Fragment mojej recenzji został umieszczony na okładce powieści "Skazaniec. Z bestią w sercu" Krzysztofa Spadło


Moja recenzja została zamieszczona na okładce powieści "Wojownicy. Odwet Wysokiej Gwiazdy" Erin Hunter

Fragment mojej recenzji „Korony śniegu i krwi” został umieszczony na okładce powieści Elżbiety Cherezińskiej – "Niewidzialna korona"

Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Wyd. Fabryka słów. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Wyd. Fabryka słów. Pokaż wszystkie posty

piątek, 6 maja 2016

Tron z Czaszek – Peter V. Brett

Wydawnictwo: Fabryka Słów
Lublin 2015
Cykl demoniczny, tom IV
Tron z Czaszek, Księga I
Oprawa: miękka ze skrzydełkami
Liczba stron: 601
Tytuł oryginału: The Skull Throne
Przekład (z angielskiego): Małgorzata Koczańska
Ilustracje: Dominik Broniek
ISBN: 978-83-7574-068-3







Długo zbierałam się do napisania tej recenzji. Po pierwsze dlatego, że w ciąży nie miałam specjalnie natchnienia na pisanie. Teraz, po urodzeniu dzieci, nie mam natomiast na to czasu. A i niezbyt przyjemnie pisze się recenzje części bardzo lubianego cyklu, gdy wiadomo, że recenzja ta będzie nieszczególnie pochlebna. Nie owijając zatem w bawełnę i nie tracąc – tym cenniejszego obecnie – czasu, muszę przyznać, że pierwsza Księga "Tronu z czaszek" jest jak na razie zdecydowanie najsłabszym ogniwem w opowieści Bretta.
Kiedy książka pojawiła się na rynku, wiele osób miało do niej zastrzeżenia. Przede wszystkim czytelnikom nie spodobała się zmiana tłumacza i to, że nie zachowano wszystkich nazw własnych. Owszem, jest to irytujące, bywa mylące, i po prostu nie ma żadnego sensu i logicznego uzasadnienia (dodatkowo burzy jedność cyklu), ale – o dziwo – nie to jest największym problemem w lekturze tego tomu. Tłumaczenie tłumaczeniem, ale po prostu – moim zdaniem – coś tu poszło nie tak samemu autorowi. Fabuła mało porywająca, historia Ashii napisana trochę na siłę. Nie ma tej magii, co w poprzednich częściach, choć przecież na końcu "Wojny w Blasku Dnia" Brett zostawił nas w wielkim napięciu. Być może miałam więc zbyt wygórowane oczekiwania co do dalszych losów bohaterów, gdy tymczasem...
Co zatem się tu dzieje? Arlen i Jardir stają naprzeciw siebie i muszą podjąć bardzo ważne decyzje. Czy Jardir zaakceptuje szalony plan Naznaczonego? Czy Arlen będzie potrafił zaufać byłemu przyjacielowi? Tymczasem świat musi sobie poradzić z ponownym brakiem Wybawiciela, choć ludzie przywykli już do jego obecności – niezależnie od tego, w którym z mężczyzn go widzieli. W Zakątku znów wiele się dzieje, a Leesha zaczyna odkrywać w sobie cechy, których nie podejrzewała w sobie odnaleźć. Może, wbrew pozorom, jest po części podobna do matki... 
Pomysł bardzo ciekawy, gorzej z wykonaniem. Niestety, wygląda na to, że Brett zaliczył spadek. Mam tylko nadzieję, że chwilowy i dalsze losy bohaterów zachwycą mnie równie mocno jak te opisywane w "Pustynnej Włóczni" i "Wojnie w Blasku Dnia".  
Jak zwykle wielkim atutem książki są wspaniałe ilustracje i chwała Fabryce słów za wybór tak fantastycznego artysty.


piątek, 8 stycznia 2016

Wielki Bazar i Złoto Brayana – Peter V. Brett

Wydawnictwo: Fabryka Słów
Lublin 2011
Cykl demoniczny, interquel
Oprawa: miękka
Liczba stron: 210
Tytuł oryginału: The Great Bazaar & Brayan's Gold
Przekład (z angielskiego): Marcin Mortka
Ilustracje: Dominik Broniek
ISBN: 978-83-7574-539-9




 
Ta pozycja to nie lada gratka dla miłośników Cyklu Demonicznego, ale również ciekawa propozycja dla osób, które dotąd z twórczością Bretta nie miały do czynienia, a chciałyby to zmienić. W książce znajdziecie bowiem dwa opowiadania, wycięte sceny, słownik krasjański oraz grymuar runiczny, a także kolejne wyśmienite ilustracje Dominika Brońka.
Peter V. Brett tłumaczy, dlaczego zdecydował się na publikację kolejnych tekstów. Co powodowało, że pewne fragmenty historii nie znalazły się wcześniej w druku, a także dlaczego właśnie one są na tyle istotne i bliskie jego sercu, że zechciał się nimi podzielić. Warto zapoznać się z jego wypowiedziami na ten temat.
"Wielki Bazar" to opowiadanie o Arlenie z czasów, kiedy przyjaźnił się z Jardirem i Abbanem, zanim jeszcze wyruszył na poszukiwanie Słońca Anocha. Krasja wciąż wydaje mu się krainą wielkich nierówności i pogardy dla drugiego człowieka, a jednak nie potrafi on nie wracać do Pustynnej Włóczni. W opowiadaniu tym Brett pozwala nam lepiej poznać więzy łączące Arlena z Abbanem, a także zawiłości rządzące kastowym światem, którego Wielki Bazar jest świetną reprezentacją. 
"Złoto Brayana" natomiast to historia z jeszcze wcześniejszych lat, mianowicie z czasów, gdy Arlen uczył się dopiero na Posłańca. Tym razem przekona się, czym jest prawdziwy honor i jak wiele jest żądzy pieniądza wśród tych, których dotąd miał za wzór. Jednocześnie przeżyje niesamowitą przygodę w wysokich górach, ujrzy najpiękniejsze w świecie widoki i spotka na swej drodze śnieżnego demona, w którego istnienie większość ludzi wątpi. 
Dwie wycięte sceny opowiadają kolejno o Arlenie i Leeshy. Prolog, z którego, za radą redaktorki, Brett zrezygnował, ukazuje nam młodego chłopca z Potoku Tibbeta i jego marzenia, które nie mogą się spełnić, ponieważ... nie da się podróżować nocą. Leesha natomiast stanie przed trudnym wyborem i będzie musiała podjąć decyzję, czy ważniejsze jest dla niej poczucie, że ma rację czy może jednak zdrowie mieszkańców Zakątka. Obie historie są niezmiernie ciekawe, choć rozumiem doskonale, dlaczego nie znalazły się w powieściach.
Bardzo ucieszył mnie grymuar runiczny, mimo że jego nazwa jest nieco myląca. Choć rzeczywiście widzimy runy i poznajemy ich nazwy i zastosowanie, jest to przede wszystkim świetnie uporządkowany index demonów. Bardzo pomocny, szczególnie dla nowych czytelników oraz osób, które miały dłuższą przerwę w lekturze poszczególnych tomów Cyklu.
Rozwinięcie świata przedstawionego oraz świetny rys charakterologiczny Arlena to największe plusy tej pozycji. Poza tym zawsze cieszę się na nowe teksty opowiadające historie bohaterów, których polubiłam. 
Można by jednak bardziej przyłożyć się do usunięcia błędów, których jak na Fabrykę słów było tu trochę za dużo.

wtorek, 5 stycznia 2016

Zaginiona – Andrzej Pilipiuk

Wydawnictwo: Fabryka słów
Lublin 2014
Tom 4. cyklu
Oprawa: miękka (z obwolutą do wyboru)
Liczba stron: 338
ISBN: 978-83-7964-010-2







Jeśli myśleliście, jak wszyscy, że trylogia składa się z trzech części... byliście w błędzie. Andrzej Pilipiuk postanowił zrobić psikusa swoim czytelnikom i napisać czwarty tom trylogii o kuzynkach Kruszewskich. Czy utrzymał poziom, zachwycił, zaskoczył, czy po prostu napisał książkę trochę na siłę? Przeczytajcie, co ja o tym myślę.
Kiedy na Pyrkonie 2014 usłyszałam o tych planach, byłam wniebowzięta. Uwielbiam Kruszewskie, jakże więc mogłam zareagować inaczej? Czas powoli mijał, a ja coraz bardziej się obawiałam, co z tego wyniknie. Czy aby na pewno to dobry pomysł? Przecież trylogia tworzyła zamkniętą całość. Zawierzyłam jednak, że Wielki Grafoman wie, co robi i mnie nie zawiedzie. Nie zawiódł, choć rzeczywiście na spotkanie z Katarzyną i Stanisławą przyszło mi trochę poczekać, gdyż jakoś specjalnie się nie spieszyłam.
"Zaginiona" to właściwie dwie mini-powieści. Pierwsza zatytułowana właśnie "Zaginiona", druga zaś "Czarne skrzypce". Obie przedstawiają losy znanych nam już bohaterek i obie są wciągające. Choć ten drugi tekst przypadł mi do gustu znacznie bardziej.
O czym tym razem? Stanisława przemeblowuje swoje lokum. Poszukuje jakiejś ciekawej mapy, która by dopełniła klimatu, pasując do morskiego wystroju jej gabinetu. Trafią na aukcję, na której pojawi się również tajemnicza, niepozorna studentka, która nieźle namiesza w całej historii. Zanim jednak kuzynki zrozumieją, że może im ona w jakiś sposób pomóc, zainteresują się nią z zupełnie innego powodu. Szczególnie, że Stasia nie czuje się najlepiej i przewiduje rychłą śmierć. Nawet czerwona tynktura jej tym razem nie pomoże. Co zatem połączy cichą i niezbyt towarzyską Anię z Kruszyńskimi? Tego Wam nie zdradzę, ale mogę powiedzieć, że historia jest przednia i nieźle zakręcona. Przygód w niej co nie miara, a i nawet trupy będą. Szkoda tylko trochę, że tym razem zabraknie Moniki.
"Czarne skrzypce" natomiast to opowieść o tajemniczej chorobie, która wesołą i pogodną nastolatkę przeistoczyła w swoiste warzywo. Na szczęście jej brat postanowił dołożyć wszelkich starań, by uratować siostrę. Nie pomogli lekarze, nie pomógł egzorcysta, więc może alchemiczka znajdzie rozwiązanie zagadki. Przy okazji kuzynki trafią w bardzo miłe miejsce, które – w przeciwieństwie do ich folwarku – odniosło pewien sukces. Co takiego mają w sobie tytułowe czarne skrzypce? Warto się przekonać.
Książka jest napisana bardzo dobrze, zresztą można się tego było spodziewać. Pełna przygód, specyficznego humoru i klimatu, do którego miłośnicy cyklu przywykli. Jest jednak trochę oderwana od poprzednich tomów. Czy to źle? Niekoniecznie. Ich znajomość nie jest bowiem konieczna do lektury "Zaginionej", co może sprawić, że po książkę sięgną również osoby nieobeznane z historią kuzynek Kruszewskich. Jednak mocno odczuwalny jest brak Sędziwoja i to chyba najsłabszy punkt tych opowieści. 
Niestety tym razem muszę się trochę przyczepić do wydania, ponieważ znalazłam zbyt wiele błędów jak na Fabrykę słów. Przywykłam do tego, że nie wypuszczają bubli, że plasują się na najwyższej półce jeśli chodzi o wydawanie książek niemal idealnych. Tym razem coś nie wyszło. Może powodem było to, że jeszcze przed ukazaniem się książki na rynku, spotkała się ona z pewną dozą krytyki – zarówno sam fakt przedłużania "na siłę" cyklu, jak i problemy z nową szatą graficzną, którą Wydawnictwo zraziło wielu swoich czytelników. Nawet ukłon w ich stronę w postaci dodatkowych obwolut pasujących do wcześniejszych wydań cyklu nie okazał się rozwiązaniem idealnym, choć w niewielkim stopniu załagodził niezbyt przyjemną sytuację.
"Zaginioną", jak przystało na tekst pióra Pilipiuka, czyta się bardzo szybko i lektura ta sprawia wiele przyjemności. Czy więc jesteś miłośnikiem kuzynek Kruszewskich, czy też nie miałeś styczności z tym cyklem – nie będziesz żałować, jeśli sięgniesz po tę książkę.




sobota, 24 października 2015

Wojna w Blasku Dnia (2) – Peter V. Brett

Wydawnictwo: Fabryka Słów
Lublin 2013
Cykl demoniczny, tom III
Pustynna Włócznia, Księga II
Oprawa: miękka ze skrzydełkami
Liczba stron: 525
Tytuł oryginału: The Deaylight War
Przekład (z angielskiego): Marcin Mortka
Ilustracje: Dominik Broniek
ISBN: 978-83-7574-854-3
 
 
 
 
Zbliża się Nów. Arlen i Jardir poznali plany demona umysłu. Czy jednak na pewno wiedzą, o co chodzi księciu otchłańców? Czy zjednoczenie ludzkości jest możliwe i ile żyć będzie trzeba poświęcić, by uratować Zakątek Rębaczy i Lenno Everama?
Zanim jednak nadejdzie czas na wielką i krwawą bitwę, mieszkańcom Zakątka przyjdzie bawić się na wspaniałej uczcie weselnej. Wszak w życiu nie śmierć jest najważniejsze, ale korzystanie z chwili.
Jeśli dotąd czuliście, że Brett pokazuje świat ze zbyt wielu perspektyw... to dopiero teraz doświadczycie, czym jest prawdziwie wybuchający mózg. Wiemy przecież doskonale, co widzą i czują Arlen, Leesha, Rojer, Jardir, Abban, Inewera, Renna... Jednak oni wszyscy są ludźmi. Teraz poznacie perspektywę wysłanników Nie i dowiedziecie się, jak oni postrzegają całą tę sytuację i walkę z ludźmi. To naprawdę niesamowicie ciekawe doświadczenie, choć mam wrażenie, że trochę za mało rozwinięte. Może Autor czekał na kolejną część, by lepiej przedstawić demony.
W tej księdze poza walką, której jest naprawdę dużo będą też... ballady i romanse. Bo to nie tylko ślub pary ważnych i kluczowych bohaterów, ale także nowa, rozkwitająca miłość, a przynajmniej pewne zauroczenie, którego nikt się nie spodziewał. To również zmiany w stosunkach pomiędzy bohaterami oraz w nich samych. Bo przecież każdy człowiek dojrzewa każdego dnia i bohaterów Cyklu Demonicznego to prawo również dotyczy. Czy spodobają się Wam nowe cechy Arlena i Leeshy? Czy może wolelibyście, by zostali takimi samymi ludźmi, jakimi byli w poprzednich tomach? Przekonajcie się sami. Osobiście bardzo się cieszę, że się zmieniają pod wpływem wydarzeń i okoliczności, w jakich przychodzi im żyć.
Trwa przenikanie się kultur. W końcu ludzie z zielonych krain oraz wyznawcy Everama zaczynają dostrzegać, że naprawdę mogą się od siebie wzajemnie sporo nauczyć. I że wspólna, zjednoczona walka przeciwko siłom ciemności jest nie tylko możliwa, ale i przynosi owoce. 
Kto jest Wybawicielem – Arlen czy Jardir? A może... żaden z nich? Czy rozstrzygnie to pojedynek zgodnie z zasadami Domin Sharum – jeden na jednego? Oj, tego nie powiem, choćby dlatego, że... sama nie mam pojęcia. Liczę na to, że dowiem się na samym początku "Tronu z Czaszek", bo już umieram z ciekawości.
Jeśli mam mieć jakieś zastrzeżenia do tej księgi to chyba tylko jedno –  mam wrażenie, że jest w niej znacznie mniej ilustracji niż w poprzednich. Ponadto – ciężko nie polecić lektury.
 
 
 
 
 
 

wtorek, 20 października 2015

Wojna w Blasku Dnia – Peter V. Brett

Wydawnictwo: Fabryka Słów
Lublin 2013
Cykl demoniczny, tom III
Pustynna Włócznia, Księga I
Oprawa: miękka ze skrzydełkami
Liczba stron: 677
Tytuł oryginału: The Deaylight War
Przekład (z angielskiego): Marcin Mortka
Ilustracje: Dominik Broniek
ISBN: 978-83-7574-850-5





W "Malowanym człowieku" poznaliśmy Arlena, Leeshę i Rojera. Jednym z najważniejszych ludzi w życiu Arlena był Jardir. Początkowo nieufny, potem szanujący go i doceniający jego odwagę. W końcu przyjaciel, który zadał mu cios w plecy. Zdrajca, który pragnął władzy za wszelką cenę. Skurczybyk, dla którego nie istniał honor. W "Pustynnej Włóczni" Brett pokazuje nam zgoła innego Jardira. Kiedy poznajemy jego historię, staje się postacią wręcz tragiczną, uwikłaną w sieć zależności i powiązań. Jest osobą głęboko wierzącą w swe posłannictwo, a jednocześnie często uległa władzy, jaką dzierży nad nim Inevera, jego pierwsza żona. To ona staje się dla nas w pewnym sensie ucieleśnieniem zła i to ona jest przyczyną, dla której Jardir zdradził Arlena. 
Oto "Wojna w Blasku Dnia". Brett przedstawia nam postać Inevery i jej historię. Walkę o przetrwanie na straszliwie ciężkim szkoleniu dama'ting, kolejne stopnie wtajemniczenia i w końcu pewne odkrycie – człowiek, za którego kazały jej wyjść magiczne demonie kości jest tym, którego rzeczywiście pokochała. 
Czytając "Wojnę w Blasku Dnia" czytelnik nie raz przekona się, że cała historia, którą znał dotychczas jest inna, niż myślał. Spojrzenie z kolejnej perspektywy zupełnie ją zmienia. Trudno to sobie wyobrazić, a jednak tak się właśnie dzieje. I jakby tego było mało, w pewnym momencie dochodzi jeszcze jedna, bardzo niepokojąca, perspektywa, której na razie nie będę zdradzała.
Inevera zdecydowanie jest w tej części postacią wiodącą, choć bardzo dużo rozdziałów poświęcił Autor również Rennie i jej dojrzewaniu. Z zahukanej, wiejskiej dziewczyny, która spędziła noc w wychodku, a następnie pozwalała się wykorzystywać ojcu, staje się ona silną kobietą. Zabija demony, żywi się ich mocą. Podąża za Arlenem, na dobre i na złe. A jednocześnie uczy się, że świat jest znacznie bardziej skomplikowany, niż dotychczas myślała oraz że nie wszyscy ludzie są źli i pragną ją skrzywdzić. Będzie się musiała naprawdę sporo nauczyć. 
Wiele dzieje się również w Lennie Everama. Leesha i Inevera – co nikogo, poza Jardirem, nie dziwi – nie przypadły sobie do gust. Każda na swój sposób pożąda Ahmanna, a on nie potrafi wybrać. Sprytna Damajah będzie próbowała zgładzić swoją nową rywalkę, a posłuży się do tego podstępem, który zaowocuje... pewnym zupełnie niespodziewanym romansem z udziałem Rojera i dwóch pięknych księżniczek. Co z tego wyniknie?
Pod wpływem gości z Zakątka zmienia się również sam Jardir. Zaczyna na nowo spoglądać na swój lud, dostrzegać sprawy, z których dotychczas nie zdawał sobie sprawy. Czy intryga Abbana się powiedzie i Shar'Dama Ka odmieni krasjańskie społeczeństwo? Czy dobrym początkiem ku tym przemianom będzie dostrzeżenie potencjału rzeszy khaffit i chin? 
Książka nie jest, jak poprzednie, podzielona na części. Rozdziały lecą "ciurkiem", co pozwala przechodzić płynniej od jednego bohatera do drugiego. Jednocześnie zmieniło się trochę oznaczenie rozdziałów piktogramami oznaczającymi występujące w nich postaci. To tylko drobiazgi, ale wpływają na zadowolenie z lektury. 
Choć literówek nie znalazłam specjalnie dużo, to muszę zauważyć, że w powieści pojawiły się różne dziwne błędy, których nie potrafię w żaden sposób uzasadnić. Kilka zdań ma dziwną, nielogiczną składnię, kilka wyrażeń użyto niepoprawnie. Z czego to wynika? Nie potrafię powiedzieć. Na szczęście jest tego niewiele i nie jest to w stanie odebrać olbrzymiej frajdy z czytania tej niesamowitej, zagmatwanej, wielowątkowej historii.





Pustynna Włócznia. Jedność jest warta każdej krwi (2) – Peter V. Brett

Wydawnictwo: Fabryka Słów
Lublin 2010
Cykl demoniczny, tom II
Pustynna Włócznia, Księga II
Oprawa: miękka ze skrzydełkami
Liczba stron: 659
Tytuł oryginału: The Desert Spear
Przekład (z angielskiego): Marcin Mortka
Ilustracje: Dominik Broniek
ISBN: 978-83-7574-272-5




Robi się coraz ciekawiej, a myślałam, że to już niemożliwe. Peter Brett udowadnia, że "Malowany człowiek" to nie był jednorazowy pokaz, ale że jest autorem, który ma wielki talent i potrafi czytelnika całkowicie zauroczyć opowiadaną historią.
Podbój zielonych krain trwa. Jardir ze swą potężną, świetnie wyszkoloną armią prze na Północ. Rozpoczęła się Wojna w Blasku Dnia. Czy zjednoczenie całej ludzkości pod jarzmem jednego człowieka doprowadzi do pokonania wysłanników Nie? Czy otchłańce vel alagai przegrają, gdy ludzie staną się braćmi? I przede wszystkim – czy można ludzi na siłę uczynić braćmi? Ogniem i mieczem?
Natarcie z Południa zbliża się nieubłaganie do Zakątka Wybawiciela. Pewnej nocy jego mieszkańcy staną do walki z otchłańcami, a z pomocą przyjdą im dal'Sharum z samym Shar'Dama Ka. Jaki będzie efekt tego niecodziennego mariażu? Jak zareaguje Leesha, która przecież czuje, że pełni rolę obrońcy Zakątka? Naznaczony zniknął, teraz to jej wszyscy słuchają. Czy i Jardir ulegnie jej urokowi, urodzie i wspaniałemu umysłowi?
Tymczasem Arlen odwiedza miejsca, które wiążą się z jego przeszłością. Bo nawet Naznaczony – niezależnie od tego czy jest Wybawicielem – musi kiedyś zmierzyć się z własnymi wspomnieniami i traumą z dzieciństwa i młodości. Zanim powróci do Zakątka poczuje potrzebę odnalezienia w sobie człowieka. A dobrą duszyczką, która mu w tym pomoże okaże się Renna Tanner. 
Najciekawsza jednak w tej księdze okaże się, przynajmniej moim zdaniem, podróż Leeshy, Rojera, Wolndy i Gareda do Lenna Everama, czyli zdobytego przez Krasjan fortu Rizon. Ścieranie się dwóch zupełnie odmiennych kultur, nakreślone przez Bretta w "Malowanym człowieku", teraz zostaje przepięknie odmalowane. Wyniknie z tego wiele kłopotliwych sytuacji, jednak właśnie dzięki tym różnicom bohaterowie dojrzeją, staną się znacznie bogatsi wewnętrznie i nieraz zupełnie inaczej spojrzą na otaczający ich świat.
W drugiej księdze "Pustynnej Włóczni" znajdziecie zatem sporo rozważań społeczno-socjologicznych, trochę psychologii, mnóstwo wyśmienicie opisanych przygód, a także kolejne romanse, o których Brett nie zapomina. Jest to doprawdy smakowite połączenie, tym bardziej, gdy uświadomić sobie, że demony tylko czekają, by pokonać ludzkość. Choć... czy aby na pewno o to im chodzi? Któż to wie...
Minusem książki są literówki, których jest więcej niż w poprzednich częściach. Znów pochwalić należy piękne i klimatyczne ilustracje Brońka, które urzekają zarówno charakterem, jak i oddaniem szczegółów. Widać, że doskonale poznał postaci i świat przedstawiony jest mu bliski. Wielkie oklaski.


poniedziałek, 12 października 2015

Pustynna Włócznia. Jedność jest warta każdej ceny we krwi – Peter V. Brett

Wydawnictwo: Fabryka Słów
Lublin 2010
Cykl demoniczny, tom II
Pustynna Włócznia, Księga I
Oprawa: miękka ze skrzydełkami
Liczba stron: 528
Tytuł oryginału: The Desert Spear
Przekład (z angielskiego): Marcin Mortka
Ilustracje: Dominik Broniek
ISBN: 978-83-7574-268-8




W piątek miała miejsce polska premiera drugiej księgi czwartego tomu Cyklu Demonicznego, czyli "Tronu z Czaszek". Jeszcze chwila upłynie zanim poznacie moją opinię na temat tej powieści, spieszę jednak poinformować, że za mną już "Pustynna Włócznia", a więc jestem w połowie historii (nie liczę tego tomu, który nie został jeszcze wydany).
Jeśli już nie mogliście się doczekać dalszych losów Arlena, Leeshy i Rojera, to w pierwszej chwili możecie się trochę zdziwić. Niektórzy się ponoć wściekali na Bretta, ja jednak podeszłam do tematu na luzie. Cóż, prawda to, że o znanych nam bohaterach poczytać można poczynając gdzieś od strony mniej więcej czterechsetnej, czyli pod koniec książki. Wcześniej przenosimy się do Krasji i poznajemy nowe osoby. No, może nie do końca nowe, wszak Arlen był w Krasji i nawet zaprzyjaźnił się z Jardirem. Kim zatem jest ten krasjański przywódca, który dla kawałka metalu pokrytego runami był gotów zdradzić przyjaciela i zostawić go na pastwę Otchłańców? Czy rzeczywiście jest tak okrutny i bezlitosny?
Jak być może pamiętacie z "Malowanego Człowieka" Krasja to region, w którym społeczeństwo jest podzielone na klasy i szanowani są jedynie niektórzy jego przedstawiciele. Wśród ludności tego świata są wojownicy, którzy każdej nocy występują przeciwko potworom. Nazywa się ich dal'Sharum. Wysocy urzędnicy, którzy zdają się również dzierżyć dość ważną władzę religijną to dama. Dama'ting z kolei to poniekąd odpowiednik zielarek, choć niezupełnie, to dama'ting nie tylko leczą, ale też, między innym,i zaglądają w... przyszłość. Są oczywiście również zwykli ludzie, którzy nie walczą, nie mają żadnej władzy – kupcy, rzemieślnicy, służba. Nazywani są khaffit, uznawani za tchórzy, wykorzystywani przy każdej nadarzającej się okazji, bez większych praw, lżeni z byle powodu. Jednym z nich jest Abban.
Jardir, najwyższy przywódca Krasji, uważany za Wybawiciela, ten, który ma uratować ludzkość przed alagai, czyli Otchłańcami, przeszedł wiele. Ta księga poświęcona jest przede wszystkim jego historii. Właściwie nazywa się Ahmann asu Hoshkamin am'Jardir am'Kaji. Jego ojciec zginął, gdy chłopak był jeszcze dzieciakiem, a matką nikt się nie zajął, ponieważ... urodziła pod rząd trzy dziewczynki. Tak, Krasja nie słynie raczej z szacunku do kobiet. Przypomina Wam to coś? Ahmann i Abban tego samego dnia zostają zabrani ze swych domów, by odbyć przeszkolenie i odnaleźć swoje miejsce w społeczeństwie. Gdzie który z nich się znajdzie, wiemy od początku, ale droga to daleka i wyboista. Pełna niespodzianek dla czytelników i krwi niejednego z wojowników.
Wraz z nowymi bohaterami przychodzą również nowe, dość liczne, nazwy. Słownictwo Krasji stworzone jest – zresztą jak cała Krasja – na wzór wschodni, konkretniej można powiedzieć – arabski. Czasami można sobie język połamać, kiedy chce się na głos przeczytać zdanie, w którym poza imieniem bohatera zapisano jeszcze kilka innych nazw własnych. Niektórym to może przeszkadzać. Rada? Nie czytajcie na głos. Bo zabieg zastosowany przez Bretta jest bardzo udany i uważam, że gdyby z niego zrezygnował, powieść straciłaby wiele z autentyczności, a jednocześnie ze swej magiczności.
Jedność jest warta każdej ceny we krwi. Tak uważają dal'Sharum. Czy jednak rzeczywiście lepiej jest zginąć w walce z alagai, niż żyć jako khaffit? Nie wszyscy się z tym zgadzają. Polityka i religia idą w Krasji w równym szeregu. Kiedy Jardir ogłasza się Wybawicielem, akcja powieści jeszcze bardziej przyspiesza, choć wcześniej wydawało się już, że całkiem nieźle pędzi. Zjednoczenie krasjańskich plemion nie jest łatwe. Pomoże mu w tym pierwsza małżonka, dama'ting, Inevera. Piękne imię kobiety oznacza tyle, co wola Everama, Stwórcy, w którego wierzą Krasjanie. Jakże więc mógłby się jej sprzeciwić nawet sam Wybawiciel? Czy jednak na pewno wyjdzie na tym dobrze?
"Pustynna Włócznia" to w dużej mierze powieść o przyjaźni i ciągłej walce o władzę. O dochodzeniu do niej, nawet po trupach, a jednocześnie o podejmowanych próbach, by nie przelewać krwi w blasku dnia, nie przelewać krwi ludzkiej, a skupić się wspólnie na niszczeniu alagai. To także historia dwóch różnych poglądów na świat.
Końcówka tej księgi przenosi nas znów do znanego już świata Naznaczonego, Leeshy i Rojera. Powraca również, dość niespodziewanie, choć ku mej wielkiej radości, postać Renny. Co się stanie, kiedy Krasjanie dotrą do Zakątku i jak na ich pojawienie się zareagują jego mieszkańcy? Dowiedzcie się sami. Wojna w Blasku Dnia coraz bliżej...
"Pustynna Włócznia" jest wielowątkową, rewelacyjnie napisaną powieścią, która trzyma w napięciu od pierwszego do ostatniego słowa. Wydaje mi się nawet lepsza od "Malowanego Człowieka". Ma niesamowity klimat, który zyskuje jeszcze w polskim wydaniu dzięki ilustracjom i całej pięknej oprawie graficznej. Nie mam właściwie żadnych zastrzeżeń do tej księgi, znalazłam jedynie kilka niewielkich literówek, co przy tak obszernym tekście w niczym mu nie ujmowało. Muszę też przyznać, że cieszy mnie coraz bardziej polski podział każdego tomu na dwie księgi. To już i tak opasłe tomiszcza. Ciężko by było utrzymać niemalże 1200 storn i nie odczuwać bólu rąk. A książka jest tak dobra, że po prostu nie można się od niej oderwać. Polecam z całego serca.


środa, 18 lutego 2015

Malowany człowiek. Niech cię mrok pochłonie... (2) – Peter V. Brett

Wydawnictwo: Fabryka słów
Lublin 2009
Cykl Demoniczny, tom I
Malowany człowiek, Księga II
Oprawa: miękka ze skrzydełkami
Liczba stron: 320
Tytuł oryginału: The Painted Man
Przekład (z angielskiego): Marcin Mortka
Ilustracje: Dominik Broniek
ISBN: 978-83-7574-050-9
 
 
 
 
Chciałoby się napisać, że to doskonała kontynuacja pierwszego tomu. Jednak gwoli poprawności tak nie napiszę, jako że to żadna kontynuacja. Wyjaśniłam już w poprzedniej recenzji, że "Malowany człowiek" został przez Fabrykę słów sztucznie podzielony na dwa tomy. Teraz więc mam za sobą lekturę po prostu... dalszych rozdziałów pierwszego tomu powieści "Painted Man". Nie zaprzeczę jednak, że czyta się je wyśmienicie. 
Mija kilka lat. Arlen jest Posłańcem i często bywa w Krasji, jedynym miejscu na świecie, w którym ludzie podejmują wojnę z otchłańcami. Ma więc szansę wykazać się odwagą i zręcznością w walce z demonami, które atakują co noc i zbierają całkiem pokaźne żniwo. Nie zaprzestaje też poszukiwań legendarnych run wojennych. Mocno wierzy, że uda mu się je odnaleźć i wykorzystać w celu... wybawienia ludzi. Jedno wydarzenie pociągnie za sobą cały szereg udręk i bólu, a Arlen przestanie być tym samym człowiekiem, którego poznaliśmy wcześniej.
Leesha wciąż przebywa w Angiers, gdzie osiąga wiele jako Zielarka. Jest ceniona, rozpoznawalna, szanowana. Nadal samotna. Choć obiecała, że pewnego dnia powróci do Zakątka Drwali, wciąż nie potrafi tego zrobić, znajdując całe mnóstwo powodów i wykrętów, dla których bardziej potrzebna jest w mieście. Czy jest ktoś albo coś, co sprawi, że zmieni zdanie?
Rojera życie nadal nie rozpieszcza. Choć na pierwszy rzut oka zdawać się może, że wiedzie mu się całkiem dobrze, to myli się czytelnik, który tak myśli. Zdrady, śmierć i ból staną się dla niego niemal chlebem powszednim.
Wiele się wydarzy, zanim bohaterowie spotkają się w jednym miejscu i zaczną wzajemnie poznawać. Czy polubią się od razu? Och, toż to nie bajka dla dzieci, a oni są tak od siebie różni. Szczególnie Arlen, który czasem sam zastanawia się nad tym, ile człowieka w nim zostało.
Samotny jeździec, Naznaczony oraz Zielarka i minstrel. Co się stanie, kiedy ta trójka zjednoczy swe siły i stanie przeciw otchłańcom? Jakie tajemne moce, o których nikomu się nie śniło, posiadają?
W drugiej księdze "Malowanego człowieka" sporo napatrzymy się na walki z otchłańcami. Napatrzymy to słowo idealnie pasujące do sytuacji, bowiem Brett tak plastycznie opisuje te chwile, że właściwie widzimy atakujące, wrzeszczące, bijące i gryzące demony oraz stawiających im czoło ludzi. 
W powieści pojawią się też nowi bohaterowie, szczególnie podczas pobytu Arlena w Krasji. To niesamowite miasto kryje w swych zakamarkach wiele obłudy i kłamstwa, a także tradycje i zwyczaje, których człowiek "spoza" nie jest w stanie pojąć. Choć pozornie przyjęty jako dobry wojownik, Arlen na zawsze pozostanie dla Krasjan obcym, chin. 
Brett buduje świat ostrożnie, dawkując nam przyjemność. Choć początkowo wydawało się, że rzucił nas na głęboką wodę, teraz zaczynamy rozumieć, że to był jedynie przedsmak tego, co się dzieje dalej. Krasja okazuje się niesamowitym światem, zupełnie nieprzystającym do tych miejsc, które czytelnik już poznał. Cały jej społeczny ustrój, zbudowany na kastach, nierówności ludzi i conocnej walce z otchłańcami z jednej strony zachwyca, a z drugiej przeraża. Z pewnością Wam się to spodoba.
Runy wojenne, Wybawiciel, pewna włócznia, która jest w stanie zabić otchłańce. Wszystko to jest jedynie początkiem zdarzeń, które doprowadzą do pojawienia się na świecie Naznaczonego, czyli tytułowego Malowanego człowieka. A i jego pojawienie się to dopiero zaczyn, który wzrastać będzie każdego dnia, aż do niesamowitego, tajemniczego i porywającego zakończenia pierwszego tomu cyklu. Nowe miasto, dużo scen na pustyni, śmierć czyhająca tak ze strony demonów, jak i niechętnych naszym bohaterom ludzi. Jakby tego było mało, w Zakątku Drwali wybucha epidemia, która kończy się śmiercią wielu mieszkańców. Czy Zielarki są w stanie zatrzymać rozprzestrzeniająca się chorobę, a zdziesiątkowana ludność okolicy stawić czoło wychodzącym co noc otchłańcom?
Księga II "Malowanego człowieka" to fascynująca podróż przez świat przejmujący grozą, pełen piekielnego zła, które jest udziałem nie tylko otchłańców, ale również zawistnych ludzi. Przekonajcie się sami, jak wygląda ten nowy etap w życiu Arlena, Leeshy i Rojera oraz kim jest Shar'Dama Ka. Zdecydowanie warto.
Cała lektura była wyśmienita, a zakończenie wbiło mnie w fotel. Dosłownie – siedziałam z otwartymi ustami i widziałam te... Nie, nie zdradzę, co widziałam. Grunt, że ten widok zrobił na mnie wielkie wrażenie i przypomniał pewną scenę z "Diuny", a to już wystarczający powód, by sięgnąć po powieść.
Książka jest, oczywiście, świetnie przetłumaczona i wydana i nie mam żadnych zastrzeżeń w tych kwestiach. Znów też urzekają ilustracje Dominika Brońka.
Zapytano mnie ostatnio, czy "Malowany człowiek" jest książką dobrą dla dwunastolatka. Po lekturze pierwszej księgi nie miałam co do tego wątpliwości. Teraz jednak się nad tym zastanawiam. Druga księga jest znacznie bardziej brutalna. Decyzję pozostawiam rodzicom.
 
 
 
 
 
 
 
 
 
 

poniedziałek, 26 stycznia 2015

Malowany człowiek. Niech Cię mrok pochłonie... – Peter V. Brett

Wydawnictwo: Fabryka słów
Lublin 2008
Cykl Demoniczny, tom I
Malowany człowiek, Księga I
Oprawa: miękka ze skrzydełkami
Liczba stron:500
Tytuł oryginału: The Painted Man
Przekład (z angielskiego):  Marcin Mortka
Ilustracje: Dominik Broniek
 ISBN: 978-83-7574-057-8




Nie wiem, od czego zacząć, a na ogół zdarza mi się to wówczas, gdy książka jest naprawdę dobra i mam całe mnóstwo przemyśleń. Tak też jest i tym razem, choć określenie, że pierwsza księga "Malowanego człowieka" jest dobra to zdecydowanie za mało. Powieść jest znakomita, wbijająca w kanapę (fotel, czy na czym tam siedzicie, czy leżycie) i po prostu – fantastyczna w każdym tego słowa znaczeniu. Zaczynając od okładki, która jest graficznie idealna, kończąc na przepięknie zaprojektowanym spisie treści – wszystko w niej jest perfekcyjne. Choć, jak to ja, znalazłam jeden maluśki minus i nie chodzi mi wcale o to, że powieść kończy się po 500 stronach i trzeba sięgać po kolejną książkę. To akurat jest duży plus, ale o wszystkim po kolei (ostrzegam rzetelnie – to nie będzie krótki tekst).
Świat wykreowany przez Bretta jest niesamowity i bardzo złożony. Aż trudno uwierzyć, że został stworzony na potrzeby powieści. Gdzieś tam z tyłu głowy tłucze się myśl, że może to świat alternatywny do naszego, albo jakaś daleka przyszłość, w której nikt nie pamięta o Starej Ziemi, a zamiast rozwoju mamy swego rodzaju uwstecznienie się społeczeństw. Nie ma tu miejsca na żadne przypadki, czy na deus ex machina (przynajmniej w pierwszym tomie). Widać od razu, że wszystko zostało doskonale przemyślane i zaplanowane z dużą dokładnością, można wręcz rzec, że Autor jest perfekcjonistą i ta cecha zdominowała jego pracę nad światem przedstawionym. Światem ponurym i przerażającym, w którym – jak się początkowo zdaje – dla ludzi nie ma nadziei na lepsze jutro. Każdy zmierzch oznacza przerażenie i grozę, każdy ranek witany jest z oddechem pełnym ulgi, że się przeżyło, a czasem, nawet często, ze łzami, że kolejni bliscy odeszli. Nie, właściwie nie odeszli. Zostali zamordowani, z wielkim okrucieństwem, przez różnorakie otchłańce. 
Otchłańców poznajemy kilka rodzajów i każdy z nich ma jakieś specyficzne cechy. Wszystkie jednak charakteryzują się tym, że wychodzą na powierzchnię ziemi po zapadnięciu zmroku i znikają o świcie. W tym czasie sieją śród ludzi i zwierząt prawdziwe spustoszenie. Najgorsze jest to, że wysłańców z Otchłani nie można zabić, można jedynie chronić się przed nimi dzięki stawianiu runów.
Już w tym krótkim opisie świata pojawiają się charakterystyczne dla całej powieści określenia – otchłańce i runy. To na nich Brett buduje fabułę i ludzką społeczność. 
W świecie "Malowanego człowieka" ludzie żyją w niewielkich siołach, albo w Wolnych Miastach. Wszystkie one są od siebie oddalone, na ogół o przynajmniej kilka dni drogi, a wiadomo, że przebycie takiego dystansu oznacza konieczność spotkania się z otchłańcami. Niewielu więc podróżuje, a ci, którzy się na to decydują i z tego żyją, zwani są Posłańcami. Brett ukazuje nam społeczeństwo, w którym, poza książętami, najważniejsze społeczne role pełnią Patroni Runów, Posłańcy i Opiekunowie Świętych Domów, a także – i tu wielki ukłon za olbrzymią rolę, jaką Autor przypisuje kobietom – Zielarki. 
Co się stało, że świat wygląda tak właśnie? Nie wiemy. Coś, gdzieś... Jakaś Plaga, jakiś Wybawiciel, jakaś Przepowiednia. Jednak Czas Nauki minął już dawno, zakończył się straszliwą rzezią, pozostało po nim niewiele. Księgi są na wagę złota... Nie, złoto nie ma takiej wartości, jak księgi, w których kryje się "tajemna" wiedza. Czy jednak coś pomogą, skoro zachłanni książęta pilnują, by nikt nie miał do nich dostępu?
Kim są główni bohaterowie tej niesamowitej opowieści? O dziwo (ja się bardzo zdziwiłam), są to dzieci. przynajmniej na początku. Jedenastoletni Arlen, trzynastoletnia Leesha i trzyletni Rojer. Każde z nich pochodzi z innego miejsca, każde jest charakterystyczne i przywiązujecie się do nich niemalże od pierwszej sceny, w której dzieciaki się pojawiają. Chociaż ciężko myśleć o nich jako o dzieciakach, no może z wyjątkiem małego Rojera. Historie tej trójki opowiadane są osobno. Kiedy się spotkają? Nie wiem, na pewno nie w pierwszej księdze. Uwielbiam Arlena, któremu dotychczas Autor poświęcił najwięcej miejsca. Leesha jest wspaniała i idealna. Rojera mi straszliwie żal. Denerwuje mnie stara Zielarka Bruna, a jednak żywię w stosunku do niej ogromny szacunek. Rozczulają mnie Posłaniec Ragen i jego żona Elissa. Nie cierpię Elony, matki Leeshy. Każde z nich budzi całą gamę uczuć i emocji, nie są li tylko papierowymi postaciami z książki, ale pełnowymiarowymi bohaterami, z którymi zżyłam się po tych 500 stronach. Ciekawe, co się stanie, kiedy zakończę Cykl Demoniczny... 
Odwaga, miłość, przyjaźń, przywiązanie, zdrada, ból. Rodzina. Nauka. Chęć poznania Prawdy. Drobiazgowo wykreowany świat, pełnokrwiści bohaterowie. Czegóż chcieć więcej?
"Malowany człowiek" opowiada również o dojrzewaniu głównych bohaterów. Na początku są dziećmi, ewentualnie nastolatkami, później czas przyspiesza i widzimy ich już jako właściwie dorosłych ludzi. Przez całą księgę obserwujemy, jak się rozwijają, jak zbliżają do swego przeznaczenia, do obranego celu, do marzeń. Jak zmienia się ich ogląd świata. Bardzo podoba mi się takie ujęcie ich losów.
Teraz malutki minus, o którym wspominałam na początku, po czym wracamy do kolejnych plusów. Co by nie przesłodzić – mam uwagę co do datowania. Niby jest pomocne, a jednak coś mi się w nim nie zgadza. Choćby część pierwsza dzieje się w 318-319 Roku Plagi, po czym poszczególne jej rozdziały datowane są wszystkie na 319 RP. Część druga wskazuje, że opowiada o latach 320-325, gdy tak naprawdę kończy się na 328 RP. Nie mogłam się w tym połapać.
Język powieści jest również na bardzo wysokim poziomie. Nie czytałam "Malowanego człowieka" w oryginale (choć nie wykluczam, że kiedyś, z czystej ciekawości, to zrobię), więc mam świadomość, że duża w tym zasługa tłumacza. I tutaj mała dygresja. Miałam okazję osobiście poznać Marcina Mortkę. Słuchałam jego wypowiedzi na temat napisanej przez niego książki dla dzieci, a także uczestniczyłam w panelu dyskusyjnym dotyczącym tłumaczeń. Muszę przyznać, że wcześniej nie czytałam niczego w jego przekładzie, teraz jednak mogę stwierdzić, że wie, o czym mówi. "Malowanego człowieka" czyta się doskonale między innymi dlatego, że został rewelacyjnie przełożony, a warstwa językowa tworzy dodatkowy, olbrzymi atut dla czytelnika, który potrafi docenić piękno rodzimej mowy. 
Kolejnym dużym plusem, jak to bywa w książkach wydawanych przez Fabrykę słów, jest szata graficzna. Rysunki Dominika Brońka są fascynujące i przerażające zarazem. W większości przedstawiają straszliwe otchłańce. Idealnie wpasowują się w klimat powieści. Możemy byc dumni z takiego wydania. 
Być może powinnam o tym napisać na początku, jednak uznałam, że dotyczy to nie samej książki, a jedynie polskiego wydania, jest więc uzasadnione, że wspominam dopiero teraz. W wydaniu oryginalnym "Malowany człowiek" jest pierwszym tomem "Cyklu Demonicznego". To jeden tom z trzech, które dotychczas zostały wydane. Fabryka słów podzieliła jednak te tomy, tworząc, jak dotąd, sześć osobnych ksiąg. Stąd też taka numeracja – cykl, tom, księga. Ja nie narzekam – księgi są dość grube, a jak sobie pomyślę, że byłyby jeszcze bardziej opasłe...
Redakcja i korekta spisały się na medal, ale tu akurat nie spodziewałam się niczego innego.
Jednym słowem, od powieści nie można się oderwać. Ja jeszcze w tym tygodniu sięgam po drugą księgę.





Książka przeczytana w ramach Wyzwania:

czwartek, 10 lipca 2014

Popiół i kurz. Opowieści ze świata POMIĘDZY – Jarosław Grzędowicz


Wydawnictwo: Fabryka słów
Lublin 2012
Oprawa: miękka
Liczba stron:329
Ilustracje: Dominik Broniek
ISBN: 978-83-7574-755-3





Polecono mi, więc się zabrałam. Okładka raczej odstręczała, zniechęcała, jednak polecenie od pewnych osób skutkuje tym, że nie zwracam uwagi na takie szczegóły. Choć nieczęsto zdarza się, że Fabryka słów wypuszcza na rynek książkę, której okładka nie przypada mi do gustu... Usłyszałam niedawno, że nie warto mi nic polecać, bo i tak nie biorę tego pod uwagę. Czy to na przekór, czy po prostu tak się złożyło... sięgnęłam ostatecznie do powieści "Popiół i kurz. Opowieści ze świata POMIĘDZY" Grzędowicza i... kraina Półsnu, po której wędruje główny bohater pochłonęła mnie całkowicie. Zostałam do niej właściwie wessana i aż do ostatniej strony nie udało mi się z niej wydostać. Chociaż... czy ja już wróciłam do świata żywych? Tego wcale nie jestem pewna.
Powieść uwiodła mnie od pierwszych zdań, a w miarę, jak przewracałam jej karty, było tylko coraz lepiej. Gdzieś w okolicy trzysetnej strony dosłownie na moment zrobiło się trochę słabiej, ale dość szybko akcja powróciła do normy. Normy? Czy jest u Grzędowicza coś takiego? Jeśli jest, to naprawdę jej poprzeczki postawione są bardzo wysoko. Prolog, który początkowo był opowiadaniem, a dopiero później stał się początkiem powieści, po prostu powala z nóg. Nie mogłam też się nadziwić, że Grzędowicz popełnił plagiat czegoś, co sama napisałam dwa lata temu. Problem w tym, że on... był pierwszy i to ja napisałam coś bardzo podobnego, nie wiedząc jednak, że świat Pomiędzy został już przez kogoś w tak rewelacyjny sposób wykreowany. I choć uwielbiam moje opowiadanie (mające 30 stron A4), to jednak chylę czoło przed autorem "Popiołu...". Powieść nie tylko rozwija mnóstwo wątków, ale i warsztatowo napisana jest znacznie lepiej, niż mój tekst...
Tyle tytułem wstępu. Przechodząc do meritum, czyli "z czym to się je". Narracja w powieści jest pierwszoosobowa, mamy więc okazję zobaczyć wszystko oczami głównego bohatera. Kim jest? Niby zwykły człowiek, nauczyciel akademicki, etnolog. Niespecjalnie towarzyski, singiel około czterdziestki, przez rodzinę uważany za dziwaka. Lubi sobie pomarudzić, czasem wypić, pali skręcane własnoręcznie fajki. Zwykły facet. Czy na pewno? Jeśli za zwykłego faceta uważać można kogoś, kto wędruje po świecie, do którego trafiają ludzkie dusze, walczy z demonami i potrafi umarłych przeprowadzać na drugą stronę, do światła – to właściwie tak, nasz bohater jest całkiem normalnym gościem. Od pierwszych stron jednak wiemy już, że tak naprawdę jest wyjątkowy. Nasz bohater (z upiorem maniaka będę powtarzać słowo "bohater", gdyż Autor nie zdradził jego imienia) w świecie pomiędzy znany jest jako Charon. Za przysłowiowego obola może uratować ludzką duszę od wiecznej męki. Bo chyba nawet piekło nie może być tak straszliwe, jak kraina Półsnu. Grzędowicz w niesamowity sposób oddaje nastrój i atmosferę tego okropnego miejsca, w którym każdy przedmiot z naszego świata emanuje swoistym odbiciem, które Charon określa jako Ka. Czasem stary gruchot może okazać się prawdziwym skarbem, jak choćby Marlene – zardzewiały, niedziałający od dekad motor z przestrzelonym bakiem, który jest doskonałym środkiem transportu po świecie Pomiędzy.
Mrok, strach, ciarki na plecach. Demony, myślokształty, skeksy. Do tego jeszcze pewna urodziwa wiedźma, zakon Spinofratrów, który stara się zachować w sekrecie istnienie pewnej starej księgi i śmierć najbliższego przyjaciela naszego bohatera. Jeszcze Wam mało? To ruszajcie do księgarni albo biblioteki po książkę, bo na pewno się nie zawiedziecie. 
Wyrazisty bohater pierwszoplanowy, wielka tajemnica sprzed wieków, demony, fantastyczny świat, liczne sceny walki przerywane rozważaniami godnymi samego Charona. Wszystko to zaś napisane pięknym językiem, doprawione szczyptą humoru i opatrzone piękną szatą graficzną, za którą odpowiedzialny był Dominik Broniek.
Gorąco polecam.Właściwie nie powinno to chyba nikogo dziwić. W końcu powieść otrzymała Zajdla (podobnie jak pierwszy tom „Pana Lodowego Ogrodu” i opowiadanie „Wilcza zamieć” Grzędowicza).




Książka przeczytana w ramach Wyzwania:


Książka przeczytana w ramach Wyzwania:

sobota, 24 maja 2014

Czerwona gorączka – Andrzej Pilipiuk

Wydawnictwo: Fabryka słów
Lublin 2013
Oprawa: miękka
Liczba stron: 427
Ilustracje: Grzegorz i Krzysztof Domaradzcy
ISBN: 978-83-7574-762-1






Kolejne spotkanie z Andrzejem Pilipiukiem i jego magicznymi światami. To już ostatni (choć chronologicznie wcześniejszy od "Szewca z Lichtenrade", czy "Carskiej manierki") tom opowiadań, które nie są związane z najbardziej znaną postacią wykreowaną przez tego Autora, czyli z Jakubem Wędrowyczem. Ostatni więc dla mnie, ponieważ postać Wędrowycza zdecydowanie nie przypadła mi do gustu i nie zamierzam po książki z tej serii sięgać, mimo mojej fascynacji pomysłowością Wielkiego Grafomana.
W tym zbiorze aż 11 opowiadań i aż 427 stron. Niektóre z tekstów są, jak to bywa, lepsze, inne trochę słabsze. Jeden nieszczególnie mi się spodobał, choć to trochę dziwne. Po kolei jednak. Jak zwykle przy zbiorach – najpierw kilka zdań o każdym opowiadaniu, a dopiero później ogólne podsumowanie zbioru jako całości.
Na dzień dobry mamy opowiadanie tytułowe, czyli "Czerwoną gorączkę", a w nim naszego drogiego i szanownego doktora Skórzewskiego. Tym razem doktor Paweł spotka się z samym Dzierżyńskim. Do tego po Moskwie grasuje podejrzany typek, który obcina głowy komunistom. Jaki związek ma to z rozprzestrzeniającą się chorobą zakaźną i dlaczego właściwie doktor Skórzewski miałby pomóc Rosjanom? Dowiecie się wszystkiego i zapewniam Was – jest to opowiadanie iście Pilipiukowe. Wielki Grafoman w najlepszym wydaniu!
"Grucha" to najkrótszy tekst w tym zbiorze i muszę przyznać, że jeden z lepszych. Aż szkoda, że nie doczekał się jeszcze jakiejś ciekawej kontynuacji. Prowadzona w pierwszej osobie narracja sprawia, że czujemy się jakbyśmy byli uczestnikami szkolnych wydarzeń. Wydarzeń jak z nocnego koszmaru dotyczącego czasów szkolnych, który chyba każdy co jakiś czas miewa. Ten jest jednak znacznie poważniejszy, nauczycielka to wyjątkowa zołza, a konsekwencje jej znęcania się nad członkiem rodu Neborak okażą się nader dotkliwe.... dla tytułowej Gruchy, oczywiście.
Opowiadanie "Błękitny trąd" przedstawia nam świat, który można zakwalifikować jako fantasy. Nieczęste to u Pilipiuka – budowanie świata zupełnie od podstaw. Choć wychodzi mu to całkiem dobrze i jest to tekst dobry psychologicznie i trzymający w napięciu, wolę jednak te, w których bazuje na naszej historii i ewentualnie "bawi się" z alternatywami. Mimo wszystko jednak – uważam, że warto "Błękitny trąd" przeczytać.
"Silnik z Łomży" to jedno z najlepszych opowiadań tego zbioru. Genialne, zabawne, zagmatwane. Pełne historycznych nowinek, przekrętów iście diabelskich. To wspaniała i przewrotna postać głównego bohatera-dziennikarza, fantastyczna drugoplanowa rola jego przyjaciela. Po prostu opowiadanie prima sort. Nie można się przy nim nudzić. Trzyma w napięciu do ostatniego zdania i z pewnością będziecie się przy nim świetnie bawić, nie mówiąc już o tym, ile się dowiecie.
"Zeppelin l-59/2"... Kocham zeppeliny, jestem nimi całkowicie zauroczona, marzę o tym, by kiedyś mieć okazję wejść na pokład. Marzenia ściętej głowy, powiecie? Cóż, główny bohater tego opowiadania też raczej nie spodziewał się takiej przygody, kiedy znalazł resztki zniszczonego zeppelina w jednym z polskich jezior. Na dodatek nie byle jakiej maszyny – służył na niej m.in. jego własny przodek. Cóż więc za zdziwienie przeżył, gdy dowiedział się, że zeppelin nie tylko został odrestaurowany, ale wybiera się w podróż... do Afryki! A to jedynie początek niesamowitych, magicznych wręcz przygód, które wywołują dreszczyk emocji i gęsią skórkę na plecach. Pilipiuk pokazał klasę!
"Wujaszek Igor" to, moim zdaniem, najsłabsze opowiadanie w "Czerwonej gorączce". Czytałam je na raty, przez dwa, czy trzy dni (reszta zbioru zajęła mi dosłownie chwilę). zupełnie się nie wciągnęłam, choć t trochę dziwne. Zamysł całkiem ciekawy, przebłyski wielkiej historii, Piłsudski, pociąg widmo, duchy, strachy, komuniści... Czego zabrakło? Moim zdaniem główny bohater, czyli tytułowy wujaszek Igor, był po prostu... Nie poczułam do niego takiej sympatii, jak przykładowo do doktora Skórzewskiego. Zupełnie papierowa postać. Miałam wrażenie, że jest, bo ktoś przecież być musi, ale jakby go nie było, to opowiadane też by wiele nie straciło. Cóż, jeden jedyny minus całego zbioru.
"Po drugiej stronie" to historia zagmatwana, niczym kłębek włóczki, którym właśnie zabawiał się mały kotek. Pełna nieoczekiwanych zwrotów akcji, niewytłumaczalnych zdarzeń, zawirowań historii. Zagadka do rozstrzygnięcia, stara broszka ze smokiem, targ staroci i dwoje małżonków, których szczęście wisi na włosku z powodu jednego antyku. Przypominało mi to najlepsze teksty o moim ukochanym Robercie Stormie (w czasie lektury dwóch pierwszych stron myślałam nawet, że to może być  nim). Bardzo dobry tekst, który do ostatniej chwili trzyma w napięciu  i zmusza do zastanowienia, co będzie dalej i czy się powiedzie...
"Gdzie diabeł mówi dobranoc" to fantastyczne opowiadanie o trochę innej Polsce. Cóż, straszą nas co jakiś czas zalewem muzułmańskim, talibanem w Polsce... Pilipiuk świetnie ten motyw wykorzystał i pokazał nam jedną z takich wersji świata przyszłości, w której nasza dzisiejsza III RP leży we Wschodniej Eurabii i jest jednym z najbardziej zacofanych państw na świecie. Zapraszamy do Lechistanu! Świetnie poprowadzona narracja trzecioosobowa, przeplatana fragmentami pamiętnika, spisek, złoża węgla, a w to wszystko wplatany jest jeszcze papież z Arizony. Czeka Was wiele niespodzianek, a do tego kilka ciekawych uwag na temat tego, co by się rzeczywiście mogło stać, gdyby Taliban wygrał wojnę z chrześcijańską Europą.
"Piórko w żywopłocie" z kolei to trochę sentymentalny powrót do czasów PRLu. Choć nie brak tu elementu kosmicznego, sekretów władzy, bananowców rosnących przy Okęciu i znikających sadów owocowych. Do tego agent CIA, który nie tylko chce rozwikłać zagadkę z dzieciństwa, ale również pomścić szkolnego kolegę, który za bardzo wychylał się przed szereg.
"Operacja «szynka»" to połączenie propagandy rodem z PRL z serialem "Terranova". Jak poprawić jakość mięsa w tytułowej szynce, skoro mięsa brak? Cóż, najlepiej cofnąć się w czasie i zapolować na... mamuty. Będzie się działo, uwierzcie mi. A zakończenie zwali Was z nóg!
"Samolot Ribbentropa" to zagmatwana historia o tym, jak to Polacy szybko i zwycięsko zakończyli niemiecko-radziecką inwazję na Europę. Poplątana opowieść o planach w planach i odkrywaniu tajemnic sprzed lat. Nie zabraknie tu ważnych dla historii nazwisk i głównego bohatera, który dla odkrycia prawdy jest gotów na naprawdę sporo poświęceń. Bardzo udany test.
Podsumowując całość... Zbiór (poza jednym opowiadaniem, które nie przypadło mi zupełnie do gustu) trzyma najwyższy poziom. Pilipiuk pokazuje wiele swych twarzy, ponieważ spotkamy tu opowiadania  kwalifikujące się jako historie alternatywne, opowieści grozy, a nawet fantasy. Wszystko, co Wielki Grafoman ma w sobie najlepszego: poczucie humoru, duża dawka wiedzy historycznej, ciekawi bohaterowie. Pięknie napisane, dobrze przemyślane historie bazujące na intrygujących i fascynujących pomysłach, spisane językiem specyficznym dla tego Autora (więc jeśli ktoś go lubi...).
Wydanie, jak to Fabryka słów. Nie kojarzę literówek, korekta i redakcja spisała się bardzo dobrze. Szata graficzna zasługuje na zachwyt. Ilustracje autorstwa Grzegorza i Krzysztofa Domaradzkich są przepiękne i bardzo ładnie oddają klimat Pilipiukowych opowiadań. Do tego dochodzi ciekawa czcionka tytułów, stylizowana na cyrylicę oraz kończące teksty pieczęcie. Czuje się klimat świata, w którym życie Autor "Czerwonej gorączki". Jak zwykle – gorąco polecam, sama zaś czekam na kolejne pozycje, nad którymi Wielki Grafoman podobno pracuje.





czwartek, 2 stycznia 2014

Carska manierka – Andrzej Pilipiuk

Wydawnictwo: Fabryka słów
Lublin 2013
Oprawa: miękka
Liczba stron: 347
Ilustracje: Piotr Dismas Zdanowicz
ISBN: 978-83-7574-905-2



Nie ma co się powtarzać, jak bardzo lubię prozę Pilipiuka. Ani o tym, że Fabryka słów wydaje jego książki w eleganckiej, naprawdę fantastycznej szacie graficznej, w pięknych okładkach i często z tasiemkową zakładką. Nie ma się co powtarzać, przechodzę więc szybko do meritum, szczególnie, że jest ono smaczne, jak piernik z kremem, porywająca, jak sylwestrowe tany i magiczna jak latający zaprzęg Świętego Mikołaja. 
"Carska manierka" to zbiór ośmiu opowiadań. można by powiedzieć, że niewiele, zazwyczaj było więcej. Nie narzekam jednak. po pierwsze dlatego, że są rewelacyjne, po drugie dlatego, że aż pięć z nich jest o Robercie Stormie – moim ulubionym Pilipiukowym bohaterze. Już samo to sprawić b mogło, by "Carska manierka" stała się moim ulubionym zbiorem opowiadań. Jednak, gdy dodać do tego naprawę wysoki poziom i świetnie dopracowane teksty, to ona jest najlepszym zbiorem Pilipiuka, jaki miałam w rękach (a nie czytałam jeszcze tylko "Czerwonej gorączki"). Dodajmy do tego jeszcze tylko najpiękniejszą okładkę, jaką (to moje zdanie, możecie się z nim nie zgadzać) Fabryka słów wypuściła i macie już idealny prezent dla mnie. Z tym, że już go dostałam, musicie więc pomyśleć o czymś innym.
Skoro tym razem zaczęłam od ogółów to dokończę o nich, zanim przejdę do konkretnych tekstów. Bardzo dobra korekta, choć tego można się było spodziewać. jak zwykle w Fabryce – wygodna wielkość, trwała oprawa, na grzbiecie której nie widać śladów po czytaniu, idealna czcionka, papier w kolorze śmietany (dobrze się czyta przy sztucznym oświetleniu, ponieważ światło nie odbija się za mocno od kartek i oczy nie bolą). jedynie ilustracje nie powaliły mnie, tym razem, na kolana. Cóż, nie można mieć wszystkiego, a przecież książkę tę zamówiłam sobie ze względu na teksty literackie, a nie ich graficzną oprawę.
Zaczynamy więc od pierwszej sprawy, którą zajął się Robert Storm, jeszcze zanim wybrał kierunek studiów i stal się słynnym poszukiwaczem historycznych zagadek. Opowiadanie ma tytuł "Manierka" i nikogo chyba nie zdziwi, że traktuje o poszukiwaniu carskiej manierki. Choć nie do końca. Pilipiuk potrafi opowiadać długo i treściwie, daje nam pewne wskazówki choćby i samym tytułem), a jednak snuje opowieść o czymś innym, pokrewnym, bliskim, już prawie, ale jeszcze nie. aż dochodzi do tej manierki, do tej tajemnicy, która zawarł w tytule i daje nam jej smakować, jak wisienkę na pysznym torcie. Poza historyczną zagadką spotkamy tu bandziorów-łowców skarbów, poszukiwanie złota niczym w USA, prorocze sny o dawno nieżyjącym carskim oficerze... Pyszności. No i sama postać Roberta, który jest tu narratorem pierwszoosobowym, ze wszystkimi jego dygresjami i życiowymi przemyśleniami, rozterkami miłosnymi i całym tym przeciekawym, genialnym w każdym calu bagażem tego bohatera, który wybiera się na swe pierwsze poszukiwania po to, by ocalić przed zburzeniem pewną starą warszawską kamienicę.
"Czarne parasole" trzymają w napięciu do ostatnich zdań. Mamy tu niebanalną tajemnice, którą przyjdzie rozwiązać Robertowi w ramach pomocy koledze-policjantowi. Dlaczego młody i utalentowany fotograf został pobity przez starego Żyda (i to na dodatek nietypowym narzędziem)? Gdzie odkrył przedwojenne fotografie Bełżca? Jaki sekret kryją w sobie te zdjęcia i dlaczego Robert chciałby się z nim zamienić, choćby na chwile, choćby na kilka minut? przyznaję, że nie udało mi się w żaden sposób dojść do wniosków, które okazały się rozwiązaniem tej zagadki kryminalnej. Pilipiuk znów mnie całkowicie zaskoczył.
"Na dnie mogiły" przeraża... Nadal czuję na plecach delikatne mrowienie, kiedy wspominam (a przeczytałam tydzień temu) o bractwie zwanym domem Czterech Liści i ich magicznych poszukiwaniach. Czarne moce zapolowały na biednego Roberta i postawiły go w takiej sytuacji, że cokolwiek by nie uczynił – byłoby źle. Jaka więc drogę wybierze i czy uda mu się jednocześnie odkryć historyczną prawdę z nutką czarnoksięstwa, a jednocześnie wybrnąć z tarapatów bez większego uszczerbku na zdrowiu i honorze?
Dlaczego za posiadanie tytułowego albumu grozi śmierć? Kto ściga ich kolejnych właścicieli i kto ich eliminuje? Czy Robert znajdzie w sobie odwagę, by postawić się policji i postawić wszystko na jedną kartę, byleby tylko ocalić ów album? Tajemnice, jakie kryją znajdujące się w nim zdjęcia, mogłyby wstrząsnąć naszym światem. Może więc ci, którzy starają się utrzymać jego istnienie w tajemnicy maja swoje racje. Kolejne opowiadanie, które trzyma w napięciu do samego końca, który jest równie zaskakujący, co ostatnia śnieżna Wielkanoc. Jedno z lepszych opowiadań suspensu.
Ostatnie strony z Robertem to opowiadanie pod tytułem "Miód umarłych". Jak dobrze, że Stormowie są wielką rodziną i w swych szeregach mają człowieka od wszystkiego. Nie, nie jednego. po prostu każdy zawód niemalże ma tu swego przedstawiciela. Znajdzie się więc i pszczelarz, który wprowadzi Roberta – i przy okazji nas – w arkana tajemnic dotyczących... trzmieli i miodu 9czy raczej syropu), który wytwarzają. Co to ma wspólnego z zagadkami historii, rozkopywanymi grobami powstańców styczniowych i wielkim skarbem? Przeczytajcie i dowiedzcie się sami.
W "Śmierci pełnej tajemnic" spotykamy ponownie doktora Skórzewskiego. Żyje w Warszawie, nie został mu już nikt. Sandro zginął. czy jednak na pewno? Po kilku latach nagle przychodzi wiadomość, że krewniak żyje, choć ciężko powiedzieć, żeby miał się dobrze w sowieckiej Rosji. Skórzewski jak to Skórzewski – rzuca wszystko, pakuje się w kolejne tarapaty i pędzi do wroga, by spotkać i oswobodzić jednego ocalałego z rodziny. Nie przyjdzie mu to łatwo, napotka wiele niebezpieczeństw i spojrzy śmierci prosto w oczy. Choć nie tylko on. Największą bowiem tajemnicę pozna Sandro... Przy tym wszystkim będziemy będziemy mogli uczestniczyć w zjeździe sekty chłystów i przeżyć... śmierć Lenina.
"Tajemnica Góry Bólu" to moim zdaniem najsłabsze opowiadanie tego zbioru. dobre, ale nie tak dobre, jak pozostałe. Wydawac by się mogło, że będzie rewelacyjne – w końcu taki piękny temat, jak poszukiwanie Arki Noego, do tego Pilipiuk, Paweł Skórzewski i Sandro... A jednak. trochę przydługawe opisy podróży, trochę nudnawe kilka stron. Poza tym – całkiem ciekawy pomysł, dobra realizacja. Mogło być lepiej, ale przecież nikt nie może zawsze dawać z siebie dwustu procent normy.
Kończymy ten zbiór genialnym opowiadaniem pod tytułem "Rehabilitacja Kolumba". jak to możliwe, że nazwisko tego znanego żeglarza jest największym światowym przekleństwem? I skoro wszyscy maja go za wcielenie demona, który zrujnował Ziemię i sprawił, że wysycha, a życie na niej powoli ginie... czy można go zrehabilitować? Takie zadanie dostaje biedny Marek. Nagroda? Ręka ukochanej dziewczyny, jest więc o co walczyć. Odkrycia, których dokona mogą wstrząsnąć całym znanym światem, tak jak przed wiekami wstrząsnął jego posadami niechlubny Columcus. Czy uda mu się i na jakie przeciwności napotka. Naprawdę bardzo dobrze napisane steampunkowe opowiadanie. I te aeroplany... rozmarzyłam się. Gorąco polecam.




Andrzej Pilipiuk na Dune Fairytales: