistą. We Wronkach co prawda nigdy nie byłam (choć pochodzę z Poznania), ale miałam wątpliwą przyjemność "zwiedzić" zakład karny w Rawiczu. To, co zobaczyłam z pewnością  nie było do pozazdroszczenia i do dziś (mimo upływu ponad dekady) zachowałam tamten dzień w pamięci. Mam też świadomość, że dzisiejszym więźniom żyje się przynajmniej o jedno niebo lepiej niż tym, którzy w więzieniach przebywali w czasach II RP (nie wspominając już o czasach zaborów). A to o nich właśnie jest pierwszy tom trylogii.
Tyle tytułem wstępu. Przechodząc do meritum...
Akcja powieści rozpoczyna się w lipcu 1922 roku. Stefan Żabikowski zostaje przewieziony z aresztu do Centralnego Więzienia we Wronkach, gdzie ma spędzić resztę swojego życia. Smutna prawda, szczególnie dla młodego człowieka, który za kilka miesięcy ma obchodzić 22. urodziny. Cóż, jak zauważa jednak Ojczulek – więzień, o którym jeszcze napiszę – z "dożywociem" zawsze wiąże się czyjaś śmierć. Czyja? Nie wiemy, ponieważ Staszek, nazywany przez wszystkich Ropuchem, do ostatniej strony nie zdradza nam, jakim czynem zasłużył sobie na pobyt w tym straszliwym miejscu, na które składają się ceglane mury, druciane zasieki i uzbrojeni strażnicy. To on jest pierwszoosobowym narratorem – wszystkie wydarzenia widzimy jego oczami, słyszymy jakby z jego ust i... odczuwamy jego sercem.
"Sztuką jest poradzić sobie z własnymi demonami bez pomocy innych." Dlatego w więzieniu potrzebni są przyjaciele. Cóż, trudno mówić w tych warunkach o przyjaźni, a Ropuch dotkliwie i boleśnie się o tym przekona. Jeśli więc nie przyjaciel, to chociaż ktoś, kto wspomoże, kto wesprze raz na jakiś czas dobrym słowem, kto wysłucha twojej historii, podzieli się papierosem, albo podpowie, z kim warto ubić interes. Takich osób i we wronieckim więzieniu nie brakowało, choć Ropuszek musiał być bardzo ostrożny, komu powierza swe tajemnice. Szczególnie, że uwziął się na niego aspirant Teodor Szumski. Na nic czasami zda się poparcie u samego dyrektora zakładu, kiedy większość decyzji dotyczących dziesiątego oddziału jest w rękach aspiranta...
Światek przestępczy, którego przedstawiciele trafili za kratki jest zróżnicowany i bardzo, bardzo bogaty... w doświadczenie. Z twarzy nie wyczytasz, co kto uczynił, jak po okładce nie poznasz, czy książka jest warta przeczytania. Każdy kryje w sobie jakiś mroczny sekret, w końcu za nic nie trafia się do takiego okropnego miejsca. Można co najwyżej mieć pecha i dostać karę wyższą, niż się zasłużyło, ale cóż... sprawiedliwość może i jest ślepa, ale ludzie, którzy wydają wyroki mogą mieć w tym swój interes. Doskonałym przykładem takiego wypadku jest postać Cygana Boyko, który splamił się zwykłą kradzieżą, a skazany został za dywersję i przestępstwo polityczne...
W powieści co i rusz przewija się jakaś wzmianka o wydarzeniach w Polsce i na świecie, o których więźniowie w jakiś sposób się dowiedzieli, albo o których dużo, dużo później przeczytał Ropuch. Wszak miał sporo czasu... Zaraz, zaraz, ale skąd raczej biedny mieszkaniec Kalisza umiał czytać? Otóż, nie umiał. Miał talent do liczb i prawdziwy dar do pracy w drewnie, ale czytać i pisać nauczył się dopiero za kratkami. Jego nauczycielem był, wspomniany już przeze mnie, Ojczulek. Najstarszy więzień we Wronkach. Postać barwna i niesamowita. Nie chcę o nim za wiele pisać, by nie popsuć Wam lektury, ponieważ Ojczulek niejeden raz odegra niebagatelną rolę w życiu Staszka, a także i innych osadzonych. Szczególnie tych z oddziału dziesiątego, szczególnie wtedy, gdy zbliżają się Święta...
Barwna galeria postaci, pierwszoosobowa narracja, tragiczny bohater, do którego po prostu nie da się nie przywiązać, wciągająca historia i wspaniały język. Czegóż więcej może chcieć czytelnik? Może kilku literówek mniej, ale i te można jakoś przetrwać, kiedy w czasie lektury "Skazańca" zdajesz się wciągnięty w wir wydarzeń, czujesz niemal fizycznie bicie pałką, czy smród noszonego w metalowych wiadrach łajna. Od powieści nie sposób się oderwać, a ostatnie sto stron to już całkowity majstersztyk. I nawet zawalona kompletnie noc zdaje się niczym – w końcu więźniowie we Wronkach wycierpieli więcej. Owszem, nie zostali tam osadzeni za nic, ale za karę. Czy lektura "Skazańca" to kara? Zdecydowanie nie.
Obiecałam kilka słów i filmie, najlepiej chyba jednak będzie podać Wam po prostu link (https://www.youtube.com/watch?v=guW01-vA9RQ), pod którym możecie go zobaczyć. Warto. Ja natomiast z niecierpliwością czekam na drugi tom, którego premiera już za kilka dni.





Książka przeczytana w ramach Wyzwania:



sobota, 18 października 2014

Urodzinowe losowanie za nami

Dmuchanie świeczki na urodzinowym torcie i losowanie zwycięzcy konkursu już za nami. Nagrody otrzyma Elenkaa_.

Nagrodą są dwie książki sponsorowane przez Wydawnictwo Białe Pióro. Jakie? "Zatrzymać iskry" Grażyny Kamyszek oraz "Na krańcach luster" Piotra Ferensa.

Chcecie obejrzeć losowanie i zobaczyć, jaki upiekłam tort? Proszę bardzo :)


czwartek, 16 października 2014

Konkurs urodzinowy

Kochani, jeszcze tylko dwa dni pozostały do 3. urodzin Dune Fairytales. I tyle macie czasu, by wziąć udział w urodzinowym konkursie. 
Przypominam zasady:
Wchodzicie na bloga i zostawiacie komentarze pod recenzjami, które czytacie. Jeśli ktoś z Was napisze jako anonim, to proszę o skontaktowanie się ze mną przez formularz zgłoszeniowy, bym wiedziała, czyje imię (czy pseudonim) wrzucić do magicznego kapelusza. 
W sobotę popołudniu odbędzie się losowanie. W kapeluszu już kilka losów. Może to będziesz Ty?
Uchylam też rąbka tajemnicy dotyczącej nagrody... Sponsorem jest Wydawnictwo Białe Pióro.


wtorek, 14 października 2014

Szukaj mnie wśród lawendy. Zuzanna – Agnieszka Lingas-Łoniewska

Wydawnictwo: Novae Res
Gdynia 2014
1. tom trylogii
Oprawa: miękka ze skrzydełkami
Liczba stron:228
ISBN: 978-83-7942-234-0









Lawenda... Fioletowe kwiatki pokrywające delikatne gałązki. I ten niebiański zapach, który kojarzy się ze słońcem i ciepłem. I kolor, mój ukochany. Kiedy więc zobaczyłam okładkę, nie mogłam sobie odpuścić. Już druga lawendowa książka w tym miesiącu, a w księgarni widziałam ostatnio coś jeszcze mi nieznanego, więc odgrażam się... będzie się działo na fioletowo!
Chyba babcieję. Czytuję prozę kobiecą. Jeju, ja? Niemożliwe. A jednak – nie tylko czytuję, ale te książki, na które ostatnio trafiam, bardzo mi się podobają. No dobrze, nie babcieję – po prostu każdy potrzebuje w pewnym momencie chwilę oddechu, rozluźnienia, piżamki, mięciutkiego kocyka (fioletowego, rzecz jasna) i kubka dobrej herbatki albo kakao. Wrócę jeszcze z tej emeryturki do książek znacznie głębszych i trudniejszych, nie obawiajcie się. Mimo wszystko jednak – lektura "Szukaj mnie wśród lawendy. Zuzanna" to była wspaniała, pełna radości, słońca i lawendowego zapachu odskocznia w trudnym i bardzo zapracowanym okresie.
Książka rozpoczyna trylogię, którą Autorka nazywa chorwacką. Ile w powieści tej Chorwacji? Całkiem sporo, choć mam nadzieję, że w kolejnych dwóch tomach (premiera drugiego jest planowana na luty 2015, a trzeciego na czerwiec 2015) będzie więcej... Chorwatów. I nie chodzi mi tu wcale o biegających po plaży półnagich herosów, ale o przedstawienie ludzi, którzy mieszkają w pięknej, skąpanej w słońcu Chorwacji, zarówno mężczyzn, jak i kobiety. Ponieważ w pierwszym tomie oglądaliśmy Chorwację jedynie oczami przebywających tam, dłużej albo krócej, Polaków. 
Zuzanna jest korposzczurem. Od lat pracuje w firmie farmaceutycznej, pnąc się po szczeblach kariery, zapominając o instytucji urlopu. Niezbyt lubiana, choć szanowana w firmie, budzi respekt i strach, jest świetna w tym, co robi i liczy na awans na partnera w spółce. Po pracy, czyli późnymi wieczorami, wraca do pustego mieszkania. Nikt na nią nie czeka. Nie stworzyła związku, nie zbudowała rodziny, w życiu liczyła się tylko praca i zawodowy sukces. Czy jednak zawsze tak było? Czy śliczna 33-latka o rudych włosach i pięknych krągłościach (bo kochanego ciałka nigdy zbyt wiele) zawsze była taka? Czy może po prostu w ten sposób uciekła przed bolesną przeszłością?
Zuza ma dwie siostry. Zośka jest jej bliźniaczką i, choć fizycznie różni je tylko kolor jednego oka, przeciwieństwem Zuzy. Od lat ten sam mężczyzna – mąż, dom, obiadki, nastoletnie dzieci. Nie pracuje, zajmuje się domem, para rękodziełem, które przeznacza na ogół na cele charytatywne. O zarobki dba Adad – informatyk. Trzecia z sióstr Skotnickich mieszka na Półwyspie Pelješac w południowej Dalmacji. Prowadzi tam salon masażu i wychowuje samotnie synka, Daria. Ivo, ojciec chłopca, wyjechał do Włoch i tylko czasami odwiedza chłopca. Z pewnością jednak nie przyjeżdża, by zobaczyć się z Gabrysią. Co się między nimi wydarzyło? Mamy dowiedzieć się dopiero w połowie przyszłego roku... 
Losy sióstr Skotnickich związane są oczywiście również z mężczyznami, bo Autorka serwuje nam w powieści naprawdę dobry romans. Choć, jak to z romansami bywa, czasami strasznie naiwny i nierealny, to jednak piękny i porywający. Gorący, jak słońce południowej Dalmacji i pachnący lawendą. Romans, który sięga daleko w przeszłość trzech sióstr, do ich wczesnej młodości, pierwszych nastoletnich zauroczeń, pierwszych westchnień, randek. 
Napisana ładnym językiem powieść pełna jest zwrotów akcji, choć nie powiem, by główny wątek był specjalnie zaskakujący. Chociaż... są takie momenty, których z pewnością nie przewidziałam i czułam się zaskoczona, bardzo pozytywnie, oczywiście. Chyba jednak najbardziej zainteresowała mnie historia Zośki, a Autorka na końcu narobiła mi dodatkowego smaku. Czy ja wytrzymam do lutego?
Ciepła historia Zuzy, Zosi i Gabi (oraz Adama i Roberta) mówi nie tylko o miłości pełnej westchnień, gorących pocałunków, bukietów kwiatów i szalonego gonienia za sobą nawet na koniec świata. Mówi również o miłości siostrzanej. O tajemnicach, które kryje serce każdego człowieka. O żalu, o bólu spowodowanym zdradą, o przebaczeniu, o konsekwencjach, jakie niesie za sobą każda decyzja. Bardzo udane połączenie.
Okładka mnie urzekła, o czym już pisałam. Co do reszty wydania nie mogę się wypowiadać, ponieważ otrzymałam egzemplarz recenzencki, przed korektą, także pojawiające się tu i ówdzie literówki nie mogły mnie specjalnie razić. Jeśli zostaną poprawione – będzie naprawdę dobrze. Jeśli nie – to tak pół na pół w kwestii wydania. Choć książkę czytało się fantastycznie, to raczej do niej nie wrócę (tylko czekam na kolejne tomy), a już na pewno nie w pełnym wydaniu, więc nie będę w stanie donieść Wam jak poszło z korektą. Może ktoś z Was przeczyta tę powieść Agnieszki Lingas-Łoniewskiej i da znać, jak wydawnictwo poradziło sobie z poprawkami?
Tymczasem ja gorąco polecam, a za kilka dni (najpóźniej w przyszłym tygodniu) zapraszam do przeczytania wywiadu z Autorką na blogu http://fairyliterature.blogspot.com/.
 




Książka przeczytana w ramach Projektu:

Książka przeczytana w ramach Wyzwania:

poniedziałek, 13 października 2014

Moich pór roku cztery... – Ryszard Wojnowicz

Wydawnictwo: Białe Pióro
Warszawa 2014
Oprawa: miękka
Liczba stron:129
ISBN: 978-83-64426-12-4





Jeśli tęsknicie za pięknym językiem, za wspaniałą przyrodą... Jeśli lubicie poetycką prozę... Jeśli miłość i ptaków śpiew są znane Waszym sercom... To jest to właśnie książka dla Was. Na jesienne chłodne popołudnia, na wiosenne poranki, na zimowe wieczory. Dobra o każdej porze, choć wymagająca skupienia. Przeniesie Was w miejsca, które być może są tuż za płotem, zaraz obok, a jednak... niedostrzegalne, pomijane, zapomniane, kiedy Wy wyjeżdżacie na wakacje do ciepłych krajów i innych egzotycznych miejsc.
Ryszard Wojnowicz pokazuje nam piękno polskiej przyrody. Łączy je równocześnie z czystą miłością do kobiety. Bo czyż nie jest cudownie móc wspólnie podziwiać cuda natury, mieć wspólne pasje, razem podpatrywać kukułki wykluwające się w cudzych gniazdach albo...? Poezja płynie ze stron tej niegrubej książki. Poezja piękna i romantyczna, choć spisana prozą i zdecydowanie bardziej zrozumiałam od tradycyjnej poezji. Przeniesie Was na zielone łąki, na zarośnięte szuwarami stawy, w niesamowite i groźne góry.
Cóż długo się rozpisywać, kiedy samemu trzeba przeczytać, by poczuć te motyle w brzuchu, przypomnieć sobie pierwszą wielką młodzieńczą miłość, zatopić się we wspomnieniach, w marzeniach... Wojnowiczowi udaje się coś niebywałego – prowadzi nas po świecie realnym, a jednak całkowicie baśniowym. Takie historie pisze tylko życie. Takie urokliwe miejsca zapewnić może tylko rzeczywisty świat, który nas otacza. Dlaczego go nie dostrzegamy? Któż to wie. Dobrze, że są tacy ludzie jak Wojnowicz, którzy o nim przypominają.
Sami tylko posłuchajcie: "Słońce w zasadzie kończyło swe widnokręgowe wędrowanie i popołudnie coraz wyraźniej zaczynało pachnieć wschodzącą purpurą jego zachodzenia, kiedy opuściłem wypełnione bezczynnością zacisze domu." Czyż to nie piękne?
Wyobraźnia robi swoje. Soczyste opisy wywołują niesamowite widoki. Czujecie na twarzy ciepło słońca, albo krople deszczu. Wszystko to na dodatek napisane pięknym językiem, z którym tak rzadko spotykamy się w dzisiejszej literaturze często nastawionej na akcję albo kontrowersyjność.
Klimatyczna okładka i cztery fotografie w środku dopełniają całość. Oczywiście mogę się przyczepić do literówek, których kilka się znalazło, ale chyba sobie podaruję.





Książkę przeczytałam dzięki życzliwości Wydawnictwa Literackiego Białe Pióro



Książka przeczytana w ramach Wyzwania:

sobota, 11 października 2014

Konkurs



Kochani, z okazji 3. urodzin Dune Fairytales ogłaszam konkurs. Do dnia naszego święta, czyli do 18 października, do południa możecie wziąć w nim udział. Popołudniu tego dnia odpalam świeczki na torcie i losuję zwycięzcę.
Co trzeba zrobić? Wchodzić na bloga i zostawiać komentarze pod recenzjami, które czytacie. Jeśli ktoś z Was napisze jako anonim, to proszę o skontaktowanie się ze mną przez formularz zgłoszeniowy, bym wiedziała, czyje imię (czy pseudonim) wrzucić do magicznego kapelusza. 
Nagroda będzie, oczywiście, książkowa, ale... to niespodzianka. Zapraszam :)

piątek, 10 października 2014

Forta – Michał Cholewa



Wydawnictwo: WARBOOK
Ustroń 2013
3 tom serii
Oprawa: miękka
Liczba stron: 570
ISBN: 978-83-64523-12-0






Nie lubię czytać serii od środka. Zawsze sprawia to mniejsze albo większe kłopoty. Choć przecież przygody brata Cadfaela zaczęłam od tomu XIX i problemów nie miałam prawie żadnych. Po zasięgnięciu opinii, przekonana, że "Fortę" Michała Cholewy można spokojnie czytać bez znajomości "Gambita" i "Punktu cięcia" zasiadłam do lektury...
Pierwsze kilka stron powaliło mnie całkowicie. Nazwy, nazwiska, pseudonimy... O jasny (...), pomyślałam. W pierwszej chwili nie wiedziałam, która nazwa odnosi się do planety, która do statku kosmicznego, a która jest nazwiskiem, czy pseudonimem bohatera. Na szczęście po Prologu trochę się uspokoiło i zaczęłam odróżniać terminy.
"Fortę" należy zaliczyć do gatunku military sf – są planety, są statki kosmiczne, mnóstwo wojska, broni, potyczek. Całkiem ciekawy pomysł, duży potencjał. Jednak coś mi nie podpadło. Co? Chyba właśnie fakt, że nie znałam poprzednich tomów zaważył na tym, że długo, naprawdę długo, zupełnie nie odróżniałam od siebie bohaterów. Kojarzyłam jedynie Wierzbowskiego i Kicię. Z resztą miałam spory problem i to długo. Szafę i Szczeniaka myliłam aż do ostatnich stron, mimo że... Zaraz, bo się rozpędzę. Myślę, że znajomość dwóch wcześniejszych powieści Cholewy byłaby jednak bardzo przydatna. Gdybym lepiej poznała bohaterów, z pewnością bardziej bym się z nimi zżyła i bardziej zainteresowała ich losami. 
"Fortę" zaliczam do książek, które czyta się całkiem dobrze, kiedy się czyta. Wystarczy jednak odłożyć na chwilę i już nie ma się większej ochoty, by wrócić do lektury. Przynajmniej do połowy jest właśnie tak. Do połowy, czyli strony 300. Później jest już lepiej, powiem nawet – dużo lepiej. Ostatnie 200 stron "połknęłam" właściwie w jedno popołudnie, wcześniejsze niemal 400 "męczyłam" przez dwa miesiące.
Książka opowiada historię pewnego oddziału, który w wyniku niezbyt szczęśliwego zbiegu okoliczności trafia na planetę Atropos. Właściwie być może uratowano im tyłki, wysyłając właśnie tam, ale... Jak to w armii bywa – nie wszyscy wrócą na tarczy. Można śmiało powiedzieć, nie zdradzając za wiele, że zdecydowana większość oddziału nie dotrwa do ostatniej strony powieści. Cóż, uroki military sf.
Wróg, z którym przyjdzie się spotkać Wierzbie i jego żołnierzom oraz niesławnym i zdecydowanie nielubianym oesom jest potężny i będziecie świadkami naprawdę zażartej walki. Czy jednak to właśnie on (ona/ono?) jest najgroźniejszy? Czy może to, co siedzi wewnątrz człowieka? Co zwycięży walkę – racjonalność, czy emocje? Dobro całego oddziału, czy życie przyjaciela? Jak daleko jest w stanie posunąć się człowiek, żeby przetrwać? I czy można ludzi podzielić na ważnych i nieistotnych? Wiele ważkich pytań, na które odpowiedzi musimy sobie udzielić sami. Zmierzą się z nimi również bohaterowie "Forty", w szczególności Wierzbowski. 
Ciekawa jestem, czy w poprzednich powieściach Autor więcej napisał o Dniu. Byłam naprawdę bardzo ciekawa, co się tak naprawdę wydarzyło na Ziemi, że zmieniło oblicze całego znanego wszechświata. Niestety z "Forty" nie wywnioskowałam za wiele. Może jednak warto byłoby sięgnąć po wcześniejsze części cyklu...
Dla tych, którzy lubią czytać o działaniach wojennych, szczególnie o potyczkach niewielkich oddziałów, o strategii i broni – ta powieść to prawdziwa gratka. Dla tych, którzy za takimi opisami nie przepadają – "Forta" może się okazać nie do przejścia. Lojalnie uprzedzam, że jest ich dużo i nikt nie powinien się dziwić, wszak to elementy niezbędne, by powieść zaliczyć do military sf.
Niegościnna kolonia na trudnej do przetrwania planecie. Poszukiwania artefaktu sprzed Dnia. Ludobójstwo dla "wyższych celów". Moralność żołnierzy. Androidy, statki kosmiczne, walki w przestrzeni i na planecie. Liczne i zaskakujące zwroty akcji. Gęsto ścielący się trup. Tego z pewnością nie zabrakło. Dlaczego więc nie jestem zachwycona? Bo przecież nie chodzi tylko o to, że nie przywiązałam się do bohaterów... Nie wiem, nie potrafię do końca określić. Tak, jak już zauważyłam – ostatnie dwieście stron to kawał świetnej historii. Porywającej, wbijającej w fotel, naprawdę z najwyższej półki, mimo że przecież nadal nie ogarniałam wszystkich bohaterów. 
Jeśli chodzi o samo wydanie. Ciekawa okładka, dobry papier, zapach prawdziwej farby drukarskiej Tylko literówek strasznie dużo. Zdecydowanie za dużo, nawet jak na taką "cegłę". 
Czy polecam? Przede wszystkim uczulam, by najpierw zapoznać się z dwoma wcześniejszymi tomami cyklu. Myślę, że wówczas "Forta" będzie bardziej zrozumiała. Ja chyba do nich wrócę, bo rzeczywiście sam pomysł bardzo mi się spodobał i uważam, że ma wielki potencjał, a z tego, co można przeczytać między wierszami epilogu... będzie i dalszy ciąg.



Książkę przeczytałam dzięki życzliwości Autora

środa, 8 października 2014

Legion – Elżbieta Cherezińska

Wydawnictwo: Zysk i S-ka
Poznań 2013
Oprawa: twarda z obwolutą
Liczba stron: 800
ISBN: 978-83-7785-377-1






Po dwóch tomach serii Odrodzone Królestwo stałam się prawdziwą fanką Cherezińskiej. Nie ma się co dziwić – wydane dotychczas dwa tomy trylogii są po prostu wspaniałe, wyjątkowe i takie... polskie. Zastanawiałam się, jak Autorka poradzi sobie z okresem tak współczesnym, jak druga wojna światowa i z tematem tak bardzo wrażliwym jak żołnierze wyklęci. Jest się z czym zmierzyć, nie tylko dlatego, że powieść liczy sobie 800 stron i kiedy dodać do tego jeszcze twardą oprawę – jest po prostu ciężka fizycznie. Warto jednak poćwiczyć mięśnie rąk, by poznać tę niesamowitą i porywającą opowieść. Nie tylko kartę z naszej rodzimej historii, ale wiele kart.
Bohaterów w "Legionie" jest wielu, choć można wymienić kilku pierwszoplanowych. Będą to z pewnością Jaxa, Żbik, Zub-Zdanowicz zwany najpierw Dorem, a później Zębem, Fenix i jego ukochana Pola. Początkowo, muszę przyznać, kompletnie się gubiłam w tym, kto jest kim. Nie pomagały nawet, sprytnie wplecione, krótkie biogramy postaci. Później się polepszyło i już nie miałam problemów, by socjalistę Jakuba odróżnić od narodowca Jaxy itd. Biogramy natomiast były... kroczące, co jest olbrzymim plusem i ukłonem w stronę czytelnika. Co jakiś czas, gdy bohater nie pojawiał się przez ileś rozdziałów, Autorka przypomina pokrótce, kim jest i za każdym razem dodaje nowe i istotne informacje. Jeszcze nigdy nie spotkałam się z takim sposobem narracji, który jest bardzo zwięzły i przypomina coś na kształt kartek z kartoteki. Od razu widać, że teraz nastąpi kilka słów o bohaterze, można też do tych biogramów łatwo wrócić, ponieważ wyróżniają się czcionką z reszty tekstu. Na początku nie byłam do tego zabiegu przekonana, ale zmieniłam zdanie.
O czym? O Brygadzie Świętokrzyskiej. Tego można dowiedzieć się właściwie wszędzie. Choć to nie do końca prawda. Bo "Legion" to coś znacznie, znacznie więcej niż historia BŚ. Przez pierwsze 500 stron nawet słowem o niej nie wspomniano. Za to doskonale poznacie członków różnych organizacji polskiego podziemia. Lewicę, centrum, prawicę. Socjalistów, komunistów, narodowców. Związek Jaszczurczy powstanie na Waszych oczach. A Polacy, którzy walczą o wolną Polskę, mają najróżniejsze wizje co do tego, jak powinna ona wyglądać po wyzwoleniu spod okupacji. Ojczyzna nie jest dla nich jakimś górnolotnym słowem, nad którym należy wylewać potoki łez. Jest namacalna, rzeczywista, pamiętają ją przecież. Niektórzy z nostalgią, inni z nienawiścią, ale była i ma się odrodzić.
Kiedy walczą, potrafią działać razem. AK z NOWem, a nawet z GL, kiedy zajdzie potrzeba. Kiedy jednak walka dobiega końca, a zamiast strzałów słychać ludzkie głosy... wszystko się wali, niczym domek z kart. Nie potrafią się porozumieć właściwie w żadnej kwestii. Polityka... 
Pomiędzy walkami, zdobywaniem broni, uwalnianiem Żydów (nawet narodowcy ich ratowali, choć nazywano ich już wówczas polskimi faszystami), dywersją, ochroną wiejskiej ludności, planowaniem mniejszych i większych akcji jest też czas na zwyczajne – o ile w czasie wojny takiego terminu w ogóle można użyć – życie. Na miłość. Na śluby. Na rodzenie dzieci. A nawet na zwyczajną śmierć, bo przecież ludzie umierali także ze starości i chorób, nie wszyscy ginęli w obozach koncentracyjnych, czy w czasie pacyfikowania ludności przez okupanta (okupantów). Nie dziwi więc, że tak ważną postacią jest Pola, która choć przez pewien czas działała w konspiracji, jest przedstawiona przede wszystkim jako kobieta i matka, która stara się jak może, by jej dzieci nie były głodne i zmarznięte i która własne szczęście potrafi dla nich poświęcić, nawet jeśli... Nie, nie, żeby nie zdradzić za wiele, ugryzę się w (język?) palec.
Cherezińska nie mówi, że ten jest dobry, a tamten zły. Pokazuje ludzi z krwi i kości ze wszystkimi ich zaletami i wadami, przywarami, marzeniami, pobudkami. Bo przecież nikt nie jest do końca nieskazitelny, nikt nie jest święty. W czasie wojny zaś... wiele się może zmienić. Autorka nie piętnuje właściwie nikogo, nawet Volksdeutch niekoniecznie musi zasługiwać na kulkę w łeb. Bo wojna potrafi odczłowieczyć, ważne jest więc, by mimo wszystko podejść do każdego indywidualnie – o ile tylko jest to możliwe. Bóg-Honor-Ojczyzna przede wszystkim, chciałoby się rzec, nie zapominajmy jednak, że lewicowe stronnictwa z pewnością się tą maksymą nie posługiwały.
O żołnierzach wyklętych napisano w ostatnich latach całkiem sporo tekstów, choć wciąż wydaje się, że za mało. Dlatego też "Legion" jest tak ważny. Szczególnie właśnie z tego powodu, że Autorka nie pokazuje tylko jednej strony medalu. Lawiruje pomiędzy stronnictwami, pokazując równocześnie, co się dzieje na scenie politycznej, a co w terenie, gdzie zamiast dyskusji o kształcie rządu ważniejsze są kurze jaja i kilka nabojów do pistoletu. 
"Legion" to w dużej mierze dialogi. Dla tych, którzy nie przepadają za długimi opisami – lektura doskonała. Poznajemy bohaterów poprzez akcję i ich rozmowy. Potocznym, prostym językiem (choć zróżnicowanym w zależności od tego, skąd kto pochodzi i z kim rozmawia). Przede wszystkim – naturalnym dla danej sytuacji.
Łzy wzruszenia? Pojawiły się, a jakże. Czasem w miejscach, w których się ich zupełnie nie spodziewałam. Myślę jednak, że nie można "Legionu" postrzegać jako książki, nad którą powinno się, czy też trzeba sobie popłakać. To nade wszystko powieść o ludziach, którzy się nie poddali, którzy walczyli za swoje ideały, niezależnie, jakie one były. O sile i wytrwałości.
Nie zaprzeczę, że znalazłam trochę literówek. Nie będę usprawiedliwiać, że książka jest długa. Literówki są i basta. Nie jest ich dużo, ale mogłoby być mniej. 
Okładka... Widzicie powyżej obwolutę. Klimatyczną, spokojną, a jednocześnie budzącą wiele emocji. Bo ten las, w którym ukrywali się partyzanci i to słońce, którego promienie gdzieś tam pojawiają się, niby wróżąc kolejny dzień. Choć wiemy, że wielu tego następnego poranka nie doczekało. Do tego jeszcze polsko-czerwone akcenty. Wszystko buduje klimat powieści. Zdejmujecie obwolutę i Waszym oczom ukazuje się okładka. Ciemna, smutna, znów z napisami – tym razem w kolorze krwi. I wszechobecna jaszczurka. Odwracacie, a z tyłu... To już musicie zobaczyć sami. I doczytać, czego symbol umieszczono na tylnej okładce. Dopiero wówczas zrozumiecie całość, wówczas pociekną prawdziwie słone łzy.





Książkę przeczytałam dzięki życzliwości Wydawnictwa Zysk i S-ka



Książka przeczytana w ramach Wyzwania

piątek, 3 października 2014

Wołanie mew – Marian Kowalski

Wydawnictwo: RW2010
Poznań 2012
Ebook, format pdf
Liczba stron: 286
ISBN: 978-83-63111-83-0





Po przeczytaniu "Mrocznego dziedzictwa" postanowiłam lepiej zapoznać się z twórczością Mariana Kowalskiego. Tamta powieść miała wartką akcję, elementy kryminalne i fantastyczne, wyraziste postaci. Czegoś podobnego spodziewałam się więc i po "Wołaniu mew". Co otrzymałam?
Inga Bral mieszka w Niemczech i robi karierkę modelki. Nie wielką karierę, choć może się pochwalić pięknym, ponętnym ciałem, a kiedy pojawia się na wybiegu – mężczyźni wstrzymują oddech. Szczególnie jeden... Joachim Kraft. Są ze sobą, choć żadne z nich nie jest w tym związku do końca szczęśliwe. Joachim pożąda ciała Ingi, choć w głębi duszy ją kocha. Przynajmniej tak mu się wydaje. Jednak nie potrafi głośno powiedzieć, co czuje. Inga – Krystyna właściwie, bo Inga to imię z bierzmowania, którym się przedstawia w modowym światku – ma marzenia. Chce pozostawić po sobie coś więcej, niż bilbordy, na których pozuje w seksownej bieliźnie. Marzy jej się kariera w telewizji, albo chociaż w radio. Niezależnie jednak od okoliczności – oboje żyją w miarę beztrosko, nie przejmując się specjalnie poważnymi sprawami.
Pewien rejs jachtem, na który Inga od dawna namawiała Joachima, może wiele zmienić. Choć z pewnością nie po myśli żadnego z nich. Morskie fale, norweskie fiordy, wrzosowiska i bagna, na których niedawno zginęła piękna kobieta, dwóch oczarowanych Ingą mężczyzn... I zawsze, wszędzie – mewy i ich krzyk. Czy w mewach zaklęta jest dusza tych, co zginęli na morzu? Czy Joachim – Mazur z pochodzenia – i Inga – córka polskiego marynarza – znajdą swoją drogę w życiu, swoje szczęście i... czy nadal będzie im towarzyszyło wołanie mew?
Powieść dzieli się na pięć dużych rozdziałów, które można by nazwać częściami. To kolejne etapy życia Ingi Bral i jej poszukiwań szczęścia i spełnienia. Podział ten zmusza w odpowiednich momentach do zatrzymania się i chwili zastanowienia. Uważam, że jego wprowadzenie było bardzo dobrym pomysłem – w moim przypadku sprawdziło się wyśmienicie.
Prawda jest taka, że swobodne życie Ingi i Joachima jest nacechowane dość negatywnie. Autor zdaje się chcieć zmusić nas do poważnego zastanowienia się nad współczesnym społeczeństwem i jego dążeniem do sławy, bogactwa, łatwości zdobywania wszystkiego. Przed ciągłym gromadzeniem dóbr doczesnych i odczuwaniem nieustannej przyjemności. Z jednej strony pokazuje Ingę jako dziewczynę ambitną, która trochę się zaplątała w swoim życiu, ale właściwie strasznie cierpi z powodu tego, jak jest traktowana przez swojego opiekuna-kochanka. Z drugiej zaś – trudno w pewnym momencie nie dojść do wniosku, że przecież sama tego chciała, sama go wielokrotnie prowokowała, pozwalała na przedmiotowe traktowanie, ponieważ... dzięki temu łatwiej było o kolejne kontrakty, ładne mieszkanko, drogie ciuchy, wystawne imprezy. Kowalski zadaje mnóstwo trudnych pytań – warto zastanowić się nad odpowiedziami na nie.
Jeśli chodzi o samo wydanie – czytałam wersję pdf, powieść dostępna jest również w formatach epub i mobi. Bardzo dobra korekta i redakcja, ciekawa grafika na okładce. Nic dodać, nic ująć. Myślę, że to nie ostatnia książka Mariana Kowalskiego, o jakiej przeczytacie na Dune Fairytales.
 







Książkę przeczytałam dzięki życzliwości Wydawnictwa RW2010

czwartek, 2 października 2014

Lawenda – Ewa Formella


Wydawnictwo: sumptem Autorki
druk: SOWA, 2014
Oprawa: miękka
Liczba stron: 197
ISBN: 978-83-934739-6-0








Do Trójmiasta przylatuje Paul, a właściwie Paweł. Przed laty, jeszcze jako młodzieniec, opuścił Polskę i zamieszkał w Stanach. Jest dziennikarzem i postanowił napisać książkę. Jego bestseller ma traktować o ekskluzywnych prostytutkach.
Nie tego się jednak spodziewał, kiedy znajomy umówił go z panią Magnolią – właścicielką najdroższego domu uciech w Polsce.
Owiany tajemnicą, a jednak znany przez wszystkich ze słyszenia. Można by o nim powiedzieć "miejska legenda". Dom, a właściwie cały kompleks, w którym piękne kobiety dotrzymują mężczyznom towarzystwa. Za duże pieniądze wykonują najstarszy zawód świata. Jak się tam znalazły? Dlaczego postanowiły właśnie w ten sposób zarabiać na przysłowiowy chleb (a może szampana i kawior?)? Paweł powoli poznaje historię Magnolii i Ogrodu, w którym kobiety noszą imiona kwiatów, a tą najbardziej pożądaną i najpiękniejszą jest tytułowa Lawenda.
Trójmiasto, wielkie pieniądze, luksusy, młode i ponętne ciała. W opozycji – pogarda, tajemnice, zranione serca i dusze. Skłócone, niepełne rodziny. Dzieci, które rzadko widują matki. Rodzice, którzy wyrzekają się swych córek. I malutki promyk nadziei na to, że szczęście jest jednak pisane każdemu, niezależnie od zawodu, jaki ta osoba uprawia. 
Dzięki rozmowom z Pawłem Magnolia, a właściwie Ada, otwiera się i opowiada swą długą historię. Paul słucha i wzrusza się niejednokrotnie. Z każdym kolejnym spotkaniem zaczyna dostrzegać, że książka, którą zamierzał napisać zmienia się wraz ze zdaniami wypowiadanymi przez elegancką starszą panią, która dorobiła się potężnego majątku, a jednak wciąż zdaje się nie być szczęśliwa. Nam, czytelnikom, przychodzi natomiast na myśl pytanie o to, czy można Adę potępiać. Czy można potępiać którąkolwiek z tych cór Koryntu. 
Drugą bohaterką jest Małgorzata, która w Ogrodzie znana jest jako Lawenda. Odtrącenie rodziców, wyjazd do Stanów razem z ukochanym i jego utrata, bolesny powrót, czarnoskóre bliźnięta. Jedna osoba, która podała pomocną dłoń. Przyjaciółka, opiekunka, a jednocześnie szefowa. Kim właściwie jest dla Lawendy Magnolia? A przystojny i super bogaty Henry?
Historia opisana przez Autorkę jest wzruszająca i wciągająca. Chce się wciąż poznawać lepiej, bliżej, głębiej. Czyta się z zapartym tchem, co ułatwia prosty język. Zupełnie, jakbyśmy nie czytali, a słuchali opowieści. Trochę romantycznej, trochę strasznej. Z pewnością poruszającej. Bo życie dewizowych mewek na polskim Wybrzeżu nie jest do pozazdroszczenia.
Szkoda, że powieść jest taka krótka. W pewnym momencie akcja zaczyna galopować jak pełnokrwisty Arab, trochę nawet za szybko. Zakończenie wątków następuje znienacka, szkoda. Ostatnie 30-40 stron rozpisałabym na co najmniej sto. Bo za szybko i zbyt nieprawdopodobnie kończy się ta historia. Spodziewałam się z pewnością nieco innego zakończenia, choć trudno powiedzieć, że takie, jakie wymyśliła Ewa Formella jest złe. Myślę, że zadowoli sporą rzeszę czytelniczek, a jednak...
"Lawenda" to powieść o miłości, przebaczeniu i godności. O tolerancji i próbie zrozumienia wnętrza drugiego człowieka. Choć napisana prostym językiem, ma głębokie przesłanie.
Czytając "Lawendę" często miałam przed oczami niesamowity i kontrowersyjny serial "Satisfaction", który oglądałam już dwukrotnie i który również opowiada o domu publicznym i jego pracownikach (bo nie tylko pracownicach). 
Minusy? Mnóstwo źle postawionych przecinków, kilka literówek, klasyczne "tą" zamiast "tę". Nic, z czym dobra korekta i redakcja by sobie nie poradziły. Niestety w tym przypadku nie można mówić o "dobrych", jako że zdecydowanie osoby, którym te zadania powierzono – nie dały rady.






Książka przeczytana w ramach Projektu:

Książka przeczytana w ramach Wyzwania: