Fragment mojej recenzji został umieszczony na okładce powieści "Skazaniec. Z bestią w sercu" Krzysztofa Spadło

Fragment mojej recenzji „Korony śniegu i krwi” został umieszczony na okładce powieści Elżbiety Cherezińskiej – „Niewidzialna korona” (wyd. Zysk i S-ka)

niedziela, 27 stycznia 2013

Opowieści niesamowite – Edgar Allan Poe

Wydawnictwo: Wydawnictwo Literackie
Kraków 1984
Oprawa: miękka
Liczba stron: 375
Przekład: Bolesław Leśmian, Stanisław Wyrzykowski
ISBN: 83-08-00991-3






Od dawna przymierzałam się do tej pozycji. Sięgnęłam po nią w końcu, ponieważ szykował się wyjazd. Pomyślałam, że nie zdążę przeczytać całej powieści, a nie lubię dłuższych przerw, więc zbiór opowiadań wydawał się znakomitym pomysłem. Zaczęłam. Przeczytała pięć znakomitych opowiadań, zaczęłam szóste. Wyjechałam i... to szóste nie przypadło mi do gustu na tyle, że powróciłam do niego dopiero po około pięciu miesiącach! Przemęczyłam je. Cztery kolejne okazały się dobre. Natrafiłam następnie na trzy znakomite, wyśmienite i wybitne kryminały, które po prostu urzekły mnie całkowicie. Kolejne trzy były ciekawe. Trzy następne – kompletnie nie przypadły ni do gustu, by ostatecznie dwa na deser okazały się świetne. Taki skrót, zanim zacznę szczegółowiej. Pozycja bez wątpienia warta przeczytania, choć nie wszystkie opowiadania trzymają wysoki poziom.
Dlaczego w ogóle Edgar Allan Poe? Chyba najlepiej odpowie na to pytanie Bolesław Leśmian, który z resztą przetłumaczył większość opowiadań zawartych w tym zbiorze. Mówił on, że opowiadania E. A. Poe to "szaleńcze uprawdopodobnienie zaledwo pochwytnych wizji, w których gorączkowa równoległość snów i ocknień przetapia atrybuty rzeczywistości w tęczę marzeń. Marzenie graniczy z rzeczywistością, rzeczywistość z marzeniem. Zresztą – różnica pomiędzy nimi znika radośnie w chwili, gdy je pochłania wiecznie zagadkowa a niepodzielna całość". Czy to nie wyśmienita rekomendacja?
Nie, nie będę tym razem streszczała każdego opowiadania po kolei, ponieważ w tej książce znajduje się ich aż...21! Zachwyciły mnie opowiadania "William Wilson", "Owalny portret" (choć domyśliłam się zakończenia, co jest oczywiście wynikiem tego, że od napisania tych opowiadań minęło już niemal dwieście lat, w którym to okresie wiele się zdarzyło, a człowiek wiele już przeczytał i zobaczył...),"Berenice", "Hop-Frog" i "Diabeł na wieży". Najbardziej jednak podobały mi się historie kryminalne – "Zabójstwo przy Rue Morgue", "Tajemnica Marii Roget" oraz "Skradziony list". Są wyśmienite, przenikliwe i tajemnicze. Trzymają w napięciu i nie można się od nich oderwać. Rozwiązania zagadek są natomiast nie do przewidzenia, czyli dokładnie to, czego można oczekiwać po genialnych opowiadaniach z tego gatunku.
Nie spodobały mi się w szczególności opowiadania "Rękopis znaleziony w butli", "Król Dżumiec" oraz "Maska śmierci szkarłatnej".
Świat, do którego wprowadza nas Poe w swojej prozie pełen jest okultyzmu, sennych majaków, halucynacji, obłędu, szaleństwa. Nie brakuje w nim również śmierci – straszliwej, niewyjaśnionej, trudnej, wynikającej z nadprzyrodzonych okoliczności. To świat metafizyczny, w którym wszystko może się zdarzyć, a nawet najczarniejsze wizje mogą być przyprawione szczyptą nieco obłędnego humoru. Należy również zwrócić uwagę na bardzo dokładne opisy miejsc i bohaterów, co sprawia, że czujemy się niemal, jakbyśmy byli częścią opowiadań. Jednak trzeba przy czytaniu tego zbioru uważać. Wystarczy czasami na chwilę uciec myślami w innym od wskazanego przez autora kierunku i już... klops. Łatwo się zagubić i trzeba wracać do wcześniejszych akapitów, by odnaleźć zagubiony wątek. Jest to z pewnością spowodowane trudnym, choć przepięknym, językiem.
Choć jego utwory nie należą do łatwych, urzekają językiem i pomysłowością Tak, tak – wiem, że językiem to tu naprawdę urzekają tłumacze, ale przecież bez autora by nie podołali.Wspaniale czyta się – choć z początku trochę trudno – tłumaczenie zarówno Leśmiana (z 1913) i Wyrzykowskiego (z 1956). Kusi jednak, by zapoznać się z jakimś nowszym,sprawdzić, jak sobie z tymi nieprzeciętnymi dziełami poradzili współcześni tłumacze.
Książka ma ciekawą okładkę, choć teraz już takich sie nie robi. Mi sie jednak podoba znacznie bardziej od tych współczsnych. Ma "ten" klimat.
Jeśli zaś chodzi o korektę, to muszę przyznać, że naprawdę bardzo dobrze się spisała. Nie często zdarza się trzymać w rękach tak dobrze zredagowaną pozycję.

Rama II - sir Arthur Charles Clarke i Gentry Lee

Wydawnictwo: Amber
Warszawa 1995 
Cykl: Rama, część druga
Oprawa: twarda
Liczba stron: 462
Przekład: Tomasz Lem
ISBN: 83-7082-767-5
 
 
 
Drugi tom sagi sir Clarke napisał z Gentrym Lee. Z resztą tak naprawdę to Gentry Lee napisał tę powieść z Clarkiem. Czy ma to znaczenie, skoro utwór jest genialny? Chyba nie. chociaż to chyba jedynie moja własna opinia – większość ludzi skrytykowała "Ramę II", ja jednak uważam – i w pełni zdaję sobie sprawę z tego, iż jest to stanowisko odważne – że część ta jest jeszcze lepsza od "Spotkania z Ramą".
Po pierwszy spotkaniu z tajemniczym statkiem kosmicznym zmieniło się na Ziemi wiele. Nie tylko na Ziemi, bo i w całym naszym Układzie Słonecznym. Ci, którzy mogli wrócić na Ziemię, powrócili na nią, a kolonie tak naprawdę poupadały. To już nie ten sam świat, w którym toczyła się akcja pierwszej powieści. Ludzie powrócili na swą rodzimą planetę (chyba, że nie mogli, czego przyczyny Clarke pięknie w "Spotkaniu z Ramą" wyjaśniał). Jest to ciekawy zabieg, zaskakujący, niestandardowy. Na ogół bowiem świat się "rozwija", a nie cofa w skutek spotkania z obcą – i do tego wyżej rozwiniętą – rasą. Gratulacje dla autorów za taki odważny krok.
Nie spotykamy tych samych bohaterów. Minęło już siedemdziesiąt lat, kiedy na niebie znów zostaje przyuważony statek obcej cywilizacji. Z zewnątrz wygląda tak samo, jednak jego wnętrze będzie się różniło o Ramy I, którą badał Norton. Tym lepiej, nie mamy więc powtórek, akcja toczy się jakby trochę oderwanie od poprzedniej i to jest właśnie wspaniałe.  
Nowi bohaterowie są jeszcze bardziej wyraziści, niż poprzedni. Mamy więc znakomitą lekarkę i sportsmenkę, Nicole des Jardins. Genialnego informatyka, Richarda Wakefielda. Sprytną i przebiegłą, bezduszną reporterkę, Franceskę Sabatini. Oraz moją ulubioną postać – generała Michaela O'Toole'a, którego religijne dylematy sprawiają, że powieść jest zupełnie inna od tych, do których przywykliśmy na co dzień.  
"Rama II" traktuje, oczywiście, o kosmitach i poznamy tu nieco więcej stworów, niż wcześniej, jest jednak przede wszystkim powieścią o ludziach – ich dylematach moralnych, sporach, decyzjach, które mogą zaważyć na losach całej ludzkości, a nawet... obcej rasy. Znajdziemy tu również rozważania o religii i historii oraz doprawdy niesamowite... wizje spowodowane obrzędami jednego z afrykańskich plemion. To z pewnością nie jest typowa literatura sf i może dlatego wielu fanom sir Arthura nie przypadła do gustu. Ja w każdym razie ja uwielbiam. 
Jedno, co mnie w "Ramie II" rzeczywiście irytowało, to rozważania o tym, dlaczego drugi statek różni się od pierwszego. Chyba tego autorzy nie przemyśleli. To oczywiste przecież, że i dzisiaj różnią się od siebie domy i samochody, samoloty i tramwaje, autobusy i pociągi. Dlaczegóż więc nie miałyby się różnić do siebie ramiańskie statki, skoro ludzkie są różne?
 
 
 

środa, 23 stycznia 2013

Zaginiony pancernik - Harry Harrison

Wydawnictwo: Dobre Historie
Wrocław 2012
Wydawnictwo elektroniczne - ebook
Liczba stron: 46
Przekład: Marcin Rusnak
Ilustracje: Krzysztof Chalik
ISBN: 978-83-63667-99-4




Znany autor, świetne opowiadanie, genialna okładka i do tego... za darmo! Tego jeszcze chyba w Polsce nie było.
Na stronie dobrehistorie.pl/book,11.html sami możecie sobie ściągnąć - oficjalnie ze strony wydawnictwa - ebook pod tytułem "Zaginiony pancernik" zmarłego niedawno Harry'ego Harrisona. Prawdziwa gratka dla fanów space opery.
W opowiadaniu mamy więc wszystko, co powinno się znaleźć w tym - przez niektórych uwielbianym, przez innym wyśmiewanym - gatunku. Dzielni bohaterowie, którzy są zdolni przelecieć połowę znanego wszechświata, by go uratować. Ich przywódcy, którzy nie zawsze są zadowoleni ze sposobów działania swych podwładnych, choć przyznać im muszą skuteczność. Jest Liga planet. Jest Korpus Specjalny, którego istnienia właściwie nikt we wszechświecie nie jest pewien, poza tymi "wybrańcami", którzy rafili w jego szeregi. Jest wielki spisek, pirat kosmiczny, piękna kobieta i politycy, którzy niejedno mają za uszami. Wszystko to opowiedziane z lekkim humorem, z perspektywy głównego bohatera, Jima diGriza.
Przyjdzie mu poszukiwać nie lada skarbu. Na Cittanuovo, planecie miłującej pokój i... spokój (nie mylić tych dwóch pojęć, proszę) budowany jest olbrzymi statek. Pod przykrywką transportowca, by nikomu nie przyszło do głowy go oglądać i się nad nim kłopotać. Zapędzony za karę niejako, do archiwów Korpusu, były pirat kosmiczny i ladaco jak się patrzy, diGriz odkrywa jednak, że statek ten to wojenny pancernik klasy Warlord. Będzie się działo, gdy przyjdzie mu przemierzyć przestrzeń w poszukiwaniu za tym olbrzymem, który w tajemniczych okolicznościach nie tylko powstał, ale również zaginął.
Jednak, jak sam twierdzi, spryciarza najlepiej pokonać sprytem, trzeba więc wymyślić nie lada podstęp, by zwabić twórcę tych wszystkich kłopotów. Udaje się więc na wspomnianą planetę i, jako admirał Thar, stara się rozgryźć tajemnicę.
Przyjdzie nam zapoznać się z ciekawą taktyką i świetnie zorganizowanym człowiekiem - inteligentnym, wścibskim, złośliwym i doświadczonym w tego rodzaju bojach (choć dotychczas po drugiej stronie barykady). Harrison bawi się z nami w ciuciubabkę i rewelacyjnie mu to wychodzi. Do tego stopnia, że na samym końcu opowiadania czujemy się nieźle zakręceni i... cóż, udało się mu wywieźć nas w pole. Jak? Sami się przekonajcie, czytając.
Ebook, wydany jako pierwszy z serii tzw. e-singli to perełka na naszym rynku. Nie znalazłam żadnego błędu, jak zwykle urzekły mnie ilustracje Krzysztofa Chalika, na dodatek wszystko to jest przepięknie wyjustowane, czego nie można powiedzieć o wielu wydawnictwach elektronicznych. Naprawdę warto przeczytać - tak z powodu treści, jak i formy. Nie wydając ani grosza? Fantastyczny motywator dla tych, którzy twierdzą, że nie czytają, bo książki są za drogie. Macie teraz szansę skorzystać. Ja gorąco polecam!

Stary wędrowny dom - Frank Herbert

Wydawnictwo: Solaris
Stawigudy, 2012
ISSN: 1643-1715
Opowiadanie w czasopiśmie
Przekład: Ewa Chani Skalec



Króciutkie mogłoby się zdawać (choć w czasie tłumaczenia tak krótkie wcale nie było) opowiadanie mistrza sf, Franka Herberta pojawiło się na łamach bezpłatnego magazynu literackiego o fantastyce, czyli SFinksa Rewolucje.
Cóż można o nim powiedzieć, jak nie tylko to, że jest fantastyczne? Jak przystało na prawdziwego wirtuoza pióra, Herbert odnalazł się nie tylko w pokaźnych tomiszczach powieści (jak sześcioksiąg "Diuny", czy tetralogia Pandory), ale również w utworach krótkich.
"Stary wędrowny dom" to mądra opowieść o tym, jak bardzo należy uważać na własne ambicje i chciwość. Autor przestrzega nas w nim przed patrzeniem jedynie na siebie - człowiek nie jest, jak koń, który widzi jedynie daną mu marchewkę, choć, niestety, często się jak ten koń zachowuje.
Poznajemy więc małżeństwo, które spodziewa się dziecka. Państwo Ted i Martha Graham mieszkają w przyczepie i marzą o własnym domu - takim, który nie będzie posiadał kół, nie będzie się przemieszczał. Młoda kobieta pragnie urodzić dziecko w prawdziwym Domu. Jakaż więc radość zagości w ich sercach, gdy zjawi się pan Rush, który zaproponuje im zamianę swego domu na ich przyczepę. Tym większa, gdy zobaczą, gdzie będą mogli zamieszkać. Nie dziwi więc ich pośpiech państwa Rush, nie martwi zupełny brak logiki w tym przedsięwzięciu. Zaślepieni własnym marzeniem, zgadzają się z radością na ową zamianę. Więcej nie napiszę, gdyż... nie mielibyście już przyjemności z czytania samego opowiadania.
Herbert trzyma nas w napięciu do samego końca, by w ostatniej sekwencji zaskoczyć całkowicie i jeszcze doprawić ten utwór szczyptą moralizatorstwa. Wspaniale poprowadzona narracja i ciekawie opisane sceny, a także niebagatelny pomysł na przedstawienie problemu, z którym boryka się chyba każdy z nas!
Przekład po raz pierwszy opublikowany w Polsce na łamach SFinksa Rewolucje to zaledwie dwie strony A4, sześć kolumn tekstu. Jest to jednak sześć kolumn tekstu wyjątkowego i będącego prawdziwą gratką dla czytelnika polskiego, szczególnie zaś dla fana twórczości Herberta.
Co do samego tłumaczenia wypowiadać się nie będę, gdyż jestem absolutnie nieobiektywna. Jestem z niego bardzo zadowolona, jednak zważywszy na fakt, że jako perfekcjonistka nie mogłabym oddać do druku pracy, z której byłabym nieusatysfakcjonowana - musi być dobre. Sama je wykonałam, więc oceniać przyjdzie Wam, drodzy Czytelnicy.
Błędów nie znalazłam, może właśnie dlatego, że przekład jest mój i przecinki wstawiłam tam właśnie, gdzie chciałabym je widzieć, a grom moich uwag dotyczących błędów w czytanych przeze mnie książkach to właśnie interpunkcja. Ponadto redakcja spisała się na medal!
Zatem - "stary wędrowny dom" gorąco Wam polecam, a niedługo będę mogła się pochwalić kolejnymi publikacjami przekładów wykonanych przez mnie.

piątek, 18 stycznia 2013

W otchłani Imatry - Aleksander Ławrow


Wydawnictwo: Dobre Historie
Wrocław 2012
Oprawa: miękka
Liczba stron: 244
Przekład: Agnieszka Papaj
Ilustracje: Krzysztof Chalik
ISBN: 978-83-63667-98-6



"W otchłani Imatry" to książka wyjątkowa w każdym calu. Już sam wstęp robi wrażenie, o okładce nie wspominając. Zacznijmy jednak od początku.
Powieść napisana w XIX wieku, po raz pierwszy została wydana w Polsce, a już to jest ciekawostką. Dlaczego nikt wcześniej nie zainteresował się tak znakomitą pozycją? Poniekąd odpowiedź daje nam właśnie wstęp, z którego dowiadujemy się, że kryminał rosyjski nie tylko był nieznany szerszemu gronu czytelników poza carskim imperium, ale wręcz istniała opinia, że takowy nie istnieje. Nic jednak bardziej mylnego! Aleksander Ławrow stworzył niebagatelną historię, ciekawych bohaterów oraz klimat, którego nie powstydziliby się z pewnością ani Conan Doyle, ani Christie.
Fabuła toczy się z szybkością kolei, w której zresztą zostaje popełniona zbrodnia, którą przyjdzie rozwiązać detektywowi Metodemu Kiryłowiczowi Kobyłkinowi. Człowiek to niezwykły i budzący wśród ludności Petersburga (przez jego mieszkańców zwanego po prostu Piterem) różnorakie uczucia – strach, szacunek, przerażenie, stres. Oj, lubiany to on nie jest, ale skuteczny, jak mało kto! Zbrodniarze muszą się wystrzegać w jego otoczeniu.
Cóż można powiedzieć o bohaterach Ławrowa? Są ciekawi, tajemniczy, inni trochę, niż znani nam z literatury anglojęzycznej. Tworzą galerię nieobliczalnych postaci, które zadziwiają. Należy oczywiście pamiętać, że jest to powieść pisana jeszcze w czasach caratu, kiedy to żelazna kolej podbijała serca, a panowie palili namiętnie fajki (nie mówiąc już o paniach noszących gorsety).
Tak więc kiedy ginie w niezrozumiałych okolicznościach wielki bogacz, który właśnie miał wyjaśnić córce pewną tajemnicę, do akcji wkracza Metody Kiryłowicz. Pomagają mu dzielni carscy policjanci – pełni poświęcenia i miłości do wykonywanej przez siebie pracy.
Co ma z tym wszystkim wspólnego wodospad Imatra w Finlandii? Wiele, ale tego dowiecie się dopiero na końcu książki, choć można co nieco się już domyślić. Mylne to jednak koncepcje – Ławrow sprytnie zmyla, zmieniając nasze poglądy na sytuację, zaskakuje zmianami i zwrotami akcji. Świetnie mu to wychodzi, szczególnie zważywszy na fakt, że "W otchłani Imatry" to w dużej mierze dialogi. Opisy, owszem, są, bo i jakże inaczej, jednak listy dialogowe są długie i porywające.
Klimatu książce dodają wspaniałe grafiki wykonane przez Krzysztofa Chalika. Okładkę natomiast zaprojektował - i wykonał przy tym nie lada dzieło sztuki – Michał Oracz.
Z niecierpliwością więc czekam na drugi tom serii, szczególnie, że "W otchłani Imatry" przeczytałam w mgnieniu oka. Jaką kolejną ciekawą intrygę tym razem przedstawi nam dziewiętnastowieczny pisarz i w jaki klimat pozwoli nam się na pewien czas zagłębić?
Książka ta została pięknie wydana pod każdym względem. Szkoda jedynie, że znalazłam sporo błędów – około 20... Na szczęście, zdecydowana większość z nich to błędy interpunkcyjne – mało kto zwróci więc na nie uwagę.
Najbardziej chyba poraziła mnie – negatywnie – tylna okładka. Przyglądałam się patronatom, z ciekawości, przyznaję. Znam wydawnictwo i mocno mu kibicuję – powstało niedawno i wydaje fantastyczne pozycje. Chciałam więc zobaczyć, jakie patronaty udało mu się pozyskać. Wlepiając oczka w logo portalu Szuflada.net nie mogłam wręcz uwierzyć (musiałam podpytać Męża, czy nie mam zwidów) – logo z błędem? Wstyd... Myślę, że powinni zwrócić na to uwagę i szybko je poprawić, by kolejnym razem nie ukazało się w takiej formie na równie znakomitej książce.

sobota, 12 stycznia 2013

Aparatus - Andrzej Pilipiuk

Wydawnictwo: Fabryka słów
Lublin 2011
Oprawa: miękka
Zbiór opowiadań
Liczba stron:395
Ilustracje: Daniel Grzeszkiewicz
ISBN: 978-83-7574-649-5



 
Kolejny zbiór opowiadań wirtuoza polskiej prozy współczesnej, Andrzeja Pilipiuka. Genialny, nietuzinkowy, cały czas trzymający w napięciu. Nie sposób się od niego oderwać, a gdy już jest to konieczne... czekamy na chwilę, gdy "Aparatus" znów się otworzy i przeniesie nas w zaczarowany świat pełen tajemnic przeszłości...

"Aparatus" to osiem opowiadań. Nie ma tym razem żadnych super shortów. Wszystkie są raczej długie – średnio w końcu z łatwego matematycznego wyliczenia wychodzi, że każde z nich winno mieć około pięćdziesiąt stron. Oczywiście są dłuższe i krótsze, jednak nie spotkamy tu takich poniżej dwudziestu stronic. I dobrze – dzięki temu mamy właściwie jakby dwie krótkie powieści, które – dla kogoś, kto zetknął się w pozostałymi zbiorami Pilipiuka i zna jego głównych bohaterów – komponują się ze znanymi już opowiadaniami autora zebranymi w innych wydaniach oraz dwa opowiadania niezależne.
Po trzy teksty przypadły tym razem na doktora Pawła Skórzewskiego oraz – mojego ulubionego Pilipiukowego bohatera – Roberta Storma. 
Tego pierwszego spotykamy w znkomitych opowiadaniach "Ostatni biskup", "Choroba bialego człowieka" oraz – kończącym tom – "Dzwonie Wolności". Z Robertem spotykamy się natomiast w tytułowym "Aparatusie", " Księgach drzewnych" oraz moralistycznej "Oślej opowieści". 
Dwa pozostale teksty to: "Staw", który jest bardzo fantastycznym opowiadaniem, snutym z perspektywy hitlerowskiego młodzieńca, który marzy o zostaniu ichtiologiem, a w walce (zarówno z Polakami, Żydami, jak i rybami oraz wiewiórkami, sic!) zaprawia się nie gdzie indziej, tylko w warszawskich Łazienkach (nazywanych z niemiecka... Laschienkhi ) oraz "Za kordonem. Lwów" mówiące o czasach już powojennych, kiedy Lwów przestał być miastem polskim, a rozpanoszyli się po nim komuniści.
Po kolei jednak. Właśnie "Za kordonem. Lwów" jest pierwszym opowiadaniem. To porywajaca proza akcji – główny bohater zostaje najęty przez amerykański wywiad, by wrócić do rodzinnego Lwowa i odnaleźć tajemniczą maszynę, która jest w stanie z niczego wytworzyć energię. Jednak ukochane miasto zmieniło się bardzo, a nasz bohater niekoniecznie pała milością do aliantów, którzy sprzedali polskie ziemie Stalinowi. Tego ostatniego też specjalnie nie miłuje. Przyjdzie mu podjąć trudne decyzje, a przy okazji napotka wiele przygód, przyjrzy się komunistycznej propagandzie, dowie niejednego o swoich byłych belfrach i wolności, o którą przecież walczył.
W "Ostatnim biskupie" doktor Paweł będzie poszukiwał legendarnego monastyru Kiżlak, chcąc uczynić zadość przysiędze złożonej umierajacemu na jego rękach zakonnikowi. Nie będzie to łatwa przeprawa, a prawda okaże się... Cóż, by za wiele nie zdradzać, powiem jedynie, że do ostatniej chwili trzyma to opowiadanie w napięciu, a zakończenie jest doprawdy szokujące i niespodziewane. Magia...
W "Oślej opowiesci" mój ulubiony Robert Storm wyrusza do Włoch, by poznać sekret salami lipardyjskiego. Zawędruje do miejscowości Collodi, z której pochodził autor "Pinokia", a to, co odkryje z pewnością zmrozi krew w żyłach niejednego cztelnika. Ja miałam pewną teorię, w miarę czytania tej opowieści, okazała sie jednak dość daleka od prawdy. Tym lepiej, straszliwie nie lubię, kiedy autor nie potrafi mnie zaskoczyć i udaje mi się przewidzieć, co będzie dalej. Z pewnością jednak nie chciałabym tego przysmaku królów i papieży zakosztować, chociaż salami uwielbiam.
Dochodzimy do opowiadania tytułowego. Zachwyca, powoduje mocniejsze bicie serca, po to, by na końcu poruszyć do głębi i zmusić oczy do puszczenia choćby jednej łezki. Tęsknota za tym, co było, co minęło, co już nie wróci. Nostalgia, tajemnica, czasy, miejsca i ludzie, którzy już odeszli. Fantastyczna, ciepła historia, w której Robert znów próbuje rozwikłać sekret przeszłości pewnego niesamowitego przemiotu – jego pochodzenia, sposobu wykonania i przede wszystkim celu, dla którego został zrobiony. Z pewnością Was zaskoczy rozstrzygnięcie tej zagadki, a kto wie – może zechcecie przystanąć na moment i wsłuchać się w głos minionych wieków...
"Choroba bialego człowieka" to poniekąd powrót do modnego ostatnimi czasy i już przez Pilipiuka eksploatowanego tematu wampiryzmu. Doktor Skórzewski popłynie na okrutnie zniszczonej łajbie, poszukiwać zaginionych studentów, a wszystko to dlatego, że poprosil go o to... jego daleki krewniak, Aleksander. Może to i nie dziwi, jednak, gdy poznać, kim ten krewniak jest i jakie wspomnienia w doktorze budzi pamięć o jego przodkach... można zmienić zdanie. Pan doktor jest jednak człowiekiem, któremu przygody nie są straszne, każdemu chętnie poda pomocną dłoń, a jeśli przy tym jeszcze rozwiąże jakieś ciekawe zagadki, tym lepiej. Niesamowitą i barwną postacią jest tu także Jefim Urwanko, który na pokładzie rozlatującej się "Andromedy" umożliwi doktorowi i Aleksandrowi tę niesamowitą i bolesną dla nich podróż.
"Staw"... Chyba najdziwniejsze ze wszystkich opowiadań zawartych w tym zbiorze. To wcale nie znaczy, że złe, ale trochę jakby nie pasujące do pozostałych. Dobre, ciekawe, intrygujące, z dreszczykiem emocji. Jakby Pilipiuk chciał napisać horror, a przynajmniej coś w rodzaju opowieści niesamowitych. Jednak chyba posunął sie trochę za daleko, choć kto wie. Mi się ogólnie podobało, jednak najmniej ze wszystkich. Po prostu w tym zbiorze nie ma opowiadań słabych. Przyznaję jednak, że pomysł jest ciekawy i dodają mu wiele uroku listy pisane przez głównego bohatera do jego ukochanej Grety.
"Księgi drzewne" to kolejne spotkanie z Robertem. Tym razem zajmie sie poszukiwaniem świerku lutniczego, czym będzie chciał pomóc swemu nowemu sasiadowi, lutnikowi i jego wnuczce, Adelajdzie – księżniczce wiewiórek. Tu także powałęsa się po polskich wsiach, górach i dolinach, spojrzy pod strzechy wiejskich chat, stanie w walącej się starej szkole, która pamięta jeszcze z pewnością okres zaborów, a także... w końcu zdobędzie serce Marty. Poszukując niesamowitego drzewa, ktore może istnieje, a może i nie, pozna wielu ciekawych ludzi, a przede wszystkich przyjrzy sie otaczającej przyrodzie i pomyśli o tych, którzy ją doprawdy kochali. Opowiadanie to jest poniekąd hołdem dla tych, którzy położyli podwaliny pod naukę historii i przyrodoznawstwa regionalnego, dla ludzi, którzy mieli prawdziwe pasje i chcieli się nimi dzielić z kolejnymi pokoleniami. Na zakończenie natomiast akcja jak z najlepszego amerykańskiego filmu sensacyjnego, połączona trochę z sf. Smakowity kąsek dla każdego.
"Dzwon Wolności" powstał wiele wieków temu i dzisiaj pozostaje już jedynie legendą. Dzisiaj, to znaczy gdzieś w początkach dwudziestego wieku, kiedy dzieje się akcja opowiadania. Doktor Skórzewski znów ląduje z pozytywistyczną misją krzewienia nauki higieny i szczepień wśród z lekka zacofanej ludności carskich krain. Tym razem trafia bardzo daleko – już tuż tuż Norweska granica, a zaledwie za lasem osada Lapończyków. Nie wspominając już o katorżnikach zesłanych przez miłościwie panującego... Ciekawe i doborowe towrzystwo, które z takich, czy innych powodów wierzy w starą legendę. Co się stanie, gdy dzwon zostanie odnaleziony i zabrzmi jego dźwięczny głos? Czy rzeczywiście pożoga zstąpi na ziemię i obali panujące rody z zajmowanych przez nich od stuleci tronów? Fantastyczna opowieść-wspomnienie, świetnie wpisana w historię wielkich przemian Europy na początku dwudziestego stulecia.
We wszystkich opowiadaniach Pilipiuka zawartych w "Aparatusie" widzimy wyraźnie tęsknotę za tym, co było, a także olbrzymi szacunek dla ludzi przeszłości. Zamiłowanie do zagadek z dawnych lat oraz prawdziwa miłość do rękodzielnictwa, o których świadczy tak częste osadzanie w rolach głównych bohaterów zegarmistrzów, lutników, zbieraczy i antykwariuszy, złotników i sztukmistrzów wszelakiej maści.
Jak przystało na Fabrykę słów – wspaniala okładka, świetne grafiki Dawida Grzeszkiewicza i przepiękna stylizacja papieru na stary i lekko już nadgryziony zębem czasu. Do tego zaledwie cztery błędy. Prawdziwa perełka.
Na zakończenie jeszcze tylko jedno zdanie-cytat, który nie chce opuścić moich myśli: "Od kiedy umiemy pisać, łatwiej zapominamy.Powierzamy myśli papierom. A przecież kiedyś było inaczej. To, czego nie zapamietałeś, przestawało istnieć."



 

piątek, 4 stycznia 2013

Więzień na Marsie - Gustaw Le Rouge (oraz Niewidzialni tegoż autora)

"Więzień na Marsie"
Wydawnictwo: M. ACTA w Warszawie
Warszawa 1929
Oprawa: twarda
Liczba stron: 136
Przekład: z francuskiego (nazwisko przekładającego nieznane)
Ilustracje: 16 rycin (autora nie podano)
ISBN: brak (książki wydane przed 1966 rokiem nie posiadają)


"Niewidzialni"
Wydawnictwo: M. ACTA w Warszawie
Warszawa 1913
Oprawa: twarda
Liczba stron: 233
Przekład: z francuskiego przełożyła K.W.(nazwisko przekładającego nieznane)
Ilustracje: 9 rycin (autora nie podano), w tym jedna, której nie ma w "Więźniu na Marsie"
ISBN: brak (książki wydane przed 1966 rokiem nie posiadają)


Już na początku spieszę wytłumaczyć, dlaczego obie książki razem. Od kilku dni zastanawiałam się, jak wyjść z tej opresji, którą sama sobie zafundowałam biorąc do rąk to właśnie wydanie "Więźnia na Marsie". Kiedy bowiem skończyłam czytanie i sięgnęłam po "Niewidzialnych" okazało się, że drugi tom zawarty jest już w tej pierwszej przeze mnie przeczytanej książce. Z tym, że nie ma tak żadnej, najmniejszej choćby, wzmianki, że książka zawiera całą dylogię. Stąd problem. przeczytałam "Więźnia...", a okazało się, że za mną obie części, nie potrafię więc powiedzieć, jak została wydana, czy zredagowana druga część powieści. Poza tym, że zdecydowanie w lepszej formie, o czym jeszcze za chwilę.
O czym powieść traktuje? Poza oczywistą konkluzją, że o Marsie, rzecz jasna. Jest trochę magiczna, trochę techniczna, trochę naukowa i... trochę nudnawa. Ja miałam problemy w trakcie jej czytania i to spore. Treść mnie specjalnie nie porwała, choć właściwie do końca nie potrafię powiedzieć, z jakiego powodu. Zapowiadało się bardzo ciekawie, a ostatecznie wyszło takie nie wiadomo co. Otóż młody naukowiec, Robert Darvel dostaje zaproszenie od tajemniczego bramina Ardaveny, by podjąć współpracę. Nie mając pojęcia, na co się pisze, przyjmuje propozycję - otrzymuje wspaniale wyposażone laboratorium, o jakim nawet nie śmiał dotąd marzyć, ma spokój, jest szanowany przez pozostałych braminów, poznaje tajniki ich wiedzy, jednocześnie urzeczony Indiami, w których się znalazł. Wszystko idzie dobrze, póki pewnego dnia nie budzi się na skraju skały, tuż pod nim przepaść, ludzi nie widać... Chwilę - i to raczej dłuższą, niż krótszą - zajmie mu dojście do prawdy - znalazł się na czerwownej planecie. Tu się zaczyna jakby główny wątek opowieści i - niestety - kończy to, co było w niej najciekawsze.
Mars w wizji Le Rouge'a jest planetą zamieszkaną przez różne dziwne gatunki, cywilizacja jednak wyraźnie chyli się ku upadkowi. Nie ma się czemu dziwić - taka wizja Marsa była powszechna w czasach, gdy autor pisał "Więźnia...". Jego Marsjanie są oczywiście nieco inni, niż u pozostałych twórców, jednak ogólnie wizja jest podobna. Mars był kiedyś zamieszkany przez inteligentne istoty, które jednak złoty wiek mają już dawno za sobą.
Robert postanawia więc pomóc przyjaznym istotom, które spotkał na swej drodze. Daje im - niczym mityczny Prometeusz - dar ognia, obiecuje chronić przed paskudnymi wampirzymi straszydłami, które dotąd terroryzowały potulny ludek, a jednocześnie czerpie pełnię radości z tego, że jest przez nich uważany za wybawcę i swego rodzaju bożka można nawet rzec.
Wróćmy jednak na Ziemię. Tu dzieją się bowiem sceny ciekawsze. Nie mając wiadomości od ukochanego przyjaciela, Ralf Pitcher postanawia dowiedzieć się, jaka spotkała go przygoda. Wyrusza więc na poszukiwania, a towarzyszą mu w nich - była narzeczona Roberta, miss Alberta (która nadal pała do niego gorącym uczuciem i nie chce przyjąć do wiadomości, że mógł zginąć), inżynier Boleński, z którym niegdyś współpracował, kapitan Wad, który stacjonuje w Kelambrum, gdzie przez miesiące Robert współpracował z braminami oraz jego Murzyn, Zaruk. Dołączy do nich w późniejszym okresie również brat Roberta, Jerzy.
Dlaczego ciekawsze sceny rozgrywają się tutaj? Toczą się bowiem interesujące dyskusje, trwają badania, dokonywane są niewiarygodne odkrycia. ponadto rozdział (pochodzący de facto już z "Niewidzialnych") pod tytułem "Uczta Lukullusa: jest tak zaskakujący i pięknie napisany, że choćby dla niego warto po tę powieść sięgnąć.
Ciekawym zabiegiem jest pokazanie po kolei różnych gatunków zamieszkujących Marsa. Najpierw są ci poczciwcy, którym Robert przewodzi i broni ich przed złem. Jednak zło okazuje się wcale nie takie wielkie. Również cierpi, również jest zagrożone, broni się, jak może. W końcu okazuje się, że jest jeszcze gorszy gatunek na czerwonej planecie. Robert i z nim walczy, by dowiedzieć się, że... nie takie zło straszne, jak je malują, bo zawsze może się jeszcze większe znaleźć. Rzeczywiście te pomysł bardzo mi się spodobał. Stopniowanie zła - tak go nazwałam. O napięciu raczej nie mówię - nie czułam specjalnie żadnego napięcia w trakcie czytania, a już na pewno nie zauważyłam jego stopniowania.
Książkę czytało się ciężko nie tylko dlatego, że średnio wciągnęła mnie akcja. Została ona bowiem wydana w nieporęcznej formie, wielkości bodajże B2... Na dodatek jest to przedruk z gazet (powieść została bowiem początkowo wydana w odcinkach) w dwóch kolumnach, małą czcionką... Stron jest 136, choć to bardzo mylące. Jedna strona "Więźnia na Marsie" to mniej więcej trzy i pół strony książki w zwykłym formacie. Policzyć więc dość łatwo, że to prawie pięćset stronic. Czyta się wolno, oczy męczą się od tych kolumn. Nie polecam takiego wydawania powieści. Jakież więc było moje niezadowolenie, kiedy odkryłam, że ponad połowa z tego jest tak naprawdę drugim tomem, który również posiadam w innym wydaniu - poręcznym, mniejszym, z większymi literami, w jednej kolumnie! Ileż mniej bym się namęczyła, gdybym wcześniej ten fakt dostrzegła. Cóż - nauczkę na przyszłość mam i Wam radzę się również dobrze przyglądać. Uczcie się na moich błędach, zamiast męczyć biedne oczy.
Czy powieść polecam? Sama nie wiem. "Ucztę Lukullusa" polecam gorąco. Resztę - jeśli wpadnie Wam w ręce to przeczytajcie. Jest napisana naprawdę ładnym językiem i nim można się zachwycać, co też czyniłam, choć sama treść nie powala i trąci nudą.

Nigellissima. Włoskie Inspiracje - Nigella Lawson

Wydawnictwo: WYDAWNICTWO FILO
Oprawa: twarda
Liczba stron: 273
Przekład: Katarzyna Skarżyńska
Zdjęcia: Petrina Tinsbay
ISBN: 978-83-62903-05-4


Przyznaję, że to moje absolutnie pierwsze spotkanie z Nigellą Lawson. Nie miałam wcześniej żadnej jej książki, nie czytałam bloga. Kiedyś jedynie słyszałam, że taka osoba istnieje. Nic więcej. Książkę dostałam w prezencie i... bardzo za niego dziękuję.
To niesamowity i smakowicie wyglądający album, pełen rozkosznie brzmiących i pysznie wyglądających dań. Inspirujący dzięki fantastycznym zdjęciom Petriny Tinsbay oraz krótkim wstępom samej autorki. To nie tylko książka kucharska, ale prawdziwa uczta dla wyobraźni i podniebienia.
Książka została wydana w twardej oprawie, na eleganckim, lekko błyszczącym papierze. Poza fantastycznym wstępem Nigelli, w którym opowiada, jak doszło do tego, że pokochała włoską kuchnię i napisała tę książkę, możemy przeczytać ciekawostki o każdej z ponad stu potraw, których przepisami się z nami podzieliła. Zaznacza jednak od razu i należy i o tym bezwzględnie pamiętać - to włoskie inspiracje, a nie kuchnia włoska.
Autorka nie jest Włoszką, nie mieszka nawet w Italii. Kocha włoską kuchnię od wielu lat i czerpie z niej inspiracje, są to jednak jej przepisy - zmodyfikowane w różnym stopniu. Nie liczcie więc na to, że po przeczytaniu tych niemal trzystu stron będziecie ekspertami. Z pewnością żaden rodowity Włoch Wam tego tytułu nie przyzna. Nic to jednak - przepisy są fantastyczne, opatrzone pięknymi fotografiami, przyjemnym wstępem. Przekazane są w poręczny sposób, a fakt, że składniki wypisane są na marginesie ułatwia pracę w kuchni. Bo choć przyjemne - gotowanie jest pracą, nawet, jeśli gotuje się na luzie i z radością. Wymaga dokładności, wyczucia i... wiele miłości, której w książce Nigelli Lawson nie brakuje. Od razu widać, że kocha przyrządzanie pysznych potraw i dzielenie się nimi.
Jedyne, co mi się nie podoba w tej książce to spis treści. Dobrze, że została podzielona na działy i rzeczywiście na końcu jest indeks alfabetyczny, jednak wolę osobiście bardziej rozwinięte spisy treści. Szczególnie, że by korzystać z indeksu alfabetycznego trzeba choć trochę znać kuchnię włoską i wiedzieć, czego się właściwie szuka. Dla początkujących może to być trochę trudne.
Poza tym jednak - gorąco polecam. Sama skorzystałam już z kilku inspiracji i jestem bardzo zadowolona ze zmiany smaku niektórych potraw. Wydają się bardziej... wakacyjne. Włochy zawsze będą mi się kojarzyły z wakacjami i słońcem, w związku z tym - szczególnie zimą - te przepisy wnoszą do kuchni wiele letniej energii. Wystarczy czasami szczypta przyprawy, której się wcześniej nie dodawało, by potrawa całkowicie zmieniła swe oblicze.
Być może - co jest całkiem prawdopodobne - na przyszłe Święta zakupię sobie "Nigellę świątecznie", która jest bardzo polecana w internecie.

wtorek, 1 stycznia 2013

2012 za nami

Już prawie siedemnaście godzin roku 2013 za nami. Aż trudno uwierzyć, jak ten czas szybko mija...
Pragnę gorąco podziękować wszystkim, którzy tu zaglądają i raz jeszcze zachęcić do komentowania. Byłabym bardzo szczęśliwa wiedząc, że za moją radą przeczytaliście jakąś książkę i jakie macie o niej zdanie. Czy choćby jakie macie na jej temat zdanie, jeśli już wcześniej mieliście ją w swoich rączkach.
Miniony rok był bardzo owocny w przeczytane lektury. Czy dużo ich, czy mało niech każdy oceni sam. Ja naliczyłam prawie dwadzieścia tysięcy stron, a wiadomo, że strona stronie nierówna, więc i policzyć naprawdę trudno. Z resztą nie ilość, a jakość się liczy. Muszę przyznać, że miałam ogromne szczęście trafić na kilka naprawdę wyjątkowych pozycji. Większość przeczytanych w tym roku lektur była doprawdy na wysokim poziomie, niektóre nawet bardzo szokujące. W najlepszym tego słowa znaczeniu, oczywiście. Zaledwie jedna książka zraziła mnie do tego stopnia, że jej nie dokończyłam, a dwie znalazłam takie, które trochę "przemęczyłam", choć doczytałam do ostatniej strony.
Lista książek do przeczytania w tym roku wisi już od jakiegoś czasu na lodówce. Na urodziny, które przypadają za osiem dni, zamówiłam sobie już kolejne lektury i... tylko życzę sobie, by doba była dłuższa, bo godzin mi nie starcza i dni, by ogarnąć te wszystkie ciekawe i fantastyczne książki, które na mnie czekają (i jeszcze dodatkowego funduszu na zakup kolejnych, które tak pięknie uśmiechają się do mnie, ilekroć wchodzę do księgarni... ostatnio znów kilka wypatrzyłam...).
Raz jeszcze życząc Wam wszystkiego najlepszego na 2013 rok, wracam do lektury.