Fragment mojej recenzji został umieszczony na okładce powieści "Skazaniec. Z bestią w sercu" Krzysztofa Spadło

Fragment mojej recenzji „Korony śniegu i krwi” został umieszczony na okładce powieści Elżbiety Cherezińskiej – „Niewidzialna korona” (wyd. Zysk i S-ka)

poniedziałek, 27 sierpnia 2012

Polcon 2012

Polcon, Polcon i po Polconie… Było zacnie, choć mam też parę zastrzeżeń, o których na końcu.
Po kolei zatem. Kolejka, jak to kolejka na dobrych konwentach – długa, kolorowa, radosna. Słońce świeciło, obok bufet, można się było posilić i napoić, czekając na swoją kolej w akredytacji. Cudnie, że dla tych, którzy już zapłacili wcześniej i musieli swoją jedynie odebrać, była osobna kolejka.
Zaczęłam w czwartek o 15, prelekcją o średniowiecznej magii z Anią Brzezińską. Temat wdzięczny, prelegentka, jak zawsze, urocza i fantastyczna. Uwielbiam jej słuchać! Rzeczowo, na temat, z uśmiechem i inteligentnym żartem, chętna do odpowiedzi na pytania słuchaczy. Jednym słowem – genialny początek merytorycznej części Polconu w Breslau.
Dwugodzinna prelekcja o ukraińskiej fantastyce zaintrygowała mnie na tyle, że do domu powróciłam z czterema tomiszczami Mariny i Siergieja Diaczenko. Prowadzący przedstawili nie tylko historię gatunku w dziejach swego kraju, ale nakreślili również społeczny krajobraz, tłumacząc różne zawiłości na rynku literackim Ukrainy. Na dodatek – o dziwo – niemal wszystko, co mówili rozumiałam i nie musiałam specjalnie słuchać tłumaczki. Wspaniałe odkrycie!
„Fantastyczne światy Franka Herberta” przekonały mnie do powtórnej lektury jednego z jego dzieł. Ponadto rozpoczęły ciekawą dyskusję. Cieszy, że jest nadal tyle osób na konwentach, które się tym tematem interesują. Dzięki więc prowadzącemu, że zgłosił się, by przygotować nam trochę informacji i przekazać je w ciekawy sposób. Dodatkowy plus za interesujące „ugryzienie” tematu J
„Niesamowity PRL”. Cóż, moja wina – nie doczytałam, w czym rzecz i nastawiłam się na coś kompletnie innego. Moja wina… Było… Ciekawie. Śmiesznie, zabawnie, szokująco… dziwnie. Na pewno nie było strasznie, choć to oczywiście nie tyle wina prowadzącego (choć prelekcja odbywała się w bloku Horror i groza) tylko filmów grozy czasu PRLu. Cóż – z pewnością było to ciekawe doświadczenie, którego jednak nie powtórzę i raczej nie skłoniło mnie do pogłębienia tematu, ani tym bardziej do obejrzenia któregokolwiek z przedstawianych pokrótce filmów „grozy”.
Koniec czwartku, czas na powrót do domu. Daleko, bo cięliśmy koszty, ale warto. Przynamniej trochę Wrocławia można zobaczyć z okien tramwaju, czy autobusu.
Piątek czas zacząć od… Gwiezdnych Wrót. „Układy w galaktyce Stargate” to przekrój pierwszych kilku serii SG-1. Być może w założeniu prowadzącego nawet całego serialu, niestety z powodu spóźnienia nie zdążył przedstawić nam wszystkich plansz. Szkoda. Byłam bardzo ciekawa podejścia do tematu Ori. Może następnym razem. Miłe przypomnienie kilku najważniejszych kwestii i ciekawe komentarze, chociaż liczyłam na ugryzienie mniej linearne, bardziej tematyczne.
Kolejne spotkanie z Anią Brzezińską – tym razem bardziej o życiu i twórczości. Pełna humoru i fascynujących dygresji opowieść snuta przez pisarkę, która została po raz kolejny nominowana do nagrody Zajdla (szkoda trochę, że nie wygrała). Dzięki niej mam kilka kolejnych interesujących tematów do zgłębienia, a osoby, które prowadzą prelekcje – dobrą lekcję, jak zrobić świetny efekt przy niedużych funduszach. Ania Brzezińska nigdy właściwie nie korzysta w komputera, rzutnika i prezentacji, a na spotkania z nią ciężko dostać się już po pierwszych kilku minutach, ponieważ sala pęka w szwach, a ona prowadzi ożywioną dyskusję ze słuchaczami, snując swe niesamowite opowieści, jednocześnie skromnie siedząc na krzesełku. Iście renesansowa osobistość.
„Języki bardzo obce” to kolejny przykład tego, jak z tematu, który ma wielki potencjał, a który można jednocześnie przedstawić w sposób do bólu nudny, zrobić coś genialnego. Dorota Guttfeld ma w sobie tyle energii, że nie sposób jej nie słuchać. Jednocześnie głowa pełna wiedzy i pomysłów, a danie to okraszone świetnym humorem prowadzącej i elastycznym podejściem do tematu. Czy mi też uda się kiedyś coś tak cudownie poprowadzić? Oby…
Spotkanie z Wydawnictwem Dobre Historie po raz kolejny. Nie ma się co dziwić – zaczynam z nimi współpracować, więc „musiałam” się pojawić. Kilka newsów, co chłopaki planują w najbliższym czasie, trochę pytań z sali, a w perspektywie trzeci numer czasopisma „Coś na progu” do odebrania w ciągu najbliższych dwóch godzin. Przyjemne spotkanie z trzema współwłaścicielami wydawnictwa przerwał mi sms od Męża z informacją, że… wygrałam akredytację na Worldcon w Londynie w 2014 roku! 60 funtów do przodu, genialne wakacje przed nami, satysfakcja niesamowita z tego, że to wygrana. Żeby tak jeszcze szczęście się uśmiechnęło do mnie, kiedy gram w Totka…
Największy bodaj hit konwentu czas zacząć – dwugodzinne spotkanie z Erichem Danikenem. Osobiście to nie był mój pierwszy typ, poszłam właściwie dlatego, że prosił mnie o to Mąż. W każdym razie mogę powiedzieć tyle – Daniken z pewnością nie wygląda na swój wiek i jestem w stanie zrozumieć, dlaczego ludzie tak tłumnie przybyli na spotkanie z nim. Ma w sobie tyle energii, którą tryska i tak niesamowitą osobność, że łatwo jest ulec jego urokowi. Zdziwiło mnie, że mówił po niemiecku, a nie po angielsku, ale to nie miało tak naprawdę większego wrażenia, ponieważ na sali było dwoje tłumaczy, którzy (jedno lepiej, drugie gorzej – bo to małżeństwo) dali sobie radę z nadążeniem za panem Erichiem. Ja nie wierzę w to, co mówił, ale te informacje, które są czysto naukowe, są niezmiernie ciekawe, a fakt, że wszystko to ilustruje własnymi zdjęciami i filmami, nie mówiąc już o wspomnianej energii – rewelacja. Tyle tylko, że kiedy wchodził na temat UFO… zamykały mi się oczka. Uwaga dla organizatorów – po jakiego diabła dawaliście nam miejscówki z numerami rzędów i krzeseł, skoro przy wchodzeniu okazało się, że dwa pierwsze rzędy są zarezerwowane dla VIPów, a reszta niech siada, gdzie chce? Chaos przez to wprowadziliście. Trzeba było nie numerować miejsc, albo najlepiej – kazać każdemu siadać według numeru na bilecie.
Panel „Co piszczy w polskiej grozie?”, w którym uczestniczyli Łukasz Śmigiel, Michał Gacek i Robert Cichowlas można najlepiej podsumować ich własnymi słowami: „Nie piszczy, wrzeszczy”. Godzinne spotkanie, z którego wszyscy miłośnicy grozy, horroru i suspensu wyszli z pewnością z większą niż dotychczas nadzieją, że polski rynek literatury tych gatunków wreszcie odzyskał głos i nie zamierza się poddać, przynajmniej w najbliższym czasie.
Ponowne spotkanie z Danikenem – jak wyżej. Trudno pisać co innego, skoro było tak samo, tylko tematyka zboczyła lekko bardziej w stronę Europy.
Króciutkie, bo zaledwie dwudziestominutowe spotkanie z redaktorem naczelnym serwisu internetowego Szuflada.net zaspokoiło właściwie moją ciekawość w temacie działalności i profilów tego serwisu, a jednocześnie dało trochę do myślenia. Kurcze, szkoda, że tak krótko, szczególnie, że Szuflada.net rozwija się prężnie, organizuje całe mnóstwo ciekawych konkursów literackich (w obecnym nawet biorę udział) i ma szanse na spore osiągnięcia.
Sobotę rozpoczęłam od spojrzenia na… koniec świata według dziewiętnastowiecznych mieszkańców imperium brytyjskiego. „Koniec świata dżentelmenów” to świetnie poprowadzona prelekcja mówiąca właśnie o tym, czego Brytyjczycy bali się najbardziej w dziewiętnastym i na początku dwudziestego wieku. Nie tylko, ale oczywiście przede wszystkim, w literaturze. Prowadzący przedstawił wnioski, które zamieścił w swej pracy doktorskiej, nie było tu jednak ani minuty uniwersyteckich nudów. Do rzucania warzywami i owocami w prowadzącego nie doszło, choć podobno był na to przygotowany! Świetny temat, rewelacyjne prowadzenie, genialnie przygotowana prezentacja – pełna strachów przeplatanych (nieangielskim) humorem – oto pobudzający do myślenia i uśmiechu początek soboty.
Dwie godziny oddechu, czyli czas na spotkanie ze znajomymi w „konwentowym” barze Cynamon. Przyjemne miejsce, miła atmosfera i rzesze cale konwentowiczów. Śniadanko, ploteczki i przepyszna kawka. Dzięki, Legion.
„Jak zadebiutować w Nowej Fantastyce?”… Krzesła, podłogi, podium, parapety – wszędzie zaś pełno ludzkich pośladków okupujących każdy centymetr przestrzeni w całkiem przecież dużej sali. I to nie tylko dlatego, że miał się pojawić Sapek. Nie było go i o tym wiedzieliśmy już gdzieś od drugiej minuty panelu, a jednak niewiele osób wyszło z sali. Cóż, sam Parowski miał problem, by do niej dotrzeć, mimo że przecież był jednym z prelegentów. Czego się dowiedzieliśmy? Kilku ciekawych przypowieści, jak to było kiedyś, jak debiutowali sławni dzisiaj pisarze i jak się zmienił redaktor naczelny na przestrzeni lat. Obiecano nam też konkurs z okazji trzydziestolecia pisma – już się zabieram do pisania…
Kto by pomyślał… „Tajemnice III Rzeczy” przyciągnęły takie rzesze (sic!) ludzi, że nie weszłam do sali. Pięć minut spóźnienia i okazało się, że nie ma tam już ani krztyny powietrza, gżdacze stoją na czatach i nikogo nie wpuszczają. Tego jeszcze nie było! Z perspektywą, że jak dobrze pójdzie to może po godzinie uda mi się wejść, przeszłam się po raz kolejny po budynku, odwiedziłam jeszcze kilka stoisk, zakupiłam mnóstwo książek, które później musiałam ze sobą przewieźć do domu (ku nieszczęściu mego Męża, który taszczył walizę), by w końcu drogi zajść na panel dotyczący przyszłości książki. A przyszłość tę wydawcy widzą w bardzo czarnych barwach i przestrzegają, że może być jeszcze gorzej w następnych latach. Ja jednak pozostaję dobrej myśli – w każdym razie ich wypowiedzi dały mi trochę do myślenia.
Kończymy sobotę bardzo… religijnie. Dyskusja z Wojciechem Szydą, autorem „Fausterii”, czyli religia w fantastyce. Jak się okazuje po dłuższym przemyśleniu – religia w fantastyce jest bardzo popularna i dużo na naszym rynku pozycji o niej traktujących. Wystarczyła mała burza mózgów.
Kiedy my wracamy do domu (koleżanki, u której się zatrzymaliśmy), na Polconie trwa Gala. Zajdle wędrują do Jakuba Ćwieka w kategorii opowiadanie i do Mai Lidii Kossakowskiej w kategorii powieść. Gratulujemy zwycięzcom. Dziw jedynie, że tak niewiele osób głosowało w ogóle.
Niedziela, walizki, pożegnania, ostatnie prelki i ścigające myśli o tym, że trzeba zdążyć na transport. Wspomnienia? Czemu nie. Panel z autorami, którzy może dawno już przeżyli swoje dwudzieste urodziny, ale nadal pozostają młodzi. Znani wielcy, którzy publikują od kilku/ kilkunastu lat. Trochę wspomnień przyprawionych odrobiną melancholii. Kilka rad, co zrobić, by ostatecznie się udało. I chyba najważniejsze – nadzieja, że po trzydziestce nadal można być młodym autorem.
Kolejna zapełniona po brzegi sala. Czy to romanse wampiryczne przyciągnęły konwentowiczów, czy energiczny zwycięzca, Kuba Ćwiek? Mnie temat, ale nie mam wątpliwości, że prowadzący miał sporo wspólnego z tym, że sala pękała w szwach, a tlenu powoli zaczynało brakować. Zabawnie poprowadzona dyskusja ze słuchaczami o tym, dlaczego te powieści tworzą właściwie jedynie kobiety i… dlaczego to źle? Cóż, nie sposób chyba nie zgodzić się z opinią Kuby Ćwieka – choćby na podstawie „True Blood”, która jest fatalnie napisaną książką (przez babeczkę w końcu) i świetnie nakręconym serialem (przez facetów, rzecz jasna). Coś w tym jest. Przegląd literatury, począwszy od „Drakuli” Stockera, a na „Zmierzchu” kończąc, okraszony niezdrową dla mięśni brzucha dawką humoru. Dobre wpomnienie na długie tygodnie (szczególnie, że właśnie zakończył się kolejny sezon „True Blood”).
Sabat czarownic. Ach te panie na miotłach. Mają tyle uroku. Palenie ich na stosach już nieco mniej, ale Milena Wójtowicz postarała się przedstawić nam temat w różnych aspektach. Merytorycznie i trochę zabawnie. Z dużą ilością zdjęć i ciekawych tekstów źródłowych. Jak sama wspomniała na początku – nie wierzy w to, co mówi. To jedynie ciekawy wątek historii, o którym warto mówić i który warto rozpatrywac pod kątem społecznym i psychologicznycm, a który z pewnością doda smaczku w lietarurze, którą niektórzy z nas uprawiają.
Na zakończenie (przynajmniej dla mnie, gdyż czas już naglił, by udać się na dworzec i wsiąść do autobusu) koty. Dyskusja Kossakowskiej i Białołęckiej to doprawdy przekomiczne, urokliwe i pełne miłości do tych zwierząt anegdoty. Z literatury, życia, legend. Bo jak nie kochać tych puchatych stworzonek? W końcu z resztą (słowami Ewy Białołęckiej): „Normalny pisarz ma kota”…
I tyle o prelekcjach, panelach, spotkaniach. Jak zwykle nie wzięłam udziału w żadnym LARPie, sesji RPG, czy turnieju planszówkowym – czasu za mało, nie da się doby rozciągnąć, choćby nie wiem, jak próbować. Kilka wspaniałych spotkań ze znajomymi, którym serdecznie dziękuję za poświęcony mi czas. Kilka osób, których zabrało… Ich strata.
Organizacja? Może dyplomatycznie – nie było źle. Chociaż nastawiałam się, że może nie być rewelacyjnie. Fakt, że właściwie na cztery dni przed konwentem nie można się było doprosić choćby o wstępny program, zakrawał na kpinę. Serio, nie czepiam się. Po prostu każdy chce wiedzieć, na co jedzie, za co zapłacił. To, że przy akredytacji musiałam się naprawdę kłócić o to, by w ogóle dano mi program to już jednak szok! Jak niby z samej książeczki miałam cokolwiek sobie zaplanować? Z resztą to było absolutnie niemożliwe, ponieważ książeczka została wydana w tak dziwaczny sposób, że w ogóle jej nie pojmuję. Jaki był klucz kolejności opisywanych w niej punktów programu i dlaczego nie było przy nich daty, godziny i miejsca – tego chyba nie wie nikt.
Stoisk było nad wyraz mało. Oczywiście i tak całą kasę wydawałam – na książki, ale żałuję, że nie było większego wyboru. Nie widziałam ani jednego stoiska z biżuterią (poza zegarkami Drobin czasu). Była zaledwie jedna księgarnia (z bogatym dorobkiem, ale jednak). Tylko na trzech stoiskach można było zakupić ciuszki (z tego na dwóch jedynie koszulki), a niestety wybór był mizerny L Chciałam sobie kupić płaszcz, nie udało się – na całym Polconie był tylko jeden egzemplarz i ktoś mi go sprzątnął spod nosa…
Ponadto dużo luk w programie. Wyjeżdżając do Wrocławia łudziłam się, że te luki z planu beta znikną, ale się przeliczyłam. Dziwne, chociaż… Najbardziej zszokowana byłam, kiedy trzy osoby siedzące na jednej prelekcji nieopodal mnie podsumowały, że nie znoszą, kiedy program jest napakowany ciekawymi punktami, bo oni nie potrafią wybrać, na co iść i luki są fajne. Żal serce ściska. Serio? Przecież o to właśnie chodzi, żeby był wybór, żeby nie iść na coś właściwie tylko dlatego, że nie ma w tym czasie niczego innego! Cóż, ludziska bywają dziwne, a ja i tak lubię, żeby było duuuużo. Nawet, jeśli później marudzę, że nie potrafię podjąć decyzji, do które sali iść w danej godzinie.
A za rok Warszawa. Już nie mogę się doczekać. Nie mówiąc o Worldconie 2014. Szykują się prawdziwe konwentowe perełki. Teraz zaś trzeba nadrobić czas poza domem, zając się porządnie pisaniem i… czekać na Pyrkon w marcu.

środa, 22 sierpnia 2012

Uciekinier - Ken Follett

Po powieści Kena Folleta spodziewałam się, że będzie przynajmniej ujmująca i trzymająca w napięciu. Nie zawiodłam się.
„Uciekinier” – jak głosi informacja na okładce – to powieść historyczno-przygodowa. Autor zabiera nas tym razem w czasy drugiej połowy osiemnastego wieku. Najpierw do Szkocji, później do Londynu, aż w końcu do Wirginii. USA jeszcze nie istnieją – ziemie te nadal są koloniami europejskich imperiów. Powoli jednak zaczynają się buntować, wkrótce powstanie nowe państwo. My jednak na stronicach książki do tego momentu nie dotrzmy.
Mamy więc rok 1767. Malachi McAsh, powszechnie znany jako Mack jest górnikiem. To już kolejne górnicze losy opisywane przez Folletta. Ciężkie życie, ogromna odpowiedzialność, straszliwe niebezpieczeństwa. Na dodatek – praca przez większą część doby, jako… niewolnik. Mack jednak nie chce tak spędzić reszty swojego życia. Ma marzenia – chce zobaczyć świat, podróżować i przede wszystkim samodzielnie decydować o swoim losie.
Podobne marzenia ma śliczna Lizzie Hallim, właścicielka High Glen, ziemi sąsiadującej z tą, na której są kopalnie. Jest arystokratką, choć nietypową – ciekawą świata, wybuchową, nie szczędząca inteligentnych i kąśliwych uwag, które przecież nie przystoją dobrze urodzonej panience. Ciąży też na niej pewien obowiązek – musi bogato wyjść za mąż, by spłacić długi, które po śmierci męża zaciągnęła jej matka.
Mamy w końcu ród Jamissonów – tych, którzy są typowymi przedstawicielami osiemnastowiecznej angielskiej arystokracji – uważają, że świat należy do nich, górnicy są ludźmi gorszego gatunku (o ile w ogóle są ludźmi), czerpią korzyści z niewolników i wszystko przeliczają na pieniądze i pozycję społeczną.
Losy tych ludzi będą się splatać w najmniej spodziewany sposób, będą się spotykać, rozstawać, odchodzić od siebie. Kochać, nienawidzić, tęsknić, walczyć o wolność i… życie. Niejeden raz staną oko w oko z wycelowaną w nich strzelbą. Przepłyną ocean, by poznać Nowy Świat, choć nie wszyscy jako wolni ludzie.
Follett pisze genialnie, czego można się było spodziewać. To historia przede wszystkim o chęci decydowania o swoim własnym losie. Bohaterowie muszą po wielokroć podejmował ważne decyzje – stają przed ciężkimi wyborami, które mogą zachwiać całym ich światem. I nie tylko ich…
Powieść jest swego rodzaju narkotykiem – odłożysz na chwilkę i już musisz do niej wracać. Przyciąga, przywołuje, nurtuje. Co będzie dalej? Jaką podejmie decyzję? Czy okaże się tym, kim nam się wydawało? A może sie pomyliliśmy w ocenie charakteru? Ciągłe pytania, mnóstwo pytań, mnóstwo odpowiedzi. Wystarczy sięgnąć po powieść.
Już sama okładka zachęca do zajrzenia do środka. Mistrzowski wstęp powoduje, że po plecach przechodzą ciarki. Cóż takiego opowiedziała autorowi ta niesamowita metalowa obroża, na której wybito, że noszący ją człowiek był własnością innego człowieka?
Na dodatek prawie nie ma błędów – znalazłam… dwa. Za to muszę przyznać, że jeden z nich jest tak okrutny, iż serce niemal mi stanęło, kiedy zobaczyłam, że ktoś przepuścił słowo „któregoś” przez „U”… SmUtek… Cóż, poza tym, świetna korekta, bardzo poręczny format, jak już wspomniałam – intrygująca okładka, która zainteresowała nawet mojego Męża (nie jest fanem historii, ani tego typu literatury, powiedzmy to sobie szczerze).
Naprawdę warto przeczytać – wciągnięcie się w niesamowity świat Anglii i jej koloni na przedwiośniu powstania jednego z najpotężniejszych krajów na świecie, przy okazji zwiedzając kopalnię węgla, uczestnicząc w walce na pięści, pogoni przez amerykańskie bezdroża należące do Indian. Przepłyniecie ocean, poznacie zasady uprawy tytoniu i… więcej nie zdradzę. Zostaje Wam już jedynie kupić te książkę, albo chociaż pożyczyć. Miłej lektury. Ja się zbieram – jutro wyruszamy na Polcon!





wtorek, 14 sierpnia 2012

Ochotnik. O Rotmistrzu Witoldzie Pileckim - Marco Patricelli

Wstrząsająca... Szokująca... Niesamowita...
"Ochotnik. O Rotmistrzu Witoldzie Pileckim" to biografia (ale nie taka nudna, na jakie często można trafić, w której opisane są gołe fakty i nic więcej) człowieka, o którym powinien wiedzieć każdy Polak. I o którym, niestety nie uczą w szkołach, ani nie mówią w telewizji. To książka o Bohaterze pisanym przez naprawdę duże B, dla którego takie wartości, jak "Bóg, Honor i Ojczyzna" znaczyły tyle, co życie. Który oddawał każdy swój oddech, każde marzenie, każdą sekundę życia za Polskę, a jednocześnie był prawdziwym przyjacielem, świetnym i szanowanym dowódcą, kochającym mężem i ojcem dwójki dzieci. O Rotmistrzu, który za sprawę oddał swe życie, ale nigdy nie poddał godności, a którego istnienie na pół wieku zatarły komunistyczne władze PRL.
Kim był Witold Pilecki i dlaczego porwał się na taki szalony plan? Rzeczywiście w roku 1940 niewiele jeszcze wiedziano o obozie w Oświęcimiu. Z pewnością nie było to miejsce, do którego ktokolwiek chciałby trafić z własnej woli, chociaż nikt chyba jeszcze nie miał wówczas świadomości, że Auschwitz jest gorsze od piekła. On jednak – ten Bohater – zdecydował się oddać w ręce nazistów i na własne oczy zobaczyć, co takiego dzieje się za bramą, która wita napisem "Arbeit machts frei".
Szokujące raporty, które przez kilka lat słał polskim i angielskim władzom wojskowym i politycznym uznawano za "przesadzone" i... nie robiono niczego w kierunku, który mógłby ulżyć w cierpieniu rotmistrzowi Pileckiemu i jego współwięźniom. Niczego... On tymczasem budował w obozie siatkę ruchu oporu, która niosła pomoc najbardziej potrzebującym, dokonywała dywersji i słała w świat informacje o grozie, którą widział na co dzień.
Tam, gdzie dzień zdawał się latami, a rok nieskończonością kilkakrotnie otarł się o śmierć. Tam, gdzie panował tyfus a szpitalne łóżko oznaczało już jedynie śmierć, gdzie ludzi mordowano za nic, gdzie głód i wszy były codziennością on stworzył organizację, która dawała więcej, niż mogłyby tak naprawdę pomóc zrzuty alianckie (które rzeczywiście, nawet gdyby miały miejsce, niczego by nie zmieniły) – dawał ludziom siłę i nadzieję. Bo każdy kolejny ranek, kiedy więźniowie się budzili, kiedy żyli – dawał im nadzieję na to, że jest jeszcze szansa, że być może Niemcy poniosą klęskę, że da się powrócić do normalnego świata.
Nadzieja, lepsze racje żywnościowe, cieplejsze odzienie, lżejsza praca, a czasami "lewe L4" – to właśnie organizowały "piątki" Pileckiego, jednocześnie planując ucieczkę, powstanie zbrojne, nadając komunikaty dzięki stworzonej przez siebie radiostacji. Dawali jeszcze coś – przekonanie, że "są jeszcze dobrzy ludzie na tym świecie".
Uciekł. Udało się. Znalazł się znów wśród żywych. Przestrzeń, słońce, ludzie, którzy nie nosili pasiaków i nie wyglądali jak własne cienie. Szok... Po tylu miesiącach móc ponownie ruszać się niemal bez ograniczeń. Spać w pościeli nie zawładniętej przez wszy. Jeść...
Największy szok jednak później, gdy okazuje się, że władze nie zamierzają żadnego powstania w Oświęcimiu wspomagać, ani tym bardziej wywoływać. "Temat nie jest aktualny".
Powrót do rodziny. Trochę spokoju, odrobina szczęścia wśród najbliższych. Powstanie warszawskie, w którym walczy. A później jeszcze Włochy, z których wróci dopiero po wojnie.
Wtedy dopiero – w socjalistycznej Polsce – poczuje, że przegrał naprawdę. Nie o taką Polskę przecież walczył. Nie takiej Ojczyzny chciał dla swych dzieci. I nie takiego Bohatera chciała PRL. Uczucie odwzajemnione. Witold Pilecki nie chce komunistycznej Polski, a komunistyczna Polska z pewnością nie chce jego. Nie chce żołnierzy AK. Podstępne ujęcie, paskudne oskarżenie i wreszcie sfingowany proces, którego zakończenie jest również zakończeniem życia Rotmistrza.
Wymazany z historii na ponad pół wieku. Zapomniany. Jego rodzina wyrzucona z domu. Z zakazem mówienia komukolwiek, jakim był wielkim człowiekiem. Przecież to nie jego zasługą było tworzenie ruchu oporu w Oświęcimiu powiedzą władze. Czyją więc? Musicie przeczytać sami.
Wstrząsająca... Wzruszająca... Napisana z rozmachem, bogato ilustrowana biografia Rotmistrza Pileckiego na długo zapadnie w mojej pamięci. To prawdziwy raport z Auschwitz. Nie przesadzony, jak sądzili jemu współcześni – my dzisiaj wiemy, że to wszystko, co opisywał, było prawdą. Jednak gołe fakty, których uczymy się w szkole, czy nawet filmy, z którymi przecież często się spotykamy nie potrafią oddać grozy tego miejsca tak, jak słowa ludzi, którzy rzeczywiście tam byli. Nawet te straszliwe zdjęcia, które możemy dzisiaj znaleźć, gdy tylko wpiszemy w Google odpowiednią komendę – nie, słowa mówią więcej, ponieważ przekazują również uczucia. To się autorowi, włoskiemu dziennikarzowi i historykowi, Marco Patricelliemu udało doskonale. Stworzył klimat – mroczny, posępny, z którego jednak cały czas wybija się iskierka nadziei.
Gorąco polecam – naprawdę nieprawdopodobnie genialnie napisaną biografię, od której nie sposób się oderwać. Pięknie wydaną, w grubej oprawie, bogato ilustrowaną – znajdziecie tu zdjęcia i dokumenty. Szkoda, że tak niewiele podobnych pozycji na naszym rynku.
Pozostaje jedynie oddać cześć temu wielkiemu człowiekowi i zastanowić się, ilu jemu podobnych również zapomnieliśmy...

piątek, 10 sierpnia 2012

Nawiedzona wyspa - Algernon Blackwood


Tym razem zrecenzuję nie powieść, nie nawet zbiór opowiadań, ale jedno i to niedługie opowiadanie. Rzadkość u mnie, ale zrobiło naprawdę niesamowite wrażenie.
Siadłam sobie na tarasie. Jest około godziny osiemnastej, słońce jeszcze świeci zza chmurek, trochę wieje, ale bez przesady. Ogólnie – ciepły dzień, w miarę ciepłe późne popołudnie. Czytam. 
"Nawiedzona wyspa" ma zaledwie dziewięć stron formatu A5. Naprawdę niewiele. Brak tu jakichkolwiek dialogów – po prostu opis zdarzeń ich głównego bohatera. Wspomnienia z pewnego wyjazdu do domku letniskowego na jedną z wysepek na terytorium Kanady. Nie zapowiada się szczególnie ciekawie.
Blackwood tak jednak opowiada, że w pewnym momencie ten letni wietrzyk staje się tak przerażająco zimny, że – nie przerywając czytania – idę po bluzę. Siadam ponownie. Za chwilę zakładam kaptur. Nadal jest mi zimno. Odrywam się a moment od lektury – słońce nadal przyjemnie świeci, drzewa obok ruszają się pod delikatnym powiewem wieczornego wietrzyku. A ja mam ciarki na plecach, gęsią skórkę na nogach, a stopy… chyba w jakiś dziwny sposób zalazły się misce wypełnionej kostkami lodu. Tak właśnie działa proza Algernona Blackwooda!
Krótka opowieść studenta o tym, jak pewnego wieczoru do domku, który wynajmował włamali się… Indianie. Dziwne dźwięki, ciemność, burza… Wokół nieprzenikniona cisza, spokój i żywej duszy. I ten niesamowity paraliż, który odczuwa i który nie pozwala mu drgnąć, kiedy nieproszeni goście przechodzą od niego na mniej niż dwadzieścia centymetrów. Czego chcą? Czego poszukują i czym jest tajemnicze coś, które za sobą ciągną?
Kilka stron, a groza nie z tej Ziemi. Nie można się oderwać. Osobiście – słysząc najmniejsze szurnięcie gdzieś w domu (a w tej chwili kręci się po nim przynajmniej sześć osób, więc takie dźwięki to naprawdę nic niezwykłego), żołądek podchodził mi do gardła. Co by się stało, gdyby straszliwi Indianie pojawili się nagle na moim tarasie?!
Z pewnością będę chciała zajrzeć do prozy tego niesamowitego autora, który tak niewielkim tekstem potrafił wzbudzić we mnie tyle emocji. Szkoda, że – jak doczytałam – jedynie jeden zbiór opowiadań Brytyjczyka został przetłumaczony na język polski. Tym bardziej więc cieszy, że udało i się na niego trafić, dzięki dwumiesięcznikowi „Coś na progu”, gdzie pojawiło się zarówno opowiadanie, jak i artykuł o autorze.

Zapowiedzi - ciekawostki na niedaleką przyszłość

W najbliższym czasie przedstawię Wam kilka niebanalnych książek, których z pewnością nie znajdziecie w pierwszej lepszej księgarni, ani w Empiku. Stare powieści fantastyczne z początków dwudziestego wieku, polskich autorów. Kuszące? O, tak.
Czy będą ciekawe? Nie wiem. Okaże się, kiedy zacznę czytać. Na pewno jednak warto się z nimi zapoznać i, przede wszystkim, uświadomić sobie, że polska fantastyka jest znacznie starsza, niż Lem i Sapkowski. 

Na małe pobudzenie apetytów dwie okładeczki:





czwartek, 9 sierpnia 2012

Spotkanie z Ramą - Sir Arthur Charles Clarke

Pierwszy tom fascynującej przygody, czyli wielkiej sagi sir Arthura Charles'a Clarke'a (część tomów napisał z Gentrym Lee, a ostatnie dwa napisał już sam Lee).
Niesamowity pierwszy kontakt z obcą rasą… Zupełnie inny, niż znamy z klasycznych sci-fi. To nie są ani zielone ludki z Marsa, ani krwiożercze potwory lądujące na Ziemi, mające w planie zawładnięcie niebieską planetą. Nie, to coś zupełnie innego.
Tajemniczy obiekt, który w pierwszej chwili zdaje się niewiele znaczącą asteroidą, zwraca uwagę badaczy. Jakież więc będzie ich zdziwienie, gdy okaże się, że nie jest naturalny, ale stworzony przez… No właśnie, przez kogo?
Wyrusza misja. To nie jest takie trudne – jesteśmy w przyszłości, ludzkość opanowała kosmos, Ziemia jest tylko jedną z planet zamieszkanych przez homo sapiens. Śmiałek – taką nazwę nosi statek wysłany do zbadania tajemniczego obiektu – dobija do Ramy. Ludzkość po raz pierwszy ma okazję upewnić się, że nie jest sama w przestworzach.
Ten dziwny i niezrozumiały świat, do którego wkroczyli jest pełen niespodzianek. wydaje się martwy od dawien dawna, a jednocześnie wygląda jak nowiutki, prosto z wytwórni. Wszystko w nim jest nieskazitelnie czyste i idealne. Chociaż… to nie utopijna kraina, czekają tu na ludzi przeróżne niebezpieczeństwa.
Clarke, jak przystało na mistrza, opisuje ten świat ze wszelkimi szczegółami. Wiemy więc dokładnie, jak wygląda wnętrze Ramy, pod jakim stopniem zakrzywiają się schody prowadzące w głąb, jaki wysoki jest brzeg Morza Cylindrycznego, a nawet jaki kolor futra mają małpy, które są członkami załogi Śmiałka. Wszystko – nie ma żadnych niedomówień – sobie dokładnie przemyślał. Genialny człowiek.
Jak już wspomniałam, to pierwszy tom monumentalnego cyklu, który w dużym stopniu wpłynął na moje życie, całe lata temu. Teraz wróciłam, ponieważ są książki, do których wracam, o których nie sposób zapomnieć, pozostawić na półce i jedynie oglądać okładki. "Spotkanie z Ramą" do nich właśnie należy. To dzieło genialne, epokowe, fascynujące i wciągające na całego. Nie sposób się od niego oderwać i nie sposób zakończyć na pierwszym tomie, więc wkrótce z pewnością podzielę się z Wami również kolejnymi tomami.
Rewelacyjna okładka – może trochę za bardzo w stylu szalonych lat dziewięćdziesiątych, ale a mam z nią związane wspaniałe wspomnienia.

Prawo mężczyzn - Maurice Druon


 
Muszę przyznać, że liczyłam się z tym, iż czwarty tom będzie średni. Tak to już zazwyczaj jest, że każdy kolejny jest nieco słabszy. Przeliczyłam się – na szczęście. Nie tylko tom czwarty nie jest kiepski, jest nawet chyba lepszy od drugiego i trzeciego Tak genialny , jak pierwszy, który przecież ma tę przewagę, że zaskakuje zawsze świeżością.
Ktoś mógłby zarzucić Druonowi, że przecież nie on napisał Historię. że losy potomków Filipa IV Pięknego zostały przypieczętowane wieki temu, a on jedynie z tego korzysta. Nie o fabułę tu jednak chodzi, a przynajmniej nie tylko. Historia jest monumentalna i temu nikt nie zaprzeczy. Autor genialnie potrafi to wykorzystać i chwała mu za to. Natomiast sposób, w jaki pisze jest już prawdziwym majstersztykiem.
Kłótnik nie żyje i na tronie francuskim nie zasiada nikt. Jego potomek jeszcze się nie urodził. Czy zatem władać w imieniu nienarodzonego dziecka powinna królowa? Co, jeśli nie ma na to ochoty i spędza cały czas opłakując ukochanego małżonka? Zakusy na władzę mają również inni – brat Kłótnika, Filip V Długi i brat Filipa Pięknego, Karol Walezjusz. Któremu z nich uda się zostać regentem?
Do tego wszystkiego mamy jeszcze konklawe, które trwa już od lat i nadal nie wybrało papieża. Tym razem się uda, a niemałe znaczenie będzie tu miał podstęp, spisek i… Guccio Baglioni.
No właśnie, co się dzieje u Lombarda? Czy uda mu się uchronić ukochaną Marię przed jej rodziną? Poniekąd, ale niezbadane są ścieżki przeznaczenia, które zawiedzie piękną kobietę, która właśnie została matką na królewski dwór.
Wszystko się zazębia, historie się ze sobą przecinają, a bohaterowie coraz bardziej toną w oceanach walki – tak tej na miecze, jak i tej na przebiegłość, spiski i trucizny.
Do końca jeszcze trzy tomy, więc nadal nie wiem, jak się ta historia zakończy. Na razie jestem bardzo ciekawa zmian, które mają zapanować w Kościele. To taki mój konik, a przemyślenia nowego papieża – nie zdradzę, kto nim został, z resztą łatwo to nawet w sieci znaleźć – są naprawdę fascynujące.
Dlaczego taki tytuł? Ponieważ średniowieczna Francja chce jeszcze bardziej ograniczyć prawo kobiet do posiadania głosu w jakiejkolwiek kwestii. Wszakże kobieta została stworzona, by służyć mężczyźnie, piastować dzieci i być piękną, a nie po to, by zasiadać na tronie i podejmować decyzje. Trzeba więc zapisać to prawo, by przypadkiem żadna z niewiast nie zapałała chęcią pozyskania zbyt wielkiej władzy. niemożliwością jest przecież, by białogłowa wydawała rozkazy i rządziła tak wielkim i silnym królestwem, choćby dlatego, że co miesiąc ma te złe dni, gdy jej mózg nie byłby w stanie sobie z tym poradzić, nieprawdaż???
Książeczka, jak cała seria – poręczna, zgrabna, z bardzo ładną okładką – chyba nawet najładniejszą ze wszystkich. Pomocne drzewa genealogiczne i notki biograficzne z tyłu. Pod każdym względem godna polecenia.

Namiętność - Lauren Kate

Skakanie przez Głosicieli okazało się genialnym pomysłem. Naprawdępozwoliło powieści ewoluować i osiągnąć szczyty.
Podróż Luce z domowego podwórka w 2009 roku poprzez obleganą przez nazistów Moskwę, okopy pierwszej wojny światowej, osiemnastowieczną Polinezję Francuską, królestwo Majów, starożytny Izrael i Egipt aż po Upadek, by wrócić do roku 2009 to niesamowita przygoda, w której nasza bohaterka nie tylko ogląda swoje śmierci (czy nawet uczestniczy w swoim pogrzebie), ale również odkrywa siłę prawdziwej miłości.
Początkowe zwątpienie, czy rzeczywiście ją i upadłego anioła, Daniela łączy od tysiącleci miłość, czy może jedynie przekleństwo na nich rzucone poprowadzi ją przez wieki, by mogła w końcu poznać prawdę. Czy uda jej się pokonać tę klątwę i zmienić przeznaczenie? Tego Wam nie powiem, ale z pewnością wciągniecie się w tę niesamowitą opowieść.
Nietuzinkową postacią jest gargulec Bill – to on prowadzi Luce przez wieki - podpowiada jej gdzie i kiedy są, załatwia przebrania i uczy pewnej bardzo przydatnej "sztuczki", która pozwoli jej lepiej poznać siebie, chociaż jest również niesamowicie niebezpieczna.
Daniel wciąż goni za ukochaną i… ciągle się spóźnia. O chwilę, o dzień, o miesiąc. Zawsze jest w tyle. Czy w końcu ją dogoni?
Nie tylko Daniel podąża przez Głosicieli. Cam, upadły anioł, który wybrał stronę Szatana również nie próżnuje. Z pomocą cofają się również jej przyjaciele ze szkoły, Nefilim – Shelby i Miles. Co się stanie, gdy człowiek podąży w przeszłość i cokolwiek w niej zmieni? O paradoksie dziadka wie przecież dzisiaj każdy.
Czyta się naprawdę rewelacyjnie. Błędów jest malutko, więc nie rozpraszają.
Zastanawia mnie jedynie, że Upadek miał nastąpić sześć tysięcy lat temu – chyba, że coś źle zrozumiałam. Jeśli jednak pojęłam to właściwie – jakoś strasznie niedawno, nieprawdaż? W końcu już mnie w szkole uczyli, że Jerycho powstało siedem tysięcy lat przed naszą erą, a więc już dziewięć tysięcy lat temu! Chyba będę musiała wrócić do tego fragmentu o Upadku, żeby się upewnić, jak to opisuje Kate Lauren.
Okładka – cóż, jak zwykle jest bardzo ładna, chociaż ze wszystkim z serii ta podoba mi się najmniej. Jest na niej… za wiele kolorów.
W każdym razie polecam gorąco, a sama już nie mogę się doczekać, kiedy w moje łapki wpadnie ostatni tom, w którym przeczytam o ostatecznym starciu… Szatanem.

Martwy aż do zmroku - Charlain Harris

Na początku muszę zaznaczyć, że jestem wielką fanką serialu, co jest nie bez znaczenia, kiedy piszę o powieści. Wręcz – ma olbrzymie znaczenie, ponieważ moje spojrzenie na książkę jest naturalnie przez pryzmat serialu, jest to spojrzenie porównawcze i nie da się tego uniknąć.
Tak, jestem olbrzymią fanką serialu. Pierwszy sezon obejrzałam nawet dwa razy, ponieważ koniecznie postanowiłam go pokazać Mężowi, tak mnie zachwycił. Teraz jesteśmy z każdym odcinkiem na bieżąco – oglądamy oczywiście razem.
Zafascynowana i mocno wkręcony w świat wampirów przedstawiony nam przez HBO, postanowiłam kupić mojemu Michałowi książkę. Jako, że on akurat nie miał za bardzo czasu jej przeczytać – zabrałam się do niej ja. Teraz mamy już całą serię na półce i próbuję się zebrać, by sięgnąć po kolejny tom. Nie będzie jednak łatwo się zmusić, ponieważ „Martwy aż do zmroku" mi się… nie podobał.
Opowieść zdawała mi się nudna. Sookie straszliwie głupia - na ekranie inteligencją może nie grzeszy, ale na stronach książki jest po prostu typową amerykańską głupią blondyną. Jednym słowem osobowością koszmarnie niezachęcającą do czytania. No cóż - idziemy dalej. Na szczęście na Sookie historia się nie kończy. A może jednak dobrze by było, żeby się kończyła? Gdzie do jasnej nie powiem czego podziała się Tara? Nie ma jej. Nie istnieje w tym świecie. A to ona przecież jest w serialu osobą, dzięki której Sookie jest nieco ciekawsza, bardziej wyrazista. Ech, machnijmy ręką. W końcu to nie wina autorki, że postać pojawiła się w pierwszym sezonie serialu. może w kolejnych tomach jest, choć to byłoby trochę nielogiczne, zważywszy na to, że jest podobno najlepszą przyjaciółką Sookie i to z lat szkolnych. dlaczego więc nie ma o niej ani słowa na tylu stronach?
Wampiry… Nie są złe, muszę przyznać, że najlepiej wyszły szanownej pani Charlaine Harris. W końcu to nie jej wina, że tłumaczowi zachciało się koniecznie używać – absolutnie niemodnego obecnie – wołacza, w związku z czym Sooki zwraca się do swego ukochanego-nieumarłego… Billu. Ciarki mnie przechodzą, choć pewnie znajdą się tacy, którzy zaciekle będą wołacza bronić, a mnie odsądzą od czci i wiary za to, co napisałam. Trudno - przyznaję - nienawidzę wołacza. Nie znoszę go. Nie trawię. Niech przypadkiem nikt nie zwraca się do mnie per Ewo…
Wracając do tematu. Książka jest ładnie wydana i korekta też się całkiem, całkiem spisała. Gdyby nie to, że fabuła wydawała mi się bezpłciowa po obejrzeniu serialu - czytałoby się nawet nieźle. Niestety, chyba kolejność nie ta. Przyznaję, że panowie i panie z HBO odwalili kawał dobrej roboty i chylę czoła – rzadko zdarza mi się znaleźć film, czy serial, który będzie choćby tak dobry, jak książka, na podstawie której powstał. „True Blood”/ „Czysta krew” jest natomiast na skali od 1 do 10 na miejscu 11 :) Martwy aż do zmroku - gdzieś na 5, może 6.
Dodam jeszcze tylko, że książeczka ma naprawdę rewelacyjną okładkę, która przyciąga wzrok i na długo zapada w pamięć.

czwartek, 2 sierpnia 2012

Gildia magów - Trudi Canavan

Gdyby ktoś nie miał tej świadomości - "Gildia magów" to pierwszy tom "Trylogii Czarnego Maga" autorstwa Trudi Canavan, którego preludium była wcześniej przeze mnie opisywana "Uczennica Maga".
Sonea to zwyczajna dziewczyna - urodziła się w biedzie i tak spędziła całe dotychczasowe życie. Wychowuje ją wujostwo, które stara się zapewnić jej jak najlepsze warunki, co wcale nie jest łatwe w Kyralii, jeśli nie pochodzi się z potężnego Domu. Życie bylców jest właściwie liczone od jednej Czystki do kolejnej. Cóż to takiego ta Czystka? Ogólnie rzecz biorąc - wielkie przeganianie biednych przed bogatych, którym pomagają... Magowie z Gildii. Nic więc dziwnego, że ci ostatni nie są zbyt lubiani przez zwykłych ludzi.
Zamiast radości Sonea poczuje więc strach i złość, gdy odkryje, że nosi w sobie olbrzymi magiczny potencjał. Nie chce być magiem. Nie chce należeć do Gildii. Nie chce stać się jedną z tych, których z całego serca nienawidzi, którymi gardzi. Jednak jej moc jest olbrzymia i niebezpieczna, a przekonają się o tym nie tylko najbliżsi przyjaciele, jak Cery, czy Złodzieje, którzy obiecują jej pomoc, ale również dziesiątki przypadkowych osób, które znajdą się zbyt blisko dziewczyny.
Kto chce dobrze? Kto kogo zdradzi i dlaczego?Jaką decyzję podejmie ostatecznie Sonea i do czego zostanie zmuszona? Wiele ciężkich chwil, mnóstwo rozterek, a wszystko to w niesamowitym świecie pełnym magii.
NIe tak jednak wyobrażał sobie Gildię Jayan, kiedy ją wymyślił. Nie o takich magach marzyła Tessia. Mieli nieść pomoc słabszym, a nie jedynie dbać o własne interesy. Dla tych, którzy - jak ja - czytali wcześniej "Uczennicę Maga" to pewnego rodzaju uderzenie w głowę. Przebudzenie, uświadomienie, że chyba jednak myślimy w kategoriach utopii. A może nie? Może od początku wiedziałam, że Gildia nie może być idealna, bo po prostu... ludzie nie są, nawet jeśli mają w sobie magiczną moc.
To ciekawa historia, choć muszę przyznać, że tak naprawdę porwała mnie dopiero od połowy. Być może to kwestia właśnie tego, że już czytałam prequel i niektóre kwestie nie były dla mnie aż taką nowością. Myślę, że tak naprawdę ta opowieść rozkręci się na dobre dopiero w drugim tomie, do którego zajrzę już niebawem. Bardzo jestem ciekawa, jak Sonea poradzi sobie będąc uczennicą w szkole dla magów i jak potoczą się losy jej dotychczasowych przyjaciół.
Jeśli nie mieliście do czynienia z "Uczennicą Maga" to z pewnością ta powieść zaskoczy Was całkowicie. Jeśli czytaliście prequel - możecie czuć pewien niedosyt. Ale i tak warto przeczytać, ponieważ druga część jest naprawdę znakomita i trzyma w napięciu do ostatniej strony. Nawet mając świadomość, że drugi tom nosi tytuł "Nowicjuszka" do niemal ostatniej chwili nie wiemy, jakimi przesłankami Sonea kierowała się wybierając Gildię (a ja Wam tego napewno nie zdradzę).
Bardzo podobały mi się opisy Gildii w sensie miejscowym. Lubię wiedzieć, jak wygląda otoczenie, w którym rozgrywa się akcja. Ponadto świetnym pomysłem było stworzenie organizacji Złodziei, którzy poniekąd są antagonistami magów z Gildii. To genialny pomysł na pokazanie różnych warstw kyraliańskiego społeczeństwa i zasad, którymi kierują się w życiu oraz na unaocznienie nam, że nie ma ludzi złych i dobrych jako grupy - każdy odpowiada za swoje własne zachowanie, za to kim i jaki jest. Nie ma odpowiedzialności zbiorowej, ani zbiorowej oceny. O tym natomiast, niestety, często zapominamy.
Osobiście - straszliwie brakowało mi tu wątku sachakańskiego, ale zdaję sobie sprawę z tego, że po prostu czytam w innej kolejności, niż Trudi Canavan opisywała swój świat. Pozostaje mi jedynie liczyć na to, że ten wątek pojawi się w drugim lub trzecim tomie, a mam prawo tak sądzić, zważywszy na jedną bardzo ciekawą scenę ukazującą Wielkiego Mistrza. Nic więcej nie zdradzę.
Szkoda jedynie, że znalazłam tak wiele błędów. Psuje to odbiór naprawdę rewelacyjnej powieści. No i oczywiście - wielki plus dla okładki, która dzisiaj jest już chyba klasyczna, choć nadal robi olbrzymie wrażenie. Znacznie bardziej mi się podoba, niż ta do "Uczennicy maga".