Fragment mojej recenzji został umieszczony na okładce powieści "Skazaniec. Z bestią w sercu" Krzysztofa Spadło

Fragment mojej recenzji „Korony śniegu i krwi” został umieszczony na okładce powieści Elżbiety Cherezińskiej – „Niewidzialna korona” (wyd. Zysk i S-ka)

poniedziałek, 23 grudnia 2013

Wesołych Świąt

Kochani moi. Boże Narodzenie tuż tuż. Jutro zasiądziemy przy wigilijnym stole...
Kończy się rok, zostało jeszcze tylko osiem dni. Chciałoby się rzec, że jedynie od nas zależy, jak ten czas spożytkujemy. Niestety, patrząc na realia życia doskonale wiemy, że to nie do końca prawda...
Czytam teraz trzy książki. Czy zdążę je skończyć przed wybiciem zegarów i fajerwerkami ogłaszającymi wszem i wobec nastanie 2014 roku? Nie wiem, nie sądzę. Nawet jednak, jeśli mi się uda – raczej nie wyrobię się z napisaniem recenzji. Smucić się? Nie, nie smucę się z tego powodu. To był czytelniczo bardzo dobry rok...
Życzę Wam więc wielu wspaniałych momentów w nadchodzących dniach, spokojnych chwil na lekturę, dużo książek pod choinką i spełnienia wszystkich marzeń (nie tylko czytelniczych) w nowym roku. Zdrowych, wesołych Świąt spędzonych w rodzinnym gronie! I do następnego, Kochani.

piątek, 13 grudnia 2013

Antologia Złoty wiek SF, tom 1

Wydawnictwo: Solaris
Stawiguda 2013
Cykl: Galaktyka Gutenberga, tom VIII, Złoty wiek SF, tom I
Oprawa: miękka
Liczba stron: 351
Przekład (z angielskiego): przełożone przez różnych tłumaczy, podam nazwiska przy ich omawianiu
ISBN: 978-83-7590-101-6






Coś ostatnio lubię zaczynać od końca i przy tej, znakomitej swoją drogą, pozycji również mam na to ochotę.
Antologia składa się z dziesięciu opowiadań. Bardzo dobrym pomysłem jest krótkie wprowadzenie do każdego z nich. Ot, dwa, trzy zdania na temat tego, czym zachwyciło, dlaczego jest wyjątkowe, jak znalazło się w antologii. Uważam jednak, że podobne, krótkie notki powinny dotyczyć autorów. Albo choćby informacja dotycząca tego, w którym roku dane opowiadanie zostało napisane i doczekało się publikacji. Nie chodzi tylko o to, że komponowałoby się to dobrze z całością, ale mogło czytelnikowi sporo naświetlić. Zupełnie inaczej bowiem pisali autorzy z lat 30, a inaczej z lat 50, nie wspominając o nam współczesnych. Stąd moje maleńkie ale...
Okładka jest bardzo klasyczna, trochę ascetyczna, bardzo czysta i przejrzysta, w związku z czym przykuwa wzrok i budzi zainteresowanie. Wyróżnia się na tle kolorowego blichtru, którym jesteśmy zalewani przy każdej wizycie w Empiku. Olbrzymi plus, choć, niestety, w Empiku tej Antologii nie dostaniemy. Można ja kupić przez internet na stronie wydawnictwa, albo na konwentach, na których Solaris wystawia swe stoisko.
Teksty zostały dobrane w taki sposób, by pokazać nam spektrum tego, co nazywamy sf. Opowiadania więc są bardzo różne, łączy je właściwie jedno – wysoki poziom, jaki sobą reprezentują.Po przeczytaniu całej antologii mogę z czystym sercem powiedzieć,że widząc sam tytuł, od razu wiem,o czym jest konkretny tekst. Oznacza to, że są one bardzo wyraziste i zapadają w pamięć, jednocześnie zaś tak różne, że nie sposób pomylić jednego z drugim. 
Na pierwszy ogień poszedł "Zwariowany księżyc" Stanleya G. Weinbauma (przełożył Wiktor Bukato). To zwiariowana, jak sam tytuł, historia Granta Calthorpe'a, poszukiwacza liści ferwy na trzecim księżycu Jowisza, Io. Codzienne życie na tej wielkiej skalec jest pelne przygód, zmagania się zluniakami i skradaczami, a to, co czeka Granta tym razem, doprowadziłoby chyba każdego normalnego człowieka na skraj psychicznej wytrzymałości. O fizycznych uszczerbkach nie wspominając. Pomocny w tragicznych momentach okazę się także Oliwer – papukot należący do Granta, a niemała rolę odegra pięlna Lee, córka jego szefa, która, w początkowo niewyjaśnionych okolicznościach, znalazła się na odludziu i to z wysoką gorączką. Dwoje ludzi, którzy spotykaja się po raz pierwszy, choć zafascynowani byli sobą od wielu lat odkryje pewne niezbyt przyjemne tajemnice Io i zyjących na nim stworzeń. Historia zaskakująca, a z drugiej strony dość klasyczna. Bardzo dobrze się czyta.
W opowiadaniu "Sjambak" Jacka Vance'a (przełożył Tomasz Walenciak) główny bohater, Wilbur Murphy poszukiwał emocji, romansu, akcji – czegoś, co przyciągnęłoby widzów programu "Poznaj swój Wszechświat!". Napotkał na planetę, na której intryga polityczna łączy się z bajeczną historią o człowieku, który dosiadając konia wyrusza na powitanie statków kosmicznych... Wyrusza w przestrzeń, żeby nie pozostawić złudzeń, w próżnię, bez żadnych zabezpieczeń, bez tlenu... Jak to możliwe i co jeszcze można odkryć na planecie, którą przed wiekami skolonizowany plemiona muzułmańskie, żyjące w spokoju i harmonii? W społeczeństwie, które właściwie nie zna wojen, ani niepokojów i w którym jedynie od czasu do czasu pojawia się tytułowy Sjambak? Trzeba przyznać, że odkrywanie Cirgamesc i jego tajemnic potrafi wciągnąć czytelnika. 
"Człowiek, który widział przyszłość" Edmonda Hamiltona (przełożyła Marta Nejman) to jedno z moich ulubionych opowiadań w tej antologii. Tytułowy bohater zostaje oskarżony o używanie czarów i postawiony przed Nadzwyczajnym Inkwizytorem Króla Francji. W ramach swej obrony – choć obie strony od początku wiedzą, że mowa ta niczego nie zmieni, a wyrok już zapadł – opowiada o tym, jak został przeniesiony do przyszłości. Lata czterdzieste XX wieku jawią mu się jako świat pełen fantastycznych rozwiązań. Oglądać go wszakże może nawet z powietrza, a podróże po tym niesamowitym świecie trwają tak krótko i dają tyle rozmaitych możliwości. Opowiadanie jest znakomicie napisane i choć lata, które dla Henry'ego Lothiere'a są daleką przyszłością, dla nas są już odległą historią – opowieść ta fascynuje Czytałam ją z wypiekami na twarzy, co raczej nieczęsto mi się zdarza i co może się wydawać dziwne w tym wypadku. Jednak "Człowiek..." całkowicie mnie urzekł.
"Projekt Cisza" Williama Tenna to historia wczesnego podboju kosmosu. Mamy więc Amerykanów, którzy za wszelką cenę chcą zwyciężyć walkę o to, kto pierwszy postawi stopę na Księżycu. Zostaje więc powołana nadzwyczajna jednostka i równie niecodzienna załoga, która ma dokonać tego niesamowitego czynu. Wszystko idzie zgodnie z planem, aż w pewnej chwili, za późno już, by cokolwiek uczynić, okazuje się, że nasi bohaterowie napotykają na... No właśnie na co, na kogo? I jak sobie poradzą w tej stresującej, napiętej sytuacji? Autor trzyma nas w atmosferze grozy, by na zakończenie totalnie zaskoczyć i zagrać nam na nosach.
 "Ostatni wróg" H. Beama Pipera (przełożyła Ewa Chani Skalec, czyli moja skromna osoba) to najdłuższy tekst w tej antologii i zarazem drugi z moich ulubionych. Możliwe, że ma na to wpływ fakt, iż w związku z jego tłumaczeniem, czytałam go już do obecnej chwili pięć razy, ale myślę, że nawet po jednorazowej lekturze moje zdanie by się nie zmieniło, ponieważ zachwycił mnie od pierwszej strony, a im dalej, tym było lepiej. Trzeba być prawdziwym Pisarzem, by na tak niewielu stronach (90 w tym wydaniu) umieścić tyle ważnych przesłań i to na dodatek w świetnej scenerii, z bohaterami, którzy są jak żywi. Piperowi się to udało i bardzo go za to cenię. Zresztą w obecnej chwili jest to jeden z moich faworytów na najlepszych autorów, jakich w tym roku czytałam. W "Ostatnim wrogu" mamy więc wielką intrygę polityczną, odpowiedzialność jednostki za losy świata, różnice w poglądach i wierzeniach, które bezwzględnie przekładają się na opcję polityczną. Mamy wartką akcję, ciekawe postaci i bardzo mądry morał całej opowieści. Opowiadanie to wpisuje się w cały cykl o Policji czasu i jest drugim dotychczas przetłumaczonym na polski z tej serii. Jako, że udało mi się niedawno zdobyć to pierwsze, wkrótce do niego zasiądę i jestem go bardzo, bardzo ciekawa. Liczę, że główni bohaterowie się powtórzą, ponieważ się już do nich przywiązałam. Nawet, gdybyście nie mieli ochoty na pozostałe teksty – opowiadanie "Ostatni wróg" po prostu trzeba przeczytać (choć nie wierzę, że nie zainteresują Was również pozostałe literackie dzieła i dziełka).
"Sześć placów czasu" R. A. Lafferty'ego (przełożył Tomasz Walenciak) to pełne zagadek i tajemnic opowiadanie o zwykłym człowieku żyjącym na Ziemi. Okazuje się jednak, że każdego z nas może spotkać coś naprawdę niesamowitego, a taka przygoda okaże się pozytywna bądź nie w zależności od tego, jak potraktujemy i spożytkujemy otrzymany dar. Rewelacyjnie poprowadzona narracja, świetny pomysł... Niestety w obecnej chwili można się już bez problemu domyśleć, jakie będzie zakończenie. Nie przeszkadza to jednak czerpać radości z lektury. Myślę tez, że w latach 60 XX stulecia finał tej historii mógł zaskakiwać. Bardzo mi się podobało wprowadzenie mężczyzny, którego twarzy Vincent nigdy nie zobaczył, a którego osoba odmieniła całkowicie jego, raczej nudne, życie. W ogóle świat oglądany z perspektywy Vincenta jest bardzo drobiazgowo i ciekawie opisany i warto się nad nim zastanowić.
"Parlamentariusz" Murraya Leinstera (przełożył Krzysztof Zarzecki) to klasyczne sf, w którym mamy do czynienia z ludźmi i mieszkańcami obcej planety. Problem polega na tym, że obie strony obawiają się, że ta druga, nieznana rasa jest tą, która jakiś czas temu ich zaatakowała, posyłając "do piachu" tysiące, o ile nie miliony istnień. Jak się przekonać, czy "ci drudzy" są nastawieni do nas przyjaźnie, czy może jednak wrogi? Jakie podjąć decyzje, kiedy przyjdzie do pierwszego spotkania i jaką w tym wszystkim role odegra wielki, bury pies imieniem Buck? Kiedy czytałam to opowiadanie, przed oczami miałam sceny z "Babilon 5", kiedy to ludzie i Minbari również starają się pokazać nowo poznanej rasie, że są nastawienie pokojowo. Tamta historia kończy się jednak zupełnie inaczej. Może właśnie dlatego, że nie było w ich świecie Bucka...
Czym może się skończyć głupi romans  młodego oficera i głupiutkiej pielęgniarki, oglądających wybuch atomówki? Odpowiedź na to pytanie otrzymacie czytając opowiadanie "Psychoupiór" Cyrila M. Kornblutha (przełożył Wiktor Bukato). To dość mroczna opowieść o wampirze, który jednak żywi się zupełnie inaczej, niż można by się spodziewać, słysząc slow "wampir". Podróżując z miasta do miasta, prowadzi życie odludka, ponieważ posiada moc, która wystraszyłaby większość ludzi. Nie obawia się ich jednak. Do czasu, gdy trafi do miasteczka, które zamieszkują imigranci ze Starego Świata. Okazuje się, że maja bardzo rozległą wiedzę, a gdy połączyć wiedze ze starymi wierzeniami... Ciekawa historia, która jest bardzo nieamerykańska, ponieważ okazuje się, że to imigranci z Europy są mądrzejsi, sprytniejsi i odważniejsi od Amerykanów.
To miał być prawdziwy raj. tego oczekiwali koloniści. To obiecywali ludzie z Instytutu Badań Biologicznych. jednak okazało się, że życie tam jest równie, o ile nie bardziej, ciężkie, niż na innych zaludnionych już światach. "Feliksa" F. L. Wallace'a (przełożył Jan Dehmel) to fascynująca opowieść o eksploatowani nowego miejsca, w którym przyjdzie żyć ludzkim kolonistom, bo mówiąc szczerze – nie mają innego wyjścia. Nie ma powrotu, przynajmniej przez dłuższy czas. Zresztą co, jak co – ale nawet, jeśli na Feliksie nie miało być myszy, ani szczurów, a są, to w końcu człowiek mądrzejszy od nich, poradzi sobie. Czy na pewno? Genialna historia o tym, jak jeden gatunek może się przystosować do trudnych warunków życia i jakie mechanizmy rozwojowe wytworzyć, by nie tylko przetrwać, ale zwyciężyć wszelkie przeciwności, które wszechświat ma w zanadrzu. Trzecie najlepsze opowiadanie w tej antologii.
"Szczęśliwe zakończenie" Macka Reynoldsa i Fredrica Browna (przełożył Marcin Łukasiewicz) na koniec, gdyż tytuł idealnie pasuje, by zamknąć lekturę. Czy dyktator tak wielki i mający na sumieniu rozpętanie wojny w całym systemie może znaleźć spokój? I mowa tu zarówno o spokoju duszy, zakładając, że takowa posiada, jak i o spokojnym życiu, w którym nie będzie mu codziennie zagrażało potępienie, nienawiść, strach...? Być może taką oazą spokoju okaże się Wenus, choć Pan Smith nie może być tego pewien. "Szczęśliwe zakończenie" to opowieść o moralności, odpowiedzialności i różnicach w zwyczajach pomiędzy kulturami. Co dzieje się w głowie człowieka zupełnie samotnego, nie tylko opuszczonego przez wszystkich, ale także znienawidzonego przez niemal każdego mieszkańca znanego świata? Jakie myśli będą go nawiedzać? Autorzy w genialny wręcz sposób obrazują psychikę takiego upadłego dyktatora, jednocześnie przeciwstawiając mu prosty lud, ufnych Wenusjan. Czy uda mu się odnaleźć odkupienie, czy może jednak otrzyma zasłużoną karę? Co ciekawe, zupełnie nie udało mi się odgadnąć zakończenia, a to wielki plus, szczególnie przy takich starych opowiadaniach. Bardzo udany tekst.
Na tym kończę moją recenzję. Niedługo zabieram się za drugi tom antologii Złoty wiek SF. Liczę, że będzie mi się czytało równie przyjemnie, czego mogę się spodziewać zważywszy na to, jakie nazwiska pojawiają się w spisie treści.

wtorek, 10 grudnia 2013

Oko Jelenia. Srebrna Łania z Visby – Andrzej Pilipiuk

Wydawnictwo: Fabryka słów
Lublin 2008
Cykl: Oko Jelenia, tom II
Oprawa: miękka
Liczba stron: 368
Ilustracje: Rafał Szlapa
ISBN: 978-83-7574-016-5




Drugi tom cyklu "Oko Jelenia" jest bardziej nastawiony na przygodę, niż pierwszy. Takie przynajmniej miałam wrażenie w czasie lektury pierwszych stu stron. Potem zaczęłam w to wątpić, by znów przekonać się, że pierwotne przeczucie na ogół jest właściwie i nie ma co za bardzo nad nim dumać.
Większość akcji toczy się w Nidaros, w którym "zatrzymali się" nasi bohaterowie. Na szczęście Markowi i Staszkowi udaje się odbić Helę z rąk okrutnego kata, jednak nie zostaje ona bez uszczerbków na zdrowiu – tak fizycznym, jak i psychicznym. Mniej więcej połowa powieści dotyczy właśnie następstw dni spędzonych w lochach katowskich. W połowie mniej więcej okazuje się, że nasza trójka musi się rozdzielić. Marek ma się udać do Bergen w poszukiwania alchemika Sebastiana, Hela i Staszek zaś do Uppsali. Obie te podróże obfitują w mnóstwo nieprzewidzianych sytuacji, które są ciekawe zarówno pod względem fabularnym, jak i pozwalają nam lepiej poznać psychikę bohaterów, ich wcześniejsze doświadczenia oraz spojrzenie na życie. Jeśli chodzi o fabułę, więcej nie pisnę słowa, by Wam nie psuć uczty.
Pilipiuk spisał się na medal, choć oczywiście nikt nie jest idealny. Zacznę więc od minusów, które mniej, czy bardziej rzuciły mi się w oczy. Nadal nie mogę pojąć, jak to się stało, że zwykli faceci z końca XX, czy też początku XXI wieku mają tak rozległą wiedzę w tak różnych dziedzinach. W przypadku Staszka jest to zupełnie nielogiczne, szczególnie, że przecież obaj byli raczej nieudacznikami w swoich czasach i niczego nie udało im się osiągnąć. Staszek, który był średnim uczniem, jak mawiali nauczyciele – zdolnym, ale leniwym – nagle wpada na pomysł, że wyhoduje... penicylinę. Nic to, że wpada na ten pomysł, ale nagle okazuje się, że pomijając pewne niewielkie przeciwności losu niemalże mu się to udaje. Ja nie wiem, ale mnie w szkole nie uczyli o tym, jak penicylina została wynaleziona, ani tym bardziej jak ją wyhodować w domowych warunkach. Nie przypominam sobie, żeby to słowo choćby raz padło na jakimkolwiek przedmiocie, a zdecydowanie w szkole uważałam, byłam pilna, wsłuchana w nauczycieli i wszystkim zainteresowana... Dziwne to jakieś... Natomiast rozległa wiedza historyczno-kulturowa Marka czasem powala. Gdyby chociaż Autor w pierwszym tomie napisał, że Marek, choć został informatykiem, to tak naprawdę pasjonował się historią, był miłośnikiem starej broni, czytał książki, oglądał filmy... Cokolwiek. Nic. Nada. Informatyk, jak się teraz okazuje, raczej dość kiepski – dlatego poszedł uczyć do szkoły – i nagle potrafi po jednym spojrzeniu określić, z jakiego drewna została wykonana jakaś broń, zna się właściwie na wszystkim w XVI wieku... Nie, to mi się nie podoba. Brak tu logiki,a szkoda, bo właściwie wystarczyło kilka zdań w pierwszym tomie, by to się kupy trzymało. Ponieważ wszystkie te ciekawostki, które padają z ust bohaterów są naprawdę świetne i wiele się można dzięki nim nauczyć.
Drugi (i na szczęście ostatni) minus to samo tytułowe Oko Jelenia. Wydawać by się mogło, że cykl to taka jakby powieść drogi, w której bohaterowie maja do wykonania swoisty quest. No i niby tak, tyle, że w typowych historiach tego typu doskonale wiemy, czego szukamy, dlaczego tego szukamy, często też, gdzie to coś jest. Inaczej jest u Pilipiuka. Mgliste pojęcie o istocie Oka. Gdzie jest to już jakaś wyższa matematyko-geografio-historia. No i dlaczego? Po pierwsze – dlaczego jest tak ważne? Po drugie – dlaczego Skrat nie mógł sam go odnaleźć, skoro ma przecież tyle niesamowitych zdolności? Trochę to dziwne, bo jak dobrze pomyśleć, to Oko Jelenia nie ma dla czytelnika, przynajmniej na tym etapie, większego znaczenia. Ja zupełnie o nim nie pamiętałam, nie myślałam, dopóki nazwa jego nie padła pod koniec powieści z ust Petera Hansavrittsona. Wówczas dopiero przypomniało mi się, że bohaterowie właśnie tego Oka szukają.
Przechodzimy więc do plusów, których jest sporo i które zawsze radują me serduszko. W końcu łącza się wątki przybyszów z przyszłości z wątkiem Hanzy. Marek poznaje Petera Hansavrittsona, by razem z nim udać się w podróż do Bergen. Jednocześnie coraz lepiej poznajemy Inę. Opowiada ona o swej planecie, o różnicach między jej gatunkiem, a człowiekiem. Tłumaczy też, skąd czerpie wiedze o ludzkości – tu już poleciała na całego i to bardzo ciekawe. Wiele tłumaczy, naprawdę. Aż strach się bać, że jeśli kiedyś przyjdzie nam się zmierzyć z jakąś kosmiczną potęga, mogą korzystać z tych samych źródeł i dojść do podobnych wniosków...
Dla podkręcenia turbinek pojawia się jeszcze Bractwo Świętego Olafa, które dostarczy nam trochę wrażeń archeologicznych. Mam olbrzymią nadzieję, że Pilipiuk pociągnie dalej ten wątek, ponieważ można go świetnie rozwinąć, jednocześnie zapoznając polskiego czytelnika z wiedza historyczną i legendami norweskimi.
Jeszcze dwa mocne uderzenia tego tomu. Estera... Żydówka, która żyje gdzieś wewnątrz Heleny. Pojawiła się w pierwszym tomie dosłownie na sekundę, po to chyba tylko, by nie stać się deus ex machina w tym drugim tomie. Teraz natomiast jest nie tylko ważna dla samej fabuły, ale także dla poznania istoty różnych uczuć. Między innymi zmusi nas do dokładnego przemyślenia, kim jest człowiek, czym są jego wspomnienia, czym jest dusza...
Ostatnia kwestia i już zaraz kończę. Teologia u Pilipiuka? Ciekawe. Kim jest Bóg, jak to jest, że wierzono w niego na tak różne sposoby? Co oznacza pojęcie "prawdziwy Bóg". Ina ma ciekawe wytłumaczenie i myślę, że warto się z nim zapoznać. Ponadto pięknie wpisuje się w te rozważania natura scalaka. Co właściwie jest na nim zapisane? Wspomnienia, marzenia, sny, dusza? A co, jeśli trochę przy nich pogrzebać? Tu przyciąć, tam uwypuklić? Czy nadal będę tym samym człowiekiem, czy już nie? Pilipiuk zadaje w tym tomie wiele ważnych pytań egzystencjalnych, jednocześnie karmiąc nas świetnie napisaną powieścią doprawioną szczyptą humoru, przede wszystkim zaś pełną przygód i historycznych ciekawostek. Jego bohaterowi są wyraziści – w tym tomie jeszcze bardziej, niż w poprzednim – i niewiele można tej książce zarzucić. Czytać więc tylko, czytać.
Jeśli chodzi o samo wydanie, cóż... W końcu to Fabryka słów, więc piękna oładka, rewelacyjna w ogóle szata graficzna, ilustracje Rafała Szlapy, dobra korekta, niewiele błędów. Tu raczej same plusy, można wymieniać i wymieniać, ale po co? Lepiej zabrać się za trzeci tom.





Andrzej Pilipiuk na Dune Fairytales:
Pozostałe:

Zaproszenie

Kochani, chciałam Was serdecznie zaprosić do czytania. Nie tylko książek, ale także drugiego bloga, którego prowadzę. Nie mówię już "mojego drugiego bloga", ponieważ nie czuję, że on jest mój. Pisze na nim już kilka osób, co jakiś czas pojawiają się nowi chętni. Mam nadzieję, że grono tych wspaniałych ludzi będzie rosnąć, podobnie grono czytelników. Chciałabym bardzo, byście czerpali radość z odwiedzania bloga "Dla każdego... coś dobrego". Byście znajdowali na nim jak najwięcej interesujących Was wiadomości. Byście polecali dalej, komentowali. Marzą mi się dyskusje z Wami. 
Co chwilę pojawiają się na blogach różne udogodnienia. Jest mnóstwo nowych pomysłów, część z nich wcielamy w życie od razu, na część musicie jeszcze trochę poczekać. Jednak my nie piszemy tylko dla siebie, tylko po to, by przelać słowo na przysłowiowy papier. Chcemy się dzielić naszą wiedzą, naszą pasją, naszymi spostrzeżeniami i pomysłami z Wami właśnie. Możemy zrobić naprawdę wiele, ale bez tego ważnego czynnika, jakim jest czytelnik... literatura nie może właściwie nic osiągnąć. 
Tym samym zapraszam więc do odwiedzania (jak najczęściej, ponieważ niemal codziennie pojawiają się nowe teksty) bloga "Dla każdego... coś dobrego" pod adresem:

sobota, 7 grudnia 2013

Burzliwe życie Lejzorka Rojtszwańca – Ilia Erenburg

Wydawnictwo: Czytelnik
Warszawa 1957
Oprawa: Twarda z obwolutą
Liczba stron:287
Przekład (z rosyjskiego): Maria Popowska
Tytuł oryginału: Бурная жизнь Лазика Ройтшванеца
ISBN: brak



Zacznę od tego, co najbardziej dziwi, czyli tłumaczenia tytułu. Dlaczego pani Popowska zmieniła imię głównego bohatera? Cóż, zapytać już chyba nie mogę, nie sądzę, by jeszcze po tym świecie chodziła. Szkoda, bo zupełnie nie mogę tego zjawiska pojąć. szczególnie, że w związku z ta zmianą, niektóre dialogi tracą znaczenie i jeśli ktoś nie potrafi oryginalnego tytułu przeczytać to kompletnie nie zrozumie, czym Lejzorek (czyli Łazik, a więc Łazarz) mówi... Bardzo szkoda.
Przechodząc jednak do rzeczy – dzisiaj dość krótko i zwięźle, gdyż o tej powieści trudno opowiadać. Trzeba ją po prostu przeczytać. Ja zrobiłam to już dwa razy (po raz pierwszy czytałam jakieś dwanaście lat temu).
Lejzorek (będę, z przyzwyczajenia używała tego imienia) to krawiec mężczyźniany z Homla. Czy krawiec dobry? Trudno powiedzieć, gdyż zdanie o tym, jak szyje znamy tylko jego. Grunt w tym, że Lejzorek to myśliciel, filozof i wielki piewca bolszewizmu. Nic to, że nie przeczytał właściwie żadnego dzieła Lenina, skoro wie, o czym ten pisał.Ironia losu sprawia, że jedno nieszczęsne westchnięcia na wieść o śmierci jednego z towarzyszy sprawi, iż Lejzorek zostanie postawiony przed sądem, oskarżony o znieważenie symboli państwowych i skazany na uwięzienie. Nic strasznego, nie wywieziono go gdzieś na Syberię. Spędził trochę czasu za kratkami, miał czas na swoje filozofowanie, a kiedy wyszedł... No właśnie... Kiedy wychodzi z więzienia nic już nie jest takie samo – nie ma swego mieszkania, nie ma zakładu, przychodzi mu więc podjąć decyzję, co dalej. Rusza więc w świat, zajmując się przeróżnymi zajęciami. Rozmnaża nieistniejące króliki, jest pisarzem, poetą, malarzem. Na ogół prędzej, czasem później dostaje od życia kolejnego kopniaka, jednak nie poddaje się, wyznając zasadę, że trzeba się pchać, pchać do przodu, przed siebie, a w końcu się uda. Niestety, życie ma wobec niego zupełnie inne plany i Lejzorek nigdzie nie zagrzewa miejsca – ani w Polsce, ani we Francji, ani w Anglii. Na końcu swej wędrówki trafia do Palestyny, ale i tam nie zostaje zaakceptowany. Tamtejsi Żydzi niespecjalnie przepadają za Żydami ze Wschodu, a Lejzorek, chociaż wciąż przytacza różne przypowieści talmudyczne,to jednak jest bolszewikiem.
Zarówno samo życie głównego bohatera, jak i opowieści, które snuł, jego filozoficzne rozważanie każdego, nawet najmniejszego, problemu – to coś, z czym po prostu trzeba się zapoznać. Bo choć historia nie kończy się happy endem (a przynajmniej nie takim, jakiego można by oczekiwać), to nie dla niego czyta się "Burzliwe życie...", ale dla całej tej niesamowitej terytorialno-egzystencjalnej wędrówki, która jest udziałem Lejzorka.
Powieść napisana została w roku 1927, o czym informuje notka na końcu (dokładnie: kwiecień-październik 1927), w Paryżu. W ZSRR nie została jednak nigdy wydana, choć tłumaczono ją na wiele języków. W Polsce pierwsze wydanie ukazało się już 1928, kolejne właśnie w 1957. W Rosji dopiero zaś w 1989 roku, a to z pewnością dlatego, że "Burzliwe życie" jest satyrą, tragikomedią opowiadającą o czasach NEPu (NEP – Nowa Ekonomiczna Polityka przypadająca na lata 1921-1929). Mimo tej niesamowitej historii autor, Ilia Erenburg, najbardziej jest znany ze swej (wydanej w 1954 roku) powieści "Odwilż", od której nosił nazwę również okres w historii ZSRR i PRLu.
Znalazłam w książce kilka błędów, jednak nie są one rażące. Najbardziej, mimo wszystko, razi właśnie zmiana imienia głównego bohatera. Poza tym książka posiada twardą oprawę, dzięki czemu przetrwała te wszystkie lata w niemal idealnym stanie. Jedynie obwoluta do niczego się nie nadaje (stąd odszukałam zdjęcie z sieci, niestety tez nie najlepszej jakości, za co przepraszam).
Jednym słowem –nie zastanawiać się, czytać. Szczególnie, że "Burzliwe życie" doczekało się wznowień i nie jest specjalnie trudne do zdobycia.

wtorek, 3 grudnia 2013

Lato Duńczyków – Ellis Peters

Wydawnictwo: Zysk i S-ka
Poznań 2010
Cykl: Kroniki Brata Cadfaela, t. XVIII
Oprawa: Miękka
Liczba stron: 316
Przekład (z angielskiego): Marek Michowski i Joanna Szczepańska
Tytuł oryginału: The Summer of the Danes
ISBN: 978-83-7506-440-7




Po przeczytaniu XIX części Kronik Brata Cadfaela byłam bardzo pozytywnie usposobiona do historii bernardynów z Shrewsbury. Bardzo się więc ucieszyłam, gdy otrzymałam tom poprzedni. Niestety, tym razem trochę się zawiodłam.
Powieśc można podzielić jakby na trzy wątki. Pierwszy z nich to
misja, z którą Cadfael i brat Marek wyruszają do Walii. Zdaje się jednak tylko pretekstem do tego, by opuścili swe ziemie i znaleźli się tam, gdzie rzeczywiście maja miejsce ważne historycznie zdarzenia. Drugi wątek opowiada o konflikcie pomiędzy dwoma braćmi – Owainem i Cadwaladrem. Jest to wątek ciekawy, pełen niespodziewanych zwrotów akcji, zmian sojuszów, zdrad i podchodów. Niestety, nagromadzenie walijskich imion, które są do siebie straszliwie podobne, sprawiło, że zupełnie się gubiłam,nie mogąc czasami ogarnąć, o kim tera czytam. Postaci były do siebie strasznie podobne i chyba tylko jeden Cadwaladr, który nie był szlachetnym i słownym rycerzem wybijał się z tłumu. Trzeci wątek dotyczy pięknej Heledd, córki kanonika Meiriona, która została przeznaczona na żonę  Ieuanowi ap Iforowi. Rzecz w tym, że pewna siebie, trochę krnąbrna i bardzo inteligentna dziewczyna wolałaby samodzielnie wybrać towarzysza swego życia. I to ten watek przesądził o tym, że nie wystawię powieści złej noty, ponieważ Heledd jest iskierką nadziei w tej historii. Jej postać sprawia, że chce się czytać dalej, choćby po to, by dowiedzieć się, jak potoczą się jej losy.
"Lato Duńczyków" to opowieść o zdradach, ludzkich namiętnościach i nie zawsze honorowych rycerzach. nie powinno więc specjalnie dziwić, że Owain bardziej szanuje Otira, przywódcę Duńczyków z Dublina, którzy przybyli na jego ziemię w celu podboju, niż swego rodzonego brata, Cadwaladra, który ich tu sprowadził. Ludzie honoru zawsze się dogadają, mogą wierzyć sobie na słowo, a ich obietnice są warte więcej, niż branie zakładników. Niestety, Walia początków XII wieku nie jest taka piękna i bajeczna, jakbyśmy sobie tego życzyli. Tak więc Cadfael, Marek i piękna Heledd staną się na jakiś czas (właściwie na większość czasu opisanego w powieści) zakładnikami i choć wiemy przecież, że Cadfael przeżyje bez większych uszczerbków (bo cóż by się stało z serią, nawet jeśli nie czytaliście dalszych tomów), to nie możemy być pewni co do pozostałych bohaterów.
Powieść czytało mi się bardzo ciężko od samego początku, ponieważ najpierw nie mogłam zrozumieć sytuacji politycznej i tych wszystkich zawiłości. Zupełnie nie wiedziałam, kto jest kim, nie mogłam zapamiętać kto kogo zabił i dlaczego, a kto się temu sprzeciwiał. Kiedy już zaczęła się właściwa akcja powieści, było lepiej. Z nieco ponad 300 stron muszę przyznać, że ostatnia setka mi się podobała i trzymała w napięciu. Szkoda jednak, że najpierw musiałam się trochę przemęczyć z poprzednimi dwustoma. 
Założenie było słuszne Z pewnością osoba bardziej obeznana z historią tego rejonu (albo czytelnik zaznajomiony z wcześniejszymi tomami cyklu) lepiej sobie poradzi z lektura i będzie z niej czerpać więcej przyjemności. Całkiem prawdopodobne, że moje "problemy" wynikały właśnie z tego, że nie przeczytałam poprzednich siedemnastu tomów...
Największe jednak trudności wynikały z imion bohaterów. Za każdym razem, kiedy dochodziło do rozmowy, spotkania czy jakiegoś szybkiego przejścia z jednego obozu do drugiego i akcja dotyczyła dwóch przeciwników, okazywało się, że mieli imiona zaczynające się od tych samych liter, a wprowadzenie Leifa, jako agenta Duńczyków wykończyło mój biedny móżdżek. Nadal tez do końca nie pojmuje historii, która połączyła Gwiona i Bledriego ap Rhysa, ani kim właściwie był Gwion w stosunku do Cuhelyna. Pewnie, gdybym czytała uważniej, udało by mi się to ogarnąć, trudno mi się jednak było skupić w niektórych momentach. 
Jeśli więc macie ochotę na te tom, ale nie czytaliście poprzednich – doradzam sięgnięcie najpierw po chronologicznie wcześniejsze. Tak,jak tom XIX można było czytać w zupełnym oderwaniu od wszystkiego, tak XVIII jest w tym przypadku trudny.
Jeśli chodzi o stronę graficzo-redakcyjną, czy tez po prostu wydawnicza. Książka, jak cała seria, wydana w przyjemnej szacie graficznej, wygodna wielkość, idealnie sprawdzająca się w podróży. Eleganckie wydanie, mimo, że raczej pocketowe. Niewiele błędów, ładnie wykonane mapki na końcu (chociaż właściwie nie bardzo wiem, co mają wnosić do tego akurat tomu). Dość spory plus w tej kwestii.

Ellis Peters na Dune Fairytales:

Podpatrujac świętych – Phyllis McGinley

Wydawnictwo: Świat Książki
Warszawa 1997
Oprawa: twarda
Liczba stron: 235
Przekład (z angielskiego): Maria Kłos-Gwizdalska
Tytuł oryginału: Saint Watching
ISBN: 978-83-7129-502,2



Phyllis McGinley pokazuje nam świętych Kościoła rzymskokatolickiego zupełnie z innej perspektywy, niż jesteśmy do tego przyzwyczajeni. To nie głęboko uduchowione osoby, które od urodzenia były nieskalane i właściwie bliskie bytom anielskim. To ludzie z krwi i kości, mający swoje słabości, lubiący się śmiać, podróżować... Jej opowieść o świętych zachwyca nowatorskim podejściem i sympatią, jaka pała do swych ulubieńców. Widać na każdej stronie, że jest wielką wielbicielką tych ludzi.
Najlepiej będzie, jeśli przytoczę choćby jeden fragment:


Wspomniałam już o Franciszku z Asyżu, który nazywał ptaki siostrami i żywił mysz dokuczającą mu w celi. Czasem się wydaje, że jest on jedynym świętym znanym i uznawanym przez cały świat, choć często z niewłaściwych przyczyn. Figury Franciszka, bezduszne jak pocztówki z pozdrowieniami, stoją w tysiącach podmiejskich ogródków, mylone często z posążkami bożka Pana lub nawet Piotrusia Pana. Prawdziwy Franciszek, surowy dla siebie samego, kaznodzieja, organizator, a przede wszystkim reformator, jest kimś zupełnie innym niż potulny marzyciel z legend. Oczywiście część z tej legendy Franciszka jest prawdziwa, jak to zwykle bywa w mitach, albowiem za przykładem swojego Mistrza tak bardzo kochał on świat, że nawet najskromniejszego jego mieszkańca uważał za godnego współczucia i pomocy.” 

McGinley kładzie nacisk na zupełnie inne cechy świętych, niż jesteśmy do tego przyzwyczajeni. Osoby, o których pisze kochają podróże, lubią się śmiać, otaczają się gronem najbliższych. inni to samotnicy, pustelnicy, który mimo wszystko urzekli tłumy. Jednak autorka udowadnia, że bycie świętym nie oznacza jedynie całodobowej modlitwy, głodówki, odmawiania sobie wszelkich uciech życia. że nie wszyscy święci byli poważni, że nie urodzili się już z aureolą. Że bycie świętym nie oznacza zawsze i tylko zamknięcia się przed światem, nie oznacza wybrania samotności. Że nie zawsze kontakt kobiety i mężczyzny jest z gruntu nieczysty, że kobieta i mężczyzna mogą się przyjaźnić i pozostawać świętymi (choć ja w przyjaźń damsko-męską akurat nie wierze, ale to zupełnie inna sprawa). Tak, jak Bonifacy i Lioba albo Wenancjusz i Radegunda. Tak współczesna i piękna jest historia Anny Marii Javouhey (przełom XVIII i XIX wieku) i znaczenia jej posłannictwa dla ówczesnego świata. Autorka tłumaczy fenomen, który mógłby być niezrozumiały, a jednak okazuje się jasny i przejrzysty. Niesamowita jest jej opowieść o Szymonie Słupniku, urzeka zupełnie nam nieznana strona Augustyna z Hippony, zadziwia postać Franciszka Borgii...
Ciekawa konstrukcja tej książki sprawia, że w ogóle nam się nie nudzi. Święci zostali w pewien sposób podzieleni, choć o niektórych z nich możemy przeczytać w więcej, niż w jednym miejscu. Czasem bowiem Autorka wspomina o nich, gdy pisze o tym, że święci lubili się śmiać, innym razem znów, kiedy opowiada o tym, jak przyjaźnili się z przedstawicielami płci przeciwnej. Czasem w trakcie lektury sama miałam uśmiech na twarzy, a kilka razy wręcz się zaśmiałam. Nie spodziewałam się takiej rekcji po tego typu lekturze. tym lepiej. Widać bowiem, że nie są to jedynie suche dane, zebrane z wielu źródeł historyczne informacje o tych, którzy zostali już wyniesieni na ołtarze, a historia opowiedziana z pasją, miłością i wielkim szacunkiem dla ich człowieczeństwa. Bardzo istotny jest także ostatni rozdział książki, w którym McGinley opowiada o tych, których sama widziałaby w gronie świętych, a którzy do tego oficjalnego grona raczej nigdy nie trafią, ponieważ nie byli członkami Kościoła rzymskokatolickiego. Myślę, że rozdział ten daje sporo do myślenia.
Książkę czytało mi się bardzo dobrze. Jest napisana prostym językiem, płynnie i przyjemnie. Oczywiście, nie jest to lektura łatwa, należy się przy niej skupić, ponieważ, mówiąc kolokwialnie, na jej stronach święty świętego świętym pogania. Mimo to jednak łatwo się "wkręcić". "Podpatrując świętych" to naprawdę książka, którą warto zakupić i przeczytać, a czasem do niej wracać. Choćby po to, by przekonać się, że świętym może być każdy z nas. Gorąco polecam.

piątek, 22 listopada 2013

Słowem fotografowane – Janusz Guttner

Wydawnictwo: Sowa
Warszawa 2013
Oprawa: Miękka
Liczba stron: 132
ISBN: 978-83-64033-29-2





Dziś bardzo niestandardowo. Po pierwsze – w większości poezja. Po drugie – zacznę od okładki. 
Mam słabość do maszyn do pisania. W domu moich Rodziców stoi jedna – ta, na której pisałam moje pierwsze opowiadania i "powieści". Do dzisiaj mój Tata z niej korzysta. U mnie w piwnicy stoi druga – odziedziczona, stara, zniszczona, wymagająca dogłębnej renowacji i odrdzewienia. Marzę, by się tym zająć, ale wciąż brakuje czasu. A może... może powinnam się na chwile zatrzymać w tym codziennym biegu, tak, jak zatrzymywałam się nad stronami tego tomu... Zatrzymać się, założyć zniszczone ciuchy i w końcu znaleźć chwilę dla mojej biednej, zardzewiałej maszyny do pisania?
Nigdy nie miałam aparatu Leica, choć związane są z nim dobre wspomnienia pewnej lektury sprzed kilku lat...
Maszyna i aparat fotograficzny na okładce tytułu "Słowem fotografowane"? Czy może być coś bardziej genialnego, przewrotnego i zarazem prawdziwego? Nie wiem, ale jeśli tak, to najwidoczniej moja wyobraźnia jest kiepska, bo wydaje mi się, że to już szczyt fantazji. Naprawdę wyśmienity pomysł. Choć może nie o to Autorowi chodziło w jego tomiku poezji, próz i prózek. Choć właściwie sam te okładkę zaprojektował, więc wiedział doskonale, co będzie do jego tekstów pasować najlepiej...
Tomik niewielkich rozmiarów, a i stron ma niezbyt dużo, a jednak urzeka i to już od samego początku. Drugi wiersz, "Igraszki czasu", powala na kolana i daje nam poznać, że mamy do czynienia z niebywale inteligentnym człowiekiem, który dużo już sobie w życiu przemyślał, a na dodatek... umie te swoje ważne przemyślenia pięknie ubrać w słowa. Czy jest coraz lepiej? Trudno powiedzieć. Są, oczywiście teksty lepsze i słabsze. Nikt nie pisze wszystkiego dobrze. Są teksty trudne, dające do myślenia, są teksty zabawne, ot, choćby "Antycznie". nie sposób obojętnie przejść obok "Rozmowy z ojcem", nie można do niej nie wrócić, by raz jeszcze dokładnie wczytać się w ten dialog, a może jednak monolog, gdy pozna się już zakończenie.
Równie celne obserwacje życia można poznać po prozach Guttnera. Tu na moich faworytów wyrosły teksty: "Pisarz", "Młoda para" i napisane po angielsku "And so it was".
Guttner bawi się słowem, opisując sytuacje, które pojawiły się gdzieś, kiedyś, w życiu. Są to zarejestrowane, właśnie niby sfotografowane słowem obrazy, myśli, wydarzenia, rozmowy. Utrwalone w pięknej polszczyźnie (z wyjątkiem dwóch po angielsku, Autor bowiem od 1970 roku mieszka w Londynie). Korzysta z całego dobrobytu różnych stylizacji. Znajdziemy tu więc wiersz rymowany i wiersz biały. formy krótkie i dłuższe, niczym zalążki wierszowanych opowieści trubadurów.
Nostalgiczne, idealne na jesienne wieczory, pełne głębokich przemyśleń i postrzeżeń, przeplatają się z wesołymi, romantycznymi, czy nawet lekko ironicznymi. Teksty Guttnera urzekają tak pomysłem, jak i samym słowem. Rzeczywiście można je określić jako słowem fotografowane. Bardzo udany zbiór, który mogę z czystym sercem polecić, wiedząc, że to nie będą ani stracone pieniądze, ani – tym bardziej – stracony czas.
Zaczęłam od okładki, zakończę – tradycyjnie – na błędach. W wierszach trudno mówić o braku, czy nadużyciu znaków przestankowych, więc p"przyczepię" się jednej tylko sytuacji, kiedy to przecinek został użyty zdecydowanie o jedno słowo za wcześnie. Ponad to – bardzo udane wydanie. Proza – zdała mi się bezbłędna, co jest dość trudne, więc tym większy plus. Myślę, że jeszcze niejeden raz powrócę do tej lektury. Polecam zatem.



Książkę przeczytałam dzięki życzliwości Wydawnictwa SOWA

Krzyżowcy (t. 1 i 2) – Zofia Kossak (Kossak-Szczucka)

Wydawnictwo: PAX
Warszawa 1956
Oprawa: Twarda z obwolutą
Liczba stron: 459
Seria: Krzyżowcy, t. 1 i 2 z 4
ISBN: brak (nie wiem, dlaczego)




Na początek kilka słów o samej Autorce. Za Wikipedią podaję, że była bratanicą znanego polskiego malarza Wojciecha Kossaka, kuzynką satyryczki Magdaleny Samozwaniec i poetki Marii Pawlikowskiej-Jasnorzewskiej, wnuczką Juliusza Kossaka. Dwukrotnie zamężna. Wielokrotnie nagradzana, współzałożycielka Żegoty (choć w okresie dwudziestolecia międzywojennego, co było zresztą powszechne w tym czasie w tych kręgach, uważała Żydów za "istotne i straszne niebezpieczeństwo"). W 1936 roku otrzymała Zloty Wawrzyn Akademii Polskiej Akademii Literatury – najważniejszej instytucji polskiej kultury okresu międzywojnia. Uhonorowana przynależnością do Rycerskiego i Szpitalnego Zakonu św. Łazarza z Jerozolimy, odznaczona Krzyżem Oficerskim Orderu Odrodzenia Polski (1937r.). Z pewnością osobowość ciekawa i chętnie bym jeszcze trochę o niej napisała, choć to nie czas, ani miejsce. Odsyłam jednak do internetu, gdzie można znaleźć o Kossak-Szczuckiej wiele ciekawych informacji. 
Pisała dużo, ale najbardziej znanymi dziełami jej autorstwa są z pewnością "Król trędowaty", "Bez oręża", "Pożoga. Wspomnienia z Wołynia 1917-1919". Wszystkie one wydane w międzywojniu. Bez wątpienia jednak największą popularnością cieszą się właśnie "Krzyżowcy", tłumaczony na wiele języków czterotomowy cykl powieściowy.
Przechodząc zatem do sedna sprawy, a więc samej powieści, czy też dwóch pierwszych tomów "Krzyżowców", które (napisane w roku 1935) wydane przez PAX w 1956 roku zostały w taki właśnie sposób – dwa woluminy, w każdym dwa tomy...  Na początek trochę prywaty. Kossak – w domu mieliśmy kilka albumów Kossaków, Rodzice bardzo ich lubili, ja jako dzieciak się na nich wychowywałam. Stąd nazwisko obce mi nie było. Kossak-Szczucka? Gdzieś na półce stał przez lata "Król trędowaty", którego mój Brat dostał z jakiejś okazji w prezencie. Nikt go nie czytał, byliśmy dzieciakami,nie zwracaliśmy uwagi, tytuł raczej odpychał. Mijały lata. Wiedziałam, że taka pisarka, jak Kossak-Szczucka istniała, a jakże. Nic więcej o niej jednak. Aż jakieś trzy lata temu usłyszałam, że warto przeczytać "Krzyżowców" jej autorstwa. Ok, usłyszałam, zapamiętałam na jakiś czas, zapomniałam. jednak od tego czasu ten tytuł wracał w różnych sytuacjach, w różnych rozmowach, z różnymi osobami. Kiedy więc w końcu, w wakacje, ujrzałam na półce Znajomego (dziękuję, Marku) "Krzyżowców"... pożyczyłam. Wróciłam do domu, zaczęłam czytać. W lipcu "przebrnęłam" przez jakieś 75 stron i odłożyłam "na później". Dlaczego? Przecież nie było nudne. Nie było brzydkie. Było... ciężkie. Choć ciekawe, choć świat opisany przez Kossakową od razu mi się spodobał, bo był taki nasz, swojski, polski, chociaż śląski, ale nasz... świat, w którym chrześcijaństwo tak pięknie współistniało z pogańskimi wierzeniami dawnych Słowian. Świat, który chciałabym lepiej poznać. I język taki piękny, kwiecisty, taki typowo polski, jak za dawnych lat. podobało mi się, a jednak nie mogłam dalej. Bo chociaż opisy piękne, zwyczajów mnóstwo i cała ta warstwa opisowa taka urocza, to niewiele się tam działo, a zanim się wczułam w nastrój to już musiałam książkę odkładać.
"Krzyżowcy" do łatwych i lekkich lektur nie należą. Język, którym pisze Autorka jest przepiękny, a jednak potrzebuję około pięciu stron, żeby się wczuć i móc dalej czytać z przyjemnością. Odkryłam to teraz, w listopadzie, gdy do powieści powróciłam. Nie żałuję tego powrotu, wręcz przeciwnie. Ciesze się niezmiernie, że nadszedł koniec roku, który zawsze mobilizuje mnie do skończenia "nadgryzionych" lektur, które czekały na lepsze dni, lepszy humor, więcej czasu itd.
O czym jednak są "Krzyżowcy", a przynajmniej te dwa tomy, które już za mną (o dwóch kolejnych napisze pewnie dopiero w początkach przyszłego roku)?
Zaczynamy w roku 1095, na Śląsku. Dwunastu rycerzy postanawia wyruszyć na Węgry, gdzie dołączają się do królewskiego poselstwa udającego się do papieża. Jeszcze w domu rodzi się jednemu z nich syn, a te narodziny są nie tylko okazją do świętowania, ale dla nas także szansa poznania ówczesnych zwyczajów związanych z ciążą, porodem i wychowaniem niemowlaka. Mamy możliwość zobaczyć, jak wyglądają stosunki w domach rycerskich, kto i co ma tak naprawdę do powiedzenia i jak to możliwe, że "dobrzy rycerze śląscy", chrześcijańscy wojownicy, wierzący w Pana Naszego Jezusa Chrystusa obawiają się słowiańskich demonów, a ich rodowym herbem jest... strzyga. Kossak rzeczywiście popisała się na początku erudycją i warto te część (choć mi sprawiła tyle trudu) przeczytać, by lepiej poznać ówczesne zwyczaje panujące na ziemiach dawnych Piastów.
Jak już wspomniałam, rycerze udają się z poselstwem do papieża, na swej drodze napotykając wiele europejskiego rycerstwa zdążającego do Clermont, gdzie papież Urban II ogłasza pierwsza krucjatę. To zderzenie śląskich rycerzy z "europejskimi", z inną kulturą, wielkim światem zmieni ich na zawsze, choć w wielu wypadkach moglibyśmy się spodziewać znaczniejszych zmian. 
Pierwszy tom kończy się w chwili, zanim rycerstwo ruszy. Jednak przed nimi, z wyprzedzeniem, wyrwała się ludność na czele z Piotrem Eremitą i Walterem bez Mienia. Och, nie skończy się to dobrze, ponieważ wśród krzyżowców nie tylko pasowani, szlachetni i honorowi rycerze, ale również ich służba, pospólstwo, drobniejsze rycerstwo, chłopi, rzezimieszki maści wszelakiej, księża, damy i kobiety lekkich obyczajów. Część idzie odbić Grób Chrystusowy z rąk plugawych Saracenów, inni dla zdobycia złota i klejnotów, inni jeszcze, by rabować, palić i gwałcić. Tak różne są powody, by ruszyć do walki o Jeruzalem, jak różni są ludzie. Wiele krwi się przeleje, zanim – w drugim tomie – dotrą do Konstantynopola, a następnie do, zagarniętej kilkanaście lat wcześniej, Nicei.
Tom drugi to już przede wszystkim spojrzenie na różne kultury. Różne? O, tak. Czasem może się nawet wydać, że Saraceni są bliżsi Latynom, niż Bizantyjczycy! Ci ostatni bowiem na zbyt wielką swobodę pozwalają swym kobietom, które nie tylko czytają i piszą, ale i dyskutują na tematy dotyczące polityki i władzy. Och, jakże to może zdziwić i zezłościć niektórych "Europejczyków". "Fides Graeca" (taki tytuł nosi drugi tom, a znaczy to tyle, co wierność grecka) to świetnie napisane, bardzo dobrze skonstruowane studium socjologiczno-psychologiczne, przy czym tom ten jest pełen zdrad, emocji i zwrotów akcji, których nie sposób przewidzieć. Jest zdecydowanie lepszy od pierwszego (tytuł pierwszego tomu – "Bóg tak chce!"). portrety psychologiczne głównych bohaterów, choć jest ich doprawdy wiele, są nie tylko dobrze nakreślone, ale pogłębione, logiczne i... bardzo naturalne. oczywiście dla ludzi, którzy żyli w XI wieku. To, jak na mieszkańców Konstantynopola spoglądali Latynowie, Frankowie i choćby Ślązacy. To, za kogo ich mieli Bizantyjczycy. To, jak wszyscy oni postrzegali wyznawców Mahometa, i jak Arabowie widzieli krzyżowców. Spotkanie kultur obdarte z całej mitologicznej bajkowości, z magii. proza życia, które było ciężkie i dla wielu kończyło się zdecydowanie za wcześnie, jak na dzisiejsze nasze standardy.
Można by się pokusić o nazwanie "Krzyżowców" kroniką tamtych dni. Choć nie do końca, bo kroniki maja o do siebie, że nie tylko upiększają wydarzenia powodowane wzniosłymi celami, ale i są bardzo subiektywne. Powieść Kossakowej zdaje się być obiektywna, na tyle, na ile to tylko możliwe. Żaden z bohaterów nie jest do końca czysty i niewinny, żaden tez nie jest diabłem wcielonym, nawet jeśli sam się za takowego ma. Przede wszystkim zaś nikt nie jest dobry albo zły tylko i wyłącznie dlatego, że należy do konkretnego obozu, że stoi po tej, a nie po tamtej stronie barykady. Tego w kronikach rycerskich nie znajdziemy. Tam wszystko jest białe, albo czarne, taki etos rycerski, z którym Autorka polemizuje niemal na każdej stronicy swego Dzieła.
Jedynie szkoda tylko, że od chwili, gdy formuje się krucjata, śląscy rycerze tak niewiele już znaczą, tak niewiele mówią, niewiele robią, tak rzadko pojawiają się na czytanych stronach. Pozostaje mieć nadzieję, że w kolejnych dwóch tomach odzyskamy "swoich", przede wszystkim zaś Imbrana Strzegonia, który zdaje się jedyną postacią, którą Kossakowa chyba naprawdę lubiła i chciała pokazać jako człowieka wybiegającego przed swój czas, otwartego na świat i jego nowości, tak innego od braci i społeczeństwa, w którym się wychował. Cóż, trudno o nim jednak teraz rozprawiać, kiedy de facto jest się dopiero w połowie historii.
Na oczach naszych bohaterów, świat się zmienia. trzęsie się w posadach. nic już nigdy nie będzie takie, jak wcześniej. Krucjata zmieni oblicze Europy i Ziemi Świętej w sposób, jakiego Urban II ani Piotr Eremita nie mogli w żadnym razie przewidzieć. Zmieni także każdego biorącego w niej udział krzyżowca i to właśnie tę zmianę przyjdzie nam tu obserwować i ona (a raczej one) zdaje się być najważniejsza.
Nie zapominajmy również, ze "Krzyżowców" pisała Kossakowa w latach trzydziestych XX stulecia, w chwili, gdy Wielka wojna była jeszcze żywym wspomnieniem większości społeczeństwa. I ten kontekst należy mieć na uwadze, czytając o losach pierwszej krucjaty.
Na zakończenie jeszcze dodam, że książka jest bardzo dobrze zredagowana, PAX musiał mieć świetną, wybitną i bardzo pracowitą korektę. Nie udało mi się znaleźć ani jednego błędu literowego co jest naprawdę niespotykane, szczególnie w nowych wydawnictwach. Myślę, że powinny brać przykład z tego wydania.
Warto tu również zwrócić uwagę - już jako rzeczywiście ostatnie słowo (choć pewnie i po 3 i 4 tomie o tym wspomnę), że choć pod innymi tytułami, zarówno "Król trędowaty", jak i "Bez oręża" są swoistą kontynuacją cyklu dotyczącego krucjat. Szkoda, że powieści Kossakowej są dzisiaj raczej zapomniane (choć może się mylę i jedynie ja się z nimi wcześniej nie spotkałam, choć to trochę trudne, bo zawsze wiele czytałam i podchwytywałam różne tytuły z rozmów osób mnie otaczających)...

czwartek, 21 listopada 2013

Czas honoru – Jarosław Sokół

Wydawnictwo: Zwierciadło
Warszawa 2012
Oprawa: Miękka
Liczba stron: 399
Seria: Czas honoru, tom I
ISBN: 978-83-63014-17-9






Jako rzekłam, tak się stało. Obiecałam Wam wkrótce recenzję "Czasu honoru" – oto ona.
Zaczynając od początku – choć myślę, że przynajmniej zdecydowana większość Polaków zdaje sobie z tego sprawę – książka powstała na bazie serialu telewizyjnego o tym samym tytule, a jej autorem jest jeden ze scenarzystów tegoż serialu.Właśnie zakończyła się VI seria (w TV ostatni odcinek nadany zostanie w najbliższa niedzielę, choć w sieci dostępny jest już od poniedziałku i wielu wielbicieli już go obejrzało). Zapowiedź głosi, że i kolejna nas jeszcze czeka, choć ma być retrospekcją dotyczącą powstania warszawskiego, czyli dziać się gdzieś pomiędzy serią IV a V. Dość jednak o serialu (jednego z 3 moich ulubionych ever), wróćmy do książki.
Powieść skupia się na losach czwórki młodych ludzi, choć trudno powiedzieć, że jest tylko o nich. nikt z nas bowiem nie jest samotną wyspą – każdy ma rodzinę, przyjaciół, sąsiadów, znajomych itd. Tak więc poza Bronkiem Woyciechowskim, Jankiem Markiewiczem oraz Michałem i Władkiem Konarskimi na stronicach powieści przeczytamy również wojenne (i nie tylko) dzieje ich najbliższych oraz kilku zupełnie przypadkowych osób, które w mniejszym, czy większym stopniu wpłynęły na ich życie.
Każdy z głównej czwórki chłopaków (czy też młodych mężczyzn, bo – choć fani serialu mogą tego nie dostrzec, patrząc na aktorów – różnice w wieku sięgają nawet 7-8 lat) jest inny. Bronek to szlachcic z Dobrzan, którego ojciec, dla ratowania majątku, kolaboruje z Niemcami. Janek, chłopak z Pragi, pracuje w zakładzie fotograficznym i marzy o studiowaniu architektury. Michał i Władek pochodzą z inteligenckiej rodziny. ich matka jest znanym w Warszawie (i nie tylko) lekarzem, ojciec to zawodowy żołnierz. Jednak bracia różnią się charakterami. Michał kocha kobiety, nie chce się dalej uczyć, chce poznawać smak życia. Władek, jako zdyscyplinowany żołnierz, świetny bokser, zupełnie inaczej podchodzi do wielu spraw. Bohaterów łączy jednak tak wiele, jak i dzieli. Gdy wybucha wojna, każdy z nich w taki, czy inny sposób rwie się do walki, każdy marzy o zabijaniu Niemców, o zdobywaniu wolności, o polskim honorze, o przelewanej polskiej krwi. Przyjdzie im jednak czekać kilka dobrych lat, zanim – jako "skoczkowie z Anglii" znów staną na tej ukochanej polskiej ziemi. Zanim to jednak nastąpi...
Kto nie oglądał serialu, z pewnością teraz po niego sięgnie. Kto oglądał, na pewno się nie zawiedzie. Autor wprowadził kilka drobnych zmian w stosunku do tego, co działo się na ekranie. Zmian rzeczywiście niewielkich, ale dzięki nim do końca książki nie wiemy, jak potoczą się losy bohaterów. Bo przecież, skoro zmienił jedno, mógł zmienić i co innego. Bardzo przebiegły, świetnie przemyślany trik. Gratuluje pomysłowości. Poza tym powieść nie ogranicza się jedynie do czasów wojennych. Wręcz przeciwnie. bardzo dużo dowiadujemy się o przedwojennych losach chłopaków, ale również i innych postaci. Sokół rewelacyjnie przedstawił Karola Ryżkowskiego, o którym w serialu dowiadujemy się niewiele, a i tak większośc tego, co wiemy, dotyczy czasów po upadku hitlerowskich niemiec. Dlatego też pokazanie jego "kariery" w latach trzydziestych jest bardzo ciekawe. Interesującym sposobem na przedstawienie życia w getcie jest równiez wprowadzenie narracji w postaci pamietnika Leny. Zawsze mam słabość do pamiętników i listów, w związku z czym jest to dla mnie dodatkowa wisienka na szczycie tego tortu.Wciągająca jest opowieść o wojennych losach Janka, zanim znalazł się w Anglii i poznał resztę "ekipy". W serialu nawet jeśli było coś wspomniane o tym, że przez kilka lat przebywał w niewoli u Sowietów (nie przypominam sobie, choć rzeczywiście pierwszą serię oglądałam kilka lat temu), a nawet był "gościem" w Małachówce. Wątek ten bardzo wzbogacił powieść.
Sokół pisze w sposób prosty, ale piękny zarazem. Nie używa wzniosłych haseł, przedstawia życie takim, jakim jest, czy też jakim było. Wzloty i upadki. Codzienność i święta. Któż z nas rozważa na tym, jakich słów poetyckich użyć, by opisać zapach polskiego pola? Kto zastanawia się, jakimi zwrotami przedstawić beznadzieję i nędzę? Nikt. nie robi tego i Sokół, a jednak zapach tego polskiego pola i słodkawy smród krwi na Szucha tak łatwo wyczuć, czytając "Czas honoru". Prostymi słowami opisuje skomplikowane czasy i próbuje nam udowodnić, że dla żyjących w owych dniach chłopaków i dziewczyn, kobiet i mężczyzn i dzieci dni te były rzeczywistością i teraźniejszością, że nie zawsze trzeba o nich mówić w sposób podniosły. Podniosłe były same waleczne czyny bohaterów. Ach, sama się zapędzam w kozi róg, zaczynaąc z tą podniosłością i górnolotnością.
Sami przeczytajcie, sami sprawdźcie, czy mam rację. Ja ze swojej strony polecam, zabieram się niedługo do kolejnego tomu, w nadziei, że trzeci uda mi się wygrać w jednym z konkursów, od których roi się na Facebooku, albo może dostanę go pod choinkę. 
Jeśli zaś chodzi o wydanie.Znalazłam jedynie dwa błędy, z czego jeden dotyczył źle użytego nazwiska. Na szczęście scena jest opisana tak plastycznie i dokładnie, że od razu wiadomo, kto rzeczywiście został postrzelony, a kto w ogóle w tym miejscu się nie znajdował. Mimo błędu więc, przekaz jest jasny. 
Książka ma trochę niecodzienny rozmiar – jest większa od klasycznych tytułów wydawanych w miękkiej oprawie, co może trochę utrudniać czytanie np. w podróży, czy w łóżku (jak ja czytałam), jednak dzięki temu nie jest typową cegłą, czyli małym i grubym tomiszczem. Dzięki temu, że wydrukowano ją na ładnym, dość grubym papierze w odcieniu kremu, czyta się ją tym przyjemniej, a oczy się nie męczą (duże litery).

środa, 13 listopada 2013

Falkon 2013


Za nami kolejny, ostatni już w tym roku, konwent. Z różnych powodów nie wybieramy się już nigdzie więcej, póki data w kalendarzu nie zmieni się na 2014. Zresztą nie ma się co dziwić – na kolejny roczek zaplanowaliśmy sześć konwentów, w tym dwa zagraniczne, a nad siódmym się jeszcze zastanawiamy…
Pierwszy duży plus dla Falkonu – brak kolejek. Akredytacja nie trwała nawet pięciu minut, a było nas równocześnie czworo. Rewelacja! Na dodatek – co już było wiadomo wcześniej – cały konwent odbywał się w jednym budynku, dzięki czemu nie traciło się tak wiele czasu na przemieszczanie pomiędzy salami, jak np. w czasie ostatniego Polconu. Pozwoliło to prelegentom na spokojne prowadzenie swoich punktów programu, uczestnikom na chwilę oddechu pomiędzy nimi, a także zaoszczędziło wiele pracy osobom „pracującym” w szatni. Naprawdę super!
To teraz – dla równowagi – minus. Największy minus całego konwentu… radiowęzeł, który w kółko przeszkadzał. Nadawano po kilka razy na godzinę te same informacje (nie powiem, ale te dotyczące Fireshow to już była przesada na maxa…), przeszkadzając tym wszystkim. Nie wiem, co właściwie organizatorzy chcieli osiągnąć. Nie sądzę, żeby z tego powodu na „reklamowanych” punktach programu pojawiało się więcej osób, natomiast przeszkadzało to zarówno prelegentom, jak i słuchaczom. Na dodatek nie informowano o tym, co rzeczywiście ważne – czyli zmianach programowych wynikających np. z niepojawienia się prowadzącego dany punkt. Jeśli już miał ten radiowęzeł mieć jakiś sens, to właśnie taki – informacyjny, a nie reklamowy. Niestety, patent zupełnie się nie sprawdził.
Przejdźmy do konkretnych punktów programu. Tu, jak zawsze, bardzo subiektywnie. Choćby dlatego, że nie mogłam być w wielu miejscach naraz, stąd opiszę jedynie te punkty, w których osobiście uczestniczyłam. Dodam również, że w poniedziałek już się nie pojawiłam – z wielu niezależnych powodów, co oznacza, że informacje dotyczą zaledwie trzech dni konwentowych.
Niestety, nie zdążyłam na 17:00 i musiałam sobie podarować spotkanie z Andrzejem Pilipiukiem. Bardzo żałuję, jednak trochę nam się chyba zapomniało, że piątek rozpoczynający długi weekend może być na drogach ciężki i droga zajęła nam niemalże dwukrotnie więcej czasu, niż się spodziewaliśmy. Rozpoczęłam więc Falkon 2013 (btw – mój pierwszy Falkon) od prelki dotyczącej religii w Sci-Fi. Postawiono sobie pytanie, czy są one motorem cywilizacji czy hamulcem postępu. Rozważania dotyczyły w zdecydowanej mierze różnych serii Star Treka (jestem wielką fanką, więc nie mam nic przeciwko). Ponadto pod lupą znalazły się takie seriale jak: Battlestar Galactica (znowu fanka), czy Andromeda (coś, co muszę jeszcze zbadać, ponieważ nie znam). Prowadzący naprawdę świetnie się przygotował i aż szkoda, że nie mógł mówić dalej i nie było czasu na dyskusję ze słuchaczami.
Tak się złożyło, że w piątek nie miałam więcej punktów programu, w związku z czym na zakończenie pochodziłam sobie po strefie wystawców, przyglądając się, co też przywieźli ze sobą. Oczywiście moje największe zainteresowanie wzbudziły książki, choć naprawdę starałam się ich unikać. Ostatecznie kupiłam tylko jedną. Chwała wydawnictwu Solaris za dwudziestozłotowe bony (tradycja konwentowa), dzięki którym zaopatrzyłam się w siódmy tom „Rakietowych szlaków”.
Sobota rozpoczęła się niezbyt fortunnie od prelekcji „Biust fantastyczny, stanik sadystyczny”. Nie chodzi absolutnie o to, że temat nudny, albo źle przedstawiony. Po prostu były spore problemy ze sprzętem i niestety nastąpiło w związku z tym niemal półgodzinne opóźnienie. Nie zawiniła tutaj prowadząca, ale… właściwie nie wiem, czy tylko sprzęt, czy również organizatorzy. Zostawmy więc to za sobą i przejdźmy dalej. Sama prelekcja była dość ciekawa, choć raczej nie skuszę się na powtórkę, jeśli byłaby taka okazja. Namówił mnie Mąż, ale to temat pozostający poza sferą moich zainteresowań :P
Na szczęście nie ominęło mnie kolejne spotkanie z Pilipiukiem. Jego przeciekawe opowieści wciągnęły, jak zwykle i ani się nie obejrzałam, a minęła godzina i czas się było zwijać. Zrobiłam całkiem sporo ciekawych notatek dotyczących postaci, o których jak na razie nigdy nie pisał (albo przynajmniej ja jeszcze tego nie czytałam).
Mój Michał poszedł następnie po autografy do Wielkiego Grafomana, ponieważ okazało się, że zostały nam jeszcze cztery woluminy bez jego podpisu, ja natomiast udałam się na Nieporadnik młodego autora. Ania Kańtoch i Agnieszka Hałas opowiadały o redakcji tekstów nadchodzących do Esensji oraz o tym, jakich tekstów nie przyjmują, dlaczego i co można w nich zmienić. Sporo praktycznych rad, chociaż muszę przyznać, że z niektórymi ich opiniami zupełnie nie mogłam się zgodzić. Mimo to jestem z tego punktu zadowolona.
Jedna z ciekawszych prelekcji (chociaż zdecydowana większość tych, w których uczestniczyłam była na bardzo wysokim poziomie) dotyczyła legendarnej postaci jednorożca na przestrzeni 2500 lat, kiedy to po raz pierwszy odnotowano wzmianki o tym stworzeniu (a przynajmniej zachowały się one do dnia dzisiejszego). Prowadzący poradził sobie z tym tematem na medal i nie wydaje mi się, by ktokolwiek wyszedł po tej godzinie niezadowolony, albo niedouczony. Świetna robota!
Po godzinnej przerwie udałam się dalej, by wysłuchać paru słów o marsjańskiej technologii i szalonych naukowcach w światach Edgara Rice’a Burroughsa. Wyszłam w połowie, ponieważ nie było w tym nic zabawnego. Prowadzący opowiedział całą niemalże powieść „Władca umysłu z Marsa” i bałam się, by nie zaczął robić tego samego z pozostałymi. Na szczęście tę przeczytałam w ostatnim miesiącu, więc niczego mi nie zaspoilerował, ale… Halo? Nie potrafię na poczekaniu powiedzieć, czy dałoby się ten temat poprowadzić w taki sposób, by jednak nie opowiadać za wiele, ale sadzę, że jeśli nie, to lepiej byłoby chyba w ogóle go nie ruszać. Szkoda, bo zapowiadał się bardzo ciekawie i widać było, że prelegent jest świetnie przygotowany merytorycznie, ale, niestety, nie tędy droga…
Przez kolejną godzinę słuchałam o Wolsungu. Kupiłam Michałowi na imieniny planszówkę i miałam nadzieję, że uda mi się zadać kilka pytań, jako że jeszcze nie graliśmy. Niestety nie starczyło na to czasu, a spotkanie dotyczyło jednak klasycznej wersji, czyli RPG, a na tym się zupełnie nie znam. Mimo wszystko jednak nie uważam tej godziny za straconą, ponieważ spotkanie było poprowadzone bardzo zgrabnie i dowiedziałam się kilku ciekawostek ze świata.
Rewelacyjnie poprowadzona prelekcja dotycząca „Mgieł Avalonu” to jeden z najlepszych punktów programu. Porównanie powieści Marrion Zimmer Bradley do klasycznych legend arturiańskich wypadło nadzwyczaj dobrze, również dzięki Toperz – siedzącej na Sali dziewczynie, która właśnie obroniła tytuł magistra z… Merlina! Fantastyczne dyskusje, mnóstwo wiedzy oraz podsumowanie – nic nie jest takie oczywiste, jak się może wydawać. Choć przecież wiadomo, że legend o królu Arturze jest tyle, co autorów… okazuje się jednak, że wiele jeszcze nie wiemy.
Na dworze było już ciemno, kiedy Jacek Komuda zaczął dawać rady młodym autorom. Bez bicia przyznaję, że dotychczas nie czytałam nic jego autorstwa (choć na wiosnę może się to zmienić, ponieważ planuje bardzo ciekawą pozycję, o której niżej). Mówił sam od siebie i odpowiadał na pytania z widowni. Niektóre rady na długo zapadną mi w pamięć. Szczególnie jedna z nich, którą odebrałam bardzo personalnie.
Mentaci, wiedźmy i Przyprawa, czyli o tym, dlaczego Diuna jest lepsza od Star Wars i Star Treka… Jedyny minus tej godziny to to, że… trwała zaledwie godzinę. Chętnie zostałabym dłużej, chętnie jeszcze więcej podyskutowała o Diunie i o tym, jak mógłby się rozwinąć diunowy fandom. Musiałam się jednak zwijać ponieważ… o godzinie 20:00 rozpoczynało się spotkanie z Kevinem J. Andersonem.
No to spotkanie, a następnie autografy. O tym, że to swojski i bardzo miły człowiek wiedziałam już przynajmniej od czwartku, kiedy to gościł w naszym domu na kolacji. Mimo to nie zdążyłam zadać mu wszystkich pytań, poza tym wiedziałam, że będą także pytania od innych osób, które mogą okazać się bardzo ciekawe. Tak też się stało, mimo że spotkanie było po angielsku (bez tłumacza). Trochę się obawiałam, czy ludzie znajdą odwagę, by się pytać po angielsku, ale na szczęście pierwsze lody zostały przełamane, a Kevin bardzo chętnie odpowiadał na każdy temat.
Równie udana była ostatnia godzina, czyli autografy. Pojawiło się całkiem sporo osób, więcej niż na spotkaniu. Właściwie nie ma się co dziwić – spotkanie nie było tłumaczone, a w niedzielnym planie było takie po polsku, więc z pewnością można się było spodziewać większej ilości słuchaczy na sali w niedzielę, a to, że ktoś nie był na spotkaniu nie oznacza przecież, że nie może przyjść po autograf. W każdym razie - bardzo miłe zakończenie dnia.
W niedzielę nie zdążyłam (z mojej winy, ponieważ po mszy na drugim końcu Lublina, na którą wybrałam się pieszo, poszłam jeszcze zobaczyć Stare Miasto i jakoś tak czas szybko uciekał…) na pierwszy zaplanowany punkt programu, w związku z czym nie miałam okazji posłuchać o nazistach i początkach Niemiec. Szkoda, może następnym razem.
W samo południe kolejne spotkanie z Kevinem, tym razem dwugodzinne i z tłumaczką. Ani się nie spostrzegłam, jak minął czas i trzeba było już iść. Oczywiście po kolejne autografy i zdjęcia z Autorem. Bardzo się cieszę z tych spotkań i mam nadzieję, że Kevin jeszcze odwiedzi w najbliższych latach nasz kraj.
Anioły i demony w kulturze masowej to kolejna świetna prelekcja Cathii. Niestety trochę się zawiodłam jej podejściem do serialu Battlestar Galactica. Nie można było zrobić już nic gorszego, niż pokazać zakończenie ostatniego odcinka. Podsumowując – wszystko pięknie i bardzo mi się podobało, ale z BSG Cathia dała dupy…
Bardzo żałuję, że nie odbyło się spotkanie dotyczące językowych kombinacji w tłumaczeniu Metro 2033. Tłumacz nie dotarł i musiałam się obejść smakiem. Szkoda, ponieważ to mogło być bardzo ciekawe i kształcące. I znów – radiowęzeł się nie spisał, ponieważ nikt o tym nikogo nie poinformował. Na dodatek w tym czasie odbyła się prelekcja, która miała być godzinę później, co już jest w ogóle kuriozum, ponieważ z braku informacji osoby, które chciały wziąć w niej udział o godzinie 17:00, nie wiedziały, ze zaczęła się godzinę wcześniej. Spory minus dla organizatorów. Pozostaje mi jedynie cieszyć się, że mnie to nie dotknęło osobiście.
W bloku popularno-naukowym rozważaliśmy dlaczego nie ma smoków. Trochę ta prelekcja różniła się od tego, czego oczekiwałam, ale muszę przyznać, że dobrze się stało. Wiedza, którą przekazał prowadzący jest bezcenna, a z pewnością sama bym do niej nie dotarła. Ciekawie jednak wyglądały dzieciaki w wieku na oko gimnazjalnym, które wychodziły, kiedy się spostrzegły, że zamiast oglądania grafik smoków, będziemy rozmawiać o rozkładzie białek i ewolucji oka. Bezcenne!
Lublin fantastyczny legendarny i duchowo skarbowy – źle się czułam i niestety musiałam wyjść po jakichś dwudziestu minutach, więc ciężko mi się tu wypowiadać. Pozostawię więc bez komentarza.
Na 19:00 miałam zaplanowaną przerwę, ale jako, że odpoczęłam chwilę wcześniej, dałam się namówić na pójście z całą ekipą na prelekcję Czy Roddenberry czytywał Tolkiena. Rozważania o tym, czy Wolkanie się podobni do Elfów zaowocowały nie tylko ciekawymi dyskusjami na Falkonie, ale również i po. Chyba do drugiej w nocy kontynuowaliśmy temat, choć bardziej pod kątem językowym, jako że w czasie dyskusji na Sali wywiązał się niewielki spór na temat tego, czy należy mówić elfy czy elfowie. Zresztą mam w planach napisać o tym krótki tekst w niedługim czasie, dowiedziecie się więc dokładniej, w czym rzecz.
Polacy na Kremlu to z kolei tytuł spotkania autorskiego z Jackiem Komudą. Nie będę się powtarzać, zdradzę natomiast obiecaną wcześniej informację na temat planów wydawniczych na wiosnę.  2014. Otóż ma się ukazać zbiór opowiadań dotyczących ważnych dat w historii Polski. Myślę, że będzie to bardzo ciekawa pozycja i warto się z nią zapoznać. Poza tym na spotkaniu rozmowy dotyczyły zarówno planów wydawniczych, jak i różnych historii zawartych w wydanych już książkach Autora.
Na zakończenie niedzieli, a dla mnie również całego konwentu, warsztaty literackie z Esensją. Hmmm.. To już chyba nie ta pora, nie ta godzina, nie ten dzień. Ania Kańtoch i Agnieszka Hałas też nie bardzo panowały nad salą, ponieważ nie można robić tak (znów moje subiektywne zdanie), że daje się ludziom na napisanie czegoś powiedzmy 10 minut,  w tym czasie pozwala się cały czas na rozmowy i bierze w nich udział. Jeden z uczestników po minucie zaczął opowiadać swój pomysł na opowiadanie, co bardzo utrudniało pozostałym pracę. Ja zupełnie nie mogłam się skupić, kiedy na sali mówiły dwie, trzy osoby równocześnie. Szkoda. Chociaż postaram się napisać tekst, nad którym pracowałam i wysłać do redakcji. Zobaczymy, co z tego wyjdzie.
Na zakończenie podziękowania. Wszystkim, którzy pracowali nad programem. Organizatorom, którzy rewelacyjnie sobie ze wszystkim radzili. Pierwszy raz nie było kolejkonu. Nie brakowało papieru toaletowego. Nie wiem, jak to zrobili, ale nawet kolejki do toalety były niezbyt długie. Bardzo udana organizacja. Sale dopasowane wielkością do prelekcji, które miały się w nich odbywać. W ogóle świetna miejscówka. Naprawdę organizacja na medal!
Kevinowi – za to, że zaszczycił nas swoją obecnością i okazał się takim fantastycznym człowiekiem. Wojtkowi za ciekawe rozmowy na stoisku. Legionowi za pomysły dotyczące diunowego fandomu. Teodorowi – za nocleg, pyszne wino aroniowe, spacer po lubelskiej starówce i niezapomniany poniedziałek w kuźni. Martynie i Bartoszowi za podróż i długie nocne rozmowy. Kwisatzowi – za to, że mnie namówił na ten wyjazd. Kogoś zapomniałam? Z pewnością tak. Przepraszam. Dziękuję wszystkim serdecznie!